Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom III/Vivos voco — mortuos plango/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Poezye wydanie zupełne, krytyczne
Data wydania 1915
Wydawnictwo Nakład Gebethnera i Wolfa.
Drukarz O. Gerbethner i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa, Lublin, Łódź, Kraków
Indeks stron
IX. VIVOS VOCO — MORTUOS PLANGO[1].

Grafika na początek utworu 1.png

I. POWITANIE ROKU.

Zawsze ja będę błogosławić ciebie,
O nowa zorzo na pochmurnem niebie
Smętnych okręgów żywota!
Zawsze ja wyjdę na próg naszej chaty
Pieśnią cię witać, o gościu skrzydlaty,
O jutrznio złota!

Krótką ty jesteś i przelotną chwilką,
Jednym porywem i westchnieniem tylko
Do przyszłych dni ideału!
Lecz kto zdrętwiały żyć musi w ciemnicy,
Temu jest słońcem jasność błyskawicy,
Moment zapału.

Raz w rok... Jak mało! A przecież jak wiele!
Dłoń mi podajcie, drodzy przyjaciele,
Którzy czujecie wraz ze mną!
Jutrznia, co błyska nad ziemią uśpioną,
Niechaj nie będzie dla ducha straconą,
Ani daremną!


Przez jeden moment tak wiele czuć można,
W płomień wybucha iskierka ta trwożna,
Co w piersi tajemnie tleje...
W sercu się wzmaga na rok cały bicie,
Nowem ogniskiem zajmuje się życie,
Krzewią nadzieje!

Ach, gdyby co rok przez jedną godzinę
Ludzie się w bratnią łączyli drużynę,
W wspólne ogniwa łańcucha
I czuli razem swój ból, choć przez chwilę,
Ileżby życiu przybyło na sile,
Na mocy ducha!

Więc zawsze będę błogosławić ciebie,
O nowa zorzo na pochmurnem niebie
Smętnych okręgów żywota!
Zawsze ja wyjdę na próg naszej chaty
Pieśnią cię witać, o gościu skrzydlaty,
O jutrznio złota!



II. ROK STARY.

Wszystkoś nam przyniósł, o roku miniony,
Co czas tej smętnej ziemi przynieść może.
Ranek twój wstawał różami spłoniony,
Twe noce miały gwiaździste zasłony
I ciche zorze.

Nad głową twoją paliło się słońce,
Lato szło w pole, na zbóż grając lutni,
Miałeś skowronki nadzieją dzwoniące;
Przecież, gdyś zwinął już skrzydeł swych końce,
Odchodzim smutni.


Odchodzim smutni i patrzym po niebie,
Gdzie lecisz w zmierzchy zachodu, jak ptacy,
Jakbyśmy wiosny nie wzięli od ciebie
I głodni byli po zbóż twoich chlebie,
Po naszej pracy.

I tak się skarżym i tak nam sieroco
I takie smętne podnoszą się głosy,
Jakby nie było w twe ranki wstać po co,
Jakbyś nie dawał cichego snu nocą,
Ni gwiazd, ni rosy.

O, boś nie przyniósł tej żywej, tej wody,
Co martwe serca pobudza do bicia,
Boś nam nie przyniósł, o roku, pogody,
Co w piękny owoc zamienia kwiat młody,
Siły — ni życia!

Dziś w nowe brzaski i w nowych dni zorze
Bez uniesienia patrzymy i wiary.
I cóż — pytamy — ten rok przynieść może
Tym, co w swej doli rozbitej amforze
Kwas niosą stary?

Nie przeto jednak zapieram cię w pieśni,
O złota jutrznio nad ziemią żałoby!
Aleśmy słabi, znużeni, boleśni,
Ale nam duchy przetrawia rdza pleśni,
Wrastamy w groby.

Niechaj więc spojrzy na nas Bóg w błękicie
I niech przypomni, żeśmy także syny!
Niechaj nas ze snu przebudzi o świcie,
Niech piersiom serca, a sercom da życie,
A życiu — czyny!



III. WIDZENIE.

I porwał mnie Pan i jak Ezechiela[2],
Obwiódł mnie polem pełnem suchych kości,
Które nie miały grobu ni mściciela.

I ustał we mnie duch od struchlałości,
A oczy moje w ogniach padły na nie
I obłąkały się wśród ich białości.

Lecz głos się pański stał, jak wichru wianie,
I rzekł: — Co mniemasz? Azaż ożyć mogą,
A być zaś w ciele? — Rzekłam: — Ty wiesz, Panie!

A wtem mi ziemia jęknęła pod nogą;
Więc wyciągnęłam ręce i tak w nocy
Stałam wśród pola tego z wielką trwogą.

A zasię rzekł mi Pan: — Starzy prorocy
Wzbudzali martwe ze snu słowa siłą.
Rzeknij, a obacz, czy jesteś w tej mocy. —

A we mnie nagle serce się rzuciło,
Całe zalane krwią, i rzekłam: — Panie!
Gdy wstaną, wszystkoż będzie tak, jak było?

Żadneż im inne nie wzejdzie zaranie
Nad to, które tu widzieli ze łzami?
Wżdyć ponad żywot ma być zmartwychwstanie!

A gdy Pan milczał: — Zmiłuj się nad nami —
Rzekłam — Albowiem wiek przeszedł i drugi
Już nadlatuje czarnemi piórami...

A te pomarłe, to były Twe sługi,
Które ufały Tobie, i nędzarze,
Co długo cierpiąc — czas żyli niedługi!


A gdy mówiłam, przez one cmentarze
Jęk przeszedł cichy i dreszcz, jak po fali,
Gdy wiatr nią wstrząśnie i głębię pokaże.

A gwiazda jedna, na wag złotych szali
Stojąc, chwiać się poczęła, ruszona
Tym jękiem cichym, który szedł z oddali.

