Poranek (Kniaźnin)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

PORANEK.

Po srogiej burzy, co pełna gromów
I ślepa w hardej przemocy,
Niosła pól klęskę i pożar domów
Kręcona wichrem północy.

O, jakże wdzięczny jesteś poranku!
Jak słodka twoja nam rosa!
Świeżo w gotowym jaśniejąc wianku,
Błękitne witasz niebiosa.


Na twoją postać, na twoje wdzięki,
Wzbudzone zewsząd ptaszęta
Głosem tkliwości brzmią temu dzięki,
Skąd czucie, skąd ich ponęta!

Roń chętnej ziemi balsamy życia,
Napawaj zioła rozkoszą;
Te wśród miłego kwiatów rozwicia
Niech i me serce unoszą.

Obyś tak mojej błysnął ojczyźnie!
Nadzieja dla niej coś kryśli,
Lecz gdy się oczom coraz wyśliźnie,
Boją się podać jej myśli.

Jako te pączki, co raz trwożone
Niestałą wiatrów koleją,
Słodkiemu słońcu listki zielone
Jeszcze powierzyć nie śmieją.

Ty, co po zimie prowadzisz wiosnę,
Którego ranek ten świeci,
Rozkwieć nam znowu myśli radosne,
Natchnij nadzieją twe dzieci.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Dionizy Kniaźnin.