Obrazek z lat głodowych

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Obrazek z lat głodowych
Pochodzenie Z różnych sfer
Data wydania 1886
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron



OBRAZEK Z LAT GŁODOWYCH.



Posłuchajcie, piękni panowie i panie, opowiem wam króciuchną powiastkę.
Z błyszczących wyżyn waszych czy spojrzeliście kiedykolwiek w dół, nizko, w głąb' owych warstw społeczności, które ciemne, nędzne, z piękna odarte, pracują ciężko? Czyście widzieli, jakie cierpienia nurtują na tych dnach głębokich, jakie męki rozdzierają łono téj mętnéj dla was fali żywych ludzi?...
Wyście myśleli zawsze, o piękni i piękne, że w téj grubéj i szorstkiéj warstwie sam kał tylko i bezrozum; pocóż więc w nią zaglądać? Tak zapewne; jeżeli nie chcecie zasępić rozpogodzonego zabawą lica, nie zbliżajcie się do ludu, pójdźcie raczej bawić się i pląsać przy blasku świateł jarzących, wśród woni salonów. Ale jeżeli między wami są serca miłujące nie lśniący pozór, lecz grunt człowieczy, jeżeli są i umysły ciekawe zbadania biéd społeczności, niech zajrzą w istnienie milionów, w istnienie mozolne, bezbarwne, rzadko pojęte dobrze przez szczęśliwych, często spotwarzane, oplwane. Tam znajdą serca dramat żywy i cel ukochania, a umysły naukę i zachętę do dążenia ku postępowi takiemu, który zbliży szczęście nie jednostkom, nie kastom, lecz wielkiemu ogółowi.
Moja opowieść króciuchną będzie. Przedstawi ona jeden z milion razy powtarzających się na ziemi dramatów, które odegrane w biédnéj i ciemnéj warstwie ludzkości giną bez śladu. Do mnie doszła wieść o nim i z podziwem zadumałam się nad tém, iż podobne dramaty dotąd na bożym świecie istnieją.
Opowieści więc o cierpieniu biédnych i ciemnych, posłuchajcie, piękni i oświeceni panowie i panie.


∗             ∗

Dziwnie smutne były lata 1854—5-ty i 6-ty. Głód, straszny głód, piekielnymi mękami rozdzierał piersi ludu; tysiące tych, których pracy kraj chléb powszedni i niepowszednie zbytki zawdzięczał, konały śmiercią głodową.
Jeden okrzyk bolesny, ciężki, rozpaczny zajęczał z piersi ludu: chleba! chleba! obił się o niebo i rozległ po ziemi. Niebo silniejsze skwary latem i rzęsistsze dészcze wiosną zesłało, zboże tonęło w dolinach, usychało po wzgórzach; szczęśliwsi bracia bawili się wesoło, a lud wydobywając siły ostatnie wołał: chleba! chleba!
W którém z pomienionych wyżéj trzech lat, nie wiem, w jakiéj okolicy, nie powiem, stał biały i piękny pański dwór. Dom dużemi i czystemi oknami jasno jakoś na świat spoglądał, po ganku pięły się powoje, a wokoło rosła gładka murawa, stokrocią usiana i konwalią. Za bramą były pola szerokie i łąki barwne, jak kobierce. Przez łąki biegła rzeczka wązka, ale głęboka i szybka; za rzeczką, szara i pokorna, do obrosłego jałowcem wzgórza tuliła się wioska. Kilka krzyżów wysokich strzelało ponad nizkie chaty, i niedaleki gaj brzozowy, białą korą błyskając, szumiał z cicha, jakby smętną piosenką swego szumu kołysać chciał do snu blade dzieci wioskowe.