Co tedy widząc, podniosłam ramiona,
Jak ci, którzy się w gorącości ducha
Modlą, i rzekłam: — Bądź błogosławiona!

Bo nie została w tobie jasność sucha,
Świecąca ziemi, jak na urąganie,
Aleś poczuła targnięcie łańcucha!

A pomilczawszy mało, rzekłam: — Panie,
Oto nad nami gwiazdy się zaćmiły;
Kędyż jest litość Twa a zmiłowanie?

A Pan: — Wywiodłem ciebie na mogiły
Polne i na to śmierci bojowisko:
Prorokuj kościom, ażby się ruszyły. —

I rzekłam, mówiąc: — Panie! czas jest blizko,
W którym ja sama legnę między niemi
I wygaszona będę, jak ognisko...

A nie odejdę z oczyma mokremi,
Co się na dom swój oglądać chcą z drogi,
Bom jest z żałosnej krainy i ziemi.

A teraz stoję oto, pełna trwogi,
I pytam: — Jakoż powrócą i po co
Do gniazd swych dawnych i w ojczyste progi?

Oto się ziemia oblokła nam nocą,
Łzami polana, chwast rodzi nam rola,
Zamilkły pieśnie nad strzechą sierocą...


Lecz jeśli taka, o Panie, Twa wola,
Jeśli nie wzejdzie jutrzenka nam złota,
Leżcie, o kości suche, w pośród pola,

Bo litościwszą jest śmierć od żywota!



IV. W ZADUSZNY DZIEŃ.

Garść ziemi wezmę i klęknę u proga
Cmentarnej bramy w dniu onym żałoby
I wołać będę: O, proście wy Boga,
O wielkie groby!

O, proście Boga nie o te mogiły,
Co je bluszcz stroi, a kwiecie oplata,
Lecz coby synom i wnukom się śniły
Przez długie lata.

Proście wy Boga o takie kurhany,
Na których orły siadają i kraczą,
A wicher po nich jękami przewiany
Błądzi tułaczo.

O takie groby proście, nad któremi
Sine się gwiazdy słaniają i bledną,
Z których przechodzień na pierś bierze ziemi
Choć grudkę jedną.

O polny kamień, o piasek pod głowę,
O pacierz świerków, o brzóz białych cienie,
O szumy lasów, o liry zbożowe,
O pól westchnienie.

Proście wy Boga o takie mogiły,
Które łez nie chcą, ni skarg, ni żałości,
Lecz dają sercom moc czynu, zdrój siły
I żar miłości.


I nie o marmur, w napisy poryty,
I nie o jasne z palmami anioły,
Lecz proście Boga o wolne błękity
Nad swemi czoły.

Niech polna pliszka tam napój swój bierze,
Niechaj was zieleń obrośnie piołunów,
Ale niech matki poszyją szkaplerze
Z waszych całunów.

O, proście Boga o łzy rannej rosy,
O serc bijących dzwon głośny a żywy,
O pieśń skowronka, co leci w niebiosy
Z nad żytniej niwy.

Niechaj o grobach waszych mówią starce,
Chromą na kuli opierając nogę,
I niech to chłopię, co gra na fujarce,
Wie do nich drogę.



V. UMARŁYCH PŁACZĘ...

Umarłych płaczę... Na wielkich dni grobie,
Jak brzoza, stoję we łzach i w żałobie,
Którą mi nosić, o życie, po tobie!
Kości na polu szeroko bieleją,
Duchy się niosą wichrową zawieją,
Zraniony orzeł nademną kracze...
Umarłych płaczę.

Płaczę minionych i ludzi i rzeczy,
Płaczę proporców z wiedeńskiej odsieczy
I trąb Dnieprowych i szczęków i mieczy.
I wiem, że na świat nie wrócą się one
Czasy pradawne, w mogiłach uśpione,
Że ani wy ich, ni ja — nie obaczę...
Umarłych płaczę.


Do każdej trumny, do każdej mogiły
Poszło pod ziemię coś z pędu i z siły
Skrzydeł tych, co nas po świecie nosiły.
Pod kurhanami, pod tarczą gdzieś rdzawą
Śpi to, co było i życiem i sławą,
A coraz rzadziej w dno trumny kołacze...
Umarłych płaczę.



VI. NA KURHANIE.


I.

Śpijcie, śpijcie w głuchem polu,
Pobielałe kości!
Kto powraca w dom sierocy,
Ginie od żałości.

Wyniszczona, wygorzała
Stara wasza strzecha...
Z ognisk waszych — ani iskry,
Z pieśni — ani echa.

Wyrąbane wasze wrota,
Znieważone progi;
Rozniósł wicher dobro wasze
Na rozstajne drogi.

Rozniósł wicher dobro wasze,
Złotą waszą dolę...
Zarodziło piołunami
Siane przez was pole.

Pogorzkniały słodkie miody
I białe kołacze,
Ponad starem gniazdem waszem
Kruk nocami kracze...


Zmąciły się jasne zdroje,
Płynące do morza,
Pospadały gwiazdy z nieba,
Pociemniała zorza.

Ranki idą i przechodzą
Bez słońca dla duszy,
Wybujały chwasty dzikie
W pustce tej a głuszy...

Oj, wie dobrze ziemia-matka,
Wie dobrze mogiła,
Czemu was tak na sen wieczny
Cicho utuliła...

Wiedzą o tem bujne deszcze,
Wiedzą białe rosy,
Czemu płaczą i żaleją
Nad wami niebiosy...

I te wichry rozełkane
I te czarne tucze[3],
Co nad chatą waszą wieją,
Jako skrzydła krucze.
............
Śpijcie, śpijcie w głuchem polu,
Pobielałe kości!
Kto powraca w dom sierocy,
Ginie od żałości.



