Nemezys

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Nemezys
Podtytuł Powieść
Wydawca Księgarnia Gebethnera i Wolffa
Data wydania 1871
Druk Drukarnia J. Ungra
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
NEMEZYS.

POWIEŚĆ
przez
WALERYĄ MARRENÉ
(Morzkowską.)






WARSZAWA
w Księgarni Gebethnera i Wolffa
Ulica Krakowskie-Przedmiuścic N 415 (17)
1871.








Дозволено Цензурою
Варшава дня 11 Іюня 1871 г.




W Drukarni J. Ungra, Nowolipki Nr. 2406 nowy 3.









W piękny dzień wiosenny, o zwykłéj godzinie, około piątéj po południu, powracałem do domu. Zamknięty przez długi szereg godzin w rzeźbiarskiéj pracowni, miałem zmysły i myśl zarówno zmordowane. W oczach czułem jeszcze pył marmuru, w uszach dźwięczały mi rytmiczne uderzenia dłuta; ręce które je dźwigały drżały spracowane, a w głowie mojéj był chaos, spowodowany długiém wytężeniem, skierowaném do jednego przedmiotu.
Pracowałem sumiennie dzień cały, potrzebowałem wypoczynku, i wolnym krokiem kierowałem się do domu, do którego, co prawda, niebardzo pilno dojść mi było. Oddychałem więc orzeźwiającém powietrzem wiosny, nie myśląc o niczém, a raczej, choć to doprawdy wstyd przyznać, marząc, pomimo siwych włosów, pomarszczonej twarzy i szóstego krzyżyka poczynającego ciążyć mi na barkach, — jak młody chłopiec.
Bo i dlaczegóż nie miałem marzyć? Zycie nie ziściło mi żadnego z tych porywów, z tych pragnień, których przeczucie złożone jest w każdéj szerszéj piersi, w każdém szlachetniejszém sercu. Upływało ono poważnie, trochę może nudno i jednostajnie w kole obowiązków surowych, rozrywek niezabawnych i przyjemności rodzinnych, których nie czułem słodyczy. Czy przyczyna tego leżała we mnie samym, czy w otaczającym świecie? nie wiem doprawdy; ale wiedziałem doskonale, że mając wszystko, czego słusznie człowiek żądać może, nie doznawałem wcale téj pełni szczęścia, która w oczach innych była moim udziałem. A przecież czego mi brakło? Artystyczna praca całego życia zyskała uznanie, nie brakło mi roboty, tak że plon jéj wystarczał na utrzymanie rodziny, na chléb powszedni i zabezpieczenie przyszłości. Zycie moje upłynęło bez burz i wstrząśnień, ale téż i bez upadków. Mogłem w górę nosić czoło: żadna plama nie leżała na niém; nie obryzgało mnie błoto życia; byłem otoczony szacunkiem. Doczekałem się pociechy z dzieci. Dwóch synów wykształciło się na ludzi pożytecznych społeczeństwu, córka dorosła pracowała w domu, nie będąc ciężarem sobie ni drugim. Miałem dobre dzieci, a jednak pomiędzy mną a niemi nie istniał tak serdeczny, poufały, związek, jaki widziałem w innych rodzinach; znałem ich prace, ich życie, ale świat ich myśli i pragnień nigdy nie otworzył się przedemną; miałem ich szacunek, lecz nie wiem czy posiadałem miłość. Spełniłem sumiennie względem nich obowiązki ojca, i one dopełniały powinności dziecięcych; nie miałem prawa nic im wyrzucać; tylko w naszej rodzinie każde miało swój świat wewnętrzny, niedostępny dla innych.
I ja téż teraz zatopiłem się w swoim, idąc powolnie przez Saski ogród ku Niecałéj ulicy.
A jednak marzenia starca są smutne. Czułem instynktownie wszystkie niedobory mojego życia; ale dlaczego tak było? na to nie znajdowałem odpowiedzi. Czułem to niewypowiedziane znużenie bytu, napastujące ludzi niemogących zharmonizować się z otaczającym światem; pragnąłem czegoś nieokréślonego, czegoś nieznanego, brakującego mi przez życie całe; marzyłem o jakimś zaczarowanym kraju, pełnym spółczucia, miłości, kraju którego czułem się wygnanym mieszkańcem. Marzenia te były śmiészne. Nie miałżem lat pięćdziesięciu kilku? nie miałżem żony i dzieci? a na zaspokojenie wyobraźni nie miałżem całego szeregu marmurowych postaci, w które wcielałem po kolei nieziszczone ideały życia?
Wstrząsnąłem więc głową, jakby z oburzeniem sam na siebie, wzruszyłem ramionami nad własném szaleństwem i pewnym krokiem wszedłem na wschody prowadzące do mego mieszkania.
Zadzwoniłem: poznano znać moje dzwonienie, bo córka Zosia przybiegła otworzyć. Spóźniłem się trochę, — spojrzawszy na zegarek, przekonałem sie o tém; ale nikt nie śmiał zwrócić na to uwagi. Córka powiesiła mój paltot, odebrała kapelusz i powiodła mnie do jadalnego pokoju, gdzie już wszyscy byli zgromadzeni, oprócz mojéj żony. Zapytałem o nią.
— Mama ma migrenę, odparła Zosia, zaraz ją pójdę poprosić.
W jéj głosie nie dostrzegłem najmniejszego niepokoju, ni współczucia. Migrena mojéj żony, był to konwencyonalny frazes, pod którym kryło się to wszystko, na co grzeczną nazwę wynaléźć trudno, ja zarówno jak dzieci wiedzieliśmy otém doskonale; to téż nie pytałem o nic więcéj i siadłem na swojém miejscu, bo już służąca wnosiła wazę, z któréj miła woń rozeszła się po pokoju, przypominając nam spóźnioną porę.
Z przeciwległych drzwi ukazała się téż i moja żona. Była ona dziesiątkiem lat młodszą odemnie, a jak na matkę dorosłych dzieci, wyglądała jeszcze wspaniale. Bo téż trzydzieści lat temu, gdym się z nią żenił, była to jedna z najpiękniejszych kobiét w Warszawie, i nawet wybrédne oko artysty nie mogło upatrzyć żadnej wady w jéj klasycznych rysach i plastycznych kształtach. Teraz kibić jéj zaokrągliła się zbytnio, czas wypisał się bruzdami na twarzy, oczy straciły blask, lica świeżość młodości; mimo to jednak, dzięki może sztuce, którą umiała zastępować ubytek wdzięków, dla obojętnego oka była piękną jeszcze, wiedziała o tém i rozpacznie walczyła z czasem.
Nie mogłem jéj tego brać za złe. Piękność była jéj największą zaletą, specyalnością niejako, bez któréj ta indywidualność ostać się nie mogła; ale powoli jéj twarz, zawsze jednostajna, powleczona grubą warstwą blanszu i różu, stała mi się nieznośną, rażąc we mnie artystyczny zmysł prawdziwego piękna. Zacząłem lękać się chwili w której otwiérała usta, wiecznie ożywione jednakowym uśmiéchem, by wypowiedziéć nic nie znaczące, oklepane frazesy. Te frazesy codzień niecierpliwiły mnie widoczniéj.
Była to czysta niewdzięczność z mojéj strony, bo wszakże moja żona po swojemu starała mi się być milą, a jeżeli wręcz przeciwne wywoływała wrażenie, nie pochodziło to z braku dobrych chęci. Podobała mi się dla piękności; ona téż dbała o swą piękność, jak o jedyny łączący nas węzeł i była w prawie swojém, utrzymując z taką pracą i wytrwałością upadające wdzięki i spoglądając na mnie z pewną dumą, gdy je podziwiano jeszcze.
Miałem nadto logiki, by jéj to za złe uważać; ale téż pomimo woli ta kobiéta robiła na mnie wrażenie podobne do tego, jakie sprawia zbrukana lalka: z obojętnéj, stawała mi się wstrętną. Nie mogłem rachować jéj za cóś w mojém życiu i stroniłem od niéj, o ile tylko na to pozwalały okoliczności i obowiązki rodzinne.
Może w tém właśnie leżała przyczyna tajemniczych smutków i marzeń, które tak niewcześnie trapiły moje stare serce... Ale ja wówczas nie myślałem tego. Wszakże położenie moje domowe było takiém, jak zwykle bywa po kilkodziesięcioletniém pożyciu; moi towarzysze młodości po części tak samo jak i ja kochali się, pożenili i kochać przestali, a nie widziałem w nich wcale téj bezcelowéj tęsknoty; jak mnie trawiła. I niedziw: obrachowywałem się na zwykłą miarę społeczeństwa, a nie na swoję własną, któréj nigdy, pod karą upadku, pomijać nie wolno.
Obiad ciągnął się dla mnie bardzo długo, a sądzę że i dla innych członków rodziny czas nie schodził szybko. Pomiędzy nami panował jakiś przymus, jakieś skrępowanie, coraz trudniejsze do przełamania. Znudzony niém, stawałem się cierpkim, ostrym, gryzącym i coraz mniéj zdolnym wzbudzać zaufanie. Czułem to, a nie było w mocy mojéj stać się innym. Nie wiedziéć czemu, obecność rodziny drażniła mnie; synowie, pełni siły, energii, z takim zapałem idący w życie, zdawali mi się szyderstwem z tego wszystkiego com sam pragnął i marzył. Przecież i ja kiedyś byłem takim jak oni; mieliż i oni także dojść koleją czasu do téj beznadziejnéj wściekłości, która mnie trawiła? Córka, młoda i piękna, uśmiéchała się nadzieją; miałaż i ona także okwitnąć jak jéj matka i jak ona, razem z młodością, utracić wszystko co stanowić mogło urok życia, stać się rodzajem sercowej żebraczki, zatrzymywanéj z przyzwoitości i miłosierdzia przy rodzinném ognisku, którego duszą być przestała?
Słusznie dzieci moje ukrywały przedemną marzenia i nadzieje swoje; jam nie był w stanie ich pokierować, we mnie znalazłyby tylko gorzkie szyderstwa i ten wieczny rozdźwięk, będący męczarnią mojéj niespokojnej piersi.
Doczekawszy się wreszcie końca obiadu, wstałem i poszedłem do swojego pokoju, do którego nikt z domowych, bez wyraźnego przywołania, wchodzić się nie ważył. Na biurku, jak zwykle, leżały gazety i listy, odniesione w ciągu dnia. Zapaliłem cygaro i zabrałem się do ich przeglądania.
Korespondencya moja była rozległa, bo miałem liczne stosunki artystyczne i przyjazne, koleżeństwa, których zrywać nie chciałem. Nie wiem czemu, drogiém było mi wszystko, co przypominało ubiegłą młodość; miałem nawet rodzaj słabości dla ludzi zowiących mnie po imieniu, a już ci dla których nosiłem miano Antosia, mogli mną rządzić zupełnie.
Otwiérałem więc listy jedne po drugich, gdy spotkałem pismo najserdeczniejszego przyjaciela mego, Stanisława.
Listy od niego zawsze były dla mnie rodzajem sercowego święta; widywaliśmy się rzadko, gdyż stale osiadł za granicą, a pisywać téż nie lubił. Trzeba było zawsze jakiego ważnego wypadku, by zdobył się na korespondencyą. Z prawdziwą więc radością otworzyłem ten list, noszący wiedeńską pieczątkę. List był następującéj treści.

Kochany Antosiu!

Raz jeszcze odwołać się muszę do naszej staréj przyjaźni. W jéj imię kładę na ciebie obowiązek, którego niestety sam spełnić nie mogę, obowiązek za który, ręczę ci, podziękujesz mi kiedyś serdecznie, bo da ci sposobność poznania pani Ireny Nasielskiej, udającéj się z dziećmi do Warszawy, dla objęcia spadku po mężu, który lękam się czy nie zostawił majątku w bardzo zawikłanym stanie. Pani Nasielkiéj opisywać ci nie będę; sam ją poznasz i chociażby dla mojéj przyjaźni, ułatwisz jéj urządzenie się w Warszawie, któréj wcale nie zna. Przyjedzie tam w końcu tego tygodnia i stanie zapewne w hotelu Europejskim; dowiaduj się więc o nią, bo prędzéj obeszłaby się bez ciebie, niż zażądała sama twojéj pomocy. Jesteś ostrzeżony, postąp więc według tego, a co najważniejsza, donoś mi co uczynisz i rachuj na mnie niezmiennie, tak jak ja na ciebie.“
Skończyłem ten list lakoniczny i obracałem go w ręku z pewném niezadowoleniem, bo zlecenie które Stanisław mi dawał nie uśmiechało mi się wcale. Najprzód zabiérało mi ono czas drogi; powtóre nie lubiłem zawiérać nowych znajomości, szczególnie w bogatym arystokratycznym świecie, do jakiego należała rodzina Nasielskich. Nazwisko to budziło we mnie jakieś wspomnienia zamglone; nie mogłem wprawdzie określić gdzie i kiedy, ale słyszałem o niém wiele; tylko jak zwykle gdy cóś nie obchodzi nas wcale, nie zwróciłem wówczas na to uwagi.
Po chwili jednak zastanowienia uderzył mnie ton listu Stanisława, sposób oględny a zdradzający pewne uwielbienie z jakim wyrażał się o kobiécie oddawanej niejako mojéj opiece. Kto ona była, młoda czy stara, piękna czy brzydka? jakim sposobem poznał ją Stanisław, uważany zwykle za starego dziwaka, niecierpiący towarzystwa płci pięknéj, oddany cały ideom i naukom swoim?... były to wszystko problemata, które dopiéro przyjazd pani Nasielskiéj miał rozwiązać.
Gniéwałem się téż w duchu na to, że kazał mi szukać po hotelach i wyczekiwać owej pani, zamiast dać jej poprostu list, by mi go za przyjazdem odesłała, wraz z adresem swego mieszkania. Słowem, niewiedziéć czemu, stałem się złym bardzo i przeklinałem prawie przyjaźń, która na mnie te wszystkie obowiązki wkładała, bo czułem że spełnić je przecie muszę; tylko nie uważałem wcale, by za to należała się wdzięczność Stanisławowi, który ją sobie z taką pewnością obiecywał.
— Czy ja prawnik, szeptałem przez zęby, żeby komuś w interesach pomagać? Dzięki Bogu, te rzeczy znam zaledwie z nazwiska.
Mówiąc to, spojrzałem na datę listu i zobaczyłem że, według niéj, pani Nasielska mogła już być w Warszawie. Rad nierad, narzekając i pomrukując, wziąłem kapelusz i rękawiczki i wyszedłem na miasto, kierując się do Europejskiego hotelu. Na Krakowskiém przedmieściu spotkałem Olesia, młodego malarza znanego całéj Warszawie, który niedawno wrócił z zagranicy. Był to bardzo ładny chłopiec, daleko więcéj ładny, niż zdolny artysta. Pomimo to, albo téż właśnie dlatego, wzięcie miał ogromne. Wprawdzie zarzucano jego obrazom brak rysunku i modelacyi, ale były to zapewne złośliwe krytyki współartystów, na które ogół najmniejszéj nie zwracał uwagi, cisnąc się do pracowni młodego malarza i zamawiając portrety.
W portretach téż, mianowicie kobiecych, celował Oleś. Wprawdzie wszystkie te portrety miały pomiędzy sobą nieokreślone podobieństwo, niby to co Francuzi nazywają air de familie; wszystkie miały mniéj więcéj jednaką cerę, bez względu na właściwą karnacyą modelu, jednaki bezmyślny wyraz, jednaki zdawkowy uśmiech, wymuszony, bez wdzięku i jednakie białe, pulchne rączki, podobniejsze może do zgrabnie utoczonych wałeczków, niż do tego wyrazistego narzędzia myśli i woli ludzkiéj; ale były to wszystko drobnostki, na które mało kto zwracał uwagę, tém bardziéj że koronki, klejnoty i drogie materye oddawane bywały w całéj świetności. Piękne i brzydkie kobiéty były więc zadowolone: piękne, bo na portretach były także pięknemi, brzydkie, bo pod pendzlem Olesia stawały się do pięknych podobne.
Oleś więc wszedł w modę i malował tuzinami portrety: uśmiéchał się, pokazując białe zęby, zakręcał czarne wąsiki, a uszczęśliwiony z siebie i drugich, coraz bardziéj zwyciężkiéj nabiérał miny.
Bo téż było to prawdziwém barbarzyństwem zaprzeczać talentu temu ślicznemu chłopcu, a barbarzyństwa tego osoby z dobrém sercem dopuszczać się nie powinny. Czyż takie żywe, przejrzyste oczy mogły nie umiéć patrzyć? Słynął więc Oleś w Warszawie jako pierwszorzędny artysta, a publiczność tak doskonale uwierzyła temu, iż krytyka, po próżnych wysileniach oświecenia jej w tym względzie, dała za wygraną i jak zwykle bywa, przemożona krzykiem tłumu, poszła za jego głosem i poczęła rachować się z Olesiem jak z potęgą.
Trzeba przyznać na jego pochwałę, że przynajmnéj nie brał na sery o swojéj wielkości artystycznéj i komentował się mniéj głośną wprawdzie, ale także jednozgodnie przyznawaną mu sławą podbijacza serc.
Był on, zwyczajem swoim, wyświéżony jak ostatni rysunek paryzkiego żurnalu; letni jego paltot miał krój bez zarzutu; wązki krawat tworzył węzeł nieposzlakowany; nawet te oporne włosy, które długością i ułożeniem najczęściéj zdradzają artystę, nosił zaczesane jak wszyscy, niby na dowód że w nim malarz ustępował miejsca człowiekowi dobrego towarzystwa.
Szedł widać na wieczorną, przechadzkę, rzucając tu i owdzie zabójcze spojrzenia, muskając wąsiki, które zakończały się śpiczastemi haczykami, niby wędki czychające na pochwycenie serc czułych.
Oleś więc, ustrojony we wszystkie swe wdzięki, spotkał mnie ze swoim wieczystym uśmiechem i serdecznym wykrzyknikiem, bo pomimo wszystkie wady i narowy, był to w gruncie poczciwy chłopak. Powitałem go mniéj przyjaźnie niż zwykle. Dochodziłem właśnie do Europejskiego hotelu, chcąc, według zlecenia Stanisława, zapytać o panią Nasielską, a niewiedziéć czemu, nie miałem ochoty uczynić tego w obecności Olesia. Był to rodzaj niewytłumaczonego uczucia, bo przecież nie miałem się czego wstydzić, lub ukrywać. On nie odstępował mnie jak cień; więc zamiast iść zapytać szwajcara, jak to było moim zamiarem, stanąłem przed listą gości przemieszkujących w hotelu i zacząłem ją czytać. Oleś przepatrywał ją ze swojéj strony.
— Czy szukasz pan kogo? rzekłem zniecierpliwiony, zapominając że mógł odrzucić mi tém samem pytaniem.
Ale Oleś, jak zwykle ludzie jemu podobni, zbyt wyłącznie zajęty był sani sobą, by na drugich zwracać baczenie.
— Czekam, odparł niby tajemniczo; to jest, dodał poprawiając się, chciałbym się dowiedziéć czy nie przyjechała już do Warszawy osoba, która w tych dniach ma przybyć.
Nie robiłem mu naturalnie żadnych zapytań; ale on wyraźnie umiérał z chęci mówienia daléj.
— Śliczna kobiéta, wyrzekł znowu po chwili. Spotkałem ją najprzód w Paryżu, a ostatniemi czasy w Wiedniu. Owdowiała niedawno.
Te słowa tknęły mnie dziwnie. Czy rzeczywiście obadwaj szukaliśmy tejże saméj osoby? Oleś mówił powoli, a w przerwach między objaśnieniami, o które nikt nie prosił, pokręcał jedwabiste wąsy. Po krótkiém milczeniu dodał znowu:
— Nie znasz jéj pan zapewne, to pani Nasielska. Miałem nawet robić jéj portret w Paryżu, ale nie miała czasu pozować. Paryż — rozrywki — nic dziwnego. Potém téż wyjechała. W tych czasach ma być w Warszawie.
Mimowolnie spytałem samego siebie, czy okólnik jaki zapowiedział przyjazd pani Nasielskiéj i nakazał szukać jéj w Europejskim hotelu? i coraz mniéj zachwycony zleceniem mego przyjaciela, pomyślałem że mogę ją spokojnie zostawić opiece Olesia, który tę misyą z daleko większą niż ją spełni gorliwościąwością. Przekonawszy się wszakże, iż jéj na liście podróżnych nie było, poszedłem do teatru, gdzie jakąś nową przedstawiano sztukę.
Jednakże myśl moja, czcza i niezajęta, wirowała około téj kobiéty. Nie było na świecie dwóch ludzi mniéj podobnych do siebie, różniących się więcéj usposobieniem, charakterem i życiem całém, niż Stanisław i Oleś. Jakim sposobem obydwaj byli w styczności z panią Nasielską? Co Stanisława obchodzić mogła kobiéta, tak bardzo, jak się zdaje, obchodząca Olesia? Czemu polecał mi ją tak usilnie?...
Nowa sztuka niewiele przedstawiała zajęcia, czy téż ja zabsorbowany byłem czém inném, bo nie zwracałem na nią uwagi; gdy nagle w czasie antraktu usłyszałem wymówione koło siebie nazwisko, o którém myślałem nieustannie. Wymówił je tuż przedemną siedzący młody człowiek do swego towarzysza.
— Wiesz zapewne, rzekł głośno, że Nasielska przyjeżdża tu w tych dniach.
Znałem tych panów z widzenia, znała ich cała Warszawa. Był to sam kwiat tak zwanéj złotéj młodzieży. Więc przybycie téj kobiéty wiadome było światu całemu. Zacząłem naprawdę wstydzić się, że tylko wypadkowi zawdzięczałem tę arcyważną nowinę.
— Tak? odparł drugi niedbale, cóż ona tu będzie robić. Sezon zimowy się kończy, zanudzi się na śmierć. Owdowiała podobno. Ciekawym czy pójdzie drugi raz za mąż.
— O mój drogi, cóż za dzika myśl! Kobiéty jéj podobne powinnyby rodzić się wdowami; jest to ich stan naturalny.
— W każdym razie niebrak jéj będzie konkurentów. Taka bogata!
— Ma podobno dzieci.
— Nie wiem, nie widziałem ich nigdy, nawet nie słyszałem o nich. W salonie dzieci, to przedmioty zbytkowe.
— Są to jednak przedmioty dość ważne dla wdowy. Podobno sama z siebie nic nie ma.
— Naturalnie; czyżby inaczéj była poszła za Nasielskiego?
— Któż była z domu.
— Z domu? robisz mi dzisiaj nieoszacowane pytania. Mais elle n’etait pas née, wszyscy to wiedzą. Córka śpiewaczki, sama przeznaczona do teatru, spotkała Nasielskiego, który pomimo swych lat sześćdziesięciu, zakochał się w niéj szalenie. Matka była mądra, córka także; dość że doprowadziły go do małżeństwa. Oto powieść znana światu całemu.
