Rozbitki/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Bliziński
Tytuł Rozbitki
Data wydania 1882
Wydawnictwo Księgarnia F. H. Richtera
Miejsce wyd. Lwów
Źródło skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ROZBITKI

komedja w czterech aktach,
przez
Józefa Blizińskiego.

„Mojej żonie w upominku.”


OSOBY:

SZAMBELANIC CZARNOSKALSKI. JAN STRASZ.
SZAMBELANICOWA. ŁECHCIŃSKA.
MAURYCY, ) ich dzieci. ZUZIA.
GABRJELA,) MICHAŁEK, strzelec Dzieńdzierzyńskiego.
DZIEŃDZIERZYŃSKI.
POLA, jego córka. LOKAJ szambelanica.
WŁADYSŁAW CZARNOSKALSKI. Pierwszy) chłopcy z cukierni.
KOTWICZ - DAHLBERG CZARNOSKALSKI. Drugi)

Rzecz dzieje się na wsi, w majątku Czarnoskalskich, z wyjątkiem aktu III, który odbywa się w Warszawie.



AKT I.
Polanka w lesie. Z lewej w głębi, domek leśniczego, z prawej, na przodzie ławka pod drzewem. Strona prawa i lewa rozumie się od Publiczności.

SCENA I.
Zuzia, Michałek (stoją przed drzwiami domku. Michałek pije z dzbanka).

Michałek (oddawszy dzbanek) No, Bóg zapłać, to i dziad więcej nie powie. (otarłszy usta). A teraz do widzenia.
Zuzia. Gdzież się tak spieszysz?
Michałek. Muszę iść, bo stary się tam skręci bezemnie... (słychać zdala parę chrapliwych zadęć trąbki). O! słyszysz? rozumiesz ty to? to się znaczy, że mieliśmy się strąbić. Ale nie myśl, żeby to było takie strąbienie, jak np. arakiem .. broń Boże! to się znaczy, że on trąbi na mnie i powiada: (naśladując trąbkę) Miszel! chodź sam tu! a ja mu powinienem odtrąbić: (tak samo) Idę! idę! idę! (dobywa z torby fajeczkę i nakłada).
Zuzia. To idźże już sobie, kiedy ci tak pilno... (odnosi dzbanek i wraca po chwili z koszykiem).
Michałek (który przez ten czas zapalił fajeczkę) A ty dokąd z tym koszykiem?
Zuzia. Na rydze. Ty sobie, ja sobie.
Michałek. Hola, czekajno... niewiem, czy to dla ciebie bezpiecznie.
Zuzia. A to dla czego?
Michałek. Dla tego, że ja tu dopiero co spotkałem kogoś.
Zuzia. Cóż dziwnego? wszakże dziś polują.
Michałek. Polują, polują... ja wiem! ten też poluje, ale mnie się to polowanie nie bardzo podoba.
Zuzia. O, nie pleć.
Michałek. Widzisz, zrozumiałaś mnie, boś raki spiekła.
Zuzia. Co ci się śni, nawet niewiem o kim mówisz.
Michałek. Nie wiesz? doprawdy? (patrząc jej w oczy) A wasz panicz, pan Maurycy? hę? spojrzyj mi w oczy... (wskazując palcem) he, he, he... a widzisz!
Zuzia. No to cóż, że czasem do nas zajrzy? przecie moja nieboszka matka go wypiastowała.
Michałek. Hm! wiem, wiem... ale słuchajno, już kiedy tak, to żeby przynajmniej znał się na rzeczy i pamiętał o tobie... toby było pół biedy.
Zuzia. Jakto?
Michałek. Ano żeby było przecie czem zacząć, jak się pobierzemy.
Zuzia. Hm, toś ty taki? nie chodzi ci o mnie, tylko o pieniądze?
Michałek. Każdemu o to powinno chodzić. Nie myśl, żebym ja cię miał namawiać na jakie złe rzeczy, boć to przecie byłoby na moją skórę... ale widzisz, kto ma rozum, to drze łyka kiedy się da.
Zuzia. Ej, żebyś czasem nie żawołał[1], jeżeli to mówisz naprawdę.
Michałek. (n. s.) Udaje że się gniewa, ale dobrze, że jej powiedziałem: niech wiedzą żem ja nie ślepy... może człowiekowi co z tego kapnie... (słychać trąbkę; głośno) Masz! znowu trąbi... trza lecieć... do widzenia. (odchodzi na prawo).

SCENA II.
Zuzia, (po chwili) Kotwicz, (później) Łechcińska.

Zuzia (sama; po chwili zastanowienia) A to!.. czy on na prawdę mówi, czy tylko tak, żeby się czego dowiedzieć .. Co by mi nawet przez myśl nie przeszło, to on mnie sam uczy... (p. c.) Niech on jeno sobie ztego żarcików nie robi, bo jeszcze kiedy mu to na złe wyjdzie... (wchodzi na chwilę do domku).
Kotwicz. (wchodzi z prawej strony, rozglądając się). Tu jest, tu go niema... Że też ja ich nie mogę nigdy zdybać razem, a wiem, że myszkuje. Sekreta przedemną... co mu się stało... Bardzobym chciał mieć czarne na białem. (spostrzegłszy Zuzię, która wyszła zarzucając chusteczkę na głowę) O! jest jedno... pewno i drugie niedaleko, pod umówionym jaworem. (zastępując jej) Gdzież to rybcia idzie? hę?
Zuzia. Na spacer.
Kotwicz. Ale fe! tak na pojedynkę, czy ma się z kim zejść?
Zuzia. Co panu po tej ciekawości.
Kotwicz (grożąc żartobliwie) Rybciu! (zatrzymując ją). Muszę się dowiedzieć.
Zuzia (wydarłszy mu się) O! tyle! (pokazuje mu figę i wybiega).
Kotwicz. Ta figa daje bardzo wiele do myślenia.
Łechcińska (która weszła przed chwilą). Ha, ha, ha!
Kotwicz (n. s.) A ta tu co robi?
Łechcińska. Pan hrabia! ha, ha, ha! nie w kniei, tylko na leśniczówce... a to ładnie, słowo daję... zamiast strzelać sarny w lesie, to się tu kręci koło sarny na dwóch nóżkach.
Kotwicz. Co kręci, kręci... niewiedzieć co!
Łechcińska. Jakto, nie widziałam na własne oczy? zaraz wszystkim opowiem... komu to tu świat durzyć, jak matkę kocham!.. okropność.
Kotwicz. Ale daję słowo honoru.
Łechcińska. A! więc hrabia chyba komu innemu robił interesa... to już prędzej ujdzie... (n. s) no, jestem w domu.
Kotwicz (chodząc, kwaśno). Teraz mnie faktorem robią.
Łechcińska. Tego nie powiedziałam... (do chłopca, który wnosi dwa spore koszyki i niewie co z niemi robić). No, czegoż tu stoisz, zanieś do izby... (do Kotwicza) śniadanie dla myśliwych... (poufnie) ale to tylko dyplomacja, bo inaczej niemiałabym z czem się zamówić.
Kotwicz. Po co?
Łechcińska. Po co? nikt by nie zgadł... oto po prostu poto, żeby pilnować hrabiego.
Kotwicz. Mnie?
Łechińska. Nie inaczej, jak matkę kocham... bo hrabia taki ciężki do wszystkiego, że niech Bóg broni... może już i zapomniał, że pani sobie życzyła, aby po polowaniu przyjechali wszyscy do pałacu na obiad.
Kotwicz No tak, wspominała mi kuzynka. Więc cóż?
Łechcińska. A Strasz jest?
Kotwicz. Jaka straż?
Łechcińska. O! już koncepta... Strasz, ten młody co się to teraz sprowadził do Zagrajewic, bo to o niego przedewszystkiem chodzi.
Kotwicz. Ale fe! cóż to nowego się święci?
Łechcińska. Najprzód, czy jest? bo jeżeli go niemasz, to to wszystko niepotrzebne.
Kotwicz. Ale jest, jest, i to nawet mnie zdziwiło... zkąd się wziął nie proszony? nikt go nie zna.
Łechcińska (tajemniczo) Właśnie że proszony.
Kotwicz Przez kogo?
Łechcińska. Wystaw sobie hrabia, to cała historja. Pani na bilecie wizytowym męża napisała parę słów ołówkiem, i postarałyśmy się, że mu zaniesiono dziś raniutko, niby to z polowania.
Kotwicz. Ale fe!
Łechcińska. Jak matkę kocham! I jakże on wygląda? przyzwoicie?
Kotwicz Fagas... za kamerdynera bym go nie przyjął.
Łechcińska. E, hrabiego to niema się co pytać, bo taki arystokrata, jak niewiem co.
Kotwicz. Szewcem dzięki Bogu się nie urodziłem.
Łechcińska. Co tam, jaki jest taki jest, dosyć że ma pieniąchy.
Kotwicz. I grube, ani słowa! po prostu miljoner. (p. c. z goryczą) Dostało się w ładne ręce... mój Boże! Zagrajewice, taka pańska rezydencja.. gniazdo Zagrajewskich... to był dom, jakich dziś już niema. Jakeśmy się tam bawili! goście prawie nie wyjeżdżali... szampan lał się strumieniami.
Łechcińska (z admiracją). Jak matkę kocham, to były czasy!
Kotwicz. Zwykle po takich bachandrjach zjeżdżano do mnie na barszczyk, z którego słynął mój kucharz. Prawda, że te barszczyki kosztowały mię tyle, że łajdak Wucherstein zlicytował mi Bębnówkę i zabrał jak swoją.
Łechcińska. A! to tak?... ale hrabia miał jeszcze i drugą jakąś wioskę.
Kotwicz. Lipowiec? mam tu po nim pamiątkę. (otwiera cienki pugilaresik, do którego Łechcińska ciekawie zagląda). Przegrałem go na tę samą dwójkę pikową.
Łechcińska. Jezus! no i cóż?
Kotwicz. A no, nic... oddałem w dwadzieścia cztery godzin... dług honorowy, trudno! (p. c.) no, ale się przynajmniej żyło i użyło po pańsku... a teraz!... pierwszy lepszy cham, prosty wyrobnik jakiś z pod płotu... chodzi zasmolony, przy fartuchu... będzie kamienie tłukł przy drodze... później, jest! wypływa na wierzch.. krezus!... I niechże taki potrafi dom prowadzić!...
Łechcińska Chyba, że go panowie nauczą, bo to tak wszystko idzie w kółko... o! (pokazuje palcem) taki tam jakiś skoro się do chrapie grosza, to nie ma spokoju póki się nie wprosi do koligacji z jakim prawdziwie pańskim domem, i te miliony znowu wracają tam, skąd je wyciśnięto.
Kotwicz. Żeby to!
Łechcińska. Niech mówią co chcą, pan panem zawsze będzie. Naprzykład hrabia stracił taki majątek, ale jak był tak jest hrabią, a to jest kapitał, i jaki! nie jedna majętna osoba na wydaniu, chętnieby oddała wszystko, żeby być hrabiną. Ja sama powiadam, że gdybym tak wygrała wielki los na loterji, albo gdyby mi dopisały jedne duże pieniądze — co jeszcze sekret — toby się hrabia musiał zaraz żenić ze mną, jak matkę kocham!
Kotwicz. Ale fe! tak zaraz? na poczekaniu?
Łechcińska. Byłabym hrabiną... (do siebie) Jezus! dopierobym nosa zadzierała! ciekawa rzecz, jaką minę zrobiłaby na to stara szambelanicowa. (do Kotwicza z przymileniem). Ożeniłby się hrabia ze mną, gdybym miała pieniądze? co?
Kotwicz (p. c. przyjrzawszy jej się, pół żartem). Chyba bardzo grube.
Łechcińska. A co! jeszczeby grymasił, jak matkę kocham... nie powiedziałam? zaraz chce się krociów... dobre i coś.. zawsze byłby swój kąt, cóżby przyszło robić, gdyby zabrakło cudzych? przecie hrabiemu nie wypada się zaprzągać do podłej pracy, jak jakiemu pierwszemu lepszemu. To tak, jak gdyby np. naszemu państwu kazać być czem... Jezus! taka wielka familja, od książąt, hrabiów, nawet od królów podobno... Czy to prawda, że Czarnoskalscy pochodzą od królów?
Kotwicz (zniechcenia). Właściwie, to tylko ta linja, do której ja się liczę, hrabiowska, Dahlbergów, jest skuzynowaną przez Stuartów z większą częścią domów panujących... a młodsza, z której pochodzi szambelanic.. ph! niby przez Poniatowskich... ale.. w każdym razie, to już tylko... dobra szlachta... więcej nic...
Łechcińska. No, to i to nie bagatela! Poniatowscy... i niechżeby im przyszło co robić, pracować na życie, Jezus! oni tak przyzwyczajeni do państwa, do wszelkich wygód, czyżby to mogli przenieść? chociaż nasza pani, to święta, anielska kobieta! pełna rezygnacji, a co za matka! nie ma ofiary, którejby nie była gotową zrobić dla dzieci... bo czyż to nie prawdziwa ofiara, pozwolić panu Maurycemu żenić się z córką takiego Dzieńdzierzyńskiego? zkądże to wyszło? jakiś kupiec!
Kotwicz (z gorzką ironją) Także miljoner... (p. c. zniechcenia) Te pieniądze o których pani Łechcińska wspomniała, to pewno po referendarzu.
Łechcińka. Być może... nie wiem.
Kotwicz (machnąwszy ręką). Na księżycu.
Łechcińska. O, bardzo przepraszam, nie na księżycu... Ah! gdyby był referendarz jeszcze trochę pożył, inaczejbym śpiewała... byłby się ożenił ze mną, jak amen w pacierzu... ale i tak mi zapisał. Zapierają mi szachrują, przekupują w sądach, ale wydobedę! wydobędę! choćby mi przyszło nie wiem co...
Kotwicz. I dużo to tego?
Łechcińska. Pokaże się w swoim czasie... ah! jaki hrabia ciekawy... (n. s.) Jezus! żebym ja go też złapała. (głośno) Ale my tu gadu gadu, a nic o interesie. Niechże hrabia się postara tego Strasza sprowadzić dziś do nas koniecznie... trzeba to zrobić dla pani...
Kotwicz (z godnością). Dla czegoż kuzynka nie raczyła wtajemniczyć mnie w powody?
Łechcińska. Dla czego, dla czego... wszystko opowiem szczegółowo, tylko siadajmy, bo mi nogi ścierpły... (siadają na ławeczce po prawej) Otóż, widzi hrabia, rzecz się ma tak... (tuż za nimi pada strzał, Łechcińska z wielkim krzykiem rzuca się Kotwiczowi na szyję; on podobnież drgnąwszy, chwyta ją w pół) Jezus! jakżem się przelękła... (spuszczając oczy i odejmując ręce) Przepraszam hrabiego... nie wiedziałam, co się ze mną dzieje...
Kotwicz (nie puszczając jej) Ale fe! taka nieostrzelana?.. (n. s.) One jednak wszystkie mają w sobie coś te kobiety... (pada drugi strzał i zaraz po nim śmiech; oboje z krzykiem padają sobie w objęcia).
Łechcińska (zrywając się). Ah! dla Boga! oni nas jeszcze postrzelą, jak matkę kocham... Uciekajmy stąd, znajdźmy sobie jaki kącik spokojny do pogadania.
Kotwicz. Jest racja, pójdźmy do kątka. (wychodzą spiesznie w głąb ku prawej stronie).

SCENA III.
Maurycy, Władysław, Dzieńdzierzyński (potem) Michałek.
(Dzieńdzierzyński w eleganckim stroju myśliwskim z wszystkiemi przyborami, przy kordelasie, ale mina mieszczańska; wyrazy cudzoziemskie wymawia mocno polskim akcentem).

Dzieńdzierzyński. Tak się strzela, moi panowie... cały nabój w centrum! (do Władysława wskazując na Maurycego, który na boku zwija papieros) voyez vous, quel nez... jak mu się nos wyciągnął.. nie strawi tego mojego trjumfu... ale bo też to był strzał kapitalny. (n. s.) Zkąd mi się wziął, ani wiem.. (głośno) No cóż, nic nie mówisz?
Władysław. Zdziwienie odebrało mi mowę.
Dzieńdzierzyński. Aha! Zdziwienie... widzisz! nie spodziewałeś się?
Władysław. Ale bo papka tak sobie z pod pachy strzelił.
Dzieńdzierzyński (dotknięty). Comment? jakto z pod pachy? co gadasz! czy myślisz, że nie wiem jak trzymać strzelbę? ja myśliwy!... z pod pachy!
Władysław. Proszę! papka myśliwy, a nie zna myśliwskiego wyrażenia. Z pod pachy, to jest z niechcenia, nie mierząc, tak sobie, o!... (pokazuje, podrzucając strzelbę lufą ku niemu).
Dzieńdzierzyński (przechodząc na drugą stronę) Savez vous quoi, c'est bon! (śmiejąc się) Złapałeś mnie za słówko... no! patrzcież! przecież znam doskonale... Istotnie, prawie nie mierzyłem, je n'ai pas mesuré, ma parole... tak sobie, paf!... to już z natury, znajcie prawowiernego szlachcica, którego nie macie żadnej racji prześladować o mieszczańskie nawyknienia, jak sobie pozwalacie.
Władysław. Papko, żarty.
Dzieńdzierzyński. Jeżeli burze krajowe jednego z moich przodków wypędziły do miasta, gdzie wziął się do kupiectwa... comme cela... z nudów... pour le passez-temps, to mimo to, nie przestaliśmy być szlachtą łęczycką, piskorzami z dziada pradziada... Dzieńdzierzyńscy de Kurzy-jama... Weź herbarz!
Władysław. Więc istotnie, dla tego papka trafił w centrum?
Dzieńdzierzyński. Comment? a dla czegoż? dobra krew przemówiła i kwita.
Władysław. Fe! któż dziś wierzy w takie przesądy.
Dzieńdzierzyński. Mój panie Władysławie, jakże można odzywać się w ten sposób, comment peut on? to świętokradztwo! (uroczyście) są rzeczy sakramentalne, których lekceważyć nie wolno. Kpijcie sobie ile wam się podoba z majątku, bo tego lada dureń może się dorobić; ale to co mamy po antenatach, imię, stanowisko, noblesse oblige, którego za pieniądze nie kupi, powinniśmy czcić jak świętość... Panie Maurycy, nie prawdaż? poprzej mnie.
Maurycy. Ale czy pan go nie zna?... kontent, gdy może dowcipkować.
Dzieńdzierzyński. Masz rację... z nim nie ma szansy.
Władysław. Ale bo papka jest plus pape que le pape.
Dzieńdzierzyński. Savez vous quoi, c'est bon!... papka plus pape que le pape... ha, ha, ha... to jest niby innemi słowy, że... (n. s.) co to właściwie może być? (tuż za sceną słychać parę zadęć trąbki) a! mój Miszel.. bierze trąbkę i dmie w nią, wydobywając tylko chrapliwe tony; za pierwszem zadęciem Michałek wchodzi i staje tuż przy nim). Cóż u djabła! czy tę trąbkę kto zaczarował. (do Michałka) Gdzieżeś ty się chował? trąbiłem, aż mnie płuca bolą.
Michałek. Słyszałem, ale nie mogłem odtrąbić, bo upatrzyłem kota i nie chciałem go płoszyć.
Dzieńdzierzyński. Aha!
Michałek. Zaprowadzę jaśnie pana prosto do kotliny, jaśnie pan będzie miał satysfakcję.
Dzieńdzierzyński. Bon! (n. s.) plus pape que le pape... muszę się spytać Poli, co to znaczy. (gł.) ale on ucieknie tymczasem.
Michałek (ciszej). Nie ucieknie, bo już ze dwie godziny jakem go zastrzelił... leży pod sosną.
Dzieńdzierzyński. Cicho! (ściska mu ramię). Masz u mnie rubla, tylko tak zrób, żeby się nikt nie domyślił. (gośno)[2] Je vous dis, mój Miszel, to perła między strzelcami... nieraz jem sobie śniadanie, a on przychodzi i powiada: jaśnie panie, upatrzyłem w kotlinie zająca. Bon! gdzie? przy borsuczych dołach; nawiasem mówiąc, pół mili drogi... un joli morceau.. zaprzęgać! jedziemy... prowadzi mnie, ustawia w dobrem miejscu, a sam idzie prosto na kota... wystrasza go, kot pomyka... kiedy sadzi w najlepsze, ja paf, paf...
Władysław. Kot sadzi jeszcze lepiej.
Dzieńdzierzyński (zbity z tonu). A to jakim sposobem?
Władysław. No, ze strachu, cóż dziwnego.
Dzieńdzierzyński. Ale nie ma czasu, bo go trafiam... koziołkuje w miejscu, i... finita la comedia.
Władysław. Dramat chyba.
Dzieńdzierzyński. No, dla niego dramat, to prawda... ale dla mnie...
Władysław. Czy to papce robi przyjemność?
Dzieńdzierzyński. Comment? to nie ma robić przyjemności?
Władysław. Ciekaw jestem jaką... (patetycznie) że biedne zajączysko które nikomu nic nie zawiniło, porażone z pańskiej ręki skrzeczy głosem krającym serce? to ma być przyjemność? winszuję.
Dzieńdzierzyński (patrząc na Michałka) Skrzeczy?
Władysław. Czy papka tę krwiożerczość odziedziczył w spadku po przodkach?
Dzieńdzierzyński (n. s.) Jużcić, że to nie musi sprawiać miłej sensacji.
Michałek. Jaśnie panie, jeżeli mamy iść, to się spieszmy, bo kot może nie dosiedzieć.
Dzieńdzierzyński (po chwili wahania) A dobrześ go zabił?
Michałek. Ani zipnął.
Dzieńdzierzyński. Ręczysz, że nie będzie skrzeczał?
Michałek. Chyba na rożnie.
Dzieńdzierzyński (z fantazją do Władysława) Mów sobie co chcesz, jak się ma już żyłkę, to się ma... nie wyprujesz jej. (do Michałka) No, idź naprzód, allons... (do siebie) plus kap... klu pak... jakże tam, a! plus papa que le papa. (wychodzą na prawo. Dzieńdzierzyński odwodzi kurki u strzelby i trzyma ją w pogotowiu do strzału).

SCENA IV.
Maurycy. Władysław.