II.

Śpijcie! Na grobach waszych żaden anioł jeszcze
W słonecznej zbroi,

Z hasłem, co w trupich próchnach budzi życia dreszcze,
Anioł, o którym z dawna prorokują wieszcze,
Nie stoi.

Śpijcie! Ten Galilejczyk, co wskrzesza Łazarze
Ściągnięciem ręki,
Jeszcze się trumnom waszym otwierać nie każe,
Jeszcze się na wiekowe nie puścił cmentarze,
Na pola męki.

Jeszcze gwiazda zaranna, kto wie, jak daleka,
I trzecia zorza...
Jeszcze ta, co od wieków przez ziemię przecieka,
Łez naszych i krwi naszej spłynąć musi rzeka
Do morza!



VII. »NASZE DZIADY«.

Zaszeptały, zaszumiały
Drzewa w tęskny chór...
Przewiał wicher, tułacz stary,
Przez ten ciemny bór.
Nieobeschłym, dawnym płaczem
Nabrzmiewają tucze,
Płyną chmury ponad chatą,
Jako skrzydła krucze...
O Dziady! Dziady!

Zakipiały sine tonie,
Zamącił się zdrój...
Niesie Wisła aż do morza
Stary smutek swój;
Niesie Wisła aż do morza
Stare swoje żale,
Z jękiem biją w chatę naszą
Jej tułacze fale...
O Dziady! Dziady!


Osamiały, opuściały
Długie szlaki pól;
Leci przez nie jęk stłumiony,
Wieje przez nie ból.
Gorzki plon wydały siewy,
We łzach padające;
Wyorane kości białe
Suszy na nich słońce.
O Dziady! Dziady!

Zatrzeszczały, zaświerkały
Na ognisku skry;
Dym gryzący od powały
Dobył z oczu łzy.
Dym gryzący chatę naszą
Oczernił żałobą;
Nie obaczym, nie dojrzymy
Słońca ponad sobą.
O Dziady! Dziady!



VIII. DROGA.

Przede mną wskróś i za mną wzdłuż
Szeroka, pusta droga...
Gdzie ci, co tędy przeszli już
Pod okiem Boga?

Dotąd brzmi jeszcze płacz i śmiech
Za rojną tą drużyną...
Staję i słucham z trwogą ech,
Co w łkaniu giną...

Chwilę trwa cisza, jak gdy toń
Wstecz rzuci się z opoki...
Dół kędyś kopie znojna dłoń,
Cichy — głęboki...


Lecz się już kroków odgłos znów
Rozlega w mrocznej dali...
Nadchodzą ci, co z bytu snów
Dopiero wstali.

I leci płacz i leci śmiech
Przed niewidzialną rzeszą;
Staję i słucham z trwogą ech,
A oni śpieszą.

I rzuca kopacz ziemi muł
I raźne słychać kroki;
Idą, gdzie na nich czeka dół,
Cichy — głęboki...



IX. W ROCZNICĘ ŚMIERCI ZYGMUNTA KRASIŃSKIEGO[4].

Modliły się dziś echowe kolumny
Łkaniem swych pieśni i ech swoich płaczem
Do archanioła, co stoi u trumny
Tego, który tu w życiu był tułaczem
I odszedł, gdzie go wiodła smętna gwiazda,
Domostwa szukać i wiecznego gniazda.

A usta, które tam w ciszy pałały,
Jak pała ogień stłumiony popiołem,
Rzekły: »Dopókiż, archaniele biały,
W grobowcach mieszkać będziesz bladem czołem,
Jako umarły księżyc świecąc ziemi,
Cichy, nakryty skrzydły przebitemi?

Oto już harfy, które cię płakały,
Zmilkły, jak orły, uśpione na chmurach,
I wytracone są z kołczanów strzały,
Które duch ciskał, na złotych się piórach

Pieśni unosząc; z serc sypie się próchno...
Maluczko jeszcze, a wichry nas zdmuchną...

Oto już słowik, co wołał: »Cezara!«[5]
W gotyckich sklepień obłąkał się ciemnie...
Oto Przedświtu budząca się mara
Jutrzenki złote rozpala daremnie...
Oto Irydjon sny przespał złowieszcze,
A ty nie wznosisz skrzydeł — ty śpisz jeszcze?

O, zmiłuj ty się i nie daj żałować
Tym, co umarłej oddali swe życie;
Nie daj im ducha zwątpieniem zepsować,
Ale im ukaż tę zorzę w błękicie,
Co ma po wiekach zajaśnieć nadzieją,
O, zmiłuj ty się, bo serca nam mdleją!«

Lecz wkoło była cisza. Żadne usta
Płonącym owym nie dały odzewu,
A wielka nawa, ostygła i pusta,
Podobna była umarłemu drzewu,
Na którem umilkł śpiew i ptasie szmery,
A śmierć zeń ciosa cicho deski cztery...



X. IGNACEMU D0MEJCE[6].

Odpłynąłeś nam za morze,
Za dwoiste morze...
Za to jedno, tu na ziemi,
Za to drugie — boże.


A na jednem fale biją,
Wicher po niem lata;
A na drugiem wielka cisza,
Cisza z poza świata.

A na jednem w blaskach słońca
Łódź się rankiem chwieje;
A na drugiem noc wieczysta,
Co nigdy nie dnieje.

A na jednem maszty białe
Wiatr lekko pogania;
A na drugiem czarny żagiel
Wiecznego rozstania.

A na jednem serca biją,
Łza powieki mroczy;
A na drugiem pielgrzym cichy
Ma zamknięte oczy...

A to jedno — w ciszy nawet,
Pełne głuchej wojny;
A to drugie, nawet w burzy,
Ocean spokojny.

