Ostrożnie z ogniem/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ostrożnie z ogniem
Data wydania 1849
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Jan niemogąc przesiedzieć tego roku daleko od Julji, pozostał u ojca. Zdawało mu się, że bliżej jej będąc, łatwiej wytrzyma rok próby. Siedział smutny, chory w Jarowinie, błąkał się po otaczających lasach, lecz posłuszny woli Julji, nigdy nawet nie poszedł odwiedzić ławki pod dębami, chyba nocą. Nieraz widział z daleka powóz, którym jechała Julja, nieraz mignęła mu się biała jej suknia, a ludzie opłaceni donosili mu z najdrobniejszemi szczegółami co się działo w Dąbrowie.
Julja myślała, że był w Litwie.
Tym czasem prezes, przy swojem sknerstwie dziwaczny, przeniosłszy panowanie do domu podkomorzynej, nie bardzo był rad nowej swojej dziedziczce, której widocznie nie lubił. Ciągłe wymagania pomocy pieniężnych robione w różny sposób przez podkomorzynę, niecierpliwiły go i gniewały. Łajał podkomorzynę, bił jej służących, a Matyldzie, której sentymentalnych tonów niecierpiał, dogryzał najbardziej. Wszystko w niej mu się niepodobało. Pewny, że go tu nie pożegnają zrzeczeniem się jego fortuny, jak w Dąbrowej, pozwalał sobie co mu na myśl przyszło. W ostatku ulubionego bardzo pannie Matyldzie młodego, pięknego i wcale do rzeczy, ale zupełnie ubogiego starającego się — odpędził bez żadnej innej przyczyny nad to, że był ubogi.
Napróżno starano się go uprosić, pokonać, wymodlić pozwolenie, prezes im bardziej naglony, upierał się coraz mocniej. Trzeba było wypowiedzieć dom panu Tadeuszowi, a na jego miejscu sam prezes wprowadził ślepego wprawdzie na jedno oko i głupiego w najoryginalniejszy sposób, ale bogatego pana Safetycza.
Safetycz był głupcem rozumnym — niezmiernie wiele zjadł xiążek, bardzo dobrą miał pamięć, ale to było najograniczeńsze w świecie stworzenie. Świata, ludzi, siebie nierozumiał, wszyscy szydzili z niego, on wszystko brał za dobrą monetę. Naprowadzony na uczoną materję, sypał jak z rękawa wiadomości połamane, poduszone, które w jego mózgownicy jak w magazynie ciemnym i wilgotnym, upakowane leżały. Starając się o Matyldę, cytował wszystko co czytał o miłości, czując tego potrzebę, i najnaiwniej w świecie przyznawał się, że wielu rzeczy zrozumieć nigdy niemógł. Tysia bała się go jak ognia, gdyż ją przygniatał swoją erudycją, podkomorzyna ziewała na samo wejrzenie na Safetycza, jeden prezes silnie sprawę jego popierał. Prawda że był bogaty i skąpy.
W sąsiedztwie nikt cierpieć go niemógł; nie było bowiem dokuczliwszego sąsiada, nudniejszego gościa, nieubłagańszego procesowicza. Wszystko robił z flegmą, z krwią chłodną, powoli, regularnie, ale z zabójczą nieczułością machiny. Przemówić do uczucia jego było niepodobna, bo go niemiał i niepojmował w drugich.
Matylda płakała, podkomorzyna pocieszała ją jak mogła i znosiła, prezes naglił.
Safetycz się nareście cytując mnóstwo pięknych rzeczy, oświadczył matce i pannie. Matka odesłała go do panny, panna odesłała do matki. Ale gdy przyszło dać stanowcze słowo, a prezes stukał kijem wymagając końca, Tysia na prawdę zachorowała, schudła i rzuciwszy się do nóg matce, powiedziała: że umrze, jeśli ją za Safetycza wydadzą.
Burza się zbierała. — Prezes poczynał żółknąć i gniewać się. Safetycz cytował różne wypadki miłosne ze starych romansów. Podkomorzyna desperowała, Tysia była nieubłagana. Młody jej ubogi pretendent tajemnie listami podsycał opór i dolewał oliwy do ognia. —
Zwlekano od dnia do dnia, od tygodnia do tygodnia i końca nie było.
Tym czasem prezes, który z oka nie tracił Dąbrowej, dla samego gniewu swego na starościnę i jej wnuczkę, śledząc co się tam dzieje, odebrał pewną wiadomość, że Darski, który się ledwie był tam pokazał, od roku nie bywał.