— Ależ dla mnie jest to już historya starożytna, tłumaczył się młodszy. Spotkałem Nasielską w Ems lat temu kilka i domyślasz się żem tak pięknéj kobiety nie pytał o genealogią.
Sąsiedzi moi zmienili rozmowę, a ja niekoniecznie byłem zbudowany. Kobiéta o któréj mówili, była to widać zalotna wietrznica, zaprzedająca się dla piéniędzy staremu mężowi i nie dochowująca mu wiary, zła żona, zła matka, a co gorzéj jeszcze, jedna z tych czczych, próżnych, pasożytnych istot, których nie cierpiałem z przekonania.
Wyszedłem z teatru zły prawdziwie. Nazajutrz chciałem zasięgnąć pewniejszych wiadomości względem osoby którą polecono mojéj opiece. Zacząłem przebiegać myślą cały szereg znajomych, aż trafiłem na pana Narcyza.
Byłto stary kawaler, który przeżywszy wiek swój motylkowato, w niewinności ducha zapomniał o latach i sądził że nie przestał jeszcze być lwem salonów. Miał on sobie za najświętszy obowiązek wiedziéć wszystko co się dzieje w pewnych sferach towarzystwa, do których dostał się, dzięki niezmordowanéj cierpliwości, wypatrując u wszystkich wielkich panów téj szparki, przez którąby się jego małoznacząca indywidualność przecisnąć mogła.
Pan Narcyz nie grzészył naturalnie zbytkiem przenikliwości, ni głęboką znajomością serc i charakterów, ale zato tém lepiej mógł służyć za echo powtarzające zdanie ogółu.
Udałem się więc do niego i po krótkiéj rozmowie zapytałem go wręcz:
— Czy znasz panią. Irenę Nasielską?
Zagadniony podniósł na mnie oczy.
— A cóż ciebie, wyrzekł z widoczném zdziwieniem, ta kobiéta obchodzić może?
— Nie obchodzi mnie ona wcale, odparłem, ale chciałbym się czegoś o niéj dowiedziéć.
— Czy masz robić jéj biust? Winszuję ci, płaci po królewsku.
Wzruszyłem ramionami.
— Dostałem list, w którym proszą mnie, bym jéj pomógł urządzić się w Warszawie.
Ale chociaż w tém zdaniu nie było na pozór nic zabawnego, Narcyz parsknął śmiéchem.
— Dopomódz jéj? powtórzył; ależ ona ma na swoje skinienie roje wielbicieli, którzy biją się o najmniejszą jej zachciankę. I któż to wkłada na ciebie, mój stary, (Narcyz, chociaż nieledwie w moich latach, tak starał się wmawiać we wszystkich iż jest młodym, że sam w końcu uwierzył temu) te mile obowiązki? Uspokój się jednak: będziesz miał urząd czysto honorowy. Zwykły dwór pani Nasielskiéj nie dopuści cię do czynnéj służby.
Za całą odpowiedź pokazałem mu list Stanisława, którego znał także.
Ale on śmiał się bardziéj jeszcze.
— Ah! pani Irena, mówił, to czarodziéjka. Widocznie zadała sobie pracę zawrócić głowę temu staremu pedantowi, który nigdy nie będąc na podobnych godach, uwierzył w nią jak w świętą. To nieoszacowane, to godne jéj, doprawdy! Stanisław oddaje pod twoje skrzydła tę biédną, nieśmiałą gołąbkę, bo ty jeden nie wzbudzasz jego zazdrości. Powinieneś strzedz jéj jak własnéj źrenicy.
I dalej na ten temat puścił wodze swojéj ironicznéj werwie.
Słuchałem go w milczeniu. Wszystko to co mówił, było dla mnie nowém zupełnie. Znałem świat i życie salonów, znałem ich boginie i królowe; ale sama myśl że ja mogłem być rzucony jednéj z nich na igraszkę, przejęła mnie zgrozą. Wiedziałem że te piękne istoty mają zazwyczaj niewinne okrucieństwa. Dzieci, starość, brzydota lub wprost brak znajomości pewnych form przyjętych, są to rzeczy które w ich oczach niepowrotnie gubią człowieka, jakakolwiek byłaby jego moralna wartość. Zwykle więc starannie unikałem każdego z niemi zetknięcia. Widać że Stanisław nie miał téj ostrożności; wyzyskano jego dobre chęci i zapewne jego poważna, szlachetna postać, służyła za cel igraszki pani Nasielskiéj i świetnéj gawiedzi, która ją otaczała. Musiał on być dla niéj bardzo zabawnym, skoro, jak powiadał pan Narcyz, zadała sobie pracę zawrócić mu głowę; bo jakiż inny cel miéć mogła? Widocznie odegrał się tam pierwszy akt małéj salonowéj mistyfikacyi, a drugiego ja tutaj miałem być bohatérem. Szczęściem ostrzeżono mnie w porę.
Więc dumny z tego całego wywodu, który uczyniłem sobie w myśli, słuchałem Narcyza. On, raz zaczepiony, nie mógł powstrzymać potoków świetnéj wymowy. Mówiąc o pani Nasielskiéj, powtórzył prawie to wszystko, com usłyszał w teatrze.
Wyszedłem od niego z mocném postanowieniem puszczenia w niepamięć zlecenia Stanisława.
Tak upłynęło dni kilka, pośród których nie doszło mnie z nikąd imię téj kobiéty. Zaczynałem zwolna zapominać o całej téj sprawie, gdy odebrałem drugi list od Stanisława.
„Nie wiem, pisał, czy doszedł cię list mój ostatni i czy uczyniłeś to o com cię prosił, w imię naszéj przyjaźni. Pani Nasielska oddawna jest w Warszawie, ale nie wspomina mi o tobie; ty téż nie odpisujesz mi. Zaczynam się lękać, czy nieszczęściem w tym czasie nie opuściłeś Warszawy.“
Na to powtórne wezwanie musiałem odpowiedziéć. Wprawdzie mogłem tylko pokazać się u pani Nasielskij i oddalić, wiedząc że jéj potrzebnym nie jestem; ale tę formalność spełnić czułem się w obowiązku.
Więc ubrałem się według wszelkich wymagań świata i mody i udałem się do Europejskiego hotelu. Spytałem o panią Nasielskę, ale od kilku dni przeniosła się do prywatnego mieszkania, nie zostawiając adresu.
Przyznam się żem wcale nie spodziéwał się podobnych okoliczności. Przygotowałem się na tę pańszczyźnianą wizytę i chciałem ją raz odbyć; teraz, znalazłszy się w pełnym stroju w obec pustego mieszkania, byłem w bardzo złym humorze i namyślałem się chwilę co uczynić — gdy szczęściem bióro adresów przyszło mi na myśl.
Wsiadłem w dorożkę, kazałem się tam zawieźć i wkrótce, uzbrojony numerem domu na Kruczéj ulicy, jechałem w tę stronę, dziwiąc się w duchu, że tak wykwintna kobiéta zajęła mieszkanie w tym odległym punkcie miasta. Zdziwienie to zwiększyło się jeszcze, gdy zamiast wspaniałego domu, ujrzałem bramę parkanu, przed którą zatrzymała się dorożka.
Sądziłem że to pomyłka; sprawdziłem jednak numer. W téj odległéj części miasta nie było nawet domu, w którym kobiéta wielkiego świata pomieścić się mogła. Prawie pewny że w biórze dano mi mylny adres, zadzwoniłem do bramy. Jakaś stara kobiéta otworzyła mi natychmiast.
— Czy tu mieszka pani Nasielska? spytałem.
— Tutaj, panie, odparła i wskazała mi wznoszący się w głębi dziedzińca parterowy domek z gankiem, dzikiém winem obrosłym, którego powierzchowność, chociaż wcale nie wspaniała, była jednak bardzo czysta i miła. Na ciemnéj zieleni wina rysowały się wesoło białe ramy okien, szyby świéciły w majowém słońcu, a po za niemi widać było świéże firanki.
Wszedłem na ganek, coraz bardziéj zdziwiony. Nikt mnie nie spostrzegł; z żadnego okna nie wyglądała ciekawa głowa próżnującej służby, jak to zwykle bywa w wielkich domach.
— To musi być jakaś inna pani Nasielska, powiedziałem sam do siebie.
I znowu spojrzałem na kartkę z bióra adresów, na któréj wyraźnie stało napisane nietylko nazwisko, ale i imię „Irena,“ imię zbyt rzadkie, by spowodować mogło omyłkę.
Pociągnąłem za dzwonek wiszący u drzwi wchodowych; z głębi domu dochodziły stłumione dźwięki fortepianu. Przysłuchiwałem się im, jak gdyby opowiedziéć mi cóś mogły o mieszkańcach tego cichego ustronia, tak wysuniętego na krawędź ludnego miasta, że gwar jego nawet nie dochodził tutaj.
Drzwi otworzyły się w końcu, a na progu ukazał się człowiek, którego z razu nie wiedziałem do jakiéj kategoryi zaliczyć. Mógł to być zarówno stary sługa, jak gospodarz domu. Miał na sobie letnie szare ubranie, dość brudne, gdyż sądząc po podléwaczce trzymanéj w ręku, zajęty był ogrodownictwem, od którego oderwał go widać głos dzwonka. Twarz jego niezmiernie brzydka, ale charakterystyczna, odznaczała się jakimś zwierzęcym typem, typem jednak poczciwym i przyjaznym. Jeśli szczęki jego były ciężkie, nos szeroki, policzki zwisłe, zato jego żywe czarne oczy miały spojrzenie zmyślne i łagodne. Usta jego uśmiéchały się mimowolnie i zupełnie odejmowały téj twarzy surowy charakter, jaki nadawała jéj łysa, siwiejąca czaszka i wielkie brwi, krzaczysto najeżone. Stał we drzwiach i mierzył mnie wzrokiem, który próżno silił się na nieufność, jak pies, co z obowiązku pokazuje zęby, choć ugryźć nie ma ochoty.
— Czy pani w domu? spytałem go.
— W domu, odparł, nie ruszając się z miejsca.
— Proszę zapytać, czy zechce mnie przyjąć.
— Wątpię, odparł. Moja pani nie przyjmuje nikogo.
Ten wyraz: „moja pani,“ wymówiony z pewną dumą, okréślił mi położenie społeczne starego człowieka, który widocznie jak Cerber stał na straży tego domu.
Dałem mu bilet wizytowy, dodając że przychodzę w imieniu Stanisława R. Stary namyślał się chwilę; widać nie uważał za stosowne zostawiać mnie na ganku i zatrzasnąć mi drzwi przed nosem. Może téż imię Stanisława zjednało mi jego względy, bo wprowadził mnie do przedpokoju, a sam poszedł zameldować. Fortepian był tuż za drzwiami, mogłem więc rozeznać, że uderzała go niewprawna ręka, dziécka zapewne. Dźwięki jego przygłuszyły znać inne głosy, bo nie dosłyszałem ani jednego wyrazu z tego co stary sługa mówił ze swoją panią. Za chwilę powrócił, otwiérając przedemną drzwi, po za którémi słychać było granie.
Wszedłem miotany ciekawością, która paliła mnie coraz bardziéj, odsunąłem portyerę i znalazłem się w saloniku tak skromnym, że nie było tam żadnego sprzętu mającego wyższą wartość, prócz paryzkiego pianina, a przecież tak wdzięcznym, tak wytwornym, że nigdy w życiu nic spotkałem takiéj harmonii kształtów, barw i woni. Meble obite jasnym perkalem w wielkie kwiaty, takież firanki i portyery, nadawały całemu pokojowi cóś rozkwitłego, cóś wiosennego, zgodnego z porą i chwilą dnia w któréj znajdowaliśmy się właśnie. Kwiaty ustawione były śród mchu w koszykach, tworząc w dwóch rogach salonu prawdziwe klomby, piętrzące się aż pod sufit. Story z szarego płótna ćmiły jaskrawe w téj chwili słońce i falując od podmuchów wiatru, odsłaniały drzwi otwarte na ogród. Słowem była to świéża oaza nieporównanego wdzięku, pośród duszącéj atmosfery miasta, pośród tych klatek ludzkich, mających wszędzie prawie jednakie sprzęty i ozdoby.
Z tego wszystkiego zdałem sobie sprawę późniéj daleko, gdym stał się częstym gościem w tém rozkoszném schronieniu; teraz czułem to tylko, że tu jest milo i swobodnie i spojrzałem niecierpliwém okiem na kobiétę, która umiała je sobie stworzyć.
Ale przeznaczoném mi było wpadać ze zdziwienia w zdziwienie. Sądząc z tego com słyszał, wyobrażałem sobie panią Nasielską piękną bardzo; tymczasem twarz jéj miała tak dziwny charakter, że zrazu téj piękności dopatrzyć nie mogłem. Świat, kapryśny w tym względzie, mógł się nią zachwycać; ale nie miała ona wcale tych uświęconych klasycznych kształtów, które, jako rzeźbiarz, łączyłem koniecznie z wyobrażeniem piękna.
Kobiéta czarno ubrana, stojąca przedemną, niepodobną była wcale do greckich posągów, a jednak gdy wzrok raz padł na nią, odwrócić się nie mógł od tych bladych rysów, od téj postaci wysmukłéj i niedbałéj, a mimo to posiadającéj jakiś wdzięk tajemniczy.
Sądziłem że znajdę wytworną kokietkę, władającą umiejętnie spojrzeniem, ruchem, głosem, ubraną z wyrachowaniem efektu jaki strój sprawić może, a znalazłem kobiétę w skromnéj wełnianéj żałobnéj sukni, kobiétę, któréj każdy ruch tchnął prostotą.
Siedziała przy fortepianie, widocznie zajęta lekcyą muzyki dawaną ośmioletniemu synowi, podczas gdy drugi, dużo młodszy, przysłuchiwał się uważnie. Na mój widok powstała i podając mi rękę, rzekła:
— Przyjaciel pana Stanisława zawsze będzie miłym dla mnie gościem.
Byłto frazes grzeczny, ale zdawkowy. Wyraźnie moja osobistość nie zrobiła na niéj żadnego wrażenia, nie rachowała na mnie, nie oczekiwała, nie miała za złe żem przybywał tak późno. Przyjęła mnie jedynie przez wzgląd na Stanisława, z żalem może iż przerwałem jéj przedchwilne zajęcie. Czytałem to wszystko w jéj obojętnej twarzy i zrazu nie wiedziałem co mam odpowiedziéć.
Oczy jéj spoczywały na mnie, czarne, wielkie, tak wielkie, że zdawały się nieproporcyonalne do reszty twarzy, która z tego powodu rozszérzała się u góry, tworząc przepyszne czoło; chociaż i tak oczy te, jakby nie mogąc się pod niém pomieścić, nachylały się ku sobie zaledwie dostrzegalnym kątem. Białka były nadzwyczaj czyste, niebieskawe, nie miały na sobie różowych żyłek, świadczących o zmęczeniu lub wieku, i obejmowały źrenice kryształowém kołem dziecięcéj czystości.
Pomimo to jednak spojrzenie jéj nie miało zwykłego blasku charakteryzującego czarne oczy: było głębokie i spokojne, jak gdyby pochodziło z jakiéjś otchłani i po przez długie rzęsy uderzało wprost przed siebie, z nieprzezwyciężoną siłą. Dwa łuki ciemnych brwi zaginały się dumnie, a włosy czarne jak skrzydło kruka, pogięte w naturalnych karbach, obejmowały szerokie, cudnie wymodelowane czoło, tworząc w około głowy grubą warstwę jedwabistych promieni. Światło łamało się w nich w szafirowe odblaski i odznaczało kształty głowy obciążonéj warkoczami i pochylonéj naprzód, zwyczajem zamyślenia czy smutku. Nie wiém czemu ta kobiéta przypominała mi egipskie sfinksy, strzegące królewskich grobowców; była to taż sama delikatność kształtów i wykończenia, toż samo spojrzenie sztywne i nieokréślone. W obec niego czułem się mimowolnie zmieszany i zacząłem niezręczne tłumaczenie z tak spóźnionego przybycia.
Pani Nasielska nie dała mi dokończyć; widocznie było to dla niéj rzeczą zbyt małéj wagi, by raczyła ją zauważyć. Usiadła i wskazała mi miejsce. Chłopczyk wstał od fortepianu, wziął książkę i siadł z nią w drugim końcu pokoju; młodszy bawił się przy nim cicho i spokojnie.
W podobnych okolicznościach zawiązanie rozmowy pomiędzy dwojgiem nieznanych sobie ludzi jest trudném. Wszystko com tu spotykał było tak różne od tego com przypuszczał, że mimowolnie wpadałem w zdumienie. Pani Nasielska, ze zwykłym kobiétom taktem światowym, przyszła mi w pomoc.
— Słyszałam wiele o panu od pana Stanisława, wyrzekła, a głos jéj przybrał jakiś oddźwięk serdeczny. On był dla mnie prawdziwym przyjacielem.
Mimowolnie zamyśliła się, o nim zapewne, a niewiedzieć czemu, pozazdrościłem przedmiotowi jej myśli. Wszystkie uprzedzenia moje pierzchły na sam widok téj kobiéty. Czy mówiono mi kiedybądź o niéj, nie pamiętałem teraz, cały podbity szlachetną i wdzięczną prostotą jéj obejścia.
— Stanisław, odparłem żarliwie, zrobił mi nadzieję, że pani użytecznym być mogę, a teraz, gdym poznał panią, jest to mojém najgorętszém życzeniem. Mów pani, rozkazuj!
W głosie moim była prawda, na której omylić się nie mogła, a jednak nie przyjęła ofiary mojéj szczerze, tak jak uczynioną była.
— Dziękuję, wyrzekła ze smutnym uśmiéchem; gdybym potrzebowała tego, udam się do pana.
Ta odpowiedź była tylko grzeczném pozbyciem się mojéj spóźnionéj usłużności; czułem to i nie miałem prawa się żalić. Gdybym, nie słuchając plotek światowych, postąpił był według listu Stanisława, zostałbym inaczej przyjętym. Teraz trudno mi było zdobyć jéj ufność. Rozmowa rwała się i schodziła do potocznych przedmiotów.
— Pani, wyrzekłem po chwili milczenia, musiałaś już miéć to mieszkanie przygotowane. Ale któż mógł wynająć je tak daleko od miasta?
— Ja sama, odparła.
— Jakto, pani sama, nie znając Warszawy?
— Warszawa nie jest znów tak wielkiém miastem, by się w niém łatwo zgubić można. Znalazłam tutaj to, czegom pragnęła głównie: spokój, ciszę i trochę świéżego powietrza dla dzieci.
— I pani zabawi tu długo?
— Zależéć to będzie od okoliczności, a potém, dodała z niejakiém wahaniem się. Stanisław objaśnił panu zapewne moje położenie.
Widocznie słowa te zmierzały do czegoś; ale ja nie grzeszyłem nigdy domyślnością, a w téj chwili byłem szczególnie niezręczny. Pani Nasielska, nie odbiérając odpowiedzi; mówiła daléj:
— Przyjechałam w celu objęcia i zlikwidowania majątku mego zmarłego męża. Kto wié jednak czy długi nie przenoszą jego wartości.
Teraz zrozumiałem naglą zmianę zaszłą w téj kobiécie; była zrujnowaną i przyuczała się z dziwną łatwością do obecnego położenia.
— Niestety! jestem rzeźbiarzem tylko, więc w tém nie mogę pani być pomocnym. Ale gdyby...
— Oh, przerwała, mówiłam to w innéj myśli. Mam przecież prawnika.
W téj chwili dzwonek dał się słyszeć i stary sługa wsunął głowę przez drzwi ogrodu.
— Pan Gustaw przyszedł, oznajmił głośno.
Pani Nasielska nie zwróciła wcale na to uwagi, lecz starszy jéj syn powstał i z pośpiechem pobiegł ku drzwiom.
— Mamo! zawołał młodszy, i ja pójdę do pana Gustawa.
Matka pochyliła się, przyciskając usta do ciemnej, kędzierzawéj głowy dziecka.
— Idź, Julku, szepnęła, patrząc na niego z dumą i miłością...
Chłopczyk oddalił się wesoło. Kto to był ten pan Gustaw, nie śmiałem zapytać, a pani Nasielska nie myślała mnie objaśniać.
Kilka chwil jeszcze trwała pomiędzy nami przymuszona, obojętna rozmowa. Czułem że należało skończyć tę wizytę, a jednak przedłużałem ją. Nie wiem czemu,, stosunki nasze zawiązały się w fałszywych warunkach; trzeba było jakichś okoliczności wyjątkowych, silniejszéj inicyatywy, lub długiej znajomości, by je zmienić. Czułem to, a jednakże przykro mi było tak z nią się rozstawać, przykro pozostać dla niéj piérwszym lepszym, gdy miałem prawo zająć inne stanowisko. Rad nierad przecież, pożegnać się musiałem, prosząc o pozwolenie powrotu. Udzielono mi je obojętnie, zapewne tylko przez pamięć na Stanisława.
Wyszedłszy dopiéro, zebrałem myśli i doznane wrażenia. Nie przeszkadzał temu ruch miejski; odludna ulica była prawie pustą, kiedy niekiedy tylko rzemieślnik, prosta kobiéta, lub dzieci bawiące się przed drzwiami nizkich domów, przerywały ciszę wśród dnia białego tu panującą.
Dlaczego pani Nasielska wybrała tak ustronne miejsce? Czy rzeczywiście pragnęła tylko spokoju i ciszy? czy może, ze zmianą położenia, uznała za stosowne przybrać ton i gusta wprost sprzeczne z tém czém była dawniéj? To przypuszczenie przyszło mi na myśl, spowodowane wszystkiém com słyszał o pięknéj wdowie; ale pierzchło natychmiast przed wspomnieniem jéj spojrzenia i obejścia. Oddaliłem je, jak natrętne urojenie. Cóś mówiło mi w duchu, że to być nie może. Jakiś instynkt wewnętrzny stawał w obronie téj kobiéty, odrzucał myśl komedyi i kazał mi wierzyć koniecznie, że ona jest taką, jaką się przedstawia.
Zamyślony, wróciłem z téj długiéj wycieczki do swojéj pracowni.
Miałem robotę: przysłano mi portret zmarłéj przed kilku tygodniami żony bankiera, żądając bym z niego zrobił popiersie. Zabiérając się do pracy, przywdziałem bluzę i rozglądałem się w około; ale... rzecz dziwna! te wszystkie postacie, stworzone przezemnie z marmuru i gipsu, które zaludniały pracownię moję, wydały mi się teraz martwe i konwencyonalne; szukałem w nich daremnie ruchu i życia.
Prawda, byłem sumiennym artystą; posągi i popiersia wyszłe z pod mego dłuta, nosiły cechę wykończenia i znajomości rzeczy. Miałem je za dobre i jako takie puszczałem w świat spokojnie. Teraz spostrzegać zaczynałem z pewném przerażeniem, że im niedostawało właśnie tego czegoś, co marmur czyni podobnym do żywego ciała, a kamiennym, bezźrenicznym oczom nadaje spojrzenie. Po raz piérwszy w życiu nierad byłem z dzieł moich i widziałem same ich wady tylko.
