Matka królów/Tom I/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Matka królów
Podtytuł Czasy Jagiełłowe
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1883
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
VI.


Na tydzień przed niedzielą, na którą koronacya oznaczona była, komornik królewski Sassin, przybiegł z listami do królowej, oznajmując o tem, iż Jagiełło wyruszył z Grodna i pospiesznie na Jedlnę, Iłżę, Łysą Górę i Wiślicę do Krakowa podążał.
Sam on osobiście pisanie wręczywszy i czołem uderzywszy, opowiadał jako król w dobrem zdrowiu i dobrej myśli, lada godzina mógł podążyć za nim, bo mu bardzo pilno było dla dostojnych gości przyjęcie zgotować ich godne.
— Książe Witold mu towarzyszy? — zapytała Sonka.
Sassin, człek już stary, na usługach królewskich od czasów Jadwigi, zawiędły, nizkiego czoła, oczu głęboko pod czaszką siedzących, małomówny — na to pytanie, głowę spuściwszy, długo nie chciał odpowiadać.
Stąpał z nogi na nogę.
— Nie wiem — rzekł po namyśle.
— A zkądże cię król wyprawił! — zapytała Sonka.
— Z Iłży — zamruczał Sassin.
— Witolda nie było przy królu?
— W Grodnie pozostał.
— Nadciągnie więc rychło?
Sassin powtórzył swe zakłopotane.
— Nie wiem.
Do czytania listu od króla powołać musiano pisarza, a tymczasem biskup krakowski, który też listy od Jagiełły miał, na zamek przybył.
Poszła Sonka naprzeciw niego z poszanowaniem, bo go teraz wielce sobie pozyskać była rada, on też dosyć się jej okazywał przyjaznym.
— Król — rzekła — daje znać o sobie, ale spodziewałam się z nim razem przybycia wuja, a o tym mi Sassin nic powiedzieć nie umie.
Zbyszek okiem rzucił do koła i rzekł poważnie.
— Ja więcej może potrafię... książę Witold przybycia swojego odmówił.
Usłyszawszy to królowa, zarumieniła się cofając kroków parę. Niebytność najbliższego z rodziny, opiekuna, była niemal upokarzającą dla niej. Zdradzała przed obcemi to, co się działo na dworze i w rodzinie.
O podrażnieniu i niechęci wuja wiedziała Sonka dobrze, spodziewać się ich mogła i przyczyna nie była jej tajną, nie sądziła wszakże, aby gniew Witolda tak już zaszedł daleko, aby się miał objawić przed światem.
Było to wypowiedzenie wojny.
Spojrzała na biskupa.
— Król daje mi wiedzieć — ciągnął dalej Oleśnicki — że napróżno księcia prosił, błagał, zaklinał, nie mógł go przezwyciężyć. Nie tai się z tem, że do miłości waszej żal ma największy, że przebaczyć jej nie może.
Królowej łzy zakręciły się w oczach.
— Któż do mnie żalu, gniewu i niechęci nie ma? — odparła gorąco. — Oprócz króla a męża mojego, nie mam przyjaciół, a wrogami są wszyscy... Teraz do nich i wuj przystał.
— Gniew Witolda cześć wam czyni — odezwał się Zbyszek — łaska jego i powolność złymby znakiem była, przy pomocy bożej pokonasz miłość wasza nieprzyjaciół... Niebytność księcia chorobą lub wojną da się tłumaczyć, a będzie go kim zastąpić.
Kraków już cały jakby jedna gospoda, tak wielu się gości zapowiada.
Twarz królowej rozjaśniła się nieco, dodała jednak zcicha.
— Do tegośmy już więc przyszli?
Strasz po cichu na kilka dni wprzód między kobiety puścił był wiadomość, że Witolda ani Julianny niema się co spodziewać, ale mu nie wierzono, i do królowej to nie doszło...
Nieprzyjaciele Sonki, choć tem małem pocieszali się zwycięztwem.
