Naszyjnik królowej (1928)/Tom II/Rozdział LV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Naszyjnik królowej
Podtytuł Powieść
Data wydania 1928
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Collier de la reine
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LV
MAŁŻEŃSTWO

Tego dnia, kiedy nastąpiło wykonanie wyroku wyszedł król w samo południe ze swego gabinetu w Wersalu i temi, dość ostremi wyrazami przemówił do hrabiego Prowancji:
— Panie, muszę dziś być na mszy ślubnej. Nie mów mi, proszę, o gospodarstwie, o oszczędnościach... byłoby to złą wróżbą dla nowożeńców, których kocham i których dobro mam na względzie.
Hrabia Prowancji zmarszczył czoło, lecz uśmiechnął się po chwili i skłonił się nisko.
Król, krocząc w otoczeniu swej świty, uśmiechał się lub srożył do poddanych, których spotykał; uśmiechał się, lub srożył, stosownie do tego, czy widział na ich obliczu zadowolenie, lub niezadowolenie z obrotu wczoraj sądzonej sprawy.
W ten sposób dotarł do salonu, gdzie strojna, otoczona damami dworu i szlachcicami, czekała królowa.
Marja Antonina, pod różem, śmiertelnie blada, z uda nem zajęciem słuchała pani de Lamballe i pana de Colonne, grzecznie pytających o zdrowie.
— „Król!“ — zawołał jeden ze służby, i wśród haftów i koronek ukazała się postać Ludwika XVI; pierwszy uśmiech na progu przesłał królowej.
Marja Antonina wstała i poszła na powitanie króla, który zręcznie ucałował podaną mu rękę.
— Jest pani dziś uroczo piękna, — rzekł:
Ona uśmiechnęła się i wzrokiem znowu zaczęła szukać czegoś.
— Niema jeszcze naszych nowożeńców, a południe blisko?
— Najjaśniejszy Panie — odparła, z tak wielkim wysiłkiem, że róż miejscami opadł z twarzy — pan de Charny już przybył, czeka na galerji rozkazu wejścia.
— Charny! — powtórzył król, nie zważając na wymowne milczenie królowej. — Charny przybył, niechże wejdzie.
Kilku panów oddaliło się, aby przyprowadzić Charnego.
— Ale — rzekł znów król — południe wybiło i panna młoda powinna już tu być.
W tej chwili ukazał się we drzwiach pan de Charny; usłyszał ostatnie słowa króla i odrzekł:
— Wasza Królewska Mość wybaczyć raczy opóźnienie się panny de Taverney; od śmierci swego ojca, nie opuściła jeszcze łóżka i dziś wstaje po raz pierwszy: byłaby już tu, gdyby nie chwilowa niedyspozycja i omdlenie.
Królowa słuchała, a raczej słyszała, siedząc nieruchomo. Ktoby patrzył na nią, widziałby krew znikającą z jej twarzy i zbiegającą do serca.
Król zauważył, że przybywa towarzystwo i duchowieństwo, rzekł więc:
— Panie de Breteuil, czy załatwiłeś pan rozkaz wygnania Cagliostra?
— Tak, Najjaśniejszy Panie — odparł minister.
— Cóż z la Motte, która twierdzi, że pochodzi z Walezjuszów — zapytał król silnym głosem — czy nie piętnują jej dzisiaj?
— Zdaje się, Najjaśniejszy Panie, że czynią to w tej chwili — odparł kanclerz państwa.
Iskry posypały się z oczu królowej.
Szmer jakiś przebiegł po salonie.
Ludwik XVI mówił dalej ze stanowczością, nieznaną dotąd u niego:
— Pan de Rohan zasmuci się na wieść, że piętnują jego wspólniczkę.
Po słowach tych, po nazwaniu: „wspólnikiem kradzieży“ człowieka, którego parlament uznał za niewinnego; człowieka, — będącego bożyszczem Paryżan; po tym wyrazie, skazującym na imię złodzieja i fałszerza księcia duchownego, król spojrzał na wszystkich z godnością.
Nawet szept najlżejszy nie wydobył się z ust tych, na których zemścić się chciał król za obronę monarchji.
Król zbliżył się do królowej i podał jej obie ręce, na znak głębokiej wdzięczności.