Nie było to jednak w moim charakterze, aby opuszczać ręce bezczynnie; przeciwnie, trudności drażniły i pobudzały działalność moję. Zabrałem się więc do pracy z podwójną energią, chcąc właśnie zdobyć to czego mi brakło i wykraść naturze jéj tajemnice.
Nieszczęściem model popiersia jaki ulepić miałem nie przedstawiał mi w tym względzie właściwego pola. Portret stojący przedemną, był to jeden z tych powszednich, najpowszedniejszych typów, mogących miéć wartość jedynie w kole rodzinném. Była to zapewne arcyszanowna osoba; jéj poczciwe, przyćmione oczy świadczyły, że nigdy nie przeszła przez nie myśl żywsza, a grube rysy, które mogły z korzyścią zastąpić na kominku magota, zapewne nigdy na pokuszenie wystawione nie były. Pomimo to, a raczéj dlatego właśnie, dla rzeźbiarza był to bardzo niewdzięczny temat. Może genialny artysta potrafiłby przetworzyć w pewien ideał te pulchne policzki, ten nos bez wyraźnych konturów, to niepewne spojrzenie, jak Rafael zrobił arcydzieło z pospolitéj twarzy Leona Xgo. Lecz ja Rafaelem nie byłem i z pewną niecierpliwością zacząłem modelować przygotowaną już glinę na głowę.
Pracowałem zawzięcie, godziny upływały niepostrzeżone. Coraz mniéj spoglądałem na portret stojący na staludze naprzeciwko mnie, a coraz więcéj w głąb własnéj myśli. Pomimo to popiersie wynurzało się z gliny, coraz wyraźniéj występowała głowa obwieszona warkoczami, czoło i oczy wielkie, lekko nachylone ku sobie, aż zamiast biustu jaki utworzyć zamierzałem, ukazała się tajemnicza, potwornie piękna głowa sfinksa, podobna do téj, którą widziałem dziś rano.
Z przerażeniem rzuciłem dłuto o ziemię: ręka moja i myśl stały się nieposłusznemi woli. Długo wpatrywałem się w niewykończone, niekształtne jeszcze popiersie, i zdało mi się że to była najlepsza moja praca, że tam właśnie było to, czego brakło innym... życie.
W téj kobiécie było cóś upornie przykuwającego wspomnienie; jéj spojrzenie i ruchy snuły mi się w oczach, głos stłumiony dźwięczał mi w uchu nieustannie. Byłem zły sam na siebie i już podnosiłem rękę, by zniszczyć widome świadectwo myśli moich, ale wstrzymałem się po chwili rozwagi. Rysy jéj były dość charakterystyczne, by utkwić w pamięci artysty; piękność ich, pomimo nieproporcyanalności nawet, usprawiedliwiała potrzebę odwzorowania tego szczególnego typu. Postanowiłem więc wykończyć to popiersie, którego podobieństwo już teraz było uderzające, a w potrzebie nawet prosić pani Nasielskiéj o posiedzenie, gdyby z pamięci nie udało mi się schwycić odcieni stanowiących wybitność jéj fizyognomii. Tymczasem jednak narzuciłem grube płótno na jéj wizerunek, postawiłem przed nim stalugę z portretem żony bankiera, któréj mi się serdecznie robić nie chciało, i dopiéro dokonawszy tego wszystkiego bez niczyjéj pomocy, zamknąłem pracownię i powróciłem do siebie, wybiérając, jak zwykle, najdłuższą drogę.
W kilka dni późniéj udałem się znowu na Kruczą ulicę, ale nie zastałem w domu pani Nasielskiéj. W tydzień ponowiłem swoję wizytę, i znowu bezskutecznie. Zacząłem przypuszczać, że mnie przyjąć nie chciano; zwykłą téż koleją rzeczy, te wszystkie wrażenia zaciérały się zwolna w mojéj pamięci. Nie odsłaniałem wcale płótna, które narzuciłem na swoję mimowolną robotę, i zaczęty biust pani Nasielskiéj spoczywał w pracowni, jak jéj wspomnienie w myśli mojéj, przysłonione tylko, ale nie zatarte.
Przez cały ten czas nie spotkałem ani razu Olesia, nie byłem u Narcyza, nie usłyszałem wymówionego jéj nazwiska; może nawet byłbym zapomniał o jéj istnieniu, gdyby listy Stanisława, porzucone na biurku, nie wpadały mi w oko i od czasu do czasu nie budziły jakiegoś drażniącego uczucia.
Cisza ta jednak była zwodniczą, jak gdyby w tajemniczéj księdze przeznaczeń stało napisane, że ta kobiéta wmieszaną będzie w życie moje.
Dnia jednego obudziłem się raniéj niż zwykle. Dzień był prześliczny, słońce już wynurzało się z mgieł rannych i tchnęło w około radość i życie. Zapragnąłem odetchnąć świeżém powietrzem, spojrzéć na drzewa nieprzysypane kurzawą miasta. W siadłem więc w jednę z piérwszych dorożek które ukazały się w mieście i pojechałem do Wilanowa.
Była to pora roku, w której jeszcze część Warszawy nie przeniosła się tam na letnie mieszkanie. W rannéj godzinie, w dzień powszedni, nie lękałem się spotkać znajomych, a zresztą nie myślalem o tém: pragnąłem słońca, powietrza i zieloności. Przed oberżą jednakże stała już druga dorożka: któś mnie uprzedził. Nie uważałem na to i zapuściłem się samotny w głąb ogrodu.
Cudna to pora, pogodny ranek wiosenny; a jednak są usposobienia, dla których pora ta ma jakąś dokuczliwą gorycz. Pod ożywczém tchnieniem rozbudzającego się życia natury, budzą się i w piersi ludzkiéj wszystkie marzenia i nadzieje, których nie spełniła rzeczywistość.
I ja czułem w sercu nieokréślony smutek; wesoły świegot ptaków, radosne brzęczenie owadów, rojących się około kwiatów rozsianych na murawie, podwajały skrytą tęsknotę, z którą napróźno walczyłem.
Siadłem na ławce pod białodrzewem i zamyśliłem sic głęboko — gdy nagle niedaleko odemnie dały się słyszéć biegnące kroki i odgłos srébrnych głosów dziecinnych. Spojrzałem przez krzewy naokoło ławkę otaczające: na ławce bawiło się dwóch chłopczyków. Zdawało mi się żem sobie przypominał te kędzierzawe główki i czarne, błyszczące oczy. Obydwaj zbiérali pilnie kwiaty.
To bezmyślne, dziecinne zajęcie nie byłoby wcale zwróciło uwagi mojéj; ale oni zbiérali je nie tak jak dzieci czynią to zwykle: zatrzymywali się, szukali pilnie, omijali nieraz jaskrawe maki, stokrocie, rwać natomiast starannie nędzne na pozór zioła, widocznie według planu i myśli. Starszy, wskazując je, tłumaczył cóś młodszemu, który słuchał go z nadzwyczajną uwagą, wlepiając w niego swe inteligentne źrenice. Zapewne powtarzał przed braciszkiem świéżo odbytą lekcyą botaniki, pyszniąc się wiadomościami swemi, które tamten przyjmował z wyraźnym zachwytem, zadając mu coraz nowe pytania. W końcu jednak zdawało się, że zapas wiedzy małego uczonego wyczerpanym został, bo chwilę jakąś stał milczący i zafrasowany, obracając w ręku źdźbło ziela, którego znać uklasyfikować nie umiał.
Ale w téj chwili właśnie na drugim końcu trawnika ukazała się czarna postać kobiéca. Poznałem ją od razu: była to pani Nasielska; a jednak, patrząc na nią, zdawało mi się, iż z poza kobiéty poznanéj w salonie, ukazywała mi się inna, daleko piękniejsza i bardziéj zajmująca. Ruchy jéj teraz zupełnie swobodne, cudowną harmonią swoją ujawniały doskonale kształty ciała; chód jéj był elastyczny i lekki, jak gdyby płynęła po falistéj murawie. Zdawała się téż wyższą niż była w istocie, skutkiem zapewne proporcyonalności i delikatności kształtów. Głowa jéj, lekko naprzód pochylona, niby pod ciężarem kruczych warkoczy, nie miała wcale wyrazu przygnębienia ni smutku; przeciwnie, oko jéj, zwrócone na dzieci, promieniało, twarz była ożywioną zaledwie dostrzegalnym rumieńcem, a usta uśmiéchały się tak szczerze, tak swobodnie, jak gdyby nie ciążył na niéj żaden grzech w przeszłości, jak gdyby nie dręczyła jéj żadna obawa o jutro. Czyż wypływało to z tego motylego usposobienia światowych kobiét, które nie umieją pojąć zazwyczaj żadnej rzeczywistości? Czy nie rozumiała ona dobrze swego położenia, lub téż miała jakieś zasoby, na które rachowała?... bo wyraz jéj twarzy, zawsze trochę dumny i poważny, był jednak dziwnie spokojny. Szybkim krokiem zbliżyła się ku mnie, bo chłopcy bawili się tuż przy ławce na któréj siedziałem. Konary starego drzewa i krzewy rozrosłe u stóp jego tworzyły mur zieleni, za którym całkiem byłem niewidzialnym, chociaż doprawdy nie wiem czemu ukrywałem się w téj chwili. Znęciła mnie znać ta jedyna może okoliczność, w któréj mogłem podpatrzyć kobiétę, będąca od kilku tygodni celem wszystkich myśli moich.
— Mamo! mamo! wołał starszy chłopczyk, podając jéj jakąś roślinę, która moim oczom profana wydała się najzwyczajniejszym chwastem — powiédz mi co to jest?
Kobiéta nachyliła się, obejrzała naprzód to co jéj chłopczyk podał, potém przyklękła na murawie i rozgarniając ją, poczęła tłumaczyć dzieciom nazwisko, familią i gatunek do którego roślina naléżała, opowiadając przytém jéj użytki i własności.
Słuchałem zdziwiony, ale wcale nie zbudowany temi wiadomościami, których celu nie rozumiałem. Zdawało mi się dotąd, że wszystkie ścisłe wiadomości z dziedziny natury, niszczyć muszą zmysł i poczucie piękna; strzegłem się ich więc, jako sprzecznych z mojém powołaniem i miałem nawet rodzaj pogardy dla suchych klasyfikacyj, będących podstawą każdéj prawdziwéj nauki. Dlatego téż spoglądałem z mojego ukrycia na panią Niesielską z osłupieniem i przychodziła mi ochota zapytać, na co te wszystkie wiadomości, dzieciom jéj przydać się mogą — gdy niespodzianie wyręczył mnie Julek, któremu zapewne te same wątpliwości przeszły przez głowę.
— Mamo, zawołał, dlaczego to wszystko wiedzieć potrzeba?
Starszy brat spojrzał na niego z takim wyrazem, jak gdyby wyrzekł prawdziwe bluźnierstwo; ale matka odezwała się z uśmiéchem:
— Masz słuszność że się o to pytasz. Czas poświęcony nauce jest najdroższym czasem, najmniéj marnować go należy. Uczymy się praw natury raz dlatego, by zrozumiawszy je, wydobyć jaknajwięcéj użytków dla siebie i drugich, a potém że tylko tym sposobem możemy dopatrzyć wszędzie prawdziwego piękna.
Téj odpowiedzi nie spodziewałem się wcale. Pragnąłem zapytać, jaką, styczność z pięknem miéć mogą, te wszystkie dzikie naukowe nazwy, i znowu dziecko sformułowało zapytanie moje.
— A co to jest piękno?
Odpowiedź na to proste pytanie jest nadzwyczaj trudna. Ja sam, artysta ex professio, zagadniony w ten sposób, nie wiem jaką, byłbym dał definicyą, zastosowaną do dziecinnych wyobrażeń. Kobiéta jednak nie zastanawiała się nad nią długo; widać wszystkie jéj pojęcia były jasne i niezmącone, bo odparła odrazu:
— Piękno, to ład i harmonia rozlana wszędzie na świecie. Pięknem jest to, co doskonale odpowiada przeznaczeniu swemu. Ten kwiat podoba ci się, bo kolory jego są żywe; ale prawdziwa piękność jego odkryje ci się wówczas dopiéro, gdy poznasz że te świetne płatki służą tylko za obsłonę jego istoty, a wtedy równie zachwycajacém wyda ci się źdźbło mchu ukryte w trawie, jak róża błyszcząca barwami, gdy zrozumiész jak soki krążą i rozdzielają się w roślinie, gdy dowiész się jakie pierwiastki wyciąga ona z gruntu i z powietrza, co im nawzajem oddaje, jakim prawom podlega zarówno źdźbło trawy przykute korzeniem do ziemi, jak człowiek rządzący światem.
Mówiła to ze spokojnym zapałem, cechującym głębokie przekonanie. Chłopcy słuchali jéj uważnie.
— Mamo, zawołał starszy, ty chyba umiész wszystko.
Na ten naiwny wykrzyknik kobiéta rozśmiała się serdecznie.
— Ja umiem bardzo mało, Władziu, wyrzekła po chwili.
— A któż umié wszystko? pytało dziécię, z właściwém temu wiekowi pragnieniem okréślania sobie wyraźnie każdéj rzeczy.
— Nikt, odpowiedziała poważnie. Nauka jest jak mikroskop ducha: im lepiéj daje nam poznać bliższe przedmioty, tém więcéj niezbadanych odkrywa.
— Jakto, zawołał Julek, wtrącają się do rozmowy pomiędzy matką, a starszym bratem, — jakto, nawet pan Gustaw wszystkiego nie umié?
Kobiéta roześmiała się po raz drugi.
— Pan Gustaw umié wszystko, co wam nateraz wiedzieć potrzeba.
Chłopcy chwilowo poprzestali na téj odpowiedzi.
— A dlaczego, wyrzekł po chwili młodszy, pan Gustaw nie wyjeżdża z nami rano na spacer?
— Bo musi pracować, odrzekła matka.
Ale ta logiczna odpowiedź nie zadowoliła chłopców, a przynajmniéj młodszego, który odezwał się po chwili:
— Wszak zawsze mówisz, mamo, że nauka jest pracą; więc i pan Gustaw mógłby pracować tutaj z nami.
Widocznie nie zrozumiał ekonomicznego warunku produkcyjnéj pracy. Dziecię zamożnych rodziców, nie znało rzeczywistego życia, ani łamania się z żadną potrzebą.
— Praca pana Gustawa musi mu dać chléb, mieszkanie i odzienie, a zatém niema w niéj najczęściéj wyboru: musi robić to, co mu daje piéniądze.
— A nam kto da piéniędzy? spytał znów chłopczyk z namysłem.
Jakiś mrok przesunął się po twarzy kobiéty, którą, śledziłem uważnie; ale odrzekła, więcéj sama do siebie, niż do dziecka:
— Potrafię uczyć inne dzieci różnych rzeczy, których was uczę. Dawać będę lekcye i zapracuję może przecież dla was na chléb i naukę.
Te słowa potwierdziły tylko to, co ona sama mówiła mi przed kilku tygodniami, a jednak wydały mi się nowością; bo patrząc na tę kobiétę, zapomniałem o wszystkiém, com o nieéj kiedykolwiek słyszał.
Pomiędzy matką a dziećmi trwała chwila milczenia.
— Ale ty, mamo, wyrzekł starszy powoli, jak gdyby starał się zrozumiéć położenie obecne, — ty nigdy nie pracowałaś dotąd dla chleba.
Ona stała w miejscu, obrócona do mnie swą sfinksową twarzą, a jéj głębokie, nieujęte oczy patrzyły w ziemię wpół przysłonione długą rzęsą i ciemną powieką. I zdawało mi się że przez jéj spuszczone źrenice przeleciała ognista błyskawica, że myśl jakaś bolesna mignęła się na jéj marmurowém czole, a namiętna bladość jéj lica powiększyła się jeszcze. Ale czy obudziło ją proste pytanie syna, czy był to odblask dalekiego wspomnienia, czy w téj istocie wrzał wulkan przygaszony silą woli i wybuchający chwilami, czy wreszcie było to wszystko przywidzeniem tylko,.. nie wiem i nie śmiałbym ręczyć. Odczułem tylko wrażenie dziwne i sama obecność téj kobiéty, jedno spojrzenie na nią wystarczyło, bym zapomniał o samym sobie i stał się jéj echem, jéj odbiciem.
Słuchałem dalej, wstrzymując oddech; ale ona milczała, obrywając bezmyślnie kwiat trzymany w ręku.
— Mamo, powtórzył syn, nie odebrawszy odpowiedzi, powtarzając uparcie pytanie swoje — mamo, ty nigdy nie pracowałaś dla chleba.
— To prawda, odparła stłumionym głosem.
I zdawało mi się znowu, że usta jéj poruszyły się cichym szeptem i że szept ten musiał zawiérać słowo żalu, iż kiedyś, dawno, ulękła się twardéj doli; ale jam tego słyszeć nie mógł. Wpatrując się w twarz młodéj kobiéty, stawałem się jakby jasnowidzącym, ale czym wyczytał to w jéj myśli, czy téż w swojéj własnéj, rozeznać nie umiałem. W każdym razie jeżeli zaszła zmiana jaka w jéj duchu, trwała ona krótko. Podniosła głowę i rzekła, patrząc na syna:
— Dawniéj byliśmy bogaci, Władziu, dzisiaj straciliśmy prawie wszystko i na siebie samych tylko liczyć możemy.
— Mamo, odrzekł chłopczyk, wszak każdy człowiek tak czynić powinien.
I mówiąc to, on także podniósł głowę, a spojrzenienie jego zdawało się przepowiadać, iż rzeczywiście dziecko to, według — słów swoich, wyrośnie na człowieka. To też matka spoglądała na niego z dumą.
— Masz słuszność, wyrzekła; a jednak jest wielu ludzi, którzy o tém nie wiedzą. Nie pogardzaj nimi, mój synu, ale żałuj ich, bo nie nauczono ich najważniejszéj prawdy życia.
Głos jéj, gdy to mówiła, był dziwnie miękki; stłumione brzmienie jego zdawało się odkrywać jakieś niewyczerpane bogactwo serca. Słowa jéj nie zawiérały dla mnie nic nowego, żyłem w świecie gdzie powtarzano je codzień, a jednak słuchałem ich chciwie. Ta kobiéta, której życie upłynęło wśród szałów zbytku, wśród upojenia, piękności, ucząca dzieci tych twardych prawd bytu, wydawała mi się Sybillą pochyloną nad otchłanią, któréj głębi nigdy poznać nie była powinna.
Dzieci rozbiegły się po łące, a ona, pozostawszy sama, siadła na murawie, wsparta plecami o pień białodrzewu poza którym byłem ukryty. Widziałem bogate zwoje czarnych, lśniących, kędzierzawych jéj włosów, widziałem głowę trochę podniesioną, wpatrzoną w błękit nieba i w błękit wód, z tym cichym spokojem, którego tajemnica była dla mnie zagadką. Czyż ona nie żałowała tego świata uciech, w którym niegdyś królowała? Czém zapełniała dnie, dawniej zbyt krótkie na szereg cochwilnych zabaw, czém zapełniała życie? Tutaj zatrzymywała się myśl moja. Świat zwał ją wietrznicą i zalotną. Nazwę wietrznicy powtórzyć mogłem: daléj iść nie śmiałem, i z bijącém sercem słuchałem jéj równego oddechu, który dochodził mnie cichym szmerem.
Zapadłem w marzenie dziwne; było mi błogo i razem tak smutno, jak nigdy dotąd; a jednak wszystkie błędy, usterki i niedobory życia mego przedstawiały mi się z przerażającą jasnością.
Na morzu bywają chwile spokoju, w których można spojrzéć w głębie jego; w życiu ludzkiém są momenta ciszy, w których tajniki ducha wypływają na jaw. Ja teraz zaglądałem w sam rdzeń swojéj istoty i znalazłem tam wiele niezmarnowanych, choć zapomnianych skarbów. Pierś moja uderzała, jak zamłodu, dla wszystkiego co piękne, dobre i szlachetne; budziła się we mnie żądza prawdy, czułem jakieś porywy nieznane a gorące; miałem ochotę ukochać świat cały i odkrywałem wszędzie piękności, których dotąd nawet oko artysty dośledzić nie mogło. Błękit nieba był dla mnie tak przezroczystym, iż sądziłem że z poza głębokiego szafiru przegląda oblicze Boga dobroci i szczęścia. Promienie słońca, nakształt strzał złotych, wydobywały hymn życia z kwiatów, traw, wody i powietrza, a tumany mgły, opadające nad rzeką, niby zasłona tajemnicza, zdawały mi się zakrywać jakiś świat nieznanych czarów i zachwytów, szukany wiecznie, a tak blizki.
Rozmarzony, zapomniałem o własnej swéj istocie. Lata ubiegłe wydawały mi się snem tylko, i znów, jak w poranku życia, jak w kwiecie młodości, gotów byłem sięgać po tę miarę szczęścia, w którą przestać wierzyć starałem się daremnie. Zycie moje serdeczne było tak mdłe i biédne, żem gotów był uwierzyć, iż tak samo jak przed trzydziestu laty, zacząć je mogę nanowo. Żadna siła nie zużyła się we mnie; z bogactw serca i ducha nie straciłem nic dotąd. Ubieżona droga nie wyczerpała mnie; zdawało mi się żem spał dotąd, żem nie żył. Puszczałem wodze marzeniom i gotów byłem uwierzyć, że postać moja miała zawsze śmukłość i wdzięk lat dwudziestu, że włosy moje w bujnych zwojach ocieniały białe czoło, że twarz moja była bez zmarszczek, a głowa bez szronu.
Długo tak pozostałem, nie pytałem siebie nawet, czy byłem pod wpływem majowego poranku, czy téj kobiéty, której sama obecność wywiérała na mnie tak niepojęte wrażenie — gdy nagle zerwała się nić marzeń moich, bo ona powstała i zwolna, wołana przez dzieci, skierowała się w głąb parku. Wówczas, jakby pociągnięty niewidzialną siłą, ja także udałem się w tę stronę. Jaka miałem myśl, nie wiem doprawdy; najprędzej żadnéj. Szedłem za nią, nęcony tajemnicą, czy téż słodyczą jéj głosu, jéj postaci i twarzy więcéj niż pięknéj.
Czułem doskonale, iż nie miałem żadnego prawa narzucać jéj obecności swojéj, która widocznie była dla niéj ciężarem, a jednak pokusa była zbyt silną: popełniłem tę towarzyską nieprzyzwoitość. Stanąłem na zakręcie ścieżki którą przechodzić miała, ubrałem twarz w wyraz przyjemnego zdziwienia i z ręką gotową do podniesienia kapelusza, czekałem, udając, o ile to było w mocy mojéj, człowieka zajętego wiosenną przechadzką.
Czekałem krócéj niżem się spodziewał. Doleciały mnie jakieś głosy wesołe, szelest sukni i pani Nasielska nadbiegła na mnie, wyprzedzając dzieci, z któremi się widać goniła. Twarz jéj była zrumienioną lekko; usta, wpół otwarte uśmiéchem, nadawały jéj wyraz dziwnie młody; ruchy jéj były tak lekkie, że w biegu nawet nabiérała nowego wdzięku, przypominając myśli mojéj, przepełnionéj wspomnieniami starożytności, Dyanę — łowczynię, któréj posiadała idealne proporcye ciała.
