Nieboszczyk i nieboszczyk

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Maksymilian Ossoliński
Tytuł Nieboszczyk i nieboszczyk
Pochodzenie Wieczory badeńskie
Data wydania 1852
Wydawnictwo Józef Czech i spółka
Drukarz Józef Czech
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Indeks stron


NIEBOSZCZYK I NIEBOSZCZYK.

Dwóch pijaków wybrało się z miasteczka do miasteczka na jarmark. Z miasteczka niewiem jakiego, do miasteczka niewiem jakiego, bliskiego a i dalekiego, jak do czasu. W wiosnę wyszedłszy o południu, stawało się o śródwieczerz, w jesieni, ledwo nazajutrz. Tak u nas wszystko szło za wiatrem, aż téż wszystko poszło z wiatrem. Działo się to za króla Sasa; szli sobie tedy z gęstą miną, hukali, gwizdali. Później po nich, z dalsza powędrował także ślusarz, nawiązawszy jak zwyczaj za Wisłą u pasa kilka rzędów kółek mosiężnych, do tego przez siebie przerzuciwszy postronek, na który był nadział różne żelazne rupiecia, kłódki, skóble, klucze, podkowy. Mieszczanie jak pierwsi wyszli w drogę, tak też pierwsi powinniby byli być na miejscu; ale wieśniak, któremu ani szumiało w głowie, ani ciężał grosz w kalecie, równym krokiem idąc, powoli ich dogonił. Przeciwnie ich zawsze coś zastanawiało. Tuż za miastem jeden zatoczył się w kałużę; drugi wydobywając go i sam ulgnął, gdy zaś ledwo wygramoliwszy się dostali się w czyste pole, wiatr któremuś zerwał kuczmę z głowy, popędził za wiatrem; chcąc podskoczyć brzdęknął, powstawał i brzdękał prawie bez końca; tymczasem towarzysz jego lulkę paląc, klnąc i świstając mitrężył; gdy szli, tak im niestatkowały nogi na tę i na owę stronę, że wymierzyli więcej staj w zygzak, niżeli było wprost. Na gościńcu też Żydkowie grzeczni zapraszali, a oni nie byli tak nieludzcy, iżby się wymawiali. Wszakże na ostatni grosz, nie mając już i grosza przy duszy, niemieli po co wstąpić i nie wstąpili, ale na małym pagórku tuż przy karczmie, pochyłym jak gdyby go dla wygody pijaków wysypano, siedli sobie. Stał naprzeciw straszliwy znak Magdeburgii: szubienica, na któréj onegdaj za nakazem dworskim, ławica miejska obiesiła trzech złodziejów, podług płci oliwkowatéj oczywiście Cyganów, przekonanych prawem, że w samo południe wsią przechodzili, że byli opasani powrozami, a w nocy z obory folwarcznej trzy krowy zginęły. Dwóch jeszcze wisiało, trzeciego wiatr był oberwał. Bawiło sławetnych pielgrzymów przypatrywać się, jak gdy wicher chybotał owemi, pląsy które wywijali na powietrzu, cień przy bladéj księżyca zorzy powtarzał na płaszczyźnie. Żegnają świat nogami mówił jeden; skaczą przysiudy, mówił drugi; obydwom serca dodawała gorzałka. Podstąpili pod szubienicę, nuż obiesiami na udry z wiatrem kołysać. Któryś przydeptał onego co się był urwał… łap za niego! postawili go na nogi oparłszy o sochę, wetknęli mu w gębę fajkę: stój zdrów! powiedzieli i odeszli. Jednemu, który skąpszą porcyą łyknął bohaterskiego trunku, wnet się cierpko stało; on zaś co się opoił męztwem, to przedrwiwał z tchórza, to wyzywał szubieniczników: nuże! nuże! chodźcie sam prędzéj! Alić właśnie od szubienicy głos odpowiedział: zaraz, zaraz. – Poszło i śmiałkowi po piętach… Nawarzyliśmy sobie piwa rzekł Piotr do Pawła, czyli Paweł do Piotra; tymczasem co tchu uderzyli w nogi. Im chyżej uciekają, tém ich żywiéj coś goni, a chrzęst żelaz śmigał ich coraz bliżej po uszach. Tyle śmiałości nie mieli, co żona Lota, iżby się obejrzeli. Zawołało: postójcie!... Nie postali – padli. Ów ślusarz jak wyszedł był, szedł sobie i szedł. Pod szubienicami już dwóch tylko łotrów widział, pomyślał: z szubienicy Dyzma trafił do nieba – westchnął wieczny odpoczynek, nie gorzała na nim jak to mówią czapka. Zdybnie dwóch na gościńcu pokotem leżących; rozumiał, że usłyszawszy jak na nich wołał: postójcie! legli sobie i czekali go.
Właśnie jutrzenka, rymotwórczym stylem mówiąc, wynurzała z żałobnych obłoków różowe palce, wszakże i słońce pierwéj ciemny płaszcz ze świata zdarłszy, okazało co czarne czarném, nim się ich dotrzeźwił. Długo niechcieli i dniu jaremu i swoim oczom wierzyć, iżby to był kramarz, którego przed sobą oglądali. W gospodzie pokazał im się aniołem z nieba, gdy swoje rupiecie sprzedawszy tak hołyszów uraczył, że za piecem u żyda, w trójkę na jednéj ławie, całą noc i cały dzień przespali.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Maksymilian Ossoliński.