Oświęcim - pamiętnik więźnia/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Halina Krahelska
Tytuł Oświęcim - pamiętnik więźnia
Wydawca Wydawnictwo Komisji Propagandy Biura Informacji i Propagandy KG AK
Data wydania 1942
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

Matka siedzi przy moim łóżku, w rękach przebiera jakąś robótkę /pewno sama nie wie jaką/, ale co chwila patrzy na zegarek na przegubie ręki, by nie przeoczyć pory: lekarstwa albo posiłku. No i patrzy także na mnie... Spogląda raczej, usiłuje tylko spoglądać, bo nie chce mi dokuczyć przedłużonym, uporczywym patrzeniem.
Nie jestem już przecie tam; od tygodni już w domu; wyleguję się w łóżku, myty, karmiony, hodowany, poddany nieustannym zabiegom lekarskim, zastrzykom, wszelkim środkom ratunkowym. Ale ja sam — od pierwszego dnia — wewnętrznym czuciem wiem, że już nic ze mnie nie będzie, że choć nie skonałem pod bykowcem[1], pod butem, pod cegłą — jednak tu będę musiał umrzeć w czystym łóżku, obok doniczki z cudnym kwiatem, którą przyniosła miła dziewczyna, niezależnie od wszelkich wysiłków lekarskich i rodzicielskich.
Kiedy zaś po kilku dniach pobytu w domu usłyszałem ten wyrok z drugiego pokoju — /urywane szepty między lekarzem i rodzicami/, postanowiłem odrazu, w tamtej chwili, napisać te swoje wspomnienia, napisać, utrwalić najważniejsze dla nas rzeczy, choćby to miało kosztować jaknajwięcej wysiłku. Od tego też dnia prawie nic już nie opowiadam, nie chcę się wyczerpywać, piszę, piszę, musi mi starczyć na to sił.
Kiedy następnego dnia po owej zasłyszanej rozmowie zażądałem zeszytu i ołówka, matka spłoszyła się, zaniepokoiła, pochwyciła mnie za obie ręce:
— Synu! Po co teraz?... Dlaczego tak się osłabiać?... To nie na twoje dzisiejsze nerwy!.. Doktór kazał ci się oszczędzać...
Nie zdradziłem się, żem słyszał, co mówił doktór. Bałem się, że jeśli się zdradzę, otoczą mnie opieką i to taką, iż mój zamiar napisania tych wspomnień spełznie na niczym. Udałem więc dobre samopoczucie za pomocą uśmiechu i spojrzenia i prosiłem, żeby matka zechciała mi dogodzić: to właśnie mnie uspokoi, jak będę się mógł wypisać, wydać z siebie to wszystko, co musiałem tam wchłonąć. Matka dała się przekonać i odtąd, gdy kto inny zastanie mnie z zeszytem na kolanach — pomaga uchylić temat z rozmowy, zbagatelizować...
— Zachciało mu się... — mówi — Opowiadanie męczy go... Bazgrze sobie.. Chce coś niecoś zanotować, przemyśleć...
Posyłam jej wtedy wdzięczne spojrzenie, a ona odpowiada mi z poza osłony swych binokli krótkowidza — pokrzepiającym, solidarnym, koleżeńskim wzrokiem wiernego wspólnika i sprzymierzeńca. Gdy jednak zostajemy sami i ja piszę — /piszę niekiedy, zgrzytając zębami, wzdychając, jęcząc z niemocy/ — biedaczka niepokoi się bardzo, że spisek ten ze mną uknuła, że mi na to pozwala, że pogarsza, być może, mój stan..?
Dlatego też oczy jej — wyblakłe za szkłami binokli — co chwila odrywają się od robótki i zegarka i podkradają się do mnie, cofają, płoszą, i znów czuję je na sobie...