We dworze mieszkał pan młody i bogaty; niedawno się ożenił, gdzieś w wielkiém mieście podobno. Dobry był, bo nie krzywdził ludzi, nie bił i nie łajał, ale się téż z nimi nie wdawał w rozmowy i stosunki; bo i na cóż mu to było potrzebne, kiedy miał ekonomów? Zresztą o czémże-by mówił z ciemnym ludem? Czytał tylko ciągle książki, a któż odgadnie, co w nich dobrego wyczytał, jeśli się z nich bratniéj miłości wyuczyć nie mógł. Goście przyjeżdżali często, pan wesół przed dom wychodził, panów całował, paniom się kłaniał, do salonów pięknych zapraszał i nieraz długo w noc z szerokich okien białego domu wychodziły odgłosy żywych rozmów, wesołych śmiechów i pięknéj muzyki. Pani miała liczko białe, jak listek lilii, usteczka purpurowe i duże czarne oczy, miała rączkę drobniuchną i postawę królowéj. Dobra téż była, bo nie łajała i nie krzywdziła nikogo; ale chłopów znieść nie mogła. Przykrym jéj był zapach siermięg i dźwięk grubéj mowy ludowéj. Ona w rodzicielskim domu chłopów nigdy nie widziała i słyszała zawsze od ojca, że oni są próżniacy i złodzieje, a od matki, że z niższymi wchodzić w stosunki nie należy. Zresztą, poco jéj było znać chłopów? Czy mało miała znajomych pięknych pań i panów? Grała tylko ciągle, a któż odgadnie, jakie dźwięki wlewała muzyka w jéj serce, jeśli nie wlała w nie dźwięków bratniéj miłości!...
W wiosce mieszkało trzydzieści rodzin chłopskich, a nad nimi panował... straszny, bezlitosny głód.
Jedna z chatek, składających wioskę, stała nieco opodal od towarzyszek swoich, otoczona drzewami, czysta jakoś i miła, choć nizka i szara. Była to chata Symona Harwara, bogatego dawniéj gospodarza. I w istocie bogaty był niegdyś Symon, bo miał dwa konie, parę wołów i zboża mu zwykle na rok wystarczało cały, a czegóż więcéj dla chłopa potrzeba? Ale gdy przyszły nieurodzajne lata, pokazało się, że bogactwo Harwara nie było niewyczerpane. Sprzedało się konika jednego i drugiego, wół jeden padł i zboża na chléb nie stało. Pracował Harwar i wódki nie pił, ale nie pomogła ni praca, ni trzeźwość, głód dokuczał. Jesienią, piekli w Harwarowéj chacie chleb z jęczmienia, zimą z plewy, a na wiosnę i plewy zabrakło... zaczęli jeść trawę. Płakał Harwar i ociérał łzy rękawem podartéj siermięgi. Poszedł do dworu prosić o chléb; we dworze dali mu garniec żyta na tydzień, albo to niedość dla chłopa? Dla Harwara było to mało, bo miał żonę i dzieci. W poniedziałek i we wtorek jedli w chacie zaciérkę z pańskiego żyta, a potém znowu gotowali i jedli trawę. Harwar płakał, bo miał żonę i dzieci.
A dzieci Harwar miał czworo. Najmłodsze spało albo krzyczało w kołysce, uplecionéj z łozy i na grubych sznurach wiszącéj w kącie chaty; drugie pełzało po ziemi, siedząc najczęściéj z kotem pod ławą; trzecie, podrostek, nosiło w dzień młodsze dzieci, a wieczorami drzémało skurczone na przypiecku; czwarte i najstarsze — córka, miała lat piętnaście. Hanka, córka Harwara, była najładniejszą w wiosce dziewczynką. Słuszna i cienka, jak gdyby, rosnąc, zapatrzyła się na brzózkę w gaju, oczy miała błękitne, jak niezabudka, i tak jakoś słodko patrzała niemi, że chcąc nie chcąc trzeba było kochać dziewczynę; włosy jasnemi warkoczami oplatały jéj opalone ale gładkie i pogodne czoło, albo rozpuszczone i gęste spadały do pasa z pod białéj chusteczki.
Kiedy Harwar był jeszcze bogaty, a w chacie nie trawę, ale chléb jedli, Hanka, bywało, jak się ustroi w krasny gorsecik, nawiąże paciorków na szyję, a w jasne włosy wplecie ponsową tasiemkę, to chłopcy z całéj wioski ledwie na nią oczu nie wypatrzą, choć jeszcze była za młoda, żeby swatów na zapoiny do niéj posyłać.
A między tymi chłopcami najrzewniéj i najogniściéj patrzył na Hankę ośmnastoletni Wasylek Chmara. Dziarski już był z niego, trzeźwy i pracowity parobczak. Z oczu patrzała mu poczciwość i roztropność, twarz zalewał rumieniec zdrowia i siły. Hanka dawno znała Wasylka. Gdy byli dziećmi, trzody pasali razem; późniéj, kiedy zaczęła matce pomagać w gospodarstwie i biegła po wodę do studni, zawsze tam znalazł się Wasylek, wiaderko od niéj odebrał, wody zaczerpnął i niósł do chaty, a ona szła obok niego i rozmawiali, i śmieli się tak wesoło a głośno, że aż sąsiadki wyglądały z za płotów.
