Posażna panna/Część II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Bąkowski
Tytuł Posażna panna
Data wydania 1899
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Polska
Drukarz Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Indeks stron
II.

Ś. p. Dyonizy Furda Kropiński obrabiał w pocie czoła rolę przodków swoich, a umierając, zostawił w spadku Furdówkę, ładną wioskę, około ośmdziesiąt tysięcy wartą, z pięknym inwentarzem (w tym buhaja nagrodzonego złotym medalem na wystawie rolniczej w Przemyślu). Dla jednego dziedzica spadek taki byłby znacznym, ale że ś. p. Dyonizy Furda Kropiński zostawił sześć córek, syna i wdowę, panią Kunegundę, przeto na każde z dziedziców przypadło bardzo niewiele. Ale dziedzice prowadzili taki tryb życia, jakby każdy dostał całą Furdówkę z inwentarzem, a dzięki temu pojmowaniu swego stanowiska, zaczęli się wkrótce pojawiać u państwa Kropińskich woźni sądowi z rozmaitymi papierami, na hipotekę wszedł najprzód bank, potem rozmaici wierzyciele z procentami po siedm od sta, następnie żydkowie z procentami po dziewięć od sta i z dalszemi odsetkami zwłoki po sześć i więcej od sta, a początek temu dziełu dał młody dziedzic po mieczu p. Stanisław Furda Kropiński, zmarnowawszy najprzód sporo grosza na odbycie jednorocznej służby wojskowej przy ułanach, a następnie na zbijanie bąków w Wiedniu pod pozorem studyowania tamże agronomii. Pani Kunegunda uważała także Furdówkę za niewyczerpane źródło, więc przeniosła się do Krakowa z trzema córkami, i prowadziła tu dom otwarty »ze staropolską gościnnością« dla wszystkich kandydatów do stanu małżeńskiego; drugie trzy córki ulokowała u bezdzietnego wujaszka, raz dla dopilnowania spodziewanego po nim spadku, drugi raz dlatego, aby widokiem aż sześciu dorosłych cór nie zrażać młodzieży. Z początku widziała kandydatów dla córek swych odpowiednich w osobach właścicieli dóbr, później zaczęła myśleć o profesorze uniwersytetu lub choćby o adwokacie renomowanym, albo o lekarzu sławniejszym, — gdy jednak tacy kandydaci wcale się nie pojawiali, a córeczki wzrastały w latach, zaczęła p. Kunegunda godzić się z myślą wydania ich choćby za auskultantów lub kandydatów adwokackich. Co do syna, nie wątpiła ani na chwilę, że zrobi karyerę, przez co rozumiała, że się bogato ożeni, i nie będzie potrzebował wysługiwać się w urzędzie, lub, o zgrozo! trudnić się jaką profesyą!
Pan Stanisław zjechał właśnie z Wiednia do rodziny na święta Bożego Narodzenia, a że mu się nie spieszyło na wykłady agronomii, więc został i na karnawał. Bawili się zatem pp. Kropińscy na wszystkich balach i piknikach, panny chodziły na ślizgawkę, kwestowały po wentach i sprzedawały programy na dobroczynnych koncertach, mama sypiała na kanapie, kiedy córki tańczyły, marzła na brzegu stawu, gdy córki się ślizgały, nudziła się, kiedy kwestowały, synek hulał i tańczył z najposażniejszemi pannami, ale, jak dotąd, nie było widać żadnego pozytywnego a tak upragnionego skutku tych zabiegów.
W chwili obecnego opowiadania, pan Stanisław, krótko przez towarzyszy Furdą zwany, spał, odpoczywając po tańcach, a córki siedziały z matką w salonie, debatując nad piknikiem urządzanym przez Ramskiego.
— Czy też będzie Łańska?
— Oczywiście! Ramski skacze koło niej na dwóch łapkach, może myśli o jej siostrzenicy i szuka protekcyi cioci!
— E! on szuka posażniejszej panny!