Pani Nasielska zatrzymała się w biegu, widząc mnie; jedno mgnienie powiek rozwiało jéj wesołość i cały, czar téj chwili. Kobiéta która oddała mi ukłon, powróciła do zwykłéj powagi; na twarzy jéj osiadł znowu ten zagadkowy spokój, ten grzeczny wyraz zrezygnowanego znudzenia, — z jakim zwykle ludzie dobrze wychowani znoszą, uświęcone oklepanki świata, dopełniając tak zwanych obowiązków towarzyskich.
Pomimo to jam był zakłopotany; przystąpić chciałem do téj rozumnéj, pełnéj szlachetnéj swobody kobiéty, którą, widziałem przed chwilą, bawiącą się i rozmawiającą z dziećmi, a nie do téj istoty chłodnéj, obojętnéj, przedstawiającéj mi się w jéj miejscu. Daremnie przywoływałem na pomoc przeszło półwiekowe doświadczenie: nie mogłem trafić z nią na ton właściwy.
Bo i jakiémże prawem przełamać chciałem owo lodowe koło, którém ona widać odgraniczała się od ludzi, zraniona lub odepchnięta przez nich? Postępek mój był niedyskretnym; czémże okupić mogłem za niego przebaczenie? czém mogłem go usprawiedliwić? Czy posiadałem jakibądź nadzwyczajny przymiot umysłu, którymbym mógł ją olśnić iw zamian zyskać jéj zajęcie? Byłem bardzo zwyczajną indywidualnością, a jeśli nazwisko moje, znane w artystycznych kołach, i nazwa uczciwego człowieka, któréj mi nikt nie zaprzeczał, nie zdobyły mi jéj zaufania, na cóż rachować mogłem? Czyż byłem w wieku w którym przebaczyć można szczérze popełniony wybryk serca? czyż mogłem jéj dać poznać to uczucie bałwochwalczéj czci, jakiém mnie przejmowała? czyż rozumiałem w końcu sam siebie? Jak młodzik, poszedłem za popędem który kazał mi zbliżyć się do niéj, a nie miałem nic nawet na swoje usprawiedliwienie.
Rozmowa zawiązała się pomiędzy nami nadzwyczajnie pospolita. Chwaliliśmy maj, poranek i wiosnę, świéże powietrze i promienie słońca, jak przystało ludziom którzy zupełnie czém inném są zajęci; bo z pewnością ona rozmyślała nad grzecznym sposobem pozbycia się mego natrętnego towarzystwa, tak jak ja o tém, by jaknajdłużéj z nią pozostać.
Znalazłem się w położeniu, w którém należało koniecznie wyrzec jakieś słowo zdolne przełamać panujący między nami przymus, lub oddalić się w milczeniu, a jak na złość usta moje i myśli były skrępowane nową dla mnie trwogą i niepokojem. Czułem się nieśmiałym, może piérwszy raz w życiu. Ta kobiéta, tak dumna i nieprzystępna, odbiérała mi pewność siebie; czułem doskonale, że usiłowania moje były daremne i z rozpaczą niemal obejrzałem się w około, jakby szukając przedmiotu, o którybym mógł zahaczyć rwącą się rozmowę i nadać jéj zwrot bardziéj swobodny.
Szedłem obok niéj jedną z cienistych alei parku; dzieci wyprzedziły nas o kilkadziesiąt kroków, biegały i zatrzymywały się co chwila, zwabione kwiatem, motylem lub owadem — gdy nagle przeraźliwe krzyki dały się słyszéć.
Stanęliśmy oboje, nasłuchując zkąd dochodziły nas te głosy trwogi; dzieci jednak nie zważały na to, stanąwszy na samym środku drogi, na któréj spostrzegły widać cóś zajmującego je bardzo. Zdwoiliśmy kroku, ale byliśmy jeszcze daleko od nich, gdy naprzeciwko ukazał się ogromny pies, goniony zdała przez gromadę ludzi uzbrojonych w rozmaite narzędzia, znać pochwycone naprędce. Krzyki ich niewyraźne zdawały się ostrzegać, że pies jest wściekły; zresztą powierzchowność jego wskazywała to odrazu. Pędził szybko, owym niepewnym, chwiejnym biegiem, będącym oznaką téj strasznéj choroby; piana toczyła się z otwartego pyska, a krwawe ślépie miał wlepione w ziemię. Leciał prosto na dzieci.
Kobiéta nie wyrzekła słowa, nie wydała krzyku i nie oglądając się nawet na mnie, pędem strzały rzuciła się ku synom. Ale jakkolwiek biegła szybko, jam ją wyprzedził. Szczęściem miałem w ręku grubą spacerową laskę. Nie była to broń dostateczna, jednak, tak jak i ona, nie zastanowiłem się nad tém; czułem że to cóś, czego pragnąłem, spełniło się, że mam sposobność dowieść jéj mego poświęcenia, że dzieci jéj obronić muszę, lub przynajmniéjnajmniej zasłonić je własném ciałem. Nie było chwili do stracenia: chłopcy, zaskoczeni nagłém niebezpieczeństwem, przytulili się jeden do drugiego, nie pojmując może ważności téj chwili.
Zaledwie miałem czas stanąć przed nimi, gdy pies rzucił się na mnie. Szczęściem laska moja była mocną, a ręka, przywykła do kucia marmuru, trzymała ją silnie. Potrafiłem zasłonić się nią od pierwszéj napaści; ale pies, odepchnięty na chwilę, powrócił z nową wściekłością i uchwyciwszy w zęby koniec laski, usiłował wydrzeć mi tę słabą obronę. Mocowaliśmy się z minutę, aż laska rozgryziona ułamała mi się w ręku. Spojrzałem machinalnie przed siebie: ludzie byli zaledwie o kilkanaście kroków, niemniéj jednak chwila ta była straszną.
— Skryj pani dzieci! zawołałem, nie oglądając się, z obawy by pies nie powalił mnie i nie dosięgnął chłopców.
Ale w téj chwili drobna ręka kobiéca podała mi jakiś kij, widać znaleziony w pobliżu. Pani Nasielska nie czekała przestrogi mojéj, by synów ukryć wgłębi kląbów... sama nie straciła czasu. Obrachowała kruchość laski mojéj i w samę porę podała mi inną. To mnie uratowało, bo nadbiegli ludzie otoczyli psa i rzucili się na niego.
Wówczas dopiéro zwróciłem się do pani Nasielskiéjskiéj. Stała przy mnie, blada jeszcze, ale jéj wielkie oczy zwracały się na mnie z takim wyrazem, tak promienne, jasne i łzawe, że olśniony, spuściłem wzrok jak przed słonecznym blaskiem. Boże! cóż to było za spojrzenie! Paliło żarem i wciskało się aż do głębi piersi nieskończoną, swą słodyczą. Ono mówiło więcéj niż najwymowniejsze słowa, ono było dziękczynieniem, ufnością, przyjaźnią, szło prosto od serca do serca. Było to jedno z tych spojrzeń, co odbiérają ludziom siłę. Kto je raz spotkał w promiennym jego blasku, musi pamiętać je aż po za grobem, musi pragnąć spotkać je znowu, jak się pragnie w pustyni rosy ożywczéj, bo wszystko przy niém blakło i gasło. A jednak kobiéta posiadająca tę niezwalczoną silę, zdawała się nie wiedzieć o tém. Nie było to wcale umiejętne spojrzenie zalotnicy, pełne przynęty i obietnic, ale raczéj jakaś chwila, w któréj duch jéj cały był w oczach i ukazywał bogatą głębię swoję; był to obłok rozdarty błyskawicą, tęcza przymierza na pochmurném niebie; była to jasność niezmącona, przed którą kryć się musiało wszystko co brudne i nizkie.
— Panie, mówiła kobiéta, składając przedemną ręce jak do modlitwy, tyś uratował dzieci moje. Cóż w zamian mogę uczynić dla ciebie?
Te słowa były zbyteczne; nie zawiérały one nic nad to, co wzrok jéj już wypowiedział, ale wróciły mi przytomność. Odważyłem się ująć jéj dłonie i rzekłem stłumionym głosem:
— Daj mi pani trochę przyjaźni, której pragnę od tak dawna.
— Masz ją pan od téj chwili wieczną, niezachwianą — odrzekła.
I znowu nie potrzebowała mówić: jam wiedział że przyjaźń jéj taką będzie.
Dnia tego nie mogłem pracować, upojony jeszcze wrażeniami poranka. Wróciłem do pracowni, szukając samotności; wziąłem dłuto, ale daremnie.... ręce moje opadały bezsilne. Zdjąłem płótno z popiersia, które umodelowałem w dzień piérwszego widzenia się mego z tą kobiétą i zapatrzyłem się w jéj rysy, oddane z prawdziwém natchnieniem; ale gdym wspomniał sobie jéj wejrzenie, odwróciłem zniechęcony głowę od téj martwej gliny.
Byłem zgorączkowany. Daremnie próbowałem zdać sobie sprawę z wrażeń doznanych; to było nad moje siły. W końcu zmordowany rzuciłem się na fotel, objąłem czoło w obie dłonie i tak przesiedziałem długo, bardzo długo. Dopiéro gdy słońce zniżyło się ku zachodowi, powstałem i powoli skierowałem się ku domowi. Uczyniłem to z przywyknienia tylko, z jakiegoś mętnego poczucia żem to powinien uczynić, bo nigdy jeszcze może tak bardzo nie lękałem się koła rodzinnego.
Jak zwykle, Zosia wyszła mi otworzyć.
— Co tobie, ojcze? spytała, uderzona zapewne zmiana mojéj twarzy.
Jam nawet nie zrozumiał tego wykrzyknika; sądziłem że mówi o spóźnieniu się mojém.
— Zapracowałem się, odparłem, czując że mimowolnie rumieniec wychodzi mi na twarz na to kłamstwo.
— Biédny ojcze! szepnęła Zosia, zmęczyłeś się bardzo.
Widziałem że usta jéj pragną zbliżyć się do mego czoła, alem nie nachylił się ku niéj. Spytałem dosyć szorstko, czy już po obiédzie, z tajemną nadzieją, że uwolniony będę od téj ceremonii rodzinnéj.
— Czekaliśmy na ciebie, ojcze, odparła zdziwiona, bo takim był niezmienny obyczaj domowy.
Poszedłem za nią, jakkolwiek czułem się znękany. Były pewne formy, od których, dla samego przykładu, jako głowa rodziny, odstąpić nie chciałem. Wzrok mój padł na żonę: dnia tego ubraną była z gustem, wyglądała doskonale i mogła przy zapadającym mroku przypominać piękność, którą jaśniała niegdyś. Dostrzegłem tego, jakby na szyderstwo, bo gdyby ta kobiéta stanęła teraz przedemną w całéj nawet krasie lat dwudziestu, wydałaby mi się brzydką jeszcze, w obec wspomnienia które miałem przed okiem i w sercu. Widać jakieś kardynalne przeobrażenie odbywało się we mnie, jak gdybym teraz dopiéro odkrył prawdziwe piękno.
Przy obiedzie byłem milczący i zasępiony, ale, jak zwykle, nie zważano na to; tylko Zosia spoglądała na mnie od czasu do czasu niespokojnie i miała jakąś minę zafrasowaną, tajemniczą. Syn mój starszy także był zamyślony; alem ja nie zważał na to i coprędzéj wyszedłem do swego pokoju. Zaledwie jednak wszedłem, do drzwi moich zapukano nieśmiało.
— Kto tam? spytałem gniewnie.
— To ja, ojcze, odparł cichutko głos Zosi.
Kazałem jéj wejść niechętnie.
— I czegóż chcesz? spytałem, widząc ją stojącą przed sobą.
— Mój ojcze... zaczęła drżącym głosem, zacięła się i nie mogła mówić daléj.
Czekałem chwilę niecierpliwie.
— Czegóż chcesz? powtórzyłem szorstko; mów, czyż jestem tak groźny?
— O nie, nie, mój dobry ojcze, szeptała coraz ciszéj. Chciałam tylko powiedziéć ci... zapytać cię...
Zmarszczyłem brwi, bo nie lubiłem tego ostatniego słowa.
— Zapytać? o cóż zapytać?
— Nie gniéwaj się, przerwała błagalnie.
— Ja się nie gniéwam, odparłem, choć głos mój mówił przeciwnie.
Zosia spuściła głowę.
To wszystko nie było w jéj zwyczaju. Wyraźnie chciałą odwołać się do mego serca; ale serce moje w téj chwili zamkniętem było dla niéj. Jednakże ona nie mogła wiedzieć o tém co działo się we mnie; więc zebrawszy odwagę, wyrzekła po chwili z pozorna mocą, chociaż głos drżał jéj na ustach:
— Mój ojcze, pan Wiktor — chciał dziś wieczorem zobaczyć się z tobą.
— Pan Wiktor? i cóż ztąd, cóż cię to obchodzi?
Zosia zarumieniła się i podniosła na mnie zdziwione oczy, jakby pytała czy rzeczywiście nie wiedziałem jak bardzo ją to obchodzi i czy nie domyślałem się treści zamierzonéj rozmowy; ale że zapewne nie mogła nic wyczytać na mojéj twarzy zmąconéj, a chodziło jéj bardzo o to, ażeby zrozumianą została, wyrzekła znowu:
— Pan Wiktor dostał posadę...
— Tém lepiéj dla niego, odparłem obojętnie.
— A chociaż posada jest bardzo maleńka, jednakże przy pracy, przy oszczędności, przy tém co ja zarabiam...
— Rozumiem, rozumiem, przerwałem ironicznie, chcecie się pobrać, czy nie tak?
— Tak, mój ojcze, odparła cicho, ale stanowczo.
— I sądzicie że ją przystanę na ten piękny projekt?
— Dlaczegóżby nie? Projekt ten mamy oddawna, czekaliśmy tylko na tę posadę, która wykonanie jego czyni możliwém.
Zosia dla objawienia mi zamiarów swoich obrała najgorszą porę. Świat marzeń rozwijał się we mnie, a wszystko co mnie otaczało, mąciło go tak bardzo, że byłem zły niewypowiedzianie, ową nieokréśloną, bezczlną złością, spadającą na piérwszy przedmiot jaki się nawinie. Teraz tym przedmiotem była biedna Zosia i jéj miłość; odpowiedziałem więc gniewnie:
— Skoro zamiar ten istniał oddawna, należało mnie o nim zawiadomić przynajmniéj.
Łzy stanęły w oczach Zosi, bo zarzut ten był równie niesprawiedliwy, jak nielogiczny.
— Mój ojcze, odparła drżąca, nie robiliśmy nigdy tajemnicy z uczuć naszych. Wiedziałam oddawna że Wiktor mnie kocha, jak on domyślał się że mi jest drogim; ale nie mówiliśmy o małżeństwie, bo dotąd było ono niepodobieństwem.
Zosia miała słuszność; w słowach jéj wyczytałem wymówkę, którą pocichu czyniło mi sumienie. Ja powinienem był dostrzedz tę nieskrywaną skłonność. Córka moja nie zwierzała mi się ze swych uczuć, bo to było rzeczą zaufania; odzywała się do mnie dopiéro w chwili, gdy uczucia te wchodziły w realne życie, gdy Wiktor miał możność prosić o jéj rękę. Nie zmieniło to jednak usposobienia mojego.
— Więc sądzicie, rzekłem, że jak prawdziwy ojciec z komedyi, pobłogosławię ten nierozsądny związek?
Zosia zbladła nieznacznie.
— Dlaczegóż nazywasz go nierozsądnym? spytała zaledwie słyszalnym głosem.
— Dlatego, że miłość nie daje chleba, odparłem krótko.
— Oh! mnie potrzeba tak mało! szepnęła.
Alem ja nie zwracał uwagi na tę błagalną przerwę; serce moje rozdarte było na poły, umysł chwiał się pomiędzy tysiącznemi wątpliwościami, a ta dziewczyna, jak na złość, mówiła mi o miłości. Czémże była miłość dla mnie? szałem chwilki, gorączką. Wszak i ja kiedyś kochałem jéj matkę; ten jeden fakt był dla mnie potępieniem uczucia, które sprofanowałem tak bardzo. Zacząłem jéj powtarzać wszystkie utarte oklepanki, kursujące o tém po świecie.
— Sądziłem, Zosiu, że jesteś rozumną dziewczyną, a postępujesz jak dziecko. Miłość przemija szybko, na niéj wyłącznie małżeństwa gruntować nie należy.
— Mój ojcze, odparła, ja sądzę iż uczynię rozumnie, idąc tam, gdzie widzę szczęście swoje.
Była w tych słowach logika niezbita, alem się jéj nie dał pokonać.
— Tak ci się zdaje tylko, odparłem.
Zosia uśmiéchnęła się smutnie.
— Tak mi się zdaje, tak zawsze zdawać mi się będzie, bo... kocham.
— Kochasz? zawołałem rozwścieczony, i cóż ztąd? to kochać przestaniesz.
— Nigdy! nigdy! szepnęła.
— Tém gorzéj dla ciebie, bo jeśli nie ty, to on kochać cię przestanie.
Tu Zosia z zupełném niedowierzaniem potrząsnęła głową. Wszystkie niedorzeczne słowa moje odbijały się o puklerz miłości i wiary, którym uzbrojoną była.
— Mój ojcze, wyrzekła po chwili, powiédz mi, co masz przeciwko Wiktorowi?
— To tylko, że on nic nie ma i że nie chcę na biédę wydawać cię z domu.
— Ależ i ja nic nie mam także.
— Tém mniéj powinnaś myśleć o tém małżeństwie.
— Przecież, przerwała Zosia, i ty, mój ojcze, i matka byliście w tém samém położeniu.
Sądziła że mnie zwalczy niezawodnie tym ostatnim argumentem, ale to wspomnienie podwoiło tylko moj gniéw. Rzuciłem tysiąc obelg przeszłości, bluźniłem wszystkiemu co wielkie i święte i nakoniec porwałem za kapelusz i uciekłem z domu, zostawiając Zosię we łzach.
Świéże powietrze dopiero wróciło mi przytomność. Jakieś resztki burzy wisiały w przestworze; ulice były puste prawie. Przebiegłem je gorączkowym krokiem. Powoli rozdrażnienie moje mijało i wspomniałem z pewném przerażeniem o dziwacznym i okropnym postępku swoim z córką. Wprawdzie byłem nieprzyjacielem sentymentalizmu i starałem się zawsze nadać mojéj rodzinie pogląd trzeźwy i jasny na życiowe sprawy; ale przecież nie mogłem potępiać miłości Zosi; Wiktor był chłopcem zdolnym, zacnym i od bardzo dawna bywał w moim domu, nie jako gość prawie, ale jako członek rodziny. Ja sam domyślałem się ich wzajemnéj skłonności; dlaczegóż teraz, opętany tajemniczym szałem, mówiłem wbrew myślom i przekonaniu? Co się działo zemną od rana? czemu wzmianka o miłości wprawiła mnie w stan szaleństwa? Odpowiedź na te wszystkie pytania dać było łatwo, ale jam jéj nie znalazł, a przynajmniéj nie sformułowała mi się ona w duchu wyraźnie.
Powoli téż myśl moja zwróciła się od sceny rodzinnéj do rannego spotkania i utonęła w niém zupełnie, i ani się spostrzegłem, gdym się znalazł na Kruczéj ulicy, naprzeciw drzwi pani Nasielskiéj.
Godzina nie była zbyt spóźnioną,. Chciałem korzystać dziś wieczorem jeszcze z nowego położenia, jakie sobie wyrobiłem. W chwili właśnie w któréj zbliżyłem się do bramy, ta otworzyła się i wyszedł z niéj młody człowiek. Nie mogłem dobrze widziéć jego rysów, ale przy zapadającym zmroku dostrzegłem twarz bladą, pociągłą i jasne włosy jego. Szedł zwolna, jednostajnym krokiem, nie oglądając się, nie zwracając uwagi na przechodzących, z głową pochyloną nieco, jak zwykle ludzie zajęci myślą jedną. On widocznie nie zważał na mnie, ale mnie uderzyła, nie wiem czemu, ta smukła, wysoka postać, i machinalnie prawie spytałem staréj kobiéty otwierającej bramę:
— Kto jest ten młody człowiek?
Ona spojrzała na mnie niedowierzająco, ale widząc że pytanie swoje popiéram małym datkiem, udobruchała się, zapewne uznawszy je za niewinne, i odrzekła z lekceważeniem:
— To pan Gustaw, nauczyciel od dzieci pani Nasielskiéj.
Spodziéwałem się tego objaśnienia.
— A pani Nasielska czy w domu? zapytałem.
Kobiéta spojrzała na mnie, zdziwiona tém pytaniem.
— Pani Nasielska, odparła, od czasu jak tu mieszka, nigdy jeszcze nie wychodziła wieczorem.
Skierowałem się do dworku w dziedzińcu, gdzie poza firankami migało światło. Zadzwoniłem. Znów stary sługa wyszedł na moje spotkanie, zameldował mnie i drzwi otworzył natychmiast. Wstępowałem tu, jakby w dawno upragnione, wzbronione miejsca, z bijącém sercem, i zdawało mi się że na samym wstępie owiała mnie atmosfera przyjazna. Uśmiéchała się do mnie karykaturalna twarz domowego Cerbera i uśmiéchać się zdawały kwiaty przepełniające jéj mieszkanie, a ich woń egzotyczna uderzała mnie na wstępie. Niebieska lampa paliła się na stole, fortepian otworzony zdawał się dźwięczyć jeszcze echem jakiéjś melodyi pełnéj marzeń i ukojenia. Obejrzałem się w około: pani Nasielska stała we drzwiach od ogrodu, jak zwykle w czarnéj sukni wdowiéj. Strój ten był tak surowy, niepodniesiony żadną drobnostką, jak gdyby ta kobiéta zapomniała że jest piękną i młodą; a jednak w tém nawet zapomnieniu o sobie była zachwycającą. Z jednéj strony padało na nią błękitne światło lampy, z drugiej księżyc w pełni rzucał na nią srébrne promienie, a pomiędzy dwoma temi blaskami twarz jéj traciła żywą barwę, zdawała się bladém widmem, lub żałobnym aniołem. Na jéj czole i włosach mieniły się błękitne i białe kolory, a ta sprzeczność łagodnych świateł tworzyła tło właściwe dla jéj posępnej postaci. Stała we drzwiach ogrodu, zwracając do mnie swój profil tak delikatny, tak wdzięczny w swych kapryśnych zarysach. Trochę naprzód pochylona, wyciągała do mnie rękę.
Ona jedna była w pokoju; na stole leżała jakaś książka otwarta... Czy czytała ją? czy czytała sama? czy ten młody człowiek, którego spotkałem przed chwilą, dzielił z nią ten wieczór? czy patrzył na nią, jak ja patrzyłem teraz? Ta myśl przeleciała mi błyskawicą, i wdzięczny byłem sobie samemu, żem nie przyszedł o pięć minut wcześniéj, żem go tu nie zastał.