To znowu kiedy pracowali razem we dworze, Wasylek zawsze pomagał Hance i, wracając od roboty, prosił ją, żeby mu zato zaśpiewała piosenkę. Hanka śpiewała, a chłopak patrzył na nią ognistemi oczyma. I dziewczynie dobrze było z wesołym i roztropnym Wasylkiem. Z nim, bywało, weseléj idzie na pańszczyznę i matce jego niżéj niż innym kobiétom się pokłoni, i kiedy go długo nie widzi, to patrzy na drogę od wioski, aż błękitne oczy łzami zajdą, a w serduszku tak jakoś smutno, że i Boży świat niemiły. Siła potężna, która pono i w salonach, i w wioskach jednako miłością się nazywa, przyciągała wzajem ku sobie dwoje czystych i pełnych młodości dzieci przyrody i ludu.
Raz, a było to wtedy, kiedy był jeszcze chléb w chacie Harwara, a Hanka miała lat cztérnaście, zbłąkała się Harwarowi owieczka i z chaty posłano Hankę, aby ją odszukała. Dziewczyna długo chodziła po polu i słonko zachodzić już miało, gdy spotkała Wasylka. Poszli razem szukać, daleko ode wsi znaleźli owieczkę i, pędząc ją przed sobą, zwolna powracali do domu. Wieczór był cichy i pogodny, jeden z ostatnich letnich wieczorów; brzozowy gaik szumiał, gdzieś daleko chłopcy na surmach grali i tak jakoś pięknie było a smutno razem na Bożym świecie!... Rzewność ogarnęła Hankę i Wasylka... szli, milcząc.
— Hanko, — rzekł wreszcie Wasylek, podnosząc głowę i patrząc na dziewczynę, — czy nikt do ciebie swatów nie przysyłał.
— A któż-by? — odszepnęła zarumieniona Hanka; — nikt nie przysyłał.
— A żeby przysłał kto swatów? — spytał Wasylek, patrząc to na ziemię, to na nią.
— No, to i cóż, — odpowiedziała, — prosiła-bym matuli, żeby nie przyjęła.
— Dlaczego-byś prosiła matuli, żeby nie przyjęła?
Dziewczyna nie odpowiedziała i tylko patrzała w ziemię.
— A żebym ja do ciebie swatów przysłał? — zapytał znowu Wasylek.
— Co téż mówicie, Wasylku! — szepnęła spłoniona cała dziewczyna.
— A żebym przysłał, — nalegał chłopiec, — no cóż, powiédzcie, czy-byście prosili matuli, żeby nie przyjęła?
— Prosiła-bym, żeby przyjęła, — rzekła Hanka, i zakryła twarz ręką.
Byli wtedy u skraju brzozowego gaiku; wiatr łagodnie szumiał, surmy tęskno grały, niebo było pogodne. Wasylek, szczęśliwy i rozkochany, objął spłonioną i i piérwszy raz, a gorąco, ją pocałował.
Hanka i Wasylek kochali się bardzo. Wiedzieli o tém ich rodzice i radzi spoglądali na miłość dzieci, ale nie mieli zaco sprawić wesela; odłożyli więc ślub ich do lepszych czasów. A młodzi nie skarżyli się na zwłokę, bo dobrze im było pracować razem, i kochać się, i marzyć...
Marzyć!... dziwny wyraz, gdy mowa o chłopach! Alboż chłopi marzą? O! tak, póki młodzi i nie zmęczeni życiem ciężkiego mozołu i póki nie zagłuszą w sobie człowieczeństwa piciem wódki, płynącéj potokami z gorzelni pańskich, i chłopi marzą.
Hanka więc i Wasylek marzyli o przyszłości. Nieraz w dnie świąteczne, siedząc na progu chaty, rozmawiali ze sobą, jak się wkrótce pobiorą, jak będą mieli swoją własną chatkę, czystą i białą. Ojciec da Hance krówkę, matka pełną skrzynią kraśnych spódniczek i koszul białych, czerwonem szytych; Hanka w swojej chatce skrzętnie zagospodaruje, Wasylek pilnie pracować będzie, aby jéj trudu ulżyć, i nigdy, nigdy przez życie wódki nie skosztuje; na ścianach zawieszą złocone obrazki świętych; przed chatą zasieją grządki nagietek i krasnych maków, — a kochać się będą bardzo i bardzo, zawsze i gorąco; bo i jakżeby się kochać nie mieli, kiedy im z sobą tak dobrze!
