Podróż na wschód Azyi/12 marca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paweł Sapieha
Tytuł Podróż na wschód Azyi
Podtytuł 1888-1889
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Jokohama (Tokio), 12 marca.

Wystawiam sobie jak, podczas kiedy tu siedzę, wszystkie dzienniki europejskie, notując fakt nadania konstytucyi narodowi japońskiemu, rozpowiadają przy tej okazyi niezliczone mniej lub więcej znane przypowiastki, mające rozszerzyć i uzupełnić wiadomość czytelników o tym tak dziwnym ludzie i kraju. Co prawda, jakież bo są te wiadomości, które przeciętny Europejczyk ma o Japonii, jak wogóle o reszcie świata? Powiedziałbym prawie żadne! Tak samo o sztuce i rękodziełach, wogóle produktach ściśle japońskich, to jest przez Japończyków dla Japończyków robionych, nikt prawie właściwego wyobrażenia nie ma, sądząc z lichot rozmaitego gatunku, robionych przez spekulantów na eksport; tak samo i jeszcze w wyższym stopniu sądzi Europa o Japonii, powiedzmy: o całej może Azyi, z małymi nader wyjątkami, z dzieł i dziełek spisywanych często na kolanie w wagonie, lub na statku entre deux repas, przez tak zw. podróżnych, czyli ludzi, którzy najczęściej, w dobrej wierze zresztą, z błahych pozorów o istocie rzeczy sądzą, z koperty lub nagłówka o treści całego listu wnioskują, według etykiety chcą poznać, znać i módz z prawdą zgodnie opisać jakość, smak, zapach, siłę, słowem istotę wina w butelce zawartego, nie skosztowawszy go naprawdę wcale! Jak niesłychanie trudnem jest zadanie Europejczyka, biorącego się do opisania jakiegoś kraju, a bardziej jeszcze jego mieszkańców, jeżeli ludzie ci nie należą do tej samej, co my rodziny ludów, w innych warunkach wzrośli, a cywilizacya na innych danych, na innych od naszych premisach oparta, najdosadniejszym tego dowodem jest dzieło p. t.: Les Chinois peints par eux-mêmes, par le colonel Tseng-ki-tong, attaché mil. de Chine à Paris, które przed kilku laty w Paryżu na jaw wyszło, dzieło — jeśli wogóle na ten zaszczytny tytuł książka ta zasługuje — które obecnie czytam, studyuję.
Chińczyk, ipso facto sprytny, więc i rozumny; do tego Chińczyk wysłany przez własny rząd do Europy, jako attaché militaire, i to wysłany po ostatniej wojnie chińsko-francusko-angielskiej, więc w chwili kiedy Chiny dosadnie się przekonały, że pod względem militarnym trzeba im zmienić system, pójść za przykładem mocarstw europejskich — otóż więc taki Chińczyk, spędziwszy lat dziesięć w Europie, niestety tylko w zachodniej, bierze się do opisania Chin w porównaniu do Europy, czyli stawia się na stanowisko o ile możności zbliżone do stanowiska europejskiego, by tym sposobem swój opis Chin dla Europejczyka jak najbardziej uczynić zrozumiałym. Cóż jednak się dzieje? — zamiast opisywać, porównywa Europę i Chiny, daje się porwać pokusie i głównie krytykuje Europę. Tu pokazuje się, że nawet przeciętnie sprytniejszy od Europejczyka Chińczyk, nawet po dziesięciu latach pobytu, nie zrozumiał, nie poznał Europy jako całości, a społeczeństwa, w którem żył, w szczególe. Popadł w ten sam błąd, który u Europejczyków tak krytykuje, tj. powierzchowność. Przeczytał Woltera i Musseta, liznął trochę nawet Biblii, obracał się niby w najwyżej umysłowo stojącem społeczeństwie Europy, i strzela też w większej części swych aprecyacyj bąka po bąku. A przecież nie przesadzę, zdaje mi się, twierdząc, że Europejczyk, któryby tyle dokazał np. w Chinach, co ów attaché militaire w Europie, tj. któryby nietylko nauczył się języka mandarynów (tyle co francuski w Europie), ale przeczytał kilkanaście dzieł uczonych chińskich i poetów, ba nawet sięgnął do ksiąg Konfucyusza (miasto Biblii) — Europejczyk taki uchodziłby w Europie za pierwszorzędną powagę jako chinolog, zdanie jego byłoby alfą i omegą, wystarczałoby przeczytać dzieło jego, by znać à fond i rozumieć Chiny!
Na ten temat możnaby jeszcze godzinami pisać. Nim wrócę do Japonii, zacytuję zdanie, raczej życzenie mego autora Chińczyka: »Sądzę, że kraje cywilizowane powinnyby założyć akademię, któraby kontrolowała książki o wrażeniach z podróży i publikacye o obyczajach obcych krajów. Czemuby nie zrobiono sanitarnego kordonu przeciwko kalumnii?« Pod wrażeniem tego pium desiderium mojego szanownego autora Tseng-ki-tonga, patrzę na kraje, które zwiedzam; pod tem wrażeniem zwłaszcza notuję coraz rzadziej tak zw. wrażenia z podróży w moim dzienniczku! Zamiast pisać, kupuję fotografie, te przecie w niższym stopniu kłamią, jak autorowie opisów podróży, choć i one kłamią, bo nie mówią nic o kolorycie, o oświetleniu, same kontury ludzi i krajów notując.