Ona sama po pierwszem doznanem wrażeniu bolesnem, musiała zamknąć w sobie żal jaki czuła za tę obelgę do wuja. Koronacya się zbliżała, na zamku nie było jednej godziny spokoju... Przyjeżdzali książęta. Piastowie, posłowie, gońcy ze stron różnych, na Wawelu trwały olbrzymie do ugoszczenia przygotowania.
Nie samych bowiem królów i książąt przyjmować musiano, ale zwyczajem ówczesnym, całe dwory ich, liczne, często z kilkuset osób złożone, trzeba było mieścić, karmić i obdarzać.
Całe komnaty na dole pod dozorem podskarbiego napełniały się jednemi tylko podarkami, sorokami soboli, kun, gronostajów, postawami sukna, aksamitu przetykanego złotem, jedwabiów; naczyniami srebrnemi i złocistemi.
W chwili, gdy już się cieszono obiecanem na pewno przybyciem Zygmunta króla rzymskiego, sam przewrotny i zdradę w sercu mający Luksemburczyk, nie ufając Jagielle, uląkł się i przysłał gońców, żądając zakładników za siebie znacznych i listów ochronnych.
Działo się to gdy już Eryk król duński i szwedzki, przejechawszy przez Polskę bez żadnych poręczeń i zabezpieczeń dla odwiedzenia Zygmunta, przybył do Krakowa i siedział na Wawelu na górnem piętrze, którego jedna izba długo się potem od imienia jego zwała.
Wśród panujących owego czasu, równie jak Zygmunt Luksemburczyk, był on niezwyczajnym zjawiskiem, które nieskończona tylko rozmaitość charakterów i odmian człowieka mogła uczynić współczesnym i potomnym zrozumiałym. Łączyły się w nim jak w Zygmuncie przymioty wielkie z równie poczwarnemi wadami, tak jakby jedne na drugie wcale nie oddziaływały.
Na stan swój uczony, miłujący naukę, wykształcony tak, że o początkach narodu swojego mógł pisać, wrzekomo pobożny tak, że zamierzał odbyć pielgrzymkę do Grobu Pańskiego, choć trudno było rozsądzić, czy go tam religia, czy duch awanturniczy popychał, Eryk zarazem był największym łupieżcą i zbójem w domu, a królem najsroższym i najokrutniejszym, choć prawodawcą być zamierzał, a szczęście albo raczej żona dopomogła mu dokonać wielkiego dzieła unii dwu skandynawskich narodów.
W podróży do Polski i do Węgier, z przepychem i znacznemi kosztownościami przedsięwziętej, wioząc za sobą srebrne i złote stołu zastawy, wcale się nie obawiał niczego, nie prosił o glejty, przerzynał się przez kraj nieznany, na Wawel przybywał jak do domu.
Żywego umysłu, śmiały aż do zapamiętania, wesół, rozmówny, król duńsko-szwedzki Jagielle był na rękę, bo się podejmował Zygmunta przyprowadzić, służyć za pośrednika i odwagą a stanowczością swą w chwilach niepewności serca mu dodawał. Na zamku krakowskim on teraz więcej może niż Jagiełło gospodarzył...
Królowa też widziała go wdzięcznem okiem, gdyż lękała się, aby po Witoldzie nie zabrakło i Zygmunta, coby wiele świetności obrzędowi ujęło. Eryk zaś zaklinał się, iż bodaj miał sam po niego i żonę jechać do Węgier, sprowadzi go niezawodnie.
Gdy goniec Zygmuntów nadjechał, a na zamku zawieruszyło się niepokojem i król Jagiełło dotknięty tem niespodzianem wymaganiem, obrażony niemal, głowę tracił, Eryk uśmiechem lekceważącym go pocieszył.