Marzyli młodzi, czas upływał, dzień schodził, i nieraz księżyc opromienił ich jasnowłose głowy, a oni jeszcze siedzieli na progu chaty, trzymali się za ręce, patrzyli sobie w oczy i gwarzyli z cicha, serdecznie i poprostu.
Niekiedy, idąc około pańskiego dworu, Wasylek pokazywał Hance biały i jasny dom pana, mówiąc:
— Jak tam ślicznie być musi, Hanko!
A ona odpowiadała:
— Gdy-bym była wielką panią, to-bym wyszła za ciebie, i mieszkali-byśmy w takim pięknym domu.
— Dobrze nam będzie i w naszéj chatce, bylebyśmy się pobrali, — mówił chłopak i bez zazdrości patrzyli oboje na bogaty dwór pański.
Przyszła zima, głód ciężki zajrzał do wsi; w chatach Wasyla i Hanki i jęczmiennego zabrakło już chleba.
Szybko pobladły twarze młodych ludzi, oczy chłopca zapadły, i gasł powoli żywy błękit oczów dziewczyny, bo głód, to straszny niszczyciel: wygryza piersi, czerni twarz i gasi blask oka. Nie skarżyli się jednak, pracowali, jak mogli, tylko Wasylek rzadko już śmiał się, a Hanka śpiéwać przestała, ale kochali się zawsze, coraz bardziéj.
Nadeszła wiosna, chleba i z plewy zabrakło. Brali od pana po garncu żyta na tydzień, ale trudno było przeżyć garncem żyta siedm dni długich, bo w chacie Hanki żyły trzy osoby dorosłe i troje dzieci, a u Wasylka pięć osób dorosłych i dwoje dzieci.
Twarz chłopca stawała się co raz bledszą, coraz głębiéj zapadały mu oczy, i oczy Hanki gasły co dzień bardziéj; wysoka i giętka jéj postać schylała się ku ziemi, usta okrążył wyraz bólu. Ale chłopak był silny, wytrwały, a choć blady i z zapadłemi policzkami, pracował ciągle, na pańszczyźnie i w domu, i gdy był przy kochance, tłumił gryzący ból głodu i uśmiechał się do dziewczyny. Hanka słabła widocznie. Nieraz chwiała się, idąc przez wioskę, w oczach robiło się jéj ciemno, i piersi ściskał ból, jakby żelazną obręczą.
Otóż-to chłopskie nadzieje i marzenia! Dwoje ludzi kochają się, pragną, czekają szczęścia, — aż głód przychodzi, dusi i zabija.
W tym czasie pan i pani bardzo byli zajęci! W kwietniu miano obchodzić rocznicę ich ślubu wielkim festynem. W domu gotowano już salony, śliczną suknią z dalekich krajów przysłano dla pani. W ogrodzie dworskim rozkwitały narcyzy wonne i fiołki uściełały trawniki. Pan, oczekując festynu, czytał, pani grała, a ani książki, ani dźwięk muzyki nie mówiły im o sąsiedniéj biédzie i o cierpieniach Wasylka i Hanki, o ich więdnących twarzach i konających nadziejach.
Oto dwa światy!
Kwiecień ciepły zielenił ziemię, skowronek śpiéwał i pierwiosnki dawno już kwitły; ale w owym roku nieszczęścia i nędzy nikt po wsiach nie słuchał szczebiotu wiosennego ptaka, żadna dziewczyna kwiatkiem włosów nie stroiła.
W jednym z kwietniowych wieczorów Hanka siedziała na progu chaty. Promień zachodzącego słońca ozłacał jéj włosy, głowę wsparła na wychudłéj ręce, a zbladłą i wynędzniałą twarz jéj zaléwał wyraz smutku i gryzącego cierpienia. Rodzice byli na pańszczyźnie; dziecko jedno siedziało z kotem pod ławą, drugie jęczało, kurcząc się, na przypiecku; najmłodsze, opuchłe i chore, spało w kołysce snem, blizkim śmierci. Długo Hanka siedziała milcząca i zamyślona. Słonko już było bardzo nizko, gdy zza płotu wyszedł Wasylek, zbliżył się z wolna, i milcząc, obok niéj usiadł. Dziewczyna spojrzała na kochanka łzą zaszłym wzrokiem, on oparł brodę na ręku, i tak siedzieli przez chwilę, milcząc i patrząc na siebie.
