Przejdź do zawartości

Notatki myśliwskie z Indyi/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Mikołaj Potocki
Tytuł Notatki myśliwskie z Indyi
Wydawca Józef Mikołaj Potocki
Data wyd. 1891
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron










ROZDZIAŁ VI.




20 marca.

Obudziwszy się wcześnie, zdziwiłem się niemało na widok leżącej przed mym namiotem zabitej pantery. Okazuje się, że gdyśmy wczoraj udali się na spoczynek, w godzinę później wpadł do obozu Hindus z pobliskiej wioski z oznajmieniem, że pantera zakradła się do jego zagrody i kozę zadusiła; ludzie ją spędzili, lecz jest możliwość, że powróci w nocy po swą zdobycz. Mahmud zdrajca zamiast którego z nas zbudzić, sam poszedł i zasiadł pod zagrodą, jakoż nadedniem pantera wróciła i zabił ją w chwili, gdy przeskoczywszy napowrót zagrodę, na kozie siedziała. Mahmud, gdy mu Grant robił wymówki za nieobudzenie nas, tłomaczył się, że nie śmiał nas budzić, nie mając pewności, czy pantera wróci. Rzeczywiście, rzadki to wypadek, by zwierz, raz spłoszony, w kilka godzin powracał, jeden dowód więcej niesłychanej zuchwałości pantery. Niewielka była sztuka, mało co większa od rysia.
Spolowawszy mniej więcej wszystkie lepsze knieje w okolicy, postanawiamy obóz zwinąć i na wieczór do Goony powrócić. Po drodze wzięliśmy cztery mioty, tem chyba ciekawe, ze niesłychana ilość dzikich małp w każdym z nich na nas wychodziła; niemożna się dosyć na te śmieszne zwierzęta napatrzeć, tak zabawne są i przytem tak ludzkie ich ruchy i chody. W ostatnim miocie zabiłem dzika, jak na indyjskie pojęcia, grubego odyńca. W powrocie do Goony szybkim galopem po twardej drodze, koń pode mną wsadził nogę do dziury i rulował jak zając strzelony.
21 marca. Dzisiaj wiosna w Europie podług kalendarza się zaczyna, w naszym kraju pewno śniegi jeszcze leżą, tu upał z każdym dniem się zwiększa. Miał być dzień odpoczynku, tymczasem w południe dają znać, że o półtory mili od Goony pantera w biały dzień kozę zadusiła i do pobliskiej dżungli zaciągnęła. Jedziemy po to tylko niestety, aby ujemny rezultat do długiego szeregu niefortunnych zawodów doliczyć. Wieczorem dali mi oficerowie obiad w klubie z muzyką i całą wystawą, na jaki skromny, lecz doskonale zaopatrzony klub zdobyć się potrafił. Nader miło mi wieczór w ich gronie zeszedł; rozumie się samo przez się, że polowanie stanowiło główny, jeżeli nie wyłączny temat rozmowy.

22 marca. Zacząłem dzień rannym podjazdem, nie przyszedłem jednak do strzału. Dziś wyprawiam Stefana, Majkla i bagaże najętą pocztą wielbłądzią do Bombayu via Gwalior, zbliża się bowiem termin 1-go kwietnia, w którym to dniu mam być w Bombayu. Doktor S. również się zabiera, ja sam zostaję jeszcze w Goonie i mam konno na wskróś przez dżungle do bliższej stacyi Bina
WIELBŁĄDZIA POCZTA.
się przedostać. Niema tam wprawdzie drogi, lecz mi pułkownik obiecuje dać przewodnika i konie rozstawić; zyskuję w ten sposób parę dni, które mogę jeszcze w Goonie przepędzić. Może się wkońcu św. Humbert zlituje i zeszle nieco szczęścia. Zostawiam sobie tylko dwie strzelby i torbę podróżną, resztę bagaży odsyłam.