Maurycy. Mój drogi, przestań też raz tej zabawki niegodnej ciebie. Nie rozumiem co za przyjemność brać na fundusz człowieka, który nawet nie potrafi się bronić.
Władysław (śmiejąc się). To tak tylko w kółku familijnem... za to po za oczy zawsze trzymam jego stronę, szanując w nim bądź co bądź zacny charakter.
Maurycy. Twój humor drażni mnie.
Władysław. Dla czego?
Maurycy. Dla tego, że ja go mieć nie mogę.
Władysław. A to egoizm.
Maurycy. Tyś kontent ze wszystkiego począwszy od siebie, gdy ja nieraz miałbym doprawdy ochotę w łeb sobie palnąć.
Władysław. Tak kiedy wolnym czasem, w braku innej rozrywki.
Maurycy. Zaręczam ci, że nie żartuję, bywają chwile, żeby mnie to nic a nic nie kosztowało. Te kajdany, bez których kroku zrobić nie mogę, za nadto mi już ciężą.
Władysław. Jakie kajdany? chyba ukute w twojej wyobraźni.
Maurycy. Zazdroszczę ci, żeś się od nich wyzwolił... jedna krew w nas płynie, a jakżeśmy daleko od siebie! te wszystkie względy, które mnie krępują, dla ciebie nie istnieją. Najswobodniejszy w świecie w swoim dworku pod słomianą strzechą, dorabia się, orze, sieje, ujada się z parobkami... i szczęśliwy! ah! gdybym ja tak mógł!
Władysław. Przypominasz mi tego właściciela pensjonatu, który zajadając przy uczniach kapłona, zazdrościł im kaszki na wodzie i kartofli w mundurach, mówiąc: ah! jakbym ja to jadł! To tylko obłuda mój bracie, bo gdybyś chciał, tobyś i mógł.
Maurycy (ironicznie). Za twoim przykładem zakasawszy rękawy chwycić za pług, nie prawdaż?
Władysław. Czyżbyś nie miał do tego siły?
Maurycy. Miałbym, gdybym był sam jeden jak ty... zapominasz, że mam rodziców.
Władysław. Tem silniejsza pobudka.
Maurycy. Zatem podług ciebie, mam ich skłonić, aby sprzedali majątek, pospłacali długi i za te resztki któreby nam pozostały, kupili parę włók gruntu z chałupką pod lasem, w romantycznem położeniu, w którejbyśmy osiedli wszyscy razem i rozpoczęli sielankowy żywot dorabiając się na nowo?... ha, ha, ha, czyżby oni w tych warunkach wyżyli?
Władysław. A! mój drogi, już na to nie mam co powiedzieć.
Maurycy. Dla nich całą nadzieją jestem ja! wychowali mnie na filar upadającego domu
Władysław (n. s.) Piękny filar.
Maurycy. Przejęci wiarą, że świetna przyszłość należy nam się z prawa urodzenia, wpajali ją we mnie, kołysali bajeczką o księżniczce z djamentami, która spłynie z obłoków i odda mi swoją rękę...
Władysław (ironicznie). Aha! tymczasem zamiast księżniczki...
Maurycy. To mnie dobija!
Władysław. Więc kupcówna ci nie wsmak?
Maurycy (unosząc się). Że też ty z najświętszych rzeczy musisz drwić!
Władysław. Nie wiedziałem, że przesądy kastowe są taką świętością... biję się w piersi.
Maurycy (j. w.) Człowieku! czy ty nie widzisz co mnie nęka?... oto rola moja upokarzająca w tym całym stosunku. Wstydzę się jej, a nie mam na to rady. Jeżeli mi odda rękę, to w brew swojej woli, bo wpływają na nią... już nie mówię kto inny, ale własny ojciec zachwycony widokiem koligacji z nami.
Władysław. A ty?
Maurycy (po chwili) Czyż tu o mnie chodzi?
Władysław. Ale powiedz że mi tak otwarcie... jesteś gotów do tej ofiary?
Maurycy. Ofiary! wiem, że nie jeden tak to nazwie.
Władysław. Więc tak nie jest? (Maurycy milczy) masz dobrą i nieprzymuszoną wolę? nie zrażają cię te malutkie względy i względziki, na które nasz światek tak lubi kręcić nosem?
Maurycy (z zapałem) To jest anioł!
Władysław (zdziwiony) Ba! także mi gadaj!.. (po chwili) Jak się to można omylić! ja byłem pewny, że ty się przymuszasz dogadzając woli rodziców... co większa (ciszej) byłbym przysiągł, że ta mała Zuzia na prawdę cię przywiązała do siebie.
Maurycy (rozdrażniony) Czy i ty zaczynasz się już bawić w babskie plotki?
Władysław. Jeżeli doszło coś do mnie, ręczę ci że mimo chęci.
Maurycy (gwałtownie) I wierzyłeś temu? (śmiejąc się z przymusem) dziewczyna prosta, ograniczona... co za myśl, żeby zabawkę bez konsekwencji.
Władysław. Jakto bez konsekwencji? pozwól że to już wyrafinowany egoizm.
Maurycy (niecierpliwie) Ale niemasz najmniejszej racji do moralizowania, bo to wszystko co możesz powiedzieć, ja sobie już dawno powiedziałem! Jeżeli kiedyś były z mojej strony jakie zamiary niekoniecznie godziwe, to ich żałuję.
Władysław. Ba!
Maurycy. Nieposunąłem się tak daleko, żeby mi nie wolno było się cofnąć.
Władysław. No, chyba...
Maurycy. I daję ci słowo, że dziś już z tego wszystkiego niema nic.
Władysław. Słowo honoru?
Maurycy. Słowo honoru... nic a nic. Czyż możesz przypuszczać, żebym ja teraz jeszcze dawał powody do plotek?
Władysław (po chwili) Skoro tak, gdy kochasz Polę, więc a[3] cóż ci chodzi?
Maurycy (z ogniem) O nią! o nią!.. o jej wzajemność, szacunek, o pewność, że mną nie pogardza.
Władysław. Pierwsze jest wszystkiem. Największą pewność będziesz miał, gdy ją rozkochasz.
Maurycy. Z tobą nie można mówić poważnie.
Władysław. To jedyny środek... Zresztą, czyż to tak trudno? mój drogi, żeby cię przekonać, gotów jestem zrobić ci wyznanie... o którem dawno już myślałem, ale... jakoś... nie przyszło do tego. Cóż powiesz na to, że ja którego zasady znasz, nie wiedząc jak i kiedy, doprowadzony zostałem do tej ostateczności, że się zakochałem po uszy, i robię krok, który zimny rozum może potępić.
Maurycy. Ej!
Władysław. Nie wierzysz? więc posłuchaj. Postanowiłem sobie był za prawidło ignorować kobietę o ile nie przedstawiała widoków odpowiednich moim celom. I udawało mi się to przez czas jakiś. Najokrzyczańsza piękność, skoro nie znajdowała się w warunkach dostępnych, robiła na mnie wrażenie tylko pięknego posągu. Ta uwaga, że ona nie dla mnie, była okładem z lodu, który mnie zabezpieczał najdoskonalej. Tymczasem znalazła się osoba, i notabene osoba znająca mój sposób myślenia, która uwzięła się zburzyć cały ten gmach mądrych postanowień z taką troskliwością wzniesiony... i dokazała swego. Ale ty mnie nie słuchasz i nie ciekawyś nawet dowiedzieć się, kto jest ta czarodziejka? Otóż odkryję ci tajemnicę, bo i tak w krótce dowiedziałbyś się... Jestto... twoja siostra!
Maurycy (bardzo zdziwiony) Gabrjela!
Władysław. Wszak niespodzianka? chowaliśmy się niemal razem od dzieciństwa, przez tyle lat patrzałem na nią jak na prześliczną kuzyneczkę, z której wdzięków byłem dumnym, ale pomyśleć oczem więcej ani mi w głowie nie powstało, bo to byłbym nazwał po prostu zawiązaniem losu nam obojgu. Wszystko to trwało dopóty, dopókim się nie przekonał, że opierać się dłużej magnetycznej sile jaką posiada spojrzenie kobiety, nie sposób; pod jej wpływem moje serce zamieniło się w wulkan.
Maurycy. Ty, wulkan!
Władysław. Jak cię kocham, przeobraziła się cała moja natura. Więc widzisz! dla czegożbyś ty nie dał sobie rady z Polą, która z pewnością jest pełną najlepszych chęci, i niczego więcej nie pragnie, jak kochać. Tylko, uważasz co do nas, nie mieszajże ty się do niczego, zostaw to nam samym. Kochamy się, jak para turkawek i Gabrjeli jestem pewny, ale przewiduję trudności ze strony stryjowstwa... Ojciec jak ojciec, ale z matką najgorzej... Robiąc ci zwierzenie zapędziłem się może za daleko, stało się to pod wpływem naszej rozmowy... więc proszę cię o tajemnicę do czasu... mógłbyś wszystko zepsuć wyrywając się zbyt pospiesznie.
Maurycy. Mój Władku, życzę wam obojgu jak najlepiej, ale...
Władysław (ściskając go). Tylko zlituj się, żadnych uwag.
Maurycy. Ale bo, czy ty się nie łudzisz?
Władysław. Gdyby tak było, to proszę cię, nie otwieraj mi oczu. Całą nadzieję złożyłem w tem złudzeniu... niech więc przynajmniej trwa jak najdłużej.

SCENA V.
Poprzedzający, Zuzia, Kotwicz, Strasz.

Zuzia (w kulisie, tonem pewnej zalotności, chcąc odebrać koszyk Straszowi, który go przytrzymuje wraz z jej ręką) Oj, oj, bo to boli!... po co pan tak ściska, cóż to znowu... niech mi pan odda koszyk.
Strasz. Powiedziałem że ci oddam, jeżeli mi dasz całusa.
Zuzia (j. w.) To, to, to... nie mam takich rzeczy na rozdawki.
Strasz. Jakto! taka śliczna dziewczyna, i tak nieprzystępna? to grzech!
Zuzia. Tak mnie uczyli.
Kotwicz (dopomagając Straszowi) Ale fe! i któż taki? jeżeli pan Maurycy, to właśnie powinnaś być z tem otrzaskaną.
Zuzia (hardo do Kotwicza). A pan co sobie myśli o mnie?
Kotwicz. Że mogłabyś nie robić ceremonji. (przytrzymuje ją, a Strasz całuje).
Zuzia (krzyknąwszy) Ah!... (p. c. do Kotwicza z dąsem) Stary!... (w tej chwili spostrzegłszy Maurycego, biegnie do niego zostawiając koszyk w ręku Strasza; pomieszana, tonem jakby szukała opieki) Proszę pana!
Kotwicz (n. s.) Sytuacja naprężona.
Strasz (zbliżając się z koszykiem, który Zuzia odbiera). Fant wykupiony, oddaję ci... a za przestrach .. (sięga do portmonetki).
Zuzia (z pewną afektacją, przysuwając się do Maurycego). Niech mnie pan broni.
Maurycy (zimno, usuwając się). Nie udawaj, moja kochana, bo nie zdaje mi się, żeby ci ta napaść robiła tak wielką przykrość.
Władysław (n. s.) Zawsze go to jednak dotknęło.
Maurycy. A jeżeli naprawdę tak się boisz, to siedź w domu i nie biegaj po lesie kiedy wiesz, że możesz kogo spotkać.
Zuzia (zawstydzona). Czyż ja wiedziałam? (p. c.) To tak zawsze, jak napastować, to każdy gotów... a do obrony nie ma nikogo.
Kotwicz. Ale bo panowie zapewne się nie znacie... pan Strasz, nowy dziedzic Zagrajewic... sąsiad.
Maurycy (z dwuznaczną grzecznością) A!... domyśliłem się tego, ujrzawszy na polowaniu osobę nieznajomą.
Kotwicz. Panowie Czarnoskalscy.
Strasz. Bardzo mi przyjemnie.
Maurycy (do Władysława). Idziemy?
Władysław. Zapewne, nie mamy tu co robić...
Zuzia (zmuszając się do płaczu) Tylko człowiek się wstydu naje, nie wiedzieć z jakiej racji, i tyle.
Strasz (wtykając jej pieniądze do ręki) Weźże.
Zuzia. Niech pan sobie schowa dla innych. (odchodzi do domku).
Strasz (który zrobił kilka kroków za nią; wracając) Wiecie panowie, że to bardzo ładna dziewczyna, daję słowo... podobno córka leśniczego; tatki teraz nie ma, wartoby pójść za nią i utulić ten żal... złóżmy się jej na jakiś podarek... dobrze?
Maurycy (do Władysława) Chodźmy na stanowiska, może się jeszcze co trafi.
Kotwicz. Mieliśmy się tu zejść na bigos.
Władysław (przechodząc koło Strasza, jakby do siebie). Mała rzecz, a wstyd. (Maurycy i Władysław wychodzą na prawo).

SCENA VI.
Kotwicz, Strasz.

Kotwicz (n. s.) Jak oni mu będą takie finfy puszczać, to wszystko na nic się nie zda... a potem będzie na mnie.
Strasz (po chwili) Mój panie, co to miało znaczyć?
Kotwicz. Jakto? co?
Strasz. Proszę pana, czy ja jestem smarkacz? powiedz pan.
Kotwicz. Ale skąd znowu, przecie pan musisz być pełnoletnim.
Strasz. Mam lat dwadzieścia pięć i niezależną pozycję. Przyznałem się panu otwarcie, że lubię kobiety, i bardzo lubię, to jest moja słaba strona... a że wyszedłem z pod kurateli, zdaje mi się, że nie mam potrzeby kryć się z tem mojem upodobaniem i wolno mi je objawić. Gdybym przebrał miarkę i obraził przyzwoitość publiczną, jest na to władza policyjna, któraby mnie wsadziła do ciupy, albo kazała zapłacić karę.. ale żeby mi jakiś tam arystokrata prowincjonalny ubliżał prawieniem morałów...
Kotwicz. Zupełnie pana nie rozumiem; o cóż chodzi?
Strasz. Pomijam niegrzeczne obejście się tych panów, chociaż zdaje mi się, że kiedy kto mówi do mnie, przyzwoitość nakazuje odpowiedzieć — ale co znaczyło to: „mała rzecz, a wstyd“ które jeden z nich powiedział odchodząc?
Kotwicz. Nie słyszałem.
Strasz. To było wymówione z akcentem, panie, i musiało mnie obrazić... Wdzięczny panu jestem za zaproszenie, ale korzystać z niego nie myślę. Ja nie jestem pierwszy lepszy, panie, żebym mógł słuchać impertynencyj i znosić fumy jakichś tam półpanków,
Kotwicz (n. s.) O, jakiś drażliwy. (głośno) Ale panie, panie, jaki pan jesteś niedomyślny... a warszawiak!... Gdzież tu chęć obrażenia; to była prosta zazdrość, a w takich razach trzeba być wyrozumiałym.
Strasz. Jakto, zazdrość...
Kotwicz. Czyż potrzebuję panu tłómaczyć?... Wkraczałeś pan na cudze terytorjum, przywłaszczałeś sobie prerogatywy osób trzecich...
Strasz. Aha! teraz rozumiem... więc ta dziewczyna?... (zapytuje wzrokiem).
Kotwicz (odpowiada podobnież) Emhę!
Strasz. Kiedy tak, to co innego... (p. c.) Ale zawsze kwituję z tych stosunków... jest coś co mi się nie podoba... po co mi się cisnąć do wysokich progów... najlepiej niech swój z swoim przestaje... ot, jak my naprzykład... z panem ja jestem swobodnym, jakbyśmy się znali Bóg wie odkąd... Ale! powiedz mi pan, jakiż pan masz tytuł zapraszać mnie do tych państwa?
Kotwicz. Bardzo prosty... jako ich krewny.
Strasz. Nie może być! pan jesteś ich krewnym? nie wiedziałem.
Kotwicz (z pańska). Miałem zaszczyt rekomendować się przy poznaniu .. Kotwicz-Dahlberg Czarnoskalski.
Strasz. Także Czarnoskalski? nie uważałem, daję słowo. . Kotwicz-Dahlberg, Dahlberg... a, a, a... to pan, co to go nazywają hrabią... teraz wiem... (n. s.) Hrabia von Habenichts.
Kotwicz (urażony). Skoro nazywają, zdaje mi się że jest do tego prawo... jestem z starszej linji.
Strasz (n. s ) Jakto szydło wyłazi z pustego worka. (głośno) A, to mocno przepraszam .. ja bo myślałem, że to tak sobie na żarty. Mnie, w kawiarni u Andzi na Trębackiej nie nazywano inaczej tylko hrabią... prawda, że właśnie wtenczas spadła na mnie ta sukcesja.
Kotwicz. Ph!... w knajpie uchodzą takie koncepta.
Strasz (dotknięty). Ale za to nie uchodzi wiele rzeczy, które muszę znosić w salonie.
Kotwicz. Także porównanie!
Strasz. Przedewszystkiem używam przyjemności otwarcie, nie potrzebując grać komedji i jestem panem za swoje trzy grosze.
Kotwicz. Ha, są gusta i guściska... Ale jako wielbiciel kobiet, gdzież pan szukasz ich towarzystwa? bo kobietę, tak jak się ją pojmuje idealnie, może wyhodować tylko atmosfera salonu.
Strasz. A, winszuję!... ha, ha, damy salonowe... czyż to są kobiety?
Kotwicz A cóż?
Strasz. Jakieś istoty zagadkowe, z obliczem sfinksów, sercem pełnem niestworzonych zachceń a z pretensjami na aniołów.
Kotwicz. Gdzieżeś je pan miał sposobność tak studiować?
Strasz. Teoretycznie, za pomocą patologji, bo to wszystko się tłómaczy stanem chorobliwym. U Andzi bywał jeden doktor medycyny, młody chłopak świeżo wyszły z uniwersytetu.. no! co ten nam nagadał o kobietach, to proszę było słuchać... (stanowczo) hrabia nie znajdziesz w salonach jednej kobiety zdrowej.
Kotwicz. Ale fe!
Strasz. To jest fakt. Więc co mi za przyjemność... ja nie szukam jakiegoś pół bożyszcza, przed którem musiałbym chodzić na palcach, tylko kobiety z krwi i ciała, o której byłbym przekonany, że nie dostanie spazmów, gdy jej powiem słowa prawdy bez obwijania w bawełnę... chcę zdrowej natury a nie sztuki. Ot naprzykład, ta tutaj dziewczyna, to rozumiem..
Kotwicz. Pod tym względem gusta młodych ludzi zmieniają się... zobaczymy, co pan powiesz o tem za miesiąc...
Strasz. Dla czegoż za miesiąc?
Kotwicz. No, niby mniej więcej, gdy się porobi stosunki, gdy pan zżyjesz się z naszem towarzystwem, i spotkasz w niem zdrowe natury.
Strasz (miękko). Kiedy ja nie mam do tego najmniejszej ochoty.
Kotwicz To prosty obowiązek, panie.
Strasz (skromnie). Nie myślę się narzucać.
Kotwicz. Narzuca się ten, kto może mieć wątpliwość jak będzie przyjętym... ale pan nie jesteś, jak sam powiedziałeś, jakiś tam pierwszy lepszy.
Strasz. No, zdaje mi się... taki majątek jak moje Zagrajewice piechotą nie chodzi.
Kotwicz (n. s pociągając nosem) Jak zaleciał parweniusz. (głośno) Więc jedziesz pan z nami do Czarnoskały, i kwita!.. i tak nie dziś to jutro trzeba to zrobić, tego pan nie unikniesz... stanowisko pańskie to nakazuje.
Strasz. Hm! subjekcja... przyznam się, że mi nie pilno... (spoglądając po sobie) Zresztą, czyż tak mogę?
Kotwicz. Nie masz pan się w co przebrać?
Strasz. Wziąłem tużurek na wszelki wypadek.
Kotwicz. Ano!
Strasz. Ale nie wiem, czy to uchodzi tak z polowania... nie byłem z wizytą etykietalną.
Kotwicz. Złożysz ją pan później, nic nie szkodzi.
Strasz. Ha, kiedy nic nie szkodzi... to jazda!... (n. s.) Co tam!
Kotwicz (n. s) No, ja swoje już zrobiłem (wchodzi z prawej strony Łechcińska, przywołuje gestem Kotwicza i zamieniwszy z nim kilka słów, wchodzi do domku).
Strasz (po chwili, n. s.) Puszczam się na bystrą wodę! (p. c) No i niechże mi kto powie, kiedy ja byłem na swojem miejscu, czy wtenczas gdy jako gryzipiórek sądowy wieszałem psy na arystokracji, czy dziś, gdy jestem tak słabym, że mnie te zaprosiny połechtały? Głupia natura ludzka, daję słowo: czuję formalnie jakiś nastrój uroczysty... (p. c.) Żeby się tylko nie pośliznąć na tych woskowanych posadzkach!... ale prawda! to za coby dependentowi pokazano drzwi, ujdzie dziedzicowi Zagrajewic... nie ma kłopotu.

SCENA VII.
Kotwicz, Strasz, Szambelanic, Maurycy, Władysław, (później) Dzieńdzierzyński.

Szambelanic. Nie! teraz jest niemożliwem polowanie w swoim własnym lesie, słowo uczciwości daję.. komunizm jakiś, zuchwalstwo bez granic... Co to był za jeden?
Władysław (śmiejąc się) Pisarz wójta.
Szambelanic (oburzony) Nie może być! No patrzcież, i taki fagas, panie, pozwolił sobie zająć stanowisko obok mnie, za pan brat... Lis szedł prościusieńko na mnie, wtem jak go poczuł..
Władysław. Za pozwoleniem, bo to jeszcze pytanie kogo on poczuł... może nie jego, tylko właśnie stryja.
Szambelanic (niecierpliwie) Jakże chcesz... palił jakieś śmierdzące cygaro i nadto jeszcze przygwizdywał sobie, bo to jest!... na stanowisku, gdy psy gonią, słyszeliście co podobnego?... Złości mnie porwały... wołam: cicho, tam! a ten zdejmuje czapkę i powiada: moje uszanowanie panu dobrodziejowi.. jeszcze mi się błazen kłania.
Władysław. No, grzeczny, cóż stryj chce.
Szambelanic. Mój Władysławie, nie dowcipkuj kosztem zdrowego sensu, a przedewszystkiem nie pozuj na demagoga, bo ja cię dobrze znam.
Strasz (poufale, stając przed Szambelanicem) To pewno ten sam lis był, co wyszedł później na mnie... nie wiedziałem nawet że to lis, ale domyślam się po ogonie.
Szambelanic (zdziwiony) A!... (n. s.) A toż znowu kto.. (głośno) Z kimże mam szczęście?
Kotwicz (n. s.) A to palnął! (głośno) Przedstawiam kuzynowi naszego nowego sąsiada... pan Strasz, dziedzic Zagrajewic z przyległościami.
Szambelanic (rozweselając się) Aha! to pan jesteś..
Kotwicz. Pan Szambelanic Czarnoskalski..
Strasz (podając rękę) Bardzo mi przyjemnie.
Szambelanic (drwiąco, podając palce) A! i mnie także... nie wiedziałem, że przybył w sąsiedztwo taki myśliwy... Więc jakże to było z tym lisem?
Strasz. A no, ja stałem, a on przyszedł do mnie... ot tak blisko...
Szambelanic. I nie strzelił pan?
Strasz. Myślałem, że to był pies... chciałem nawet na niego zawołać, bo bardzo lubię psy, ale skorom się poruszył zniknął mi, tylko zobaczyłem ogon ogromnie długi.
Szambelanic (z drwiącą powagą) No, to oczywiście był lis.
Władysław (do Maurycego). Wiesz ty, że on paradny sobie.
Szambelanic (oglądając Strasza) Dubeltóweczka ładna bo ładna...
Strasz. Dałem za nią dwieście rubli... lepażówka.
Szambelanic. Widzę, widzę, caca... z tem wszystkiem, wielkiej szkody zwierzynie pan nią nie zrobi.
Strasz. Bo też mnie o to nie chodzi (poufale) Za to na inną zwierzynę to ja jestem majster.
Szambelanic. Naprzykład?
Strasz. Jaką pan szambelanic masz dziewczynę w tym tu domku, to dawno nie zdarzyło mi się spotkać.
Szambelanic (obrażony). Cóż to za koncept?
Maurycy. Ojcze, mieliśmy jechać.
Szambelanic (wyniośle z gestem) Padam do nóg! (n. s.) Przyznam się, że trochę zanadto poufałości... (idą w głąb).
Dzieńdzierzyński (wchodząc z zającem przy torbie). No, gdzie? dokąd?... quousque tandem? już odjeżdżacie? jakżeż można, comment peut on! ja w najlepsze zaczynam, jestem w sztosie... patrzcie, quel zając!
Władysław. I po co to samemu dźwigać, zamiast oddać strzelcowi.
Dzieńdzierzyński. Savez vous quoi, c'est bon!... kot moją własną ręką zabity? nie czuję ciężaru... ja to noszę, jak znak honorowy... (spostrzegłszy Strasza, do Kotwicza) Qui es-ki-e-sa ce monsieur?
Kotwicz. Strasz z Zagrajewic.
Dzieńdzierzyński. A! sąsiad, sąsiad (idzie do Strasza podając mu obie ręce; nagle wpatrując się weń, n. s.) Jak on mi przypomina...
Strasz. Pan Dzieńdzierzyński?
Dzieńdzierzyński. Pan mnie znasz?
Strasz. Doskonale... Miałeś pan handel kolonjalny na miodowej uiicy.
Dzieńdzierzyński (n. s.) To ten sam... (głośno) Tak... z amatorstwa... bawiłem się... (zaambarasowany) Pardon... (patrzy na zegarek) już tak późno... (n. s.) człowiek, któremu dałem w łapę kilka rubli za kopję wyroku... Jezus Marja! oni tu chyba o tem nie wiedzą... (głośno) panie szambelanie... monsieur chambelan... ja jadę do was, bo tam jest moja Pola... pojechała właśnie do szambelanówny.
Szambelanic. I owszem, bardzo nam będzie przyjemnie (do Kotwicza, który mu mówił do ucha) Co? zapraszać go! a dajcież mi pokój... w imię ojca i syna!... czy ja wiem co za jeden..
Władysław (do Dzieńdzierzyńskiego) Oddajże papka tego zająca na wóz, bo krwawi... powala siedzenie w wolancie.

Dzieńdzierzyński. Comment?... attendez... mam tu papier od butersznitów... (dobywa z torby i obwija zająca; odchodzą, Maurycy i Władysław kłaniają się zdaleka Straszowi).

SCENA VIII.
Kotwicz, Strasz, (potem) Łechcińska.

Strasz (po chwili) A my?
Kotwicz. Ano, i my jedziemy.
Strasz. Przyznam się, że mógł był ten pan szambelanic powiedzieć mi choć słówko.
Kotwicz. Ale panie, to jest człowiek, który niewolniczo trzyma się form... nie wypadało mu... zkądże?... wszak to nie jest proszona zabawa, tylko po prostu, pan korzystając z sposobności, robisz krok grzeczności sąsiedzkiej.
Łechcińska (w progu, załamując ręce) Odjeżdżają!... cóż teraz będzie?
Strasz (p. c.) Nie jadę.
Kotwicz. Ale panie, dla czego?
Strasz. Stanowczo powiadam, nie jadę i skończony interes.
Kotwicz (na gest Łechcińskiej, która zaraz znika) No, to przynajmniej przetrąćmy co, jest tu śniadanie.
Strasz. Gdzie?
Kotwicz. U leśniczego.
Strasz (żywo) A ta dziewczyna jest tam?
Kotwicz (podobnież) Jest! jest!
Strasz. No widzisz pan, jak mi kto robi rozumną propozycję, to zupełnie co innego. (ściskając mu rękę) Zgadzam się.
Kotwicz. Więc służę. (prowadząc go, n. s.) Gdzie djabeł nie może, tam babę pośle... Referendarzowa da sobie z nim radę. (wchodzą do domku. Zasłona spada).



AKT II.
Salonik — umeblowanie gustowne, ale zszarzane — troje drzwi: jedne w głębi, dwoje po bokach — z prawej okno — po tejże stronie źwierciadło stojące — z lewej kanapa, fotele i stół, na którym pisma, parę książek, album z fotografiami i t. p.

SCENA I.
Pola, Służący (wchodzą głównemi drzwiami; potem) Gabrjela.