— Wasylku, — odezwała się nagle Hanka, jakby sobie co przypomniała, — jadłeś ty dziś zaciérkę.
Chłopiec machnął ręką.
— Gdzie nam do zaciérki! — odpowiedział ochrzypłym głosem, — lebiodę jemy i pokrzywę, bo ekonom garncy nie daje, od czasu, jak się na mnie rozgniewał.
Hanka żywo powstała i wbiegła do chaty. Było to we wtorek, w chacie zgotowano zaciérkę z pańskiego żyta; Hanka jéj nie jadła, ona nic przez dzień cały nie jadła, a część swoję zostawiła dla Wasylka, bo wiedziała, że on garncy nie bierze i głodny do niéj przyjdzie. Po chwili wyszła z chaty i podała kochankowi łyżkę drewnianą i garnuszek, pełen jadła.
Chłopiec pochwycił go gwałtownie i zaczął pożérać grubą potrawę. Gdy jadł, oczy mu błyskały, rumieniec zaléwał wychudłe policzki; zapomniał o całym świecie, o Hance nawet, jadł tylko i jadł ciągle, dopóki nie wypróżnił garnuszka. I nic dziwnego, że pożérał zaciérkę z pańskiego żyta, bo od dwóch tygodni jadł tylko gotowaną trawę. Hanka patrzyła na niego z pomięszaném uczuciem cierpienia i radości; głód gryzł jéj własne piersi, ale jadłem swojém karmiła kochanka.
Wziąwszy z rąk Wasylka próżny garnuszek wniosła go do chaty, potém wróciła, usiadła obok chłopca na progu, zarzuciła mu ręce na szyję i głowę przytuliła do jego piersi. On jedną ręką objął ją i przycisnął do siebie, drugą gładził jéj jasne, rozplecione włosy.
— Sokole ty mój jasny, Wasylku! — szepnęła dziewczyna.
— Gołąbko moja, duszko! — odszepnął chłopiec.
I umilkli, i milcząc siedzieli; kochać mieli jeszcze siłę, ale głód ściskał im gardła i mówić przeszkadzał.
Słońce zaszło, ludzie, wracający z pańszczyzny, ukazali się na przeciwnym końcu wsi. Hanka powstała, wstał i Wasylek. Długo jeszcze trzymał ją w objęciu; patrzyli na siebie ciągle w milczeniu, w końcu pocałowali się długo... gorąco, i chłopiec ze schyloną głową poszedł przez wioskę, a Hanka, popatrzywszy za nim, weszła do chaty i, bez sił prawie, upadła na ławę.
W owéj chwili, po szerokiéj i czystéj drodze dworskiego dziedzińca, między zieloną murawą i krzewami kwitnących narcyzów, przechadzali się pan i pani.
Pani, wsparta na ręku męża, mówiła mu o niedalekim festynie i o swojéj sukni prześlicznéj, o upragnionéj podróży i przyszłych zabawach zimowych. Pan trzymał w dłoni drobną rączkę żony, słuchał jéj wesołego szczebiotu, potém opowiadał o wszystkiém, co czytał w książkach, i co kiedyś widział w podróżach po świecie. Słońce zaszło, a gdy służba oznajmiła podaną herbatę, pan i pani weszli do domu, pili i jedli, u otwartego okna ciągle śmiejąc się i rozmawiając. Potém długo w noc słychać było dźwięk fortepianu — to pani grała, a pan, siedząc przy niéj, słuchał melodii i całował niekiedy białą rękę i purpurowe usta żony.
Oto dwie miłości, dwie pary, dwa światy!...
Nazajutrz, po owym kwietniowym wieczorze, rodzice Hanki raniutko wyszli na pańszczyznę. Dziewczyna, chwiejąc się, wstała, rozłożyła w chacie ogień, i poszła zbierać lebiodę.
Wróciła z pękiem ziela, postawiła garnuszek wody przed ogniem, wsypała w wodę przyniesioną trawę, i zaczęła gotować. Pod ławą kot miauczał i dziecko piszczało; na przypiecku skurczona i zmartwiała siedziała ośmioletnia dziewczynka; w kołysce ciągle spało opuchłe dziecko.
