Resztki życia/Tom II/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Resztki życia
Data wydania 1860
Wydawnictwo Księgarnia Michała Glücksberga
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst tomu II
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst tomu II jako ePub Pobierz Cały tekst tomu II jako PDF Pobierz Cały tekst tomu II jako MOBI
Indeks stron
XII.
W


W ciągu następnych kilku tygodni nic się w położeniu osób któreśmy tu poznali, nie odmieniło, młody tylko Żelizo stał się smutniejszy i dawną swą wesołość prawie dziecięcą postradał, gdy pan Joachim przeciwnie zdawał ją odzyskiwać. Pomimo pilnéj baczności jaką panna Petronella i pan Szambelan zwracali na każdy krok sąsiadów, nic jednak zrazu nie odkryli takiego, coby im talenta do tworzenia historji z niczego, dozwalało zużytkować. Były wprawdzie pokuszenia i domysły, ale oprzeć ich gruntowniéj i stwierdzić nie znajdowali zręczności.
Na Oktawa najmniéj patrzano, a choć wieczorami często im z oczów niknął niewiadomo gdzie się podziewając, choć spotykano go błąkającego się w okolicy murów pojezuickich i lesie pobliskim, przechadzki te nie były tak niezwyczajne, by uwagę zwracać mogły lub obudzać domysły. Więcéj niechęci i zazdrości wzniecały częste przesiadywania pana Joachima u Podkomorzanki i szczęśliwemu wybranemu dawano to uczuć przy każdéj najmniejszéj zręczności. Szczególniéj siostra Referendarza patrząc na to okiem zazdrosnem z powodu osnutych przez się zamiarów, wyrzucała bratu, że nie umie wcale zalecać się i najlepszą traci zręczność.
Referendarz słuchał wymówek prawie ulegle, probował nawet postępować wedle planu siostry, ale pomimo to, nie udawało mu się osiedziéć i zadomowieć u Podkomorzanki, którą każde przybycie jego zamrażało.
On sam téż nudził się śmiertelnie w towarzystwie tych pań, i gdyby nie piękne oczy Adeli na których poznać się umiał, dawnoby pewnie porzucił niepotrzebne zachody. Adela jak na wszystkich tak i na nim robiła to wrażenie, które wywiera każda wyższość. Referendarz czuł się ku niéj pociągniony, onieśmielony i zakochany zarazem, przy niéj zdawał się sam sobie lepszym i doskonalszym... Szambelan który tu także bywać pragnął na stopie poufałego przyjaciela, a zbywany był zimną grzecznością, równie z Referendarzem począł czuć urazę do Joachima Wielicy, widząc że nad niemi niezasłużone otrzymał pierwszeństwo i sam jeden tylko korzystał z przybycia Adeli...
Szeptano więc pokątnie, a najjawnieszym skutkiem urazy do Podkomorzanki było zbliżenie się chwilowe Wędżygolskiego do Referendarza i Petronelli, dzielących jego losy i uczucia. Chcieli oni do poczynającego się spisku zaciągnąć professora Malutkiewicza, ale ten się im nie dał i nie na wieleby mógł być przydatny, bo na wszelką plotkę odpowiadał Seneką. — Xiądz Herderski zaś stanął ze starą swą przyjaźnią po stronie Podkomorzanki.
— Czegóż wy od niéj chcecie, co za dzikie pretensje? — mówił, — przyjmuje tych, którzy jéj więcéj do smaku przypadają, możesz zabronić uczciwéj przyjaźni i w niéj wyboru? Przecież nikogo nie odpychają, a stosunki jakie komu przyjemniejsze i swobodniejsze i świat i kościół dozwala i błogosławi... Nikogo jednak nie odstręczają niegrzecznością, wszystkim radzi.
— Bardzo szanuję pana Joachima Wielicę, — mówił na to Szambelan, — ale kiedy on to i my przecie godniśmy jéj towarzystwa, a sąsiad nie jest znowu tak dalece nad nas czemś wyższem w jakimkolwiek względzie, by.....