— — —

Zresztą od kiedy postanowiłem pisać ten pamiętnik, zgadzam się jeść wszystko, co mi dają, a to przecież podtrzyma przez jakiś czas moje siły. Na tym więc serce matczyne coś zyska. Bo z jedzeniem — w pierwszych dniach — było to dla matki wielkie utrapienie i męczeństwo. Nie mogłem — nie ja pierwszy zapewne, nie ja ostatni!... nie mogłem jeść, przełknąć nic poza tym, co tam jedzą oni, moi, oświęcimiacy...
Wypuszczono nas dwudziestu trzech, ale gdyśmy szli przez dworzec warszawski i potem żegnali się na ulicy — już wtedy stało się jasne: owszem, zwolniono nas, te nędzne, potłuczone, poranione szkielety, kościotrupy, poruszane jeszcze jakimś dziwacznym wewnętrznym życiowym uporem... Ale wnętrze nasze, to co nazywa człowiek duszą, nasze dążenia, nasze tęsknoty, to jakoś nie odrazu poszło z nami, pozostało uwięzione tam, w obrębie Oświęcimia. Jeden ze zwolnionych, zupełnie młody człowiek, który przez długie miesiące tęsknił tam do swej narzeczonej — odrazu ujął teraz tę naszą przemianę we właściwe słowa: ”Dla nas na jedno, wypuścili czy nie!... Niewielu z nas zechce, potrafi się oderwać!.. Ja przynajmniej — to już chyba pozostanę tam z nimi... Większa część mnie tam uwięzła”.. i uśmiechnął się przytym do nas porozumiewawczym, tęsknym uśmiechem. Wszyscy milczeli, odezwał się tylko jeden, równie młody chłopak, stosunkowo mało wyniszczony, bo go prędko wydostała z obozu rodzina. I ten ku naszemu zdumieniu powiedział: ”Nie będę świnią, żebym żarł i zapomniał, co tam z nimi się wyprawia”... Ja nie powiedziałem nic. Wydało mi się nawet w pierwszej chwili, że to przesada.
Ten zresztą chłopak od pierwszej wiadomości o zwolnieniu miał jaskrawą bardzo reakcję. To znaczy powstało w nim jakieś szczególne uczulenie w stosunku do pozostawionych w obozie kolegów. Więc np. wypuszczając nas — dali nam do rąk spore paczki na drogę. Zajrzeliśmy do nich, jak tylko wyszliśmy z obozu. Było w nich po kilka grubych kawałków chleba, posmarowanych masłem i obłożonych wędliną. Nadto opakowanie było pergaminowe! Otóż ten nasz kolega odrzucił odrazu paczkę z pogardą i wściekłością: nie chciał jej!
Oczywiście, jeden ze zwolnionych podniósł ją i dziw, że o to nie było bójki: przecie ludzie byli tak wygłodzeni!...

— — —

Ale gdym wszedł do mieszkania rodziców — uprzytomniłem sobie w najdziwniejszych okolicznościach całą prawdę tamtych słów. Ojciec był jeszcze w domu; gdy wchodziłem do jadalnego, siedział jeszcze zadumany nad kawą. Podniósł oczy — odepchnął się oburącz od stołu, porwał na nogi, wyprężył jak długi i padł na wznak. Zemdlał, jak się później okazało. Matka wybiegła ze swego pokoju na łoskot, z nieprzytomnym krzykiem rzuciła się ku mnie, ściskała, całowała, płacząc nieprzerywanym szczęśliwym i strasznym szlochem. Potym rzuciła się, aby podnosić ojca i zawołała o moją pomoc. Ale ja stałem, jak słup, bo nad miejscem gdzie upadł ojciec, wielki zegar wskazywał właśnie po siódmej... Wyprowadzano więc ich już tam do pracy!.. Ustawiali się właśnie w szeregi... Moi z szeregu mieli tam lukę, może przez zapomnienie poszukali mnie łokciami? Byłem tam, byłem z nimi! To było ponad moje siły... Nie było mnie tutaj!..
To samo stało się w południe. Leżałem już w łóżku, wymyty, wyczyszczony, oczekując na posiłek. Matka rozmawiała już telefonicznie z doktorem i słyszałem, jak przyjmowała jego dyspozycje: ”Rozumiem... Rozumiem... Najlżejsze, najstrawniejsze... wygłodzony”..
Zdawało mi się nawet, że będę jadł z wielką przyjemnością. A tymczasem... Kiedy matka weszła, wnosząc na tacce talerz jakiejś pysznej domowej zupy czy kaszy na rosole, doświadczyłem nagle wewnętrznego sprzeciwu, oporu o dzikim niesamowitym napięciu... Poprzez parowanie doskonale przyrządzonego pożywienia dojrzałem jak żywe ich postacie: tam, wokół kubłów, ze swymi menażkami. Tak, jakbym stał z nimi, jakbym wyciągał też swoją menażkę... Zobaczyłem wyraźnie smutne spojrzenie przyjaciela, który umarł w wigilję mego odejścia i który ostatni swój obiad powitał słowami: ”No tak.. Znów takie, że się to da opłukać zimną wodą”...
Tu zaś, w moim talerzu złociły się liczne, delikatne, świecące kółka...
Pot wystąpił mi na skronie, oddałem matce tackę z nietkniętą strawą... Oczy matki za szkłami zmętniały, zwilgotniały; drgnęły usta... ”Dlaczego — synuś?..” ”To dobre!” ”Przecie musisz powrócić do sił!”...
Siedziałem w łóżku daleki, zimny, obcy, nieprzystępny. ”Zadobre..” — powiedziałem bezlitośnie. Matka jęknęła bez słowa, jakoś niby potknęła się i usiadła w głębi pokoju. Wszedł ojciec, który po zemdleniu leżał w sąsiednim na otomanie. Pochylił się nademną i z oczu jego płynęło ku mnie tyleż radości, że ocalałem, ile — rozpaczy. Położył dłoń na mojej ostrzyżonej głowie i powiedział, odchrząkując łamiącym się głosem: ”Jeżeli nie zechcesz się odżywiać, będziesz musiał umrzeć. Czy chcesz... dokańczać naród za Niemców..? To może nie miała cię matka oczyszczać ze wszy?” Zamknąłem oczy, bardzo zmęczony. Słyszałem, że matka szepnęła: ”Zostaw go”.
I dopiero zacząłem odżywiać się, gdy postanowiłem pisać.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł bykowiec — bicz, pejcz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Halina Krahelska.