Posażna panna/Część II/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Bąkowski
Tytuł Posażna panna
Podtytuł część II, rozdział V
Data wydania 1899
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Polska
Drukarz Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Indeks stron
V.

W oznaczonym na piknik dniu począł się Ramski już o szóstej wieczorem przebierać w szatę balową, bo jako gospodarz pikniku musiał być pierwszym na sali. Przeglądnął się w lustrze, poprawił tu i owdzie szczegóły toalety, jeszcze raz spojrzał w zwierciadło i wziąwszy pod pachę pudełko z orderami kotylionowymi pojechał po aranżera Łukowskiego.
Gdy wszedł do jego mieszkania, załamał ręce z rozpaczy.
Przy słabym blasku dopalającej się w lichtarzu świecy dojrzał Łukowskiego w łóżku na pół ubranego, z nogami na ziemię zwieszonymi, trzymającego w jednej omdlałej ręce trzewik, i chrapiącego donośnie. Widocznie zmorzył go sen przy ubieraniu lub rozbieraniu się.
— Bronisławie! Bronku! Broneczku, wołał Ramski ciągnąc Łukowskiego za rękę, wstawaj! już czas! Bronku!
Łukowski otwarł wreszcie jedno oko i mruczał zaspany:
— Idźcie do wszystkich djabłów?... spać mi się chce. Dajcie mi pokój.
— Broneczku! Wytrzeźwij się przecie, czas na piknik!!
Łukowski otwarł i drugie oko i patrzył nieruchomo przed siebie.
— Bronku! już ostatni czas wstawać! kiedyż się ubierzesz?
Łukowski ziewnął przeciągle i rzekł zachrypniętym głosem:
— A! to ty Jasiu! dobrze, dobrze, przyjdę za godzinę, tylko się trochę przedrzemię.
— Ależ, bój się Boga! niema czasu, już koło siódmej, a masz się ubrać jeszcze, ogolić!
— Ja tam zaraz przyjdę, odpowiedział Łukowski ledwo dosłyszalnym głosem, przymknął oczy i zwiesił głowę na poduszki.
— Bronku! nie zasypiaj! zawołał rozpaczliwym tonem Ramski, szarpiąc go za rękę. Wstawaj zaraz! Zrobiłbyś mi straszny zawód, ktoby mi tańce poprowadził? Nie odejdę stąd, póki cię nie zabiorę! Nie pozwolę, aby Furda po waryacku tańce prowadził!
Łukowski pokładał całą dumę na prowadzeniu tańców i bał się okrutnie, aby mu kto nie odebrał tego przywileju. Sama myśl, że Furda mógłby dziś objąć komendę, postawiła go na nogi. Wstał nagle z łóżka, ziewnął wspaniale i trąc oczy przemówił:
— Tylko żeby tam była jaka kobieta z prezencyą, rozumiesz? praesentabel! nie lubię prowadzić tańców przy boku jakiej małej wiewiórki. Daj mi ręcznik. Zmocz go w wodzie!
Ramski umoczył ręcznik w przygotowanej miednicy i własnoręcznie przetarł oczy Łukowskiego, mówiąc:
— Będzie dość wspaniałych kobiet. Doktorowa Łańska, Armanowa, panna Marzyńska...
— To coś nowego? dobrze, dobrze.... ale może już angażowane?
— Ale jest dość kobiet, bądź spokojny! Choćby jedna, druga była zaangażowaną, to jeszcze znajdziesz dość innych.
— Tylko, żeby była z prezencyą! zastrzegł się Łukowski, pluskając się w miednicy. Umyty zimną wodą wytrzeźwiał zupełnie i nabrał humoru, że Ramskiemu serce aż rosło, na widok tak rozweselonego aranżera.
— Powiadam ci Ramsiu! prawił Łukowski ubierając się przed lustrem, kulig udał się przepysznie! Jak świat światem, tak nigdy jeszcze nie tańczono mazura z taką werwą, jak my hulaliśmy. Posadzka drżała od hołubców, a kiedy bractwo uiluminowało się nad ranem, to tak tupało obcasami, jakbyś z pistoletu palił! O dziewiątej rano zaczynaliśmy dopiero białego mazura. Muzykanci tylko przez sen grali, i to bez trąby i klarneta, bo tym tchu już brakło. Mamy i tatki chrapały po kątach, a my z pannami bawiliśmy się aż miło! W każdej figurze naród na komendę klękał na jedno kolano przed pannami. Nareszcie rozpędził nas papa i zaczęliśmy picie, ale powiadam ci, piliśmy co się zowie! Dopiero wczoraj odwieźli mię na noc, spałem do niedawna, nawet we śnie przypomniałem sobie twój piknik, zacząłem się zbierać, ale jakoś się znowu zdrzemnąłem.