23 marca. Piękny dzień polowania. Pod komendą Gerarda ruszyliśmy konno do miejscowości Chipon zwanej, której dotąd jeszcze nie spolowaliśmy. Zwykłym pułkownika obyczajem przebyliśmy 12 mil ostrym galopem od miejsca do miejsca. Najładniejsza to okolica obok Goony, którą dotąd widziałem. Góry tu poważne a wysokopienne drzewa nadają dżungli cechę górskiej kniei w naszem słowa pojęciu. Na mą prośbę, zniesiono na dziś klauzulę pierwszego strzału do pantery.
W pierwszym miocie urocze miałem stanowisko nad łożyskiem rzeki w miłym cieniu olbrzymich tamaryndów i akacyj. Przede mną piętrzyła się naga, pionowo obcięta skała granitu, naokoło gąszcz nieprzebyty. Ludzie daleko mieli zachodzić, miot obiecywał być długim, rozsiadłem się przeto wygodnie w szerokich drzewa konarach, rozkoszując przyjemnym chłodem w cieniu. Brałem się powoli do nabicia sztućca, gdy podniósłszy przypadkiem oczy, ujrzałem wprost przed sobą stojącego na skale jelenia Sambura. Stał jak posąg ze spiżu na samym szczycie głazu z łbem podniesionym, rogami w tył rzuconemi i nie przeczuwając niebezpieczeństwa, namyślał się widocznie, którędy zejść do wody. W tym celu tu przyszedł nie ruszony obławą. Pyszny był widok królewskiego zwierza, który na jasnem tle nieba czarnym się całkiem wydawał. Nie było więcej jak 100 kroków ode mnie, naciągnąłem kurki i powoli jak do celu strzeliłem. Wspiął się dęba, jak piorunem rażony i w tył się przewrócił. Słyszałem raczej niż widziałem, że upadł, runął bowiem na drugą stronę skały. Naganka znalazła go u stóp skały, nieżywego, z kulą w krzyżach. Niestety, staczając się po twardych kamieniach, jeden róg sobie odbił.
Nieraz w ciągu niniejszych notatek wspominałem z entuzyazmem o tym ślicznym gatunku jelenia, ucieszyłem się też niemało piękną trofeą myśliwską. Sambur (nazwa wzięta z hindustańskiego języka i przez Anglików przyjęta) po łacinie Cervus vel Russa Aristotelis, do naszego jelenia podobny, jest od niego w ciele szerszy i silniej zbudowany, kark ma krótszy, łeb większy i cięższy, słuchy dłuższe, pod karkiem broda jak u łosia, włos ciemno-rudy, u starszych jeleni, jak u mojego naprzykład, niemal w czarny kolor przechodzący. Kształt rogów odmienny nieco, niż u naszych jeleni, nie bywa nigdy więcej nad cztery rosochy, z których dwa u samego dołu, a dwa u góry są umieszczone i w grubości nie ustępują średniemu karpackiemu rogalowi. Zabity przeze mnie jeleń liczyłby się szóstakiem, choć w długości i grubości rogów niejednemu dwunastkowi się równa. Sambur jest największym z indyjskich jeleni, nie wyjmując kaszmirskich i himalajskich gatunków, jedynie Cervus affinis Tybetu go przewyższa. Dotąd naturaliści nie mogą się zgodzić, czy Sambur rogi zrzuca regularnie co roku, czy też nie; myśliwi, o ile słyszałem, pierwszego są zdania.
Podczas drugiej obławy niemałą emocyą sprawiły mi małpy swem ochrypłem szczekaniem, będącem nieomylną oznaką, że tygrys lub pantera jest w miocie. Małpa jest śmiertelnym wrogiem każdego felida; skoro na gałęzi siedząc spostrzeże tygrysa lub panterę, zaczyna głośno szczekać, zbiega się całe stado i z drzewa na drzewo skacząc i ciągle naszczekując idą w ślad za zwierzem, jakby ostrzegając resztę towarzyszów a zarazem i myśliwego, że zbliża się leśny rozbójnik. To też ten krwawo się mści za nieproszone szpiegowstwo, ciągle bowiem spotyka się niedojedzone resztki biednych małp, zjedzonych przez pantery.