Pola (z której służący zdejmuje okrycie). Więc starsza pani słaba?
Służący Tak... po swojemu.
Pola. Jakto, po swojemu?
Służący. Niby... jak zawsze, na głowę... (n. s.) więcej ambarasu, jak co warto.
Pola. Panna Gabrjela jest przy matce?
Służący. A jakże.
Pola. Zaczekam tu... (służący wychodzi z okryciem; Pola zdejmuje kapelusz, przygładza włosy przed zwierciadłem, potem przeszedłszy się parę razy w milczeniu, zbliża się do stołu i przegląda pisma; po chwili, biorąc album z fotografiami) A!... nie ma świadków... mogę sobie pozwolić. (znalazłszy fotografię wpatruje się w nią) Mój drogi!... gdybyś ty wiedział... gdybyś mógł temi martwemi oczyma zajrzeć w głąb mojej duszy... (p. c.) Jak on tu jest doskonale trafiony... (wysuwając kartę) Gdybym tak sobie przywłaszczyła... dobra sposobność... ale brak mi odwagi... ah! na samo przypuszczenie, że mógłby kto spostrzedz... (oglądając się machinalnie, spostrzega Gabrjelę).
Gabrjela (wchodząc z lewej strony) Usłyszałam turkot, byłam pewną że to panowie z polowania, tymczasem przez okno spostrzegłam powóz z Zabrodzia... miła dla mnie niespodzianka.. Jak się masz. (całują się).
Pola (zakłopotana albumem, którego nie wypuszcza z rąk) Podobno mama słaba.
Gabrjela. Trochę migreny, ale już przeszło... teraz usnęła... ucieszy się bardzo, gdy cię zobaczy, tak dawno już nie byłaś u nas.
Pola (j. w.) Podobną wymówkę mogłabym i ja tobie zrobić... (n. s.) To się złapałam... gdybym mogła wsunąć napowrót. (udaje że przegląda album).
Gabrjela. Cóżeś ty się tak zagłębiła w tem albumie, nie ma tam nic ciekawego, same wybierki przeznaczone na plondrowanie.
Pola (szybko chowa fotografię do kieszonki; n. s.) Stało się! (głośno, przewracając karty albumu na chybił trafił, zmięszana) Tak sobie, przeglądam... ale istotnie, ile tu brakuje! pełno pustych miejsc... (n. s.) E, przecież nikomu nie przyjdzie na myśl... (głośno) Kto jest ten młody mężczyzna?
Gabrjela. Młody mężczyzna, ten?... ha, ha .. czy ci się podobał?
Pola. Ma wyraz twarzy uderzający.. (n. s.) nie wiem sama, co mówię.
Gabrjela. To nasz daleki kuzyn.. oryginał sławnie brzydki, ale kolosalnie bogaty... Powiedz sama, czy nie ma on wypisanego na czole: materjał na męża!
Pola. Dla czego?
Gabrjela. Dla tych właśnie przymiotów. Wyobraź sobie, dostał kobietę wykształconą i prześliczną, która jest z nim najszczęśliwszą.
Pola. Mógł się przecie podobać.
Gabrjela. Jako partja, bezwątpienia... kochała się szalenie w innym, i kocha go podobno jeszcze... ale pokazała się kobietą dziwnego hartu.
Pola. Inaczejbym to nazwała.
Gabrjela. Wyratowała z nędzy matkę.
Pola. A! więc po prostu spełniła ofiarę.
Gabrjela. Na której przedewszystkiem sama zyskała grubo, dostawszy męża zgadującego jej myśli i dogadzającego najkapryśniejszym zachceniom... to nic więcej, tylko dowód praktyczności, której mogłybyśmy jej wszystkie pozazdrościć.
Pola. Dziękuję za to.
Gabrjela. Ale bo my popełniamy zwykle ten błąd, że nadto dajemy się powodować czułostkowości... po romansowych głowach snują się obrazy sielankowego szczęścia, które jako marzenia chorobliwe narażają nas tylko na spadanie z obłoków.
Pola. Nawet choćby się urzeczywistniły?
Gabrjela. Alboż to się trafia?
Pola. A małżeństwo z miłości?
Gabrjela. Raz na tysiąc razy, moja droga, wielki los na loterji; jakiegoż to trzeba zbiegu okoliczności, żeby zadowolnić zarazem i pragnienie serca i wymagania rozumu.
Pola. Gdy chodzi o szczęście całego życia, zdaje mi się, że powinnyśmy się radzić tylko serca. Ja przynajmniej nigdybym nie potrafiła iść za mąż bez przywiązania.
Gabrjela. Potrafiłabyś, gdybyś musiała... a zresztą, wszystkie te rojenia o szczęściu o tyle są coś warte, o ile przedstawiają jakąś rękojmię trwałości.
Pola. To już od nas samych zależy.
Gabrjela. Nie koniecznie .. Czy wiesz, jak ja sobie wyobrażam szczęście? (obejmując Polę i patrząc jej w oczy) Oko utopione w oku, w którego głębiach obietnice raju, dłoń w dłoni, której dotknięcie wzbudza bicie mojego serca...
Pola (śmiejąc się) Pokazuje się, że mamy jednakowy gust... ja nie inaczej myślę. Ale tym sposobem, jesteś w sprzeczności sama z sobą.
Gabrjela (j. w.) Za pozwoleniem, nie dokończyłam... Ale to wszystko pod warunkiem, żeby się odbywało na lśniącym parkiecie, wśród ścian źwierciadlanych odbijających bez wykrzywienia oblicza dwojga ludzi szczęśliwych, w atmosferze przesiąkłej wonią wyszukanych pachnideł... bo, wierzaj mi, choćbym usychała z miłości, nie odważyłabym się na życie z człowiekiem ukochanym wśród trosk... przykucie go do siebie w tych warunkach uważałabym za szczyt nierozsądku... zdaje mi się, że znienawidziłabym go, gdyby mi przyszło wystawiać uczucie na walkę z losem!... (spokojniej) rozumiesz mię teraz?
Pola. Jeżeli mówisz prawdę, to żałuję cię. Ja podzieliłabym chętnie najsmutniejszą dolę z tym, któregobym wybrała.
Gabrjela. Tak ci się zdaje, bo nie jesteś w tem położeniu.

SCENA II.
Gabrjela, Pola, Dzieńdzierzyński, Służący.

Dzieńdzierzyński (we drzwiach w głębi, spostrzegłszy Polę z Gabrjelą, uszczęśliwiony, odsuwając służącego, który chce mu odebrać torbę zającem) Co za widok! quel joli paysage... serce mi rośnie, gdy patrzę na tę ich przyjaźń.
Gabrjela. A! pan Dzieńdzierzyński.
Dzieńdzierzyński (przybiegając). Padam do nóżek, moje uszanowanie... całuję rączki panny szambelanównej. (całuje ją w rękę; do Poli całując ją w głowę) Jak się masz.
Gabrjela (spostrzegłszy zająca). Cóż za trofeum przy torbie!
Dzieńdzierzyński. Ah! pardon (cofając się) jakiż ja jestem roztargniony... wchodzić tak do salonu pomiędzy damy... tęgi zając, n'est ce pas? (idąc do drzwi) W tej chwili służę. (zatrzymując się, do Poli) Pani szambelanowej nie ma?
Pola. Słaba na migrenę.
Dzieńdzierzyński (z współczuciem) Ah! co za szkoda!... byłaby go zobaczyła.
Pola. Czy papka sam to zabił?
Dzieńdzierzyński. Comment? (powtarzając po niej) Czy papka sam to zabił?... miałem przy sobie sól w papierku i posypałem na ogonek... oj, ty, ty... córka myśliwego i robić tak naiwne pytanie... zabiłem, i to strzeliwszy z pod pachy... (do służącego) No, weźże tego zająca i zanieś do kuchni, ale powiedz tam, że to ja moją własną ręką zabiłem... pamiętaj!... pan z Zabrodzia swoją własną ręką... powiesz?
Służący. Powiem, co mi to szkodzi.. i tak nie uwierzą... (odchodzi z torbą i zającem).
Dzieńdzierzyński. Co?
Gabrjela. Pan sam tylko przybyłeś?... gdzież reszta towarzystwa...
Dzieńdzierzyński. Przyjechaliśmy wszyscy, ale szambelan i obadwa młodzi poszli do siebie... (n. s.) głupiec.
Gabrjela (siadając na kanapie) A z obcych jest kto? (robiąc mu miejsce koło siebie) Siadaj pan.
Dzieńdzierzyński Dziękuję uprzejmie. (siadając) Nie ma, broń Boże... jesteśmy w swojem kółku.
Gabrjela. Czyż nie było nikogo więcej na polowaniu?
Dzieńdzierzyński. Ale i owszem! nie brakowało nieproszonych gości... spotykaliśmy pełno jakiejś hołoty, figur zakazanych ..
Gabrjela. Ale z sąsiadów był kto?
Dzieńdzierzyński. Nikt, prócz Strasza z Zagrajewic.
Gabrjela. A! pan Strasz... czemużeście go panowie z sobą nie przywieźli?
Dzieńdzierzyński (niechętnie) Do czegożby to było podobne.
Gabrjela. Wiadomo, że pan jesteś zwolennikiem form, ale cóżby to szkodziło!... powiedzże mi pan co o nim... Cóż to za osobistość?
Dzieńdzierzyński (j. w. wstając) Ale proszę pani, czy ja go znam! nie wiem co za jeden.
Gabrjela. Jakżeż go pan z góry traktujesz!.. Mówmy tak otwarcie, czy to grzecznie, żeście odjechali zostawiając tego pana... może go nawet nikt nie prosił.
Dzieńdzierzyńki. Nie wiem.
Gabrjela. Jego rzeczą było przyjąć zaproszenie albo wymówić się, ale od panów należał się ten krok uprzejmości.
Dzieńdzierzyński. Ale kiedy to jest człowiek nie z naszej sfery, je vous assure.
Gabrjela (śmiejąc się). Już takiego ultraarystokraty jak pan jesteś, to nie znam.
Dzieńdzierzyński (zadowolony). Comment? pani uważasz, że ja jestem arystokratą.
Gabrjela (wstając) Ale jakim!
Pola (która przeglądała pisma, a potem przechadzała się zniecierpliwiona tokiem rozmowy) Papka bo gotów jest bronić nawet tego w co nie wierzy, i na odwrót... wbrew własnemu przekonaniu, byle tylko mieć materję do sprzeczania się z tobą.
Dzieńdzierzyński (protestując). Ale za pozwoleniem.
Pola. Szczególne ma w tem upodobanie.
Gabrjela. O, ja wiem, że pan jesteś duchem sprzeciwieństwa... (n. s.) Muszę się dowiedzieć, co się dzieje z Łechcińską... (głośno) Moja Polu, przepraszam cię, że odejdę na chwilkę, ale muszę zobaczyć, czy mama się nie obudziła... natychmiast wrócę.
Pola. O proszę cię... nie rób z nami żadnej ceremonji.
Gabrjela (na odejściu do Dzieńdzierzyńskiego) Gniewam się na pana. (odchodzi na lewo).

SCENA III.
Dzieńdzierzyński, Pola.

Dzieńdzierzyński. Comment? sur moi? savez vous quoi, c'est bon.
Pola (p. c.) Cóż papka ma znowu przeciwko temu Straszowi?
Dzieńdzierzyński. Ale cicho! bo nic nie wiesz... (tajemniczo) był dependentem przy adwokacie... wystaw sobie, ja sam, moją własną ręką, dałem mu kiedyś pięć rubli za kopię wyroku w jednej sprawie... no!
Pola. Więc cóż?
Dzieńdzierzyńki. Nic... wziął i schował do kieszeni.
Pola. Ale należało mu się, czy nie?
Dzieńdzierzyński. Wprawdzie to było extra zwykłych kosztów, ale że chodziło mi o pospiech, więc sam mu obiecałem... pisał przez całą noc.
Pola. Więc cóż papka chce od od niego?
Dzieńdzierzyński. No, pozwolisz, że to jest ambarasujące położenie, gdy na raz taki jegomość zjawia się jako sąsiad, dziedzic dóbr i drze się do poufałości...
Pola. I to papka może mówić?
Dzieńdzierzyński. Nie przez arystokrację, jak cię kocham, chociaż mnie o to posądza twoja przyjaciółka... tylko chcę powiedzieć, że taki człowiek nie miał gdzie nabrać tego poloru... cette politure... której się wymaga w towarzystwie comme il faut. Naprzykład na polowaniu, gdy mi go zaprezentowano, powiada: a! pan miałeś handel na miodowej ulicy... no proszę cię!
Pola. Niechże się papka tego nie wypiera, tyle razy już prosiłam .. ja się tak boję złośliwych języków.
Dzieńdzierzyński. Bardzo dobrze, ale to mnie tylko wolno o tem pamiętać, a nie komuś tam... Tak nakazuje poczucie delikatności.... Stawiam ci dowód: wszakże szlachcic na wsi handluje wszystkiem co wyprodukuje, tak czy nie? a niechżeby komu przyszło do głowy nazwać go handlarzem... dajmy na to, nierogacizny... ce serait bon!... dla czegoż ten sam Strasz nie zaprezentował się jako były dependent, tylko jako dziedzic Zagrajewic...
Pola. Ale papeczko, to są słabostki ludzkie, na które trzeba być wyrozumiałym.
Dzieńdzierzyński. To swoją drogą, ale trzeba także szanować siebie... i dla tego dziwi mnie zapytanie szambelanównej.. bo że on się chce tu wkręcić, to rzecz prosta, ale ona... chociaż to twoja przyjaciółka, niech mi daruje... jakby już brakowało w sąsiedztwie ludzi przyzwoitych... I do mnie pretensja, żem go nie przywiózł... zkąd? co?... (p. c.) chociaż wiesz ty, że to było powiedziane mądrze, w tem była myśl... niby uważają nas za swoich, traktują jakby już należących do familji.
Pola (która odeszła do okna). Z jakiegoż to tytułu?
Dzieńdzierzyński (żartując). Je ne sais pas... comme cela!
Pola. Jak papkę kocham, nie rozumiem... może papa sobie z troskliwości o mnie snuć jakieś projekta, ale... to jeszcze coś tak dalekiego... niepewnego..
Dzieńdzierzyński (pieszczotliwie) Ale nie bój się, nie bój... nic pewniejszego... trzeba znać ludzi; gdybyś nie była jedyną dziedziczką Zabrodzia, nie mówię.. (ciszej) ale oni są po szyję w interesach... taka partja jak ty, to dla nich wielki los.
Pola. Na Boga! czyż papka nie czuje, jak ubliża i sobie i mnie takiem odezwaniem się...
Dzieńdzierzyński (nieśmiało). Comment? (p. c.) no cóż... przecie mówimy między sobą... w cztery oczy.
Pola. Wszystko jedno. Poczucie własnej godności nie pozwoliłoby mi oddać ręki człowiekowi, któregobym podejrzywała, że starając się o mnie ma na względzie nie moją osobę, lecz majątek.
Dzieńdzierzyński. Ale Polu, pozwól no...
Pola. Powiadam papie, że odmówiłabym. . chociażbym nawet szalała za nim.
Dzieńdzierzyński. A Jezus Marja! kiedy unosisz się bez najmniejszego powodu... któż tu o tem mówi...
Pola. Papka sam nasuwa mi wątpliwość.
Dzieńdzierzyński. Ja?... w imię ojca i syna... przekręcasz moje słowa... powiedziałem tylko tak w ogóle.. en genéral.. (p. c. z wymówką) jesteś tak drażliwa, że sam nie wiem, jak z tobą mówić.
Pola Mam powody.
Dzieńdzierzyński. Jakie?... (p. c.) słuchajno, czy ja chcę twojego szczęścia, czy nie? jak ci się też zdaje.
Pola (całując go w rękę) Ale nie mam pod tym względem wątpliwości, tylko...
Dzieńdzierzyński. Tylko co?... (p. c.) że pragnę tego związku, to swoją drogą. Wbiłem sobie w głowę, że musisz być Czarnoskalską i tego ćwieka mi nie wyciągniesz, ale chociażby mi to było najobojętniejszą rzeczą, nie widzę żadnej racji drożenia się i wyszukiwania trudności, skoro Maurycy się o ciebie stara.
Pola. Nic o tem dotychczas nie wiem.
Dzieńdzierzyński. Nie wiesz? a bójże się Boga... toć o tem już wróble na dachach śpiewają... wszyscy wiedzą.
Pola. Ludziom mogą wystarczać pozory, ale nie mnie.
Dzieńdzierzyński. A to już nic nie rozumiem.. Czegoż ty chcesz od niego? powiedz mi wyraźnie.
Pola (p. c. cichym głosem) Żeby nie zadawał sobie gwałtu, jeżeli narzucona rola zanadto mu jest przykrą.
Dzieńdzierzyński. Narzucona rola? cóż to on komedjant, czy co?... (p. c.) Moja Polu, zastanów się; to z twojej strony tylko kaprys, romanse, nic więcej... (niecierpliwiąc się) Nie pojmuję, w kogo się wdałaś, bo ani we mnie, ani w nieboszkę matkę... nie masz za grosz praktyczności. (Pola ociera łzy) Co to, płaczesz? dajżeż pokój, tego tylko brakuje! jeszcze ja przy tobie się rozbeczę i będzie!... Czy cię tyranizuję, czy zmuszam gwałtem?... powiedz co chcesz, wszystko zrobię.
Pola. Ja tylko proszę, błagam, niech papka nie nagli i zostawi to czasowi... Skoro się przekonam...
Dzieńdzierzyński. Ale ba, czasowi, czasowi., takie rzeczy się nie odwłóczą... jak zaczniesz grymasić, to ich może urazić, zniechęcić... (ciszej) a nużby uderzyli gdzie indziej?... będzie żal...
Pola. Jeżeli pana Maurycego nicby nie kosztowało zwrócić w inną stronę swoje zapały...
Dzieńdzierzyński. Ale moja droga... cóż chcesz... z samej desperacji, par despération, gdy mu będziesz fochy stroić... cóż on zrobi jak go rodzice zmuszą... (n. s. zdesperowany) Poplątałem się... (po chwili błagalnie) Polu!
Pola. Ale cóż papka żąda odemnie.
Dzieńdzierzyński. Ne fais pas des grima-s, mniej wzgląd na mnie, zrób też coś dla papki.
Pola. Powinniśmy się strzedz cienia pozoru, że się narzucamy... przeceniając zaszczyt należenia do towarzystwa osób, które właśnie z tego tytułu... mogłyby nas traktować... lekko...
Dzieńdzierzyński (niespokojny) Nas traktować lekko? nic podobnego nie zauważyłem... zkądże ci to w głowie?
Pola. Mówię tylko... że nie powinniśmy się na to narażać.
Dzieńdzierzyński (chodzi p. c.) To prosta rzecz, ale tu nie ma tego rodzaju obawy... sami ujmują nas na każdym kroku, a jeżeli jesteśmy już jak domowi, to wszystkie awanse były z ich strony.
Pola. Papka może się łudzić.
Dzieńdzierzyński. Ale broń Boże! chybaby tak zręcznie udawali. Są ze mną tak poufale... nazywają papką.
Pola. Ojciec jest w tym wieku, że zbyteczna poufałość może być dla niego ubliżeniem.
Dzieńdzierzyński. Przesadzasz Polu, jak cię kocham przesadzasz... (uprzedzając odezwanie się Poli) tylko dajno się przekonać: ty mnie tak nazywasz, a że ciebie uważają już za swoją... więc.. tak sobie, pour plaisir... w dobrej komitywie.. ale! à propos papki... proszę cię, bo ty znasz lepiej język francuzki... co za przysłowie może być na: papka?
Pola. Dla czego?
Dzieńdzierzyński. Bo Władysław powiedział mi coś, czego nie zrozumiałem, a nie wypadało mi się zapytać...
Pola (żywo) Pan Władysław?... i cóż to było?
Dzieńdzierzyński. Kiedy zapomniałem... czekajno... qui est papka, plus papka... (spostrzegając Gabrjelę) cicho! później ci powiem.

SCENA IV.
Poprzedzający, Gabrjela, (p. c.), Szambelanic, (później) Maurycy.

Gabrjela (wchodząc z lewej strony) Polu, możebyś się teraz pofatygowała do mamy.
Pola. Już można?
Gabrjela. Obudziła się i prosi cię. (bierze Polę pod rękę).
Szambelanic (wchodzi z prawej strony) Jest tu sąsiad? (spostrzega Polę) a! witam pannę Paulinę. (ściska jej rękę, ona mu oddaje niski dyg) Powiem państwu pocieszną nowinę: zgadnijcie też, kogo będziemy mieli dziś na obiedzie?... ani by wam przez myśl przeszło.
Dzieńdzierzyński (zainteresowany) No, no, no?
Szambelanic. Głupstwo, ale mnie irytuje... Co to jednak znaczy forma w życiu towarzyskiem... Są tacy, co się z tego śmieją, tymczasem ja powiadam, że gdybyśmy odrzucili formy, obcowanie z ludźmi stałoby się istną torturą.
Dzieńdzierzyński (spoglądając na Polę) To, co ja zawsze powiadam.
Szambelanic. Bo o cóż nam chodzi?... o to, żeby człowiek z którym okoliczności każą nam żyć, był gładkim i nie raził nas obejściem nieprzyzwoitem.
Dzieńdzierzyński (do Poli) Voyez-vous!
Szambelanic. Gdy tego nie znajduję, no to padam do nóg.
Gabrjela. Do kogoż ojciec to stosuje?
Dzieńdzierzyński. Ale! więc któż to się zaprosił na obiad?
Szambelanic. Nasz nowy sąsiad, pan.. pan... jakże mu tam... z Zagrajewic...
Dzieńdzierzyński. Strasz! (do siebie) Powiedziałem, że się tu wśrubuje.
Gabrjela. Aha! (do Poli) Chodźmy.
Pola (żartobliwym tonem). Widzisz, więc będziesz go miała. (wychodzą na lewo).
Szambelanic. Bo to niby mała rzecz... sąsiad.. znalazł się na polowaniu... no, i przyjeżdża... ale jak to charakteryzuje człowieka... nie zarekomendowawszy się złożeniem wizyty, nie dawszy się poznać, bo istotnie nie wiemy co za jeden... i tak sobie bez ceremonji.
Dzieńdzierzyński. Jak do oberży!... Ale skądże szambelan wie... czy już jest? (idzie do okna).
Szambelanic. Podobno jedzie, dowiedziałem się przypadkiem od służby. Pytam się, gdzie jest pan Kotwicz... hrabia... czy już wrócił z lasu... powiadają mi, że został na śniadaniu na leśniczówce wraz z panem Straszem, i że obaj mają przyjechać. Hrabiątko głupieje na starość, słowo uczciwości. (rzuca się na kanapę).
Dzieńdzierzyński. A niech mi daruje... bo, proszę szambelana, nie chodzi o tę łyżkę rosołu... (patrzy przez okno) Ot, już przyjechali!... ale nie.. to chyba ktoś inny... jakaś bryczka... ale wygląda na najętą furmankę... stoi przed oficyną.. wyjmuje z niej jakieś zawiniątko czy papiery.
Szambelanic (n. s.) Sekwestrator albo woźny... (głośno) Bodaj to w mieście, tam jestem przynajmniej panem swojej woli . nic mnie nie obowiązuje do przestawania z kimś dla tego, że sąsiaduje ze mną przez ścianę, a tu!... lada jakiś tam obieżyświat pod pozorem sąsiedztwa chce być ze mną w zażyłości... i to trzeba przyjmować grzecznie, całować się z tem z dubeltówki, i jeszcze być wdzięcznym za zaszczyt, bo to jest!
Dzieńdzierzyński. Ale po cóż znowu robić sobie subjekcję.
Szambelanic. Jeżeli ktoś jest nieprzyzwoitym, to mnie nie upoważnia do naśladowania go... od tego właśnie są formy.
Dzieńdzierzyński. Oui, c'est vrai bon ton.
Szambelanic (do Maurycego, który wchodzi z papierami) Cóż to tam nowego? (biorąc) już jak zobaczę papier ze stęplem, to mnie dreszcze biorą.. (czyta; marszcząc brwi) nakaz komornika?
Maurycy. Tak, niestety.
Dzieńdzierzyński (przechadzając się, n. s.) Ten człowiek będzie mi psuł krew... przewiduję to
Szambelanic (przejrzawszy) Więc cóż? niech zostawi i jedzie sobie z panem Bogiem.
Maurycy. Ojciec chyba nie przeczytał uważnie.
Szambelanic. Dajże mi pokój... możesz mnie sam objaśnić, jeżeli wiesz.
Maurycy. Chce zaraz robić zajęcie.
Szambelanic (oburzony) Serio?
Maurycy. Utrzymuje, że wyrok stał się prawomocnym... wszystkie terminy już upłynęły.
Szambelanic (p. c.) Nie dopilnowało się... djabli nadali.. można było odwłóczyć Bóg wie jak długo... (p. c.) Ano, wiesz ty, nie ma innej rady, tylko powiedzieć otwarcie Dzieńdzierzyńskiemu, on da na to.
Maurycy. Za nic w świecie!
Szambelanic. O, tylko nie dziwacz z temi skrupułami... jak gdyby ludzie nie pożyczali... od czegoż kredyt?
Maurycy. Gdzież fundusz na oddanie, jeżeli się od niego weźmie?
Szambelanic. Alboż nie mam Czarnoskały... (z uśmiechem, znacząco) zresztą, to już ty znajdziesz.
Maurycy. Ojcze!
Szambelanic (zniecierpliwiony) Więc cóż zrobić? zabawny jesteś... dopuścić do zajęcia... kompromitować się publicznie!
Maurycy. Czyż lepiej nadużyć zaufania...
Szambelanic (surowo) Maurycy, zapominasz się.
Maurycy (całując go w rękę) Niech ojciec tego zaniecha.
Szambelanic (wstając) No, to znajdźże inne lekarstwo... gdzie Władysław? idźcie oba i traktujcie z tym jegomością... może zyskacie zwłokę... jedyny sposób: wsadzić mu co w łapę... (p. c.) No, idź, idź... nie ma co! (Maurycy po chwili wahania się wychodzi) Szarańcza, słowo uczciwości. (chodzi).
Dzieńdzierzyński (n. s. chodząc) Że też to nikt się nie pyta, do czego go pan Bóg stworzył, tylko byle się piąć!... głupota ludzka
Szambelanic (n. s.) Ale co to na nich rachować... wiem, że nic nie zrobią... nie ma innego środka, tylko do tego się udać. (p. c. głośno) Głupie czazy,[4] mój sąsiedzie.
Dzieńdzierzyński. No?
Szambelanic. A z temi interesami. Dawniej między nami była jakaś solidarność, o kredyt nikt się nie kłopotał; dziś w nagłym razie trzeba się udawać do żydów... dla tego to stare rody upadają.
Dzieńdzierzyński. Istotnie, że teraz nie ma już tego zaufania.
Szambelanic. Właśnie.. ale dla czego?
Dzieńdzierzyński. Widać dla tego, że dawniej oddawano et á présent on ne veut pas.
Szambelanic. Mówię o tych, co oddają, a przynajmniej chcą oddać, a że nie mogą.. no, to inna kwestja.. to bywa chwilowo. W każdym razie, gdzież lepsza pewność jak na wielkich majątkach, chociażby nawet obdłużonych.. zawsze tam miejsca jeszcze wystarczy... tymczasem, prędzej znajdzie kredyt jakiś tam dorobkowicz na lichej wiosczynie, niż pan milionowych dóbr... i jakże tu egzystować.
Dzieńdzierzyński. To ja powiem szambelanowi przyczynę. Jak z dwóch rybek jednę wpuścić do małej sadzaweczki, a drugą do wielkiego jeziora, to tę pierwszą zawsze łatwo dostać, ale drugą... niekoniecznie... choć ona tam pewna, najpewniejsza... chybaby spuścić jezioro, a to grubo kosztuje. Nieprawdaż?
Szambelanic. No to tylko sobie bajeczka. (n. s.) Dowcipniś.
Dzieńdzierzyński (po chwili wahania się) Czy szambelan... masz jakie kłopoty?
Szambelanic (żywo) Mój sąsiedzie, któż jest bez nich... Czarnoskała to jest majątek od lat kilkuset pozostający w naszym rodzie... (do Łechcińskiej, która wchodzi głębią) Czego mi się tu kręcić?...
Łechcińska. Myślałam, że tu jest panna Gabrjela.
Szambelanic (półgłosem) Podsłuchiwać... ploteczki znosić...
Łechcińska (z niewinną miną) Ja! (do siebie, idąc ku drzwiom z lewej strony) Musi być coś, kiedy się boi podsłuchania.
Szambelanic (do Dzieńdzierzyńskiego) Może sąsiad pozwolisz do mnie na cygarko... (bierze go pod rękę).
Dzieńdzierzyński. Bon! (wychodzą na prawo).