— Cóż tedy ten sąsiad! co sąsiad! — wołał xiądz Herderski, — porzućcie Waćpaństwo! Kole to was w oczy że się stołuje u Podkomorzanki i zajada jéj zwierzynę, ale by na nas wszystkich nie wystarczyła przecie... a zające i na targu sprzedają.
— Tu nie o zająca chodzi, xięże dziekanie — ale to nieustanne przesiadywanie, już nawet ludzie o tem gadają! — mówił Wędżygolski.
— Cóż powiedzieć mogą?
— Paplą że się myśli starać o pannę Adelę, a toć przecie zważywszy jego wiek i położenie śmieszneby było...
— Śmieszne? ja nie widzę...
— Bo WPan dobrodziéj téż zaślepiony jesteś!
— Ja! mości Szambelanie!
— Tak, asindziéj. Zacny człowiek pan Joachim... aleć mu już nie o żeniaczce myśleć.
— Któż znowu mówi że się żeni!
— Wszyscy!
Dziekan kończył śmiechem rozmowę, którą żółć zazdrosnych goryczą przejmowała. Szambelan wreszcie nie mając przed kim żalów rozwodzić, powrócił trochę do swojéj tokarni i klawicymbału, do ustroni domowéj i pikowego kaftanika, nieznajomy bowiem od ostatniego spotkania z nim wzbudzał już taki przestrach, że Wędżygolski ujrzawszy go zdala, uciekał równie szybko jak dawniéj śledził i gonił.
Jak na przekór teraz, Szambelan spotykał go mimowolnie częściéj niż wprzódy, a Poroniecki śmielszy, nie myślał unikać starego, który jak skoro go zdaleka najrzał, chował się do najbliższego dworku lub za parkan, obawiając być postrzeżonym. — Niepodobna było wyjść wieczór żeby téj postaci strasznéj z rozwianemi włosy i podniesioną głową nie spotkać, musiał więc Szambelan w domu siedziéć. Skutkiem osamotnienia było, że stary począł już nowo wytoczoną ballustradę zakładać przed swoim domkiem; i wrażenie jakie ona sprawić miała, silnie go zajmowało. Dziwił się tylko, że te balaski tak misternie utoczone, tak wdzięcznych kształtów i pięknego rysunku, nie wzbudzały niczyjéj admiracji, że nikt przed niemi nie stawał, a mało kto wiedzieć się zdawał o ustawieniu ich nawet.
— To dlatego że nie są jeszcze pomalowane! — mówił w duchu staruszek; — nie dosyć wychodzą!
Z tokarnią jednak samą, z klawicymbałem przy którym nucił:

Świat srogi, świat przewrotny.

Lub:

Ja sobie pcham taczkę moję
I jestem z nią szczęśliwy...

W towarzystwie kuzynki nawet, długo tak w zamknięciu i odosobnieniu pozostać nie umiał, i wieść niosła że się wieczorami wymykał na dalekie przechadzki, a niektórzy utrzymywali iż czarne oczy stolarzanki któréj miał już raz kupić przepyszne korale, wiodły go w stronę jéj mieszkania i zwykłych trzpiotowatego dziewczęcia wycieczek. Szambelan nie przyznawał się do téj słabości, kilka jednak razy wspomniał nawet przed zazdrosną kuzynką, że stolarzanki od niejakiego czasu nigdzie ni widać ni słychać, że w tem coś być musi, bo obyczaje całkiem i nagle zmieniła. — Śpiew jéj w istocie nie rozlegał się przed chatką, a Andzia znikła z oczów i ledwie ją niekiedy przemykającą się żywo ktoś postrzegł na ustronnéj uliczce.
— Tu także coś jest! — mówił sobie Szambelan pocichu, nie bez kozery, dziewczyna tak wesoła na którą miło było choć zdaleka popatrzéć — co za szkoda! Pewnie ją kto zbałamucił!
Z uwagami temi nie śmiał się jednak przed nikim wydawać stary, aby nie obudzić podejrzeń że się do zbytku zajmuje dziewczyną, a milczenie przymusowe bolało go mocno jak wszelka przykrość tajemna z którą się wyjawić nie można. Tokarnia więc i klawicymbalik zostawały jako jedyne pociechy, a balaski olchowe wyrastały żywo, — humor jednak zmieniony i pochmurzone brwi dowodziły że praca ta niezaspokajała Szambelana przywykłego do czynniejszego życia.