Goniec donosił, że Zygmunt z żoną i dworem stał obozem w Starej Wsi za Szramowicami... Czasu było niewiele, natychmiast radzić musiano, a rady nie miał Jagiełło innej nad Zbyszka biskupa. Gdy inni milczeli i stali bezradni, on jeden znalazł zawsze lekarstwo i ratunek. Do niego w pomoc przybywał Eryk Pomorczyk, który nie wątpił, że słowem swem u Zygmunta zakładników i poręki zastąpi.
W kilku godzinach orszak był gotów i zakładnicy. Do nich należał sam król, Zbigniew biskup krakowski, i Zbyszek z Brzezia, marszałek państwa...
Królowa już znowu we łzach stała, ręce łamiąc, a wątpiąc czy król rzymski przybyć zechce, gdy posłowie doń z Wawelu ruszyli i Pomorczyk na koń wsiadając, podniósł ku Sonce w oknie stojącej, piórami strojny kapelusz, wołając wesoło, że jej gościa choćby związanego przystawi.
W krużganku stary król i dwunastu Piastów, składających już pierwszy zastęp gości, żegnało ochoczego Duńczyka.
Lik ten piastowski niemałego blasku obrzędowi dodawał. Najbliżsi królowi książęta mazowieccy stawili się wszyscy, z niemi Bernard z Opola. Książęta z Cieszyna, Raciborza, Oświęcimia, Opawy, z Koźla, i Żegania... A choć Witold obelżywie niemal zaproszenie odtrącił, z litewskich książąt, przybyło także kilku i z Rusi. Krzyżacy pokorniejsi teraz, choć sam mistrz Paweł Russdorf nie stawił się, dwu komturów przysyłali.
Wszystko to już po części na zamku, w części po gospodach i dworach w mieście zalegało wszystkie kąty... W dolnych izbach stoły nie opróżniały się na chwilę, uczta trwała i gwar od rana do późnej nocy.
Biskupi i wysłaniec papieski po klasztorach i domach duchowieństwa rozmieścić się musieli. Dla niespodzianego i nieproszonego Bawarczyka, księcia Ludwika, którego ciekawość tu prowadziła, w ostatniej chwili na zamku izby opróżnić musiano...
Kraków od dawna tylu obcych a dostojnych nie widział gości. Przypominało to Kaźmirzowskie czasy szczęśliwe... Królowa na przemiany radością wielką i dumą przejęta, weseliła się, to strachem jakimś owiana, płakała...
Nie taiła tego przed sobą, że nieprzytomny Witold, swą nieobecnością więcej ważył, niż wszyscy ci, których tu ciekawość prowadziła... Była to groźba, a wielki książe nigdy się nie odgrażał napróżno...
Jagiełło na chwilę również wymaganiami Zygmunta strwożony, teraz znów oddychał, cieszył się, i pełnemi garściami sypał dary do koła. Tak on gościnność rozumiał... Oczekiwano gońca od Eryka, aby naprzeciw króla rzymskiego wyruszyć. Podjął się nim być usłużny Hincza, który nocą drugiego dnia nadbiegł z doniesieniem, że Duńczyk dotrzymał słowa.
Opowiadał, że do Starej Wsi przybywszy, zaraz do Zygmunta z tem przystąpił, iż on sam i towarzyszący mu biskup i marszałek ofiarują się jako zakładnicy, choćby ich pod straż miano wziąć i trzymać, dopókiby Zygmunt nie powrócił.
Luksemburczyk miał snadź czas obliczyć się i pomiarkować, iż tem brakiem zaufania skrzywdził Jagiełłę i siebie, odparł więc grzecznie, iż żadnych zakładników nie wymaga i chętnie z niemi do Krakowa pospieszy.
Jagiełło wiadomość tę otrzymawszy, z orszakiem swym pobiegł na powitanie do Myślenic.
Sonka tymczasem pozostałych gości, których zamek był pełen, przyjmować musiała sama. A choć Rusince z wielą z nich rozmówić się było trudno, uprzejmością, pięknością, powagą, młodością swą wdzięczną, za serca wszystkich ujmowała.
