Opowieści nadzwyczajne/Edgar Allan Poe

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
EDGAR ALLAN POE.



Życie Edgara Poego było jednym z tych cichych, żmudnych i beznadziejnie bolesnych dramatów, których ocenę i odsłonę publiczną rozumnie i celowo zrzeszone społeczeństwo odsuwa starannie na męczeńską chwilę przedwczesnej śmierci zbytecznego bohatera, pozwalając mu cierpieć i ginąć samopas oraz, pilnie odwracając oczy od „krwawych scen”, gdyż widok ich mógłby niepotrzebnie zakłócić rozzuchwalony ład zbrodniczej codzienności — ład, który jest wszakże sumieniem społeczeństwa. Ponętną ofiarą tego ładu, potajemnym łupem tego sumienia był wielki poeta, któremu zbrakło na ziemi tyle nawet miejsca, ile go zagarnia żebrak w przytułku noclegowym. Popełniono na nim zbrodnię tem większą, że bezkarną, bo uświęconą prawem, zwyczajem i obowiązkiem społecznym. Zapewne śmierć poety jest dla niektórych tem samem, czem dla szczurów nikczemnych — nieobecność pana w pałacu: rządzą się samowolnie i bezczelnie w pustych komnatach i mienie pańskie uważają za prawnie przywróconą swym kłom i pyskom własność. I nie tyle nawet kły, ile właśnie pyski tuczą się na bezbronnym chlebie wzgardzonego za życia siewcy, przedzierzgając ów chleb w podnietliwe smakołyki dla swych zdrętwiałych od nudy podniebień, lub spieniężając go umiejętnie na rynkach i targach publicznych. Dziś — po śmierci Poego — uznano jego geniusz i uwielbiono jego dzieła, to znaczy, iż niebieski przepych wywalczonych przezeń na ziemi marzeń stał się rozrywką czytających lub oczytanych filistrów, oraz źródłem dochodu bylejakiego wydawcy lub księgarza. Wobec tak jawnych i nieodpartych zysków czyż wolno mówić o bezużyteczności marzeń, o bezpotrzebie sztuki dla sztuki? Czyż wolno twierdzić, jak to czyni jeden z zoilów Poego, iż musiano go opłacać mniej od innych, ponieważ zażywał zbyt ponad poziom wybiegającego stylu? Czyż wolno wreszcie pouczać poetę o tem, iż winien poniechać marzeń, stłumić snu nadmiar i zbytek, a zbliżyć się za to lub powrócić do życia, i w dodatku do życia w tej postaci, w jakiej raczą je widzieć, postrzegać i przenikać zbrukane trywialnem bielmem codzienniej tępoty, a zuchwałe ślepie uspołecznionego recenzenta? Oderwany od życia, poza niem kędyś przebywający marzyciel — trwa dotąd, żywotny i nieśmiertelny, podczas, gdy wspomniani recenzenci — ludzie „z rzeczywistego życia”, bezpośredni życia postrzegacze i pochłaniacze, poufni jego zausznicy i, że tak powiem, zapanbraty — znawcy żywiołu i potrzeb najdonioślejszych istnienia — zmarli doszczętnie na zbyt pośpieszną bezimienność i zbyt widoczną bezżywotność, nie pozostawiając po sobie nawet tych znaków i śladów, które pozostawia na ręku komar zgnieciony. Ktokolwiek swą napaść na sztukę osłania przebiegłą i obłudną maską troskliwej dla życia „rzeczywistego” miłości, temu w żywe oczy zaprzeczy wywłaszczony z życia za nadmiar marzeń nędzarz-poeta, który wzbogacał i wzbogaca owo wzbronione mu życie bez względu na to, czy osobistą, czy zbiorową jest własnością.