— A skąd taka pretensya do posagu? Boże! jakiś tam inżynier!
— Teraz wszyscy polują na posag! Taki świat! westchnęła pani Kunegunda, zapominając, że i ona tożsamo radziła synowi.
— Ale Ramski widocznie patrzy tylko na bardzo gruby posag, skoro tyle lat wszędzie bywa, a nigdzie się nie żeni.
— A niby taki uprzejmy! każda prawie, która go nie zna, myśli, że ta uprzejmość coś znaczy, a to tylko blichtr!
— Obłuda! ja go dlatego zawsze nie lubiłam.
— Ja także.
— Ja taksamo.
W tej chwili przyniósł służący kartę Ramskiego. Pani kazała prosić, a córki pobiegły do swego pokoju poprawić co żywo toalety. Pani Kunegunda powitała serdecznie gościa.
— Przyszedłem zapewnić się, że panie nie zapomną zaszczycić swą obecnością piknik, oraz osobiście poprosić pana Stanisława, zaczął słodki inżynier.
— Mamy najszczerszą ochotę, ale córki są w kłopocie o toalety! Tak mało czasu, a tu jeszcze dwie zabawy przed piknikiem.
— Ależ to najmniejsza! przerwał inżynier, panna Marya weźmie tę białą atłasową suknię, którą miała na pikniku lekarskim, ubierze koronką i kwiatami i ma suknię jakich mało! a panna Julia mogłaby wziąć suknię bordo... albo lepiej tę kremową z dżetami... tylko upiąć ją nieco i ubrać szarfami tego samego koloru, to teraz modne. Panna Zofia zaś białą, jak panna Marya, albo tę lila... Czy panie może wyszły? jabym zaraz uradził z niemi... pani Łańska będzie mieć także kremową suknię, tę samą, którą miała na lekarskim pikniku, tylko nieco ubraną. A pan Stanisław? Czy znowu nie miałem szczęścia go zastać?
— Wyszedł do hrabiego Jasia. (Pan Stanisław chrapał właśnie w trzecim pokoju). Córki zaraz nadejdą. Właśnie weszły, witając Ramskiego z radośnie przyjaźnym uśmiechem i dopytując oczywiście o piknik.
Po wyliczeniu całego szeregu spodziewanych gości zakończył inżynier zachowanym na ostatek szmermelem: ze i stolica kraju będzie reprezentowaną przez panią Armanową i jej siostrę pannę Marzyńską, osoby nader przyjemne i przystojne, a nawet bardzo majętne...
— Kto to? kto je rodzi?
— Nie znam bliższych szczegółów, pan Arman jest dyletantem naukowym, bardzo zresztą cenionym, zapewne i bardzo zamożnym, bo skoro panna Marzyńska ma sto tysięcy posagu, zatem i jej siostra pani Armanowa musiała tyleż przynieść mężowi...
— Sto tysięcy! doprawdy!
— Najpewniej. Słyszałem to z najwiarygodniejszych ust.
— To byłoby coś dla Stasia, pomyślała pani Kunegunda i rzekła głośno: Maniu! zobacz czy Staś nie wrócił od hrabiego Jasia! A czy ładna? zapytała inżyniera, zwracając się do niego z ciekawością.
— Bardzo przystojna — powszechnie się podoba.
Jeżeli inżynier w tak skromnych słowach chwalił pannę Adelę, to wiedział, dlaczego to robił: Sto tysięcy zrobiły na panie dostateczny efekt, a chwalenie piękności, wzbudziłoby zazdrość...
— Skądżesz je pan zna? Czy dawno są tu w Krakowie?
— Poznałem je w lecie w Zakopanem, teraz przybyły na parę tygodni na karnawał, przypadkowo właściwie, albowiem pan Arman poszukuje jakichś starożytnych rękopisów w bibliotekach tutejszych, a przy tej sposobności przyjechały z nim panie — i przyjęły zaproszenie na piknik.