Upojony harmonią otaczającą mnie wkoło, postąpiłem ku niéj i wziąłem w swoję szorstką dłoń jéj wązką, aksamitną rękę. Byłbym trzymał ją tak i patrzył na nią bez końca.
— Pani, wyrzekłem drżącym głosem, bo czułem się koniecznie w obowiązku cóś powiedziéć, pozwoliłaś mi zasługiwać na przyjaźń swoję; nie chciałem by dzień jeden upłynął daremnie.
— Oh, zawołała ze swobodą i wylaniem, pan jesteś dobrym, bardzo dobrym!
Tak dziwny panował kontrast w jéj głosie i obejściu się pomiędzy tém czém była dla mnie dawniéj, a teraz, żem znowu spojrzał na nią zdumiony. Sztywność jéj znikła. Jakby za dotknięciem laski czarnoksięzkiej, zrzuciła ciężącą jéj maskę, a pozostała tylko ta cudna prostota, z jaką niedawno przemawiała do dzieci.
A jednak czułem się coraz bardziéj nieśmiały; nie wiedziałem jak przemówić. Dla mnie wystarczało patrzyć na nią, słyszeć stłumiony dźwięk jéj głosu, podziwiać jéj harmonijne ruchy. Utrzymanie rozmowy było dla mnie przymusem.
— Pani sama? rzekłem po chwili, rozglądając się wokoło.
— Sama, jak zwykle, odparła; dzieci moje tylko co spać poszły.
— Pani tak zawsze spędzasz swoje wieczory?
I mówiąc to, uczułem że serce mi się ścisnęło. Czyż ta istota stworzoną była na to, by więdnąć w ukryciu, ona, co nawykła królować wśród świata? Ale kobiéta nie zdawała się wcale podzielać żalu mojego, bo odpowiedziała prawie wesoło:
— Wieczory moje wcale długiemi nie są, bo, jak pan widziałeś, wstajemy tu bardzo rano.
Czyż ta wesołość nie była udaniem? Nie mogłem powstrzymać niedyskretnego pytania.
— I nie żałujesz pani niczego? szepnąłem.
Ona podniosła na mnie swe palące oczy; przez chwilę zdawała się dobadywać myśli moich. Czułem że wzrok jéj wpijał się wgłąb ducha mego i czytał wszystkie jego tajemnice; ale znać nie dostrzegłastrzegła tam nic ubliżającego dla siebie, bo odrzekła po chwili, podnosząc głowę z pewną dumą:
— Niczego.
Ale słowo to wymówiła w taki sposób, żem więcéj o nic pytać nie śmiał.
Chwilę trwało między nami milczenie. Kobiéta przerwała je pierwsza.
— Chodźmy do ogrodu, wyrzekła, tam tak ładnie! Chcesz pan?
Byłbym poszedł z nią na koniec świata, nie pytając nawet dokąd mnie prowadzi.
Ogród był mały, ale pełen bzów, fijołków i jaśminów, które po burzy zdawały się w przesiąkłém wilgocią powietrzu wydawać woń bardziéj przenikliwą i upajającą. Księżyc brylantował krople deszczu, wiszące jeszcze na liściach i kwiatach.
Ona odetchnęła pełną piersią balsamiczném powietrzem. W około nas była cisza zupełna, wśród, któréj głos słowika odzywał się czasami. Spojrzałem na nią rozmarzony.
— Tu można zapomniéć, że o kroków kilka wielkie miasto wre zgiełkiem i życiem.
— Życiem? powtórzyła. Czyż ten gorączkowy ruch świata, bezcelny, jałowy, czyż to ubieganie się za wszystkiém co błyszczy tylko, można nazwać życiem?
— Więc pani nie lubisz świata? wyrzekłem zdziwiony, chociaż w téj szczególnéj istocie nic mnie już dziwić nie było powinno.
Ona uśmiéchnęła się smutnie, jakimś pobłażliwym i głębokim uśmiechem, jak gdyby przebaczała mi to pytanie.
— Ja lubię prawdę i piękno, odparła zwięźle ale stanowczo.
Nie zadawała sobie pracy objaśnienia tych słów, które streszczały myśl jéj całą.
Zrozumiałem to i zamiast odpowiedzi, patrzyłem tylko na nią.
— Wierz mi pan, dodała po chwili, podnosząc na mnie oczy; gdy trafem doleci aż do mnie daleki oddźwięk tego świata uciech i gwaru, który znam aż nadto, czuję to, co czuć musi rozbitek słuchający szumu burzy w spokojnej przystani: spoglądam w ciszę mego ducha, w ciszę tego co mnie otacza i czuję się szczęśliwą.
— Alboż cisza jest szczęściem? spytałem z rodzajem wybuchu, bo teraz mówiła rzeczy dla mnie nieprzystępne, dotykała palących kwestyj życia, których sam sobie rozwikłać nie umiałem.
— Cisza właściwie szczęściem nie jest, ale bez ciszy szczęścia być nie może, wyrzekła bez namysłu, jak to czynić lubiła, ilekroć stawiano jéj pytania, których rozwiązanie znalazła doświadczeniem, lub pracą myśli.
— I cóż pani tak zawinił biédny ten świat, który cię obsypywał hołdem uwielbień? za cóż go nienawidzisz?
Wypowiedziałem ten frazes, jeden z tysiąca jakie się ma zwykle na pogotowiu w towarzystwie, machinalnie prawie, bo nie mogłem utrzymać się długo na stopie téj rozmowy, któréj każde słowo było myślą. Atmosfera ta, jak atmosfera wyżyną zbyt czystą była dla moich nieprzywykłych do niéj piersi.
Pani Nasielska spojrzała na mnie z pewném zdziwieniem, ale niezrażona, mówiła dalej łagodnie:
— Alboż ja go nienawidzę? Świat jest tém, czém być może; tylko żal mi ludzi, którzy to piękne życie potrafili uczynić bezużyteczném i bezbarwném, żal mi tych, co wstydzą się uczuć, myśli swoich, porywów swoich, śmieją się nieraz z tego co czczą w duchu, nakładają na żywe serca maskę lodowych konwenansów, lub gorzéj jeszcze, maskę modnego zepsucia, i których w końcu sprawiedliwa Nemezys karze oschłością ducha. Śmieli się z serca, więc ukochać nie potrafią; szydzili ze wszystkiego co wielkie i szlachetne, więc niczego uszanować nie są zdolni; kłamali sobie i drugim, więc niewiara wpiła się w ich krew. Wątpią gdy widzą uśmich, wątpią gdy widzą łzę, wątpią więcéj jeszcze, gdy przypadkiem obije się o ich uszy jakiebądź niekłamane słowo. Takich ludzi nienawidziéć nie sposób, można tylko litować się nad nimi: bo tutaj, jak zawsze, Nemezys jest nieubłaganą. Fatum, to logiczne następstwo czynów naszych.
Nemezys, fatum, te mity starożytnych, zdawały się naturalnemi w jéj ustach; posługiwała się niemi, by dobitniéj wyrazić myśl swoję, nie pytając, nie dbając może, czy przez wszystkich zrozumianą będzie. Mówiła z zapałem, i głos jéj, zwykle stłumiony, teraz stawał się metalicznym, miał słodycz, miękkość i cichą doniosłość srebra uderzającego o kryształ. Wysokość tonu czyniła go wyraźnym, odznaczał się wśród innych brzmień, jak światło rzucone na tle cieniów. Było to jedno więcéj bogactwo, ukryte przed okiem obojętnych. Ten głos harmonizował ze spojrzeniem: jedno i drugie było odbłyskiem hardego i jasnego ducha, jedno i drugie istniało tylko w pewnych chwilach, dla pewnych indywiduów. Ludzie mogli ją znać długo, a nie zauważyć tego nigdy.
Umilkła, a jam jeszcze słuchał dźwięków i myśli dla mnie nowych.
— Pani, wyrzekłem w końcu, tego co mi mówisz jam nie słyszał dotąd nigdy.
Na twarzy jéj zarysowało się przykre zdziwienie, jak gdyby żal jéj było, że mówiła do człowieka co tak mało mógł ją rozumieć.
— I nie pomyślałeś pan tego nigdy? spytała.
— Nie, ale myślę teraz.
Znowu pomiędzy nami była cisza. Zastanawiałem się nad jéj słowami.
— Powiédz mi pani, spytałem w końcu, jakim cudem tak młodo doszłaś do przekonań, które są nowością dla mnie? dla mnie... cobym mógł być ojcem twoim, dodać chciałem, alem się zatrzymał. Ten frazes zdawał mi się świętokradztwem; uczucia moje dla niéj różniły się bardzo od tych, jakie miałem dla córki i dla synów.
— Są chwile, odparła, są położenia, których siła zdziera wszystkie maski pozorów i odkrywa nam istotę rzeczy.
Mówiła to bardzo spokojnie, ale jam tego spokoju pojąć nie mógł; zdawało mi się że koniecznie w jéj głosie dźwięczéć musi boleść, skrywana siłą woli, i w tém przypuszczeniu zawołałem:
— Rozumiem, pani cierpiałaś.
Ale spółczucie moje okazało się conajmniéj zbyteczném. Pani Nasielska podniosła na mnie oczy i odparła:
— Odkrycie prawdy może sprawić chwilową przykrość, ale cierpieniem nazywać się nie godzi tego, co nam daje szczęście.
— Szczęście? powtórzyłem, nie rozumiejąc jéj zupełnie.
— Bo ja sadzę, dodała, nie zważając na słowa moje, że szczęście jest w prawdzie tylko.
Zdawało się że mówiła rzeczy proste i każdemu znane, bo wyrazy jéj miały nieprzepartą logikę, a jednak burzyły one zupełnie wszystkie teorye ogólnie powtarzane: o złudzeniach rozwianych, marzeniach nieziszczonych, omylonych uczuciach i cierpieniach pochodzących z tych wszystkich powodów, któremi karmi się tyle niedołężnych serc i zwichnionych indywidualności.
— Mnie zawsze żal tych, mówiła daléj kobiéta, którym los pozwala prześlizgać się po fali, którzy nie musieli walczyć z żadną burzą; bo oni nigdy nie poznają, jak inaczéj wszystko wydaje się z głębin, niż z powierzchni; oni nigdy nie dojdą do zmierzenia sił własnych, do zrozumienia życia.
Czułem jakąś potrzebę obrony tych niedokończonych istot, bo czyż bardzo różniłem się od nich?
— Rozumieją je po swojemu, szepnąłem.
— O nie, zawołała gorąco, nie rozumieją wcale. Prawem jest dla nich każda oklepanka, bo nie wywołują jéj nigdy przed sąd rozumu; przeszłość jest ich wyrocznią, bo nie mają odwagi wywalczyć przyszłości. Więc czepiają się wszystkich trądycyj i przesądów, byle nie iść o własnéj sile, a winę za to co ich spotkać może, zrzucają na los, na okoliczności, na ludzi, bo nie czują się zdolni do przyjęcia odpowiedzialności. Oni to stanowią tę owczą falangę, chwiejną jak podmuch wiatru, potępiającą wszystko czego nie rozumié, idącą ślepo za każdem powodzeniem, głupią, a tém samém i złą prawie zawsze. Mówiliśmy o nieéj przed chwilą. Ta falanga, to tak zwany świat, istota nieujęta, a wszechobecna, najomylniejsza, a jednak wydająca nieodwołalne wyroki, ślepa i głucha dla tych co jéj schlebiają, a mająca dla innych wzrok ostrowidza, podnosząca drobnostki do olbrzymiej miary, a przebaczająca najohydniejsze zbrodnie — świat, postrach słabych.
Te ostatnie słowa wryrzekła z nieopisanym wyrazem pogardliwéj litości.
I znowu poznałem, że i ja do rzędu tych słabych należę; bo chociaż przez ciąg długiego życia nieraz dotknąłem się niesprawiedliwości świata, przecież nie przeszło mi nigdy przez myśl podawać w wątpliwość téj potęgi, istniejącéj rzeczywiście tylko postrachem i nikczemnością swych ofiar.
— Ajednak, wyrzekłem nieśmiało, bo zrozumiałem że znajduję się w obec istoty różnéj o całe niebo od tych co je znałem dotąd, — a jednak przeciw7 prądowi płynąć niepodobna.
Spojrzała mi w oczy z rodzajem urągania, jakie w pewnych stanowczych chwilach silni mają dla niedołężnych.
— Pani, mówiłem daléj zmieszany, człowiek potrzebuje punktu oparcia.
— Punkt oparcia, odrzekła, jest w nas samych tylko. Biada tym, co rachują na cudzą pomoc, na cudze poparcie, chociażby na cudzą radę nawet.
Mówiła to z silą przekonania, ale bez goryczy żadnéj, jako rzeczy znane, będące w prawach natury, przeciw którym daremnieby się było buntować.
Podziwiałem ją i mimowolnie budziło się we mnie pytanie: cobym ja począł sam jeden, opuszczony lub potępiony przez świat? Czybym znalazł sam w sobie tę odśrodkową siłę, jaką miała ta kobiéta? czybym sobie wystarczył?
Ona jednak nie zdawała się zwracać na mnie uwagi. W téj chwili widać rozdarła się w jéj wspomnieniu zasłona przeszłości, pamiątki cisnęły się do jéj myśli, spoglądała im oko w oko i dlatego mówiła raczéj sama do siebie, niż do mnie.
Miała słuszność, że lodowém obejściem odgraniczała się od ludzi; przymus wstrętnym był jéj naturze, a jakiebądź były jéj wrażenia, utaić ich w sobie nie mogła, czy nie chciała.
Przypadek naprowadził rozmowę na ten ton poufny, a ona nie starała się go zmienić; czułem jednak, że ten wieczór nie nadał mi żadnego prawa do jéj szczególnego zaufania, żem nie był wybranym powiernikiem, ale że tak samo jak do mnie, mówiłaby do każdego, coby zdobył sobie wejście do sanktuaryum jéj życia.
Siedziała na ławce, wśród jaśminowych klombów, okolona ich białym kwiatem, przejęta ich wonią, srébrna od promieni księżyca. Ręce spadały jéj na kolana i na czarném tle sukni odbijały się ich doskonałe kształty, a namiętne splecenie tych rąk kontrastowało dziwnie ze spokojem głosu i postawy, ze spokojem jéj myśli.
— I cóżby mi z tego przyszło, mówiła, gdyby świat cały uwielbiał mię i sławił, jeśliby głos wewnętrzny nie potwierdzał, żem tego warta? I cóż mi znaczy potępienie jego, kiedy czuję żem nie zasłużyła na nie?
— Pani, wyrzeklem, któż śmiałby....
Ale ona przerwała mi nakazującym ruchem.
— Oh! rzekła, oszczędź pan sobie słów próżnych. Ja wiem co mówię, nie jestem dzieckiem. Widziałam, gdyś tu pan przyszedł raz piérwszy, w twojém spojrzeniu i w głosie to wszystko co słyszałeś o mnie; widziałam żeś pan porównywał i posądzał. Nie myślałam się wcale usprawiedliwiać; nie dbałam o to jakie wyniesiesz ztąd przekonanie; ale nie pragnęłam widziéć cię więcéj, bo w końcu znudziło mi się słyszeć dziwaczne zarzuty, śmiészne przypuszczenia, potworne opowiadania, jakiemi mnie świat zaszczyca; znudziło mi się słyszéć, żem była złą, matką, niegodną żoną i haniebną zalotnicą, kobiétą bez serca dlatego, że w czasie gdy nie mogłam zamknąć się w domowych ścianach, kilku światowców raczyło zauważyć, że różnię się cokolwiek od ogółu kobiét, którym mieli zwyczaj frazesami zawracać głowy, wprawdzie nie na długo, ale na parę tygodni. Bo pytam, cóż oni mogli wiedziéć o mnie, o mojém wewnętrznem życiu, o myślach, smutkach i nadziejach moich? Wiedzieli to, com miała dla wszystkich z obowiązku gospodyni domu: uśmiéch i wesołość konieczną; po za tém nie dostrzegli niczego, a przecież nie wszystkie godziny życia mego należały do świata. Gdym prowadziła czczą rozmowę, gdym rzucała nędzne dowcipy salonów, lub żartem odpowiadała na żarty, myśli moje nie były na ustach. Przeznaczano mnie kiedyś na scenę; zamiast niéj, weszłam na scenę świata. Miałam rolę do odgrywania i odgrywałam ją, pókim musiała. Teraz zapadła kurtyna.
Wypowiedziała to wszystko jednym tchem, z właściwą sobie dobitnością, jak gdyby pilno jéj było załatwić się ze wspomnieniami przeszłości. Były chwile w których głos jéj drgał, były inne w których dźwięczał sucho, ironicznie. Słuchałem tego świetnego fajerwerku myśli. Nie było w nich nic sztucznego; to wszystko w doskonałéj zostawało zgodzie z jéj zasadami i postępowaniem; a jednak w streszczeniu swego dawnego życia, naumyślnie czy przypadkiem, pozostawiła próżnię. Ja także nie wiedziałem nic o jéj smutkach, myślach i nadziejach. Czyż one minęły już? czy się ziściły?
Słuchałem oniemiały, nie śmiąc o nic pytać, bojąc się przerwy każdéj, bo patrzyłem na grę jéj twarzy, patrzyłem w jéj oczy, które naprzemian kryły się pod ciemnemi powiekami, lub ciskały błyskawice; patrzyłem na usta sypiące tak dziwne, tak przenikliwe słowa, i czułem się przygnieciony ogromem winy mojéj.
Ona milczała, zapatrzona w horyzont, gdzie gromada białych chmur, niby stado łabędzi, cisnęła się około księżyca. Jakie były jéj myśli? byłbym dał życie, by je wyczytać, tak jak ona umiała odgadywać moje.
— Pani, wyrzekłem w końcu, pochylając głowę, przebacz mi!
Wyraźnie myślała tak bardzo o czém inném, że zapomniała prawie o obecności mojéj.
— Cóż panu mam przebaczyć? spytała.
— Żem nie znając cię, pani, śmiał wątpić chwilę jednę.
Rozśmiała się szczerze, serdecznie.
— Byłeś pan najzupełniéj w prawie swojém, odparła; nasłuchałeś się pan dziwacznych powieści i przyszedłeś zobaczyć tę modną bohatérkę, co tyle serc rozdarła, co zmarnowała ogromną fortunę. Nie lękaj się pan, ofiary moje żyją w doskonałém zdrowiu, a majątek — zatrzymała się, jakby nie chciała wszystkiego powiedziéć. Zresztą, dodała, wyciągając do mnie rękę, nie myślałam wcale robić panu najmniejszéj wymówki, tylko zaznaczałam fakty, i może swoim zwyczajem wyraziłam się. zanadto dobitnie. Ale taka już mpja natura; musisz się pan do niéj przyzwyczaić, jeśli mamy być przyjaciółmi.
Dziwnym zwrotem czy siłą woli, odzyskała zupełnie swobodę, wesołość nawet; a przecież były w jéj duchu głębie, których dotknęła zaledwie, były przepaście bólu i uczucia. Świadczyły o nich czasem tylko namiętne drgania głosu, ruch jakiś, rumieniec, spojrzenie. W losie jéj także były tajemnice. Dlaczego, przeznaczona na scenę, nie weszła na nią? dlaczego poślubiła tego starca? dlaczego, znając świat doskonale, żyła w nim i przybiérała tę rolę? kto ją do tego zmuszał? Daremnie te palące pytania nasuwały mi się na usta. Godzina była spóźnioną. Pani Nasielska mówiła mi, że wieczory jéj długiemi nie są, ale, widząc że pomimo to nie zabiéram się odejść, wstała, skierowała się ku domowi i pożegnała mnie ze zwykłą swobodą, słodkiém słowem: do zobaczenia.
— Do zobaczenia! powtórzyłem, podnosząc do ust jéj rękę. Wszak teraz mogę miéć nadzieję, że panią, zastanę w domu.
— Zawsze, odparła z uśmiéchem.
Wyszedłem machinalnie, portyera zapadła, i zdawało się że ogarnęła mnie nagła ciemność. Po chwili znalazłem się na ulicy. Wówczas dopiéro zatrzymałem się i stałem długo przy tym parkanie, zapatrzony naprzemian we drzwi, które zamknęły się za mną, i w księżyc, na który przed kilku minutami jeszcze patrzyliśmy razem.
Tego wieczora doznałem tylu wrażeń, że zrazu nie mogłem myślą ich objąć. W duchu moim był chaos dziwny, ale śród tego chaosu wypływał obraz kobiéty o płomiennych oczach i panował nad nim. Myślałem o niéj jednéj, tak że długo nie byłem w stanie oderwać się od tego miejsca, choć nie mogłem w niém nawet dostrzedz światła jéj okien. Ale nie znajdowałem nazwiska na uczucie swoje, nie pytałem się o to samego siebie.
Szczęściem ta odludna ulica była pustą zupełnie; mogłem popełniać bezpiecznie szaleństwa, których powinny się były wstydzić moje siwe włosy, bo nie było nikogo coby je zauważył. Stałem w miejscu jakby przykuty, rozmyślając dlaczego ta kobiéta, jéj przyjaźń lub obojętność, wytrącały mnie z kolei właściwéj. Pomimowoli jednak władze ducha mego skupiały się jedynie w pamięci; przypominałem sobie każdy jéj ruch, każde słowo, każda zmianę głosu, i ten palący potok wymowy, i te zwięzłe, urywane zdania, i byłbym stał tak pod jéj bramą do rana może, gdyby jakieś szybko zbliżające się kroki nie wyrwały mnie nagle z téj niepojętéj zadumy. Wówczas, jak dziecko schwytane na gorącym» uczynku, skierowałem się ku miastu.
Jednakże ociągałem się i szedłem wolno, może z tajemną nadzieją, że przechodzień minie mnie, a ja powrócę na dawne stanowisko. Ale kroki zbliżały się coraz bardziéj, w końcu rozległy się tuż za mną; człowiek jakiś wyminął mnie, nagle obrócił głowę, i poznałem w nim Olesia. Zdradliwe promienie księżyca padały w pełni na nasze twarze.
Złorzeczyłem téj niewinnej jasności, bo nie wiem czemu, przykro mi było być tu widzianym, a osobliwie widzianym przez niego.
Oleś, zobaczywszy mnie, stanął jak wryty i po chwili namysłu parsknął homerycznym śmiéchem. Śmiéch jego głośny i gruby był nieznośnym, stanowiąc doskonałą charakterystykę człowieka. W ten sposób śmiać się mogą tylko ludzie ograniczeni, zachwyceni sobą i pozbawieni zupełnie moralnego zmysłu wnikania w usposobienie drugich. Odbił się on w moim duchu przykro, rażąco, a przecież nie mogłem gniéwać się za niego. Miałem z młodzieżą poufale, koleżeńskie obejście, które odejmowała wiekowi memu powagę właściwą; nie pozostawało mi więc jak śmiać się z nim razem i próbowałem to uczynić, ale nie mogłem.