Tym razem ledwo obława ruszyła, rozległo się głośne małp nawoływanie wprost przed mem stanowiskiem i to oddalało się w bok, to napowrót zbliżało. Pantera, gdyż nie przypuszczam, by to był tygrys, wahała się widocznie w obiorze kierunku drogi, po chwili jednak małpy umilkły, pantera albo musiała wleść do jaskini albo niepostrzeżenie bokiem wymknąć się z miotu przed nieznośnymi szpiegami, na linii bowiem strzelców nikt jej nie widział. Tymczasem straciłem łatwy strzał do hyeny, która truchtem na 20 kroków koło mnie przeszła, lecz słysząc małpy, nie chciałem strzałem do podlejszego zwierza zepsuć możliwości piękniejszej zdobyczy. W następnym miocie znowu nam pantera figla spłatała. Wyszła między mną a Gerardem, tak niepostrzeżenie między skałami i wysoką trawą jak wąż się przemykając, że ani pułkownik, ani ja nie dostrzegliśmy jej, zoczył ją tylko »szikari« z tyłu o 50 kroków dalej na drzewie siedzący, jak z trawy do gąszczu wpadała. Nie mamy szczęścia z panterami, jest ich dużo, ciągle je spotykamy, lecz na strzał dotąd żadnej nie miałem.
Okrutna hurma małp z 50 sztuk z górą wypadła pod me drzewo w tym miocie. Przodem szedł, niby wódz, małpi patryarcha z siwemi bakenbardami, za nim reszta jak z worka się sypała. Nie widząc mnie siedzącego na drzewie, zebrały się tuż pod nim w kupkę i poczęły gwarzyć i kłócić się między sobą, nasłuchując krzyków obławy, jakby się naradzając co dalej robić. Ruszyłem się umyślnie na drzewie, stanęły wszystkie jak jeden mąż na łapach i zaczęły na drzewo zaglądać; pierwsza dostrzegła mię młoda małpka i ze strachem na grzbiet matki wskoczyła. Był to sygnał do ucieczki, z wyrazem panicznego strachu na śmiesznych fizyognomiach rozbiegły się w nieładzie.
24 marca. Bezskuteczny dzień polowania, bez szczególnych epizodów. Gorąco się wzmaga, dziś na ganku przed domem termometr 47° R. wskazywał. Na polowaniu lufy strzelby tak się rozpalają, że ich ręką niemal dotknąć nie można. Najgorzej, gdy wypadnie stanowisko na skale, albowiem promienie słoneczne odbijając od rozpalonego kamienia, podwójnym palą żarem i stoi się jak w łaźni tureckiej. Pod bluzą myśliwską na krzyżach nosić trzeba wałek filcowy, na ćwierć cala gruby, by nie uledz porażeniu kości pacierzowej, niemniej niebezpiecznemu niż głowy. Ostatecznie jednak, gdy się gorąco znosi, łatwo się przyzwyczaić; co do mnie przynajmniej, nie mogę się skarżyć, bym kiedykolwiek w Indyach cierpiał od upału.
25 marca. W braku polowania zrobiliśmy śliczny spacer konny do ruin starego zamku, dawnego siedliska jakiejś wygasłej dynastyi hindustańskich Maharadżów. W romantycznej miejscowości, w głębi dzikiej dżungli nad brzegiem rzeki położone, dotąd zachowały się mury i bastyony w doskonałym stanie; dzisiaj ruiny te są ulubionem siedliskiem pawi, mnóstwo ich siedzi na rozpadłych gruzach, w cudnem upierzeniu, jaśnieją jak klejnoty na ciemnem tle murów.