Południe się zbliżało. Hanka wyszła przed chatę, spojrzała na słońce i, zapytawszy się przechodzącego sąsiada, w któréj stronie pracują jéj rodzice, weszła do izby. Nakarmiła lebiodą dzieci, sama jadła, głód odgoniła na chwilę, ale gotowana trawa sił jéj nie dodała. Potém nalała dwa garnuszki rzadkiego ziela, zawiązała chusteczkę na głowę i wyszła. Szła przez wieś, chwiejąc się. Przed chatą Wasylka stanęła, powitała matkę kochanka, zbierającą trzaski na podwórku i poszła daléj. Wasylka nie zobaczyła, bo i on był na pańszczyźnie. Dzień jasny, gorący prawie, potokiem promieni słonecznych zalewał ziemię, powietrze woniało, ptaki szczebiotały i bociany klekotały na dachach. Dziewczyna minęła wioskę i, niosąc garnuszki, szła przez pole, potém przez łąkę, a ciągle chwiejąc się. Nareszcie przyszła nad rzeczkę. Z drugiéj strony wody pracowali ludzie około pańskiego pola; między nimi Hanka zobaczyła swoich rodziców. Przez rzeczkę położono kładkę dość szeroką, aby przejść można było, ale chwiejną i uginającą się za każdym krokiem. Hanka stanęła na kładce i zachwiała się; cofnęła się szybko i usiadła na trawie, bo nogi pod nią drżały. Harwar zobaczył córkę i począł ją wołać.
— Chodźcie tu sami wziąć jedzenie, bo nie przejdę po kładce, w wodę wpadnę! — zawołało słabym głosem dziewczę.
Harwar chciał iść do córki, ale ekonom krzyknął na chłopa:
— Co tam z dziéwką rozprawiasz? Do roboty!
A do Hanki zawołał:
— Nieś mi tu zaraz sama! Dam ja tobie! przejść przez kładkę nie mogę! wielka pani, patrzcie ją!...
I pogroził nahajką.
Hanka wstała z ciężkością, wzięła dzbaneczki i weszła na kładkę. Tą razą nie zachwiała się za piérwszym krokiem, ale przy trzecim w głowie jéj zaczęło się kręcić. Postąpiła daléj... nogi pod nią zadrżały i w oczach zrobiło się jéj ciemno. Krzyknęła i postąpiła krok jeszcze. Ekonom wołał z drugiéj strony rzeczki:
— A prędzéj, no! patrzcie, jaka panienka! Idzie jak nie na swoich nogach!
On nie pomyślał o tém, że głód odjął siłę nóg biédnéj dziewczynie.
Na głos ekonoma, Hanka silniéj zadrżała, spojrzała w dół, upusciła dzbaneczki, chciała iść daléj, zachwiała się, krzyknęła raz jeszcze i... wpadła w rzekę.
Za wodą rozległy się dwa rozpaczne krzyki: ojca i matki. Wasylka tam nie było, on pracował w innéj stronie pańskiego pola.
Tego dnia, wieczorem, w Harwarowéj chacie płonął żywy ogień. Czerwony płomień oświecał drgającym blaskiem szarą i smutną izbę; naprzeciw ognia, na ławie, leżała nieżywa, znaleziona w wodzie Hanka. Długie jéj włosy spadały rozpuszczone, ręce miała złożone na piersi, grubą koszulę zawiązywała czerwona wstążka, którą kiedyś od kochanka dostała. Przy niéj, skurczona, na ziemi siedziała matka. Brakło jéj siły, aby, według wiejskiego zwyczaju, zawodzić głośne żale, lecz cicho płakała, ocierając łzy fartuchem. Z drugiéj strony chaty siedział na ławie Harwar, ręce złożył na kolanach, głowę schylił na piersi, twarde, splątane włosy twarz mu zarzuciły. Nie miał ani słowa skargi na ustach, ani łzy w przybitém do ziemi oku, ale wszystko, co bezsilna rozpacz ma w sobie najposępniejszego, zlało się w ponurą i milczącą postać chłopa.
Wasylka nie było. Kiedy rozeszła się wieść o utonięciu Hanki, przybiegł do wioski blady i z obłąkanymi oczami, a spojrzawszy na trupa dziewczyny, pochwycił się za głowę i uciekł. Daremnie go szukano; dzień cały zszedł, a Wasylka nigdzie nie było.
