Opisanie „Napadu na Dwór w Prusieku, Cyrkule Sanockim, zamieszkały przez dzierżawcę Jana Laskowskiego, przez chłopstwo Niebieszczan, Morochowa, Poraża i Prusieka, uzbrojonego w cepy, kosy, pałki, na dniu 23 Lutego 1846 i dopełnionego gwałtu."

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


http://prusiek.pl/strony/1846_2.htm Opisanie „Napadu na Dwór w Prusieku, Cyrkule Sanockim, zamieszkały przez dzierżawcę Jana Laskowskiego, przez chłopstwo Niebieszczan, Morochowa, Poraża i Prusieka, uzbrojonego w cepy, kosy, pałki, na dniu 23 Lutego 1846 i dopełnionego gwałtu." • Jan Laskowski http://prusiek.pl/strony/1846.htm→
http://prusiek.pl/strony/1846_2.htm Opisanie „Napadu na Dwór w Prusieku, Cyrkule Sanockim, zamieszkały przez dzierżawcę Jana Laskowskiego, przez chłopstwo Niebieszczan, Morochowa, Poraża i Prusieka, uzbrojonego w cepy, kosy, pałki, na dniu 23 Lutego 1846 i dopełnionego gwałtu."
Jan Laskowski
http://prusiek.pl/strony/1846.htm→
Muzeum im. Ossolińskich we Wrocławiu. Przepisał Jaromir Wilusz. Prusiek.

Z cyrkułu wadowickiego przybyłem w sanocki w 1841 roku i objąłem wieś Prusiek, milę od Sanoka położoną, zastawszy po Gospodarstwie Właściciela nieład we wszystkim. Będąc do tego słabowitego zdrowia, prawie ciągle przebywałem w Domu. Wprawdzie miałem bliskie sąsiedztwo, ale sąsiedzi zajęci jedynie gospodarstwem, nie byli usposobieni do pogadanki obszerniejszej, a szczególnie w materyi politycznej.

Prócz mnie nikt nie trzymał ani pisma, ani gazet, nawet się tu niewiele troszczono o wiadomości. Stąd niewiele miałem dla siebie upodobania z oddalenia się z Domu, ani powzięcia wiadomości, która mogła być przestrogą.(...) Wieśniacy tako łacińskiego jako i ruskiego wyznania pozostali w karbach posłuszeństawa, a że to lud zabobonny, łatwowierny, lubiący bajki, przytem bojaźliwy, pozostawał niewzruszenie w spokoju, dopuki go nie usposobiono przez biurokracyię do mordów w 1846 roku.

Najwięcej przebywałem w Domu własnym, a nawet w Sanoku nie bywałem nie znajdując dla siebie powabów, gdyż i tam prawdy świeżej dowiedzieć się nie było można. Ja sam będąc cierpiącym, o tyle wiadomy byłem rzeczy co z Gazety Lwowskiej wyczytać można było. Tak się działo do dnia 20 lutego 1846 roku.

Dnia 21 lutego posłałem Marcina Capa po gazety do Sanoka. Wróciwszy ten nie przyniósł ich, ale mi opowiadał, że pana Stanisława Brześciańskiego wraz z innymi, chłopi uzbrojeni w kosy, poranionych do Sanoka przywieźli.(...) Dalej mi mówił posłaniec, że komisarz cyrkularny Gaspary jechał wczoraj do Niebieszczan. Znając tego komisarza od 1842, pojechałem więc do Niebieszczan dowiedzieć się, co to za bajki sieją o rzezi Niemców, tudzież, że dziś ma nastąpić Rewolucja, i że starch na Niemców wielki, że wojsko pikiety utrzymuje, że szlachta w masie powstaje: oto wszystko czego się dowiedziałem. Dał mi Gaspary obwieszczenie z dnia 18 lutego 1846, wydane przez Gubernatora Arcyksięcia Ferdynanda d’Este.

Gdy powróciłem do domu powstała taka burza śniegowa, że nie można było się z domu ruszyć, tem więcej cierpiącemu, aby jechać do Sanoka dla powzięcia bliższych wiadomości. Tego samego dnia wieczorem o 8-mej godzinie bawiliśmy się pogadanką. Nagle wchodzi wójt Andrzej Mołczan przysiężny z kilkoma chłopami z Prusieka. Pytam takowych, co by się stało, że w tak niezwyczajnej godzinie przybywają. Wójt odpowiada, że dziś rewolucja, że do Zahutynia 180 Polaków przybyło, a 300 jechało od Baligroda do Zagórza, w Lesku zaś miało być 280. Pytam dalej wójta, czy wie co to rewolucja. Ten odpowiada, że nie wie, ale ma rozkaz Cyrkułu robić w całym dworze prusieckim poszukiwania Polaków, zabierania broni, jaką tylko znajdą. Pytam wójta od kogo ma rozkaz zabierania broni. Odpowiedział, że ustny od starosty Ostermana. Nie sprzeciwiając się temuż, pozwoliłem poszukiwać w pokojach, oficynie, w piwnicach. A gdy wyszedłem do sionki, zobaczyłem dopiero, że cały dwór był obtoczony chłopami uzbrojonymi. Po poszukiwaniu powrócił wójt z innymi do pokoju, zabierając broń, której ukryć niepodobna już było. I dodając, że takowy do Cyrkułu mają rozkaz oddać. Zabrawszy Ekonoma Konopkę i pozostawiwszy wartę koło mego okna i drzwi. Chłopa widziałem razem przeszło 200 ludzi. Odeszli do Zarszyna, mnie zaś nic złego nie robiąc.