W tej chwili ukazali się w końcu galerji Filip de Taverney z siostrą w białym stroju ślubnym, bladą jak widmo. Andrea szła prędko, zmieszana była i ledwie oddychała; nie widziała nikogo, nie słyszała nic zgoła... ręka brata dodawała jej siły, odwagi i wskazywała jej kierunek kroków.
Dworzanie uśmiechem powitali narzeczonę.
Pan de Suffren, za rękę trzymając Oliwiera de Charny, doprowadził go do panny de Taverney, poczem znikł w tłumie obecnych krewnych i przyjaciół.
Gdy doszli do króla, Filip lekko przycisnął rękę siostry, a ta jak zelektryzowana — otworzyła szeroko oczy i ujrzała Ludwika XVI, uśmiechającego się uprzejmie.
Skłoniła się wśród szeptu obecnych, podziwiających jej urodę.
— Panna Andreo de Taverney — rzekł król, biorąc ją za rękę — musiałaś pani odłożyć ślub z panem de Charny aż do ukończenia żałoby, pan de Charny poczekałby może jeszcze miesiąc pomimo serdecznej niecierpliwości, dlatego że pani cierpiąca, co i mnie zasmuca, ale chciałem zapewnić szczęście szlachcica, służącego mi tak wiernie, jak pan de Charny. Gdybyś go pani dziś nie poślubiła, nie mógłbym być obecny przy waszym ślubie, albowiem udaję się jutro z królową w dłuższą podróż.
Przy tych słowach sam zaprowadził ją do Marji Antoniny. Ta wstała: nogi pod nią uginały się, ręce miała lodowate. Nie śmiała podnieść oczu, widziała tylko coś białego przed sobą — była to Andrea.
Król oddał rękę narzeczonej Filipowi, sam podał ramię królowej i rzekł głośno:
— Do kaplicy, panowie!
Msza zaczęła się natychmiast. Królowa słuchała jej, pochylona na klęczniku, z głową ukrytą w dłoniach.
Filip ciągle patrzył na drżącą i słaniającą się Andreę; gotów był w każdej chwili nieść jej pomoc słowem przyjaźni lub pociechy.
Lecz Andrea nie zdradzała się, głowę trzymała wysoko, a choć często używała flakonika orzeźwiającego, choć zamierała i migała się, jak dogasająca świeca, stała prosto i żyła, dzięki silnej swej woli.
Nagle usłyszała głos księdza:
— Jakób Olivier de Charny, czy bierzesz sobie za małżonkę Marję Andreę de Taverney?...
— Tak — zabrzmiał stanowczy głos Oliviera.
— A ty, Marjo Andreo de Taverney, czy bierzesz sobie za małżonka Jakóba Oliviera de Charny?...
— Tak — odparła Andrea, lecz głos jej tak brzmiał dziko, że zadrżała królowa, że wstrząśnięta była niejedna z obecnych dam.
Wtedy Charny włożył na palec Andrei obrączkę, lecz Andrea nie czuła ręki, która to czyniła.
Wkrótce król powstał. Msza była.skończona. Wszyscy dworzanie śpieszyli złożyć życzenia nowożeńcom.
I pan de Suffren uścisnął rękę nowej siostrzenicy i w imieniu Oliviera przyrzekł jej szczęście, na które zasługiwała.
Andrea podziękowała i prosiła wuja, aby zaprowadził ją do króla, chciała i jemu podziękować, a czuła się słabo.
W tejże chwili stała się śmiertelnie blada.
Charny widział ją zdaleka, lecz nie śmiał zbliżyć się.
Pan de Suffren przeszedł z nią przez salon do króla, który pocałunek złożył na jej czole i rzekł:
— Pani hrabino, wejdź do królowej; Jej Królewska Mość pragnie wręczyć ci prezent ślubny.
Po tych słowach oddalił się król wraz z dworem, a panna młoda wystraszona i zrozpaczona pozostała z Filipem.
— Nie mogę — odparła. — Łzy kobiety nie są bez granic; może zrobię to, czego żądają, ale, pomyśl, Filipie, jeśli ona do mnie mówić zacznie, jeśli zacznie winszować mi!... o! wtedy umrę.
— Umrzesz, jeśli trzeba, moja siostro — rzekł młody człowiek — a wtedy będziesz ode mnie szczęśliwszą, gdyż i ja pragnąłbym nie żyć.