— A więc odprawiony z kwitkiem! rzekł w duchu i namyślając się głęboko.
Wtem jednego rana ekonom z folwarku Bityna wpadł z wiadomością do prezesa, że w nocy panna Tysia zniknęła — Pan Tadeusz ją wykradł.
Prezes kazał zaprzęgać konie, stukał, bił, łajał, piechoto poszedł niedoczekawszy się bryczki i przybywszy do podkomorzynej, którą we łzach zastał, począł od najdzikszych wyrzutów, które serce matki krwawiły. Podkomorzyna, która po macierzyńsku kochała córkę, bolała nad jej stratą, i w usposobieniu w jakiem była, z zimną krwią słuchać nie mogła łajań prezesa, rzuciła mu w oczy wyrzeczeniem się wszystkiego, co im obiecywał.
— Niechcemy nic! zostaw nas pan spokojnych! I rozpłakała się i rozchorowała się na serce. Prezes odjechał w najsroższym gniewie; i tak zerwały się stosunki jego z podkomorzyną, upadła nadzieja wielkich bogactw, a pan Tadeusz został przy posiadaniu Tysi, która całkiem wyzdrowiała. Państwo młodzi przenieśli się do matki, gdyż pan młody niemiał tylko małą dzierżawę, która mu się kończyła.
Całe sąsiedztwo przeczuwać zaczynało, że prędzej poźniej prezes zwróci się znów do Dąbrowej. Niewiedział co z sobą począć, a niemając gdzie panować, nudził się aż do choroby. — Łając i odgrażając się zaczynał już pożyczać zboża i różnych rzeczy żądać w Dąbrowie, co było u niego znakiem najwyższej łaski. Starościna nie odmawiała niczego. Sknera brał i nieoddawał, rządził się, łajał, ale coraz bliżej krążył około Dąbrowej, do której jednak zajechać jeszcze nieśmiał. Nareszcie raniuteńko na ś. Annę, w dzień imienin staruszki, gdy jeszcze nikogo z gości nie było, pokazał się na ganku. Przyjęto go jak krewnego, jak znajomego, jak gościa. Trochę był tego dnia mniej żółty i udawał wesołego, ofiarował starościnie na wiązanie pudełeczko z kory brzozowej, Julję powitał po dawnemu i zainstalował się znowu, jakby nigdy nic nie zaszło między nim a tym domem.
Po sąsiedztwie gruchnęła wieść znowu, że prezes pojednał się ze starościną, że Julji wracają nadzieje ogromnych jego zapisów. Matylda, której sto tysięcy po najdłuższem życiu swojem, trochę przejednany rzucił prezes prawie ze wzgardą, nic już się po nim spodziewać nie mogła; bliższych krewnych niemiał.
Bogata panna na wydaniu!! — wołali wszyscy na mil kilkanaście do koła. — Co było gołych paniczów, zadłużonych ojców, matek troskliwych i krewnych ubogich, wszystko to młodą armję pretendentów wysyłało znowu do Dąbrowej. — Nie będziemy wam opisywali gromady starających się, która Julję oblęgła, a w której niepoślednię też rolę z własnego instynktu grał Safetycz. Prezes już go tu prowadzić nie śmiał — dla Julji, mówił, trzeba coś pokorniejszego. Julja zaś znajdując rozrywkę w głupstwie uczonem Safetycza, najlepiej go ze wszystkich przyjmowała. Śmiała się z niego, a on był najpewniejszy, że go kocha i cytował już nawet Anakreonta.
Między starającemi się odznaczał xiążę W — któremu imię Henryka (był VI. Henrykiem w familji) nadano na chrzcie, jako przyszłej głowie rodziny.