Nie zbywało na takich, co starca Jagiełłę stawiając w myśli przy tym kwiecie zaledwie rozwitym, ramionami poruszali i uśmiechali się.
W piątek przed niedzielą, na którą koronacya naznaczoną była, Jagiełło witał rzymskiego króla i żonę jego w Myślenicach, w sobotę na górnej sali w żupach w Wieliczce obiadowano, wieczorem na Lasocińskiej górze czekać miała królowa...
Była to chwila może wśród tych dni uroczystych, najwspanialszy obraz przedstawująca, pod gołem niebem, które pogodą i powietrzem łagodnem sprzyjało, te ludu tysiące, te poczty rycerskie na koniach kapami szytemi okrytych, stroje wspaniałe, przepych w rzędach i wozach, tłumy wesołe, trąby i flety, dzwony i okrzyki...
A na podwyższeniu, które całe wysłano kobiercami i suknem, tam gdzie królowa Barbara wysiadać miała, w płaszczu spływającym do ziemi, szytym złotem i perłami, w złotej przepasce na głowie, Sonka tryumfująca, blada ze wzruszenia, szczęśliwa i trwożna...
Gdy król rzymski z żoną, duński i Jagiełło w okazałym poczcie ukazali się na gościńcu; tysiące ludu zalegające dolinę i jak mrówię ściśnięte na całej do miasta przestrzeni, wydało okrzyk jeden...
Rzymski król strojny wspaniale, bo przepych lubił i okazać się tu chciał tak wielkim jak się czuł w duszy, z łańcuchem na szyi, na którym Smok, godło jego połyskiwał kamieniami drogiemi, zbliżył się do Sonki wiodąc Barbarę.
Królowa miała na sobie najdroższe klejnoty, i twarz malowaną, i włosy trefione misternie, ujęte perłowemi sznurami, lecz strój nie mógł jej nadać ani straconej młodości, ani świeżości ni wdzięku.
Znużona twarz jej siliła się na uśmiechy, a oczy na zalotne wejrzenia, któremi mężczyzn obrzucała, lecz obok Sonki cudnie pięknej, świeżej i młodej, Barbara niemal się wydawała zgrzybiałą.
Już na królowe obie czekał wóz cały od złota i opon szkarłatnych, końmi białemi zaprzężony, w złoconych rzędach i pokryciach. Po przywitaniu siadły obie i cały orszak ich świetny, z królami na czele ku zamkowi się potoczył, a tłumy ku miastu płynęły...
W małej, ciasnej komnatce zamkowej ze swą służbą tu na wygnanie skazana, w mroku wieczornym siedziała królewna Jadwiga.
Długo rozprawiano i spierano się o to, czy miała towarzyszyć królowej, i stać przy niej, czy razem z narzeczonym Brandenburczykiem... Sonka wziąć ją z sobą była gotową, aby złym ludziom nie dać pochopu do złych podpuszczeń i posądzeń, ale piętnastoletnie dziewcze, żywione niechęcią, dumne swoją niedolą, samo odmówiło uczestnictwa w uroczystości.
Jagiełło nie nalegał.
Z oschłemi już oczyma, dziewczę chodziło blade po komnatce, a każdy okrzyk wesela, każda wrzawa głośniejsza, wywoływały z niej drżenie i zżymanie się gniewne.
Salka siedziała zdala przypatrując się królewnie z politowaniem, kiedy niekiedy rzucając słowo pociechy...
Tymczasem służebne wymykały się ciekawie na podwórce i powracały co chwilę przynosząc wieści z ulicy... Opisywały stroje, opowiadały o muzyce, wymieniały znajomych panów jak z nich który wystąpił...
Jedna z nich widziała królowę bardzo bladą i drżącą, druga utrzymywała, że się potknęła na progu, co było złą przepowiednią, inna wiedziała, iż w nocy płakała i jęczała a usnąć nie mogła.