SCENA V.
Gabrjela, Łechcińska.

Łechcińska (tryumfująco do Gabrjeli, która wchodzi z lewej strony) Jedzie!
Gabrjela. Wielka nowina! czy to miały znaczyć owe znaki telegraficzne przez okno? dowiedziałam się już przedtem... ale nie jestem kontenta, tak się to jakoś zrobiło nie wiedzieć po jakiemu.
Łechcińska Co znowu! wszystko poszło jak po maśle.
Gabrjela. Ale gdzie tam! i ojcu tak się to nie podobało.
Łechcińska. O! starszy pan...
Gabrjela. Gdyby był przynajmniej przyjechał razem ze wszystkimi, a nie tak, sam, z polowania prosto na obiad.
Łechcińska. Jakto sam? a hrabiego to się już nie rachuje?
Gabrjela. Zawsze to jakoś śmiesznie.
Łechcińska. Moja pannuńciu, to już tak jest, że starający się nie uważają na formuły... nieraz jeszcze większe głupstwa robią z miłości, a to uchodzi.
Gabrjela (wzruszając ramionami) Z miłości! to też tem da się wytłumaczyć; ale tu, pan starający się, jak go Łechcińsi podobało się nazwać, nie widział mnie w swojem życiu.
Łechcińska. Otóż właśnie pokazuje się że widział.
Gabrjela A to gdzie?
Łechcińska. W kościele podobno... (n. s ) Co mi to szkodzi powiedzieć... (głośno) nie dla czego innego tak pilno się o pannuńcię wypytywał.
Gabrjela (ironicznie) Jak wyglądam?
Łechcińska. O, o... pannuńcia chce mnie łapać za słówka, jak matkę kocham.
Gabrjela. Więc o cóż się pytał?
Łechcińska. O wszystko, jak to kiedy kto sobie czem głowę nabije... jakie pannuńcia ma gusta, jakich mężczyzn woli, bronetów czy blondynów... a taki był zatopiony w myślach...
Gabrjela (śmiejąc się) Łechcińsia się uwzięła żeby mi go ośmieszyć, a to jedno mogłoby mnie zrazić... po co tu wysilać imaginację!
Łechcińska. Ale bo..
Gabrjela. Czyż to wszystko potrzebne?... to, co wiadomo o tym panu, wystarcza, abym go dobrze przyjęła, jeżeli rzeczywiście przedstawi się jako starający... niestety, nie mam w czem przebierać.
Łechcińska. E! to o pannuńcię nie ma, widzę kłopotu!.. a starsza pani tak się martwiła.. Jak matkę kocham, tak mi się już jej żal zrobiło, że byłam gotową zryzykować się na intrygę — chociaż sie tem brzydzę — byle pannuńcię namówić... (poufnie) Starsza pani turbowała się szczególniej o to, czy pannuńcia z kim w romansie nie stoi.
Gabrjela. A toż co znowu!
Łechcińska. No, niby, czy się pannuńcia w kim skrycie nie kocha.
Gabrjela. Choćby tak było, mama wie, że moje położenie nie pozwala na ten zbytek, abym mogła iść za mąż z miłości... (p. c) gdyby, gdyby!...
Łechcińska (z współczuciem) Mój Boże, to tak jest... chciałoby się duszy do raju, a tu.. jakie my kobiety nieszczęśliwe!... (p. c.) Pan Maurycy tak marudzi z tą swoją panną Pauliną, że Bóg wie, kiedy to będzie... a chociażby, to cóż z tego, obejmie Czarnoskałę, a z pannuńcią co się stanie?... czyje dzieci piastować, bo... ale! (ciszej) znowu komornik przyjechał.
Gabrjela. Nie może być!
Łechcińska. Jak matkę kocham! podsłuchałam niechcący przechodząc koło kancelarji... chce spisywać wszystko w pokojach, licytować... awantury!... pan Maurycy i pan Władysław sekują się tam z nim, szczególniej pan Władysław... słyszałam... ale co oni poradzą, kiedy nie ma tego... (pokazuje liczenie pieniędzy).
Gabrjela (chodząc i łamiąc ręce) Moja Łechcińsiu!
Łechcińska. Pannuńciu złota, nie ma co medytować, tylko pana Boga wezwać w pomoc, i... próba frei... może Bóg da... (poufnie) mnie się zdaje, że on ma żyłkę do kobiet, a takiemu nie wiele trzeba, żeby się zapalił... Już kiedy on do mnie się wdzięczył, a nawet Zuzi nie przepuścił, to dosyć.. a gdzież tu porównanie... (wskazuje na zwierciadło, przed którem właśnie stoją).
Gabrjela. Ale cóż Łechcińsia wygaduje!
Łechcińska (spojrzawszy w okno) A Jezus! jadą... biegnę do starszej pani... (idzie na lewo; wracając sie) A niech się pannuńcia przeżegna. (wychodzi na lewo).

SCENA VI.
Gabrjela, (p. c.) Maurycy.

Gabrjela (sama) Po co ona mi to powiedziała! czułam rumieniec na twarzy.
Maurycy (wchodzi głębią nie widząc Gabrjeli, wzburzony) Nie! prowadzenie rozmowy w tym tonie jest dla mnie niepodobieństwem... Słuchać zarzutów, z których każdy wypadałoby odbić policzkiem, być zmuszonym zniżać się do próśb, wykrętów... a!... żyć raczej suchym chlebem, byle uniknąć takiego położenia!
Gabrjela. Gdyby się to dało wykonać tak łatwo, jak szumnie brzmi w frazesie.
Maurycy. A! byłaś tu?
Gabrjela. Cóż cię tak wzburzyło?
Maurycy. Nic... tak... złożyły się rozmaite okoliczności.
Gabrjela. Nie potrzebujesz robić przedemną tajemnicy... wiem jaki znowu macie kłopot.
Maurycy. Wiesz, i pytasz się co mnie wzburzyło?... Powiedz mi, po co to odgradzać się od ludzi chińskim murem pretensji kastowych, kiedy sami go przekraczamy i grzęźniem w błocie dając broń przeciwko sobie tym, którymi zkąd inąd każdy z nas pogardza? jakiż piekielny urok ma ten pieniądz, że dla niego...
Gabrjela (z uśmiechem) Bo jest najlepszym stróżem honoru i tarczą przeciwko wszelkim pociskom...
Maurycy. Winszuję ci, że możesz w tej chwili dowcipkować.
Gabrjela. To tylko dowodzi, że widzę jasno sytuację, nie tak jak mój braciszek, który uwziął się od niejakiego czasu rozpływać w sentymentalizmie i zamiast działać energicznie, bajronizuje... Ja bo widząc co się dzieje, postanowiłam sobie choćby kosztem największych ofiar dźwignąć się i stanąć silną przeciwko wszystkiemu, co mi los może zgotować.
Maurycy. Tylko że tych ofiar nie bardzo potrzebujesz, a jeżeli będą jakie to lżej wam przyjdzie znieść je we dwoje. Szczęśliwa jesteś, zazdroszczę ci, nikt wam obojgu nie będzie miał prawa zarzucić brudnej rachuby, możecie iść do celu z podniesioną głową.
Gabrjela. Nie rozumiem cię.
Maurycy. Już to, że poznałaś się na tym człowieku, stawia cię bardzo wysoko.
Gabryela. O kim mówisz?
Maurycy. Pytasz się? naturalnie o Władysławie.. On tam został i układa się, bo ja byłem bezsilnym... Gdybyś wiedziała jak to wziął do serca... o, on cię kocha prawdziwie.
Gabrjela. Czy aż tak, że się zwierza? dzieciaki jesteście.
Maurycy. Nie miej mu tego za złe... twoja wzajemność tak go uszczęśliwia!
Gabrjela. A ty zkąd wiesz o mojej wzajemności?
Maurycy. Wnosząc z tego co mi mówił...
Gabrjela (żywo) Cóż ci mówił?
Maurycy. Że jest pewnym twojego serca... i nic dziwnego, zasługuje na to, byś go kochała.
Gabrjela (śmiejąc się z przymusem, zirytowana) Czy za swoją zarozumiałość? I toż jest ten praktyczny, trzeźwo patrzący Władysław? Jeżeli miałam jaką słabość do niego, nie dawało mu to prawa robić mnie przedmiotem studenckich przechwałek.
Maurycy. Co ty mówisz?
Gabrjela. Ubliżył mi... a zresztą uczucie, jeżeli je bierze na serio, robi go egoistą.. dla dogodzenia mu, dla jakichś romansowych urojeń, chce ze mnie zrobić ofiarę... nie cierpię go teraz.

SCENA VII.
Poprzedzający, Władysław.

Władysław (wchodząc prędko głębią; do Maurycego) Zgadnij jaki obrót rzeczy wzięły?... tego się nigdy nie spodziewałem... (ciszej) Gabrjela wie?
Maurycy. Wie.
Władysław (do Gabrjeli, biorąc jej rękę) Chciałem usilnie załatwić jakoś ten interes, bo kłopoty wasze oddawna już stały się mojemi.
Gabrjela (zimno, odbierając rękę) Pozwól, ściskasz mi rękę.
Władysław. O, przepraszam cię... Wystaw sobie, już, już miałem nadzieję doprowadzenia rzeczy do końca, bo przystawano na spłatę ratami, wprawdzie w stanie naszych finansów dosyć uciążliwemi, ale zawsze pozwalającemi odetchnąć... w tem ni ztąd ni zowąd traf przynosi, wiecie kogo?... patrzę, zajeżdża Kotwicz z tym Straszem który był dziś na polowaniu... Komornik zobaczywszy ich przez okno wybiega, i ci panowie witają się jak najlepsi znajomi... pokazuje się że kolegowali z sobą w Warszawie... potem odchodzą na bok, i... po krótkiej konferencji... no! zgadnijcie...
Gabrjela (niecierpliwie) Cóż za dziwny sposób opowiadania.
Władysław. Komornik oświadcza, iż pan Strasz nabył wszystkie pretensje pana Josel Wucherstein i prolonguje dług do pewnego czasu, że zatem nie ma już co robić i oddawszy mu wszystkie papiery, odjeżdża.
Gabriela. A!
Maurycy (zdziwiony) Strasz nabył ten dług?
Władysław. Rzecz bardzo prosta: to jest dług lichwiarski, ręczę że mu przyszedł tanio... Teraz bądź co bądź musimy spłacić tego pana... zależność podobnego rodzaju mogłaby nas kosztować zbyt drogo... (do Gabrjeli) Ciężko to przyjdzie, ale bądź spokojną, już ja to biorę na swoją głowę.. trzeba będzie pracy, zaparcia się, może ofiar z niejednego do czego się nawykło... ale gdy chodzi o wyzwolenie się...
Gabrjela. O! tylko proszę cię bez poświęceń, bo nie potrafilibyśmy ci się wywzajemnić... zresztą wiesz, że ja jestem materjalistką i że sielankowego szczęścia nie rozumiem.
Władysław. Chciałbym abyś przejęła się tą wiarą, że jeżeli snuję jakie projekta, to pierwszym ich celem jest twoje szczęście.. (wzruszony) gdybyśmy poszli razem przez koleje życia, wszystko to co w powszednich kłopotach dotyka i boli, przyjąłby na siebie... tybyś tego nie poczuła.
Gabrjela. Mój kuzynie, sam ten pomysł uderza niepraktycznością, a rola bierna jaką mi naznaczasz w tej fantastycznej wędrówce przez ciernie i głogi, nie pochlebia mi bynajmniej... Ja także mam pretensję do jakiejś samodzielności, a pozwolisz... że... drzemać, to nie jest żyć...
Władysław. Obracasz to w żart?
Gabrjela. Właśnie jeżeli kiedy, to teraz mówię zupełnie poważnie. Bywają chwile w których wolno się pobawić, ale od złudzeń wyborną prezerwatywą jest rzeczywistość i obowiązki... w obec nich wszystkie te mrzonki wydają się dzieciństwem.
Maurycy (n. s) Dosyć wyraźnie... biedak jak zbladł... a mówiłem mu.
Władysław (p. c.) Gabrjelo!
Gabrjela (drwiąco) Cóż za ton, jakie spojrzenie... czy próbujesz na mnie siły swojego wzroku? Wygląda to na studja do jakiegoś teatru amatorskiego... może dano ci rolę niefortunnego adonisa?

Władysław (do siebie osłupiały) Nie pojmuję!... to chyba jakieś nieporozumienie...

SCENA VIII.
Poprzedzający, Kotwicz, (później) Szambelanicowa, Pola.

Kotwicz (wchodząc głębią) No, co mi dacie za ten interes, bo to na czysto moje dzieło... wiecie już?... potrafiłem go tak napompować przez drogę, że był do gotowego... Ojciec będzie miał doskonały humor przy objedzie, bo nadto jeszcze udało mu sie tak rozczulić starego Dzieńdzierzyńskiego, że... (spostrzegłszy wchodzące Szambelanicowę i Polę, chrząka) Hm, hm... (do Władysława biorąc go na bok) Dostał od niego weksel na spłacenie tego długu, ale że właśnie Strasz już go nabył...
Władysław. Więc mu go odda napowrót, jako już niepotrzebny.
Kotwicz (śmiejąc się) A to byłby warjatem... zostanie mu w kieszeni, taka gratka nie zawsze się trafi.
Władysław (oburzony) Rozumowanie, któregoby się nie powstydził pierwszy lepszy kantorzysta.
Kotwicz (j. w. drwiąco) Filozof! (odchodzi od niego).
Szambelanicowa (która usiadła na kanapie, do Kotwicza) Kuzynie, podobno przywiozłeś z sobą kogoś z polowania?
Kotwicz (z humorem) A tak.. jestem w roli mentora, wprowadzając w nasze kółko młodzieńca surowego jeszcze, ale pełnego nadziei.
Szambelanicowa. Cieszyłabym się, gdyby nasz dom mógł zarobić sobie na miano szkoły życia towarzyskiego... ale... nie wiem, jak to mój mąż przyjmie.
Kotwicz. Nie ma obawy.. już się zaprzyjaźnili. (siada przy niej).
Szambelanicowa (ciszej) Przyzwoity człowiek?
Kotwicz. Przynajmniej na początek przyzwoicie się znalazł, bo spłacił żyda.
Szambelanicowa. Serio? (Kotwicz odpowiada jej cicho; głośno do Maurycego i Władysława) Panowie młodzi, rozweselcie mi też Polunię, bo jakaś smutna dziś... (rozmawia po cichu z Kotwiczem. Władysław usiadł na uboczu i śledzi spojrzeniem Gabrjelę która przechadza się unikając z afektacją jego wzroku).
Pola (do Maurycego, który się zbliża do niej) Misja uciążliwa, nieprawdaż?
Maurycy. Tem goręcej też pragnąłbym jej podołać.
Pola. Do tego trzeba tylko dobrej i nieprzymuszonej woli.
Maurycy. Ta zdziałałaby cuda, gdyby nie była zależną od okoliczności, od usposobienia duszy.
Pola. Pańskie usposobienie bywa jakieś... wyjątkowe.
Maurycy. Jest takie jakiem je wyrobiło położenie. Życie nie daje mi sposobności do śmiechu, dla tego na wszystko zapatruję się z strony poważnej... a tem trudno zabawić, wzbudzić wesołość, jak tego pragnęłaby moja matka.
Pola. W samej rzeczy... czasem chłód aż wieje od pana.
Maurycy. A panie w takich razach jesteście bez litości... nic nie uwzględniacie, wydając sąd, nie dopuszczacie okoliczności łagodzących.
Pola. Ja nie sądzę ani krytykuję, tylko przez współczucie dałabym panu lekarstwo na jego usposobienie.... przedewszystkiem nie przymuszać się, gdy to zbyt wiele kosztuje. (idzie do Gabrjeli i bierze ją pod rękę).
Maurycy (n. s.) Co ona przez to rozumie?

SCENA IX.
Poprzedzający, Szambelanic (wchodzi głębią prowadząc pod rękę) Strasza, (za nimi) Dzieńdzierzyński (z kwaśną miną).

Szambelanic (prowadząc Strasza do żony; Kotwicz wstaje) Ma chère, przedstawiam ci naszego nowego sąsiada: pan Strasz herbu Strasz.
Szambelanicowa. Bardzo mi przyjemnie... słyszałam wiele o panu.. (Strasz się kłania).
Szambelanic (ciągle trzymając go) Myśliwy nie tęgi, ale wstęp swój w koło obywatelskie inaugurował czynem, który mu przynosi zaszczyt.
Dzieńdzierzyński (siadając obok szambelanicowej) Padam do nóżek pani szambelanowej.
Szambelanicowa. A, witam pana.
Dzieńdzierzyński (całując ją w rękę) Comment la tête?
Szambelanicowa (zbywa go gestem; do męża) Jakiż to czyn?
Szambelanic (j. w.) Pan Strasz pojął swe posłannictwo w sposób pozwalający żywić o nim najpiękniejsze nadzieje... spostrzegłszy, że jestem w chwilowym kłopocie, chociaż zaledwie przestąpił mój próg, bez najmniejszego namysłu... bo to jest... przyszedł mi z pomocą, dając dowód prawdziwie bezinteresownej sąsiedzkiej uczynności... Bez interesownej, bo nabywając pretensje, zrzekł się prawa egzekucji.
Dzieńdzierzyński (wstawszy z kanapy, do ucha szambelanicowi przechodząc koło niego) Spekulacja... (ściska mu ramię z znaczeniem).
Szambelanicowa (do Strasza podając mu rękę) Winszuję panu.
Szambelanic. I prolongował mi sumę.
Strasz (do ucha) Ale na rok tylko... dłużej nie mogę, daję słowo.
Szambelanic. Mamy dosyć czasu do porozumienia się... zresztą to już drobnostka w obec samej treści czynu, który jest prawdziwie obywatelskim; wszakże dnia dzisiejszego, gdy majątki nasze coraz częściej przechodzą do niemców lub żydów, należy nam trzymać się za ręce... solidarność tylko może nas zbawić.
Strasz (do szambelanicowej) Ja bardzo przepraszam panią dobrodziejkę, że nie przybyłem we fraku, ale...
Szambelanicowa. O. to rzecz najmniejsza... chęć prędszego poznania naszego domu zbyt nam pochlebia abyśmy uważali na małe przekroczenie formy, spowodowane zresztą zapewne okolicznością, że to z polowania...
Strasz.' Wynagrodzę to następną razą.
Szambelanicowa. Bardzo prosimy.
Szambelanic. Pozwoli pan że go zaprezentuję pannom, mojej córce i pannie Dzieńdzierzyńskiej... także sąsiadka, a do tego warszawianeczka.
Dzieńdzierzyński. Przepraszam, łęczycanka.
Szambelanic (prezentując) Pan Strasz.. (puszcza go i zostawia z pannami, które przechadzają się; ukłony).
Strasz (n. s.) U! ładne obydwie.
Gabrjela (po pewnej chwili milczenia) Pan niedawno w naszych stronach.
Strasz. Niedawno... dostałem sukcesję po wuju... majątek w sąsiedztwie.
Gabrjela (p. c.) Jakże się panu podobała okolica?
Strasz. Phi.. proszę pani... po Warszawie...
Gabrjela. Dowód otwartości nie zbyt dla nas pochlebny.
Strasz (zakłopotany) Widzi pani... prawdę powiedziawszy... to ja tak... tu jeszcze dobrze nie znam.. ale zdaje mi się, że sobie gust naprawię i zmienię zdanie.
Gabrjela (śmiejąc się) Trzymamy pana za słowo. (chodzą w milczeniu).
Dzieńdzierzyński (do szambelanica) Chambelan, il faut lui payer... spłacić go i kwita...
Szambelanic.' Zobaczymy, nic pilnego.
Dzieńdzierzyński. Comment?
Służący (wchodząc z prawej strony z serwetą) Proszę jaśnie państwa do stołu.
Strasz (wycofawszy się od panien do Kotwicza) Któraż z nich jest szambelanicówna?
Kotwicz. Ta, co z panem mówiła.
Strasz. Jak ona mi przypomina Julkę od Andzi, to rzecz zadziwiająca... nawet taki sam pieprzyk ma na szyi.
Kotwicz. Przyjrzałeś jej się pan widzę, dobrze.
Szambelanic (któremu żona wstawszy z kanapy szepnęła; do Strasza) Podaj pan rękę mojej żonie.
Szambelanicowa (do Strasza, który ją prowadzi) Panu zapewne nie w smak, że musiałeś odejść od panienek... przyznaj się pan.
Strasz. Hm, istotnie, ja to lubię.
Szambelanicowa. Za to przy stole pozwolę panu usiąść przy mojej córce (Strasz całuje ją w rękę; żartobliwie) Tylko mi jej pan nie bałamuć, bardzo proszę.
Strasz (n. s ) Zdaje mi się, że zrobiłem podwójnie dobry interes... (wychodzą na prawo).
Władysław. Parę wyrazów zimnych, gryzących... i co ta kobieta zrobiła ze mną!... w co tu wierzyć, w co tu wierzyć! (wychodzi głębią).

SCENA X.
Kotwicz, Dzieńdzierzyński, (później) Szambelanic.

Dzieńdzierzyński (zatrzymując Kotwicza) Comte! temu Straszowi trzeba koniecznie oddać... ja na to tylko wyłącznie dałem te pieniądze... il faut absolument.
Kotwicz (surowym tonem i żywiej całą tę scenę) Pańskie słowa są najlepszym dowodem, jak nam jest trudno obyć się bez kredytu żydowskiego.
Dzieńdzierzyński. Comment?
Kotwicz. Wiedziony szlachetnym popędem udzieliłeś pan pożyczkę sąsiadowi, lecz ledwie to zrobiłeś już ci żal i chciałbyś się cofnąć... Skoro tak, oświadczę kuzynowi, a zaręczam że zwróci panu, jakkolwiek z bólem serca, bo wiem, że mu przykrym będzie ten brak zaufania (zapraszając go do wyjścia) Niechże pan będze łaskaw.
Dzieńdzierzyński. Ale co znowu, co znowu! jaki brak zaufania... comment peut on!... zdaje mi się, że dałem najlepszy dowód, iż tak nie jest.
Kotwicz. Prawda, ale.. pozwól pan sobie powiedzieć, że nadużywasz sytuacji. Wszakże biorąc od kogoś pieniądze, staję się ich właścicielem, nieprawdaż?... więc dysponować mi jak mam użyć tych pieniędzy, to przyznam się... (j. w.) Służę.
Dzieńdzierzyński. Hrabio, ja radziłem tylko, i to w waszym własnym interesie.
Kotwicz. Być może, ale nie jest miłą rzeczą zostawać w zależności. Już to prawdę mówią, iż nic tak nie narusza dobrych stosunków, jak kwestja pieniężna.
Dzieńdzierzyński (n. s.) Masz tobie, gotowi się jeszcze obrazić.
Kotwicz (n. s.) Dobra sposobność (głośno) Aby tego uniknąć muszę i ja załatwić z panem nasz rachuneczek.
Dzieńdzierzyński. Jaki znów rachuneczek? czy ja hrabiego napastuję?
Kotwicz. Tem bardziej. Człowiek z poczuciem godności osobistej, nie powinien narażać się na podejrzenie, iż się nie szanuje... Przepraszam, że nie porachowałem się wcześniej.
Dzieńdzierzyński (zniecierpliwiony) Hrabia wiesz, że ta bagatela nie robi mi różnicy.
Kotwicz. Ale pan pozwolisz, że darowizny przyjąć nie mogę...
Dzieńdzierzyński. Któż mówi... ce serait compromitation.
Kotwicz (dobywając notyskę). Prowadzę skrupulatne notatki.
Dzieńdzierzyński. Pójdźmy, bo tam czekają na nas.
Kotwicz. Ogółem winienem panu z tem co przegrałem w wista... pamiętasz pan... 3 ruble 97 kopiejek.
Dzieńdzierzyński. Rozegramy się. (ciągnie go).
Kotwicz. To swoją drogą.. oraz z kosztami podróży do Łowicza na ś. Mateusz...
Dzieńdzierzyński. Comment? pardon! to już do mnie należy.
Kotwicz. Za pozwoleniem... zapłaciłeś pan za mnie kolej 1 klasy tam i na powrót... oprócz tego łożyłeś na moje utrzymanie w drodze i w Łowiczu... notowałem wszystko.
Dzieńdzierzyński. Ale nie słucham.
Kotwicz. Otwarcie powiem, że byłem wówczas goły i przyjąłem, ale jako pożyczkę... jedynie jako pożyczkę.
Dzieńdzierzyński (n s.) No, i są ludzie, którzy go mają za eksploatatora!
Kotwicz. To wszystko razem uczyni rubli sr. 79 kopiejek 50.
Dzieńdzierzyński. Bon! zwrócisz mi pan tam kiedy... chodźmy.
Kotwicz. No to dołóżże mi pan dla okrągłości 20 rubli 50 kopiejek, to razem będzie setka, którą panu oddam... jak tylko będę miał.
Dzieńdzierzyński (do siebie, nieco zdziwiony) Savez vous quoi c'est bon... (dobywa pugilares) Mam tylko same 25 rublówki.
Kotwicz. To nic, zwrócę panu resztę jak zmienię... ale to już osobny rachunek.. setka setką, a panu reszty przypada pół piąta rubla.
Szambelanic (z serwetą pod brodą) Sąsiedzie, cóż za ceremonje... zupa stygnie.. prosimy.
Dzieńdzierzyński. Służę.
Szambelanic (puszczając go naprzód, do Kotwicza) Jużeś go widzę naciągnął... (grożąc) Ej, ty, ty... wstyd mi robisz... niepoprawiony, niepoprawiony!
Kotwicz. Rachowaliśmy się z wista... (gra niema; wychodzą na prawo. Zasłona spada).