23 lutego przed 7-mą godziną wójt z gromadą wszedł do pokoju, żądając aby im wydać kucharza Franciszka. Pozwoliłem im na to. Ale wtem wchodzą do pokoju Sobek Cap, Jan [...], Wojtek Kocaj, poddani z Prusieka. Chcąc poznać ich zamiar, wskazałem na portret cesarza, ale ci odpowiedzieli, że teraz oni są Panami, a nie kto inny. Zabrawszy się wraz z kucharzem, za bramą na drodze zaczęli się bić między sobą. Widząc to z ganku pytam o co to idzie, że się biją. Wójt odpowiada, że Ignacy Gruszczeński chce, aby i Pana brać. Ja odpowiadam: zaczekajcie, zaraz jadę. Ale wójt mi mówi, żebym został w domu, bo się dopiero starosty upyta, czy każe mnie przywieźć. Będąc cierpiący na nogę zostałem w domu na nieszczęście moje. Chłopi powsiadali na sanie i odjechali do Sanoka. W spokoju przebiegłszy myślą rzeczywistość i przyszłość jaka może nastąpić, uważałem, że trzeba czekać aż wójt powróci.(...)

Był to po 10-tej godzinie z rana, kiedy Klucznica moja wpada do pokoju i mówi mi, abym zobaczył jaka to hurma chłopów idzie od Niebieszczan, coś na saniach wieząc, konno jadąc. Zajęty przygotowaniem do drogi nie mogłem tego widzieć ani być świadkiem. Taż sama wpada powtórnie i mówi, abym ze sali oknem zobaczył. Poszedłem na salę i widziałem jak do 100 chłopa uzbrojonego w kosy, cepy, pałki, szable i dubeltówki przechodziło koło bramy, za któremi postępowały sanie naładowane różnemi osobami: Smalowski, posesor z Morochowa, ksiądz Łazoryk z Poraża, Krajewski, Będkowski z Niebieszczan. A wtem wpada służąca i mówi abym uciekał, bo Niebieszczańcy po mnie idą. Nie będąc od gromady swojej brany, sądziłem, że obcy brać mnie nie może. Wychodzę więc ze sali do sionki i na ganek, a zeszedłszy po schodach na dół, zobaczyłem idącego do mnie z Niebieszczan chłopa dobrze mi znanego, bom od niego woły kupował i pytam co mi ma do powiedzenia, ale ten zaraz uderzył mnie obuchem w głowę. Krew trysnęła strumieniem. Wtem złapawszy go pod szyję, przyciągnąłem do siebie, gdy krzyk: „zabij" rozległ się. Cepy, pałki, siekiery leciały jak las na moją głowę i osobę. Drugą ręką porywam nawiniętego się Sobka Capa, ciągnę do siebie tak silnie że zbliżyłem dwie głowy do mojej. Dlatego pałki, cepy, siekiery lecąc razem na wszystkie trzy głowy, oszczędziły mnie od okaleczeń. Gdy jednak uderzony zostałem cepem w rękę lewą i pozbawiony zostałem władzy, puściłem Capa Sobka, ale prawą ciągle trzymałem tego, co mnie pierwszy uderzył. Konwulsyjnie zbity, zranioną głowę mając, padłem na ziemię, tak szczęśliwie, żem porwał za sobą trzymanego chłopa, któren będąc ranny padł na moja głowę i piersi i zasłonił od ciosu, który by mi zadał śmierć. Później zawleczono mnie na sanie wraz z tym chłopem, co nie mało był pobity. Tam mi wyłamano palce u drugiej ręki i nożem czy szkłem przerżnięto. Dopiero go wtedy puściłem. Następnie związano mnie do sań tak, że ledwie piersi mi nie pękły. Dopiero młócili na saniach jedni, a drudzy wybijali okna, drzwi, szafy, komody i szabrowali.

Gdy wpadłem w sanie głęboko, cepy nietyle mi szkodziły, ale krew buchała tak silnie, że cały zlany byłem, omdlały. Zostawiono mnie, a sami rabowali. Wtem przychodzi Piotr Sroka z Prusieka do mnie z pałką, ten któremu jedynaka syna z mozołem od wojska uwolniłem - jak mnie uderzy przez głowę pałką mówiąc: zdychaj bestyio! Podbiegli pozostali chłopi widzące że mnie żywego do Sanoka nie zawiozą. Ruszyliśmy z miejsca.

Przyjechawszy do Sanoczka bili przy karczmie aż wyjechali na gościniec cesarski. Tu stali chłopi z cepami, drągami i każdego jadącego bili, że krew całą drogę zalała. W Dąbrówce odebrali nas wojskowi i odstawili do cyrkułu. Ale taki był natłok, że musiałem czekać do 7-mej wieczór, nim na mnie przyszła kolej być odebranym. Na domiar złego zapomniano o mnie leżacym, aż Landragon przechodził, podał mi rękę i zaprowadził do biura starosty, gdzie dostałem certyfikat od komisarza Szyfnera. Odprowadzono mnie do Piątkowskiego, do stancyi, bez lekarza zostając aż do drugiego dnia.

Pan A..Gemzer, chirurg, mnie operował. Miałem 10 ran na głowie, całe ciało czarne i 8 godzin pozostawałem w lekkim odzieniu, skrępowany na mrozie: to mi najwięcej teraz dokucza. Spisałem co własnemi oczyma widziałem i czułem ."

Sanok 16 września 1848. Jan Laskowski.





Znak domeny publicznej
Tekst lub tłumaczenie polskie jest własnością publiczną (public domain), ponieważ prawa autorskie do niego wygasły (expired copyright).