— Zbieraj się, zbieraj! naglił Ramski spoglądając na zegarek. Już blisko ósma.
— Zaraz, zaraz. Będę na sali nim skończycie pierwszego walca.
— A tymczasem poangażują damy i zostaniesz bez danserki!
— To być nie może! bez damy nie będę przecież aranżować!
— Więc spiesz się z ubieraniem!
— Zaraz, zaraz. Tylko będę musiał wstąpić jeszcze do golibrody, aby mię ucharakteryzował na ładnego — no — i muszę coś zjeść, bo uczuwam djabelny głód! Od wczoraj nic nie jadłem.
— Ty naprawdę się spóźnisz! rzekł z rozpaczą Ramski i dla przyspieszenia toalety pomagał Łukowskiemu w szukaniu spinek, kołnierzy i wszelkich przyborów.
Wszystko to trwało dość długo, bo dzięki kawalerskiemu porządkowi mieszkania musiał Łukowski za każdym drobiazgiem szukać ze świecą pośród tysiąca gratów rozrzuconych bez ładu. Na biurku leżały poturbowane ordery kotylionowe, papier listowy, bilety i listy zapraszające gospodarza tego mieszkania na wszystkie bale, zabawy, herbatki tańcujące i nietańcujące; obok stała flaszeczka brylantyny, papierosy, popiół z papierosów, rozsypany tytoń, kołnierzyki; na krzesłach części garderoby, na podłodze znowu ordery kotylionowe, świeżo zrzucona bielizna; szafa, udekorowana na szczycie kilkudziesięciu pudełkami z tutek na papierosy, stała otworem, okazując we wnętrzu bogactwo garderoby Łukowskiego. Ramski musiał uprzątnąć jedno krzesło z kostyumu krakowiaka, aby na niem spocząć przez czas ubierania się aranżera.
Nareszcie skończył Łukowski toaletę: przyglądnął się z zadowoleniem swej osobie w zwierciedle i nagle krzyknął:
— Rond! aż Ramski podskoczył na krześle.
— Trochę jestem zachrypnięty, rzekł po powyższej próbie głosu Łukowski.
— Widzisz, zaziębiłeś się. A prosiłem cię, żebyś się dobrze otulił i przykrył!
— Muszę połknąć parę jajek niegotowanych.
— Popij wody z sokiem.
— Wolę koniak. Teraz parę kołnierzyków do kieszeni. Rękawiczki? są. Szczoteczka? jest. Grzebyk? jest. Chusteczka? jest. Jestem gotów!
— No przecie! Chodźmy. Postaw kołnierz od futra.
— Czekajno, rzekł Łukowski stając w drodze i przykładając palec do czoła. Przychodzi mi coś wspaniałego do głowy...
— Spiesz się, bo się spóźnimy!
— Gdyby mi się to udało!...
— Co takiego?
— Ustawić damy w kadrylu według koloru toalet?!
— Brawo! wykombinujesz to przy promenadzie.
— Ba! to nic trudnego, ale jak wykombinować, żeby danserzy znaleźli się potem vis-à-vis swych danserek?
— Prawda! pogubią się i nieład popsuje całą figurę.
— To sęk; ale pomyślę nad tem. Jedźmy.
Zdmuchnął świecę i wyszli przed dom. Ramski upominał troskliwie Łukowskiego, aby postawił kołnierz od futra i strzegł się oddychać zimnem powietrzem, bo do reszty mógłby ochrypnąć. Łukowski uspokoił go jednak zupełnie swoją pewnością i humorem, więc pełen otuchy i zadowolenia wsiadł Ramski do doróżki wraz z aranżerem.
— Wysadź mię przed balwierzem, a wszystko będzie dobrze, zakończył Łukowski. Każ w restauracyi przygotować dla mnie bifsztyk, koniak i trzy surowe jajka. W kwadransie będę na miejscu. Byle tylko była dla mnie jaka kobieta z prezencyą, rozumiesz? nie lubię małych dzierlatek!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Bąkowski.