Jadąc, Gerard cochwila wskazuje mi tę lub owę knieję: — »Tu zabiłem tygrysa«, »tam padło ich dwa w jednym miocie«, »tu tygrys zagryzł człowieka« i t. d. Dzisiaj tygrys niestety rzadkością, za kilkanaście lat może zniknie zupełnie. Mówię tu naturalnie tylko o Goonie i okolicy, w innych bowiem miejscowościach jest ich jeszcze podostatkiem. Mając charty z sobą, poszczuliśmy wracając szakala i po długim i nader emocyonującym galopie wzięły go psy w załomie skały. Bronił się do upadłego, musieliśmy sami go dobić kijami i kamieniami, gdyż mu psy rady dać nie zdołały. Psy, które mieliśmy ze sobą, były to dwie smycze arabskich chartów, które pułkownik z końmi z Bagdadu sam przyprowadził; psy rącze, lecz słabe i niewytrzymałe, mniejsze od naszych tak zwanych polskich chartów, włos mają krótki rudawego lub czarnego koloru.
26 marca. Nareszcie w ostatni dzień mego pobytu w Goonie, św. Humbert łaskawszym okazać się raczył. Rano jeszcze nie było nic postanowionego co do polowania, przed samem południem dopiero przysłał mi jeden z oficerów słówko z zapytaniem, czy nie chcę przejechać się konno i wziąść kilka miotów o parę mil od Goony, w miejscowości, gdzie już polowaliśmy kilka razy przedtem. Nie mając nic lepszego do roboty, pośpieszyłem na wezwanie. Gerard został w domu, mając zajęcie kancelaryjne, ruszyliśmy we dwójkę, porucznik B. i ja; ludzie i obława już czekali na nas, wzięliśmy dwa mioty, lecz próżnemi się okazały. Jeszcze jeden miot i mamy wracać do domu. Z dwóch stanowisk, na los szczęścia sam sobie swoje obrałem, na grubym pniu nieznanego mi drzewa indyjskiej flory, o białej jak mleko korze i ogromnych liściach. Stanąłem sobie na konarze i sznurem się dla pewności ruchów do pasa przywiązałem. Drzewo wyrastało w skalistej szczelinie, pode mną w dole, w głębi ciemnego wertepu szemrał w cieniu mimozy i jaśminu górski potoczek; na lewo piętrzyła się skała granitu, na prawo odkryty pagórek, dalej gąszcz. Obława ruszyła, rozległ się zwykły hałas tam-tamów i dzikie wycie Hindusów, wobec których najgłośniejsze ryki naszej nagonki symfonicznym koncertem się wydają. W dole nad strumykiem przemknął mangust (Hespertes griseus), dziwne zwierzątko, trochę do kuny, trochę do wydry podobne, z puszystym ogonem. Mangust tem jest ciekawy i w historyi naturalnej z tego znany, że gadzinami się żywiąc, węże dusi i pożera; jest to jedyne stworzenie w przyrodzie, któremu zabójczy jad Cobry capelli nie szkodzi.
Po chwili szakal przebiegł pod mem drzewem, gdy wtem pies z puszczonej w miot psiarni, odezwał się raz, potem drugi: zdawało mi się, że usłyszałem jakby mruknięcie grubego zwierza, lecz się nie powtórzyło i znowu cisza zaległa. Obława była już blisko i mogłem już dojrzeć linią ludzi od lewego skrzydła się zbliżających. Myślałem już o wyjęciu ładunków ze strzelby, gdy raptem, na prawo gąszcz z trzaskiem się rozwarł i pantera w susach wypadła na otwarte miejsce o 15 kroków od mego drzewa. Za szybko pierwszy raz strzeliłem, potknęła się wprawdzie po strzale, lecz gniewnie mruknąwszy, dalej sadziła. Spokojniej z drugiej lufy wytrzymałem — po drugiej kuli rulowała jak zając, lecz z szybkością błyskawicy na nogi się podniosła i z potężnym rykiem, który donośnem echem o skały się rozbił, wpadła w gąszcz nim zdołałem nabić strzelbę nanowo. Dawszy znak świstawką, że pantera wyszła z miotu, zlazłem śpiesznie, by miejsce strzału obejrzeć, farby było podostatkiem. Chyba nam tym razem nie ujdzie!
