Modre wody/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Różycki
Tytuł Modre wody
Wydawca „Bluszcz” R. 37 nr 24
Data wydania 1901
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

„Modre wody.”
(POEMAT).


I.

Kędy nie sięgniesz okiem
Dziewicze lasy ścielą się przed tobą
Wiekowe drzewa skarżą się z żałobą
Na monotoniję życia,
Na promienie słońca,
Które je prażą, palą
Bez końca... bez końca
I kwiaty się też żalą:
Dzwonki,
Dzikie róże,
Stokrotki,
Lilja białowłosa
Że nie codzień o świcie
Okrapia ich rosa,
Iż żadne drzewo po macierzyńsku
Im głów nie ocienia —
Więc mrą powoli;
Stłumione westchnienia
Przez gaj płyną cichy
Na dzikie rozdroże
Smutną melodyą:
Boże! Boże!



II.

Tuż przy smrekowym gaju
Stoi krzyż wyniosły,

A na nim wisi Zbawiciel rozpięty,
Zielone bujne chwasty go obrosły —
Chcą go nachylić ku płaczącej ziemi,
Ale daremnie… Wielki, Wniebowzięty
Oczyma dziwnie patrzy płomiennemi
Na swego ludu rozzłocone pola,
Po których chodzi bieda i niedola…



III.

O kilka kroków od starego krzyża
Spoczywa kamień wielki, prawiekowy,
Podróżni kładą na nim senne głowy,
A dalej gęsto sadzony jałowiec
Krętem wiązaniem rośnie wzdłuż Pilicy, —
Czasem zabłądzą tutaj stada owiec,
A z niemi pastuch chudy, smętnolicy
Gra na fujarce, uwitej z wierzbiny,
Lub też w czerwonych spódnicach dziewczyny,
Zanim ostatni promień słońca zgaśnie
Opowiadają sobie dziwne baśnie,
Albo wieczorna rosa rozpłakana
Poniesie światu tak miłe — Oj, dana!
Od cichych stawów żabi chorał płynie,
To się przepiórka ozwie w koniczynie,
Lub odgłos dzwonu poleci przez sioła
Na Anioł Pański wierny lud swój woła,
To znowu derkacz skryty gdzieś pod trawą
Zakrzyczy „tiúrru” tak smutnie i łzawo,
A po przez wonią dyszące kaczeńce
Wierny siedzibie swojej bocian kroczy,
Złotem go światłem darzą gwiezdne wieńce,
A blady miesiąc sennie blaski toczy!…
Z wód zaś powstają sinawe opary

I w fantastycznych kłębach mkną nad ziemią,
Z cmentarzysk płyną w biel zasnute mary,
A na rozstajach zwiewne duchy drzemią
Zalega cisza… jednak kipi życiem
Świat, co pod snu już spoczywa kotarą
Upiory smutnym i rozpacznym wyciem
Straszą podróżnych, którzy o tej dobie
Miejsce dla spania tam obrali sobie;
Zdala dolata senne końskie rżenie
I tajemnicze nocnych psów szczekanie,
Jakieś świetliste pół-ognie, pół-cienie
Płyną powoli po uśpionym łanie…
I świat się w dziwnej zagadce kołysze
W srebrzysty gmach się stapiając i w ciszę,
Wysnuwa z łona jakąś pieśń bajeczną,
Która niebieskim szlakiem, — drogą mleczną
Niby eolskiej płynie harfy drżenie,
Gorące serca woła na marzenie,
Gorące dusze woła na zbratanie
Pieśń, co po sennym zwolna płynie łanie...



IV.

A za Pilicą, co swe fale toczy,
Które w promieniach słońca błyszczą świetnie
Ściele się niby jakiś step uroczy
I niby łąki haftowane kwietnie
W jakieś misterne, bogate desenie,
Które muśnięciem pieści wiatru tchnienie,
Lubieżne słońce kładzie swe promienie
Na rozmarzone i ciche polany,
Które brylantem błyszczą w letni ranek,
Niosąc nam zapach piękny, choć zmieszany:
Rumianków, ślazów, łubinu, sasanek
I wszystko jest to tak swojskie, tak cudne;

I tem piękniejsze, iż nie jest ułudne;
A nad łąkami cicha toń przezroczy
Swoje błękitne rozwiesza kotary,
Znajomą piosnkę śpiewa bór prastary,
Żadna ci siła serca tu nie zmroczy
I łzą nie zajdą smutne twoje oczy —
I chciałbyś wiecznie pić z przyrody czary,
Wsłuchan w wieczorne przycichłe rozgwary
I w rozełkane ligawki pastusze,
Które z tęsknotą drżą, o zmierzchu dobie,
Oddałbyś serce — myśl — i swoją duszę,
By żyć na wieki wolno było tobie,
Gdzie się Pilica przed Bogiem użala
Zdala od złości i od ludzi zdala…



V.