AKT III.
Pokój w hotelu wytwornie umeblowany — jedne drzwi w głębi, a dwoje po obu bokach — na przodzie sceny po prawej stronie kanapa; z lewej biurko z przyborami do pisania — za niem mały stoliczek na którym karafka z wodą i szklanka.

SCENA I.
Łechcińska (przy kanapie upina ślubną suknię, Zuzia (pomaga jej) Kotwicz, Chłopcy (wnoszą cukry i torty, a dwóch ogromną piramidę).

Kotwicz. Ostrożnie chłopcy, bójcie się Boga, żeby się co nie uszkodziło... (do Łechcińskiej i Zuzi) Przypatrzcie się.
Zuzia (zachwycona) Co za śliczny pałac!
Łechcińska. Widziałam ładniejsze. (Kotwicz z chłopcami wychodzi na prawo).
Zuzia. I to jest do jedzenia?
Łechcińska. A do czegożeś myślała.
Zuzia. Żeby mi kto dał tego choć na skosztowanie.
Łechcińska (ironicznie) Coś panna nabrała smaku do dobrych rzeczy, dawniej tego nie bywało... któż cię to nauczył? (n. s.) Obrzydliwi ci mężczyźni, jak matkę kocham.
Zuzia (n. s.) Jak mnie znowu zacznie zaczepiać, to muszę się przymówić.
Kotwicz (wraca z chłopcami, którzy stają rzędem czekając) No, czegoż jeszcze? możecie iść.
1. Chłopiec. Spodziewaliśmy się na piwo.
Kotwicz. Fe, wstydź się. Jesteś młody, zdrów, masz przed sobą całą przyszłość i już wyciągasz rękę. To nie ładnie... Widzisz, zawstydziłeś się... ucz się chłopcze ambicji zawczasu, żebyś na starość nie został eksploatatorem cudzych kieszeni.. pracować, pracować..
2. Chłopiec. No jużci, należałoby nam się... darmo nie żądamy.
Kotwicz (wypychając ich) Za roznoszenie jesteście płatni przez pryncypała, więc nie macie nic do żądania.. wynoście się... (do 2 chłopca) z ciebie już nic dobrego nie będzie, przepowiadam ci... (wraca od drzwi; do Łechcińskiej) W jednem pokazał rozum nasz pan młody, to jest, że spuścił się na mój gust w urządzeniu cukrowej kolacji... jaki wynalazłem tokaj, to dosyć powąchać butelkę, a szampeter, świeżuteńka marka, jeszcze prawie nie znana w Warszawie.
Łechcińska (ironicznie) Hrabia jest w swoim żywiole.
Zuzia (do Kotwicza) A nas pan nie poczęstuje cukierkami?
Kotwicz. O! jeszcze ja cię będę pasł słodyczami.. nie masz na to swojego adonisa?
Zuzia, Co to jest adonis?
Kotwicz. No, kochanek.
Zuzia (figlarnie) A któż to taki ma być?
Kotwicz. Twój Michał.
Zuzia. Piu! co mi za!... trafił pan jak kulą w płot.
Kotwicz Idziesz przecie za niego.
Zuzia. Tak sobie na męża to ulizie, ale na kochanka.. Boże!
Kotwicz. Ale fe! Zuzia zaczyna być dowcipną.
Zuzia. Kazali to i idę, zawsze lepiej niż tak zostać... za jakim takim chłopem, to tak samo jak za płotem... bezpiecznej.
Łechcińska (n. s) Jak matkę kocham zkąd ona ma taki rozum.
Kotwicz. Niby, że jest parawan... brawo, Zuzieczko, brawo!... ale widać, że ci się gust zmienił w Warszawie, bo dawniej Miszel podobał ci się.
Łechcińska (zniecierpliwiona) Nie psuj jej też hrabia w głowie, do czego to podobne... (do Zuzi) Idźno do magazynu i dowiedz się, czy zarzutka już gotowa. (Zuzia idzie) tylko czy ty trafisz?
Zuzia. O la Boga! (wybiega głębią.)
Kotwicz (patrząc za nią) Jak się to wytresowało w krótkim czasie, to nie do uwierzenia.. (p c.) uważała pani Łechcińska, z jakim to ona akcentem powiedziała, że kazali jej.
Łechcińska. No to cóż?
Kotwicz. Oczywiścia stosowała to do Strasza... fines dziewczyna.
Łechcińska. Nie wmawiajcie też w nią nie stworzonych rzeczy, bo jej się do reszty w głowie przewróci. Wielkie historje, że pan młody wyposaża pokojówkę żony i wydaje ją za swojego fagasa.
Kotwicz. Którego umyślnie dla tego odmówił Dzieńdzierzyńskiemu.
Łechcińska. A choćby i tak było, myśli hrabia że się tego zlękniemy? oj, oj! dla nas to jeszcze lepiej. Nie ma jak tacy na mężów.. będzie pantofel.
Kotwicz. Ale fe!
Łechcińska. Jak matkę kocham, święta prawda. Jak tylko ma co na sumieniu, to prochy zmiata przed żoną i daje jej wolność robienia co się podoba.
Kotwicz. Więc jakże pani Łechcińska wróży temu małżeństwu?
Łechcińska. Zuzi z Michałkiem?
Kotwicz. E, to już ma swoje przeznaczenie. Mówię o naszej młodej parze... co też to z tego wyniknie?
Łechcińska. Co ma wyniknąć... to co we wszystkich małżeństwach.
Kotwicz. Piekło.
Łechcińska. Tego piekła nikt się nie boi i każdy do niego lezie.
Kotwicz. Szczególniej kobiety.
Łechcińska. Cóż mają robić? my, bo jesteśmy prawdziwe ofiary... każda czeka czyjego zmiłowania, to już świat taki. Mężczyzna stary kawaler, to sobie pan, słowo daję... każdy o nim powiada: nie ożenił się, bo mu się tak spodobało... a o starej pannie jak? siedzi, bo jej nikt nie chciał. I co się tu dziwić kobiecie, że gotowa nawet na piekło, byle być w niem panią.
Kotwicz (lekko) Już pani świata nie przerobisz... (p. c.) A jakże się pani Łechcińskiej zdaje, kochają się oni, czy nie?
Łechcińska. A to po co? żeby później łzy wylewać?.. gdzież to hrabia widział, żeby z kochania było co dobrego?
Kotwicz. Ale fe!
Łechcińska. Mężczyźni nie warci żeby się do nich rozpływać; każdy żeby się zaklinał świętemi słowami że kocha, to mu nie można wierzyć. Póki sięga, to przysięga.. a później lata za innemi, a ty, żono, wstydź się przed ludźmi, udawaj że o to nie dbasz, żeby się nie wyśmiewali z pokrzywdzonej. Nie lepiej to od razu powiedzieć sobie, że mi to wszystko jedno? Nasza panna Gabrjela ma święty rozum, jak matkę kocham... niech tam mąż będzie sobie jaki chce, dosyć że ona będzie panią całą gębą... to jest grunt.. a to, co hrabia mówi o tem... tam... niby o Zuzi... o, Jezus! i owszem!... to jest klucz do jego kasy.
Kotwicz. A jak go nie puści z rąk?
Łechcińska. Co!... to już nasza rzecz. Mój hrabio, każda z nas sprzedałaby was wszystkich mężczyzn dziesięć razy... my słyszemy jak trawa rośnie. On to robi niby w sekrecie, tymczasem i panna wie, i starsza pani wie, ale patrzą przez szpary... o, tak (przykłada palce do oczu) właśnie dla tego! I jak będzie na to czas, to ta sprawa przyjdzie na stół, nie bój się hrabia...
Kotwicz. Więc pani Łechcińska powiada, że ona weźmie górę?
Łechcińska. Nie mam o nią kłopotu.
Kotwicz. A ja, co prawda o niego.
Łechcińska. O, bo hrabia trzyma teraz z nim.. taki przyjaciel... ja wiem, ty a ty... ale zobaczymy... A dla czegoż to on, teraz już tak się absztyfikuje, myśli gotów zgadywać, przecie nie z czułości, bo któżby patrząc na nich domyślił się, że to już dziś ich ślub?... tylko na złodzieju czapka gore... to za to, co się dzieje na boku.
Kotwicz. Co on sobie z tego robi!
Łechcińska. Mój hrabio, jeżeli tak, to i na to mamy radę: jedno na boku, to i drugie potrafi... jak Kuba Bogu tak Kubie Bóg... (po chwili) Ciekawa też jestem, jaką minę będzie miał na ślubie pan Władysław...
Kotwicz Czy myślisz pani że będzie mdlał? przecież to mężczyzna.
Łechcińska. No, no, nie chwalcie się tą swoją tęgością. A jak on to teraz wygląda, jak inny... schudł, wyłysiał...
Kotwicz. Cóż dziwnego, tyfus.
Łechcińska. Tyfus... ale z czego?... Jezus! jaki on też był w niej zadurzony... chociaż, żeby miał rozum, to właśnie teraz niebo mu się otwiera... bo coby to było gdyby się byli pobrali... bieda, lament, i kochaj że się tu w takich okolicznościach. Tym czasem tak... jedwabne życie, jak matkę kocham (ciszej) jak ona zawsze go lubi! dziś już z kilka razy się dopytywała, czy nie przyjechał.
Kotwicz. Ja w moich młodych latach kochałem się na zabój w sąsiadeczce prześlicznej, ale gołej... i ona za mną szalała... Ale wie pani Łechcińska, daję słowo honoru, nie przeszło nam przez myśl małżeństwo.
Łechcińska. Pewno hrabia już wtenczas ostatkami gonił.
Kotwicz. Sam jej wynalazłem męża.
Łechcińska. Żeby się kochać z czystem sumieniem... rozumiem... Ale musiał hrabia dopiero dobrać safandułę.
Kotwicz. Całe życie była mi wdzięczną.
Łechcińska. Co! kto chce, to się tak urządzi na świecie jak w raju... tylko trzeba mieć rozum. Najgorsze to czulenie się, to nic nie warto, jak matkę kocham... (p. c.) Zapewne tylko go patrzeć, bo przecie wypada żeby był drużbą... Nie uwierzy hrabia, jak jestem ciekawą.

SCENA II.
Kotwicz, Łechcińska, Michałek (w gustownej liberji strzelca z pysznym bukietem w ręku; później) Zuzia..

Łechcińska. Piu! patrzcie państwo!... co za bukiet... on się jednak zna na rzeczy.
Michałek Ładny, prawda? ale co to kosztuje!... jak płacił, aż mi żal było... za dwa cisnął całą garść papierków.
Łechcińska (ciekawie) Za dwa? a gdzież drugi?
Michałek Drugi? (u. s.) bodajże cię... (głośno) jaki drugi?
Łechcińska. Czy nie powiedziałeś, że kupił dwa bukiety...
Michałek. No, to co?
Łechcińska. Nie udawaj głupiego, mój kochany.
Michałek. Wszystkie mu były za małe, więc kupił dwa i kazał z tego zrobić jeden taki... (na stronie robi gest drwiący, pokazując język).
Łechcińska. Wiesz że twój pan miał doskonały węch odmawiając cię panu Dzieńdzierzyńskiemu... takiego mu właśnie potrzeba, jak ty... tylko wyciągnij dobre zasługi... (poufnie) komuś nosił drugi?
Michałek. Mogę przysiądz że nie nosiłem nikomu (n. s.) tylko posłaniec z pod teatru.
Łechcińska (nie kontenta) No, to zostaw i wynoś się.
Michałek. Nie mogę, dalibóg, bo pan kazał mi zostać tu na usługi, a takie jest psie prawo, że trzeba słuchać pańskiej trąby.
Łechcińska. Tylko nie odzywaj się tak ordynaryjnie, bo tu są pokoje nie psiarnia, rozumiesz?
Zuzia (wchodząc) Powiedzieli w magazynie, że będzie gotowe za pół godziny. (spostrzega bukiet) ah! jakież to śliczne kwiaty... jej! (do Michałka) czy to dla panienki?
Michałek (drwiąco) Myślałaś że dla ciebie?
Zuzia (odbierając bukiet) Co prawda, wolałabym co innego.
Kotwicz (do Michałka poufale, biorąc go na bok) Słuchaj, bo mnie przecie możesz powiedzieć: gdzie nosiłeś drugi bukiet?
Michałek (z niewinną miną) Proszę pana! przecie gdyby tak było, tobym zaraz powiedział.. pan mnie zna.
Kotwicz. Na Chmielną?
Michałek. Żeby mnie pan zabił, nawet nie wiem, gdzie Chmielna.

Kotwicz (do siebie) Z pewnością dla Walerki.

SCENA III.
Poprzedzający, Szambelanic (wchodzi głębią).

Szambelanic. Nie macie tam co drobnych dla dorożkarza?
Łechcińska (n. s.) Oho!
Szambelanic. Łechcińska (z wyciągniętą ręką) chociaż z rubla, będzie miał dosyć.
Łechcińska. I grosza pan przy mnie nie znajdzie... (n. s. Byłoby na wieczne nie oddanie. (wychodzi na lewo z Zuzią, zabierając suknię).
Szambelanic (do Kotwicza) A ty nie masz?
Kotwicz. A ja zkąd!
Szambelanic. Robiłeś jakiej zakupy.
Kotwicz. Jako znawca i biegły, ale nie płatnik.
Szambelanic (do Michałka) To idźże mu powiedz, niech czeka, biorę go na cały dzień. (Michałek wychodzi) No, nie śmieszna to rzecz, żebym ja, przyjechawszy do Warszawy na ślub córki, którą notabene wydaję za miljonera, nie miał rubla w kieszeni.
Kotwicz. A gdzież to, co dał Goldfisz?
Szambelanic. No, nie ma, poszło!... mówisz jak dziecko... Głupie kilka set rubli... rzecz niesłychana jak w tej Warszawie lecą pieniądze... nie mieć czem zapłacić dryndy.
Kotwicz. Wszakże jest przez cały dzień kareta.
Szambelanic. Dla kobiet, które jej nie odstąpią na pół godziny... musiałbym chyba jeździć z niemi jak patrjarcha i asystować po sklepach... ja potrzebuję oddzielnie. Zawsze co parwenjusz to parwenjusz, trzebaby mu łopatą kłaść w głowę, że człowiek szanujący się powinien wszystko robić wedle wymagań sfery, do której ma pretensję należeć... Kareta! bardzo ładnie... ale jeżeli się zdobył na tyle galanterji dla narzeczonej, to mógł był też i ojcu się przysłużyć chociaż porządną dorożką... To tak jak z teatrem... kupi lożę i każe nam się wszystkim mieścić jak w arce Noego, bo to jest... nie cierpię loży, chyba gdy w niej jestem sam, albo we dwoje... Nie, nie, nie ma tego, co to w nas jest już wrodzonem.. uczyć mu się dopiero. (po chwili) A z tym drugim żydem widziałeś się?...
Kotwicz. Widziałem. Da, ale chce żeby Strasz poręczył.
Szambelanic. No to niech ręczy, to teraz wspólny interes.
Kotwicz. Trzeba go poprosić.
Szambelanic. Co? ja go mam prosić! nie bredź też, mój hrabio... to jego obowiązek. Ale i żyd szelma, żeby stawiać takie żądanie. Czy myśli, że ja teraz jestem pod kuratelą, czy co? mogłeś go był zbesztać.
Kotwicz. Zrobiłem coś nakształt tego... dla zwyczaju.
Szambelanic. Ale bo głupi z swoją obawą. On chyba nie wie, co to jest Czarnoskała.
Kotwicz. Zna ją jak własną kieszeń.. oglądał hypotekę.
Szambelanic. Długów już tak jakby nie było.
Kotwicz. Bo wszystkie Strasz ponabywał.
Szambelanic. Więc powykreślane...
Kotwicz. Gdzie tam! wszystko jak było tak jest, tylko na jego imię.
Szambelanic (nieco zmięszany) Nie może być! (p. c.) przecież tego nie zrobił w celu ograniczenia mi kredytu, nie przypuszczam nawet nic podobnego.. To tylko jakieś zapomnienie, nieuwaga... (p. c.) W każdym razie, trzeba się z nim rozmówić; mnie samemu nie wypada, ale rachuję na ciebie..
Kotwicz. Że.
Szambelanic. Że otworzysz mu oczy... bo to tylko jest nieświadomość sytuacji. (chodzi; p. c.) Jeżeli wydając za niego córkę, robię pewne ustępstwo z zasad, mogę się tłómaczyć że poszedłem za prądem czasu, bo dziś panuje wiatr demokratyczny... mamy już liczne tego przykłady w naszym obozie... jest to konieczność dziejowa. Potrzeba nam odświeżyć krew, a co ważniejsza odzyskać środki materjalne, których nas okoliczności pozbawiły. Plutokracja powinna w nas wsiąknąć.
Kotwicz. Jakiż cel mówić mu o tem? on nawet tego nie zrozumie.
Szambelanic. To też naszym obowiązkiem jest oświecić go. Ludzie nowi nie mają pojęcia o doniosłości ofiary jaką się robi przypuszczając ich do prerogatyw zdobytych wiekowemi zasługami rodu. Taki Strasz może być nie zły człowiek, ale pod tym względem z pewnością hebes... trzeba mu dać o tem jakieś wyobrażenie.
Kotwicz. Dobrze, ale..
Szambelanic. Wiem, że to zrobisz, bo mnie pojmujesz... (biorąc jego rękę) Spuszczam się zupełnie na ciebie. Jesteś kawał lamparta, to prawda...
Kotwicz. Ja!
Szambelanic. No, o tem nie ma gadania... ale w pewnych razach można na ciebie liczyć, bo bądź co bądź, w tobie jest krew.
Kotwicz. Spodziewam się. Ale właściwie o cóż kuzynowi chodzi? bo teorje...
Szambelanic. O kredyt, no nie rozumiesz? o kredyt bez tych wszystkich szykan, które mi krew psują. Jeszczeż tego nie mam zyskać w zamian za ofiarę którą robię? Ładniebym wyszedł Ja nie mogę być bez pieniędzy! powiedz mu to. Byłem delikatnym, ale wszystko ma swoje granice.
Kotwicz. Ależ dziś ślub.
Szambelanic. Tem bardziej. Zresztą i od ołtarza się rozchodzą.. to mój warunek, od którego nie odstąpię. Po ślubie, gdy oni sobie pojadą, ja chcę tu zostać, odetchnąć trochę w Warszawie bez tych głupich interesów na głowie... i żona tego potrzebuje.
Kotwicz. A jeżeli będzie twardy? on ma kuzyna w ręku, ponabywawszy długi.
Szambelanic. Nie wierzę aby chciał z tego korzystać. Opinjaby go ukarała (drzwi w głębi otwierają się) A! kobiety, pogadamy jeszcze o tem.. pójdziesz do mnie.

SCENA IV.
Poprzedzający, Szambelanicowa, Gabrjela (ubrane jak na miasto), Pola (ubranie do pokoju, otulona szalem), Michałek (z pakietami i pudełkiem; p. c.) Łechcińska i Zuzia.

Szambelanicowa (we drzwiach, całując się z Polą) Zkądżeś ty się tu wzięła?
Pola. Zobaczyłam przez okno jakieście panie wysiadały z karety, i tak mi było pilno przywitać się, że wyszłam umyślnie na korytarz. (wchodzą na scenę).
Szambelanicowa. Moja droga, jak się cieszę, że cię widzę... dawno przyjechaliście?
Pola. Może przed godziną... (całuje się kilka razy z Gabrjelą).
Szambelanic. Witamy z podróży... jużeśmy prawie zwątpili o państwu.
Pola. Przyrzekłam Gabrjeli że będę, i chyba tylko stan zdrowia zatrzymałby mnie w domu.
Szambelanic. O to też obawialiśmy się.. Gdzież papka? (z lewej strony wchodzi Łechcińska z Zuzią, która zdejmuje salopy, odbiera kapelusze i odnosi na lewo; Łechcińska odbiera od Michałka paczki i pudełko do którego zagląda; Michałek wychodzi).
Pola. Jest właśnie u siebie.
Szambelanic. Który numer?
Pola. Dziesiąty.
Szambelanic. Czy sam?
Pola. W tej chwili jest u nas pan Maurycy.
Szambelanic (żartobliwie) Jak on się to prędko dowiedział o państwu.
Pola (zakłopotana) Przypadkiem... przechodząc.
Szambelanic (n. s.) Muszę się i ze starym zobaczyć... (do Kotwicza) pójdźno ze mną... (wychodzą na prawo).
Gabrjela (do Poli, apatycznym głosem) Zdejmże szal, rozgość się... tyle mamy z sobą do mówienia.
Pola (żegnając się z szambelanicową, potem z Gabrjelą) Później, teraz nie mam czasu, posłałam po pannę z magazynu dla przymierzenia sukni. Obstalowana przez pocztę, to może będzie trzeba co poprawić.
Szambelanicowa. Istotnie, dziś u nas czysty jarmark, więc do widzenia. Ale! jakąż będziesz miała suknię?
Pola. Jasno niebieską pou-de-soir.
Szambelanicowa. Ah! to powinno ci być w niej prześlicznie, nieprawdaż Łechcińska? (żywo) tylko nie każże garnirować koronką.
Pola. Zostawiam to modniarce: już to co do tych subtelniejszych tajemnic strojów, to przyznam się...
Szambelanicowa. Ale bo widzisz, panience nie wypada, to stosowne tylko dla mężatek.. Gabrjela jako panna młoda, to co innego.
Pola (która od niejakiego czasu uważała Gabrjelę, n. s.) Jaka ona zamyślona.
Łechcińska (która otworzyła pudełko i wydobyła stroik na głowę, przyglądając mu się) Pieścidełko, jak matkę kocham.
Szambelanicowa. No, schowaj, schowaj.. (do Poli) To na pierwsze wizyty... (p. c.) no, do widzenia, moje życie, jak się załatwisz z modniarką, przyjdź do nas. (odchodzi na lewo z Łechcińską).

SCENA V.
Gabrjela, Pola.

Pola (patrzy jej w oczy; p. c.) No cóż? jesteś szczęśliwą?
Gabrjela. Pytasz się! cóż mi brak?... patrz! to pierścionek zaręczynowy.. ah! prawda, znasz go już... ale nie widziałaś tych kolczyków, przypatrz im się, pokażę ci jeszcze resztę garnituru... I wszystko odpowiednio do tego: apartament pierwszej klasy, codzień loża, kareta, strzelec na usługi.
Pola (protestując) Moja droga..
Gabrjela. Chcesz powiedzieć: prześliczne rzeczy, ale niestety dają narzeczonemu pewne prawa... może być zbyt natrętnym... Otóż i pod tym względem nie mam nic go[5] życzenia. Zgaduje moje myśli, ledwo objawię życzenie już je spełnia, otworzył nam kredyt w sklepach, nie targuje się gdy chodzi o zrobienie mi przyjemności... i obok tego nie prześladuje mnie sobą. Czyż można więcej żądać? widuję go raz na dzień... i to prawie nigdy sam na sam... (śmiejąc się z przymusem) Oboje tego unikamy... jakbyśmy się umówili.
Pola Gabrjelo, co ty mówisz?
Gabrjela. Nie taiłam się nigdy przed tobą z mojemi przekonaniami, więc i dziś mogę być otwartą. Trzeba mieć odwagę do ich obrony. Nie ma nikogo tak naiwnego coby uwierzył, że idę za mąż z przywiązania, ale ręczę ci, że większość mi zazdrości... (wzdryga się nagle).
Pola. Co ci to?
Gabrjela. Dreszcz jakiś (śmiejąc się, j. w.) Śmierć mi zajrzała w oczy... to ten sen dzisiejszy.
Pola. Jaki sen?
Gabrjela. Wystaw sobie, co mi się śniło: W ślubnej sukni stałam nad otwartą trumną. Mój narzeczony także ubrany jak do ślubu trzymał moją rękę w zimnej jak lód dłoni i szepcząc jakieś niezrozumiałe zaklęcia usiłował nakłonić, abym zajęła to niewygodne łoże. Spojrzenia jego wywierały na mnie jakiś wpływ magnetyczny, któremu musiałam być posłuszną... szłam niby lunatyczka i już miałam uledz nieznanej sile, gdy na szczęście obudziłam się. Czy może być głupszy sen?
Pola (przerażona) Dla Boga! jabym to uważała za wyraźną przestrogę.
Gabrjela (p. c.) Zadaleko zaszło. Moja droga, kto walczy, ten może uledz i nic dziwnego jeżeli wyobraźnia nasuwa mu niepokojące obrazy. Ale też może i zwyciężyć. Moje życie od samego początku było walką, więc przywykłam do jej niepokojów, i nie robią na mnie takiego wrażenia. Mam siły do zniesienia wiele.
Pola. Czy ty ich nie przeceniasz?
Gabrjela. Nie wiem, być może... ale tego bądź pewną, że przed nikim uskarżać się nie będę. Mogę cierpieć, ale nikt tego po mnie nie pozna... Czegobym nigdy nie zniosła, to litości... zasługiwać na politowanie ludzi, byłoby dla mnie czemś okropnem. Zresztą... zobaczemy. Wiesz dla czego i dla kogo to robię.
Pola (p. c. z wylaniem) Życzę ci, już jeżeli nie mogę powiedzieć szczęścia, to sił do wytrwania... (całuje ją) do widzenia.
Gabrjela (z wybuchem czułości, ściskając ją) Jak jestem szczęśliwą, że przyjechałaś... nie będę przynajmniej samą... moja Polu! (wybucha na chwilę spazmatycznym płaczem) Ah! ten sen.
Pola. Moja droga!.. (trzymają się w objęciach; p. c. patrząc jej w oczy badawczo) Pan Władysław będzie na ślubie?
Gabrjela (krótko) Nie wiem (p. c.) powinien... spodziewamy go się... gdyby nie był, pokazałby brak serca. (p. c.) A! kto wie? ludzie są egoiści.
Łechcińska (we drzwiach) Proszę panniuńci, fryzjer przyszedł.. (znika; Gabrjela podaje rękę Poli, poczem robi parę kroków na lewo. Po chwili wraca się i rzuca w jej objęcia, ściskają się kilkakrotnie, poczem Gabrjela śpiesznie wychodzi na lewo).