Słowa te wymówił tak głucho i z taką boleścią, że Andrea, jakby strzałą przeszyta, skierowała się ku drzwiom, prowadzącym do pokoju królowej.
Przechodziła obok Oliviera; ten przycisnął się do ściany, aby się go nie dotknęła nawet suknia żony.
Pozostał sam na sam z Filipem; obaj w milczeniu oczekiwali rezultatu widzenia się królowej z Andreą.
Pani de Misery wprowadziła Andreę, zasłoniła kotarę, zamknęła drzwi i wyszła.
Czekała na słowo królowej, jak skazany czeka na topór, który przeciąć ma jego życie.
Jedna chwila, a cały wiek najokropniejszych katuszy przeszła zanim królowa się poruszyła.
Wreszcie królowa wstała, a opierając się o poręcz fotela, wzięła ze stołu kartkę papieru, która jej kilkakrotnie wypadła z drżących palcy. Wreszcie wręczyła kartkę Andrei.
Kto inny myślałby, że papier ten jest darowizną wielkiej posiadłości, lub wielkiej posady dworskiej, lecz Andrea odgadła, że to co innego. Wzięła kartkę i, nie ruszając się z miejsca, zabrała się do czytania.
Ręce Marji Antoniny opadły, oczy zwolna podnosiły się a Andreę.
Papier zawierał następujące wyrazy:
„Andreo! Uratowałaś mnie. Cześć moja od ciebie pochodzi, do ciebie więc należy moje życie. W imię tej czci, która tak drogo cię kosztuje, przysięgam ci, że nazwać mnie możesz siostrą. Spróbuj, a przekonasz się, że się nie zarumienię.
Słowa te wręczam tobie, jako dowód mej wdzięczności; jest to posag, który ci daję.
Jesteś najszlachetniejsza z szlachetnych i będziesz umiała zrozumieć dar, który ci ofiaruję.
Podpisano: „Marja-Antonina Austrjacka“.
Teraz Andrea spojrzała na królowę; w oczach jej spostrzegła łzy i z ociężałą głową czekała na odpowiedź.
Wolno przeszła przez pokój, wrzuciła papier do dogasającego ognia, i, nie przemówiwszy słowa, wyszła z gabinetu.
Marja Antonina chciała iść za nią, aby ją zatrzymać, lecz hrabina niewzruszona podążyła do salonu, gdzie czekał Charny i Filip.
Filip przywołał Charny‘ego, w rękę jego włożył dłoń siostry, a z poza kotary patrzyła na scenę tę bolesną królowa.
Charny oddalał się, jak oblubieniec śmierci, którego uprowadza mglista oblubienica... oddalał się, widząc bladą twarz Marji Antoniny, której zdawało się, że Charny oddala się na zawsze.
Przy bramie pałacowej czekały dwa powozy.
Andrea wsiadła pierwsza, a gdy Charny za nią chciał wsiąść, rzekła:
— Zdaje się, że pan wyjeżdża do Pikardji?
— Tak, pani — odparł Charny.
— A ja jadę, gdzie pochowana jest moja matka. — Żegnam.
Charny skłonił się w milczeniu. Konie uniosły tylko Andreę.
— Zostajesz pan ze mną, aby mi oznajmić, żeś moim wrogiem? — zapytał Olivier Filipa.
— Nie, hrabio — odparł Filip — nie jestem twoim wrogiem, lecz twoim szwagrem.
Olivier podał mu rękę, wskoczył do powozu i odjechał.
Filip, pozostawszy sam, załamał ręce i rzekł głucho:
— Boże mój! czy zachowujesz dla tych, którzy na ziemi spełniają swą powinność, trochę radości w niebie? Radości! — powtórzył, patrząc na pałac — ja mówię o radości! Ja! Ci tylko mówić mogą o radości, którzy spodziewają się, że spotkają w niebie serca kochające. Tu już nikt mnie nie kocha, nie mogę więc nawet życzyć sobie śmierci!
Spojrzał na niebo bez urazy, lecz z lekkim wyrzutem chrześcjanina, który zaczyna wątpić, i znikł, jak Andrea, jak Charny; znikł w huraganie, który podkopał tron, niszcząc tyle czci i miłości.

KONIEC


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.