W Baltimorze, w roku 1813 urodził się Edgar Poe z ojca Dawida i z matki Elżbiety Arnoldówny. Ta ostatnia była artystką dramatyczną. Dawid Poe pokochał ją płomiennie i bezrozumnie. Pokochał raz na zawsze. Los chciał, aby Edgar był dzieckiem niepowszedniej i bezwzględnej namiętności. Wypadki zmusiły kochanków do ucieczki. Wkrótce Dawid poślubił Elżbietę i, dla tem ściślejszego zgmatwania przeznaczeń obojga, — sam został aktorem. Dawidowstwo, prócz Edgara, mieli jeszcze dwoje dzieci. Wszystko troje w młodym wieku pozostało bez środków do życia, gdyż śmierć niemal jednoczesna odebrała im rodziców — w Richmondzie.
Bogaty a bezdzietny kupiec, nazwiskiem Allan — zwrócił uwagę na niezwykłość i niepowszedniość czarująco pięknego Edgara. Upodobał go sobie i usynowił. Odtąd poeta przezywał się Edgar Allan Poe. Zdawało się, iż przypadły mu w dziale — dostatek i niezależność materyalna. Ta ostatnia jest najwyższym przepychem poety, który nie potrafi nigdy nałamać się, zastosować i pokurczyć aż do poziomu wymagań, stanowiących warunek niezbędny pozyskania choćby względnego dobrobytu lub nawet „małego ubóstwa”. Warunek ów, mówiąc mimochodem, zawiera jednocześnie — nagrodę i zemstę. Społeczeństwo nagradza mniejszym lub większym kęsem trudnego lub łatwego chleba — nagradza według stopnia upodobnienia mu się duszy, w zasadzie odrębnej. Mści się zaś życie samo, detronizując i pozbawiając skrzydeł pokurczoną do wspomnianego poziomu duszę, — mści się za to, iż, samochcąc lub niechcący, stała się gorszą od siebie samej, brzydszą od własnych przeznaczeń, znikomszą od własnego lęku o dzień jutrzejszy.
Przybrani rodzice Poego udali się z nim razem w podróż po Anglii, Szkocyi i Irlandyi. Wracając do domu, zostawili chłopca w słynnej naówczas szkole doktora Bransby'ego, w Stoke-Newington'ie, w pobliżu Londynu. W noweli p. t. William Wilson opisał Poe swe wspomnienia i wrażenia szkolne.
W roku 1822 powraca Poe do Richmondu i już tu — w Ameryce — kształci się nadal pod kierunkiem najwybitniejszych profesorów. W roku 1825 — jako student uniwersytetu w Charlottesville'u — przejawił Poe inteligencyę niezwykłą, zdolności rzadkie, a jednocześnie wykazał płomienne zasoby drzemiących dotąd na dnie duszy, a obudzonych przedwcześnie namiętności. Te ostatnie były powodem, iż go wkrótce z uniwersytetu wyświecono. W tych czasach Charlottesville'skich zaznaczyć należy osobliwy dar i zapał Poego do fizyki i matematyki. Zaznaczyć należy dla tego, że później niektóre ze swych koncepcyi literackich będzie Poe osnuwał na pomysłach pozornie ścisłych, matematycznych, aby w tej sposób uprawdopodobnić, uzasadnić i tem łacniej, tem nieodparciej narzucić czytelnikowi drogą nieuniknionej logiki — swe obrazy, swe wizye fantastyczne, nierzeczywiste, a tak tęczowo prawdziwe, tak sennie bliskie i pokrewne każdej głębszej zadumie ludzkiej!
Z powodu wynikłych pomiędzy Poem a jego ojcem przybranym — doraźnych zresztą — rozterek i nieporozumień, których niedość sprawdzoną przyczyną były jakoby drobne, karciane długi Poego, ten ostatni, dzięki zapewne naturze gwałtownej i gwoli całkowitego oderwania swej osoby od przybranego ogniska, a jednocześnie dając ujście swym rycerskim skłonnościom i folgując fantazyi płomiennej, — postanawia nagle zaciągnąć się do szeregów wojsk greckich — w walce z Turcyą. Był-że to zamiar dojrzały, czy też tylko młodzieńczy? Czy rzeczywiście wyruszył Edgar do Grecyi? Podobno — tak. Istnieje w legendowym skądinąd żywocie mistrza Twardowskiego — słynnego czarodzieja — okres, pełen niejasnych i niezbadanych wieści, które go nagle przenoszą do krajów przeróżnych, ogólnikowo jeno wspominając o jego pobycie i nie podając szczegółów wyraźnych.