Posępna cisza panowała w chacie, przerywana tylko niekiedy trzaskiem ognia, łkaniem kobiety, albo ciężkiém westchnieniem Harwara. W kącie izby, w kołysce, konało opuchłe od głodu dziécię.
Tego wieczora we dworze pańskim wiele było gości. Pan dowiedział się od ekonoma o utonięciu Hanki, i o smutnym wypadku opowiadał towarzystwu zebranemu około zastawionego i oświetlonego stołu.
— Szkoda dziewczyny, jeżeli była ładna, — rzekł dowcipniś jakich, z urzędu bawiący obecnych.
— Ładna była, — odpowiedział pan — podobno zaręczona.
— Treść do romansu, — westchnęła sentymentalna dama, pragnąca we wszystkiém na ziemi treść do romansu dopatrzéć.
— Romans u chłopów! — zawołał z oburzeniem otyły, z sumiastemi wąsami, weteran-obywatel. — Co téż pani mówi! alboż oni kochają?
— Zawsze szkoda dziewczyny, jeżeli była ładna, — powtórzył dowcipniś.
Messieurs, parlons autre chose! — z grymasem na pięknéj twarzy ozwała się pani. — Utonięcie dziewczyny, to smutny dla rozmowy przedmiot, cela fait mai aux nerfs.
Parlons autre chose, ma déesse! — zawołał pan, i rozmowa potoczyła się wesoła a rozmaita.
O Hance biédnéj, która z siną twarzą i rozpuszczonemi włosami martwa leżała w Harwarowéj chacie, o jéj rodzicach i o jéj kochanku, w salonach pańskich nie myślano.
W kilka dni późniéj, chłopi, wracający z miasteczka, przywieźli do wioski, w któréj umarła Hanka, znalezionego na szerokiéj drodze, pod krzyżem, opuchłego i umarłego z głodu człowieka. Był to trup Wasylka.
Otóż-to chłopskie miłości, nadzieje i marzenia! Dwoje ludzi w wiosce kochało się i roiło przyszłość szczęśliwą — aż przyszedł głód, i za cały ślad po dwóch istnieniach pełnych zdrowia, sił i nadziei, na wiejskim cmentarzu zostały dwie mogiły.
W miesiąc potém opustoszała Harwarowa chata. Dwoje dzieci zmarło, starszą dziewczynkę na pastuszkę wzięto do dworu, a Harwar z żoną, wynędznieli i osiwiali, wyszli żebrać po szerokich drogach. Kiedy, wychodząc z wioski, mijali wiejski cmentarz, nad dwoma świeżymi grobami sosny szumiały, strząsając krople spadłego deszczu. Harwar i jego żona spojrzeli na cmentarz i bezwiednie się przeżegnali, ale nie zaszli na groby córki i jej kochanka, i łzy nie mieli w zapadłych i opuchłych oczach. Głód wyziębił im uczucie w piersi i łzy w oczach wysuszył.
Poszli i zginęli bez śladu.
Wkrótce i pański dwór opustoszał. Pan z panią w daleką wyjechali podróż.
Przeszła jesień i zima. Z wiosną nową pan i pani wrócili do swego jasnego, wiejskiego domu. Przez zimę bawili się wesoło w wielkiem mieście, a wróciwszy znowu czytali, grali, bawili gości i przechadzali się po wonnym ogrodzie jak dawniéj.
Śliczne liczko Hanki i poczciwe serce jéj kochanka toczyły pod ziemią robaki.

∗             ∗

Skończyłam moją powiastkę, piękni panowie i panie! Przebaczcie, jeślim znudziła prostém opowiadaniem. Ale widzicie, słowo nie zawsze zdoła wypowiedziéć gorące poczucie i piórem trudno wyprowadzić na jaw myśl żywą. A jednak serce boli przy wspomnieniu o mękach, goszczących niekiedy między biédnymi braćmi i obok owych ciemnych obrazów nędzy i niedoli przed wyobraźnią stają rozświetlone weselem postacie szczęśliwych. Więc gdy się myśl moja napełniła obrazami takimi, zapragnęłam powiedziéć wam poczciwe, choć ubogie słowo i niegdyś słyszaną krótką historyą Hanki i Wasylka opowiedziałam.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.