Pacierz staruszka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
VII. Pacierz staruszka.
(Z Gessnera).




Gończe złotego słońca, różana jutrzenko!
Jużeś to w chatki mojéj zajrzała okienko?
O jak ślicznie z twéj twarzy promień bije czysty
Przez te młode gałązki leszczyny krzewistéj!
I ty, coś tu pod belką zlepiła gniazdeczko,
Nucąc sobie, świat biały witasz, jaskółeczko!
Już i ranny skowronek wdzięczny głos wydaje,
Wzbiwszy się lekkim skrzydłem na powietrzne kraje.
Wszytko ze snu głuchego przyrodzenie wstawa;
Zwilżona chłodną rosą podniosła się trawa.
Każdy się kwiat rozwija i kształt bierze żywy.
I mnie się zdaje, że mój włos odmłodniał siwy.
Kiju mój! ty starości méj wierna podporo,
Prowadź mię; już bez ciebie w tym wieku niesporo.
Za tym sobie ogródkiem na wschód słońca siędę
I łąkom się zielonym przypatrować będę.
Lasy, pagórki, pola nieścignione okiem,
O jak cudnym myśl błędną karmicie widokiem!

Którekolwiek mych uszu dolatują pienia,
Wszystkie są głosem szczęścia, głosem dziękczynienia.
Pastuszek na ugorze, ptaszek na gałęzi
Opiewa słodką radość, co mu serce więzi.
Skaczą wesołe trzody po wzgórkach zielonych,
Po dolinach czystemi strugi przeplecionych
Harcują tłuste capy, byk się zbija z bykiem,
Każdy hucznym wesele okazując rykiem.

Długoż, ach! długoż jeszcze, Twórco mój łaskawy,
Patrzać będę na dziwne boskiéj ręki sprawy
I świadkiem twéj dobroci? Już dziewiąty schodzi
Krzyżyk wieku, jako się w śliczną postać młodzi
Po białéj zimie wiosna; a gdy myśl skrzydlata
Patrząc na czas upłynny, ściga zbiegłe lata
I plac ów dwoma kresy otoczony mierzy,
Co się miedzy mym grobem i kolebką szerzy;
Cała ta niezmierzona perspektywa okiem
Dni jasnych, dni fortunnych upływa potokiem.
Ach! jak serce me pała, wiekuisty Boże!
Ta radość niezwyczajna, którą ledwo może
Zająkliwy wyrazić język, te łez tonie,
Które hojnym strumieniem płyną po mym łonie,
Znam dobrze, jak są podłe, jak słabe podzięki
Za wszystkie dobrodziejstwa, które-m wziął z twéj ręki.

Płyńcie hojnym potokiem, płyńcie oczy moje,
Wytaczajcie obfite łez rzęsistych zdroje.
Przeżyłem tyle latek; miło wspomniéć na to.
Że mi wszystkie tak zeszły, jak rozkoszne lato.
Ile dni, tyle pociech; a lubo je która
Nagłego smutku czasem zasępiła chmura,
Były-to owe tylko krótkie drzewołomy,
Co z gęstym deszczem straszne wysypawszy gromy,
Po małéj chwili nikną, a swemi przechody
W cudniejszy kształt obleką pola i ogrody.
Nigdy letniego słońca bystremi pożogi
Nie zmniejszyły się na mych gruntach plenne brogi,
Nigdy mróz tęgi rosłych szczepów mi nie skaził,
Nigdy przymorek dojnych krówek nie zaraził,
Nigdy, srogiemi brzucha zmęczony przemory,
Nie wlazł wilk krwawożerca do mojéj obory,
Ani mi kiedy tłustych baranów podawił.
Nigdy w méj chatce długo zły wróg nie zabawił.

Wszystko szło mi szczęśliwie, wszystko jako z płatka.
Była bogata chatka, poczciwa czeladka.