A to jedno — grób twój dzieli
Od ojczystej ziemi;
A to drugie łączy ciebie
Z duchami bratniemi.

Bywaj, bywaj pożegnany,
Miły nasz tułaczu;
Na tych obu morzach, gorzkich
Od ludzkiego płaczu!



XI. JEJ PAMIĘCI[7].

Przeszła i zgasła, jak promień miesiąca,
Ta ukochana i ta miłująca;
Przeszła i zgasła — i noc po niej głucha
Serca i ducha.
Jak złota zorza, gdy mrok da swe hasła,
Przeszła i zgasła.

Błogosławiona ścieżka owa cicha,
Którą chodziła po wszystkie dnie życia,
Woń swą oddając, jak kwiat, co oddycha,
Przez serca bicia.
Czucia i myśli, ku miłym skłonione,
Błogosławione!

Nad jej mogiłą nie płatne pochwały,
Nie głośne hymny, nie czcze uwielbienia,
Ale łzy żalu gorące padały
I szły westchnienia...
I każdą grudkę rzucono tam ziemi
Dłońmi drżącemi.

A dziś ten dworzec pod cieniem topoli,
Co wykołysał ją swoimi szumy,
Jęku jest pełen i ech i niedoli,
Pełen zadumy...
I białe lilje w łzach stoją w ogrodzie
Po jej zachodzie.

Nigdy już ona nie będzie tam blizką
Przy piersi męża, nad dziecka kołyską;
Ni wspólna radość, ni troska poruszy
Tej domu duszy...
I wzrok jej słodki już łzą się nie zaćmi
Nad ludźmi-braćmi.


Odeszła cicha i duchem widząca,
Że już jej gwiazda w błękitach gdzieś ginie,
Ostatnie tchnienie zrodzonej do słońca
Dając dziecinie...
I życia z sobą nie wzięła — lecz dała
Z ducha — i z ciała.

Ty, coś ją kochał, idź w kraje żałoby
I gorzkim wspomnień nasycaj się chlebem!
Bo szczęścia twego nie wrócą ci groby
Tu, pod tem niebem...
I już nie znajdziesz tej perły odjętej,
Tej twojej świętej.

W pustce i w cieniu, jak kruk osamiały,
Siędziesz ty teraz w tym domu boleści,
I będą tobie ściany powiadały
Dawne powieści...
W pustce i w cieniu, na szczęścia ruinie
Twój wiek przeminie.

O wiosno! czemu najbielsze twe róże
Mdleją i więdną wśród słońca pieszczoty?
O słońce! czemu zagasa w lazurze
Promień twój złoty?
O życie! czemu w rozkwicie twej siły
Sypiesz mogiły?...

Cisza...

W tej ciszy głos słyszę tajemny,
Wieszczący tryumf najwyższy miłości,
Co nad śmierć mocna, przenika świat ciemny
Nieskończoności...

Cisza...

Szczęśliwy, kto duchem w tej ciszy
Boga dosłyszy!



XII. W ROCZNICĘ SZOPENA[8].

............
W obcej gdzieś krainie
Kamień twój grobowy,
Cudze niebo płynie
Nad snem twojej głowy;
Cudze niebo chmurne
Rankiem grób twój rosi,
Cudzy wiatr ci echo
Cudzej pieśni nosi...

Ani twej mogiły
Nasza brzoza strzeże,
Ani świerk pochyły
Szepce tam pacierze,
Ani wierzby nasze
Żałosnymi szumy
Budzą ciebie nocą
Z śmiertelnej zadumy...

Kurhanu twojego
Bracia nie sypali,
Nasza złota zorza
Tobie się nie pali;
Nie palą się tobie
Nasze gwiazdy drżące,
Grobu twego nasze
Nie srebrzą miesiące...

Oj, nie miała matka
Szczęścia w swoich progach,
Oj, puściła synów
Po rozstajnych drogach!


Oj, żyły tam syny
W długiej poniewierce,
Oj, oddały matce
Swe pęknięte serce.



XIII. NAD MOGIŁĄ KRASZEWSKIEGO[9].

I.

»Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych«
[Ew. Św. Marka 12, 27].

Rośnie nasz cmentarz!
Gdzie spojrzeć, na oko,
Wszerz i wzdłuż świata — niewiele nam ziemi;
Ale, o, jakże skopana głęboko
Groby naszemi!
Gdyby w błękity wznieść je nakształt stoga,
Sięgłyby — Boga.

Gwiazda, co tak się, jak perła, rozżarza
Iskrami łez tych, co spaść tu nie mogą,
Drży i blednieje, gdy stanie nad drogą
Tego cmentarza...
Bo widzi światło w mogiłach tajemne:
Gwiazdy — podziemne.

Katakumb[10] Romy siostra, ziemia nasza
Tętno po tętnie przesącza serc bicie
W głąb, gdzie się pustym ruchem nie rozprasza
Siła ni życie...
I duchom każe tym, co są gorętsze,
Kochać swe wnętrze.


A wie to sam Pan, co ziemią włodarzy,
Na co mu moc ta kurhanów a kości,
On, co zasiewa wśród wielkich cmentarzy
Ziarna przyszłości...
A wie to sam Pan, co pług swój wiośniany
Puszcza na łany.

A niech nie szuka nikt dróg owych krzywych,
Co są rozstajem — śmierci i żywota,
Bowiem je łączy nić prosta a złota:
»Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych«,
A każde drgnięcie skonu ma odbicie,
Co krzepi życie.

Więc na tej wielkiej dziś stojąc mogile,
Czujmy się w duchu ku rannej gwiazd straży!
Niechaj nam serca ta boleść skojarzy,
Wzmoże na sile.
Biada tym, którym nic nie dają groby
Oprócz żałoby!



II.