— Na honor, mówił Oleś, z miną człowieka chcącego dać do zrozumienia, że ma jakąś arcy-ważną tajemnicę, podobno spotykamy się nie w porę.
I pokręcał jedwabne wąsiki zwycięzkim sposobem. Widać chodziło mu oto bardzo, bym nie wątpił że ma jakąś miłosną intrygę z osobą którą lęka się skompromitować, bo ruchy jego, głos postawa, spojrzenie mówiły wyraźnie: „Patrz jak jestem poszukiwanym, rozrywanym! I niedziw: jestem piękny, młody, a przytém potrafię być dyskretnym gdy tego potrzeba i milczéć jak grób. Nikt mi nie wydrze nazwiska kochanki, tylko nie wątp, proszę, że jest pełną wdzięków, że należy do wielkiego świata, że dla mnie naraża się na tysiące niebezpieczeństw i t. d.“
W téj chwili ten poczciwy chłopiec, ze swoją niewinnie śmiészną fanfaronadą, wydał mi się najnieznośniejszym z ludzi. Chciałem go się pozbyć jaknajprędzéj, ale nie było to rzeczą łatwą, bo Oleś nie był jeszcze dostatecznie przekonany, czy rozumiem całą ważność jego położenia.
— Jak widzę, idziemy w jednę stronę, rzekł, kroki swe równając z mojemi; więc jeśli nie przeszkadzam...
— Wracam z przechadzki, odrzeklem sucho, przerywając mu niewczesne domysły.
— Rozumiem, rozumiem, odparł niezrażony, dając mi grzecznie do poznania, że mi nic a nic nie wierzy. Ale zmiłuj się pan, nie mów nikomu żeś mnie spotkał na téj ulicy; to mogłoby miéć zgubne następstwa, nie dla mnie, bo rozumiész pan że się nie lękam, ale...
— Bądź spokojny. Nie wątpię wcale że wracasz z jakiegoś rendez-vous i że ona jest conajmniéj księżniczką.
— Kto się mógł spodziéwać, mówił Oleś, biorąc słowa moje za dobrą monetę, spotkać znajomego w tym zaklętym końcu Warszawy?
W duchu powtórzyłem sobie toż samo, ale nie odpowiedziałem mu. To widocznie niecierpliwiło młodego malarza, który, pomiędzy innemi przyjemnemi nawyknieniami, posiadał i to, że nie mógł nigdy milczéć dwóch minut z rzędu.
— Wiész pan co, mówił znowu, ten zaklęty kąt gotów wejść w modę i stać się ulubioném siedliskiem eleganckiego świata. Wszak mieszka tu gdzieś Nasielska. Chcialem nawet być u niéj, ale jestem tak zajęty — teraz szczególniéj — iż nie wiem czy potrafię znaléźć chwilkę czasu.
Czułem żem zbladł, słysząc jéj nazwisko wymówione tak poufale przez tego młodego trzpiota; lecz nie miałem prawa nakazać mu milczenia. Krew nabiegła mi do serca, ale nie wyrzekłem słowa. W téj chwili nie byłem w stanie przyznać się że ją znam. Powinienem to był uczynić, nie czułem się jednak na siłach przenieść domysłów i grubych żartów Olesia. Nienawidziłem go w téj chwili całą duszą, a on tymczasem, z zaślepieniem właściwém ludziom jemu podobnym, mówił daléj w niewinności serca, nie domyślając się wcale burzy jaka wrzała w piersi mojéj.
— Szczególna kobiéta, doprawdy. Od miesiąca jak jest w Warszawie, nikt jéj nie widział. Jedni twierdzą że urządza apartamenta, drudzy że się rozkochała w jakimś młodym akademiku i że to jest tajemnicą jéj odosobnienia...
Zaćmiło mi się w oczach.
— I któż to mówi? spytałem głosem ochrzypłym, który zaledwie przecisnął mi się przez gardło.
— Kto? Alboż ja wiem — wszyscy, odparł Oleś, uderzony zmianą mego głosu i spoglądając na mnie, jakby przeszło mu przez myśl piérwszy raz w życiu, że mógł głupstwo powiedziéć.
Ale to zbawienne natchnienie trwało krótko, bo zresztą, jakaż styczność zachodzić mogła pomiędzy mną, skromnym pracownikiem, a tą świetną królową salonów? W parę więc sekund odzyskał zupełną pewność siebie i mówił daléj:
— Już to takiéj kobiécie skryć się niełatwo; wszyscy ją, znają, chociaż piérwszy raz jest w Warszawie. Niepojętą jest dla mnie ta jéj mania pustelnicza. Dajmy na to że się kocha, to jeszcze nie przyczyna, by zamykać się jak w klasztorze. Zresztą nie byłoby to przecie po raz piérwszy. Kobieta z jéj szykiem nie kryje się z miłostką, jak parafianka.
Oleś nie patrzył na mnie, inaczéj byłby się zatrzymał, nie dokończywszy tego dowcipnego frazesu. Twarz moja musiała się mienić, bo czułem jak przechodziły po niéj fale krwi gorącéj. Wszystko wrzało i kipiało we mnie. Niezdolny powstrzymać się dłużéj, zawołałem głucho:
— To kłamstwo!
Malarz stanął w miejscu, przerażony tym niespodzianym wybuchem. Wprawdzie nie należałem do rzędu ludzi bardzo cierpliwych, ale zazwyczaj umiałem panować nad sobą. On nie mógł pojąć zrazu o co mi chodziło i spogląda! na mnie błędnemi oczyma.
— Alboż pan ją znasz? wyszeptał, alboż...
Zatrzymał się, spojrzał w około i po chwili namysłu uderzył się ręką po czole.
— Ah! rozumiem, rozumiem. Pan byłeś u niéj.
Tak, on zrozumiał wszystko. Broniąc ją, skompromitowałem ją bardziéj jeszcze. Bo dlaczegóż nie powiedziałem od razu zkąd idę? dlaczegóż słuchałem w milczeniu piérwszych słów Olesia? W całéj téj sprawie postąpiłem jak student, czułem to. Przed chwilą sam nie wiedziałem że mam tajemnicę; teraz ona przestała już do mnie należéć, była w posiadaniu Olesia, a jutro zapewne miała się rozejść po całéj Warszawie. Objąłem szybko położenie, jakie wyrobiłem sobie dwoma słowami, wymówionemi nie w porę, i szukałem z niego wyjścia. Nastręczyło mi się ono proste i naturalne.
— Pani Nasielska, wyrzeklem z przyciskiem, była mi rekomendowaną przez wspólnego naszego przyjaciela. Poznałem ją i nabrałem przekonania, że wszystkie wieści kursujące o niéj są bezzasadne.
To wszystko, wypowiedziane w właściwym czasie, byłoby zapewne uwolniło mnie od téj przykréj sceny; Oleś jednak, którego zakłopotanie równe było mojemu, udał że bierze wszystko za dobrą monetę. Widziałem wprawdzie na jego ustach skrywany uśmiéch, widziałem że do mojéj poważnéj przemowy miał ochotę dorzucić żartobliwe amen; był jednak dość dobrze wychowany, by tego nie uczynić.
Szliśmy jeszcze czas jakiś w przymuszoném milczeniu, aż wreszcie drogi nasze się rozeszły.
Gdy straciłem z oczów młodego malarza, gdy obecność jego ciążyć na mnie przestała, stanąłem i obejrzałem się w około, jakbym teraz dopiéro odbiérał wrażenie słów jego. W piersi mojéj stała się jasność nagła i straszna; te wszystkie nieokréślone wrażenia, które miotały mną od dnia jéj poznania, sformułowały się w jeden wyraz — jam kochał!
Nie mogłem omylić się na piekielnym bólu, jakim przeszyła mnie wieść o jéj skrywanej miłości. Nazwałem ją fałszem, kłamstwem, rzuciłem się jak dotknięty gorącém żelazem. Ale dlaczegóż to miało być fałszem? czyż ona nie miała prawa rozporządzać sobą? czyż nie była w kwiecie wieku, piękną i wolną? Mówiła mi o ciszy i szczęściu swego życia. Czyż szczęścia tego nie mogła znaléźć w miłości czystéj, wysokiéj, zupełnéj, do któréj miała prawo? Nie zwierzała się z nią przedemną, bo i pocóż miała to uczynić? Wszakże nie mówiła mi nic wcale o uczuciach swoich. Widocznie ten pan Gustaw, wspominany tak, często, był w tym domu czémś więcéj niż nauczycielem dzieci.
Głowa moja wyrozumowała to sobie bardzo logicznie i niby w paroksyzmie szału szarpałem sobie pierś, wołając: „Nie! nie! to być nie może!“ Ta spóźniona, śmiészna, nieszczęśliwa miłość czyniła mnie szalonym; bo i czegóż mogłem się spodziéwać? cóż to znaczyło dla mnie, czy ona kochała lub nie kocha innego? Przecież pozostało mi jeszcze dość zdrowego sensu, by nie mieć nawet cienia nadziei.
Do tegoż więc doprowadziły mnie niepowściągnione tęsknoty i marzenia, jakie potajemnie paliły mię w piersi? Daremnie byłbym powtarzał sobie, że w moim wieku, w mojém położeniu, jako starca, małżonka, ojca i głowy rodziny, uczucie to było nieszczęsne i zbrodnicze. Wiedziałem o tém, a przecież kochałem. Spoglądałem z przerażającą jasnością na wszystkie niepodobieństwa téj miłości; widziałem że może to być dla mnie tylko źródłem rozpaczy, że rozpacz tą nawet była śmiészną i hańbiącą, że rzucała plamę na moje siwe włosy, na życie dotąd bez skazy, że mogła mi odebrać to jedno, co zdobyłem przez ciąg lat pięćdziesięciu kilku: szacunek swoich najbliższych. Wiedziałem o tém, a przecież... kochałem.
Rozpoznałem doskonale przepaść, nad którą byłem pochylony, a nie było w mocy mojéj odwrócić się od niéj. Kochałem... miłość stała się treścią mojéj myśli znękanej, biciem mego starego serca, marzeniem i światłem. I nie wiedziałem nic, nie czułem nic więcéj, nad fakt téj miłości; ona była piorunową katastrofą mego życia.
Nad ranem dopiéro powróciłem do domu, złamany, przebłądziwszy noc całą, straszną noc szaleństwa. Rzuciłem się na łóżko, ale daremnie: sen odbiegał od oczów. Nawet fizyczne zmęczenie nie potrafiło zmódz mnie; ciało moje, pod wpływem absorbującego mię uczucia, stało się żelazném, nie czuło ni znużenia, ni potrzeby odpoczynku, czuwało wśród myśli palących, wiło się w uściskach bólu i mogło, jak Prometeusz, cierpiéć w nieskończoność.
Ranek majowy zajaśniał na niebie i piérwsze promienie świtu zajrzały do mego pokoju. Wstałem, otworzyłem okno i odetchnąłem orzeźwiającém tchnieniem wiosny. Wszystko budziło się do życia, a ja, zgorączkowany, blady, z zaciśniętemi usty, patrzyłem na świat ten pełen harmonii, wesela i siły. Wszystko tu miało przyczynę bytu, wszystko spełniało jakieś prawo Boże. Ptak każdy krzątał się około gniazda swego, owady zagłębiały się w kielichach kwiatów, hymn dźwięków i woni podnosił się w niebiosa. Czemuż ja jeden cierpiałem i za jaką winę? Wszak i ja także rwałem się do życia; wszak miłość moja była tylko wybuchem najszlachetniejszych porywów ducha, skazanych ciągle na milczenie; wszak ona dowodziła żem nic nie stracił, nic nie zgubił dotąd z człowieczeństwa swego. Daremnie twardém życiem pracy i obowiązków chciałem zabić poszepty serca, domagającego się także praw swoich, daremnie przykrawałem się do miary ogólnéj; pierś moja, na przekór chęciom, zachowała Fidyaszową miarę, a serce, zamiast zamrzéć, drzémało długo, może dlatego tylko, że nic godnego siebie wokoło nie znalazło.
Bo czyż ja rozkochałem się w piękności téj kobiéty? czyż miłość ta była prostą żądzą, jakich tyle, ochrzczonych nazwą miłości, widziałem w około siebie, jaką ja sam kiedyś pałałem dla żony mojéj?
Nie, jam kochał ją z zaparciem, wiarą i czcią, jako to co najwyższego spotkałem w życiu. Gdym patrzył na nią i słuchał jéj, rozpraszały się wszystkie cienie i wątpliwości ducha; myśli moje były jasne, a pragnienia szlachetne.
Więc dlaczegóż to, co być powinno błogosławieństwem życia, dla mnie miało być źródłem rozpaczy? Nie znajdowałem na to pytanie odpowiedzi, bonie doszedłem jeszcze do téj chwili, w któréj, cierpienie staje się światłością; nie umiałem uznać win własnych i jak skrępowany niewidzialnemi więzami, szarpałem się w nich napróżno. Widziałem tylko przed sobą w mglistych przeczuciach jakieś potworne widma, szaleństwa, samobójstwa. Daremnie odwracałem od nich oczy z przerażeniem; one uparcie snuły się i stawały na końcu drogi którą szedłem.
Słońce wzbijało się coraz wyżej, jasny dzień rozpraszał mgły poranne i wlewał w myśli otuchę i rzeźwość. Podniosłem głowę, próbując rozpatrzyć się w uczuciach swoich i powziąć postanowienie jakieś. Przecież niéma położenia bez wyjścia, niéma cierpienia, któreby odważném sercem przenieść się nie dało. Kto milczy i niczego nie żąda, śmiésznym ani natrętnym być nie może. Te myśli uspokoiły mnie trochę. Bądź jak bądź, nikt nie domyślał się uczuć moich i wszystko mogło być ocaloném jeszcze, byłem umiał zachować tajemnicę. A czyż tak trudno było to uczynić? Któż mógł posądzić mnie, którego życie całe było pozytywne i praktyczne, o młodzieńczą miłość, przy siwych włosach, przy zmarszczkach na czole? Trzeba mi było tylko strzedz wzroku i słów; ale teraz miałem się na ostrożności.
Nie pomyślałem nawet o tém, by ją przestać widywać; to było niepodobném, a zresztą cóżby znaczyły czas i oddalenie, kiedy myśl moja bezustannie była przy niéj? To nie był szał chwili, gorączka sercowa, którąby nieobecność uleczyć mogła, lecz trwałe, uparte, niewzruszone uczucie, któremu poniewolnie musiałem poddać się z rodzajem bolesnéj rozpaczy. Nie widywać jéj, znaczyło wyrzec się tego, co miało we mnie wartość jakąś, zaprzéć się wszystkiego co piękne, rozumne i szlachetne; nie mogłem tego uczynić. Bez niéj czułem się niczém, przestałem nawet pojmować przeszłość własną. Zjawisko to było świéże, a jednak opanowało wszystkie władze mego ducha, nawet wspomnienie. Jam się odrodził od chwili, gdym ją zobaczył raz piérwszy: to tylko chciałem i mogłem pamiętać. Czułem instynktownie, że ranę przez nią zadaną, ona jedna tylko uleczyć mogła, a zresztą nie wyczerpałem jeszcze mąk i słodyczy téj miłości; bo jak miłość każda, i ta miała słodycze swoje. Horyzont mój moralny rozjaśnił się nagle, pierś podniosła się szerzéj, a oko zaczęło upatrywać piękność i harmonią w naturze i ludziach, niedostrzeżone, czy niezrozumiane dawniéj. Tęsknota, marzenie i cierpienia moje miały teraz cel wytknięty; wiedziałem czego mi brakło, a chociaż cel ten był niedościgły, jak gwiazda na niebie, stało się to dla mnie ulgą jeszcze.
Więc jakkolwiek ciężkim był los beznadziejnéj miłości, postanowiłem przyjąć go mężnie, i jak każde postanowienie, dało mi to względny spokój.
Dzień ten przeżyłem, jak tyle dni innych, a wieczorem wcześniéj niż wczoraj udałem się na Kruczą ulicę. Chciałem zobaczyć tego pana Gustawa, chciałem dojrzeć ile było prawdy w téj nowéj plotce świata.
Pani Nasielska, tak samo jak wczoraj, przyjęła mnie natychmiast, ale dnia tego nie była samą w salonie; ona, dzieci i młody nauczyciel siedzieli około okrągłego stołu, pod światłem niebieskiéj lampy. On czytał głośno jakąś książkę, zastosowaną znać do dziecinnego pojęcia, bo starszy chłopiec słuchał go uważnie, a młodszy nawet, zajęty układaniem jakiéjś zawiłéj architektury, zapomniał dokończyć stawianego pałacu i wlepił w niego wielkie, czarne, ciekawe oczy.
Objąłem jednym rzutem oka ten obraz rodzinny. Kobiéta siedziała pomiędzy synami i oczy jéj szły z miłością od jednego do drugiego, ale nie zauważyłem by zatrzymały się na czytającym. Wejście moje przerwało ogólne zajęcie; a przecież ja także byłbym usiadł w milczeniu przy tém błogiém świetle i słuchał i patrzył.
Pani Nasielska wyciągnęła do mnie rękę z uśmiéchem, dzieci i nauczyciel powstawali, a ona dopełniła z wdziękiem i swobodą światowej kobiéty formy przedstawienia.
Spojrzałem uważnie na młodego człowieka: powierzchowność jego nie miała w sobie nic, coby usprawiedliwić mogło podejrzenie Olesia. Nie był pięknym, a jednak nieregularne rysy, przy bliższém rozpatrzeniu się, uderzały szlachetnym, smutnym i łagodnym wyrazem. Twarz jego pociągła powleczona była jednostajną bladością, jak gdyby wzrósł bez słońca, śród twardego życia pracy i niedostatku. Jego siwe oczy patrzyły przenikliwie i pogodnie przez zasłonę rzęs. Postać jego smukła, wybujała, miała jakiś wdzięk sobie właściwy. Ruchy jego były swobodne, ale zdawało się jak gdyby ich naturalna żywość powściągany była nawyknieniem i potrzeby. Na młodém jego, otwartém czole leżała dziwna powaga; czy była ona wynikiem woli, czy potrzeby? czy nadała mu ten wyraz surowa dola, czy skrywane cierpienie? odgadnyć nie mogłem. W każdym razie nie wyglądał on ani na szczęśliwego kochanka, ani nawet na człowieka rozkochanego.
Po przywitaniu zebrał koło siebie dzieci, tak iżby nie przeszkadzały nam w rozmowie, i kończył z Julkiem zaczęty pałac.
— Przerwałem, jak widzę, czytanie, rzekłem, siadając przy pani Nasielskiéj.
— Oh, odparła niedbale, powiastka jest dlugy jeszcze; skończymy ją jutro.
Widać te wieczorne posiedzenia odbywały się codziennie i ona nie taiła się z tém wcale. Pomimo to wzrok mój spoczywał ciygle na nauczycielu. Widziałem jak pocichu rozmawiał z dziećmi, jak one z zaufaniem i miłościy czepiały się koło niego, a ich czarne, kędzierzawe główki dziwnie odbijały przy jego płowych włosach.
Uderzyła dziewiyta godzina. Pan Gustaw wysłuchał uważnie dźwięku zegara i powstał; zapewne była to pora spoczynku dzieci. O tym samym czasie spotkałem go wczoraj wychodzycego, widać więc że reszta wieczoru należała wyłącznie do pani Nasielskiéj, że spędzała go samotnie, albo téż... W każdym razie tym szczęśliwym, o którym świat mówił, nie był nauczyciel. Któż nim był tedy? Przecież wczoraj nie zdawała się oczekiwać nikogo.
Tymczasem młody człowiek zabierał się do wyjścia. Czynił to powoli, lubo nie można było dostrzedz widocznego ociągania się. Oczy jego, smutne i surowe, nie szukały wzroku pani Nasielskiéj.
— Panie Gustawie, rzekła, czegóż się pan tak śpieszysz? Zostań z nami.
Nauczyciel stanął jak wryty; fala krwi przebiegła mu po bladéj twarzy.
— Przepraszam panią, odrzekł, podnosząc na nią wzrok zamglony jakimś nieokréślonym wyrazem, mam bardzo pilne zajęcie, muszę odejść.
Nie nalegała więcéj, jak gdyby szanowała tę jedyną własność biédnego... czas, i podała mu rękę przyjaźnie. On dotknął jéj zaledwie końcem palców, ale zauważyłem, lub téż zdawało mi się, że bladość jego powiększyła się nagle. To wszystko zresztą mogło być grą błękitnego światła, które powlekało twarze i przedmioty fantastyczną barwą.
Pani Nasielska nie zwróciła na to uwagi; ona zdawała się zupełnie zapominać o tém, że była piękną do oczarowania. Strój jéj niezmiennością swoją świadczył, że myśl podobania się, lub nawet zwrócenia uwagi, nie przechodziła jéj przez głowę. A jednak była tak zachwycającą, że tę jednostajną, gładką, czarną suknię, to niedbałe zaczesanie bogatych włosów, można było wziąć za wyrafinowaną kokieteryą. Patrząc na nią, zapytywałem siebie: czy jest strój jaki na świecie, zdolny dodać cóś lub ująć téj cudownéj istocie? Piękność jéj była z rodzaju tych, których nic przyćmić nie zdoła; w smutku lub szczęściu, w trwodze i uśmiéchu, w balowym stroju, czy w żałobnéj szacie, pod promieniami słońca, czy przy bladém świetle księżyca — zachowywała niezmiennie tę tryumfującą cechę nieporównanéj harmonii, tę powagę wysokiego, świadomego siebie ducha, która wyróżniała ją od tłumu.
I cóż dziwnego, że tę kobiétę otaczał hołd i poklask świata? cóż dziwnego że wszędzie wkoło siebie budziła miłość? Ona nie potrzebowała starać się o to i nie mogła być za to odpowiedzialną. Są istoty, którym niewolno przejść niepostrzeżenie, których przeznaczeniem jest królować wszędzie.
Patrzyłem na nią w cichym zachwycie, porównywając jéj nieregularne rysy z tyloma doskonałemi pięknościami, które miałem w pamięci, i zapytywałem samego siebie, czy kiedykolwiek jaka kobiéta uczyniła na mnie choć w części podobne wrażenie. Ona w oczach moich mieniła się wyrazem i wdziękiem; co chwila była inną, a zawsze cudną; każde spojrzenie odkrywało mi w niéj rys jakiś, niedostrzeżony dotąd.
Siedziała teraz niedbale pochylona w fotelu, bawiąc się bronzowym nożykiem, który trzymała w ręku. Myśl jéj widać odbiegła od obecnéj chwili i zdawała się tonąć w przeszłości lub przyszłości. O czém ona myślała? Pojęcia jéj tak różne były od tych, jakie mają zazwyczaj piękne kobiéty, żem nie śmiał nawet nic odgadywać.
— Masz pani dobrego nauczyciela, wyrzeklem, oglądając się za wyszłym Gustawem, jak gdyby on tylko był przedmiotem zajęcia mego.
Spojrzała na mnie z rodzajem zdziwienia; wyraźnie nie trafiłem w przedmiot jéj myśli.
