Na Górze Św. Anny

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Na Górze Św. Anny • Konstanty Damrot
Na Górze Św. Anny
Konstanty Damrot

W sercu zraniony,
W duszy zgnębiony
Przyszedłem tu znów po pociechę,
Tak jak stroskane
Ptaszę zbłąkane
Do gniazdka się tuli pod strzechę.


Krocie pątników,
Kalek, grzeszników
Przede mną już tu się modliły,
Przez matkę Annę
I Matkę-Pannę
Zyskały tu spokój i siły.
Bo prośby wiary
Z duchem ofiary
I łzami pokuty serdecznej
Zawsze zyskają,
Czego szukają:
Pociechy doczesnej i wiecznej.


Łzy i westchnienia
Niebios sklepienia
Cudowną drabiną sięgają;


Po niej ku ziemi
Z czary złotemi
Anioły się boże spuszczają.
Jednych kroplami,
Drugich strugami
Niebieskiej słodyczy częstują,
Biorąc za miarę
Miłość i wiarę
Tych, którzy ku górze wstępują.


Śród bożych dzieci
Stawam raz trzeci
I ja na tej górze znękany
Bolem złudzenia,
Niepowodzenia,
By w duszy wygoić znów rany.


Patronki tego
Miejsca świętego,
Przed wami upadam w ufności,
Że duszne zdrowie
Całkiem odnowię,
Wykraśnieję w światłej młodości.


O matko Anno,
I Matko-Panno,
Co nad ludem śląskim czuwacie
Już całe wieki,
Wszak swej opieki
Mnie darmo wyglądać nie dacie?