Podróż na wschód Azyi/13 sierpnia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Z Urgi do Kiachty, 13 sierpnia.

Nareszcie trochę mi się noga poprawiła. Trzeba było ruszyć.
W niedzielę, tj. 11-go rano, przed samym odjazdem z Urgi, powiadają mi, że o świcie zjawił się tu p. Jandrincew, redaktor irkuckiej gazety, wracający z naukowej wyprawy do Karakorum. Karakorum, to nekropolis dawnych hanów mongolskich i szczątki przedwiekowej ich stolicy; ale co więcej, Karakorum to dla wielu do niedawna legenda! Wszak nie wiedziano, czy i co z tej stolicy — o której Marco Polo wspomina — wogóle pozostało, gdzie ona leżała? Gdy mi więc powiedziano, że on z Karakorum wraca, jak gdyby kto do mnie strzelił! Naturalnie zostaję do wieczora, by tego najciekawszego z ludzi zobaczyć, wypytać. Mówi po francusku. Jest redaktorem jedynego wychodzącego w Irkucku pisma Wostocznyj Wiestnik. Pismo od czasu śmierci jego żony podupadło, żona miała energię i rozum, on sam dobry człowiek, ale nie orzeł. Deportowany z uniwersytetu moskiewskiego za zbyt głośno objawiane zapatrywania polityczne, nie stary jeszcze ale siwiuteńki; typ uczonego rosyjskiego; rosyjska koszula czerwona, pod surdutem kroju francuskiego, a na głowie helmet angielski. Wylewa wśród rozmowy mnóstwo mdłych ogólników; z rządu niekontent, dla Europy sympatya, za wolnością tęsknota, to też w Irkucku, na redagowaniu małego pisemka musiał marnieć. Napisał książkę ciekawą, jako aglomerat ogromny źródeł i dat: »Sybir jako kolonia«.
Tego wszystkiego, ale rozwałkowanego strasznie, musiałem wysłuchać nim przeszedł na temat Karakorum. Był tam istotnie we trzech, ze sługą Buryatą i przewodnikiem, na trzech lichych konikach, ledwie mając co w usta wziąć. Od rządu dostał zapomogi na tę ekspedycyę 50 czy 100 rs. i z tem się puścił. I dotarł! Widział ruiny starego Karakorum: pyszne marmury, statuy, posągi, kolumnady, pałace, ulice — wszystko to wśród najdzikszego, najpustszego stepu! Wierzyć mi się uszom nie chce, ale pokazuje rysunki z grobowców jakichś, z fasad czy posągów. Biedaczysko musiał rysować, bo nie miał za co aparatu fotograficznego kupić. Więc istotnie to Karakorum istniało i istnieje, pyszne, wspaniałe, o przepychu i wysokiej cywilizacji twórców i mieszkańców świadczące. Z Urgi 4 do 5 dni drogi. Pytam, czy nie myśli tam jeszcze powrócić? Owszem, ale nie zaraz. W Kiachcie lub Irkucku się mamy zobaczyć, omówić szczegóły ponownej wyprawy, boć on głodem zmuszony, zawcześnie musiał wrócić. A więc jazda.
