Rok 3000-ny/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paolo Mantegazza
Tytuł Rok 3000-ny
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Powieści i Romansów
Data wydania 1930
Druk Sz. Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Melania Łaganowska
Tytuł orygin. L'anno 3000
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ X.

Paweł i Marja zapragnęli jeszcze obejrzeć muzeum Antropolisu, dość oddalone od miasta.
Jest to okrągły budynek, otoczony kolumnadą, ulubionem miejscem spaceru ludzi nauki, którzy zawsze znajdą tu jakiegoś kolegę, szukającego wypoczynku po długich godzinach rozmyślań.
Galerja ozdobiona jest wiecznie zielonemi roślinami, od których tła jeszcze piękniej odcinają się białe posągi największych ludzi wszystkich epok, jacy odznaczyli się w nauce, literaturze i sztuce.
Z galerji prowadzą rozmaite drzwi do właściwego muzeum, które łączy wszystkie twory natury i ludzkiego umysłu.
Muzeum przyrodnicze jest również okrągło zbudowane i biegnie wzdłuż środkowej strony galerji.
Zbiory rozpoczynają się od świata kamieni i minerałów, reprezentowanych przez piękne i wielkie okazy, opatrzone nazwą i pochodzeniem.
Widzimy minerały zestawione naprzód podług ich naturalnych własności, potem kraju, z którego pochodzą.
Z państwa minerałów przechodzimy do królestwa roślin i tutaj podają sobie dłonie rozkład i zestawienie.
Gąbki, wodorosty mchy, najprostsze twory świata flory rozpoczynają szereg, a mikroskopijne stworzenia są tak wielokrotnie powiększone, że natychmiast można budowę ich rozpoznać.
To wszystko dla całej masy ludzi wykształconych; dla studjujących botaników najdrobniejsze stworzenie zachowane jest w płynie, zapobiegającym gniciu, tak, że można je dokładnie przestudjować pod mikroskopem.
Trawy i chwasty, jak i największe drzewa oddane są z ich kwiatami i owocarni z łudzącą naturalnością.
Te naśladownictwa z nieulegających zepsuciu materji robią wrażenie żywych tworów.
Dla dokładniejszych studjów, prawdziwe rośliny są zasuszane lub zachowane w płynie.
Paweł i Marja w pochodzie swoim przez oddział botaniczny, zatrzymali się długo przy obrazach, przedstawiających florę danej okolicy.
Na tych obrazach rośliny zestawione są nie podług pokrewieństwa i kształtów, ale ojczyzny.
Dalej zatrzymali się podróżni nasi przy innem malowidle, wyobrażającem świat roślinny tropikalnego lasu.
Gałęzie drzew, otoczone wijącemi się roślinami i paprociami, uginają się pod pękami najpiękniejszych orchidei i setek pasożytów, które tłoczą się tam ze swoim życiem i ze swojemi barwami i tworzą bukiety, jakich nigdy żaden ogrodnik z najpiękniejszych oranżeryjnych kwiatów zestawić nie był w stanie.
Przedstawione tu są również i sceny roślinne starego geologicznego świata, albo plastycznie, albo na rysunkach.
Od roślin przechodzimy do królestwa zwierząt; podzielone ono jest naprzód na rodziny, na gatunki pierwotne i pochodne, potem zaś ugrupowane razem w faunie wszystkich stref kuli ziemskiej. Każde zwierzę ma z boku swoich geologicznych przodków; naturalnie nie wszystkich, bo nauka czasów przedhistorycznych nie potrafiła wynaleźć pierwotnych rodziców każdego gatunku, a skorupa ziemska niedostatecznie jeszcze przeszukaną została.
Przy każdem zwierzęciu widzimy nietylko rozwój jego w ciągu stulecia, ale wszystkie fazy własnego życia.
Nakoniec spotykamy to, o czem nie miano pojęcia w muzeach XIX stulecia.
Przy każdem zwierzęciu podany jest pasożyt jego w wielkiem, plastycznem powiększeniu; u koguta np. móliki, tasiemce i t. d.
Zwierzęta i rośliny rozklasyfikowane są na rodzaje podług kształtu ich ciała.
Po robakach i wymoczkach następują owady, po bezkręgowych — kręgowe i tak coraz wyżej, aż do Pana Stworzenia.
Można ujrzeć człowieka w jego przedhistorycznych, historycznych i najnowszych kształtach, co już samo przez się tworzyć może antropologiczne muzeum.
W roku 3000 od kilku już stuleci odkryto człowieka z epoki węgla brunatnego.
Po nim idzie surowy i dziki Adam z epoki węgla kamiennego, człowiek jaskini, człowiek z epoki kamiennej i nakoniec ludzie, co już prawie dzisiaj znikli z powierzchni naszej planety: Australczycy, Maurowie, Hotentoci, Buszmeni, wiele plemion murzyńskich i wiele innych ras, których ślady dziś zaledwie pozostały.
Najbardziej jednakże godnym uwagi oddziałem wielkiego zoologicznego muzeum Antropolisu jest „przypuszczalny człowiek innych planet“.
W roku 3000-nym usiłowania fizyków i astronomów dążą do jaknajwiększego udoskonalenia teleskopu i jest nadzieja, że lada dzień będzie można własnem okiem dojrzeć mieszkańców Wenery, Marsa, Merkurego i innych sąsiednich planet.
Od kilku stuleci narzędzia astronomiczne tak już są ulepszone, że można dokładnie obserwować morza, góry, rzeki i lasy owych oddalonych światów, a niektórzy badacze natury, bogatsi w fantazję, niż w naukę, stworzyli na zasadzie tych danych za pomocą rysunku i plastyki istoty ludzkie, jakie przypuszczalnie zamieszkują owe ciała niebieskie.
Te śmiałe próby znajdują się wszystkie wraz ze swemi przyrodniczo naukowemi nazwami w muzeum i są istotnie nadzwyczaj interesujące.
Marja obserwowała ciekawe te twory wyobraźni, a Paweł, który je widział również po raz pierwszy, wybuchał od czasu do czasu śmiechem.
— O, Marjo, jakże śmieszni, a przedewszystkiem niemożliwi są ci mieszkańcy planet; mnie się zdaje, że autorowie ich mało wiedzą o anatomji porównawczej, a jeszcze mniej o nauce przyczyn życiowych. My możemy sobie przedstawić tylko kształty podobne ludzkim; i tak, jak niegdyś twórcy nauki bogów, bóstwa swe przedstawiali na obraz i podobieństwo człowieka, tak i ci fantastycy nie umieli wyobrazić sobie nadczłowieka, któryby był odmienny od świata ludzkiego l zwierzęcego. Spójrz tu na tego mieszkańca Wenery; opatrzono go dwoma skrzydłami. Ale ten mieszkaniec Wenery, posiada jeszcze z tyłu głowy trzecie oko, ażeby mógł widzieć, nie odwracając się.
Przytem wszystkie potwory te nie posiadały ani jednego członka, któregoby już nie miał człowiek lub jakieś zwierzę. Nowe planetarne stworzenie było więc tylko mozaiką rozmaitych członków, wziętych z ptaków, ryb lub owadów.
Tutaj np. jest człowiek, cały pokryty różnobarwnemi piórami. Inny zaopatrzony w aparat elektryczny, którym udziela strasznych razów i zabić może, tu i ówdzie specjalne organy do odczuwania elektryczności i magnetyzmu. Ale fantazja badacza przyrody potrafiła wymyślić funkcje, nie umiała jednakże stworzyć organu i na jego miejscu czytamy tylko wyrazy: „organ elektryczności albo organ magnetyzmu.“
Opuszczając muzeum, Paweł ze śmiechem zwrócił się jeszcze do Marji:
— Marzyciele owi zdziwią się mocno, gdy teleskop pokaże nam istotnie prawdziwych mieszkańców innych planet.
Poczem zwrócili się do oddziału centralnego muzeum, który przedstawiał już nie dzieło natury, ale rąk ludzkich.
Ponad wielu drzwiami, należącemi do tego oddziału widniały wszędzie słowa:

Praca ludzka.

Urządzenie tu jest w istocie bardzo rozumne i nadaje się do studjów nad pojedynczym przemysłem lub działem pracy, stosownie do czasu, miejsca lub narodu.
Kto przebiega sale, następujące jedna po drugiej kolisto, widzi jeden tylko przemysł, kto jednakże przejdzie je w przecięciu do środka, może odróżnić wszystkie formy prac jednego i tego samego narodu.
W pierwszej z setki sal, na wielkiej mapie ściennej odtworzona jest wznosząca się i opadająca linja, która przedstawia najgłówniejsze działy pracy ludzkiej.
Spojrzenie Marji zatrzymało się na czarnej plamie, zaznaczającej ostatni okres XX stulecia.
— Co znaczy ta plama, drogi Pawle?
— Oznacza ona hańbą starej włoskiej sztuki, hańbę na szczęście krótkotrwającą. Przy końcu XX wieku nastąpił gwałtowny upadek architektury i malarstwa. Ówcześni mierni artyści, zbyt wyniosłego ducha, aby naśladować starożytnych, a nie będąc w stanie stworzyć nowej formy piękna, popadli w trywialność.
Stworzyli szkoły impresjonistów, pointillistów, dekadentów i innych obrzydliwości, które dzisiaj tylko do śmiechu pobudzają.

Wyobraź sobie, że w owym chorobliwym okresie sztuki i pisarze zarazili się tą samą chorobą i pisali w tym samym, tak niedorzecznym i wstrętnym żargonie, że zepsuli estetyczny zmysł, nawet tych estetycznych narodów, które po Grekach zamieszkiwały tę planetę. Była to formalna epidemja prerafaelizmu, nadludzkości, ogarnęła ona najwyższe i najpotężniejsze umysły, jak np. Gabrjela d’Annunzio, który żyjąc w innych czasach zostałby jednym z największych mistrzów słowa, gdy podówczas był jedynie wielkim neurastenikiem włoskiej literatury.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paolo Mantegazza i tłumacza: Melania Łaganowska.