Pomimo wad, które szczepi pospolicie w sercu i umyśle panów i paniczów niedorzeczne wychowanie, co od dzieciństwa wskazuje im, że są czemś wyższem nad lud pospolity i do szczególnych losów stworzonem, Henryk był wcale przyzwoitym młodzieńcem, mogącym bardzo podobać się kobiecie. Wady jego leżały na dnie ukryte starannie, nie była pora popisywać się z niemi — udawał więc człowieka popularnego prawie, bracił się z młodzieżą chętnie, nie nastawiał tytułem i nie pluł herbami. Młodzież, która niesłychanie ceni przystęp do j. oświeconych, gdy ci nie kąsają tylko, otoczyła go z zapałem przekonawszy się, że nawet głaszcze. Henryk był bożyszczem młodzieży i powszechnie uważanym za okrasę towarzystw. Dowcipny (rodem kury czubate), zręczny, dobrze ułożony, dość oczytany na tych książkach, w których potrosze wszystkiego nauczyć się można, doskonały strzelec, wyborny tancerz, gracz z krwią chłodną, do kielicha gotów choć o północy, przy kobietach przyzwoicie śmiały, koniarz jak berdyczowscy żydzi, birbant między birbantami, poważny ze starymi, polityk nawet, gdy było potrzeba. — Xiążę nie na jednej grał strunie jak widzimy. Przytem twarzyczkę miał, której bródka jasna wiele dodawała wdzięku, oczy niebieskie melancholiczne, rękę kobiecej piękności, zęby jak z kości słoniowej. Niebogaty, nie był też ubogim, ale jadły go żydowskie i nie żydowskie długi, ten trąd naszych prowincyj. Potrzebował się koniecznie bogato ożenić. Dom jego na pańskiej stopie utrzymywał się kredytem cały, ale niemniej wspaniale.
Już widzicie jak przywieziono xięcia Henryka do Dąbrowej, jak Julja obojętnem zmierzyła go okiem, jak po kilkogodzinnej rozmowie niemogła niewyznać, że to był bardzo przyzwoity młody człowiek. — Un jeune homme tres comme il faut.
Starościnie w najwyższym stopniu pochlebił tytuł xiążęcy!
Prezes żartując z golizny jaśnie oświeconych, poszłej już w przysłowie, bo w tamtej okolicy mawiano czasem: — Goły jak xiążę; — prezes nie zupełnie był wolny od próżności. — I jemu pochlebiało to xięstwo, z którego żartował.
Julja na podziw Marji, babce i wielu innym, zwykle bardzo zimno i odstręczająco przyjmując i odprawiając przybywających, tego bardzo grzecznie, prawie pociągającym sposobem przyjęła, i xiążę począł bywać dość często w Dąbrowie. Julja traktowała go żartobliwie, grzecznie, ale nie odbierając mu wcale nadziei. Wprawdzie nie pozwalała mu bardzo się zbliżyć do siebie, unikała dwuznacznych wyznań, niechciała rozumieć półsłówek, ale to wyglądało raczej jako zwłoka niż jako odprawa.
A gdy Marja pytała jej z podziwieniem, dla czego xięcia pana trzyma na uwięzi? Julja, która myśl jakąś miała i rachunek, odpowiadała jej: — Zobaczysz — ja nic nie robię bez celu.
— Lecz na cóż go uwodzisz?
— Ja? jego? — jestem z nim jak ze wszystkimi — odprawić go nie mogę, bo niewiem nawet czy myśli o mnie; pociągać go nie myślę.
A rok naznaczony powoli upływał. Julja była pewną, że Jan ukrywający się w Jarowinie, mieszkał w Litwie. Stary Darski, który o wszystkiem wiedział, wzruszał ramionami, nie bardzo narzekając na zwłokę.
— Wszystko u was teraz po szalonemu, mówił do syna — miłości wasze i nienawiści niepojęte, dziwaczne. Którażby to dawniej kobieta pomyślała wystawić człowieka na taką próbę osobliwą? któryżby z nas dawniej poddał się takiemu rozkazowi! Dziś mosanie, takeście niedowierzający, że młodzi, w wieku zaufania i wiary nawet, boicie się jedni drugich. A zresztą może to i lepiej! Bóg z wami. I mnie się też upiekło przytem, że Jan cały rok przy mnie bawi.
Nadeszła zima i dzień naznaczony.
W Dąbrowie było mnóstwo gości, a xiążę Henryk najjaśniejszą między niemi gwiazdą.
Julja tego dnia weselsza niż zawsze, dla niego zdawała się być grzeczniejszą. — Każde jej najzimniejsze nawet wejrzenie mogło zawrócić głowę, cóż gdy starała mu się nadać wyraz i uczynić je czarownem? xiążę Henryk nieodstępował jej — i jemu wytrawnemu, zużytemu prawie mąciło się w głowie. Gdyby był w stanie, byłby się zakochał, lecz uczynił co mógł — zadurzył się. W sercu za młodu miłostkami powszedniemi skalanem nie mogła już urodzić się miłość, ale gwałtowne, namiętne i zwierzęce pragnienie.