Taki sam okres ma w swem życiu Poe, też mistrz i też czarodziej. Legenda, nie pozbawiona zresztą plotek, przenosi go najpierw do Grecyi, a potem do Petersburga, gdzie brak paszportu mógł się łatwo stać źródłem podejrzeń, a nawet poważnym rodzajem przestępstwa, i skąd wreszcie, za wdaniem się ministra amerykańskiego, Henryka Middletona, wyjęty z pod karalności rosyjskiej, shańbiony zapewne brakiem paszportu i obciążony sprawą zapewne za włóczęgostwo — powraca pozbawiony chwilowo „imienia i rodu”, lecz słynny skądinąd mistrz i czarodziej Poe na łono swej ojczyzny. Pisma amerykańskie zapowiadały przez czas pewien druk całego szeregu artykułów o wspomnianej odysei Poego. Artykuły te jednak nigdy się w druku nie ukazały. Nie wiem, czy pisma owe były świadome odpowiedzialności niemal kryminalnej, którą mógł pociągnąć za sobą brak paszportu, to tylko pewna, że plotki, które wówczas naprędce klecono, zbyt rozmyślnie uwłaczały czci i honorowi młodego poety. Zdaje się, iż całe jego życie było nieprzerwalnym i nieodpartym dowodem niepokalanej bezinteresowności anielsko-czystej i tęczowo-promiennej duszy. Raczej wrodzona niezależność i skrzydlata buntowniczość jego cudacznie boskiej natury mogła się pośrednio lub bezpośrednio przyczynić do tych lub innych wypadków na obczyźnie. W roku 1829, po powrocie do Ameryki — widzimy go nagle w jednej ze szkół militarnych, gdzie, jak zwykle, zwraca na siebie uwagę wybitną umysłowością, lecz jednocześnie, nie znosząc żadnych karbów i więzów, tak dalece zaznacza swą odrębność, niezależność, własnowolę i niepowściągliwość, że po kilku miesiącach wykreślono go, ma się rozumieć, z listy wychowańców.
Tymczasem umiera p. Allanowa, dla której Poe czuł przywiązanie prawdziwie synowskie. P. Allan poślubia młodą dziewczynę. Dom Allanów staje się odtąd miejscem niesnasek rodzinnych, o których jeno mgliście i pobieżnie napomykają biografowie. Trudno odgadnąć rodzaj i barwę tych niesnasek, — dość, że Edgar zajął, zda się, stanowisko wrogie względem p. Allana i jego młodej małżonki, — i dość, że p. Allan, obdarzony potomstwem, wydziedzicza przybranego syna. Odtąd nędza ściga Poego, utrudniając mu — w imieniu całego społeczeństwa — swobodę marzeń i wykonań twórczych i przecząc jego lotom tysiącem przeszkód — niestety — zbyt spodziewanych i zbyt banalnie bolesnych. W tym czasie — wbrew owym przeszkodom i trudnościom, wbrew woli swego społeczeństwa — wydaje pierwszy, szczupły tom poezyi — poezyi tak zaświatowo przejrzystych, jakgdyby życie nie tknęło go wcale swym pazurem, czy też swym łbem, bezmyślnie bodliwym. Mowa tu, ma się rozumieć, nie o tem życiu, któego twórcą był Edgar Poe, jeno o tem, które byle pierwsza z rzędu kwoka radykalna, lub smętnie zadumany dziennikarz przezywają zdławionem, twardem lub poprostu rzeczywistością i mierzą wartość poety stopniem zdławienia lub stwardnienia jego duszy, zarzucając jej, iż nie jest dość bieżącą, a więc dość czynną i bohaterską.
