Resztki życia/Tom II/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Resztki życia
Data wydania 1860
Wydawnictwo Księgarnia Michała Glücksberga
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst tomu II
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst tomu II jako ePub Pobierz Cały tekst tomu II jako PDF Pobierz Cały tekst tomu II jako MOBI
Indeks stron
IX.
N


Nierad z siebie powrócił Oktaw do cichéj izdebki i gdy padł znużony na pościel, rozgorączkowana wyobraźnia przedłużyła mu wrażenia dzienne, mieszając w jedno wszystkie dnia obrazy i postacie. Adela, Podkomorzanka, pan Joachim, Prokop i Andzia, najdziwaczniéj splątani z sobą, przykrą do ranka stali się dlań zmorą. Wśród tłumu tych męczących go mar, które z kolei zbliżały się i oddalały gnębiąc go wyrzutami i naciskając szyderstwy, występowały to Adela ze swym uśmiechem anielskim, to Andzia z przebijającém wejrzeniem powtarzająca mu ciągle — O mroku na pagórku...
Obudził się zbity i zmęczony, ale w uszach ciągle mu brzmiały jak pokusa nieodstępna wyrazy stolarzanki, któréj twarzyczka i groźne oczy z brwiami czarnemi niepozbyte goniły go wszędzie.
Są obrazy tak silnie piętnujące się we śnie na mózgu człowieka, że na wieki w nim zostają; przypomina je jak rzeczywistość, mieszają się do życia wypadków, choć marą przeleciały w chwili gorączkowego snu tylko. Oktaw tak otrząść się nie mógł twarzy Andzi, która z przypomnieniami lat dziecinnych startemi już, splotła się na nowo.
Wczoraj jeszcze miał ku niéj litość tylko, a ideałem dlań była czysta piękność Adeli, otoczona aureolą tak jasną, że ślepł od niéj olśniony; — dziś obraz ów uroczy zbladł przy ziemskim z całą potęgą rzeczywistości stojącym mu na oczach. — Tamto rozwiało się jak niebiańskie widzenie, niepochwycone, dalekie, a choć w głębi zostały po niem światłości, żywiéj serce biło do dzikiego uśmiechu prostéj dziewczyny, któréj głos brzmiał szatańskiemi obietnicami szczęścia.
Wstydził się swojego marzenia młody chłopiec, upokorzony był zmianą jaką odkrył w sobie, ale czuł się jak w gorączce nie mogąc pokonać choroby... Wstał ciężki i zawstydzony nie śmiejąc nawet myśléć aby pójść do Podkomorzanki rano, choć był przynieść tam coś obiecał. Zdawało mu się że na jego twarzy, w oczach, wyczytają wszyscy zajęcie wiejską dziewczynę poniżające, dziwne, niepojęte, niedarowane temu kto pokochał raz przed Adelą.
Został więc osłabły pod pozorem choroby w izdebce swojéj, usiłując czytaniem i pracą pozbyć się przypomnień snu który mu jeszcze myśl mącił. Dzień przeszedł powolnie, ciężko, nieskończonemi godziny, wlokąc się do wieczora, ale im słońce niżéj zstępowało nad ziemię, ten niepokój Oktawa prześladowanego słowy czarownicy ogarniał gwałtowniéj.
Nie myślał on wcale iść na górę gdzie mu płoche dziewczę wieczorną wskazało godzinę, czuł że związałby się na wieki tym krokiem nieopatrznym, że skalałby wspomnienie chwili owéj, gdy tam raz pierwszy zobaczył Adelę, ale im bliżéj było zmierzchu tem okrutniejsza porywała go bojaźń i szał niepojęty. Głowa paliła się, serce biło, ręce drżały, a wejrzenie błąkając się po xiędze, nic z niéj schwytać nie mogło.
Szczęściem o zachodzie słońca zerwał się gwałtowny wicher, który przenosił chmury czarne; i sucha burza jakaś. Na zachodzie tylko czerwona łuna świeciła, a niebo całe osłonione było gęstemi obłoki które w oczach zdawały się zbierać, kłębić i biegły na drugi koniec widnokręgu. Zmierzchało gwałtownie, deszcz zdawał się grozić co chwila, Oktaw pomyślał że nikt w taką porę przechadzać się nie może i spragniony wyjść, a pewien będąc że Andzi nie spotka, wyleciał sam prawie nie wiedząc co czyni, ku murom pojezuickim. Co go tam wiodło? któż serce zrozumie? po co szedł? dlaczego sam przed sobą burzą się tłumaczył?