A któż jeszcze wyrazić radość owę zdoła,
Gdy mię nadobne dziatki obsiadły dokoła,
Kiedym jedne prowadząc za drobniuchne ręce,
Uczył bezpiecznie stawiać stopki niemowlęce;
Drugie skacząc na łonie z uciesznym pośpiechem,
Bawiły płochą mową i wdzięcznym uśmiechem?
A ja patrząc na owe płonki młodociane,
Myślałem sobie w sercu: póki lata rane,
Póki rószczki niedoszłe, póki listek wąski,
Trzeba miéć pieczą o was, drogie me gałązki!
Będę was od wszelkiego trafunku ochraniał,
Krzosał, odwilżał, czyścił, przykrywał, zasłaniał.
Wiem, że Bóg dobrotliwy ziści me nadzieje:
Każda się z was bujniejszym liściem przyodzieje,
Każda setny da owoc, a wasze téż cienie
Dadzą starości mojéj słodkie przygarnienie.
To myśląc, do serca-m je uprzejmie przytulał
I częstom się w tych myślach hojnie łzami ulał.
Teraz, gdy już pod twoją opieką urosły,
Twórco mój, i niepłonne owoce przyniosły;
Ciesząc się z trosk podjętych i z łożonéj prace,
Czekam, póki śmierć w domek mój nie zakołace.

Tak właśnie rosły moje najmilsze pociechy,
Jako oto te gruszki, oto te orzechy,
Com je przed laty, by mi skwar letni nie wadził,
Około chatki mojéj we dwa rzędy sadził.
Teraz, gdy roztoczyły szerokie ramiony,
Mam z nich w jesieni owoc, mam w lecie zasłony.
Tyś sama, ty trosk moich, ty żalów jedyną
Stałaś się, ukochana małżonko, przyczyną!
Ty bieg radości trwałych, niestety! przerwała,
Gdyś mi z oczu w podziemne kraje uleciała.
Pomnę, ach! pomnę, kiedy przy ostatnim skonie
Złożyłaś napół martwą głowę na mym łonie;
Kiedym struchlałą ręką oczy twe zawierał
I z tobą razem z srogich frasunków umierał.
Już to dwunasta wiosna mija od téj daty,
Jak twój grób łzami zlewam i sypię nań kwiaty;
Lecz wkrótce dzień wesoły, dzień przyjdzie fortunny,
Co me kości położy obok twojéj trunny,

A te serca, co w ślicznéj wiek spędziły dobie,
I po śmierci spoczywać będą w jednym grobie.
Kto wie, kto kiedy boskie zbadał tajemnice,
Jakie życiu ludzkiemu zamierzył granice?
Może i dziś (ty sam znasz, nieśmiertelny Panie!)
Skołatana starością łódź u brzegu stanie.
Różnemi się sposoby śmierć o człeka kusi:
Młody może, lecz stary prędzéj umrzéć musi.
Cóżkolwiekbądź, dziękuję-ć, święta Opatrzności!
Żeś wiek mój aż ostatniéj podała starości.
Ta miękka włosów wełna, ten blask śnieżnéj brody
Nie są-ż to najgłówniejsze łask twoich dowody?
Jeden wziął skarby drogie, drugi imię świetne,
Najwięcéj, co ze zdrowiem wziął życie stoletne.
Wietrzyku! co tu sobie lekko polatujesz,
Jedne ziółka kołyszesz, a drugie całujesz,
Nie gardź tą siwą bródką, a przez wdzięczne wianie
Daj téż jéj nad miód słodszych ust pocałowanie.
Szacowniejsza ta starość, ten wiek ubielony,
Niż w misterne pierścienie warkocz utrefiony
Udatnego młodzieńca, lub kiedy roztoczy
Cudniejszy włos Cytera Argusowych oczy;
A z czoła powabnego i brwi jasnozłotéj
Rani serca pochopne żarzystemi groty.
Niechże ten dzień wesela mojego dowodem
Będzie, niech uroczystym jaśnieje obchodem.
Zbiorę me dziatki, wnuczki, z prawnucząt orszakiem,
I te, co są w pieluchach, i co pełzną rakiem.
Oddam dobroczynnemu hołd powinny Bogu,
Zbuduję z darnia ołtarz u méj chatki progu.
Otoczę różnofarbnym wieńcem siwe skronie,
A drżącą ręką brząkać będę na bardonie.
Wszyscy staniem wokoło, a na dziękczynienie
Za wzięte dary słodkie uczynimy pienie.
Potym stół posypawszy kwieciem, jeść ofiarę
Upieczoną będziemy i pić wino stare.

To wyrzekszy staruszek, wrócił się do chatki
Budzić na spólny pacierz jeszcze śpiące dziatki.
A już i słońce ruszać poczęło z-za chmury
I z grzędy pozlatały na dół czujne kury.
1770, I, 395 — 405.