SCENA VI.
Pola (później) Maurycy.

Pola (sama, stoi przez kilka chwil zamyślona z rękami splecionemi przed sobą; p. c.) Biedna, biedna ona!... a jednak gdyby chciała, mogłaby być szczęśliwą... bo ja widzę co się w jej sercu dzieje... (p. c) Chcieć, czyż to dosyć?... a ja?... czyżbym nie chciała.. czyżbym dla niego nie poświęciła wszystkiego.... ale któż wie, czyby mnie nie spotkał najboleśniejszy zawód?... może lepiej kazać milczeć uczuciu... Boże! Boże! kto mi wskaże co mam zrobić!... (ukrywa twarz w dłonie, p. c.) Czy też to wszystkim tyle niepokoju robi to nieszczęśliwe serce? (zamyśla się; p. c. idzie w głąb, przy drzwiach spotyka się z Maurycym, który wchodzi).
Maurycy. Pani sama?
Pola. Przed chwilą rozeszłyśmy się z Gabrjelą. A pan już skończyłeś konferencję z ojcem... o cóż to szło? słyszałam jakby jakąś sprzeczkę.
Maurycy (zakłopotany) Robiłem ojcu pewną propozycję, na którą nie przystawał.
Pola. Cóż to było?
Maurycy (z wahaniem) Powiedziałbym pani, ale..
Pola. O, jeżeli tajemnica, to nie wymagam. (kaszle).
Maurycy (troskliwie) Pani przechodzisz przez korytarz tak lekko ubrana, a tam są przeciągi... przyniosę pani coś cieplejszego... futro...
Pola. O! niech się pan nie fatyguje... te kilka kroków... zresztą ten szal taki ciepły... (kaszle i dobywa chustkę, przyczem wypada fotografja) Do widzenia. (wychodzi).

SCENA VII.
Maurycy (późn.) Dzieńdzierzyński.

Maurycy. Pani coś zgubiłaś (podnosi fotografję i idzie z nią do drzwi) Panno Paulino... (nagle wstrzymuje się) Co widzę! czy mnie wzrok nie myli... to ja! (z wzrastającem uniesieniem) ja! o Boże!... więc ona mnie kocha!... kocha mnie! kocha!... (chodzi wielkiemi krokami) nie wierzę mojemu szczęściu... (p. c. innym głosem) ale naturalnie że kocha... inaczej, czyżby nosiła przy sobie moją fotografję? ja tak samo miałem ją tu, zawsze, na sercu (dobywa fotografię) Mój aniołek najdroższy! moje szczęście jedyne!... o! teraz tem bardziej muszę doprowadzić do skutku moje zamiary, choćby ze strony ojca były przeszkody... Niech ma dowód niezbity, że nie cofnę się przed niczem, co może mi zapewnić jej posiadanie.. (całuje fotografję kilkakrotnie; żartobliwym tonem). A! moja pani, toś ty mnie kochała a tyle mi nadokuczałaś, dla jakiegoś błahego przywidzenia... poczekaj! zemszczę się! (z tkliwością) zemszczę się poświęcając ci całe moje życie, aniele mój... Ah! jakiż ja jestem szczęśliwy! (chodzi ogromnemi krokami cisnąc skronie rękami).
Dzieńdzierzyński (staje we drzwiach patrząc na Maurycego) Dobryś!... wziął to do serca... (chodzi za nim) Maurycy!... nie słyszy... Maurycy! nie bądź dzieckiem.
Maurycy. A! (rzucając mu się w objęcia) Ojcze, wszystko będzie dobrze (ściska go i całuje namiętnie).
Dzieńdzierzyński. Attendez, udusisz mnie... (uwalnia się z jego objęć) Dobrze? no, to chwała Bogu... Więc rozmyśliłeś się... przestaniesz zawracać mi głowę tym twoim projektem? ja tu za tobą przyszedłem umyślnie po to, żeby ci jeszcze raz powiedzieć, i to stanowczo, że z tego nic nie może być.
Maurycy. Musi być. Od tego nie odstąpię, zwłaszcza teraz.
Dzieńdzierzyński Comment? a cóż się stało nowego?
Maurycy (poufnie) Zdaje mi się, że panna Paulina mnie kocha.
Dzieńdzierzyński (uradowany) Niepodobna! wygadała się?
Maurycy Przypadkiem pochwyciłem dowód.
Dzieńdzierzyński (j. w.) Kiedy? teraz?
Maurycy. Przed chwilą.
Dzieńdzierzyński. Dla tego też to miała taką minę powróciwszy ztąd... (ściskając go) Winszuję ci z całego serca. Oświadczyłeś się zaraz? z kopyta?
Maurycy. Nie.
Dzieńdzierzyński. Comment, nie? a jakiż to safanduła! Takie rzeczy kończy się na gorąco. Chodź zaraz ze mną... jeszczeby trzeba kogo na świadka, żeby się które nie rozmyśliło.
Maurycy (śmiejąc się) Jakżeż pan to traktujesz.
Dzieńdzierzyński. Ale bo ja wam nie wierzę... no, zawsze interes jest na lepszej drodze... tylko już tego wcale nie rozumiem... Écoutez, skoro masz pewność że cię kocha...
Maurycy. Ale nie pewność, domysł dopiero.
Dzieńdzierzyński. No chociażby domysł, to z tych twoich zamków na lodzie możesz skwitować.
Maurycy. Broń Boże!
Dzieńdzierzyński. Rozumiem, że mogłeś projektować par déspération, ale...
Maurycy. Właśnie teraz chcę dać dowód pannie Paulinie, że ją kocham bezinteresownie.
Dzieńdzierzyński. Mais pourquoi?.. teraz ona cię już będzie kochać takim jakim jesteś, możesz założyć ręce i nic nie robić. Ja zapracowałem tyle, że wystarczy dla moich dzieci i wnuków (p. c.) a zresztą, skoro chcesz pracować dla tego, że z waszego majątku nic ci się nie okroi, to pracuj w Zabrodziu. Ja abdykuję, nie znam się na gospodarstwie.
Maurycy. Wstydziłbym się.... Przyjść do gotowego samemu nic nie wniosłszy... Co innego, gdybym mógł mieszkać w Czarnoskale..
Dzieńdzierzyński. No, to w Czarnoskale! jeszcze lepiej, majątek familijny. Spłacimy tego twojego miłego szwagierka, nawet jeżeli chcesz zahypotekuję tę sumę na imię Poli, będziesz mi płacił procent.
Maurycy. Co za sztuka! to nie byłby dowód miłości, a ja muszę przekonać pannę Paulinę, że mi chodzi o nią a nie o majątek. Zresztą, jak się pan będziesz opierał, to się zrzeknę chyba posagu.
Dzieńdzierzyński. To, to, to. Sfiksowałeś wyraźnie, tu as fixé. Czy myślisz że pozwoliłbym na to, żebyście siedzieli o głodzie i chłodzie. Cóżbym ja był za ojciec!
Maurycy. A ja co za mąż, gdybym nie potrafił własną pracą utrzymać żony.
Dzieńdzierzyński (zdesperowany) No, i gadajże tu z nim!

SCENA VIII.
Poprzedzający, Władysław.

Dzieńdzierzyński. A! pan Władysław, jak się masz. (ściska go, poczem Władysław ściska się z Maurycym) Jesteśmy en famille, w całym komplecie; bardzo dobrze, bo rozsądzisz tu sprawę pomiędzy mną a tym upartym kozłem.
Władysław (roztargniony, wyraża się lakonicznie) On zawsze był takim.
Dzieńdzierzyński Wyobraź sobie: daję mu córkę, bez żadnych ograniczeń, ze wszystkiem co posiada i do czego ma prawo, a on stawia warunki, targuje się ze mną.
Władysław. Chciwość?
Dzieńdzierzyński. Comment? a wiesz co, że naprowadzasz mnie na myśl: to chyba chciwość. (Maurycy się śmieje) bo że się chce zrzec posagu, to gadanie, wie dobrze że go i tak nie minie... ale zachciało mu się jeszcze samemu robić majątek. Powiedział mu ktoś plotkę, której uwierzył, że ja zawsze prowadzę mój handel hurtowny, tylko pod inną firmą.
Władysław. Dziwiłbym się panu.
Dzieńdzierzyński (tryumfująco do Maurycego) A co! voyez vous! (do Władysława) Ale nie wierz temu, to nieprawda.
Władysław. Dziwiłbym się, gdybyś pan zmienił firmę. Po co?
Dzieńdzierzyński. Comment? ale czekajno! więc chce wejść ze mną w spółkę, stać za kantorem, zapisywać rachunki i świecić swojem nazwiskiem.. szlacheckie nazwisko mojego zięcia na szyldzie! nigdy!
Władysław. Ma rozum.
Dzieńdzierzyński. Szarzać się dla pieniędzy, to rozum?
Władysław. Najprzód, że to nie jest szarzaniem się; a potem, pieniądz jest wszystkiem.
Dzieńdzierzyński. Zgoda i na to. Więc niechże go nie lekceważy i bierze kiedy mu daję.
Władysław. Przyjmować, gdy sam nic nie ma, byłoby zbyt wielkie ryzyko.
Dzieńdzierzyński. Jakie ryzyko? Pola bierze go jak jest, nie pyta... elle ne demande pas... szaleje za nim, sam mi to powiedział.
Maurycy. A to kiedy?
Władysław. Uczucie miłości jest przechodniem. Pannie Paulinie dziś może się zdawać, że go kocha.
Dzieńdzierzyński (zły) Zdawać, zdawać... jak się co zdaje, to widać że tak jest, inaczej jakżeby się mogło zdawać...
Władysław. Przypuśćmy. Ale czy pan wiesz, co się dzieje na dnie jej serca? czy nie kiełkują tam maleńkie ziarnka wątpliwości? gdzież dowód, że on nie gra roli zakochanego dla interesu?
Dzieńdzierzyński (patrzy na Maurycego) On?... nie! to być nie może.
Władysław. Dla czego?
Dzieńdzierzyński. Najlepszy dowód, że dla niej chce głupstwo zrobić.
Władysław. Więc pozwól mu pan na to głupstwo, chociażby na próbę. Jeżeli wytrwa...
Dzieńdzierzyński (p. c.) Co z wami gadać! warjaty... (biorąc Maurycego pod rękę) Chodź ze mną do ojca... chociażeś pełnoletni, on zawsze ma nad tobą władzę... jeżeli na to pozwoli... no! (n. s.) tak głupim przecie nie będzie.
Maurycy. Co bądź ojciec powie, stawiam panu dwa pewniki: od zamiaru mego nie odstąpię i pannę Paulinę mieć muszę.
Dzieńdzierzyński. Dobrze, dobrze. (do Władysława) Ty idziesz z nami?
Władysław Na chwilkę tylko, bo mam jeszcze do załatwienia parę interesów przed obrzędem (Dzieńdzierzyński z Maurycym wychodzą na prawo).

SCENA IX.
Łechcińska, Władysław.

Łechcińska (która od kilku chwil czatowała we drzwiach z lewej strony, zatrzymując Władysława) A! złoto, srebro widziałam, a naszego pana Władysława już nie pamiętam kiedy, słowo daję.
Władysław (ironicznie) Zkądże tyle łaski... naszego! nie wiedziałem, że nas łączą jakie nici sympatyczne, i to do tego stopnia.
Łechcińska. Nasz, nasz, bo nie ma godziny, nie ma minuty, żebyśmy z panną Gabrjelą nie mówiły o panu. Już tak zaciętego człowieka jak pan, nie widziałam w życiu, jak matkę kocham. Żeby się tak zawziąść, to niesłychane rzeczy. Ale ja mówiłam i perswadowałam, że pan przyjedziesz.
Władysław. Zagadkowe słowa dla mnie.
Łechcińska. To już tam nasza panna Gabrjela panu wytłómaczy. Jeżeli się pan nie poczuwasz do niczego, to tem lepiej... widać, że było nieporozumienie (ciszej) zatrzymaj się pan chwileczkę, zaraz tu wyjdzie, chce się z panem zobaczyć, tak sobie, sam na sam... bo to dziś przy tym rejwachu trudno było złapać dobrą sposobność... momenciczek tylko. (wychodzi na lewo).

SCENA X.
Władysław, (p. c.) Gabrjela.

Władysław (sam) Jakto! mnie serce mogło jeszcze zabić!... rzecz dziwna. Sądziłem, że to przejście uciszyło je na zawsze... tłukło się w piersi, ale już tylko jak wyschnięty orzech w łupinie... (p. c.) Czy my moglibyśmy jeszcze być szczęśliwi? czy byłbym w stanie zapomnieć jej bezlitośnego ze mną postępku?... (p. c.) Ha, któż wie, jak to było rzeczywiście? może to był szczyt poświęcenia się, heroizmu? a teraz braknie jej odwagi, i na mnie rachuje... ach! ta myśl..
Gabrjela (wchodząc szybko w zarzutce na białym penioarze, głowa ubrana; podaje mu obie ręce) Władysławie! jakże ci wdzięczną jestem że przybyłeś.
Władysław (p. c. patrząc jej w oczy) Zrobiłem to, co nakazywała prosta przyzwoitość.
Gabrjela. Pokazałeś serce, o którem już zwątpiłam.
Władysław (j. w.) Mówisz szczerze?
Gabrjela. Od tego dnia, w którym znaglona koniecznością zadałam sobie dobrowolnie okropny ból, nie widziałam cię prawie... zamknąłeś się w swojem samolubstwie... tyś mnie chyba nie zrozumiał naówczas.
Władysław. Nie przypominaj mi tej chwili. Kochałem cię i kocham jeszcze. Cios był straszny, ale świadczę się Bogiem, że sam przed sobą tłómaczyłem cię, i chcąc ci ulżyć ciężaru poświęcenia, sądziłem, że nic innego nie pozostawało mi, jak usunąć się zupełnie.
Gabrjela. Władysławie, nie mogłam się zdobyć na tyle odwagi, żeby to uczucie które nas łączyło wystawić na próbę w walkach z powszedniemi kłopotami. Idąc za innego, poświęcam się dla rodziców, dla wymagań naszego położenia... ale... jedynych chwil które mnie robiły szczęśliwą nie zapomniałam.. one zawsze są tu przytomne.. wyrwij je, jeżeli potrafisz, ucałuję ci ręce, ale to nie w twojej mocy!
Władysław (pod wpływem jej spojrzenia) Gabrjelo!
Gabrjela. Wiesz więc wszystko. Jeżeli z zimną krwią będziesz śledził moje miotania się w tych więzach narzuconych mi wyższem zrządzeniem, nie znajdując słowa pociechy, jednego spojrzenia, któreby mi czyniło lżejszą tę walkę, dasz dowód..
Władysław (porywając ją w objęcia) Więc zerwij te więzy! pójdźmy, nie oglądając się na następstwa.. przy mojem sercu cię otulę, zapomniesz o wszystkiem coś przeszła... ale otrząśnij stopy z tego kału, w który cię wepchnięto, uleć z niego aniołem czystym, godnym tego poświęcenia bez granic, jakie ci gotów jestem ślubować.
Gabrjela (płacząc) Władysławie, jak ty mi utrudniasz drogę i tak już pełną cierni.
Władysław (po chwili, zimno) Nie rozumiem cię kuzynko... czegoż więc wymagasz odemnie?
Gabrjela (j. w.) Pobłażliwości! rachowałam na to, że niezapomniesz o nas, że będziesz moją podporą.
Władysław. Lituję się nad tobą, biedna zbłąkana kobieto... o! bo ty tego bardzo potrzebujesz.
Gabrjela. Litości!... (namiętnie) Ja potrzebuję serca, nie litości.
Władysław (surowo) Moje jeden raz w życiu zabiło nadzieją, ale to dawno minęło. Twoja własna ręka uciszyła to bicie i dziś ja jestem sobie zwyczajnym człowiekiem oddychającym prozą, za jedyne bóstwo uznającym obowiązki, a owoc zakazany nie przestaje być dla mnie zakazanym, choćby tchnął najponętniejszemi obietnicami. To są rzeczy zanadto poetyczne dla prozaika, zbyt niskie dla człowieka honoru.
Gabrjela (n. s.) Boże!
Władysław. Więc zapomnij o tem, co przed chwilą powiedziałem... przepraszam cię za mimowolne uniesienie, była to prosta omyłka serca... źle zrozumiałem twoje słowa.
Gabrjela (z dumą) Więc zgrzeszyłeś tłómacząc je w pospiechu fałszywie. Rzuciłeś mi w twarz największą obelgę, jaką kobieta usłyszeć może. (z płaczem) Żegnam cię!
Władysław. Gabrjelo!

SCENA XI.
Gabrjela, Władysław, Strasz, (wchodzi głębią).

Strasz (w dobrym humorze, nacięty ale się trzyma; we fraku i białym krawacie) A! moja narzeczona... i kuzynek.. (do Władysława) Dawno niewidzianego... (do Gabrjeli, chcąc wziąść jej rękę) a moja pani niech mi pozwoli, jako zadatek należności, która wkrótce ma być spłaconą...
Gabrjela. Przepraszam, widzisz pan, żem jeszcze nie ubrana, (n. s. wychodząc na lewo) Jakżem okropnie ukaraną.
Strasz. Bodaj to być kuzynkiem! ma się prerogatywy zaprzeczane temu, który za chwilę będzie legalnym posiadaczem tylu wdzięków (n. s.) utarłem mu nosa (głośno) cóż pan mówisz na to? jużci pozwól, że mógłbym mieć słuszną pretensję (dobywa cygarnicę).
Władysław (do siebie) Kocham ją i aniołem stróżem jej będę. (wychodzi na prawo).

SCENA XII.
Strasz (później) Zuzia.

Strasz (sam, rzuca się na kanapę) Niegrzeczny... nawet się nie odezwał i wyszedł sobie bez ceremonji... ale poczekajcie wszyscy! wezmę ja was w takie kluby, że mnie poczujecie. Hołota! świecące pruchno, w mojem własnem mieszkaniu będą mi robić impertynencje!... (po chwili) Zanadto pozwoliłem sobie przy tem śniadaniu, ale należało pożegnać kawalerskie życie... no, niby tak koniecznie żegnać, to nie, bo nie głupim się ograniczać... Walerce dam dymisję chyba wtenczas, gdy mi się przeje.. (p. c.) co mnie ta kobieta kosztuje!... ale mi nie żal, bo wszyscy zazdroszczą. Większy kłopot miałém z odmówieniem jej temu jenerałowi, niż z pozyskaniem żony arystokratki... tu sami do mnie leźli. (Zuzia przechodzi z lewej strony ku prawej, niosąc zawinięcie w serwecie) Zuziu, chodźno tu...
Zuzia. Nie mam czasu.
Strasz (tupiąc nogą) Co to jest: nie mam czasu!... jestem twój pan, rozumiesz... chodź tu zaraz!
Zuzia. Niosę bieliznę panom. A co pan chce odemnie?
Strasz. Chcę ci popatrzeć w oczy.
Zuzia. Można zdaleka.
Strasz. Kiedy stąd nie widzę... nawet dotychczas nie wiem, jakie masz: czarne czy niebieskie?
Zuzia (śmiejąc się) Bure... (wchodzi Kotwicz) Ah! (wybiega na prawo).

SCENA XIII.
Strasz, Kotwicz.

Kotwicz (n. s ) Spłoszyłem ich. (zbliża się z miną dyplomatyczną).
Strasz. A! pan hrabia... cóż tam! (p. c. pociągając go na kanapę) Siadaj stary łobuzie.
Kotwicz. Cicho! (ogląda się).
Strasz. Mój drogi, nie bądź faryzeuszem.
Kotwicz. Ale bo ty czasem jesteś zanadto sobie sans façons.
Strasz Eh? (uderza go mocno po udzie) bądź jakim jesteś... czego się to oblekać w baranią skórę... każdy powinien mieć odwagę swoich przekonań... Ty innym jesteś ze mną w cztery oczy, a za innego chcesz uchodzić przy ludziach... Gdy cię karmię i poję u francuza, albo gdy się włóczymy całemi nocami po knajpach, jestem twojem bożyszczem.
Kotwicz. Cicho!
Strasz. Ha, ha, ha! znałem podobnego świętoszka, który lubił dobrze żyć, a nie miał za co.
Kotwicz. Podobno zanadto dziś piłeś. (chce wstać).
Strasz (pzytrzymując go) Piłem, ale nie do ciebie, więc nie urażaj się... nie jednemu psu łyżek... Więc tedy, ten... jakże mu tam.. miał swoich amfitrjonów, z którymi całe noce się łajdaczył, był z nimi „per ty“... tak jak my... ale strzegł się pokazywać w ich towarzystwie w jasny dzień... tak naprzykład w saskim ogrodzie po sumie. Miał inne znajomości nocne, a inne dzienne. Słuchajno, czy ty mnie traktujesz jako nocnę, pokątną znajomość?
Kotwicz. Aleś ty się, widzę, ululał na prawdę.. a to ładnie, w dzień ślubu.
Strasz Nie bój się o mnie.. Dajno mi wody.
Kotwicz (wstaje i nalewa z karafki) Muszę ci służyć jak dziecku...
Strasz Nieprawda! dziecku byś tak nie służył... bo nicby ci z tego nie przyszło. (pije) cukry i wino przynieśli?
Kotwicz. Jest wszystko.
Strasz. Pewnoś znowu rozdał z parę rubli na piwo, bo ty lubisz szastać z cudzego.
Kotwicz (wąchając dym z cygara, które pali Strasz) Jakieś dobre cygaro... nie masz tam jeszcze z jednego?
Strasz (dając mu cygarnicę) Na, masz... czerp... weź sobie z parę do kieszeni, znaj pana.
Kotwicz. Gdzieżeście tak bomblowali?
Strasz. Wyprawiałem śniadanie tym wyżeraczom.. na pożegnanie stanu kawalerskiego.
Kotwicz. Ale fe! (śmiejąc się) Na pożegnanie! (p. c.) kobiety były?
Strasz. Jak myślisz?
Kotwicz Walerka? (uderzając go) Hultaj! (po chwili) Ale słuchajno, z tym szambelanicem trzebaby jakoś...
Strasz. Co, trzebaby?
Kotwicz. Bój się Boga on goły jak święty turecki... daj mu co odczepnego.
Strasz. Mój kochany, złapaliście mnie i doicie już do ostatniego. Czy myślisz, że tak ciągle będę na to pozwalał?
Kotwicz O! znowu nie fanfaronuj!
Strasz. Co? nie złapaliście mnie?
Kotwicz. Dajno pokój tak między nami mówiąc, zyskujesz pozycję, wchodzisz w koligacje.
Strasz. Tego towaru za miły grosz zawsze dostanie.
Kotwicz. Ale piękność okrzyczana... wszyscy ci zazdroszczą, możesz się pysznić.
Strasz Koczkodana bym nie wziął. Za swoje pieniądze powinienem zaimponować. Płacę! do miljon djabłów gotówką, i tandety nie chcę.
Kotwicz No, no, no! tylko się nie gorączkuj.
Strasz. To nie błaznuj.
Kotwicz. Zapominasz się.
Strasz. Jeżeli ci się zdaje żem pijany, to się grubo mylisz... jestem przy zdrowych zmysłach, zdrowszych niż wy wszyscy. Możecie mnie naciągać, ale tylko do pewnego stopnia.. to sobie powiedziałem, bo golizny się boję jak zarazy. Przychodzi mi to na myśl ile razy patrzę na was... ty naprzykład, wyrzucałeś pełnemi garściami, a dziś w łapę byś mnie pocałował za kilka rubli.
Kotwicz. Widzę, że z tobą dziś nie ma co gadać. (wstaje)
Strasz (przytrzymując go) Siedź!... jak się będziesz dąsał, to nic nie wskórasz. Stary zostawił mi tyle, że mogę sobie dużo pozwolić, ale żebym miał wszystko puścić, to nie głupim,.. gołego za psa nie mają... (p. c.) Jakem był dependentem u adwokata...
Kotwicz (n. s.) Teraz się wygada... (głośno) Dependentem, ty?
Strasz. Nie wiedziałeś? Stary kazał mi praktykować, ale na utrzymanie nic nie dawał, obiecując gruszki na wierzbie... nałamałem sobie nieraz głowy, zkąd wykręcić na ogródki i baliki... ale to mnie nauczyło wartości pieniędzy.
Kotwicz. Coż to za stary? papka?
Strasz. Gdzie tam papka.. wujaszek... papki nigdy nie znałem... (innym tonem) miałem tylko matkę... to była męczennica.
Kotwicz. A! więc ty jesteś wychowany przez mamę... pieszczoszek, gagatek... teraz się nie dziwię niczemu.
Strasz (ponuro; wstając) Gagatek! prawda, byłem gagatkiem, kochała mnie... a ja... ja bo trzeba ci wiedzieć nikogo nie kocham i w nic nie wierzę, ale to w nic co się nazywa, prócz pieniędzy... ale ją kochałem... to jest teraz tak mi się zdaje, bo dopóki żyła, zatruwałem jej życie. Jak zapamiętam siedziała po całych dniach i nocach przy maszynie... szyła i płakała... pracowała na mnie, bo ja ostatni grosz jej wyciągałem na hulanki... dopiero gdy umarła, zrobiło mi się jakoś głupio na sercu... napadła mnie jakaś nienawiść do ludzi, którzy się nad nią znęcali, szalona chęć odwetu... (chodzi).
Kotwicz. Alboż ten wuj nie przychodził wam wcale w pomoc?
Strasz Co, wuj! brudny sknera, dbał o nas tyle co pies o piątą nogę.
Kotwicz. Przecież dał dowód pamięci, zapisując ci taki ładny majątek.
Strasz. Ha, ha... zapisując! ani mu się śniło, tylko kipnął nagle i mnie się dostało, jako jedynemu krewnemu... Szkoda tylko, że matka tego nie doczekała... byłbym miał satysfakcję patrzeć, jakby jej się nisko kłaniali ci wszyscy, którzy najbardziej zalewali sadła za skórę... tak jak mnie.. dawniej potrącali jak psa, dziś kochają... ha, ha, ha... (biorąc Kotwicza w objęcia) kochasz mnie? (ściska go gwałtownie) bardzo? póki funduję? co? (odpycha go) pieniądz to dobra rzecz... przepraszam cię, ale kto go trwoni, ten osioł.
Kotwicz (n. s.) Pijany, jak bela... (głośno) Więc kiedy masz, to nie bądźże egoistą... z szambelanicem...
Strasz. Czegóż on chce? dajcież mi raz pokój. Czarnoskała już moja, ponabywałem długi, których było tyle, że mu się nie wiele należy.
Kotwicz. No, widzisz, nie wiele, ale zawsze coś... powinno ci też chodzić o to, żeby ludzie nie gadali żeś z niego korzystał. Ja wiem żeś ty na tem zarobił. Później się tam będziecie rachować po familijnemu, a tymczasem daj mu co.. zamkniesz mu usta.
Strasz. Ileż on chce?
Kotwicz. Ja ci powiem: daj mu kredyt na jakie parę tysięcy, i będziesz miał spokojną głowę.
Strasz (dobywa z pugilaresu weksel, idzie do biurka i pisze; n. s.) Ostatni raz to robię, ale po ślubie...
Kotwicz (zaglądając przez ramię) Tysiąc rubli... cóż to znaczy...
Strasz. Więcej ani grosza... (daje mu weksel) Masz, i nie nudźcie mnie. (Kotwicz się ociąga) a przedewszystkiem pozwólcie mi się przedrzemnąć choć chwilę, bo będzie skandal, jak chrapnę przy ołtarzu. (rzuca się na kanapę).
Kotwicz. Ale nie zaspijże, bo to już nie długo (wychodzi na prawo).