Julja siedziała z nim na kanapie, sam na sam w dowcipnej rozmowie, w której oboje celowali. Reszta gości u stolików z kartami, u fortepianu, przy krześle starościnej, koło kanapy panien rozprószona była, Jan wszedł o zwykłej godzinie i zastał — serce mu się ścisnęło, Julję tak zajętą xięciem Henrykiem — że go zdawała się niewidzieć. — Gdy ją przywitał, skinęła głową obojętnie, a choć ją wiele to kosztowało, nie wstała z kanapy, nie przemówiła słowa — śmiała się i dowcipkowała. —
Niepokazał po sobie Darski, jaką uczuł boleść, twarz jego tylko zwykle wypogodzona, zbladła, oddech stał się ciężki i siadł na pierwszem wolnem krześle.
Zdaleka wejrzeniem mierzyła go nieubłagana. Julja czytała co cierpiał, darła jej się dusza, lecz chłodny jakiś rachunek kazał jej dla podbudzenia miłości Jana, rozniecić w nim zazdrość. Niepotrzeba jej było, bo Jan kochał tak jak dziś niewielu kochać potrafi, całą dziewiczą siłą niezużytego serca i niepokalanych zmysłów. Obojętność Julji, z której ochłonąć potrzebował, oswoić się z nią, bo jej się niespodziewał wcale, uderzała go jak piorón. Myśli błąkały mu się po głowie bezkształtne dziwne, rozpaczliwe.
A Julja śmiała się z xięciem, z figur widzianych na ostatnim wieczorze, głos jej czysty, wesoły na pozór, dochodził uszu kochanka, serca, i brzmiał w nich jak trzask walącego się gmachu.
Byłażby to znowu próba? spytał się w duszy Jan.
A! daj Boże — inaczej ja bym tego nie przeżył — i ona! — Zabił bym ją — zabił bym ją! powtarzał drąc rękawiczki i szarpiąc suknie na sobie. — I zabić za mało! zemścił bym się! o! zemścił okropnie.
Jan szalał, gdy głos Marji, która czuła się w obowiazku bawić opuszczonego gościa, głos Marji, którego od razu nieposłyszał, odezwał się blizko:
— Nie byłeś pan chory? jesteś tak zmieniony?
— Nie byłem, lecz będę — czuję to. —
— Cóż to panu?
— Potrzebaż mówić!
Marja udała, że niezrozumiała...
— Jakąż pan miałeś podróż? spytała odwracając rozmowę. —
— Podróż? ja żadnej nieodbyłem podróży?
— Gdzieżeś pan był?
— Daruje mi pani — dostałem zawrotu głowy, jestem jak nieprzytomny, muszę wyjść się ochłodzić.
Jakoż porwał się z kszesła, a Julja, która widziała wszystko, tak zręcznie wstała z kanapy i podeszła ku drzwiom, że go schwyciła na drodze.
Spojrzeli na siebie, lecz Jan nic nie przemówił, zbyt wiele otaczało ich osób, a ukryć co czuł niemógł.
— Janie! cicho szepnęła Julja, a głośniej — o! jakieśmy się dawno nie widzieli. — I obłąkanego śmiejąc się, aby pokryć co czuła, poprowadziła ku oknom. Tu z miną najobojętniejszą przemówiła do niego tak, aby nikt po twarzach ich poznać nie mógł, co mówili.
— Co panu jest?
— Panu? Juljo! i ty mnie pytasz o to? po takiem przywitaniu! po takiej boleści!
— A! daruj.
— Jeszcze chwila tej męczarni —
— I cóżby było? drzącym głosem spytała go Julja.
— Byłbym cię zabił! stłumionym ponurym tonem odezwał się Jan.
Julji twarz rozjaśniła się.
— Daruj ukochany — o! daruj, to była próba.
— Jeszcze jedna taka, odpowiedział Jan, a zginiemy oboje — a więcej nie zobaczysz mnie Juljo. Rób ze mną co ci się podoba, ale szydzić z uczucia, którego znasz gwałtowność, które mówisz że podzielasz, bo dziś zwątpiłem o tem — o! nie próbuj.
Namiętność, z jaką to wyrzekł Jan, była najlepszym dowodem dla Julji, że rok niewidzenia nie tylko nie zmienił miłości Jana, ale ją podniósł jeszcze. Była szczęśliwą!
— Kiedy wróciłeś z Litwy? spytała —
— Z Litwy! ja tam niebyłem od roku.
— Gdzieżeś był?
— Tu, w Jarowinie.