— Tak, odrzekła po chwili, jest to dobry, zacny i sumienny chłopiec.
To było wszystko, co o nim powiedziała... Nie, ona go nie kochała. Nie mówi się w ten sposób o człowieku, któremu się oddało serce.
— Zkądże poznałaś go pani?
— Prawnik zajmujący się memi interesami zarekomendował mi go; sam zaś poznał pana Gustawa i jego matkę, wskutek zawiłych spraw, które pogrążyły tę rodzinę w nędzę prawie. Pan Gustaw utrzymuje teraz siebie i matkę z pracy własnéj. Pomyślałam że to dobry przykład dla moich synów, i nie zawiodłam się w wyborze. Mam ufność do ludzi którzy tak skrzętnie pracują, dla chleba.
— Więc powinnaś ją pani mieć i do mnie, zawołałem z pewną dumą; on i ja należymy do jednego bractwa: jesteśmy niewolnikami codziennego chleba.
— Alboż ja panu nie ufam? wyrzekła; wszak postanowiłam nie przyjmować nikogo, a dla pana uczyniłam wyjątek.
Chciałem zapytać czy uczyniła go tylko dla mnie jednego, alem tego nie śmiał wymówić; była zanadto przenikliwą, by nie odgadnąć myśli która mi te słowa przyniosła na usta. Więc znowu zwróciłem rozmowę na Gustawa, bo jego blada twarz i smutne spojrzenie uparcie tkwiły w pamięci mojéj.
— A ten młody człowiek, spytałem, czyż jedyném utrzymaniem jego i matki są lekcye dawane u pani?
— Nie śmiałam go o to pytać, odrzekła, bo widzę że jest równie dumnym jak biédnym. Wiem że rano chodzi do uniwersytetu; może téż spędza noce na przepisywaniu aktów, albo nad równie mało płatném a mozolném zajęciem. Sam oznaczył zapłatę za lekcye swoje; ale to jest tak mało. Próbowałam zwiększyć ją daremnie.
— Czy masz pani jego adres? spytałem, może potrafiłbym mu wynaléźć na czas wolny korzystniejsze zajęcie.
Wymieniła mi go, spoglądając na mnie pełném wdzięczności spojrzeniem; spojrzenie to jednak miało cechę zupełnéj bezinteresowności. Była dobrą, i myślała że i ja dobrym jestem i dziękowała mi za to.
Mimowolnie zarumieniłem się pod tym wzrokiem. Jam działał z prostéj ciekawości, lub gorzéj jeszcze, przez zazdrość. Ten młody człowiek był dla mnie problematem, który rozwiązać chciałem jedynie dlatego, że się z nią łączył, że przez niego miąłem nadzieję dowiedzieć się czegoś więcéj o niéj.
Po chwili pani Nasielska wstała, poszła do fortepianu i zaczęła cóś grać, zrazu cicho, niepewnie, jak gdyby szukała tonów odpowiednich do myśli i uczuć swoich; potém dźwięki nabiérały coraz wyraźniejszych zarysów, wiązały się w melodyą fantastyczną a piękności pełną, jak kobiéta która ją grała. Pod jéj palcami fortepian zdawał się naprzemian płakać, jęczéć boleścią i śpiéwać hymn pogody i światła.
Słuchałem ją, tłumiąc oddech i napróżno siląc się rozpoznać co ona grała. Nie był to z pewnością ani żaden z modnych salonowych utworów, ani żadne ze znanych arcydzieł klasycznych. Nie grała dla popisu, nie grała dla mnie nawet, ale czyniła to jak ptak co śpiéwa z potrzeby, dla saméj siebie, jak gdyby musiała wypowiedziéc melodyą to wszystko, co przepełniało jéj piersi. Powoli tony przechodziły w pianissimo, konały w jakiémś oddaleniu mroczném, aż umilkły, odezwały się znowu raz drugi, niby wspomnienie... i w pokoju stała się uroczysta cisza, któréj żadne z nas przerwać nie myślało.
Ukryłem twarz w dłonie i słuchałem, bo dźwięki jéj muzyki wyraźniejszemi były dla mnie niż słowa; one wypowiadały samę treść jéj istoty. Czułem w nich namiętną skargę serca, skazanego siłą wypadków na milczenie, nieskończoną miękkość kobiécych uczuć zmarnowanych i to wieczne „ja także kochaćbym mogła,“ odzywające się w każdéj szlachetnéj a samotnéj piersi.
Powstałem wreszcie i zbliżyłem się do niéj, cicho, ostrożnie, jak gdyby w powietrzu unosiły się jeszcze niesłyszalne dźwięki, a jam się lękał rozwiać ich czary. Pani Nasielska siedziała z głową trochę spuszczoną na piersi; widocznie zapomniała o obecności mojéj. Oczy jéj zdawały się oblane falami światłości, paliły spokojném wejrzeniem; drobne usta, wpół otwarte, odchylały się westchnieniem czy słowem tajemniczém, niedosłyszaném przez żadne ucho.
Gdym stanął przed nią, drgnęła lekko, wyraz zachwytu zniknął z jéj twarzy; spojrzała na mnie jak wprzódy.
— Co pani grałaś? spytałem.
— Nie pamiętam, odparła, powstając. Mam jakąś kapryśną naturę; nigdy nic porządnie zagrać nie mogę, bo tłoczy mi się do pamięci to wszystko, co słyszałam kiedykolwiek.
— Tego coś pani grała ja nie słyszałem nigdy.
— Być może, wyrzekła z uśmiéchem, ale ja panu żadnego objaśnienia dać nie potrafię.
— Grałaś pani to coś czuła.
— To prawda, odpowiedziała z dziwną prostotą; nie pytaj mnie pan o więcéj.
Po chwili jednak dodała:
— Powinnabym przecie ująć fantazyąswoję w jakieś kluby, i staram się o to.
— Dlaczegóż, zawołałem z przerażeniem prawie, pani grasz inaczéj wprawdzie, ale piękniéj niż wszyscy?
— Bo chciałabym dawać lekcye muzyki; to jedyna rzecz którą umiem dość dobrze, by ją wykładać.
Stanąłem oniemiały. Nie mogłem uwierzyć, by drobne te ręce skazane były na tak niewdzięczne zajęcie.
— Więc aż do tego przyszło? zawołałem w końcu.
— Oh! wyrzekła, nie zważając na znaczenie tych słów, teraz wiem przynajmniéj, że z majątku męża zostanie nam cokolwiek; nie wiem jednak czy to wystarczy na wychowanie moich synów.
— Rodzina męża pani tak bogata!
— Rodzina męża nie przyjęła mnie nigdy za swoję, odparła dumnie. Teraz wprawdzie odezwała się do mnie, żądając bym zrzekła się praw do dzieci i ofiarując mi wzamian dożywotnią pensyą, czy jakąś summę — nie wiem sama dokładnie, bo nie dosłuchałam propozycyi.
Gdy to mówiła, twarz jéj pałała, a usta drżały tak, że głos jéj na wet wychodził urywany, niepewny.
— Więc pani odmową swoją dowiodłaś światu, jak cię niesprawiedliwie oskarżał, zadałaś fałsz wszystkim posądzeniom jego.
Ale wzruszenie jéj, czy też objawy jego, trwały krótko. Podczas tych słów moich wróciła zupełnie do zwykłego spokoju i nie uznawała widać filozoficznéj pociechy jaką dać jéj chciałem, bo skinęła ręką niedbałe.
— I cóż mnie obchodzą, wyrzekła z lekkim, pogardliwym usmiéchem, wyniki jakie świat wysnuje z czynów moich? Ja nie uznaję prawa jego nad sobą, ja stoję po za światem, zerwałam z nim nazawsze; on nie wedrze się nigdy dokoła radości i cierpień moich.
Powinienem był spodziéwać się tych hardych wyrazów, a jednak przywyknąć do nich nie mogłem; burzyły one zbyt gwałtownie wszystkie utarte, ogólnie przyjęte pojęcia.
— Przecież, wyrzekłem, próbując bronić tych czczych formułek, które szanowałem przez życie całe, gdybyś pani miała kogoś obchodzącego cię bardzo...
— Ależ ja mam takich, przerwała mi, nie rozumiejąc widocznie do czego zmierzam.
— To nie chciałabyś pani, kończyłem niezrażony, utracić szacunku i przyjaźni tych których kochasz.
Kobiéta roześmiała się tylko, jak gdybym wypowiedział cóś bardzo komicznego.
— Ależ, wyrzekła po chwili, ja dbam tylko o takich, których szacunek i przyjaźń mogłabym utracić przez istotną winę. Nie mogłabym nawet żałować tych, coby odsunęli się odemnie bez przyczyny i przeciwnie, dziękowałabym wypadkom, któreby odkrywając mi ich rzeczywistą wartość, uchroniły mię od marnowania serca i czasu dla ludzi nie zasługujących na to.
Miała słuszność: w każdem jéj słowie była logika, przy którj wszystkie oklepanki kursujące swobodnie śród świata, pod osłoną ludzkiego głupstwa, traciły odrazu swą wartość fałszywą. Czułem że walczyłbym z nią. daremnie i to w złéj sprawie, że przeciw tym jasnym poglądom, moje doświadczenie, oparte na rutynie, ostać się nie mogło.
Rozmowa nasza przeciągnęła się jeszcze czas jakiś. Wyszedłem rozmarzony, zachwycony jak wczoraj, a może więcéj jeszcze. Im dłużéj byłem z tą kobiétą, im lepiéj rozumiałem tego słonecznego ducha, tém jaśniej było w myśli mojéj.
Dnia tego nie zastanawiałem się nad samym sobą, ale rozpamiętywałem każdy wyraz wczorajszéj rozmowy. Słowa jéj, nie były to oderwane paradoksy, olśniéwające śmiałością swoją; wszystko co mówiła wiązało się w jéj myśli w doskonałą harmonią, i powoli ta cudowna postać, orzucona dotąd mgłą niezrozumienia, rysowała się coraz wyraźniéj w oczach moich, w całéj potędze swej niezmąconéj pogody.
Teraz nawet myśl, że to wielkie serce kochać mogło, stała mi się znośniejszą, bo miłość ta musiała być godną jego, a zresztą im więcéj poznawałem ją, tém lepiéj musiałem zrozumiéć, że pomiędzy nami leżała przepaść. Ale pomimo to życie moje całe skupiało się w niéj jednéj; jéj myśli, jéj marzenia, a nawet to wszystko co ją otaczało, stało się moim światem; kochałem to co ona kochała, jéj dzieci, tego Gustawa nawet, który miał szczęście zbliżyć się do niéj i połowę życia żyć przy niéj.
Teraz dopiéro zrozumiałem słowa listu Stanisława „że podziękuję mu kiedyś za poznanie pani Nasielskiej.“ Doprawdy, on nie przeczuwał pewno, czém ona stała się dla mnie, nie przewidział że wzbudzi uczucie szalone w moim wieku. On znał mnie takim, jakim byłem dla wszystkich; nie wiedział o tych stłumionych płomieniach, kryjących się na dnie méj istoty; nie wyobrażał sobie nawet w tym względzie niebezpieczeństwa, bo nie zbroił mnie przeciw niemu; a przecież, mimo to co się stało, jam błogosławił jeszcze chwilę, która mi ją poznać dała. Teraz wiedziałem przynajmniéj, że śród brudu, kału i nikczemności świata, były jeszcze istoty prześcigające najśmielsze ideały, wyższe od mglistych marzeń całą potęgą realności swojéj. W myśli mojéj jéj słowa łączyły się z czarem jéj muzyki, z czarem jéj głosu, dźwięczącego dla mnie nieporównaną harmonią i podnosiły do potęgi wszystkie szlachetne pierwiastki ducha mego, rozszerzały mój widnokrąg moralny. Czułem się zdolnym do wszystkiego co dobre, silnym na cierpienia, pragnąłem każdego wspomódz, każdego przygarnąć do bijącego serca.
Nazajutrz, była to niedziela, umyśliłem korzystać z dnia wolnego i wyszukać pana Gustawa. Pozór nastręczał mi się sam z siebie, bo właśnie jeden z moich znajomych, świéżo ze wsi przybyły, prosił mnie o wskazanie dla dzieci nauczyciela nauk przyrodniczych. Więc około dziesiątéj wybrałem się do niego, spodziéwając się, z powodu święta, zastać go w domu.
Nie omyliłem się. Mieszkał na Pańskiéj ulicy, w jednym z tych pokrzywionych, wpadłych w ziemię dworków, których okna zdają, się zniżać do stóp przechodniów. Zajmował wraz z matką facyatkę o trzech oknach, do której wskazano mi prowadzące wązkie i strome wschody. Daléj omylić się nie mogłem: jedne tylko drzwi prowadziły do biédnego mieszkania i drzwi te nawet były niedomknięte.
Na wschodach jeszcze doszła uszów moich żywa rozmowa; widocznie rozmawiał z matką, bo słyszałem naprzemian jego poważną mowę i ostry głos staréj kobiéty.
— Czy nie wytchniesz trochę? czy nie wyjdziesz dzisiaj? pytała.
Słowa te wyrażały troskliwość, a jednak ton jakim wymówione były, odejmował im całą słodycz; ton ten był opryskliwym prawie.
— Nie, moja matko, nie mam czasu, odparł Gustaw łagodnie.
— Jesteś blady, mizerny, od jakiegoś czasu nie szanujesz się; gotóweś zachorować jeszcze. Doprawdy, tegoby tylko brakowało.
Widocznie, mówiąc to, miała na myśli nie zdrowie syna, ale egoistyczną trwogę o wszystkie trudy, koszta i starania, jakie choroba sprowadziłaby na nią.
— Uspokój się, mamo, jestem zdrów i silny. Nie przerywaj mi proszę, bo pracować muszę, mówił syn z jednaką zawsze łagodnością.
Ale matka nie zwróciła najmniejszéj uwagi na prośbę zawartą w tych słowach.
— Gdybyć przynajmniéj, ciągnęła daléj, ta twoja praca pożyteczną była; ale każdy szewc przy kopycie więcéj zarobi od ciebie, choć siedzisz dzień i noc schylony nad książkami. Ja ci mówię zawsze, że to daremnie wszystko, że to chleba nie daje.
— Moja matko, odparł Gustaw, a głos jego drżał lekko, widzisz przecie że robię co mogę.
— Tak, tak, co możesz, mruknęła kobiéta, niby sama do siebie, jednak tak głośno, żem każde słowo zrozumiał, — a komorne jeszcze nie zapłacone i żyjemy, jak najnędzniejsi wyrobnicy, kartoflami i chlebem.
Te ostatnie wyrazy, zwrócone do człowieka który zabijał się pracą, były okrucieństwem daremném. Odczułem je w głębi serca, jak gdyby te niesprawiedliwe wyrzuty mnie dotykały. Sądziłem że one w końcu wyczerpią cierpliwość syna i słuchałem odpowiedzi jego. Ale odpowiédź ta była słodyczy pełną; w słowach matki dosłyszał on tylko jéj skargę na ciężką dolę.
— Mamo, ja wiem że cierpisz, wyrzekł stłumionym głosem. Może kto inny na mojém miejscu potrafiłby lepiéj radzić sobie na świecie. Przebacz mi; choć chciałbym, nie potrafię być innym. Człowiek może być pożytecznym tylko w swoim zakresie. Przecież i ja skończę uniwersytet. Bądź cierpliwy, matko.
Te wyrazy wymówił z prostoty i smutkiem; ale widać stara kobiéta zatopioną, była zbyt wyłącznie w swoich myślach, by na to zwrócić uwagę. Przywykła znać wyzyskiwać czas, pracę i przyszłość syna na swój własny użytek; nie rozumiała wcale, że zbyteczném było przypominać mu to co znosić musiała. On i tak widocznie odmawiał sobie wszystkiego, wyrzucając sobie może w duchu, że tak mało uczynić jest w stanie.
Pomiędzy temi dwiema istotami, które powinny były być sobie światem, istniał ten zbyt częsty a zbyt mało pojmowany stosunek, jaki napotkać tylko można między ludźmi różnéj miary duchowéj. Matka codzień męczyła syna, wymawiając mu że jest ofiarą nieudolności jego, bo, jak zwykle istoty nizkiéj moralnéj wartości, wierzyła tylko w powodzenie, a znosząc zły los niecierpliwie i bez godności, podwajała narzekania, ile razy chciała cóś wymódz na jego skolataném sercu.
Znałem zbyt dobrze świat i rozmaite stosunki ludzkie, by się omylić na znaczeniu téj rozmowy. Były tam dwie istoty związane z sobą świętym węzłem krwi, jedna szlachetna, druga pospolita, i, jak zwykle bywa, istota szlachetna była ujarzmioną, zdeptaną i poświęconą przez drugą, dlatego jedynie, że nie umiała podejrzéć tych sercowych forteli, któremi obwikływano ją powoli, że każdą łzę miała za łzę prawdziwą i wierzyła że tak jak sama kocha, kochaną być powinna.
Gustaw wyraźnie nie wchodził w to, jaką była matka jego; wiedział że był jéj jedyną podporą, nadzieją i pozwalał jéj wbijać szpilki w serce swoje bezkarnie, bo nie przypuszczał nigdy, by ona wiedziała co czyni. Ale jam patrzył na ten stosunek trzeźwem okiem.
Teraz on błagał ją o cierpliwość, nie domyślając się nawet, że jemu prędzéj daleko zbraknąć jéj mogło. Widać jednak obecnie w plany matki jego nie wchodziła cierpliwość, bo odezwała się cierpko:
— Łatwo to mówić, ale nim dobre chwile nastaną, rosa oczy wyjé.
— Wfięc cóż mam czynić, matko? powiédz wyraźnie czego żądasz odemnie?
Gdy to wymówił, usłyszałem poruszenie krzesła. Widać zrozumiał, że daremnie teraz kusiłby się pracować i porzucił miejsce swoje.
Zapewne téż do tego rezultatu zmierzała matka jego, bo teraz głos jéj zabrzmiał zupełnie inną nutą.
— Moje dziecko, mówiła, siląc się nadać tym słowom wyraz serdeczny, pomówmy otwarcie o twojéj przyszłości.
— Moja przyszłość jest wytkniętą; znasz moje zamiary. Za rok skończę wydział chemiczny, a wówczas z łatwością znajdę miejsce w jakiéjbądź fabryce.
— A jeśli miejsca nie znajdziesz?
— Dlaczegóż chcesz odbiérać mi nadzieję, matko? wyrzękł z lekką wymówką. Przy pracy, dobréj woli i nauce, nie lękam się niepowodzenia.
— Jednakże wszystko przypuścić należy, mówiła matka, która zapewne miała jakieś wyrachowanie, by przyszłość i teraźniejszość w najczarniejszych mu kolorach malować; a w takim razie...
— W takim razie, powtórzył.... wszak dotąd nie zbrakło nam jeszcze chleba. Bądź spokojną, i daléj nie zbraknie.
Ta perspektywa przecież nie zdawała się wcale uśmiéchać staréj kobiécie, bo zaczęła cóś szeptać płaczliwym tonem. Było tam cóś o bogatéj dziewczynie; propozycyi jéj jednak nie mogłem usłyszeć dokładnie. Po chwili doszedł mnie głos Gustawa stłumiony i drżący:
— Nie mów mi o tém, matko, to daremnie. Nie mogę, nie powinienem działać przeciw sumieniu swojemu; nie zejdę z wytkniętéj drogi, chociażbym na niéj miał spotkać same ciernie i zawody.
— Tak, tak, wiem o tém; jesteś egoistą, myślisz tylko o sobie samym. Niech stara matka umiéra z niedostatku i pracy, tobie to wszystko jedno.
Te słowa doleciały mnie, przerywane płaczem.
Niepodobna mi było wejść w téj chwili. Mimowoli prawie wysłuchałem domowéj sceny, gdyż matka i syn, mieszkając sami na tém poddaszu, nie potrzebowali lękać się ciekawych uszów. Słuchałem daléj.
— Matko! matko! zawołał Gustaw, jak gdyby rzeczywiście poczuwał się do winy; ja dla ciebie uczyniłbym wszystko!
— Tak, wszystko, oprócz tego jednego, czego pragnę.
Nastała chwila ciszy.
— Wszystko, oprócz tego com nie powinien, wyrzekł syn miękko, ale tak stanowczo, że matka musiała zrozumiéć, iż są rzeczy których wymagałaby daremnie.
Ja jednak dosłyszałem w głosie jego tyle boleści, iż wniknąłem od razu w położenie człowieka, co oprócz ciężkiéj walki z losem, może prócz walki z uczuciem własném, musiał łamać się jeszcze z wymaganiami kobiéty bez serca, która była matką jegogo. Teraz zrozumiałem jego smutne, surowe spojrzenie i bladość powlekającą, jego rysy. Już zabiérałem się zejść ze schodów, widząc że trafiłem nie w porę, gdy niespodzianie drzwi od mieszkania otworzyły się i stanęła w nich postać kobiéca. Była ona wysoka i chuda; spiczaste jéj rysy harmonizowały z przykrém brzmieniem głosu, miały oschłość i cierpkość jéj słów; oczy niezbadanego koloru, szare, biegające, obwiedzione były czerwonym rąbkiem powiek, i to nadawało jéj wyraz przebiegły. Oczy te przypominały barwą i wyrazem nocne drapieżne ptaki. Zresztą nic w jéj postaci nie zdradzało choroby, zgrzybiałości ni nędzy. Twarz jéj pomarszczona, była jednak czerstwą i rzeźką; zdawało się że bruzdy wyryte na niéj wypisały nie cierpienia i smutki, ale nizkie namiętności. Usta miała zacięte, a jednak dolna warga zwieszała się nieznacznie w obydwóch kątach, nadając twarzy wyraz zawzięty i złośliwy razem.
Widocznie ta kobiéta zdolną była podejść tam, gdzie zawojować nie mogła, bo rysy jéj zdradzały upór; mówił to wyraźnie jéj nos haczykowaty, mówił gniewliwy wykrój nozdrzy, mówiły obwisłe policzki, a nadewszystko wejrzenie fałszywe. Dość było spojrzeć na nią, by zrozumieć że dola jéj nie była tak ciężką jak mówiła, że narzekając na wiek, przewidując śmierć blizką, nadużywała tylko położenia swego i ufnego serca syna. Pomiędzy dwojgiem nimi, on zdawał się daleko bardziéj niż ona znękanym. Ubraną nawet była z pewną wytwornością i nic w niéj nie zdradzało téj doraźnéj nędzy, którą tak niemiłosiernie rzucała w oczy synowi.
Gdy przechodziła koło mnie, podniosłem wzrok na nią. Ta kobiéta mogła być piękną kiedyś; teraz jednak przebiegłe oczy i obwisła dolna warga nadawały jéj wyraz pospolity, wstrętny nawet, wyraz chciwości i zimnego postanowienia. Widocznie w sprzeczce z synem, nie mogąc postawić na swojém, cofnęła się roztropnie, pod pozorem niedzielnego nabożeństwa, bo niosła książkę od modlitwy i różaniec na ręku. Zbliżyłem się do ściany, zostawiając jéj wolne przejście. Minęła mnie, nie domyślając się pewno, że była przedmiotem méj uwagi, i poszła daléj zasapana, gniewna, ciężkim krokiem zstępując ze wschodów.