SCENA XIV.
Strasz, Michałek (później) Zuzia.

Strasz (rozwiązując krawat, do Michałka, który wszedł przed chwilą) Miszel!
Michałek. Słucham jaśnie pana.
Strasz. Daj mi wody. Co tam robią?
Michałek. Gdzie?
Strasz (wskazując na lewo) Tam! panie...
Michałek (podając wodę) Ubierają się... nie wpuszczają nikogo.
Strasz. To dobrze, zamknijże drzwi na klucz (Michałek odniosłszy szklankę zamyka drzwi) tamte do panów także. (Michałek zamyka na prawo) gdyby mieli do siebie interes, to są drugie wyjścia na korytarz (p. c.) i sam się wynoś, bo ja się muszę przespać. Ale pilnuj mi przy drzwiach i zawracaj każdego, coby chciał wejść.
Michałek (całując go w rękę) Miałem jeszcze mały interes do jaśnie pana.
Strasz. Teraz! czyś zgłupiał... później.
Michałek. Kiedy później pan będzie czem innem zajęty, a tymczasem Zuzia spokojności mi nie daje.
Strasz. A! Zuzia? cóż Zuzia?
Michałek. Zobaczyła w magazynie jakiś kaftanik i zachciało jej się go koniecznie na dzisiejszy fest... chce się w nim pokazać przy gościach.
Strasz. Więc co?
Michałek. Chciałem prosić jaśnie pana o kilka rubli.
Strasz. Co parę dni jej coś sprawiasz, nie przyzwyczajaj ją do tego, bo sobie potem nie dasz rady.
Michałek. To jaśnie pan ją tak popsuł... teraz dufa w jaśnie pana, i jak się czego naprze, tak nie ma gadania.
Strasz. No, no, mniejsza o to.. masz! a kupże jej coś ładnego.
Michałek (n. s.) Będzie widziała! (głośno) Nie trzeba jaśnie panu nic więcej?
Strasz. Nie trzeba (p. c. na pół drzemiąc) jak będą gotowi, to przyjdź tu... (Michałek wychodzi głębią; sam) na wszystkie strony się opłacać... ale przynajmniej człowiek pan! robi co mu się podoba... ah! te pieniądze... bez nich, co jabym znaczył (pukanie na prawo) Jest! nie pozwolą mi zasnąć.
Zuzia (za sceną) Któż znowu te drzwi zamknął.
Strasz Zuzia, daję słowo! (biegnie, i otwiera, Zuzia wchodzi).
Michałek (wraca głębią) A ty tu po co? nie mogłaś przyjść przez korytarz? jaśnie pan chce się przespać.
Zuzia. Nie wiedziałam.
Michałek. Chodź (wyprowadza ją zamyka drzwi za sobą).
Strasz. Bodajeś djabła zjadł... (kładzie się na kanapie. Zasłona spada).


AKT IV.
Dekoracja aktu drugiego.

SCENA I.
Szambelanic (w zszarzanym szlafroku, chodzi mierzonemi krokami).
Szambelanicowa (siedzi na kanapie, dłoń na czole obowiązanem chustką; przy końcu sceny) Łechcińska.

Szambelanicowa (po chwili milczenia) A jużeś też sobie postąpił bez żadnej rozwagi... jestem bardzo ciekawa, co teraz będzie!
Szambelanic. Ale nie żałuj, proszę cię. Lepiej że to się stało teraz, aniżeli gdyby później, już po czasie, były z tego... jakie..
Szambelanicowa. Zapomniałeś o naszej sytuacji.
Szambelanic. Nie miałem czasu zastanawiać się, zanadto byłem oburzony. Przyjeżdżać na swój własny ślub pijanym jak bydlę! prosto z knajpy, gdzie afiszował się z jakiemiś flondrami... cóż to znowu! takie lekceważenie naszego domu!
Szambelanicowa. Można było zwrócić na to uwagę w inny jakiś, delikatniejszy sposób.. byłby się zreflektował.
Szambelanic. Nie mogłem, powiadam ci! Wszystko ma swoje granice... co on sobie rozumiał błazen jakiś! za honor którego dostępował łącząc się z naszą córką?
Szambelanicowa. Co do tego, masz rację. Ale zapytam się, czy pora bawić się w zbyteczną drażliwość, gdy nam grozi ruina i gdy może przyjść chwila, że staniemy się celem ludzkich urągań.
Szambelanic. Celem urągań! my, Czarnoskalscy!
Szambelanicowa. Jesteśmy sami, nikt nas nie słyszy, więc nie potrzebujemy fanfaronować. Jakież masz przed sobą widoki?
Szambelanic. No, najprzód, Maurycy się żeni.
Szambelanicowa. Przyznam ci się, że bardzo mało spodziewam się z tego korzyści... zupełnie co innego, gdyby Gabrjela poszła za Strasza: nie potrzebowalibyśmy się ztąd ruszać, bylibyśmy u siebie, bo chociaż ponabywał twoje długi, pozostawiłby je na Czarnoskale, nie tradowałby przecie rodziców żony.
Szambelanic. To wszystko prawda, ale są pewne względy, których bezkarnie naruszać nie wolno (p. c) Dla tego bardzo mi się to nie podobało, że Kotwicz pozostał z nim w Warszawie... zwłaszcza jeżeli to zrobił za waszym wpływem, co mogę przypuszczać.
Szambelanicowa. Może nam być przydatnym, nawet rachuję na to, i powiem otwarcie, że jeżeli na twoje żądanie odesłałam Straszowi wszystko co ofiarował Gabrjeli jako prezenta przedślubne, to tylko w tej nadziei, że to z trjumfem powróci do nas.
Szambelanic. Nie przyjmę, chyba się ukorzy i jawnem przeproszeniem da mi zadosyć uczynienie. Potrzebuję rękojmi jego dobrej wiary.
Szambelanicowa. A ja nie uspokoję się, póki się ten stosunek nie naprawi (bolejąca) nie wyobrazisz sobie, co się ze mną dzieje od czasu tego twojego skandalu... coraz ze mną gorzej... nerwy mam tak rozstrojone, że co chwila drżę i czegoś się obawiam, jak gdyby coś okropnego wisiało nad nami... Zdaje mi się, że nie jestem już u siebie, że nas ztąd wyrzucą, że lada chwila piorun w nas uderzy!
Szambelanic (siadając przy niej) Ale moja droga, tylko sobie nie przypuszczaj do głowy takich rzeczy... są tysiączne środki.. (n. s.) jak ja się boję tych jej nerwów...
Szambelanicowa. Miej też wzgląd na mój stan! (gorączkowym ruchem porywa jego rękę i całuje).
Szambelanic. Zrobię co się da, bez ujmy moim zasadom... i bez narażenia przyszłego losu naszej córki.
Szambelanicowa. Napraw to jakimkolwiek sposobem!... coś zaturkotało... ah! to woźny! woźny albo komornik!... przeczuwam, jestem pewną!... weź mnie ztąd... ah! ja nie przyjdę do siebie póki będę miała powody do niepokoju.
Szambelanic (n. s.) Dobryś!... (głośno) Hej, jest tam kto... Łechcińska!... (Łechcińska wchodzi z lewej strony) proszę odprowadzić panią... (idzie do okna) Kotwicz! pewno z jaką misją... nie gadam z nim (odchodzi na prawo).
Szambelanicowa. Ah! ah!.. (z ręką na sercu) tu!... tu!... (do Łechcińskiej po odejściu męża innym tonem) Zobacz kto to przyjechał.
Łechcińska (spojrzawszy w okno) Hrabia!
Szambelanicowa. Przyprowadźże go do mnie (odchodzi na lewo).

SCENA II.
Łechcińska (p. c.) Kotwicz.

Łechcińska (sama) Hrabia! ah, jakażem ciekawa.. może się jeszcze wszystko naprawi, bo to przecie sensu nie ma, jak matkę kocham... żeby też mieć tak mało oleju w głowie i samochcąc zniechęcać takiego miljonera, to nie do uwierzenia! Staremu to już klepki w głowie się porujnowały, słowo daję... czego to dąć, kiedy nie ma w co.. nie wiem gdzie znajdą lepszą partję... (do Kotwicza, który wchodzi) No? no? no?
Kotwicz. Co? co? co?... no, nic... przyjechałem.
Łechcińska. Od Strasza? z Zagrajewic?
Kotwicz. Nie, z księżyca.
Łechcińska. No i cóż? będzie z tego co?
Kotwicz. E!
Łechcińska. No?
Kotwicz. Pojedynek!
Łechcińska. Jezus!
Kotwicz Dwa pojedynki.
Łechcińska. Rany boskie!
Kotwicz. Czy tu jest Maurycy?
Łechcińska. Zkądże? wszak został w Warszawie z Dzieńdzierzyńskiemi.
Kotwicz. Przecie wiem o tem... ale spodziewałem się, że już tu jest.
Łechcińska. Czy to on ma się strzelać?
Kotwicz. A Władysława tu nie było?
Łechcińska. I on?
Kotwicz. Obadwaj, a ja jestem sekundantem ze strony Strasza.
Łechcińska. Jakże to było? bójcie się Boga!
Kotwicz. Jak? głupio, bez sensu, i trzeba było mu się dać wyspać... kwita..
Łechcińska. Ja też to zaraz powiedziałam.
Kotwicz (siada na kanapie. Łechcińska przy nim poufale, on się zrywa) Wystaw pani sobie, jak mu stary zrobił tę scenę, chłopcu naturalnie było przykro.
Łechcińska. Co mu się dziwić.
Kotwicz I powiedział tam coś... jak to w żalu.
Łechcińska. Komu?
Kotwicz. Swoim... no!... jużci trochę zanadto, że go łapali, to owo, że sobie z nich nic nie robi, że tej łaski dostanie wszędzie za swoje pieniądze... etcetera... dosyć że się to rozeszło.
Łechcińska Aha!
Kotwicz. Maurycy jak to posłyszał, posłał mu zaraz sekundanta.
Łechcińska (z wybuchem) Warjat!
Kotwicz. Przepraszam, to znowu co innego... przyznaję, że nie trzeba było doprowadzać do tej ostateczności, ale jak się już stało, Maurycy nie mógł postąpić inaczej.
Łechcińska. Więc cóż będzie?
Kotwicz. Ano pukanina, i to niemała, bo i Władysław ze swojej strony, tak, że jeden o drugim nie wiedział, podobnież go wyzwał.
Łechcińska (oburzona) A ten znowu czego się wtrąca?... no, patrzcież państwo, to już teraz z tem wszystkiem kaput! a stara tak jest pewną, że się to jeszcze da naprawić... Jezus! co się to z niemi teraz zrobi... ja już tego wszystkiego mam póty! dosyć się nawysługiwałam i głodu namarłam... trzeba o sobie pomyśleć!... Ale że to hrabia się w to wplątał... sekundować! w imię ojca i syna...
Kotwicz. Widzi pani Łechcińska to była dyplomacja, umyślnie to zrobiłem... byłem pewny że zdołam doprowadzić do porozumienia.. tymczasem nadspodziewanie napotkałem u Strasza taki upor barani, tyle determinacji, że wszystkie moje projekta w łeb wzięły.
Łechcińska. To tak, rozdrażniać kogo... Niewiadomo jaki djabeł w kim siedzi.
Kotwicz. Przynajmniej tyle zrobiłem, że pojedynek ma się odbyć tu w pobliżu, w lesie, na granicy Zagrajewic.
Łechcińska. I cóż z tego?
Kotwicz. Możnaby spróbować jeszcze jednego środka... Gdyby pani Łechcińska szepnęła o tem tak coś od siebie kobietom.. wy czasem miewacie pomysły... możeby się dało urządzić jakąś dywersję, sprowadzić scenę rozczulającą, któraby naprawiła dobre stosunki.
Łechcińska. Jak matkę kocham, dobry koncept... a hrabia sam nie pójdzie do pani?
Kotwicz. Nie wypada mi.
Łechcińska. I kiedyż się to ma odbyć?
Kotwicz. Zaraz... (patrząc na zegarek) za godzinkę.
Łechcińska. Jezus! i nie było to wcześniej powiedzieć.
Kotwicz. Niedawnośmy przyjechali, ledwo się mogłem wymknąć cichaczem... (znowu patrzy na zegarek) muszę jeszcze wrócić po niego... umyślnie będę zwlekał.
Łechcińska. Lecę, biegnę... (oglądając zegarek) Ale do jakiego hrabia zegarka przyszedł, fiu, fiu!
Kotwicz. Spieszże się pani.

Łechcińska. Ktoś zajechał (idzie do okna) A! to Dzieńdzierzyński z córką... także już wrócili z Warszawy... to dobrze, będzie sukurs... Jezus! jak się panna Paulina dowie! (wychodzi na lewo).

SCENA III.
Kotwicz (p.c.) Dzieńdzierzyński, Pola.

Kotwicz. Wlazłem w kabałę, djabli wiedzą po co... potrzeba mi to było?... ale któż mógł przewidzieć, że będzie taki twardy. Może Dzieńdzierzyński na to poradzi, jak mu córka zacznie robić sceny... najpewniej na niego rachuję.
Dzieńdzierzyński (wchodząc, zdejmuje z Poli okrycie; wesoło) Niechże pani hrabina pozwoli usłużyć sobie.
Pola (podobnież) Niechże papka ze mnie nie żartuje.
Dzieńdzierzyński. No, to pani szambelanowa.
Pola. I do tego tytułu nie mam prawa.
Dzieńdzierzyński. To trudno, ja cię muszę koniecznie tytułować... będziesz wkrótce Czarnoskalską, tak jakbyś już nią była, a przecie Czarnoskalscy... (spostrzega Kotwicza) a! pan hrabia... witamy... powiedz mi, cóż tu słychać?
Kotwicz. Nie widziałem się z nikim.
Dzieńdzierzyński. Comment?
Kotwicz. Przyjeżdżam prosto z Zagrajewic.
Dzieńdzierzyński (krzywiąc się) Z Zagrajewic? cóż wy tam macie jeszcze z Zagrajewicami? spodziewałem się, że już skończone ztym Straszem... zanadto się zblamował... il s'est trop blamangé.
Kotwicz. Są jeszcze pewne stosunki.
Dzieńdzierzyński. Jakie? pieniężne? (do Poli, która poprawia włosy w zwierciadle) Idźże do szambelanównej, proszę cię... ona może słaba (Pola wychodzi; do Kotwicza) pieniężnych stosunków żadnych z nim już nie mają, ponabywałem wszystkie te sumy pod cudzem nazwiskiem (z dumą) wykupiłem Czarnoskałę dla mojego zięcia... tylko cicho! sza! niech nikt o tem nie wie, przyjdzie czas. Tymczasem co innego hrabiemu powiem: musiałem mu pozwolić na jeden wybryk, bo to ci wielcy panowie mają zawsze swoje chimery. Wystaw sobie hrabia, mojemu zięciowi zachciało się bawić w kupca.
Kotwicz. Ale fe!
Dzieńdzierzyński. Zupełnie jak nieboszczykowi memu dziadkowi. Co ja z nim przeszedłem to na wołowej skórze by nie spisał, ale nareszcie ułożyło się jakoś. Zakładamy dom komisowy rolników z trzech powiatów... będzie wilk syty i owca cała; chociaż się będzie handlować tem i owem, to jakoś zachowa się decorum. To teraz w modzie... najpierwsze nazwiska dają na takie rzeczy firmę, co innego zwyczajny sklep. Uważa hrabia, jak to będzie dobrze brzmieć: Czarnoskalski, Dzieńdzierzyński i spółka... spółka, to się znaczy akcjonarjusze... obywatelstwo trzech powiatów... będzie solidarność... Tylko ja miałem ochotę żeby było: hrabia Czarnoskalski, ale się uparł i nie chciał. Powiedz mi hrabia, dla czego oni się nie tytułują tak samo, jak wy?
Kotwicz. Dla tego, że nie mają tego prawa co ja
Dzieńdzierzyński. Ale to być nie może, c'est impossible! po jakiemuż to... ja muszę tego koniecznie dojść: nie ma najmniejszego sensu, żeby ludzie już nie mówię jednego nazwiska, ale z tej samej familji tak się różnili.
Kotwicz. Czy z Maurycym rzeczy już ułożone?
Dzieńdzierzyński. Comment?
Kotwicz. No, niby z panną Pauliną.
Dzieńdzierzyński. Możemy sobie już mówić: kuzynie (całuje go).
Kotwicz. Bardzoby mi było przyjemnie, ale... jeszcze, kto wie? czy pańska córka go kocha?
Dzieńdzierzyński. Co za pytanie, naturellement że go kocha... i jak! oboje się kochają.
Kotwicz. Tem gorzej (tajemniczo) gdyby do pana coś doszło przypadkiem o nim, zachowajcież to przy sobie.
Dzieńdzierzyński. Comment?
Kotwicz. W sekrecie przed panną Pauliną.
Dzieńdzierzyński. Nie rozumiem kuzyna.
Kotwicz. Maurycy ma dziś pojedynek.
Dzieńdzierzyński (przerażony) Com... comment? (pada na kanapę) W oczach mi pociemniało... po pojedynek... dziś?... (p. c. słabym głosem) Z kim?
Kotwicz. Ze Straszem.
Dzieńdzierzyński. E!
Kotwicz. Co? e!
Dzieńdzierzyński. Kpiny. Z nim? (wstaje).
Kotwicz. Z nim.
Dzieńdzierzyński. Onby się miał pojedynkować? jakiś dependent, który miał do czynienia tylko z piórkiem i z knajpą?
Kotwicz. Ja sam nie spodziewałem się spotkać w nim tyle odwagi i zimnej krwi... pokazało się, że jest gotów na wszystko.
Dzieńdzierzyński. Ale o cóż im poszło?
Kotwicz. Jakto, pan nie wiesz?
Dzieńdzierzyński. Wiem, że mu pokazano drzwi, i bardzo dobrze zrobiono... nie może mieć o to pretensji.
Kotwicz. Innego był zdania; mszcząc się zbezcześcił rodziców niedoszłej żony i Maurycy go wyzwał.
Dzieńdzierzyński. Maurycy! co za szaleństwo, jemu nie wolno się narażać... mógłby zginąć.
Kotwicz. Nic niepodobnego. Jako wyzwany Strasz ma pierwszy strzał, a strzela podobno arte; odgrażał się z fanfaronadą, że trupem położy napastnika.
Dzieńdzierzyński. Trupem! (łamiąc ręce) kuzynie!
Kotwicz. Kto wie, czy niezawcześnie jeszcze ten tytuł, panie Dzieńdzierzyński.
Dzieńdzierzyński. Na Boga! żeby przypadkiem Pola o tem się nie dowiedziała.
Kotwicz. To panu nie wskrzesi zięcia, jeżeliby zginął.
Dzieńdzierzyński. Vous avez raison!... (chodzi; p. c) Trzeba koniecznie znaleźć na to jaki sposób... Kiedyż ma być to spotkanie?
Kotwicz (patrząc na zegarek) Fe, jak to czas leci... Do widzenia, nie chciałbym się spóźnić.
Dzieńdzierzyński. Dokądże?
Kotwicz. Na plac.
Dzieńdzierzyński. Po co?
Kotwicz. Jestem sekundantem Strasza.
Dzieńdzierzyński. Comment? hrabia jego sekundantem?
Kotwicz. Nie mogłem mu odmówić... nie miał nikogo. Zresztą, lepiej, że się to odbędzie pomiędzy nami... potrzebną jest tajemnica.
Dzieńdzierzyński. I gdzież to ma być?
Kotwicz. Na granicy Czarnoskały i Zagrajewic... w lesie... na Pustkowiu.
Dzieńdzierzyński. Tam, gdzie niedawno znaleźli wisielca?... wiem, słyszałem, ma być bardzo dzikie ustronie... cóż za miejsce obrali.
Kotwicz. Chciałeś pan żeby się strzelali na dziedzińcu? i tak jest ryzyko... wszystko przygotowane do natychmiastowego wyjazdu za granicę w razie nieszczęścia... (odchodząc) Proś pan Boga, żeby do tego nie przyszło... ale nie powiem żebym miał dobre przeczucie (odchodzi głębią).

SCENA IV.
Dzieńdzierzyński, (potem) Pola.

Dzieńdzierzyński. Jeżeli on ma złe przeczucie, cóż dopiero ja!... co zrobić!... (chodzi prędkiemi kroki) gdyby moje usposobienie na to pozwalało, sambym tam pojechał i rozbroił tych szaleńców... przymusił, żeby sobie dali pokój.. Nawet gotowem to zrobić... ale nuż nie zechcą mnie słuchać, dostałbym się pomiędzy pistolety, musiałbym być poniewolnym świadkiem spotkania... dziękuję za to. (chodzi j. w., po chwili) Gdyby tak było bliżej do miasta, poleciałbym do powiatu, i wziął ztamtąd strażnika ziemskiego, na takich półgłówków nie ma innej rady. Ale gdzież! nim tam zajadę, to już będzie po wszystkiem (patrzy machinalnie na zegarek: nagle) Ale! mam, bon! wszakże tu jest gmina, wójt... lecę do niego o pomoc... niech będzie co chce, powiązać ich jak baranów... (szuka kapelusza).
Pola (wchodząc prędko z lewej strony, spłakana) Papko?
Dzieńdzierzyński. Czego chcesz? nie mam czasu... dla czego odchodzisz od szambelanównej?
Pola (z płaczem) On się ma strzelać!
Dzieńdzierzyński. A! wiesz już o tem? nie bój się, właśnie idę po wójta.
Pola. Po wójta? a to po co?
Dzieńdzierzyński Savez vous quoi, c'est bon! po co? mam pozwolić żeby się działy takie bezprawia? puść mnie, bo będzie za późno, mogę go nie zastać.
Pola. Papka chyba żartuje.
Dzieńdzierzyński. Dajże mi pokój, wiem co robię.
Pola. Ależ to niepodobna! papka się nie zastanowił.
Dzieńdzierzyński. Ona chce, żebym ja się teraz zastanawiał! ty wiesz, że ja nie jestem masło maślane, co pomyślę, to robię w powietrzu.. tu tylko energja może wszystko uratować.
Pola. I ja tak samo sądzę, ale niech papka jedzie sam.
Dzieńdzierzyński. Sam? a cóż ja tam sam poradzę?
Pola. Jak papka z energją zaprotestuje przeciwko tak nieludzkiemu załatwieniu zajścia; wszakże pojedynek jest przesądem, pozostałością barbarzyńskich czasów.
Dzieńdzierzyński. Bardzo to pięknie, ale prawdopodobnie nie będą sobie nic robić z mojego gadania. Ludzie stający do pojedynku, to są tygrysy, wściekłe zwierzęta.
Pola. O! papa dobędziesz z zgłębi twojego serca siłę przekonywającą.
Dzieńdzierzyński. Na co się to zda... ja wolę jechać z wójtem.
Pola. Na to nigdy nie pozwolę.
Dzieńdzierzyński. Sam nie pojadę.
Pola. Jeżeli papka nie pojedzie, ja to przechoruję; dostałam takiego bicia serca na tę wiadomość.
Dzieńdzierzyński (płaczliwie) Polu!
Pola. Ah! niech papka się spieszy! prędzej!... na samą myśl, że tam może on już stoi pod wymierzoną ku sobie lufą pistoletu...
Dzieńdzierzyński (n. s.) I ja mam na to patrzeć! (głośno) Ale nie imaginuj sobie...
Pola. Jakże nie imaginować, alboż to żarty?
Dzieńdzierzyński (do siebie, zafrasowany) Co ja pocznę!
Pola. Ja wiem, że papka na to poradzi; nie tłómaczę sobie w tej chwili, jak? ale wierzę, że będzie dobrze... sama ta myśl mnie uspokaja, zdaje mi się, że przy papce nic mu się złego nie stanie.