Na uliczkach miasta pusto było zupełnie, wiatr unosił ogromne kłęby kurzawy która zasypywała oczy i rozbijała się o ściany domostw, lub biegła w głębie ciasne zaułków — oczekiwanie burzy wstrzymywało każdego w domu.
Oktaw przebiegał ścieżkę ku pagórkowi wiodącą, zawahał się chwilę naprzeciw jezuickich murów, zdawał walczyć czy iść lub obrócić gdzieindziéj, wreszcie posunął pod cień drzew zarastających cmentarz i ogród, i z bijącem sercem przypadł na ławie u starego rozwalonego ogrodzenia.
Tu uczuwszy się sam począł szydzić z niepokoju i bojaźni własnéj i poić się gorzkiemi wymówki.
Zmianą którą często podobny stan duszy wywołuje, z rozmarzonego stał się zimny i szyderski, smagał się śmiesznością swego położenia, kłamstwy które sam sobie w ciągu dnia naprawił, upadkiem na którego był drodze. — W téj chwili powiedział sobie wszystkie prawdy jakieby mógł najsurowszy wyrzec sędzia.
Ale wśród patetycznéj przemowy, zaszeleściały obok gałęzie, ręka czyjaś padła mu na ramię i poza sobą ujrzał Andzię stojącą, zarumienioną, z uśmiechem smutnym i groźnie zwróconemi czarnemi oczyma.
— Patrzcie, — odezwała się cicho dziewczyna, — przyszedł! tegom się nie spodziewała!
— Ani ja, żebyś ty tu była! — uśmiechając się ale zmieszany rzekł Oktaw.
— A czegóżeś w burzę i wicher pędził tak na górę? E! kłamiesz paniczu! spodziewałeś się! wiedziałeś że ja tu będę...
Łatwo was słówkiem pociągnąć! — dodała smutnie, — każdy z was leci oszalały, a powraca zawstydzony i smutny...
Prawda, — odezwała się zawachawszy, rumieniąc znowu — przyznaj paniczyku, że bardzo źle myślałeś o mnie idąc tutaj... i gdybyś mnie nie osądził wietrznicą i pustą, czybyś przyszedł do prostéj dziewczyny... Otóż to sądy ludzkie i miłość wasza!
Łez dwie błyszczących trysły z oczów Anusi i zatrzymały się na długich jéj rzęsach, głos stał się drżący i pierś poruszyła się gwałtownie.
— Ale cóżem ja temu winna że mówię co pomyślę, że idę gdzie mi się zamarzy, że szukam ludzi i śmieję się im w oczy śmiało i nie kryję i czasem szaleję... Ci co kłamią, co się chowają, tym nic, bezkarnie uchodzi broić, mnie już osądzono! osądzono! ojciec własny i ty paniczyku!
Załamała ręce a łzy polały się jéj po twarzy. Oktaw ostygł i żal mu się zrobiło biednéj dziewczyny.
— Co ci jest? — zawołał — cóżem ja zrobił? czem mogłem ci wyrządzić przykrość?
Andzia nic nie odpowiedziała, groźne jéj wejrzenie zmieniło się w łagodne, usta poczęły uśmiechać, spojrzała na chłopca i podała mu rękę ściskając dłoń jego z całéj siły.
— E! to nic! to nic! zwyczajnie Andzine dzieciństwo! nie słuchajcie! co to wam szkodzi, że proste dziewczę zapłacze i poboli? Ot, jużem i wesoła jak dawniéj bywało, pamiętacie, kiedy to nigdy się nie płakało, chyba z bólu i strachu. Teraz to inaczéj się boli i lęka inaczéj. A i wyście się bardzo odmienili mój paniczyku, taki z was smutny i zamyślony zrobił się człowiek, takeście zestarzeli...
— To prawda, Andziu, ale téż i lat niemało temu.