Owo zdławione i twarde życie, którem starannie otaczano Poego, zmusza go do przedzierzgnięcia się w żołnierza, ażeby swój byt marzeniowy na ziemi ratować żołdem zwykłego szeregowca. Trwa to wszakże niedługo. Po pewnym bowiem czasie poeta pozbawia siebie wspomnianego żołdu i oddaje się w ręce bezwzględnej nędzy. Praca literacka opłaca mu się gorzej, niż żołnierska. Zwykłe dzieje brzydkiego kaczęcia, któremu tak zaszkodziło zbyt łabędziowe pochodzenie! Niezależność, odrębność i bezpoddańczość charakteru uraża każdego, ktokolwiek ma kark społecznie zgięty i minę kompromisowo układną. Edgar Poe jest wyrzutkiem społeczeństwa, bezużytecznym opojem, karygodnym darmozjadem, któremu daje się odniechcenia i z pobłażliwym uśmiechem nie zarobek, nie honoraryum, jeno odczepnego. Podczas, gdy inni otrzymują należność za pracę, Poe dostaje jałmużnę z rąk sytych i popularnych łaskawców. Podczas, gdy innych, według jednomyślnej i jednozgodnej opinii, trzeba koniecznie ratować udzieleniem stosownej pracy i stanowiska, z Poem, według tej samej opinii, nie trzeba liczyć się zgoła. Poe nie istnieje. Cokolwiek dlań się czyni — czyni się za wiele, a w każdym razie zadość. Przyznaje mu się wprawdzie talent, jak się przyznaje komuś ciężką, chroniczną i nieuleczalną chorobę, ale i owo przyznanie robi się z uśmiechem pobłażania, lub powątpiewania lub wreszcie z osobliwym, a zupełnym bezwyrazem twarzy, zdolnej skądinąd do przejawiania uprzejmych współniepokojów lub serdecznych zaciekawień. Baudelaire w przedmowie do przekładu dzieł Poego wspomina dość, zda się, pojemną księgę jakiegoś autora, poświęconą wyłącznie wykazaniu tej smutnej, czy też radosnej prawdy, że poeta, prawdzwy poeta nie może znaleść dla siebie stanowiska' w żadnem społeczeństwie, ani w demokratycznem, ani w arystokratycznem, ani w republikańskiem, ani wreszcie w ustroju absolutnej lub umiarkowanej monarchii.
Żadnego stanowiska! Dziwne słowo — pełne dobrobytu, powagi, tryumfu, spełnionych życzeń, tysiącznych powinszowań, powszechnego szacunku i osobistego szczęścia! Słowo jasne, nawskroś zrozumiałe, całkowicie określone, pozbawione wszelkiej tajemniczości, wszelkiej zadumy, wszelkiego nieporozumienia!
Istnieją bo rozmaite stanowiska na świecie. Dobre jest stanowisko adwokata, ponętne — stanowisko dziennikarza, trudne do zdobycia — stanowisko prezesa Towarzystwa wzajemnego kredytu. Do niezgorszych też należy stanowisko partyjne, lub stanowisko życiowe, lub stanowisko kompromisowe. Zgoła inne jest owo stanowisko, które zajmuje artylerya względem wrogiego obozu. Podobne do powyższego, a bardziej może dochodowe jest stanowisko redaktora, które ten ostatni zajmuje też względem wrogiego mu obozu. Lecz stanowisko, które zajmuje poeta względem świata i ludzi i siebie samego! Cóż za śmieszne i bezpożyteczne stanowisko! Któżby opłacał tego rodzaju tajemnicze, niepojęte i nierzeczywiste stanowiska!
To też głodem przymierał Edgar Poe, przyszła chluba swego narodu, przyszła sława swego społeczeństwa. Przymierał — mało jeszcze znany, daleki od sławy i poczytności. Zdawało się, iż nędza już go do końca nie wypuści ze swych śmiertelnych uścisków. Atoli uśmiechnęło mu się szczęście nagłe i niespodziewane. Istnieje podobno taki osobliwy rodzaj kokieteryjnego szczęścia, które się tylko uśmiecha zaczepnie i mimochodem.