Młody Żelizo także mniéj częstym stał się gościem we dworku Podkomorzanki — przychodził onieśmielony, stawał milczący, unikał wzroku i dawną odwagę całkiem jakoś utracił. — Czysty i spokojny wzrok Adeli nie mniejsze i teraz czynił na nim wrażenie, ale nie czuł się godnym go spotkać, a serce miał dziwnie rozdarte jakiemś uczuciem dwoistem.
Jak dwa podobnéj natury uczucia mogą się czasem pomieścić w jednéj piersi człowieka? niewytłumaczoną to tajemnicą — przecież któż tego nie doznał?
W uczuciach tych tyle jest odcieni i taka rozmaitość, że często nic mniéj podobnego do miłości jak druga miłość nosząca to imie w niedostatku innego. — Tak i tu było z Oktawem — w Adeli widział ideał, pokochał w niéj co wyższe, piękne, co wielkiem czuł i z lepszego świata rodem, — inne było całkiem poczynające się, a raczéj odradzające przywiązanie jego do prostego dziewczęcia ulicznego, ku któremu ciągnęły wspomnienia młodości całą swoją potęgą, otwarta jéj dłoń, łatwość stosunków, poezja miłości jakiejś dziwnéj, nowéj dlań, gwałtownéj, porywającéj.
Oktaw obawiał się namiętności, walczył z nią, podnosił wyobraźnią by uczynić czystą i godną siebie, a codzień więcéj ona panowała nad nim i chwytała go gwałtowniéj. Każdy dzień niewidzenia przypłacał niepokojem, w chwilach samotności obraz natrętny stawał mu w oczach, każda przechadzka wiodła gdzie się ją spotkać spodziewał.
Kilka jednak dni po spotkaniu w ruinach w czasie burzy, siedział w domu zamknięty, i nierychło nareszcie złamany tęsknotą nieprzezwyciężoną poszedł późnym wieczorem na pojezuickie wzgórze, tłumacząc się sam przed sobą, że Anny tam pewno nie zastanie.
Jakże się zdziwił spostrzegłszy ją zdaleka opartą o mur w tem samem miejscu gdzie z nim stała przed kilku dniami — zadumaną i smutną.
Nie miał już siły oddalić się obaczywszy ją i szybko zbliżył do dziewczęcia, które go z krzykiem i błyskiem czarnych oczów powitało tak gorąco, tak serdecznie jak nikt jeszcze nigdy w życiu!
Chwilę stali milczący, a Oktaw poruszony, o całym świecie dla niéj zapomniał, Anna patrzała mu w twarz długo jakby z niéj myśl wyczytać pragnęła.
Przecieżeś ty przyszedł do mnie, — zawołała głosem drżącym, — a jam tu codzień była daremnie, codzień późno wracała przysięgając że nie pójdę więcéj, i codzień kłamała przed sobą. — Ja tylko jeden raz chciałam ciebie widziéć i coś ci powiedziéć!
Ten stary i straszny człowiek co się tu co dnia włóczy, widział nas, nieprawdaż! może on przed ludźmi rozpowie? ty za to pokutować będziesz, czemum ja tylko winna... powiedźcie — ja na to znajdę radę!
Widziałam wówczas że ciebie złapał, mówił coś, śmiał się, powracaliście razem, nieprawdaż! ja śledziłam krok każdy! ale mam, znajdę sposób na niego i milczéć będzie musiał.
To mówiąc ścisnęła dłoń podnosząc do góry i brwi jéj zmarszczyły się groźbą namiętną.
Piękną tak była jak anioł niosący pomstę na ziemię... usta jéj drżały, krew oblewała oblicze pełne życia i zapału, ale wprędce ominął ją gniew i zwiesiła głowę smutnie ku ramieniowi Oktawa.