»Stary Wiszu, woju stary!
Włosy miałeś, jak śnieg, białe,
Ale młode jeszcze serce,
Ale dłonie nie zmartwiałe...«
»Stara Baśń«.


Uderzyły wichrem jęki przez całą ziemicę:
Już odleciał orzeł siwy między swe ojczyce![11]

Uderzyły jękiem serca, jak rozgłośne dzwony:
Już nie żyje ojciec miły, ojciec nasz rodzony!

Kto podeprze dom nasz stary, ściany mu połata?
Komu będzie miłą w biedzie ta ojczysta chata?


Kto okwieci, kto ozłoci zczerniałe powały?
Kto słoneczne rzuci blaski na ten dach omszały?

Kto zasiędzie u ogniska prawić Stare Baśnie[12],
Kto rozbudzi, kto zawoła, gdy duch jasny zaśnie?

Kto nam poda chleb braterstwa gorzką łzą zmaczany,
Kto tak przezna wszystkie bole, wszystkie nasze rany?...

Oj, schodził on ziemię naszą od końca do końca,
Oj, przeżegnał pracą swoją w cztery strony słońca.

A na północ szumią boje, Witoldowe boje[13],
A pod słońce od Wawelu biją żywe zdroje...

A na zachód stoi wieża, Kruświcka strażnica,
A na wschodzie jasna zorza od stepu przyświéca.

Słyszę, słyszę, gęśle złote, gęśle jaworowe
Milkną, cichną, jak westchnienia, jak skargi echowe...

Zapuściła się jaskółka pod strzechę, niebożę;
Skrzydłem bije, gniazda szuka, znaleźć go nie może.

Oj, jaskółko ty czarniawa, żałośliwe ptaszę,
Rozburzone gniazdo twoje i ognisko nasze!



III.

»Jeżeli wy bez serc — to moje serce
Za was czuwać będzie«.
Słowacki.


............
Kto cię z nas nie znał? Kto cię nie miłował?
Kto duchem twoim, jako chlebem, nie żył?
Kto z wątka twego przędzy swej nie snował,
Nie płakał z tobą i z tobą nie wierzył?...

Ty, jak pelikan[14], upadłszy na gniazdo,
Głodne i słabe karmiłeś pisklęta,
A pierś twa była miłośnie rozcięta
I krwi świecąca rubinem — jak gwiazdą.

A zaś pojrzawszy na rzesze te ludu,
Co szły za tobą łaknące, ażeby
Słowo twe słyszeć, zdobyłeś moc cudu —
I rozmnożyłeś duchowe swe chleby.

I nikt nie odszedł głodny, kto tę białą
Hostję twych myśli wziął z rąk twych na dobie;
Jeszcze się złomków na przyszłość zostało
Dla tych, co rzesze powiodą po tobie.

O miłujące serce! O ty bratnie,
Krzywdzonym słodkie, krzywdzicielom twarde!
Ty miałeś różne bronie: łzy i wzgardę,
Lecz przebaczenie wszem — było ostatnie.


Ty, jak czarodziej, budziłeś po drodze
Wieniec mar wdzięcznych, co groby oplata,
Sadzałeś na koń pachołki i wodze,
A chłopa brałeś w ramiona — jak brata.

Tyś nas nie rzucił w sieć pustych mamideł,
Ale żyć uczył i cierpieć na ziemi...
I byłeś wzlotem dla wielu tu skrzydeł,
Ty — najsilniejszy pomiędzy silnemi!

Stroskane oczy i niepocieszone
Będą się teraz obracać w błękity,
Gdy wyjdą pługi na łany zroszone
I nie obaczą — gdzie lemiesz twój wbity...

A tak zostanie to między żywemi
Miejsce — po tobie umarłym — nie wzięte...
I pokoleniom, co przejdą po ziemi,
Jak praojcowskie — tak drogie a święte.



IV.

Rozjęczał się, rozkołysał na Wawelu spiż...
W ziemi krzyżów przybył jeszcze jeden czarny krzyż.
Jeszcze jeden wzniósł ramiona nad smętną dziedziną,
Gdzie mniej coraz blasków słońca, a chmury wciąż płyną.

Z dróg tułaczych, z krwawych ścieżek oto wraca już
Ten, co z nami brał w pierś gromy wszystkich naszych burz!
Wraca oto uciszony oną wielką ciszą,
Którą duchy praojcowe synów swych kołyszą.

Już otarty z jego czoła bożych rabów[15] znój,
Dobiegł mety biegu swego, przebojował bój;

Przebojował dnie młodości i swe zeszłe lata,
Została mu domowina[16], ta dębowa chata!

W cudzej stronie ją ciosano, z cudzych ziemnych drew,
Na sen w niej go nie utulił miły, bratni śpiew...
Na pierś brakło grudki ziemi z rodzinnej krainy,
Nie żegnał go brzeg wiślany, nie żegnał step siny.

Wichrem pomsty go pędziła obca, twarda dłoń,
Jako Syn Człowieczy, nie miał, gdzieby złożył skroń...
Dziś powraca po swą schedę do tej matki ziemi,
Co obdziela dzieci swoje grobami cichemi.

Opłakaneż to dziedzictwo, opłakany dział!
Wyleciały orły młode nakształt złotych strzał,
Wyleciały z gniazda w słońce, ponad czarne chmury,
A wróciły z krwawą piersią, z złamanemi pióry.

O ty ziemio, ty sieroto, przebogata w kir!
Pękły struny szczerozłote twoich srebrnych lir;
Pękły serca, które tobie śpiewały i biły,
Ludzie w tobie pomaleli, porosły mogiły!

O ty ziemio, o ty wdowo, przebogata w łzy!
Wskróś twych łanów i kurhanów idą sine mgły;
We mgłach płyną duchy smętne i duchy tułacze,
Wiatr niedoli je pogania i jęczy i płacze...