Jakaż tu cisza!… W półśnie marzą drzewa
Pilica toczy fale swe srebrzyście,
W dziwnem omdleniu trawy drżą i liście
Słowika śpiew się w zaroślach przelewa
Który piosenkę o miłości śpiewa...
Na niebie czasem ptak się zakołysze,
Lecąc gdzieś w oddal… i znów mamy ciszę…
O, jak tu sennie — słodko — błogo — miło
I tajemnego czaru party siłą,
Dumasz zdziwienia pełen i zachwytu,
Spływając w jedność z harmoniją błękitu…
I idziesz zwolna po przez olszyn gaje
Z wielką powagą, z dziwnym majestatem,
Każdą się trawką pieścisz, każdym kwiatem,
Przed twemi oczy wielkość Boga staje,
Który tak cudnym kieruje wszechświatem;
Coraz się więcej wgłębiasz w gaj uroczy,
Idąc ścieżkami nadpilicznych zboczy,
Aż wreszcie stajesz i patrzysz przed siebie
Olśnione blaskiem słonecznych promieni
Wielkie się źródło seledynem mieni
I pytasz serca — czym ja jest już w niebie?



VI.

Niby w omdleniu stoją źródła senne
Dziwnie wspaniałe i dziwnie promienne,
Powierzchnia całkiem cichą jest ich szklanna
I tylko na dnie wytryska fontanna,
Wzlata ku górze tysiącem pierścieni
I przecudownym się turkusem mieni,
Ach, jakie skarby w głębi tej ukryte,
I jakie na dnie muszle są perłowe,
Które spływają w kolory tęczowe,
Jakie tam bryły w kawałki rozbite
I jakie drzewa omszałe mistyczne
Obrały tutaj dla siebie grobowiec
Jakie tu kwiaty swoją wonią śliczne,
zabłądziwszy w miejsce to wędrowiec
Z swojej rodzinnej krainy dalekiej
Chciałby się skować z miejscem tem na wieki,
Na brzegach zrywać modre niezabudki,
Które swe główki wychylają z trawy,
Chciałby w tej ciszy rozwiać życia smutki,
W odgłos wsłuchiwać się fujarki łzawej,
Który przypływa tu od łąk zielonych
W piękne wieczory, pełne czarów, letnie
I śród miesięcznych nocy rozsrebrzonych
Chciałby tu marzyć i kochać szlachetnie,
Zrywać żółtawy nadbrzeżny rumianek
I z wodnych lilij splatać sobie wianek,
Wchłaniać dyszące wonią nenufary
I w tem zacisznem dalekiem ukryciu
Badać natury niepojęte czary,
Marzyć o innem jakiemś lepszem życiu,

W którem nie trzeba było by się trwożyć
Wiecznie krążącej po nad głową burzy,
Do snu wiecznego tu swą głowę złożyć
Pod dzikim krzakiem zapłonionej róży,
Zdala od fałszu i od ludzkich krzyków,
Żegnany płaczem szczerym białej brzozy
I chorałami tęsknymi słowików,
Zdala od szyderstw, świata — i od prozy,
Która umiera, to się znowu budzi
I już nie ludźmi czyni wszystkich ludzi!…



VII.

Ale nie wiecznym przecież sen jest złoty
Ach taka smutna dola jest człowieka,
Pełen goryczy bólu i tęsknoty
Mój duch się w szatę prozy przyobleka,
Wstępuje znowu między ludzkie tłumy,
Cudowne źródło w moim śnie ucieka —
Żegnam go cichem, stłumionem westchnieniem,
Całą potęgą duchowej zadumy,
O, jakbym pragnął być rozwiewnym cieniem,
Popłynąć znowu nad ten brzeg uroczy
Kędy Pilica srebrne fale toczy,
Gdzie wpośród olszyn modre źródła biją.
Gdzie inne serca!…, inni ludzie żyją!

Zygmunt Różycki.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Różycki.