Ludzie się zbiegli, kilku tchórzy chciało po słonia posyłać, lecz nie było czasu do stracenia, słońce się miało ku zachodowi, należało nie zwlekając iść po tropie. Szedłem pierwszy między dwoma żołnierzami z pikami w ręku, za mną Grant i kilku żołnierzy. Znowu chwile niesłychanego wzruszenia, groźne aut, aut, dla mnie tem większa emocya, że postrzałek z mojej ręki. Puszczono pieski na trop, lecz nie smakowało im to jakoś, bo udawały, że śladu nie mogą odnaleść i bokiem się rozbiegły, chociaż farba jasną smugą się przed nami ciągnęła. Uszliśmy nie więcej nad kilkadziesiąt kroków, gdy jeden z odważniejszych piesków, który się był naprzód wysunął, zaskowyczał żałośnie w krzaku korindy o 6 kroków przede mną. W tej chwili rozległ się ochrypły ryk, który mi dotąd brzmi w uszach i pantera wysunęła łeb na sztych z pod ciemnego krzaku. Obie me kule ją przywitały; skręciła się w kłębek, zwinęła na miejscu i w ostatnich podrygach rozciągnęła przed nami. Pierwszą mą kulę, po której wspomniałem, że się potknęła, miała w przedniej łapie, drugą śmiertelną w komorze, ostatnią we łbie; obok pod krzakiem leżał piesek z rozdartym bokiem, ofiara swej odwagi. Jemu zawdzięczamy, żeśmy wprost na postrzelonego zwierza nie weszli, chociaż tak był ciężko strzelony, że nie byłby w stanie rzucić się z impetem. Pyszna sztuka 8 stóp mierzy, jak mały tygrys niemal.
Pozłaziwszy z drzew zbiegli się Hindusi. Zaczęły się między nimi okrzyki podziwu na widok leżącej pantery, opowiadania, że temu zjadła krowę, temu kozę zabrała, prośbę o bakszysz i t. d. Każdy się chwalił, że on pierwszy dał o niej wiedzieć i t. p., trochę jak u nas na Polesiu lub Białorusi, gdy się niedźwiedzia rozciągnie. Dziwny to naród, tchórze, że większych nie widziałem, gdy zwierza zobaczą, a pomimo to bezbronni idą do obławy na tygrysa, co nie należy do najbezpieczniejszych rzeczy. Chęć zarobku strach przygłusza; do naganki idą, lecz aby się zwierz choćby o pół mili pokazał, panicznie, dziecinnie się go boją.
W tymże miocie obławnicy utłukli kijami w skałach ogromnego węża, gatunek »pythona«, po angielsku rock-snake, (Felsenschlange); mierzył 5 stóp długości i należał do mniejszych, gdyż mają się nierzadko trafiać okazy po stóp dwadzieścia i więcej. Pythony nie są jadowite, tylko jak ich amerykański krewniak Boa constrictor, uściśnieniem miażdżą i połykają ofiarę. Jedyny to raz zdarzyło nam się z tym ogromnym wężem spotkać; wogóle nie pora to w Indyach na węże, które dopiero w sezonie deszczów z pod ziemi wyłażą. Cobry-capelle widziałem tylko po miastach w rękach kuglarzów i tak zwanych czarowników, którzy zapomocą muzyki, doprawdy niesłychanych sztuk z temi strasznemi gadzinami dokazują.
Z tryumfem wróciliśmy z panterą do Goony, sam Gerard orzekł, że sztuka niezwykłych rozmiarów; dla mnie w każdym razie dzień dzisiejszy stanowi piękny epilog pobytu w Goonie.
Jutro mam pożegnać Goonę i gościnne progi państwa Gerardów po całomiesięcznym u nich pobycie.
Rezultat mych łowów (1 pantera, 1 sambur, 2 nilgaje, 1 gazella, 4 dziki, 3 czarne antylopy, prócz drobnej zwierzyny) nader skromny, niefortunny niemal, bo króla dżunglów, tygrysa w nim brakuje, a jednak czas mi tu szybko i przyjemnie minął; wywożę bogaty zasób miłych wspomnień i niezatarte wrażenia nowych dla mnie myśliwskich epizodów w nieznanym mi świecie nowej przyrody i fauny.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Mikołaj Potocki.