A z czemże my wyjdziem, bracia, na swej ziemi próg
Witać tego, co nam wraca z tak dalekich dróg?
Jak uczcimy, jak przyjmiemy Starej Baśni piewcę,
Karmiciela myśli naszych, uczuć naszych siewcę?

Nie rozkwitły wiosną kwiaty w pośród czarnych pól,
Pieśń zgłuszyły jęki dzwonów i zadławił ból...

W ciszy stoim wobec ducha, co idzie z tej trumny,
My — pochodnie zagaszone, strzaskane kolumny.

O! zaszumcie, gęste bory, w pogrzebowy chór,
O! zapłaczcie, rzeki-płuczki, co pijecie z chmur,
O! posypcie łzami, rosy, na ojczyste groby,
0! ściśnijcie wy się, dłonie, w tym domu żałoby!

Rozjęczał się, rozkołysał na Wawelu spiż...
W ziemi krzyżów przybył jeszcze jeden czarny krzyż;
Jeszcze jeden wzniósł ramiona nad smętną krainą,
Gdzie mniej coraz blasków słońca, a chmury wciąż płyną!



XIV. WIOSENNE WITANIE ZIEMI.

Nie wszystko smutkiem, nie wszystko żałobą:
Jeszcze ty z nami, a my jeszcze z tobą,
Nie odumarłaś sierot do ostatka,
Ty — nasza matka!

Znów do płodnego przytulasz nas łona,
Z ciemnicy mroków w blask słońca wskrzeszona,
Znów tchniesz moc swoją w mdlejących serc bicie,
Ty — nasze życie!

O karmicielko! O stary nasz domie,
Gdzie zniczem gore żywiące nas płomię,
Ty rody polne hodujesz i ptasze,
O gniazdo nasze!

Pierś twoja ciemna znów bierze kolory,
Tajnymi szumy gadają twe bory,
Sto rzek pieśń twoją do morza donasza,
Ty — harfo nasza!


Skowronki twoje znów lecą w błękity,
Szumi żórawi klucz, zorzą nakryty,
Chlebem przyszłości twe pola runieją,
Nasza nadziejo!

Ucieczko słabych, bezobronnych zbrojo!
Nieprzemożeni, przy tobie co stoją...
Ciebie wichr burzy, ni grom nie przestrasza,
Ty — twierdzo nasza!

O zatajona skarbnico ty ducha,
O złoty szybie, skąd życie wybucha!
W tobie się iści, co będzie, co było,
Ty — nasza siło!
1891.



XV. LIRNIKOWI NA VIA MONTEBELLO[17].

»W ogniach jesteś świętych — idź a świeć«.
(Z listu T. L.)

Słowy mnie swemi namaścił z daleka,
Jakoby święte wylawszy oliwy
Na czoło moje, ten pieśniarz, co czeka,
Oparty o swój kij pątniczy, krzywy,
Aż łódź tułacza odbije się z brzega
Do ostatniego, cichego noclega.

A sam, pośpieszny będąc w drogi one,
Patrzył, komuby swą lirę zostawił
I pieśni, jako gołębie uśpione...
A zaś mnie jasną ręką błogosławił
I rzucił na mnie przebłogie swe blaski
I zdał dziedzictwo miłości i łaski.


Słowy mnie swemi namaścił do pieśni
I struny zładził na sercu mem drżącem,
Jako ci ślepce, co chodzą boleśni
Po sinym stepie, po polu grającem
Od ech, a ręce na srebrnych piołunach
Nad mogiłami kładą, jak na strunach.

Aż one zioła gorzkie i żałosne
Złotą się gędźbą rozbrzęczą po stepie
I poczną wróżyć kurhanom tym wiosnę
I szum obudzą w wyschniętym czerepie
I kość obwieją na stepie spróchniałą
Echem, co niegdyś na szpiku jej grało.

Jako na skałach siedzący orłowie,
Wypatrzył lot mój pierzchliwy i nizki,
I tchu mi dosłał i mocy w swem słowie
I sam się mienić począł w różne błyski,
By mnie nauczył, jak z piersi snuć zorze
I wielkie światła jutrzenne a boże.

I pióra zjeżył siwe i pod pióry
Piersi pokazał sczerniałe i krwawe,
A zaś się lotem wyniósł i wskróś chmury
Przebił na wielką świetlistą kurzawę
I uczył brać się do słońca od ziemi,
Bez jęku, skrzydły bijący krwawemi.

I rzekł mi: »W ogniach świętych jesteś oto —
Idź, a świeć, bym się na ciebie nie żalił«,
I dziwną ducha swojego robotą
W jasny mnie płomień objął i zapalił;
I wiem, że już mi w ogniach onych chodzić,
I żyć płomieniem — i płomienie rodzić.

A nie z rozkoszy próżnej, ni z uciechy
To gorejące wzięłam namaszczenie;

Bo rzadkie w pieśni ziemi tej uśmiechy,
A ciężą na niej popioły i cienie
Rzeczy pomarłych, a praca ta sroga
Śpiewać, gdy w piersiach jest ucisk i trwoga...

Ale mi czynić trzeba, co duch zdarzy,
A iść za głośnym od mogił podmuchem
Ku jutrzni onej, co na dzień się żarzy,
I za tym wielkim, żórawim łańcuchem
Pióreczkiem lecieć porwanem od ziemi,
Z piosenką cichą i łzami srebrnemi...



XVI. NA ŚMIERĆ JANA MATEJKI[18].

Trzy miecze skrzyżujcie, niech zbłysną się w grom,
I nieście przed trumną w wieczysty mu dom.
W trzy tarcze uderzcie, niech spadnie z nich pleśń,
I Bogarodzicy zawiedźcie mu pieśń!