— Mało, nie mało, kto to policzy i powie! komu one za wiele stały a innym przeleciały błyskawicą! A prawda, żeśmy się wówczas kochali bardzo i widywali co dnia; ale potem Andzia wyrosła na nic dobrego, a panicz na rozumnego człowieka i wszystko poszło w niepamięć. Przyznajcie się, — poczęła po chwili namysłu, — że i wy mnie macie za taką jak wszyscy, wiecie że biegam za muzyką, że chłopców koło mnie ćma, że dla mnie nocy ni dnia niema, i myśleliście sobie... a! nie chcę mówić coście dumali... Ale wiecie po com tu przyszła?
— Przypadkiem.
— Nie, tak jak wy, umyślnie, na co kłamać? Co mnie tam obchodzi jak ludzie osądzą, ja o nich nie dbam wiele, ale z wami co innego; znamy się od dziecka, widzieliście mnie inszą, nie chcę żebyście myśleli żem się marnie zwalała! Jedno wam tylko powiedziéć chciałam... jedno... nie rzucajcie wy na mnie kamieniem, trzpiotam się, bo mi smutno na świecie sierocie, alem taka jakem była gdyśmy się piaskiem bawili...
To mówiąc zarumieniła się cała i wstrzęsła konwulsyjnie.
Ponad ich głowami przelatywała właśnie burza, i gałęzie drzew chrzęszcząc ugięły się do ziemi, a kilka z nich skręcone wichrem pospadały, i w ruinach ze świstem i szumem przedarł się wiatr gwałtownie aż cegły z gzemsów runęły w czarne groty z głuchym łoskotem.
Andzia przeżegnała się, Oktaw machinalnie przysunął do muru, a grom potężny rozległ się w dolinie i na chwilę zagłuszył wszystko. — Deszcz lunął tak gęsty i ulewny, że świat zakrył przed ich oczyma ćmą grubą, wśród któréj niekiedy jasny błysk oślepiał na chwilę, i coraz większe ogarniały ich ciemności. Przybliżeni do siebie stali tak chwilę niemi przed tym wspaniałym obrazem zamętu, który się odbił w duszy Oktawa.
— Otóż, — rzekła, przysłaniając się malowniczo narzuconą chustą na głowę Andzia, — na co się to panicze narażają chodząc wieczór na przechadzkę..... mokniesz pan teraz przestraszony, i nie wiesz jak powrócisz do domu i czem się ojcu wytłumaczysz? Mnie przynajmniéj nikt nie spyta gdziem była i dlaczego przemoknę do nitki. Cóż komu do sieroty? gdybym utonęła w stawie lub powiesiła się na gałęzi, ledwieby kto spytał gdzie się Andzia podziała..... a byliby tacy coby przysięgali żem z żołnierzami uciekła!
— Dlaczegóż nie siedzisz w domu, i narażasz się na złe języki? — spytał Oktaw.
— A! zamknięcie mnie dusi, cisza mnie przeraża, sama jedna ginę, mnie trzeba powietrza, słońca, ludzi, śpiewu, wówczas nie tak czuję duszy tęsknotę i boleść serdeczną. Pan Bóg stworzył mnie omyłką do jakiegoś innego życia..... ja to czuję..... a myślicież żeby nie powiedzieli na zamkniętą, że boję się oczów bom coś zbroiła złego? Andzia już przepadła i nic jéj nie ocali!
To mówiąc zakryła oczy chustką, a rzewny głos jéj poruszył Oktawa do głębi.
— Cóż się bo z tobą dziś dzieje, — rzekł, wszyscy cię mają za wesołą i trzpiota, a tobie tak ciężko na świecie!
Oj! ciężko, — odpowiedziała przytulając się do niego z uczuciem i drżeniem, ty nie wiesz paniczu jak ciężko. Dzieckiem puszczona byłam sierotą na łaskę Bożą, po słówku zbierałam mowę któréj nie było mi komu włożyć w usta, po jednéj pruszynce pociechę wyżebraną jak jałmużnę..... Ojciec mnie nigdy nie pogłaskał a przeklinał ile razy zobaczył..... Teraz rojem za mną ludzie, ale czy dla mnie? miło im popatrzéć na twarz wesołą, posłyszeć śpiewkę i podurzyć się myśląc że mnie bałamucą..... Ja szaleję, ale w duszy! nikt moich łez nie widzi..... przecież wielem ich już wypłakała!