Jedno z pism ogłosiło konkurs na nowelę i poemat. Poe na chybił-trafił stanął do konkursu. Zdarzyło się, iż kaligraficznie piękny charakter jego pisma pogłaskał oczy i przykuł uwagę prezesa jury — Kennedy'ego. Dzięki temu właśnie zbiegowi okoliczności Kennedy odczytał osobiście rękopisy Poego. Traf chciał, że przyznano Poemu obydwie nagrody — i za poemat i za nowelę. Kennedy wyraził życzenie poznania autora osobiście. Redaktor wspomnianego pisma przyprowadził doń Poego. Głębokie zapewne, a może nawet wstrząsające wrażenie wywarł na Kennedy’m widok młodzieńca uderzająco pięknego, o rysach subtelnych, niemal kobiecych, w przyodziewie z łachmanów, starannie i z odruchem wrodzonej elegancyi zapiętych aż do ostatniego guzika. Dumny, z piętnem geniuszu na czole, wytworny głodomór i darmozjad, wychudzony i wynędzniały stanął przed prezesem jury. Kennedy zapoznał go wkrótce z Tomaszem White’m, redaktorem i wydawcą Southern Literary Messenger w Richmondzie.
W dwudziestym drugim roku życia zostaje Poe redaktorem wspomnianego pisma i zdobywa dla niego olbrzymie powodzenie, drukując między innemi — Przygodę nieporównaną poniektórego Hansa Pfaalla. Przez dwa lata z rzędu redaguje Poe z zapałem poruczone mu pismo. Gaża jego redaktorska wynosi 2700 franków rocznie: dla takiego, jak on, nędzarza — niespodzianie i wyjątkowo przychylne warunki istnienia, a raczej marzenia na ziemi. Poślubia w tym czasie swoją kuzynkę, czarująco powabną, bohatersko szlachetną Wirginię Clemm. Wszakże niepokonany nałóg pijaństwa oraz niepodległość i porywczość charakteru były zapewne przyczyną, dla której White usunął Poego z redakcyi. Odtąd włóczy się beznadziejnie i rozpaczliwie z miasta do miasta. Czujne na wszelkie zjawiska życiowe, dzienniki podają pewnego razu sensacyjną wiadomość o tem, że Poe i jego żona, dotknięci chorobą niebezpieczną, mrą z nędzy w Fordhamie. Wkrótce potem umiera umiłowana przez poetę i na wieki tkwiąca w jego duszy natchnionej Wirginia, zaś Poe podlega pierwszemu atakowi delirium tremens. Tymczasem jeden z dzienników oburza się i oskarża Poego o pogardę dla ludzkości, o zniechętę do życia, o odwrócenie oczu od świata, o zasklepienie się we własnych, zarozumiale uporczywych snach. Zwykłe oskarżenia, które w każdej epoce spotykają każdego niemal poetę, a które — pod kątem szczerości — powinny raczej brzmieć tak:
„Nie draźnij nas swoją odrębnością! Złości nas twoja nienawistnie skrzydlata zdolność odlotu w niebiosa w chwili, gdy my całą śmiertelną rozciągłość zastosowanego do wymagań życia cielska musimy włóczyć po ziemi, udając przytem zadowolenie z powodu braku skrzydeł! Jak śmiesz nie tylko być do nas niepodobnym, lecz — nadomiar bezczelności — zdobywać cześć i uznanie dla owej różnicy, która istnieje pomiędzy tobą a nami! Śpiewaj o nas! Utwory twoje pełnij naszą myślą, naszą troską codzienną! Bądź tem, czem my jesteśmy — a uwielbimy cię wówczas, nazwiemy rzeczywistym i swoim i swojskim i narodowym“.