— Com się tu napłakała z waszéj przyczyny, — rzekła, — myślałam, a nuż ludzie rozgadają — mnie to nic, mówią i tak co chcą na mnie, trochę więcéj mniejsza o to — ale dla ciebie... Nie! nie! nie przychodźcie tu więcéj, a jakby wam kiedy tęskno było, a chciało się poskarżyć, pogwarzyć lub posłuchać Andzi śpiewu, nie tu... ot tam, wiecie w lesie za klasztorem polankę, — gdzie mogiła stara i krzyż i chatka pusta strażnika..... ja tam chodzę wieczorami... czasem mnie tam znajdziecie.
Mówiła prędko urywanym głosem spiesząc się niespokojna, a dłoń Oktawa w obie ręce schwyciwszy, to go odpychała to pociągała ku sobie, oczyma rzucając po ciemnych zakątach i śledząc czy ich kto znowu nie widzi.
— Człowiek ten w istocie nas zobaczył, — odpowiedział Oktaw, ale nie może powiedziéć nikomu, bo z nikim nie żyje i nikt go tu nie zna.
— Dziwny jakiś człowiek, — szepnęła Andzia z wyrazem przestrachu, — ciągle go widzę jak się błąka po okolicy, a większą część dnia przepędza tu na starym klasztorze... Co robi, nie wiem, chodzi, szuka, myśli, kilka razy podpatrzyłam go rozmierzającego krokami korydarze i dziedzińce, dobywającego papiery, a zajętego tak mocno tą robotą, że nawet mnie nadchodzącéj nie postrzegł.
W kilku miejscach spuszczał się do grobów, chodził po nich... i słychać było stukanie w mury pod ziemię... uciekłam ze strachu... Nie wiem czy Bóg mu rozum odjął... czy... nie rozumiém, ale to straszny jest człowiek!
Opowiadanie to zastanowiło Oktawa.
— Prosta ciekawość to tylko prowadzić go tu musi, nic do roboty nie ma i po gruzach się włóczy jak nieraz my wszyscy.
— O! nie tak jak my! — odparła Anna — po twarzy znać przecie, że go tu coś obchodzi mocno, że czegoś szuka i coś wie..... Cały tem zajęty, niespokojny, a ledwie kroki lub szelest posłyszy, natychmiast zmienia postawę i inną przybiera... obojętną... bojaźliwą.
— Ale cóżby to być mogło? — spytał Oktaw.
— Któż to wie, może czarownik — cicho odpowiedziała Anna, która jako dziecię ludu miała wiarę w czary i cuda, siłę ludzi wybranych i cały ów świat tajemnic dla nas już nieistniejący. — Widzieliście twarz jego, oczy — jaki straszny! Ja co się nie boję nikogo, drżę cała przed nim... Żyje tylko z trupami co tu leżą — to mówiąc przeżegnała się — w tych grobach i zwaliskach, może wywołuje duchy... straszny jakiś człowiek.
Oktaw uśmiechnął się na te słowa, a dziewczyna dostrzegłszy niedowiarstwo, mówiła daléj nie puszczając rąk jego.
— Wiem że wy pewnie w czary i upiory nie wierzycie jak wszyscy panowie... ja się ich także nie boję... ale możnaż nie wierzyć? Od wieków wiecznych chodzą po ziemi widma i strachy, tylu ich ludzi widziało! Są tacy co z niemi żyją i posługują się niemi, więcéj od drugich wiedząc i znając drugiego świata. Nie śmiejcie się, nie śmiejcie, przecież w duszę wierzycie, a czemuż nie w duchy?
To mówiąc wzdrygnęła się.
— Widziałażeś kiedy ducha? — zapytał Oktaw.
— A... może! — cicho szepnęło dziewczę, a oczy jéj dziwnie zabłysły — może dlatego się ich nie boję, choć są złe i dobre duchy... Ale uwierzylibyście mnie, kiedy nie dajecie innym wiary?
— Cóżeś ty widziała?
— Wiele! wiele! — uśmiechając się smutnie odpowiedziała Andzia, — ale chodźmy ztąd, mrok pada, a ten człowiek straszny gdzieś pewnie krążyć musi, aby nas znowu podejrzeć... chodźmy...