SCENA V.
Poprzedzający, Szambelanic.

Szambelanic. (wchodząc z prawej strony, ubrany) A to co? dokądże sąsiad?... ledwo przyjechałeś, jeszcześmy się nie przywitali, i już odjeżdżasz?
Pola (żywo do ucha ojcu) Cicho! on pewno o niczem nie wie.
Dzieńdzierzyński (podobnież) To możeby mu powiedzieć, pojechalibyśmy we dwóch.
Pola (j. w.) Nie można! przecie to o syna chodzi, po co go niepokoić.
Dzieńdzierzyński (do szambelanica) Z jedynaczkami nie ma rady... kazała, i ojciec musi słuchać. Jadę... do domu.
Szambelanic. Po co?
Dzieńdzierzyński. O, nie ma co gadać (p. c. tajemniczo) Zapomniała chustki do nosa.
Szambelanic. Ha, ha, ha!
Dzieńdzierzyński Ale za godzinkę będę.. do widzenia (n. s.) jadę jak na ścięcie.
Szambelanic. Proszeż dotrzymać słowa, mamy tysiące rzeczy z sobą do mówienia.

SCENA VI.
Pola, Szambelanic.

Szambelanic. Cóż to za tajemnicę papka upozorował ową chusteczką?
Pola (pomieszana) Sama nie wiem.
Szambelanic. A co znaczyła apostrofa do jedynaczek? widocznie musiało mieć miejsce jakieś nadużycie posiadanej władzy. (biorąc jej rękę i pieszcząc się z nią) Pieszczotka, tyranek domowy... (n. s.) jaką ona ma rasową rączkę (głośno) czy to tak i z mężem będzie?... co?... ale! a cóż się robi z Maurycym? może także został użyty do podobnie ważnej misji?
Pola (j. w.) Nie wiem... sądziłam, że p. Maurycego już tu zastaniemy.
Szambelanic. Nie widzieliśmy go od czasu wyjazdu z Warszawy... miał z państwem przyjechać (p. c.) cóż to, łezki w oczach? (p. c.) może był nieposłusznym... (Pola wybucha płaczem; zdziwiony) O!... (n. s.) Cóż to znaczy? (p. c. głośno) Panno Paulino, czy mogę wiedzieć przyczynę tych łez?
Pola (powściągając płacz) Ale nic... żadna przyczyna.. tak mi nie wiedzieć zkąd przyszło... miewam często takie napady.
Szambelanic. A! nerwy... (n. s.) A to winszuję mu przyjemności w pożyciu... sprządz je obie razem z moją żoną... (głośno) Proszęż się uspokoić, zaprowadzę pannę Paulinę do Gabrjeli.
Pola. O! niech się pan nie fatyguje, pójdę sama (odchodzi na lewo; we drzwiach spotyka się z Łechcińską).
Szambelanic (do Łechcińskiej) Panna Paulina słaba (na jego znak Łechcińska odprowadza Polę).

SCENA VII.
Szambelanic (p. c.) Łechcińska.

Szambelanic (sam) Poswarzyli się widocznie... one wszystkie jednakowe. No, koniec końców był duet, teraz przybywa trzeci głos, będzie tercet... uciekać z domu, słowo uczciwości.
Łechcińska (wracając) Pan nic nie wie co się dzieje?
Szambelanic. Spazmy i beki, gdzie się obrócić.
Łechcińska. Ale o pojedynku? nic?
Szambelanic. O jakim pojedynku?
Łechcińska. Pana Maurycego.
Szambelanic (żywo) Z kim?
Łechcińska. Z przyszłym szwagrem, panem Straszem.
Szambelanic. Z jakim przyszłym szwagrem? niedoszłym chyba. Proszę! więc się obraził, nie przypuszczałem u niego tyle ambicji.
Łechcińska. Ale kiedy to pan Maurycy go wyzwał.
Szambelanic. A! skoro pan Maurycy, to co innego... musiał mieć powód, chociaż za wiele mu zrobił honoru (do siebie) to ona pewno tego płakała biedaczka... a ja ją posądziłem o kaprys.
Łechcińska. Pan mówi o tem, jakby o czem najzwyczajniejszem... Jezus!... (p. c.) przecie temu trzeba koniecznie zapobiedz.
Szambelanic (ironicznie) Nie może być! takeście uradziły?
Łechcińska. Pani i tak już cierpiąca, gdy się o tem dowiedziała, dostała spazmów... Pan nie był przy tem.. okropny attak!
Szambelanic. O! wierzę ci na słowo. Ale zkądże ta wiadomość (patrząc na nią) czy też to ktoś przypadkiem plotki nie skomponował...
Łechcińska. O! już wiem, co pan ma na myśli, nie trzeba mi mówić.. Łechcińska, wszystko Łechcińska... tymczasem Łechcińska nic na wiatr nie mówi... (tajemniczo) sama się widziałam i rozmawiałam z sekundantem tamtego.
Szambelanic. A to gdzie?
Łechcińska. Tu.. w tem samem miejscu.
Szambelanic (zdziwiony) Był tu?... i cóż to za figura?
Łechcińska. Nasz hrabia!
Szambelanic Kotwicz? ha, ha, ha! sekundantem Strasza? niepodobna?
Łechcińska. Niech się pan śmieje, tak, tak, a oni się tam może teraz w najlepsze zarzynają. Gdyby czego Boże broń przyszło do jakiego nieszczęścia, pani się rozchoruje na dobre.
Szambelanic. Ale moja Łechcińska wyperswaduj sobie, że na to nie ma sposobu; chybabym sam stanął w miejscu Maurycego.
Łechcińska. Ale kiedy to już nie o to chodzi.. chociażby nawet mieli sobie nic nie zrobić, pan powinien nie dopuścić do pojedynku, bo inaczej nie zreperuje się to, co się popsuło... Pan tej bagateli nie chce zrobić dla pani?
Szambelanic (zniecierpliwiony) Dajże mi pokój, proszę cię! co się tobie w to mieszać.
Łechcińska (urażona) Tak! więc już Łechcińskiej nic do tego... ha, niechże i tak będzie... to za moje szczere serce które miałam zawsze dla państwa... tylko pan mi nie weźmie za złe, że poproszę o obrachunek z tych dziesięciu lat, a za jedną drogą o oddanie tego kapitaliku, który panu pożyczyłam.
Szambelanic. A tobie co po pieniądzach?
Łechcińska. Potrzeba mi.
Szambelanic. Teraz! gdy podobno wygrywasz proces z sukcesorami referendarza? byłem pewny, że mi dasz jeszcze i to.
Łechcińska. Chybabym też rozumu nie miała!
Szambelanic. U mnie byłoby im bezpieczniej, niż w twojej własnej kieszeni.
Łechcińska. Pan ze mną komedjasy wyprawia, słowo daję... Zapewne że nie kłopotałabym się, gdyby pan był nie zrobił pani na złość i pana Strasza tak nie zmaltretował.. byłby i kredyt i wszystko... Ale kiedy tak się stało...
Gabrjela (wchodząc z lewej strony, do Łechcińskiej) Proszę do mamy... prędko!
Łechcińska. Oho! (półgłosem) Niech pan będzie łaskaw postarać się zkąd chce... ja nie mogę już patrzeć dłużej na to wszystko (odchodzi na lewo).

SCENA VIII.
Gabrjela, Szambelanic.

Gabrjela (idzie prędko do szambelanica i całuje go w rękę) Mój ojcze!
Szambelanic. Moja Gabrjelciu, tylko proszę cię, żadnych scen melodramatycznych, bo.. co się stało to się stało.
Gabrjela. Nie. Ja przychodzę tylko przeprosić ojca za to, że z mojego powodu byliście narażeni na tyle nieprzyjemności i na taki zawód. Mama wyrzucała mi to już gorzko, ale sądzę...
Szambelanic. Cóż ci matka wyrzucała?
Gabrjela. Że nie miałam taktu w zachowaniu się z narzeczonym, i że nie potrafiłam go przywiązać do siebie (z wybuchem płaczu zsuwając się ojcu do kolan i ściskając je) To było nad moje siły! zdawało mi się żem skazaną na śmierć!
Szambelanic (żywo, podnosząc ją) Zakazuję ci myśleć o nim!... a! odetchnąłem, gdy tak się rzeczy mają! ja myślałem, że ty mi chcesz robić wyrzuty o to zerwanie, i... miałem do ciebie żal... czy pretensję... sam nie wiem jak to nazwać, ale byłem niekontent z ciebie.
Gabrjela. O! bo też zawiniłam.
Szambelanic. No! już to oboje nie mamy czystego sumienia i moglibyśmy sobie nie jedną zrobić wymówkę... lepiej porozumiejmy się. (prowadzi ją na kanapę) Widzisz, mnie tak te interesa przycisnęły, że nieraz musiałem się przeniewierzyć temu, co powinno było liczyć się dla mnie do artykułów wiary. Niech kto do mnie wyciągnął choćby najbrudniejszą łapę, byle z paczką banknotów, gotów byłem ją uścisnąć, chociaż wewnątrz coś mi się burzyło na to... Pieniądz jest wielką potęgą, dając człowiekowi możność utrzymania się na wysokości swoich zasad, i zaczynam wierzyć, że największą ze zbrodni, źródłem wszystkich innych jest trwonienie go bezmyślne, bo tylko wyjątkowe natury zachowują godność w niedostatku. Masz przykład: byłem zagrożony sekwestracją, w tem ten się zjawił jako wybawca.. i cóż? tego człowieka, na któregobym kiedy indziej nie spojrzał, posadziłem na pierwszem miejscu przy stole... z musu odegrałem z nim nizką kemedję,[6] (żywo) bo świadczę się Bogiem, że mi wówczas ani przez myśl nie przeszło to, co się później stało.
Gabrjela. O, ja sobie tego przebaczyć nie mogę... ale z początku widziałem to zupełnie inaczej; mama, nie powiem żeby mnie zmuszała, ale przedstawiła mi to w takiem świetle... (żywo) a głównie przyczyniła się do tego Łechcińska.
Szambelanic. O, ta baba!
Gabrjela. Byłam zbłąkaną... powinnam była poznawszy go, od razu przyjąć jak na to zasługiwał, bo czułam do niego wstręt... na każdym kroku obrażał moje najdelikatniejsze uczucia... o, co ja wycierpiałam!
Szambelanic. Biedaczka.
Gabrjela (z płaczem rzucając mu się w objęcia) Ja dla was robiłam tę ofiarę, ale czułam że mi braknie siły.
Szambelanic. Czemużeś mi się nie zwierzyła, byłbym się postawił względem niego tak, żeby i nie zamarzył o zbliżeniu się do ciebie... (wstając, żywo) błazen jakiś... dziecko chciał mi zaprzepaścić (p. c.) Przebacz mi, to moja wina, powinienem był to spostrzedz... tem bardziej, że od razu mi się to nie podobało; ale byłem egoistą, przyznaję się do tego... przytem słabym, bezsilnym... może nawet nie chciałem widzieć... myślałem sobie, że potrafił ci się podobać, więc byłem kontent, że to... jakoś.. interesa się poprawią... Oj! te pieniądze...
Gabrjela (nagle) Ah! mnie to wszystko rozum odebrało!... gdy sobie wspomnę (zasłania oczy rękami).
Szambelanic. No, cóż jeszcze? uspokój się... już się skończyło.
Gabrjela. Jak mogłam zdobyć się na podobny krok, z nim... to było chyba z rozpaczy! on miał prawo mną pogardzić!
Szambelan. Kto?
Gabrjela (z płaczem) Władysław.
Szambelanic. Nie rozumiem.
Gabrjela. Ojcze drogi, myśmy się kochali... najlepszy, najszlachetniejszy z ludzi, i ja dobrowolnie odrzuciłam te skarby serca jakie mi ofiarował, z zimną krwią zadałam mu taki ból, i jeszcze, jakby mało tego było... (szlocha; p. c.) co on sobie o mnie pomyślał!
Szambelanic (p. c.) No, więc pójdziesz za niego, skoro tak. Dumnym będę z takiego zięcia... Najprzód, Czarnoskalski, a potem... on dojdzie wysoko, ja to czuję... jedyny człowiek, który może podnieść świetność naszego rodu... Maurycy przy nim.. e!... zdolność uniwersalna, obrotność w interesach... bo cóż on miał zaczynając? a dziś jak już stoi.
Gabrjela. I strzela się z mojego powodu!
Szambelanic. On? mówiono mi o Maurycym.
Gabrjela. Obaj go wyzwali.
Szambelanic. Tak? pierwsze słyszę.
Gabrjela. Ah! gdyby on miał zginąć.
Szambelanic. Ale nie bój się, nie bój... nauczą tego błazna rozumu, i cała rzecz. Cóż ty myślisz, pojedynek... ja w młodych latach strzelałem się trzy razy i żyję... chociaż nie wiele brakowało... patrz, widziałaś ten znak od kuli (pokazuje na policzku).
Gabrjela. Niewiedziałam że to w pojedynku... sądziłam...

SCENA IX.
Poprzedzający, Pola (p. c.) Dzieńdzierzyński (później) Szambelanicowa i Łechcińska.

Pola (wbiegając w lewej strony, do Gabrjeli) Papka wrócił! (biegnie do drzwi środkowych).
Gabrjela (niespokojna) Sam?
Szambelanic (wesoło) A! przywiózł chusteczkę, może teraz się uspokojemy.
Pola (odpowiadając Gabrjeli) Zdaje mi się że sam... o Boże! co się tam stało? cała drżę.
Szambelanic. Więc gdzież jeździł?
Gabrjela (j. w.) Na plac.
Szambelanic. Na plac? papka! a to po co? (wchodzi Dzieńdzierzyński drżący i blady).
Pola (biegnąc do niego) Cóż?
Dzieńdzierzyński. Na Boga! pomocy, ratunku, szarpij!
Szambelanic. Jakto?
Dzieńdzierzyński. Ciężko raniony, jeżeli nie zabity.

Pola (z krzykiem) Maurycy? }
razem.
Gabrjela (podobnież) Władysław?

Dzieńdzierzyński. Tak!
Szambelanic. Więc któryż?
Dzieńdzierzyński. No, powiedziałem, Maurycy! alboż tam był i Władysław?
Szambelanic. Mój syn!
Gabrjela. Mój brat!
Pola Ah! (mdleje)
Szambelanicowa (która przed chwilą weszła wsparta na Łechcińskiej) Ah! (słabnie).
Dzieńdzierzyński (pochwyciwszy Polę w objęcia) Polu! moje dziecię!
Łechcińska (sadzając Szambelanicowę na kanapie, z wyrzutem do szambelanica) A co! mówiłam, prosiłam... zapobiedz, póki był czas (płacze mocno).
Szambelanic (z mocą) Moja pani, powiedziałem: milcz i nie wtrącaj się do rzeczy, które do ciebie nie należą. Proszę mi przynieść kapelusz i laskę.
Łechcińska (wychodząc n. s.) O! poczekaj!
Szambelanic (idzie do okna) Konie stoją (do Dzieńdzierzyńskiego) Może jest jeszcze ratunek? jakżeż to było?
Dzieńdzierzyński. Zaraz, niech zbiorę siły.. jestem tak zdenerwowany, rozebrany... je suis tout á fait déshabillé... (siada; p. c.) przyjeżdżam na miejsce... furman powiada: to tu!... Pustkowie... okropna dzika ustroń... wysiadam, patrzę.. Maurycy przekrada się przez gęstwinę... chciałem na niego zawołać, ale coś mi stanęło w gardle... nie mogłem.
Szambelanicowa (z kanapy, tonem wyrzutu) Ah! panie Dzieńdzierzyński.
Dzieńdzierzyński. No, nie mogłem.. (wstając) w tem po chwili... rrrym! jak wypali z pistoletu..
Szambelanic. Kto?
Dzieńdzierzyński. No, Strasz... tuż, mnie pod nosem... nawet, nie wiem czy imaginacja, ale przysiągłbym, że jedno ziarnko trafiło mnie tu gdzieś w klapę od surduta (szuka).
Szambelanic. Cóż sąsiad gadasz? śrótem strzelali z pistoletów? (oglądając się) Ta nie wraca.
Dzieńdzierzyński. Comment?... a prawda! no, to musiało mi się zdawać.
Szambelanic (niecierpliwie) Ale cóż dalej? (Łechcińska przynosi mu kapelusz i laskę)
Dzieńdzierzyński. Natychmiast, już nie oglądając się wskoczyłem na bryczkę i przyleciałem pędem wiatru... po pomoc...
Szambelanic (rozgniewany) Samemu nic nie zrobiwszy!... a to winszuję sąsiadowi zimnej krwi.
Dzieńdzierzyński Mnie? zimnej krwi!... a wiecie państwo, to sławne! czyż szambelan nie widzisz, że się cały trzęsę.
Szambelanic. Ale tym sposobem, to nawet sąsiad nie jesteś pewny, co się stało?
Dzieńdzierzyński. Padł, padł... to jest fakt. (Maurycy wchodzi głębią i zatrzymuje się we drzwiach.)
Szambelanicowa (z płaczem) Mój syn?
Dzieńdzierzyński (płacząc) Mój zięć, tak. Szambelanie, na Boga, śpiesz! (tuląc Polę) moja biedna córko!

SCENA X.
Poprzedzający, Maurycy.

Szambelanic (który chciał wyjść) A to co? (wstrzymuje śmiech oglądając się na Dzieńdzierzyńskiego) Cóż ten twój papka tu nagadał?
Maurycy (pocałowawszy ojca w ramię, zbliża się do Dzieńdzierzyńskiego) Nieskończenie wdzięczny panu jestem za to, żeś mnie zrobił nieboszczykiem, bo miałem sposobność przekonać się, że byłbym żałowanym, gdyby na prawdę... (całuje w rękę Polę).
Dzieńdzierzyński (osłupiały) Comment! ty żyjesz?
Maurycy. Mówisz pan takim tonem, jakby cię to nie cieszyło (całuje go).
Dzieńdzierzyński (machinalnie) Jak się masz!
Pola (z wyrzutem do ojca) Ah! papko, jakże można było mnie tak zatrwożyć.
Maurycy (idzie do matki siedzącej na kanapie i całuje je w rękę) Witam mamę.
Szambelanicowa (całując go w głowę) Nie mogę przyjść do siebie (do Dzieńdzierzyńskiego) Przyznam się, że żartować sobie w ten sposób z uczuć rodzicielskich, nie godzi się.
Dzieńdzierzyński. Ale pani szambelanowo dobrodziejko, ja temu nic nie winien... jeżeli ten żyje, to chyba Władysław padł... musiałem się omylić
Maurycy (całując się z Gabrjelą) Najzdrowszy w świecie... inaczej, czyżbyście mnie tu widzieli?
Gabrjela (cicho) Przyjedzie tu?
Maurycy. Odjechał do domu (wraca do Poli; Gabrjela odchodzi na bok, zamyślona).
Dzieńdzierzyński. No, to ja już nic nie rozumiem.
Szambelanic (śmiejąc się) Koniecznie sąsiad uwziąłeś się wyprawić jednego z nich na tamten świat, bo to jest!
Dzieńdzierzyński. Ale za pozwoleniem... permettez moi.
Szambelanic. Jakże się z tego wytłómaczysz?
Łechcińska (do szambelanicowej, cicho) To jakaś intryga.
Dzieńdzierzyński. Na Boga! sądźcie mnie... było tak:
Szambelanic (półgłosem do Dzieńdzierzyńskiego) Mnie się zdaje, że było trochę strachu i widziało się to czego nie było... już to ziarnko śrótu wydało mi się podejrzanem.
Dzieńdzierzyński. Ale szambelanie, jakże można przypuszczać... comment peut on...
Szambelanic. Ze strachu, ze strachu.
Dzieńdzierzyński. Ale pozwólcież mi mówić: któż był wyzwany? Strasz, prawda? więc któż miał prawo pierwszy strzelić? on!... a jak drugiego strzału nie było, cóż mogłem wnosić, no?... śmiejcież się teraz.
Szambelanic. Byłoby z czego, bo pokazuje się żeś sąsiad nie miał serca sprawdzić rzeczy naocznie (śmiejąc się) Comment peut on?
Dzieńdzierzyński. No, felczerem nie jestem.
Szambelanic (do Maurycego) Ale jakżeż się to odbyło? bo teraz na serjo nie wiem co myśleć.
Maurycy. Ojcze, smutno mówić... (spostrzegając wchodzącego Kotwicza) Ale oto jego sekundant... niech go się ojciec spyta.

SCENA XI.
Poprzedzający, Kotwicz.

Szambelanic. No, masz nam zdać relację.
Kotwicz. Nie ma się o czem rozgadywać... dureń!
Szambelanic. Nie może być! poznałeś się na nim nareszcie?
Kotwicz. A jak się to odgrażało! Co to jest, gdy kto nie ma zasad wyssanych z mlekiem! Nie stanął wcale.
Szambelanic (półgłosem) Czy to czasem nie twoja robota? Miałeś jakąś naradę z Łechcińską
Kotwicz. Ale gdzież tam! Pojechałem ztąd prosto po niego, ale nie zastałem go już... ciepło gdzie co było... wyjechał za granicę zostawiwszy list, z którym posłał na plac fagasa. Złożyliśmy go w kilkoro i wbili kulą w drzewo.
Maurycy (śmiejąc się) To Władysław tak się na nim zemścił.
Szambelanic (podobnież do Dzieńdzierzyńskiego) Sąsiedzie, do listu strzelali... (Dzieńdzierzyński chodzi; do Kotwicza) I cóż tam w nim było?
Kotwicz. Zbłaźnił się do reszty... sens moralny był ten, że ponieważ załatwianie spraw honorowych za pomocą kuli uważa za głupotę, przeto jedzie przewietrzyć się do Paryża.
Maurycy. Zkąd ma nam nadesłać napisaną przez siebie broszurę przeciw pojedynkom — cynizm posunięty do ostateczności.
Dzieńdzierzyński (chodząc) No, co w tem, to ma rację... bo też to głupstwo pierwszej klasy.
Szambelanic. Ale mają w tej kwestji głos tylko ludzie nieposzlakowanego honoru, a nie lada jakiś tam szuja.
Szambelanicowa (do Łechcińskiej) Nie dobrze mi, odprowadz mnie... położę się.
Gabrjela (smutna) Pójdziemy z mamą.
Szambelanic (do ucha Gabrjeli, całując ją) Bądź dobrej myśli, obadwa z Maurycym dołożymy wszelkich starań... żeby... rozumiesz mnie (Gabrjela całuje go z uczuciem).
Pola (do Maurycego). Odprowadźmy mamę (biegnie do niej; wychodzą na lewo Szambelanicowa, Gabrjela, Pola, Maurycy i Łechcińska; Kotwicz siada na kanapie).
Szambelanic (p. c. do Dzieńdzierzyńskiego, stając przed nim) No, cóż sąsiadku, serce bije jeszcze?... ha, ha, ha! nie chciałem przy wszystkich zanadto brać cię na fundusz, ale słowo uczciwości, warto było.
Dzieńdzierzyński. Szambelanie, trzeba wszysko uwzględnić.. zkąd ja mogłem wiedzieć że jego tam nie było?
Szambelanic. Należało się przekonać.
Dzieńdzierzyński. Ten strzał zbił mnie z tropu.. nie uwierzy szambelan jaki ja jestem nerwowy... dla mnie patrzeć na krew, to jest... męka Tantala.
Szambelanic. Nie może być! ha, ha, ha!... paradny sąsiad jesteś. Na tę mękę zaaplikuję sąsiadowi lekarstwo.. mam tam jakąś zakonserwowaną butelczynę prawdziwego tokaju... napijemy się po lampeczce... co?
Dzieńdzierzyński. No, to to z gustem.
Szambelanic Chodźmy (wychodzą na prawo).

SCENA XII.

Kotwicz, sam; siedzi na kanapie; (po chwili milczenia) Dureń jakiś! rachowałem na pewno, że będę miał wygodny kąt u niego w Zagrajewicach... tymczasem djabli wzięli.. a tu znowu nie warto dłużej popasać, skoro, rzecz prosta, muszą się wziąść do oszczędności... (p. c. wstając) Ha! Łechcińska wygrywa proces, podobno najpraktyczniej będzie z nią skończyć... widocznie tak chciało przeznaczenie... brrr! ofiara bo ofiara, ale czas też już nareszcie człowiekowi przestać być pasożytem... na cudzej łasce.. (chodzi. Zasłona spada)

KONIEC.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – żałował.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – głośno.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – o.
  4. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — czasy
  5. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — do
  6. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — komedję


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Bliziński.