Przyłbicę na marach połóżcie na znak,
Z sztandaru niech biały powiewa mu ptak,
Na kopiach zniżonych spuszczajcie go w grób,
Bo sławie ślubował i strzymał swój ślub!

Nie czciciel potęgi, nie żebrak jej łask,
To rycerz odchodzi za czynów swych blask,
To rycerz odchodzi, to mężny syn twój,
Co wskrzesił, o Polsko, twych sławnych dni bój!

Na duchów strażnicy wódz wielki dziś legł,
Co hartu zbroicy i serc hartu strzegł,
Stu bitew w świat poniósł huk, wrzawę i pył,
Dał moc ci twą uczuć, krwi dolał do żył!


Raz jeszcze z twej piersi odrzucił on precz
Grunwaldzkim pogromem krzyżacki ów miecz,
I pruski hołd wznowił u skutych twych nóg
I z klęczek przed tobą nie wstanie już wróg!
............
............
............
............
Nad prochy i dymy i martwych stos ciał
Zwycięstwo pod Wiedniem on znowu ci dał
I złotym łańcuchem na wieki on skuł
Dla gości nielubych piastowy twój stół[19].

Z troistej ciemnicy, gdzie kaźń i gdzie zgrzyt,
On wiódł cię, o Polsko, na dzień i na świt
I kamień odwalił stoczony na grób
I ducha tchnął w piersi mdlejące wśród prób.

Dziejowych twych dzierżaw, dziejowych twych praw
Prastare pieczęcie wydobył na jaw,
Jak Rejtan, na krzywdy położył się próg
Z wieczystym protestem: Niech sądzi nas Bóg!

Trzy miecze skrzyżujcie, niech zbłysną się w grom,
I nieście przed trumną w wieczysty mu dom;
Na tarczach zniżonych spuszczajcie go w grób,
Bo sławie ślubował — i strzymał swój ślub.



XVII. ADAMOWI ASNYKOWI[20]
POMOGILNE.

Pieśniarzu ty nasz miły,
Już zmilkła twoja pieśń!

Już głazy cię mogiły
Zamknęły w grobu cieśń...
Już zgasłeś dla swej ziemi,
Jak zachodowe zorze,
Już pióry duch srebrnemi
Uleciał na pokoje boże...

Skąd niosłeś dla nas wieści,
Puszczonyś tam przez próg.
Zdmuchnięte jest z boleści
Twe serce już i z trwóg!
Zaświatów toń obłoczna,
Gdzie myśl się rwała wrząca,
Objęła cię już mroczna,
Objęła chłodna i milcząca...

I lirę twą tęczową,
Najwiosenniejszą z lir,
Z zakrytą anioł głową
Przewiązał w czarny kir
I gałąź ci wawrzynu
Na piersi dał i ciernie,
O wielki pieśni synu,
Coś cierpiał i coś kochał wiernie...

I jasną złożył rękę
Na strun twych płacz i śmiech
I zaklął twą piosenkę
W słowiczych głosy ech,
By wiecznym czarem wiosny
Nad ciszą twej mogiły
Hymn życia brzmiał radosny,
Ku życiu by nam serca biły...

Coś kochał, coś wyśpiewał,
W czem siły brałeś chrzest,
Czem męski duch dojrzewał,
To mocą nam dziś jest.

A te, coś użął kłosy
Na dziale twego trudu,
Promienne w kroplach rosy
Chleb dadzą dla twojego ludu...

I serca twego kwiecie,
Młodzieńczy żar i ból
Szeroko Duch pomiecie
Skróś naszych łąk i pól...
I majem się nadziei
Rozkwieci nam na grzędzie
I w śnieżny czas zawiei
Czarować i upajać będzie...

I toć ci jest ta scheda,
Pieśniarza błogi dział,
Co zamrzeć ziemi nie da,
Maj siejąc dusz i ciał...
Iż nigdy nie słyszano,
By lud, co pieśń swą śpiewa,
Opadał w swoje rano,
Z pnia życia i z żywota drzewa...

A pieśniarz, gdy wysieje,
Co w sercu ziarna miał,
Odchodzi za wierzeje
Przez runiejący dział.
I na pierś bierze wolną
Nagrodę swą ostatnią,
Wiązankę kwiecia polną,
Rzuconą przez drużynę bratnią...

I tylko po nim wiosny
Zostaje w duszach woń,
Gdy cichy a żałosny
Ojczystą rzuca błoń.
I tylko się kołysze
Ruń świeża na tym łanie,

Skąd odszedł w wielką ciszę,
W głębokie śmierci zadumanie...



XVIII. WSTAŃ, O DZIECIĘ...

I.

Wstań, o dziecię! Idź na pole,
Gdzie pot ludu wsiąka w rolę,
Gdzie pod jasnem naszem niebem
Kłosy brzęczą żytnim chlebem,
Jako struny szklane...
Idź i słuchaj, a w tym szumie
Może serce twe zrozumie,
Jakie to tam rosy świecą,
Jak masz uczcić dolę kmiecą
I zgrzebną sukmanę!

II.


Ucz się, drogie dziecię moje,
Nosić wcześnie twarde zbroje,
Jak dawni rycerze!
Nie z żelaza, nie ze stali,
Te, co ludzie wykowali,
Hełmy i pancerze;
Ale jasną, ale dzielną,
Zbroję ducha nieśmiertelną,
Co się strzał nie boi,
Ale taką tarczę złotą,
Co się zowie wolą, cnotą,
A za oręż stoi.

III.


Kiedy widzisz skrę, co pryska
Z nakowadła i ogniska,
Gdy dłoń widzisz z kielnią, z młotem,
Jak nad głową śmiga hardo,

Gdy na twarzy zlanej potem,
Odgadujesz dolę twardą:
Uchyl czoła, synu miły,
Przed tym, co się krwawo znoi;
Lud i praca — to są siły,
A świat cały niemi stoi!