Poe wszakże tworzy cały szereg utworów, które nie mają nic wspólnego z ich myślą i z ich troską codzienną. Dla powiększenia zapewne swych dochodów, wygłasza odczyty. W New-Yorku odczytuje poemat kosmogoniczny p. t. Eureka, — z biciem serca wraca do Richmondu i mówi o Zasadach poezyi. W Richmondzie spotyka go przyjęcie uroczyste, pełne niemal entuzyazmu. Postanawia więc Poe na stałe osiąść w Richmondzie. Jakaś jednak sprawa zmusza go do chwilowego odjazdu z powrotem do New-Yorku. Odjeżdża 4-go października, a już 6-go tegoż miesiąca w Baltimorze, po drodze do Filadelfii, zatrzymuje się z powodu złego stanu zdrowia. Tegoż dnia wchodzi do jakiejś oberży, aby się trunkiem pokrzepić. W oberży tej spotyka — niestety — kilku starych druhów i braci po kieliszku. Nazajutrz — skoro świt — znaleziono na ulicy jego ciało, w którem życie tliło się jeszcze drętwym, niepostrzegalnym płomykiem. Ciało — bezimienne, gdyż konający poeta nie miał przy sobie nic, coby świadczyło o jego nazwisku. Nie miał też, mówiąc nawiasem, ani złamanego szeląga przy duszy, którą za chwilę winien był wyzionąć. Ciało zaniesiono do szpitala. I tam — w szpitalu poeta zmarł samotnie na delirium tremens, 7-go października roku 1849, mając lat 37.
Pokój jego snom cudacznym, które na ziemi przytułku znaleść nie mogły! Cmentarz gościnniej, niźli reszta świata, przyjął trupa — przybłędę, trupa, który po pijanemu padł w objęcia śmierci i zasnął, być może, snem pijanym, odrębnie wiekuistym, niepodobnym do normalnie wiekuistego snu ludzi trzeźwych i rozsądnych.
Dla trzeźwych i rozsądnych, dla sytych posiadaczy stanowisk społecznych tragiczna śmierć genialnego poety była jeno — sensacyjnym skandalem, smakowitym żerem dla rozpustnie usłużnych dziennikarzy, których duszyczki bieżące z nikczemnym pośpiechem rozpasanej codzienności zwęszyły sen wiekuisty poety, aby pijany i bolesny czar tego snu oświetlić stosownie z własnego, dobrze płatnego stanowiska. Cnota mieszczańska miała sposobność załamywania swych lubieżnie obłudnych dłoni nad życiem bezładnem, grzesznem, a przeto słusznie pokaranem. Kat płakał nad własną ofiarą nie dla tego, iż czuł wyrzuty sumienia, jeno dla tego, iż go do łez rozczulał widok spełnionej przezeń, a tak dalece bezkarnej, tak dalece uczciwej i chwalebnej zbrodni! Rozczulała go sama słuszność kary. Rozczulało go wreszcie poczucie swej wyższości nad zarozumiałym opojem, który zginął marnie przeto właśnie, iż za życia — zachowując swą bezprawną i karygodną odrębność — świecił w oczy ludziom porządnym domniemaną nad nimi wyższością.
Przeczuwając zapewne śmierć nagłą i niespodzianą, polecił Poe dwom „przyjaciołom“ — Griswoldowi i Willis'owi wydanie pośmiertne swych dzieł i opatrzenie ich życiorysem. Skorzystał z tego polecenia Griswold, ażeby owo wydanie pośmiertne poprzedzić do woli obszernym, a pełnym niskich oszczerstw i kalumnii artykułem. Brak talentu i zawiść chętnie się przytraczają do imienia geniuszów, aby w ten sposób i dla siebie pozyskać nieśmiertelność. Willis — przeciwnie — zachował w swym artykule łagodność, tolerancyę i ugrzecznioną powściągliwość względem zmarłego. John Neal i George Graham z oburzeniem zaprotestowali przeciwko artykułowi Griswolda. Poeta Longfellow, którego Poe bezlitośnie miażdżył swem piórem, potrafił jednak stwierdzić niezwykły artyzm i potęgę duchową Poego, jako prozaika i poety.
