Podróż na wschód Azyi/24 lipca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Kałgan, 24 lipca 1889.

W Sien-si-fu, a jeszcze bardziej w Kałganie, charakter miasta coraz to bardziej mongolski czyli mandżurski, choć tylko Chińczyków dotąd spotykamy; charakter kraju z małemi odmianami ciągle ten sam — zawsze po dwu stronach, mniej więcej południowej i północnej, dwa wysokie pasma gór; na południowy zachód widać dość znaczne szczyty, środkiem owa niby równina, koryto poprzerzynane poprzecznie stokami gór. Wkoło Sien-si-fu było nieco zieleniej. Teraz przechodzimy przez znaczne, zupełnie prawie nieuprawne pustkowie, granitowe skały, wkoło nich coś, co mi puszczę afrykańską przypomina, ten sam rodzaj żwirowatego piasku twardego z gliną mieszanego, nieurodzajnego. Między Sien-si-fu a Kałganem widać całe pasmo pagórków jasno żółtych, które zdala robią wrażenie szczerego piasku; kilka godzin przed Kałganem znowu urodzajna gleba się rozpoczyna, wszystko jednak żółtawo-brunatna glina. Wszędzie w polu pracują, grupy po 5 do 6 ludzi skurczonych we czworo siedzi na ziemi i plewi zboże, zdaje mi się pszenicę. Ryżu tu naturalnie ani śladu — za mało wody. Ogromne stada owiec, z niesłychanie szerokimi, mięsistymi a krótkimi ogonami, jakich jeszcze nie widziałem. Spotykamy znaczne transporty szarosrebrzystych i białych błamów kozich; wszystko idzie do Pekinu. Ruch ciągle na drodze znaczny.
Ku Kałganowi osady coraz rzadsze, zawsze jednak chińskie; kobiety z malutkiemi nogami, co jest najlepszem kryteryum, boć Mongołki i Mandżurki nóg nie łamią, pozostawiają stopę jak ją Bóg stworzył. Nad wieczorem, po silnym acz krótkim deszczu, który nad nami przeleciał, nie mogę dłużej w tej przeklętej lektyce wytrzymać, siadam na osła. Chińczyki gwałt robią, że bramy miasta będą zamknięte; Mongoł i boy chiński puszczają się naprzód. Położenie Kałganu zupełnie inne jak sobie wystawiałem. Od zachodu, południa i północy zamknięty wysokiemi górami, które się tu łączą i zamykają koryto, którem jechaliśmy a które na wschód stąd otwarte i widne bez końca. Położenie śliczne, malownicze, widok rozległy na góry. Miasto chińskie długości ogromnej, musimy je całe przejść; stajemy przed bramą, którą przez niesłychaną grzeczność jeszcze dla mnie otwierają. Zajeżdżam jak w dym do Kokowina i Bassowa, handlarzy herbaty. Są to Rosyanie — ani słówka nikt tu innej mowy nie rozumie, jak po rosyjsku i chińsku. Jak mogę język łamię; serbski język bardzo mi się przydaje, jeszcze bardziej jednak słownik francusko-rosyjski, który mi na odjezdnem w Tokio darował Schewitch. — Kolacya dobitna, pokoje europejskie, robią arcydobre wrażenie; świeże mięso, rosół, piwo — niech im Bóg da zdrowie! Śpię godzin 10 bez przerwy i ani wiem, kiedy się robi ósma rano.
Ale kużdaja ricz maje swoju szatenseitu, powiedział jeszcze Homer. Pokazuję memu gospodarzowi paszport, wydany mi przez Czungli-Jamen, i list, który mi dano do jenerała tatarskiego, rezydującego w Kałganie, dowodzącego 9-ma czaharskimi pułkami, rozłożonymi wzdłuż granicy Chin właściwych i Mongolii. Mój gaspadin Bassow skrobie się w głowę, kręci nosem i powiada, że tu coś nie charaszò! Gdybym miał paszport jako kuryer rosyjski, tak jak Kumany ofiarował się dać, wtedy wsio charaszò, ale tu powiedziano w liście do owego jenerała tatarskiego, że ja będę za wszystko płacić. Tu niebezpieczeństwo, że na każdej stacyi będę się musiał użerać o cenę, za którą mnie przewiozą do następnej. Jeżeli więc mój tatarski jenerał nie zagwarantuje mi, że za naprzód oznaczoną cenę bez targów będą mnie z pośpiechem wieźli, jestem zdecydowany albo jechać pocztą ruską, wielbłądami, albo wracać na Pekin i Amerykę. Nie mogę ryzykować bycia na łasce i niełasce pojedynczych mongolskich starszych czambulskich. Poczta jednak wielbłądami jest również niemożliwa, bo strasznie powolna: 20 dni z Kałganu do Urgi, a do Kiachty miesiąc z czubkiem! Na moje szczęście przyszła odpowiedź od Tatara-jenerała: z grzeczności dadzą mi wszystko czego chcę, płacić będę co zechcę; kuryer pojechał już zawiadomić dalekie tabory mongolskie o moim przejeździe, Mongoły mają spędzać konie z głębi nieprzejrzanych stepów i czekać na mnie po stacyach. Mój gospodarz twierdzi, że mogę się puścić — więc się puszczę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.