Poezye Adama Mickiewicza/Rybka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adam Mickiewicz
Tytuł Rybka
Podtytuł Ballada
Pochodzenie Poezye Adama Mickiewicza, str. 30-37
Wydanie 1.
Data wydania 1822
Wydawnictwo drukiem Józefa Zawadzkiego
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron

RYBKA.

BALLADA.
(ze śpiéwu gminnego).

Od dworu, spod lasa, z wioski,
Smutna wybiega dziewica,
Rospuściła na wiatr włoski
I łzami skropiła lica.

Przybiega na koniec łączki,
Gdzie w jezioro wpada rzeka;
Załamuje białe rączki,
I tak żałośnie narzeka.

O wy, co mieszkacie w wodzie,
Siostry moje Switeźianki,
Słuchajcie w ciężkiej przygodzie,
Głosu zdradzonéj kochanki.

Kochałam pana tak szczerze,
On mię przysięgał zaślubić,
Dziś xiężnę za żonę bierze,
Krysię ubogą chce zgubić.

Niechże sobie żyją młodzi,
Niech się z nią obłudnik pieści,
Niech tylko tu nie przychodzi
Urągać się z mych boleści.

Dla opusczonéj kochanki
Cóż pozostało na świecie?
Przyjmijcie mię Switezianki,
Lecz moje dziecie... ach dziecie!

To mówiąc rzewnie zapłacze,
Rączkami oczy zasłoni,
I z brzegu do wody skacze,
I w bystréj nurza się toni.

Wtém z lasu, gdzie się dwór bieli,
Tysiączne świecą kagańce,
Zjeżdzają goście weseli,
Muzyka, hałas i tańce.

Lecz mimo tego hałasu
Płacz dziecięcia słychać w lesie,
Wierny sługa wyszedł z lasu,
I dziecię na ręku niesie.

Ku wodzie obraca kroki,
Gdzie łoza gęsto spleciona,
Wzdłuż wykręconéj zatoki
Okryła rzeki ramiona.

Tam staje w ciemnym zakątku;
Płacze i woła niestety!
Ach któż da piersi dzieciątku,
Ach gdzie ty Krysiu, ach gdzie ty?

Tu jestem w rzece u spodu,
Cichy mu głos odpowiada:
Tutaj drżę cała od chłodu,
A żwir mnie oczki wyjada.

Przez źwir, przez ostre kamuszki
Fale mnie gwałtowne niosą,
Pokarm mój koralki, muszki,
A zapijam zimną rosą.

Lecz sługa jak na początku,
Tak wszystko woła, niestety!
Ach któż da piersi dzieciątku
Ach gdzie ty Krysiu, ach gdzie ty?

Wtém się coś zlekka potrąci
Sród kryształowéj przezroczy,
Woda się zlekka zamąci,
Rybka nad wodę podskoczy.

I jak skałka płaskim bokiem,
Gdy z lekkich rąk chłopca pierzchnie;
Tak nasza rybka podskokiem
Mokre całuje powierzchnie.

Złotemi plamki nadobna,
Kraśne ma po bokach piórka,
Główka jak naparstek drobna,
Oczko drobne jak paciórka.

Wtém rybią łuskę odwinie,
Spojrzy dziewicy oczyma.
Z głowy jasny włos wypłynie,
Szyjka cieniuchna się wzdyma.

Na licach różana krasa,
Piersi jak jabłuszka mleczne,
Rybią ma pletwę do pasa;
Płynie pod chrósty nadrzeczne.

I dziecie bierze do ręki,
U łona białego tuli,
Luli, woła mój maleńki,
Lulii mój maleńki, luli.

Gdy dziecie płakać przestało,
Zawiesza kosz na gałęzi,
I znowu ściska swe ciało,
I główkę nadobną zwęzi.

Znowu ją łuski powleką,
Od boków wyskoczą skrzelki,
Plusła, i tylko nad rzeką
Kipiące pękły bąbelki.

Tak co wieczora, co ranka,
Gdy sługa stanie w zakątku,
Wraz wypływa Switezianka,
Zeby dać piersi dzieciątku.

Za cóż jednego wieczora
Nikt nie przychodzi na smugi?
Już zwykła przemija pora;
Nie widać z dziecięciem sługi.

Nie może on przyjść tą stroną,
Musi zaczekać troszeczkę,
Bo właśnie teraz pan z żoną
Poszli przechadzką nad rzeczkę.

Wrócił się, czekał zdaleka
Za gęstym usiadłszy krzakiem;
Lecz próżno czeka i czeka,
Nikt nie powracał tym szlakiem.

Wstaje, i dłoń w trąbkę zwinął,
I patrzył przez palców szparę,
Ale i dzień już przeminął,
I mroki padają szare.

Czekał długo po zachodzie,
A gdy noc gwiazdy zapala,
Zbliża się zlekka ku wodzie,
I sledzi oczyma zdala.

Przebóg cudy, czy moc piekła!
Uderza go widok nowy.
Gdzie piérwéj rzeczułka ciekła
Tam suchy piasek i rowy.

Na brzegach porozrzucana
Wala się odzież bez ładu,
Ani pani, ani pana
Nie widać nigdzie i śladu.

Tylko z zatoki połową
Sterczał wielki głazu kawał,
I dziwną kształtu budową
Dwa ludzkie ciała udawał.

Zdumieje się wierny sługa,
Rozpierzchłych myśli nie złowił;
Przeszła godzina i druga
Nim wreszcie słówko przemówił.

Krysiu, o Krysiu zawoła:
Echo mu Krysiu odpowie,
Lecz próżno patrzy do koła,
Nikt nie pokazał się w rowie.

Patrzy na rów i na głazy,
Otrze pot na licu zbladłem,
I kiwnie głową trzy razy,
Jakby chciał mówić, już zgadłem.

Dzieciątko na ręce bierze,
Smieje się dzikim uśmiechem,
I odmawiając pacierze
Wraca do domu s pospiechem.



Adam Mickiewicz Poezye 1822 I003.jpg



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adam Mickiewicz.