Na chwilę rozrywało to królewnę, która chcąc nie chcąc, słuchać musiała jak była przybrana izba malowana dla rzymskich państwa, jak ustrojony pokój duński na górze, jak stoł zastawiono w Laskowcu...
Zbiegały się tu wiadomości wszystkie, od najdrobniejszych począwszy, do najważniejszych.
Wśród tego zajęcia jedną Sonką, dla której wszystko się to działo, sieroctwo Jadwigi opuszczonej, zamkniętej w ciemnej i małej komorze, zapomnianej i zapartej, występowało dla niej samej i dla innych straszniej jeszcze... a smutniej.
Jak na żart przywieziono jej narzeczonego, od którego była starszą, i którym jak dzieckiem gardziła; teraz już głoszono, że Brandenburczyka ojciec miał odebrać, że wszystko było zerwane...
Dziedziczka korony, pozostawała samą, usuniętą, bo się innych może spodziewano dziedziców.
Stare niewiasty w kącie szeptały między sobą — Królowa się o to postara, ażeby miała potomka...
I spoglądały po sobie, dając znaki...
Nie szczędzono tych przepowiedni i biednej Jadwidze. Oczewistem było, że królowa zazdrośna, musiała się chcieć jej pozbyć...
W istocie litość obudzało dziewczę, jak w trumnę zamknięte w tę komnatkę, z której się jej ruszyć, wyjść, pokazać ludziom i ludzi zobaczyć nie było wolno.
Jeden Strasz z mężczyzn pozostał wiernym królewnie i swojej Salce.
Ten także wypatrywał co się na zamku działo, i szydersko opisywał szczególniej to, co mu się wydawało nieudałem i śmiesznem.
W mrokach tych izdebek, była odwrotna strona medalu, którego wspaniałość staremu Jagielle łzy wyciskała z oczów. Miał czem być dumny, bo i wielkość a zamożność swą światu mógł okazać i pochlubić się królową, która pięknością swoją królowała nad wszystkiemi.
Cudzoziemscy panowie głosili wszyscy, patrząc na nią, iż gdyby nie była królową i takby zgasiła najpiękniejsze niewiasty...
Najlepiej o tem wiedziała i czuła to królowa Barbara, która powzięła nienawiść z pierwszego wejrzenia na ten cud, bo przy nim niemal się straszną wydawała.
Lecz miała środek choć chwilowego zaćmienia Sonki, zuchwałem swem obejściem się, wyzywaniem mężczyzn, śmiechem cynicznym, który czarne zęby odsłaniał i dwuznacznemi słowy, które rzucała, wcale na męża i świadków nie zważając...
Obejście się to dziwne, onieśmieliło tak Sonkę, dla której i język, jakim mówiła Barbara, był obcy, że musiała pozostać ciągle prawie milczącą.
Jasny dzień wstał nazajutrz, a choć zwykle w porze tej najsroższe u nas panują mrozy (Luty), powietrze jak w sobotę było łagodne...
Podwórce zamkowe od rana lud napełniał, bo kościół mało mógł objąć, i to tylko wybranych między najdostojniejszymi. Zrana przypomniano sobie sierotę...
Jadwiga i na samej koronacyi być nie chciała, ani się spodziewała, ale ochmistrz królowej przyszedł z jej polecenia zaprowadzić sierotę do ganku nad zakrystyą, z którego mogła wszystko oglądać.
Salka i parę służebnych dziewcząt ciekawych, którym chciało się bardzo widzieć uroczystość, tylu królów i książąt, biskupów i prałatów, rycerzy i młodzieży, niemal gwałtem ją pociągnęły z sobą.
Przepych dnia tego gasił poprzedzający... Zamkowy kościół cały tlał złotem, świecił klejnotami, i wśród obłoków kadzideł, jak jakieś nadziemskie zjawisko migał przed załzawionemi oczyma dziewczęcia.
