Podróż na wschód Azyi/17 maja

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Tokio, 17 maja 1889.

Muszę wam dla ciekawości opisać przyjęcie, jakie mi w Sendaju zgotował gubernator, istotnie jak panującemu książęciu. W Oginohama, gdzie wysiadłem ze statku wiozącego mnie z Hakodade, czekała na mnie steam-lunch rządowa z oficerem policyi i całą eskortą na pokładzie. Wśród odpowiednich ceremonij przewieziono mnie najpierw na ląd, gdzie śniadanie i przebranie się. O 8-mej z rana ruszyliśmy steam-lunch'em ku Macuszimie, wszerz przecinając zatokę. Morze było nieco niespokojne, bałwany chwilami niemiłosiernie tą łupiną rzucały, wszystko trzeszczało; ale rozumie się dla decorum trzeba było faire bonne mine à mauvais jeu, i udawać spokojnego. Bogu dziękowałem, gdyśmy wpłynęli między wysepki, któremi zasiana zatoka Macuszimy. Jest to duma Japończyków, i słusznie, bo nie można sobie wystawić nic bardziej oryginalnego, nic piękniejszego. Setki wysepek, głazów rzuconych w morze, gdzieniegdzie śliczne sosny japońskie, jak na przekorę wichrom i burzom, zawisły na urwistych ścianach głazów, i otoczone krzewami dzikich azalij, teraz w kwiecie wieńczą karki i łby tych niby potworów z morza wychylonych. Krocie grot i przekopów między skałami, wyżłobionych przez wodę, gdzie się gnieżdżą miliony ptactwa morskiego; na tle sine góry lądu stałego.
Przybliżamy się nareszcie do Macuszimy. Na wzgórzu, otoczona wiekowemi kryptomeryami, starożytna pustelnia i świątynia buddystów, fundowana przez książąt Sendaju lat 400 temu. Tuż nad morzem śliczny pałacyk potomków owych możnowładców; wszędzie cudowne drzewa, idealna zieloność. W tym pałacyku ofiarują nam śniadanie. Tu zjawia się jeden z wyższych urzędników, wysłany przez gubernatora na powitanie mnie. O świątyni pisać trudno, bo trzebaby tom spisać. Jest to jeden z najstarszych nietkniętych zabytków. Wkoło świątyni w skale kute groby, oraz mieszkania pustelników i pielgrzymów, bardzo przypominają dziś opuszczone i jako zabytki dawno minionych czasów pokazywane pustelnie i świątynie w Indyach koło Bombaju: Elephante, Karli i t. p. — W świątyni zwróciły głównie moją uwagę trzy statuy pierwszych pustelników, co tu osiedli, i wspaniałe malowidła na jedwabiu, rozwieszone na ścianach, przedstawiające pielgrzymkę któregoś z cesarzów chińskich do jednego z czczonych wielce pustelników. Tu widać też łowy cesarskie; między łowcami Tatarzy, na łbach ogolonych czapki noszą zupełnie takie jak hucuły kołomyjskie: czapka spiczasta, czerwona, bramowana szeroko futrem wilczem.
Około 3-ciej z południa ruszamy koleją do Sendaju, stolicy prowincyi. Tu na dworcu oczekuje całe grono urzędników policyi i t. d. Siadamy do riksy; przed nami karakuluje drugi sekretarz gubernatora i oficer policyi; za nami cały ogon urzędników w riksach. Tym tryumfalnym pochodem ruszamy do przygotowanego mieszkania w jakimś niby klubie japońskim. Pokój recepcyjny dla mnie przeznaczony, zupełnie europejski. Ledwie mam czas się przebrać, już anonsują się wszystkie władze miasta i okolicy. Nareszcie zjawia się pierwszy sekretarz gubernatora w czarnym surducie, zapięty, w rękawiczkach; po przywitaniu zwykłem, ofiarowawszy mi wśród nieskończonej ilości ukłonów swą kartę wizytową, oświadcza w długiej przemowie, że gubernator cierpiąc bardzo na oczy, nie może mi się osobiście przedstawić i uszanowanie złożyć. Oświadczam przez tłumacza, że boleję dotkliwie nad niedyspozycyą gubernatora, że jednak spodziewam się, że zechce mnie przyjąć u siebie. Nie przetłumaczono jeszcze tego mego życzenia, gdy spostrzegam okrutne zaniepokojenie na twarzach wszystkich obecnych honoracyorów; takiego życzenia nie spodziewano się; krótka narada między tymi panami; ów pierwszy sekretarz wśród niezmiernych ukłonów znika; po dobrej półgodzinie zjawia się, i znowu wśród ukłonów i gradu słów pochlebnych a uniżonych oświadcza, że Jego Ekscelencya prosi mnie bym się nie fatygował; rozpacza, że poznać mnie nie może, ale leży w łóżku, więc w żaden sposób przyjąć mnie nie może. Każę znowu powiedzieć, jak niezmiernie boleję nad tą nową przeszkodą i oświadczam tym razem, że rezygnuję z zaszczytu poznania Jego Ekscelencyi. Nowe ukłony; poczem oświadczają mi, że gubernator miał zamiar ofiarować mi ucztę, ponieważ jednak nie mógłby być sam obecnym, prosi bym wybaczył, że mi jej ofiarować nie może. Ja znowu żałuję i oświadczam, że zapraszam wszystkich tych panów do siebie na obiad.