Oto — wszystko. Nie, nie wszystko jeszcze! Ten wzgardzony pijanica, ten wyrzutek społeczeństwa, ten nędzarz bez stanowiska spotkał w swem życiu istotę, która stała się dlań aniołem — stróżem. Była nią Marya Clemm, matka Wirginii, która po śmierci swej córki jakimś czarodziejskim zbiegiem zaświatowych okoliczności przedzierzgnęła się w natchnioną matkę i jasnowidzącą służebnicę poniewieranego skądinąd geniusza. Miłością samą odgadła i wyczuła czar i potęgę ducha w chwili, gdy ów duch nie miał jeszcze t. z. uznania. Widziano ją, jak wędrowała po ludziach w pilnem poszukiwaniu zarobku dla ukochanego Edgara. Widziano, jak wystawała dumnie i cierpliwie po redakcyach pism z manuskryptami poety w swej macierzyńsko wytrwałej dłoni. — „On jest chory“ — oto jedyne słowa, któremi usprawiedliwiała częstą bezpłodność kapryśnego twórcy. Tej matce natchnionej, tej służebnicy geniusza poświęca Baudelaire swój przekład Poego. Poświęcenie owo jest jedynym czynem, na jaki mógł się w swej niemocy społecznej zdobyć inny nędzarz-poeta, aby tem świętem, opiekuńczem, niepokalanem imieniem zaprotestować przeciwko wszelkiej krzywdzie, obojętności i wydziedziczeniu z życia tych, którzy je tworzą, barwią i pogłębiają.
Utwory Poego to — szaleńcze uprawdopodobnienia zaledwo pochwytnych wizyi, w których gorączkowa równoległość snów i ocknień przetapia atrybuty rzeczywistości w tęczę marzeń. Marzenie graniczy z rzeczywistością, rzeczywistość z marzeniem. Zresztą — różnica pomiędzy niemi znika radośnie w chwili, gdy je pochłania wiecznie zagadkowa, a niepodzielna całość. Przedmiot i jego odbicie zyskuje jednakie prawa na ziemi i jednakie przywileje w niebiosach. A niemasz tu przedmiotów błahych i podrzędnych: wszystko jest zarówno ważne i wieczne, wszystko po prawicy, nic po lewicy Boga. Śnić — i widzieć sen własny i ująć go w bezwględne karby bezwzględnego artyzmu i wywalczyć mu cudaczne prawo bytu w dookolnych obszarach — oto czyn jedyny, na który zdobyć się winien poeta.
Tajemnica śmierci i milczenia, wyczuwana i stopniowana drogą niepochwytnych szczegółów zawrotnie bacznej psychologii, przejawia się w obrazach już to anielsko oskrzydlonych, już to potwornie straszliwych, już to groteskowo spazmatycznych. W świecie tym, czy też zaświecie panuje zaraźliwy klimat strachu, zgrozy, pożogi, zagłady i wiekuistego odrodzenia w sobie, przez się i poza sobą.
Demonizm i anielskość, — długie godziny przerażeń i przelotne chwile rozrzewnień niebiańskich, — nagłe objawienia i ścisłe wnioski logiczne, — upadki i wzloty — zemsta i przebaczenie, — ciemność podziemi i światłość niebios naoścież rozwartych, — cała ta czarna i biała magia posłuszna była skinieniu wielkiego czarnoksiężnika.
Tworzył piękno i pozostawił je — komu? Czy istnieją spadkobiercy takich, jak on, nędzarzy i opojów?... Dziś nazwisko jego jest chlubą społeczeństwa. Jest nią napewno ze stanowiska tegoż społeczeństwa. Lecz z innego, niespołecznego, bezprawnego stanowiska jest ono chlubą tej ściśle i głęboko pokrewnej sobie, choć rozrzuconej po świecie rodziny, którą tworzą wzajem wszyscy poeci bez względu na to, jakie społeczeństwo utrudniało im życie i stawiało przeszkody ich marzeniom twórczym.

Bolesław Leśmian.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bolesław Leśmian.