Co miała Polska i sąsiednie kraje najdostojniejszego, gromadziło się tu wszystko do koła sędziwego Jagiełły.
On sam, pomimo wstrętu swego do stroju, na ten dzień wielki musiał przywdziać sobole i aksamity. Wesół zarazem i znużony się wydawał.
Królowa choć blada od wzruszenia, zachwycała pięknością, a szła teraz tak mężna, tak silna, jakby nie przeczuwała, że długie lata męczeństwa brała razem z tem namaszczeniem i koroną.
Ani ojciec, ani macocha nie zwrócili oczów w tę stronę, gdzie w półcieniu, z wejrzeniem osłupiałem blade dziewczę patrzało nie widząc na ten sen jakiś i postacie wspaniałe, dziwne, groźne, nieznane, które raz w życiu sierocem przesunąć się miały przed jej oczyma.
Tak samo śpiewy i muzyka, okrzyki i modlitwy przebrzmiałe niezrozumiałe dla niej. Przylgła do ściany, nieruchoma stała aż po grzmiącej pieśni dziękczynnej, znowu na tle sinem obłoków z kadzielnic płynących do góry, wszystkie te postacie niknąć zaczęły, przesuwać się, zasłaniać, kościół opróżniał, światła gasły, szmer zamienił w milczenie i nie pozostał nikt, oprócz niej w tej kryjówce...
Salka musiała ją pociągnąć za suknię, aby przypomnieć, że na zamek czas powracać było.
W sali Laskowcem zwanej, zasiadali już do uczty królowie i książęta, gdy przez podwórzec pusty królewna ze swą szczupłą garstką służebnic wróciła do cichej komnatki. Serce się jej biednej ściskało, ojciec dla tej nowej, obcej niewiasty i swojem dziecku zapominał... Jej tu na królewskim zamku tak jak nie było. Gdyby umarła, nie postrzegłby nikt, że zabrakło... Podchodząc ku dworcowi, usłyszały dźwięki przygłuszone muzyki, która w jadalniach przygrywała... Piszczące flety i głuche bicie bębnów... dochodziło ucha...
Salka wprowadziła na próg zakwefioną Jadwigę, idącą smutnie, gdy za niemi głos się odezwał dobrze im znajomy, starej Rusinki, powiernicy królowej Femki.
— Królowa przykazała, aby królewnę przyodziać w najlepsze szaty i żeby ją ochmistrzyni przywiodła do pańskiego stołu na powitanie gości!! Ubierać się a żywo...
Rozkaz brzmiał natarczywie, spojrzały po sobie. Jadwiga szepnęła cicho, że się czuje chorą. Salka i inne żywo jej odradzać zaczęły.
Spór się zajął między niemi, jedne potakiwały dumnej Jadwidze, która podrzędnej roli, jaką jej wyznaczono, nie chciała odegrywać, drugie radziły nie opierać się, aby nie gniewać ojca, nie drażnić macochy i przed obcemi pokazać jako starsze dziecko Jagiełły!
Salka poczęła dobywać najkosztowniejsze stroje, w którychby dziewczęciu mogło być jak najpiękniej. Ale Jadwiga piękną nie była, a smutek, który wdzięk podwaja, rysom nieznaczącym ostatek go ujmuje... Czuła to może królewna, dla której obojętnym było jak się ubierze, a chętniej może stanęłaby w oczach gości jak przed sądem, z całem swem upokorzeniem i krzywdą.
Prawie gwałtem posadzono ją, aby coprędzej włosy bujne utrefić, dawała z sobą czynić, co sługi chciały. Jedwabna suknia złotem przetykana, dar ojcowski, klejnoty od niego, wszystko dobrano tak, wedle jej myśli, aby żaden podarek macochy, nie został użyty... Nastawała na to Jadwiga.