Te słowa tęskne, poetyczne prawie, tak prawdziwym natchnione były smutkiem, coraz głębiéj sięgały do duszy chłopaka, który się uczuł przeniesiony jakby w kraj lat dziecinnych, zapomniał o wszystkiem i choć ulewa przejmowała do nitki, pozostał wkuty przy drżącéj Andzi która dłoń jego z gorączkową siłą cisnęła.
— Z dawnych lat, — rzekła mu po chwili, — jedno mnie zostało przypomnienie serdeczne, to wasze..... jam zawsze was kochała jak brata, wyście dla mnie byli zawsze dobrym i litościwym, nawet teraz nie boicie się zwalać zbliżając do mnie... O! ja wam umiem być wdzięczną..... Ale, na Boga, nie wierzcie temu co mówią ludzie, co wczoraj nawet mój ojciec, mnie nikt nie zna, prócz staréj Agafji... a może i ona..... Patrzcie na mnie, ja wam na te pioruny Boże przysięgam, żem taka jak byłam dziewczęciem, żem nie łotrzyca uliczna choć oplwana od ludzi. Możecie śmiało dotknąć téj dłoni któréj nikt nie uścisnął tak śmiało... a miejcie zawsze jak dawniéj litość nademną... i nikomu, nikomu, choćby oczom swoim nie wierzcie....
Gdy coraz żywiéj domawiała tych słów, a Oktaw miał na ustach odpowiedź, Andzia nagle zbliżyła się ku niemu i gorącemi usty wycisnęła mu pocałunek na czole, wyrwała się i uciekła w głąb ruin nie oglądając za siebie.
Młody chłopak stał długą chwilę prawie oszalały wzburzonemi uczuciami, niespodziewanemi słowy i całem Anny postępowaniem; litość, miłość jakaś dzika i zwierzęca, niepohamowany pociąg i strach zarazem niepojęty ogarniały nim. Patrzał za uciekającą nie śmiejąc ją gonić, powtarzał jéj słowa, wzdrygał się, chciał leciéć, hamował. Burza wrzała coraz zajadléj, ale deszcz się przejął nieco i pioruny gęste zastąpiły go, a po każdym z nich wicher z nową zajadłością potrząsał drzewami z których kilka runęły wyrwane burzą i potrzaskane gromem.
Oktaw stał pod murem osłupiały...
Między dniem wczorajszym spokojnych marzeń w krainach ideału, a dniem dzisiejszym tak gorączkowo rozkosznym, jaka różnica! Wczoraj jeszcze był spokojny i spoglądał w przyszłość niezmienionem okiem, teraz lękał się w nią spojrzéć, przerażał, i sumienie gryzło go jakby popełnił występek. Napróżno pytał się siebie czem przewinił, nie umiał znaleźć grzechu, a szpony jego mściwe czuł w sobie.
I widział, że choć namiętność któréj nie pojmował, co go zawiodła na to miejsce, już mu paliła wnętrzności trucizną, — nie umiałby się jéj oprzéć raz drugi, poszedłby jeszcze zwyciężony by znowu cierpieć...
Obraz Andzi zaczynał w wyobraźni jego nabierać potęgi i uroku, nie była to już prosta dziewczyna, była to Ofelia Hamleta, był to znowu ideał jakiś dziwaczny, tem straszniejszy że łzami nęcił i smutkiem przywabiał.
W oczach jego zgasło wszystko — obowiązki pracy, przyszłości nadzieje, czysty uśmiech Adeli, a serce biło gwałtownie i na czole palił stigmat pocałunku jak rozpieczone żelazo. Szalone dziewczę byłoby go omamiło jednem wejrzeniem może, ale urok trwałby chwilę gdyby nie łzy i tęsknota, gdyby nie język boleści najwymowniejszy na świecie.
— Ona jest nieszczęśliwą, mówił do siebie — biedne dziecko... biedne dziecko... ona mnie kocha! ona potrzebuje pociechy! Co począć? jak się obronić!
— Uciekać, mówił rozum... uciekać!
— Ona umrze, — odzywało się serce, — ona się zgubi, ja mogę ją dźwignąć — ja jeden mogę ją ocalić!
Śmiech szyderski rozległ się w téj chwili po ruinach i zagłuszył szum wichru tak był przeraźliwy i straszny. Oktaw zadrżał i dreszcz przeszedł mu od stóp do głów...
Wtem z za wyłomu kościoła pokazała się blada z rozczochranemi włosy twarz nieznajomego z dworkowéj ulicy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.