Oktaw się nie opierał, Andzia schwyciła go za rękę jakby się obawiała by jéj nie uciekł i pociągnęła gwałtownie za sobą wiodąc wąziuchną ścieżynką między zarośla, w stronę polanki i mogiły o któréj wspominała.
Szli tak we dwojgu milczący, bo jemu i jéj słów zabrakło, a wyrazy stały się niepotrzebne; Oktaw z głową spuszczoną ale niespokojny i wzruszony, ona z podniesionem czołem smutnem i groźnem wejrzeniem, prawie dumna i widocznie silniejsza uczuciem i wolą nad onieśmielonego chłopaka, który już zwyciężony walczył jeszcze i w sercu więcéj miał obawy niż miłości.
Ścieżynka wąziuchna z obu stron obwieszona gałęźmi, zmuszała ich ciągle przybliżać się ku sobie, a ręka Anny nie puszczała dłoni towarzysza jakby obawiała go utracić... Przeszedłszy gąszcze splecione, mieli przed sobą rozrzedzające się zarośla, las starszy przerąbany nieco, a w głębi ukazała się polanka z mogiłą zieloną i opuszczoną chatką strażnika. Dokoła cichą tę ustroń obejmował bór sosnowy i dęby stare, u których stóp zieleniła się łąka leśna wypasiona i krótką trawką pokryta... Na najbliższy ten wypas gnali zwykle pastuszkowie z miasta bydło, które daléj iść nie mogło lub do trzody nie należało, cały dzień prawie zawsze tu kogoś zastać było można i śpiew się jakiś rozlegał, ale ku wieczorowi uciekały dzieci, bo mogiła stara choć krzyż stał na niéj, zdawna miała złą sławę, i gadano o wychodzącem z niéj upiorze. Cała polanka poprzecinana była mnóstwem ścieżek, a ślady mnogich ognisk zagasłych pokrywały podnóża dębów osmalonych i ogorzałych.
Bliżéj miasteczka stała owa chata pusta, a raczéj budka maleńka, o jednéj izbie bez stroju i podłogi, nad którą dach przegniły jeszcze się trzymał, choć pozapadał w miejscach wielu. U wysokiego progu leżała kłoda gruba, a przy niéj kilka zgasłych polan i gałęzi.
— Widzicie że choć o duchach mówię, nie obawiam się ich przecie, i chodzę tu gdzie nikt o zmroku się nie odważy... Tu nas téż nie zobaczą ludzie i nie znajdzie złe oko..... Jedna ta ścieżynka prowadzi na polankę, a drogi daleko...
To mówiąc Andzia pierwsza usiadła na kłodzie, a chłopak przy niéj i chwilę znowu milczeli oboje... Mrok powoli zalegał głębie boru i trochę jaśniéj tylko było wśród łąki na któréj krzyż odblaskiem zachodu u góry oblany, malował się w oddaleniu.
— Ja tu znam wszystkie kątki, — zawołała Andzia, — dzieckiem mnie pędziła ciekawość, a teraz..... tęsknota..... Czasem chce się iść, iść, gdzie oczy poniosą na koniec świata, szukać czegoś nieznanego i uciec od ludzi... O! ciężko bo na świecie, a choć usta piosenką się śmieją, to serce jękiem płacze... Na mnie tak napada to szalone wesele, to czarny smutek, a pokoju nie mam nigdy.
— Bo go nie szukasz Anno! — odparł Oktaw powoli.
— Jak ja z wami to go czuję w sobie, — rzekło dziewczę z jakimś wstydem, odwracając twarz, ale wieleż to tego! Wy pojedziecie znowu daleko, a ja latać będę jak szalona.
— Pojadę, — odezwał się Oktaw, — muszę, bo mi nie siedziéć, a wy zapomnicie o mnie!
Anna zerwała się żywo i odskoczyła na krok zakładając ręce na piersi:
— A tyle lat zapomniałam ja was? choć wyście i nie spojrzeli na mnie; a przechodząc wstydziliście się i głową mi skinąć... i ja nie chciałam patrzéć nawet aby wam sromu nie robić! Andzia wszystko pamięta, nawet jak słońce świeciło wtedy kiedy panicza widziałam.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.