— Młodzież będzie zatem miała nową atrakcyą. Młodzież tak lubi ciągłe zmiany, nowe znajomości, zwłaszcza tak posażne!
— Ale przenosi dawnych miłych znajomych, nad przelotne ptaki, zakończył słodki inżynier. Mogę zatem liczyć na pewne, że panie zaszczycą piknik?
— Będziemy się starać, aby toalety były na czas gotowe, a jeżeli tak będzie, to przybędziemy niewątpliwie.
Nadszedł nareszcie pan Stanisław, nieco zaspany, ale usłyszawszy wiadomość o stotysięcznej pannie, orzeźwiał nieco i solennie przyrzekł przybyć na piknik, a Ramski pożegnał co żywo państwa Kropińskich, aby dalej puścić się z wizytami i wieścią o posażnej pannie.
Po wyjściu jego zwróciła się pani Kunegunda z powagą do syna i przemówiła:
— Stasiu! to byłoby coś dla ciebie. Pamiętaj dobrze sprezentować się na pikniku. Sto tysięcy! o to nie tak łatwo w Krakowie!
— Ramski także pewnie ma na nią zamiary, wtrąciła panna Marya, on tak dawno czyha na gruby posażek...
— Ach! jakiś tam inżynier! przecież Staś nie potrzebuje się bać jego konkurencyi. Panna mająca taki posag zrozumie przecież, co znaczy stanowisko i familia.
Pan Stanisław ziewnął okropnie i z rękami w kieszeniach przechadzał się wielkim krokiem po salonie, aż wreszcie ozwał się po krótkim spacerze:
— Byle tylko ładna była. Ramski z grzeczności o każdej powie, że ładna, choćby była brzydka jak nieszczęście.
— Piękność jest rzeczą znikomą, rzekła sentencyonalnie matka, byle było przywiązanie wzajemne...
— Tere fere kuku! odpowiedział pan Stanisław i odszedł do hr. Jasia t. j. na dalszą drzemkę do swojego pokoju.
Ramski tymczasem nie próżnował. Ujrzał z doróżki mecenasa Brońskiego, wyskoczył zatem do niego i zawołał:
— Panie mecenasie! Spodziewam się pańskiej miłej obecności na pikniku? posłałem zaproszenie, ale ponawiam ustnie mą prośbę.
— Będę niezawodnie — stawię się jak jeden mąż, chociaż, co prawda, ciągle tosamo towarzystwo na zabawach, zaczyna być nieco monotonnem.
— Będzie nadzwyczajna panna ze Lwowa, ale to cacko! mecenasie. Prześliczna! Co za figura! co za oczy, włosy! klękajcie narody, a w dodatku sto tysięcy posagu, wyraźnie mówię: sto tysięcy walutą austryacką!
— Przesadzasz kochany panie! Piękna i bogata, to za wiele, jedno lub drugie.
— Zobaczysz mecenasie, że nie przesadzam: śliczna, arcypiękna i bogata.
— Seryo?
— Powiadam panu, żeś pan może nie widział piękniejszej, w Zakopanem szalała za nią młodzież, no, zobaczysz pan, czy się tosamo teraz tutaj nie powtórzy!
— Zobaczymy to, zobaczymy. Brunetka czy blondynka?
— Czarna jak węgiel, włosy po kolana, rzęsy łokciowe, nos orli, cera: krew z mlekiem.
— Fiu! fiu! warto będzie tym razem przyjść na ten piknik. I bogata? sto tysięcy?
— Murowane. Ale do widzenia tymczasem mecenasie, muszę jeszcze wstąpić do Dorowiczów... sługa pana mecenasa!
— Jakżeż się nazywa? zapytał Broński.
Ramski odpowiedział coś z doróżki, ale turkot zagłuszył jego słowa.
W chwilę potem sławę panny Adeli roznosił po mieście nietylko Ramski, ale także i mecenas Broński.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Bąkowski.