— Tu — o milę od Dąbrowej! rok cały! tu!
— Tak tu! bliżej ciebie Juljo! I za to cierpienie Tentala, taką otrzymałem zapłatę.
— Janie, jam twoja, ukarz mnie jak zechcesz — przepraszam cię — o! daruj mi.
— Nie! nie! nie tak łatwo zagoić tę ranę, czuję ją jak zimne żelazo w sercu.
— Wszystko skończone. —
— O! nie dla mnie — ja jeszcze cierpię.
— Mógłżeś wziąść mnie za zalotnicę, za niewierną i płoche dziecko?
— Nie myślałem, nie rozumiałem, cierpiałem tylko.
Julja ścisnęła tajemnie rękę Jana, lecz zbliżał się xiążę, trzeba było zmienić rozmowę i uczynić ją obojętną.
— Pani będzie łaskawa poznać mnie z panem Darskim? rzekł xiążę.
— Xiąże Henryk W — p. Darski. —
I Julja zostawując ich samych, wymknęła się. Xiążę nadto był wielkim znawcą ludzi, których wielu przerzucił przez siebie, żeby nie poznał, że między Darskim a Julją jest tajemniczy jakiś związek. W początku obojętność zbyteczna, potem rozmowa tajemna, wiele mu myśli nagnały do głowy.
— Miałżebym, rzekł w duszy, zostać mężem tylko, a tamten czemś więcej?
Postanowił śledzić, ale tego wieczora nic więcej nie wyśledził, Julja była zręczna i panią już siebie.
Na odjezdnem szepnęła tylko Janowi —
— Jutro rano! ale tego nikt nie dosłyszał i zdaleka wziąść było można za proste — Dobranoc.
Nazajutrz Jan o dziesiątej przyjechał do Dąbrowej. Julja całkiem była inną, a chmurę widząc wiszącą jeszcze nad czołem Darskiego, starała się ją rozpędzić słowy, uściskiem ręki i temi tysiącznemi pieszczoty dozwolonemi, co są niczem dla obojętnych, szczęściem dla kochanków. Dotknąć ręki, zbliżyć się do niej, uczuć jej oddech, zyskać jedno ze spojrzeń jakie się nikomu nie dają, schować na sercu rękawiczkę, którą miała na dłoni, jakże to wiele dla jednych, jakże to drugim obojętne.
Ranek to był bez chmurki, roskoszny, jasny, szczęśliwy. — I Julja pożegnała go znowu — pozwoleniem przybycia. — Jutro rano. —
— Więc koniec tym probom nieszczęsnym, co mnie zabijają, spytał jej Jan po długiej, długiej rozmowie.
— Nie — odpowiedziała Julja.
— Juljo — chceszże mnie zabić? —
— Janie, wszystko się nagrodzi! ty mnie nie kochasz, jeśli o tem wątpisz, nie kochasz mnie, jeśli ci cięży ofiara dla mnie.
— Juljo! ty mnie nie znasz!
— Janie! jeszcze chwilka, a będę twoją i — na zawsze, będę ci posłuszną, będę ci laty całemi nagradzać, coś dla biednej dziwaczki uczynił.
— Rób ze mną co zechcesz.
— Pojedziesz do Litwy, odpowiedziała po namyśle.
— Na długo?
— Jak ci się podoba, to już nie chodzi o czas. Tyś bogaty, ja cię bogatym nie chcę.
— Cóż mam zrobić?
— Połowę majątku oddasz ubogim krewnym.
— Niemam ich.
— Komu zechcesz, lecz oddasz połowę majątku.
— O! to mnie najmniej kosztować będzie.
— Przywieziesz mi dowód, żeś tak zrobił jak chciałam.
— Dobrze, za kilka tygodni mogę być z powrotem, zrobić majątek ciężko, ale rozdać go najłatwiej. Oddam ziemię najuboższym z ubogich, tym co ją od wieków uprawiali, wieśniakom. Jestem ci wdzięczen za podanie tej myśli i cieszę się nią.
Julja spojrzała mu w oczy, podała rękę i pierwszy raz na jego ramie schyliła głowę, łza jakaś nieproszona zalśniła się w jej oku, ale znikła.
Weszła Marja, Jan musiał Julję pożegnać, i spieszno mu też było dopełnić to, co miał prawo, za ostatnią już próbę uważać.
Nazajutrz leciał do Litwy.
W miesiąc powracał do Jarowinej i stawił się Julji, składając dowody, że spełnił co mu kazała.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.