Tymczasem wyrażam żądanie oglądania koni, produktu ogierów amerykańskich i węgierskich (przed paru laty przez Graeckoitza rządowi japońskiemu sprzedanych) i klaczy japońskich. Wśród podobnej więc jak przedtem eskorty, jadę oglądać te konie. Węgierskiego pół-krwi pokazują mi tylko jednego, amerykanów kupę — lichota. To zabiera nam półtorej godziny czasu, tak że ze zmierzchem dopiero wracam do swego mieszkania. O wpół do ósmej obiad. Dziewięciu honoracyorów zasiada ze mną i Hirschem do stołu. Obiad europejski; więc ci panowie z dubeltową radością i zaszczytem zasiadają. Zupa, którą jeść już umieją, spowodowuje jednak hałas podobny do sposobu jedzenia bezrogów. Przy pieczystem wstaję i wznoszę w angielskim języku toast na cześć gubernatora, prosząc obecnego jego zastępcę, by zechciał być tłumaczem moich uczuć wobec swego pana. Drugi toast wznoszę na cześć urzędniczego stanu w Japonii. Japończyki mają nader słabą głowę; to też szampan, którego zaledwie dwie buteleczki wypito, poskutkował nadspodziewanie. Zasypują nas pytaniami, mnie proszą o zdanie o chowie koni w Japonii; ja z miną gęstą palę wykład o koniu w Japonii, jego wadach i zaletach i środkach, za pomocą których podnieśćby można rasę; naturalnie dowodzę im, że konie amerykańskie są zupełnie do niczego, a tylko nasze mogłyby się przydać. Na drugi dzień wyjeżdżam, wśród istnej ulewy; na dworcu kolei znowu cała chmara urzędników żegna mnie w imieniu gubernatora. Stojąc w oknie wagonu, żegnam ich protekcyonalnym uśmiechem i skinieniem głowy.
Opisałem ten pobyt, bo był prawdziwie zabawny. Dodać muszę, że to mniej więcej był sposób przyjmowania mnie wszędzie, dzięki listom rekomendacyjnym ministra spraw zagranicznych hrabiego Okuma, które miałem do wszystkich gubernatorów. Sendaj to ciekawe miejsce, tu bowiem przez całe dwa wieki przechowywano w ziemi i kominach owe rozliczne pamiątki katolickie, o których swego czasu pisałem. Kupiłem fotografie najciekawszych z tych przedmiotów, dziś w muzeum narodowem w Tokio przechowywanych. Z powrotem tutaj nie zastałem, niestety, żadnych wiadomości z domu, — tłumaczę sobie to tem, że nie wiedziano, czy warto jeszcze do Japonii do mnie pisać. Rachuję na pewno na listy w Irkucku, Ekaterynburgu, Moskwie.
Powinien byłem dawno już wyjechać, ale wiedząc, że się nigdy więcej nie ma powrócić w te strony, okropnie żal wyjeżdżać, nie zobaczywszy przynajmniej najpiękniejszych, najciekawszych części. Czuję, że zaczynam najfatalniej bałamucić, czuję, że źle robię, ale jak wsiądą na mnie ci panowie, jak poczną dogadywać, że szkoda nie widzieć tego lub owego, że to lub owo niesłychanie ciekawe i t. d., i t. d., tak mimo wszelkich dobrych zamiarów, mimo wyrzutów sumienia, zostaję się jeszcze dziesięć, jeszcze pięć dni, i tak rośnie ten pobyt w nieskończoność. Tym razem na seryo jednak mam zamiar wyjechać 25 b. m. Czas się nieco uspokoił, wichry wiosenne minęły, lato się zaczyna, truskawki tu jadamy; róże kwitną... Teraz mogę spokojnie i z nadzieją w Bogu zajechania szczęśliwie, puścić się w drogę.
Jutro będę miał konferencyę z tutejszym ministrem rosyjskim, który ma mi dać listy rozmaite i dokładną kartę Chin północnych i Syberyi wschodniej, rzeczy niezbędne do mej podróży. 25-go wyruszyłbym z Kobe, tj. jednego z głównych portów Nipponu via Nangasaki do Fusan, stąd do Cien-Cin. Fusan leży w Korei; chcę tą drogą ruszyć do Chin, by tym sposobem zajrzeć trochę przynajmniej do Korei, i mieć jakie takie o tym kraju pojęcie. — Mnóstwo jeszcze zostaje okolic w Japonii, których nie widziałem i widzieć nie będę; ale darmo! i tak zbyt długo bałamucę. Zresztą już dziś mogę śmiało rzec, że widziałem ten kraj dokładniej niż 99% turystów, bo od południowych do północnych jego krańców. Dodam, że doprawdy chciałbym duszą i sercem być już w domu, módz raz przestać pakować, rozpakowywać! Boże, kiedyż to nastąpi?!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.