Z Urgi do Kiachty krajobraz podobny do poprzednich. Droga straszna! — pięć godzin do pierwszej stacyi; minąwszy ją, dopiero wydostajemy się na właściwy karawanowy, wielki trakt Pekin-Kiachta, który dotąd leżał na północny wschód od nas; myśmy jechali krótszą drogą, ale i tu miejscami droga straszna. Pochyłości niesłychane, telega się tak chyli, iż nieraz przekonany jestem, że leżeć muszę. Stąd humorek się psuje, co odczuwa głowa nieszczęsnego mojego kozaka Buryaty, który aż do Kiachty ma mię dostawić. Teren coraz bardziej górzysty, falisty, ale i żyzniejszy. Drugiego dnia spotykam pola uprawne, przynajmniej chcące za takie uchodzić; Chińczycy-koloniści, tu wśród stepu osiedli, próbują szczęścia w uprawie ziemi. Od czasu do czasu widne też zdala na szczytach gór, zwłaszcza na północnych stokach, lasy: brzozy, sosny, gdzieniegdzie owa limowina, com ją wśród najpustszego spotkał stepu; raz nawet przejeżdżamy przez istotny, zwarty starodrzew. Wreszcie dnia trzeciego rano wyruszam z ostatniego w Mongolii noclegu. Szkoda, że i to już minęło! Było wiele przykrych chwil, wiele trudności, niewygód; ale cóż na świecie piękniejszego, jak pożyć dni kilkanaście w stepie! Ta wolność, ta swoboda, jakże miłym i zazdrości godnym zrobiły one Mongoła? Lud biedny, po największej części w łachmanach, ale wolny na swym koniu jak ptak, swobodny, to też wesół, śpiewa, śmieje się, wiecznie żarty, dowcipy. Czy o 4-tej rano wyjeżdżałem, czy w żar południowy, zawsze miałem przed oczyma uśmiechnięte twarze. A nader poczciwy to lud, zwłaszcza w głębi stepów; jedyna zbrodnia, którą się dopuszcza, i to rzadko, to kradzież koni; pytałem o to w Urdze; inne zbrodnie nie zdarzają się nigdy; karą za kradzież konia jest kango, tj. deska z dziurą na głowę i ręce; kiedy większa kradzież, to nogi w podobną deskę zakuwają. Widziałem po Urdze spacerujących z taką deską na karku; ale co ciekawsze, to że widziałem takiego zakutego jak spał twardo z głową w tył zwieszoną jakby odciętą.
Jakaż to noc była wczoraj na pożegnanie! Co za księżyc, co za gwiazdy, co za cisza! Niestety na zawsze to wszystko minęło, istnie jak sen! Wczoraj wieczorem, dobrze po zachodzie, wyglądam z namiotu; pełnia cudowna zaprasza, by ją podziwiać; porządnie chłodno, wdziewam więc burkę, wysuwam się cichutko z jurty, by nie zwrócić uwagi którego z nazbyt usłużnych Mongołów; siadam przed jurtą marzyć, dumać, podziwiać. Lecz cóż? Mongolia to kraj, gdzie mając białą na twarzy skórę i będąc »figurą«, nigdy się nie może być sam na sam. Nawet w chwilach kiedy najbardziej się tej samotności z natury rzeczy potrzebuje, jeżeli nie człowiek, to przynajmniej pies jakiś pilnuje cię, by go za to zasłużona nagroda nie ominęła. Psy bowiem tutaj jak w Stambule zastępują śmieciarzy. Więc i teraz nie mija pięć minut, już trzech Mongołów, nocnych mego namiotu wartowników, siedzi koło mnie, i myśląc zapewne, że ta ekscelencya barbarzyńska chyba zwaryowała, wytrzeszcza sześcioro oczu prosto mnie w nos, śledząc i komentując półgłosem każdy mój ruch, każde moje spojrzenie. Wściec się doprawdy!
Ostatniego dnia, tj. dziś rano, przyjeżdżamy przed rzeczkę nie szeroką, ale nader głęboką. Przewóz przez tę rzeczkę najprymitywniejszy, jaki dotąd widziałem; dwa ogromne pnie do połowy wydrążone, kilku deskami do kupy zbite; na to wtaczają moją telegę, tak że koła aż po osie w wodzie zanurzone, i za pomocą drągów przepływamy przez rzekę. Smutne jednak myśli ogarnęły mnie na ten widok. Tędy idzie od lat dziesiątek czy setek handel herbaciany do całej Rosyi, tędy płyną całe strumienie wozów i wielbłądów ładownych herbatą, która daje miliony bogaczom sybirskim — i nie zdobyto się nawet na prom uczciwy! To zdaje mi się przykład wyjaśniający, czemu Słowianie Niemcom, Anglikom nie mogą wyrównać — słowiańska gnuśność.
Krajobraz robi się na chwilę górskim zupełnie; stajemy na znacznej wysokości. Przed nami widok niezmierzony; płaszczyzna miejscami piasczysta, dalej lasy ciemno - zielone, potem sine, góry niebieskie, wreszcie szare, nareszcie lasy i góry nikną w firmamencie. To już zabajkalski kraj — Syberya.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.