Czytając większość opisów podróży po Japonii, nabywa się mimowoli wyobrażenia, że ta przyroda tutaj, to miniatura przyrody gdzieindziej, że ludzie tu liliputy, i to liliputy, dzieci, umiejące ładniutkie rzeczy w bronzie wyrabiać, ładniutkie figurki z kości słoniowej wyskrobywać, śmiać się, jeść nader malutko malutkie owoce i zdziebełka ryżu. Wszystko w diminutywach, wszystko w miniaturze; ludek głupiutki; łaskawi nań zowią go narodem małpim, dlatego, że doszedłszy nagle ni stąd ni zowąd do przekonania, że cywilizacya europejska stoi najwyżej ze wszystkich innych, z pośpiechem istotnie zadziwiającym przerabiają siebie i swój kraj na wzór europejski! Nie przeczę, że ludek, liczący jednak podobno wyżej 36-ciu milionów dusz, na pierwszy rzut oka w niektórych swych przedstawicielach dziwne robi wrażenie, tj. wrażenie niedorosłego moralnie i fizycznie. Zapewne, że większość, zwłaszcza południowych Japończyków, nie dorósłszy miary zwykłej, wypsnęło się Stwórcy z rąk na ziemię. Żeby to były liliputy, przeczę, bo już w tym krótkim czasie, który tu bawię, spotkałem niejednego wzrostem mnie zupełnie równego! Co do dziecięcości Japończyków, owej tak zwłaszcza przez Francuzów okrzyczanej dziecięcości, naiwnej wesołości, to, o ile widzę, rzeczywiście mają poniekąd racyę ci panowie; ale zaiste trzeba być nader ograniczonym, by ową tradycyonalną, niestety coraz podobno bardziej w niepamięć idącą grzeczność i uprzejmość względem każdego i wszystkich, wielkiego i małego, biednego i ubogiego, ów może co prawda nieraz według naszych pojęć za daleko idący konwenans we wzajemnych stosunkach towarzyskich obu płci, ów prawie wieczny uśmiech na twarzy Japończyka, a tak częste, daleko się rozlegające wybuchy śmiechu — brać za dno charakteru narodu, a nie za to czem owe przedmioty są, tj. za objawy temperamentu z natury wesołego, a ujętego w formy starannego wychowania. Trzeba być ślepym, by módz tak sobie od niechcenia, jak ci panowie to czynią, à la légère traktować to całe społeczeństwo japońskie, jakby ładniutki gracik! Toć przecie ci ugrzecznieni Japończycy przeprowadzają z bezprzykładną wytrwałością i siłą woli proces przeistoczenia kilkudziesięcio milionowego społeczeństwa w kilkunastu latach! Z barbarzyńców (zawsze w pojęciu liberała postępowego) stają się w latach 18 czy 20 społeczeństwem, na równi stojącem pod względem wynalazków, nauki i t. d., ze społeczeństwami od lat dziesiątków nad ucywilizowaniem się pracującemi; toć ci Japończycy, zupełnie nie myśląc o utworzeniu wygodnego dla kupców europejskich targowiska ze swego kraju, biorą z Europy i Ameryki północnej to co za pożyteczne uważają, mając zresztą Europę i Europejczyków za środek dla siebie, za cytrynę, która po użyciu wyrzuca się; i nietylko nie oddają im kierownictw lub własności swych wielkich przedsiębiorstw handlowych, ale nawet do wnętrza swego kraju ich prawie nie puszczają. Wreszcie Japończycy, owe niewiniątka, które według pp. podróżnych nie mają mieć najmniejszego przywiązania do religii, skoro ktokolwiek, swój czy obcy, zrani choćby najniewinniej ich uczucia religijne, mażą to przewinienie krwią winowajcy! Fanatyzm religijny może tutaj potężniejszy u jednostek, niż w Chinach, zwłaszcza między sintoistami. Wszak sześć dni przed naszym przyjazdem tutaj, w dzień ogłoszenia konstytucyi nowo nadanej, zebrane ciało dyplomatyczne i dwór, daremnie i ku wielkiemu ogólnemu zdziwieniu czekały na przybycie ministra oświecenia. Po chwili nareszcie dowiedziano się, że minister ten nie żyje, gdyż został właśnie zamordowany. Zupełnie niepojęta energia i decyzya, spokój i przemyślność owego mordercy. Minister oświecenia przed półtora rokiem zwiedzał jedną ze świątyń sintoistów; przyczem nie zdjął wbrew obyczajowi obuwia i podniósł kotarę, zasłaniającą świętości, w sposób nie okazujący uszanowania, bo laską. Syn kapłana owej świątyni poprzysiągł zemstę. Przez najrozmaitsze, niesłychanie skomplikowane drogi i wykręty udało mu się otrzymać audyencyę u ministra, pod pozorem, że chce go ostrzedz przed zamachem na jego życie. Udał krótkowidzącego, by mieć pretekst zbliżenia się do ministra. W chwili gdy o kilka kroków od siebie byli i zamieniali zwykły ukłon, morderca utopił nóż swój ogrodniczy w brzuchu ministra.
Podobno tych parę uwag wystarczy, by dać do myślenia, że uprzejmość i uśmiech na twarzy, to nie są jedyne rysy charakterystyczne Japończyków. Że ta cywilizacya europejska narzucona, wciśniona na ten naród, równa się klęsce narodowej, to może możnaby jako hipotezę, mającą wiele pro, mało contra, pod dyskusyę poddać. Że dziś nikt nie wie i wiedzieć nie może, jakie będzie jutro w Japonii wobec nadania owej, co najmniej niewczesnej konstytucyi — to także nie ulega wątpliwości.
Oto moje pierwsze wrażenie o Japończykach!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paweł Sapieha.