Gdym stracił ją z oczów, zbliżyłem się do drzwi mieszkania i zapukałem. Drzwi nie były zamknięte.
— Proszę, odezwał się głos Gustawa.
Wszedłem. Pokoik był bardzo mały. Służył on widocznie za kuchnię, pracownię i sypialnię młodego człowieka. W oknie stał wielki stół z prostego drzewa, na nim leżało kilka książek, wiele notat, kajetów i nic więcéj. Zresztą nie zastałem tam wcale przyborów naukowych, któremi zazwyczaj zawalone są mieszkania pracowitych lub zdolniejszych chemików; ale nie dziwiłem się temu. Odgadłem że Gustaw odrzucił z życia to wszystko, co nie było niezbędném, i nie pozwalał sobie nawet robić doświadczeń na własną rękę, jako nazbyt kosztownych. A przecież przez drzwi otwarte do sąsiedniego pokoju dojrzałem firanki w oknie, kwiaty, wygodny fotel i to wszystko co dowodzi, że nędza nie dostała się jeszcze w czyjeś progi.
Młody człowiek ubranym był w ciemną płócienną bluzę; chciał widać zaoszczędzić mundur uniwersytecki. Siedział przed stolikiem, z czołem wspartém na skrzyżowanych rękach. Zapewne rozmowa z matką zerwała wątek jego myśli, bo atrament zasechł mu na piórze, a on spoglądał smutnie na kartę niezapisanego papiéru, starając się zebrać myśli i zapanować nad sobą.
Na mój widok powstał szybko i zbliżył się ku mnie z pewném zdziwieniem. Był bardzo bladym, ustajego zbielałe drgały jeszcze powściąganém wzruszeniem, a szare oczy patrzyły z rodzajem pognębienia.
— Przepraszam pana bardzo, wyrzekłem, jeśli przerywam zatrudnienie.
— Oh! odparł smutnie, w téj chwili nie byłem zajętym.
— Ale, ciągnąłem daléj, dowiedziawszy się od pani Nasielskiéj, że podjąłbyś się pan lekcyj prywatnych, przyszedłem prosić go o parę godzin tygodniowo.
Śledziłem wyraz jego twarzy, wymawiając imię kobiéty, którego nie mogłem usłyszéć bez dreszczu. Twarz jego na pozór pozostała niezmienną, tylko w źrenicy mignął jakiś błysk przelotny, jak gdyby to imię strząsało z jego myśli bolesne troski codzienne i przywodziło mu na pamięć błogosławioną ciszę jéj ogniska.
Zaczęliśmy umawiać się o godziny i warunki. Próbowałem zdobyć jego zaufanie i pod pewnym względem udało mi się to nawet. Gustaw mówił mi o zamiarach swoich, o przeszłości i obecném swém położeniu, ze szczerością człowieka, który położenie to przyjął otwarcie. Poglądy jego były trzeźwe, znosił walki życia ze spokojną energią, jak przystoi tym co znają dokładnie miarę sił swoich; a jednak, pomimo słusznych nadziei, twarz jego ani na chwilę nie straciła smutnego wyrazu. Żaden promień radości nie ożywił mu oczów; znać życie przedstawiało mu się tylko w formie surowego obowiązku. Miał wolę spełnić go mężnie, ale żadna pewniejsza nadzieja nie rozjaśniała mu twardéj przyszłości. A przecież miał zaledwie lat dwadzieścia kilka, był w wieku marzeń, rojeń i snów czarownych. Daremnie cierpiénie srożyłoby się wkoło; on zawsze schronić się niémógł w przed w zaczarowane kraje ideału.
Patrzyłem na niego z rodzajem podziwu. Nieraz spotykałem się w życiu z ludźmi wychowanymi w twardéj szkole nieszczęścia; ale poraz piérwszy widziałem je przyjęte mężnie, bez omówień żadnych, bez roztkliwiania się nad samym sobą. On nie pozwalał sobie zastanawiać się nad własną dolą, nie miał na to czasu ni woli; czuł że nie powinien marnować sił swoich daremnie i szedł naprzód, nie oglądając się wkoło, nie zatrzymując śród drogi swojéj.
A jednak to wszystko nie wystarczało, bym zrozumiał go dokładnie. Zdawało mi się że pomiędzy nim a nadzieją każdą stała jakaś zaporaniewidzialna, wzniesiona myślą jego, nieprzebyta jak przekonanie. Był on na pozór chłodny, lodowaty nawet; w czasie długiéj rozmowy naszéj nie wyrwało mu się żadne żywsze słowo, żaden dźwięk serdeczny, jak gdyby przywykł stać zawsze na straży wrażeń. Nie mogłem jednak uwierzyć, by po za tym chłodem nie było nic więcéj, by serce jego nie uderzało prędzéj wtedy, gdy lica były nieruchome; nie mogłem wierzyć, by jedynym zapałem jaki tkwił w duchu tego człowieka, był zapał wiedzy, by to jedno starczyło mu za uniesienia młodzieńcze, za uciechy życia, za miłość. Mimo to, siłą wypadków, czy poprostu z charakteru swego, Gustaw przedstawiał mi prototyp téj zimnéj, nieubłaganéj ambicyi, która zawsze dosięga swego celu.
— Zajdziesz pan daleko, wyrzekłem, wsłuchując się w zamiary jego.
Blady uśmiéch przesunął mu się po ustach.
— Dodajesz mi pan odwagi, odparł z odcieniem smutku, gdy przeciwnie matka moja nie wróży mi powodzenia.
Piérwszy raz młody człowiek wspomniał matkę; uczynił to jednak bez żadnéj goryczy.
— To dziwne, rzekłem. Wszak matki rzadko wątpią o przyszłości swych synów.
Gustaw nie odpowiedział mi, jak gdyby nie dosłyszał tych słów ostatnich. Zabiérałem się do wyjścia po godzinnej rozmowie, pełen szacunku dla młodego człowieka, ale równie nieświadomy jak poprzednio, nie dobadawszy się nawet śladu miłosnéj tajemnicy.
— Jeżeli pan możesz, rzekłem, powstając i powracając do interesu którego użyłem za pozór odwiédzin, chodź ze mną. Przedstawię panu przyszłych jego uczniów.
Gustaw spojrzał na blaszany zégar, wiszący na ścianie: wskazywał godzinę jedenastą.
— W téj chwili to niepodobna, odparł. Zechciéj mi pan jaką inną porę oznaczyć. Obiecałem dzieciom pani Nasielskiéj, że pójdę z niemi do zoologicznego gabinetu.
— Pójdę i ja z panem, wyrzekłem, uradowany myślą, iż będę ją mógł zobaczyć wcześniéj niż sądziłem.
Ulica Pańska nie jest zbyt odległą od Kruczéj; przestrzeń tę zresztą przebiegliśmy szybkim krokiem, jak to czynią ludzie którym pilno oglądać ukochane oblicze, lub téż ci, co nie mogą tracić drogiego czasu. Jedno równie jak drugie mogło powodować Gustawem. Za chwilę byliśmy w oparkanionym dziedzińcu, przed domem obrośniętym dzikiém winem i bluszczem; ale o dziwo! brama była na oścież otwartą, a przed gankiem stał elegancki tilbury, którego rasowe konie grzebały ziemię niecierpliwém kopytem. W tilbury siedział młody człowiek, trzymając lejce, które gotów był rzucić pomieszczonemu w tyle groomowi, i rozmawiał ze starym sługą pani Nasielskiéj.
— Czy pani w domu? pytał, podnosząc się, jak gdyby już miał wyskoczyć z powozu,
— Niéma pani, taką była stereotypowa odpowiedź.
Chmura widoczna przemknęła po pięknéj twarzy młodego człowieka; widać te słowa usłyszał nie poraz piérwszy.
— Kiedyż panią zastać można? wyrzekł po chwili namysłu.
— Nie wiem tego, odparł lakonicznie stary sługa, przybiérając, stosownie do okoliczności, minę obojętnie tajemniczą, jaką mają słudzy wielkich domów.
Młody człowiek targnął niecierpliwie lejce, aż konie wspięły się, parsknęły i zapieniły, wstrzymane silną ręką. Właściciel ich zresztą zastanowić się musiał, że rozmowa z lokajem spełniającym tylko rozkaz odebrany, do niczego doprowadzić nie może, bo rzuciwszy bilet, popuścił lejce, a konie uniosły go pędem po źle brukowanym dziedzińcu i znikły nam z oczów w zakręcie ulicy.
Miałem czas przyjrzéć mu się: był pięknym i kształtnym, jak Apollo Guido Reniego, kierujący rydwanem słońca.
Stary obracał w ręku odebrany bilet, na którym, według wszelkich wymagań panującéj mody, wyryte było: Hrabia Gaston W. i mruknął, spoglądając na niego z pewném zadowoleniem:
— Niedługo będziem ich mieli cały tuzin.
— Więc ten pan tak często tu przyjeżdża? spytałem, nie mogąc pohamować ciekawości swojéj.
Ale stary nie drożył się z odpowiedzią; znać za przykładem pani swojéj uważał mnie tu za domowego.
— Oho, wyrzekł, od cztérech dni jak pan hrabia jest w Warszawie, bywa tutaj codzień, czasem nawet po dwa razy dziennie, i odjeżdża tak jak teraz.
— Więc pani przyjąć go nie chce?
— Pani nie zrobiła dla niego wyjątku, odparł stary, umyślnie czy przypadkiem prostując słowa moje.
Wzrok mój padł na Gustawa: brwi jego były ściągnięte, jakby słuchał niecierpliwie zapytań moich; surowe oczy jego zdawały się gromić mnie i badać, jakiém prawem śmiem je czynić.
Postępowanie jego całkiem było odmienne: kochali czy nie kochał-li pani Nasielskiéj, tego najbystrzejszy badacz nie umiałby dostrzedz, ale to pewna, że miał dla niéj cześć nieograniczoną, że może myślą nawet nie dotknął jéj stosunków i czynów.
Mimowolnie krew uderzyła mi do twarzy, jak gdyby on był w stanie wyczytać wszystkie wrażenia moje. Śledząc tajniki jéj życia, jam źle postępował; nadużywałem ufności kobiéty, która tak szlachetnie otworzyła dla mnie zamknięte wszystkim drzwi swego domu.
Weszliśmy razem do salonu. Pani Nasielska była w ogrodzie z dziećmi; siedziała w rodzaju altany, utworzonej przez plączący jesion, którego gałęzie pochylały się prawie do ziemi, dając cień pożądany. Gdzieniegdzie tylko po przez młode wiosenne liście przebijały się promienie słoneczne, a ich złote blaski połyskały na kruczych splotach włosów kobiéty, migając na nich za każdym wiatru powiewém.
— Miałaś pani gościa, wyrzekłem po piérwszém przywitaniu, który mniéj szczęśliwy od nas, odprawiony został przez nieubłaganego Cerbera.
Skinęła ręką właściwym sobie niedbałym ruchem, jak gdyby chciała powiedziéć, że nie obchodzi jéj to wcale. Widocznie, zrywając ze światem, nie miała żadnéj skrytéj myśli, nie dbała nawet o wrażenie jakie jéj nieobecność sprawić mogła.
— Dzieci wyglądały pana bardzo niecierpliwie, wyrzekła, zwracając się do Gustawa.
On stał o kroków kilka pomiędzy chłopcami, jak gdyby oni tutaj byli jedyną myślą jego.
— Przepraszam, spóźniłem się trochę, odparł.
— Wina za to, odezwałem się przychodząc mu w pomoc, na mnie spaść powinna; ja zatrzymałem pana Gustawa.
Dzieci z nauczycielem wybrały się szybko. Rad byłem temu, bo niewiedziéć dlaczego, przenikliwe oczy młodego człowieka ciążyły na mnie, odbiérały mi swobodę myśli. Po ich odejściu rozmawialiśmy, chodząc po szczupłym zakręcie ogrodu, patrząc na kwiaty, na niebo i na słońce — gdy niespodzianie ukazał nam się Cerber z listem na tacy. List ten elegancki i wonny, nie nosił, stempla pocztowego.
— Połóż to na mojém biurku, rzekła pani Nasielska; przeczytam potem.
— Czekają na odpowiedź.
— Zkądże?
— Przyniósł go służący hrabiego Gastona.
Rozłamała pieczątkę i czytała, z początku niechętnie, potém z większą uwagą. Skończywszy potrzymała w ręku list z pewnym namysłom.
— Niech zaczekają, powiedziała, odpisze zaraz.
Cerber odszedł z tą wiadomością.
Co ten list zawiérał? co uczynić by się o tém dowiedziéć? Zagadnienie to jednak okazało się bardzo łatwém do rozwiązania, bo pani Nasielska podała mi list otwarty.
— Świat nie jest jeszcze tak złym jak sądziłam, wyrzekła, a na jéj ustach zarysował się jeden z tych nieokréślonych uśmiéchów, w którego skład wchodziło w równéj mierze szyderstwo i wesele. Przeczytaj pan to, ja tymczasem dam odpowiedź.
Zanim miałem czas opamiętać się, szczęśliwy tym nowym dowodem ufności, odezwały się wesołe głosy. Chłopcy przybiegli do matki, opowiadając jeden przez drugiego doznane wrażenia. Za nim szedł pan Gustaw.
Mimowolnie oczy moje przeniosły się z ćwiartki papiéru na twarz młodego człowieka, jak gdybym pytał, czy mnie jednego spotkał zaszczyt wejrzenia w jéj korespondencyą.
— Mój Boże, wyrzekła kobiéta, jakby odpowiadając na spojrzenie moje, niéma tu żadnéj tajemnicy.
Mówiła głośno, jakby umyślnie by Gustaw ją usłyszał, i przeszła lekko, swobodnie, musnąwszy go na wązkiéj ścieżce fałdami sukni.
Ja tymczasem rozwinąłem list i czytałem.
„Pani! pisał hrabia Gaston, byłem u ciebie o różnych godzinach i zastałem zawsze drzwi twoje zamknięte. Nie śmiem uskarżać się na to, gdyż wiem że postanowienie to nie tyczy się mnie jednego, że wszyscy znajomi twoi doznali podobnegoż zawodu. Nie wchodzę w przyczyny odosobnienia, chociaż nad niém boleję, bo znając cię, wiem że muszą być ważne i sprawiedliwe; a przecież śmiem żądać, byś uczyniła wyjątek dla mnie. Przed dwoma laty, pani, gdym miał szczęście poznać cię, uczyniłaś na mnie niczém niestarte wrażenie; kochałem cię, chociaż musisz oddać mi sprawiedliwość, że uczucie to ukryte było i milczące. Dzisiaj jesteś pani wolną, wieść niesie że majątkowo zruinowaną. Jeśli to prawda, byłbym najszczęśliwszym z ludzi, gdyż mógłbym tobie, pani, i dzieciom twoim wrócić więcéj niżeliś straciła, ofiarując ci wierne serce imię nieskalane i sto tysięcy rocznego dochodu. Racz oznaczyć mi pani godzinę, w któréj mógłbym stawić się u ciebie; pozwól mi przynajmniéj przemówić za sobą; zechciéj mnie przyjąć. Wszak to do niczego nie obowiązuje, a mnie nie upoważni nawet do nadziei.“
Przeczytałem ten list raz i drugi i zapytałem samego siebie, czemu pani Nasielska podała mi go tak bez namysłu? Czy uważała propozycyą w niém zawartą za zbyt świetną, by wahać się z jéj przyjęciem i dlatego nie robiła tajemnicy z rzeczy, która i tak wkrótce wszystkim musiała się stać wiadomą? Po chwili jednak rozwagi, uderzył mnie ton tego listu. Był to bez zaprzeczenia list uczciwego człowieka i człowieka dobrze wychowanego, a przecież cóś w nim zdradzało tę niezachwianą pewność siebie, jaką sądził się w prawie okazywać, mając imię, majątek, piękność i stanowisko towarzyskie. On zapytywał tylko dla formy, przekonanym będąc, że propozycyą jego zostanie przyjętą z uniesieniem; ale odcień ten zamknięty był w tak subtelnych granicach, że tylko wprawne oko dostrzedz go mogło. Na pozór list był tylko bezinteresownym i szlachetnym.
W milczeniu podałem pismo Gustawowi, ale on cofnął rękę.
— To list od hrabiego Gastona, zawołałem; oświadcza się o rękę pani Nasielskiéj. Te słowa odbiły się od puklerza jego obojętności. Przyjął je jak gladyator cios śmiertelny, bez zmrużenia powiek, a jednak nie mogłem pozbyć się myśli, że to dla niego był cios śmiertelny.
— Pani Nasielska ma prawo rozporządzać sobą, odparł spokojnie.
— Ale cóż pan sądzisz o tém? zapytałem niecierpliwy, bo paliła mnie chwila każda.
— Ja nic nie sądzę, nie mam prawa sądzić, zawołał z pewną stanowczością, jak gdyby chciał skończyć tę rozmowę.
— Cóż ona odpowié? mówiłem daléj niezrażony.
— Przyjmie go, jeśli wart tego; odrzuci, jeśli niegodzien.
Logika téj odpowiedzi była niezaprzeczoną, co więcéj, można ją było na wszystkie strony zastosować, jak wyrocznię delficką. W téj chwili Gustaw, ze swoim niezachwianym spokojem^ zaczął mnie przyprowadzać do rozpaczy i zapytywałem samego siebie, czy nie traciłem daremnie czasu, wyszukując skrytych myśli tego człowieka zimnego jak wyrachowanie matematyki, który, pod względem uczuć, rozumiał tylko powinowactwa chemiczne, a miłość znał zaledwie z nazwiska. Staliśmy w milczeniu naprzeciw siebie; serce moje biło gwałtownie, jak gdyby los mój rozstrzygał się w téj chwili. Widziałem w myśli hrabiego Gastona, jak dumny i piękny, zajeżdżał tu spienionemi końmi, jak wchodził w te ciche progi z pośpiechem szczęśliwéj miłości; widziałem ja spotykającą, go z uśmiéchem na ustach. Widziałem to wszystko i zamknąłem oczy z rozpaczą, chcąc uciec przed obrazami myśli swojéj. Gdym je otworzył, ona stała przy nas; na czole jéj nie znać było troski żadnéj, jak gdyby w jéj życiu nie zaszło nic, jak gdyby ta ubiegła godzina nie rzuciła jéj pod nogi miłości, szczęścia, bogactwa.
— Pani, wyrzekłem, postępując ku niéj, pozwoliłaś mi przeczytać prośbę; czy wolno mi zapytać o odpowiedź?
Patrzyłem na nią, a jednak dostrzegłem poruszenie Gustawa, jak gdyby oburzał się śmiałością słów moich.
— I owszem, odparła, oto jest.
„Panie hrabio! propozycyą pańska przynosi mi zaszczyt, przejmuje mnie szacunkiem i wdzięcznością, bo umiem odczuć całą jéj szlachetność. Wiem że jesteś pan jednym z tych rzadkich ludzi, których słowa chodzą w parze z czynami, a jednak uczynioną mi ofiarę odrzucić muszę. Nie powinno to pana obrażać, postanowiłam bowiem wcale nie iść za mąż i wyznaję to z otwartością równą téj, z jaką odezwałeś się do mnie. Na cóż więc mamy się widziéć? Postanowienie moje jest niezmienne. Przebacz mi pan, jeśli odmowa moja przykrą ci będzie. Nic mogę postąpić inaczéj. Za miłość masz prawo żądać miłości, a moje serce milczy. Znajdziesz inną kobiétę, która potrafi cię ocenić. Ja nie mogłabym dać ci szczęścia, na które zasługujesz. Zapomnij pan o mnie, lub pomyśl bez goryczy i przyjm serdeczne, słowa pożegnania.“
Oddałem jéj pismo w milczeniu, spoglądając na nią. Złożyła je starannie, wsunęła w przygotowaną kopertę, zakléiła i skinęła na Cerbera, który stał w progu, czekając jéj rozkazów.
—- Oddaj to służącemu hrabiego, wyrzekła.
Cerber poszedł spełnić jéj rozkaz, a w miarę jak oddalał się od nas, w piersi mojéj wzbiérały najsprzeczniejsze uczucia. Była to najprzód radość szalona, głupia radość, jak gdybym na wzburzoném morzu uniknął pewnego rozbicia, lub wyszedł szczęśliwie z wielkiego niebezpieczeństwa. Potém zastanowiłem się nad przyczyną téj odmowy. List jéj był pełen szacunku i życzliwości, nie wypowiadał jednak wcale, dlaczego odrzucała jego rękę. List ten mógł dać pole do wszelkich domysłów, upoważniał je nawet niejako; bo i czemuż go ona kochać nie miała? Czyż nie posiadał wszystkiego, có słusznie budzi miłość?
Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 134.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 135.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 136.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 137.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 138.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 139.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 140.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 141.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 142.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 143.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 144.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 145.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 146.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 147.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 148.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 149.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 150.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 151.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 152.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 153.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 154.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 155.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 156.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 157.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 158.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 159.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 160.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 161.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 162.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 163.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 164.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 165.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 166.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 167.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 168.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 169.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 170.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 171.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 172.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 173.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 174.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 175.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 176.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 177.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 178.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 179.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 180.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 181.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 182.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 183.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 184.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 185.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 186.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 187.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 188.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 189.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 190.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 191.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 192.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 193.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 194.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 195.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 196.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 197.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 198.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 199.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 200.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 201.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 202.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 203.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 204.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 205.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 206.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 207.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 208.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 209.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 210.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 211.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 212.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 213.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 214.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 215.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 216.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 217.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 218.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 219.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 220.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 221.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 222.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 223.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 224.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 225.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 226.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 227.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 228.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 229.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 230.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 231.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 232.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 233.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 234.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 235.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 236.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 237.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 238.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 239.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 240.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 241.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 242.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 243.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 244.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 245.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 246.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 247.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 248.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 249.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 250.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 251.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 252.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 253.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 254.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 255.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 256.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 257.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 258.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 259.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 260.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 261.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 262.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 263.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 264.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 265.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 266.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 267.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 268.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 269.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 270.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 271.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 272.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 273.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 274.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 275.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 276.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 277.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 278.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 279.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 280.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 281.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 282.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 283.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 284.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 285.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 286.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 287.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 288.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 289.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 290.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 291.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 292.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 293.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 294.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 295.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 296.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 297.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 298.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 299.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 300.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 301.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 302.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 303.jpeg Strona:PL Waleria Marrené-Nemezys 304.jpeg Późniéj dowiedziałem się o jéj zamężciu i zdziwiłem się sam, że ta wiadomość nie wprawiła mnie w rozpacz. Przyjąłem ją jednak z głuchym bólem. I niedziw: ostatnie ogniwo przeszłości pękało mi w piersi.
Odtąd życie moje biegło spokojnie, poważnie, harmonijnie, a jeśli nie osiągnąłem zupełnego szczęścia, przynajmniéj mogłem zgodzić się z losem swoim.



KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.