Szanuj, drogie dziecię moje,
W małem ziarnku — przyszłe plony,
W małej kropli — przyszłe zdroje,
W szelągu — miljony,
W każdej myśli — zaród czynu,
Życie — w chwilce, co ucieka,
A sam w sobie — szanuj, synu,
Przyszłego człowieka!



XIX. NIE LICZ WŚRÓD BURZY...

Nie licz wśród burzy na żadną latarnię
Ani na ziemi, ani też na niebie,
Bo kto jej czeka, zatonie ten marnie
I będzie dzwonem na własnym pogrzebie.
Noc tego tylko w swój płaszcz nie ogarnie,
Kto światło swoje wykrzesze sam z siebie
I sam na drodze swej zaświeci jasno,
Ducha słoneczność roztliwszy — swą własną.



XX. POD KAŻDĄ STOPĄ...

Pod każdą stopą jest poziom jednaki.
Góra nie ugnie czoła pod twe nogi,
Lecz ty sam musisz uróść duchem w taki
Szczyt, co cię widnym uczyni wśród drogi,
Kędy iść będą pielgrzymie orszaki
Przyszłych pokoleń, i tak międzybogi
Jasną kolumną myślową wystrzelić,
Nad czas i czasu wielkość w siebie wcielić!



XXI. WEZWANIE.

Nie przychodź do mnie w jasny dzień,
W poranek róż majowy;
Nie przychodź do mnie w jasny dzień,
Bo ci na drogę padnie cień
Mej cichej, smętnej głowy...

Ale przyjdź do mnie w chmurny czas,
W jesienne mroczne rano;
Ale przyjdź do mnie w chmurny czas,
Niech blade niebo skryje nas
W swą płachtę, z mgły utkaną.

Nie przychodź do mnie w szczęścia dnie,
W jutrzenne życia zorze;
Nie przychodź do mnie w szczęścia dnie,
Gdy dłoń i serce kwiaty rwie,
A ust puharem — morze.

Ale przyjdź do mnie w zmierzch i w noc,
Gdy rosa pada chłodna;
Ale przyjdź do mnie w zmierzch i w noc,
Kiedy się życia wytli moc,
A serce wyschnie do dna.

Ale przyjdź do mnie wpośród dum,
W rozmyślań wielką ciszę;
Ale przyjdź do mnie wpośród dum,
Gdzie czarnych sosen szmer i szum
Mogiłę mą kołysze...



Grafika na koniec utworu 3.png

Przypisy

  1. »Żywych wołam — umarłych płaczę« — napis często spotykany na dzwonach z dodatkiem fulgura frango — »pioruny kruszę«.
  2. Pror. Ezech. rozdz. 37.
  3. Tucza — burza.
  4. Dzień śmierci Z. K. 23 lutego 1859.
  5. Mowa o »Śnie Cezary« Z. Krasińskiego.
  6. Ignacy Domejko (ur. 1802) — druh Mickiewicza z czasów wileńskich, po powstaniu r. 1831 wywędrował do Chile w połudn. Ameryce, gdzie został profesorem uniwersytetu w Sant-Jago. W r. 1884 wrócił na Litwę, w jesieni 1888 udał się w podróż do Sant-Jago, gdzie umarł 23 stycznia 1889 r.
  7. Pamięci Józefatowej Radoszewskiej.
  8. Fryderyk Chopin (Szopen) — znakomity muzyk i kompozytor, ur. 1809 w Żelazowej Woli, um. 17 października 1849 w Paryżu, pochowany na cmentarzu Père-La-Chaise.
  9. Józef Ignacy Kraszewski — powieściopisarz, poeta i historyk (ur. 1812, um. 12 marca 1887 w Genewie, pochowany w grobie zasłużonych na Skałce w Krakowie).
  10. Katakumby — podziemia, służące pierwszym chrześcijanom w czasie prześladowania za kryjówki a zarazem cmentarze.
  11. Ojczyc — z jednego ojca, t. j. przodka, rodak.
  12. »Stara baśń«, powieść J. I. Kraszewskiego.
  13. Witoldowe boje — tytuł poematu J. I. Kraszewskiego, który razem z dwoma innymi: »Witolorauda« i »Mindowe« miał być poetyckim obrazem bohaterskiej Litwy w trzech epokach: mytycznej, napół-pogańskiej i chrześcijańskiej.
  14. Pelikan — ptak wodny, żywiący się rybami, które złowiwszy na płytkich wodach, składa do torbieli, znajdującej się pod dziobem, i dopiero na lądzie zwolna połyka lub potomstwu oddaje; stąd powstało podanie, że pelikan rozdziera sobie piersi i własną krwią karmi swe młode, i dlatego od dawna jest symbolem macierzyńskiej miłości.
  15. Rab (z jęz. starosłow. przez ros.) — sługa (por. pa-robek).
  16. Domowina (z rusk.) — trumna.
  17. »Lirnik mazowiecki«, Teofil Lenartowicz (ur. w r. 1822) przepędził ostatnie lata i umarł (3 lutego 1893 r.) na via Montebello we Florencyi (Por. Marya Konopnicka: Ludzie i rzeczy. Warszawa, 1898, str. 413 nstp.).
  18. Jan Matejko(ur. 1838, um. 1893) — jeden z największych malarzy polskich.
  19. Alluzya do dwóch obrazów Matejki: Odsiecz wiedeńska i Wzięcie arcyks. Maksymiliana pod Byczyną do niewoli.
  20. Adam Asnyk (ur. 1838 w Kaliszu, um. 27 sierpnia 1897 r. w Krakowie) — poeta liryczny i dramatyczny.

Zobacz też: Na cmentarzu (1922) i W zaduszny dzień


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.