— Nic od niej! nic od niej! — powtarzała. Wszystkie służebne pomagały do przystrojenia dzieweczki, jedne wdziewały suknie i trzewiczki, drugie splatały włosy, inne rozpościerały suknie i dobywały naszyjniki, ozdoby rąk, pasa i głowy...
Sługom niemiło było widzieć ją, jak ona chciała, ubogo ubraną wobec oczów tylu. Mogło to obudzić gniew Jagiełły.
Naostatek, wszystko już było w pogotowiu, goście oddawna siedzieli za stołem. Ochmistrzyni sama też wystroiwszy się tak, aby wstydu królowi nie uczyniły, stała pogotowiu. Czas było iść. Blada, drżąca, z ustami zaciśniętemi, ofiara dała się prowadzić.
W Laskowcu stół był cały złotym sprzętem zastawny, a do koła niego siedzieli królowie, królowe, książęta i przedniejsi duchowni. Sala z rzeźbionym pułapem swym, i ścianami okrytemi obiciem, na którem naprzemiany widać było figury i wieńce, a sploty kwiatów, z mosiężnemi złoconemi świecznikami u stropu wiszącemi, za stołem na podwyższeniu suknem szkarłatnem okrytem, przedstawiała obraz wspaniały.
Piękny jeszcze, wytwornie i bogato przybrany, z głową do góry podniesioną, i oczyma bystro do koła biegającemi, siedział w pośrodku na złoconem krześle Zygmunt król rzymski.
Po prawej ręce jego zajmował miejsce Jagiełło, którego twarz pomarszczona, ogorzała, ciemna starego łowca, dobrodusznie i prostaczo odbijała od fiziognomji chytrością, ogładą, wdziękiem zniewieściałym i pychą a fałszem nacechowanej sąsiada.
Lewe siedzenie zajmował ożywionej, rozgorączkowanej, sztucznie rozweselonej twarzy Eryk, którego Szwedzi zwali trzynastym, Duńczycy siódmym, a pospolity lud Pomorczykiem. Awanturniczego coś, zuchwałego, na poły dzikiego, na pół europejskiego piętnowało oblicze, które pięknem być mogło, gdyby go namiętności nie potargały.
W szkarłatnej sukni, czarnowłosy i czarnooki, majestatycznej postawy kardynał Branda siedział przy królu Władysławie... Dalej szli w prawo po starszeństwie Wojciech Jastrzębiec, prymas, Zbyszek krakowski biskup, arcybiskup Jan lwowski, biskup lubuski i inni prałaci, w lewo mazowieccy, szlązcy, litewscy i ruscy książęta i kniaziowie, na czele których, jako gość, brat królowej francuskiej, Bawarczyk siedział, rozglądając się i przysłuchując...
Królowa rzymska Barbara, nowo uwieńczona Sonka i dostojniejsze panie zajmowały stół osobny...
Rycerstwo, senatorowie, dwór, towarzysze przybyłych panów Węgrowie, Duńczycy, Włosi, Rusini, Polacy w sąsiedniej ogromnej izbie stoły mnogie obsiadali pościskani...
Dla najznaczniejszych z nich marszałek Zbigniew z Brzezia, oddzielił osobny stół, przy którym obok wojewody krakowskiego, widać było uderzającą, bohaterską postać jednego z ostatnich rycerzy chrześciaństwa.
W tej dobie, która po bitwach w Czechach, sromotnych dla rycerstwa, po przegranej pod Nikopolis, mogła się nazywać epoką upadku średniowiecznej tej instytucyi, w wojnach krzyżowych urosłej, gdy męztwo i ofiarność zaczęły zastępować jak w Zygmuncie Luksemburczyku ostatnim, przewrotność, dyplomatyczna przebiegłość, chytrość, bezsumienność, osłaniająca się blaskiem fałszywym, na palcach policzyć było można ludzi, co cześć rycerską i wierność starej religii honoru zachowali.
Na czele tych niedobitków sławą okrytych stał naówczas Zawisza Czarnym zwany z Garbowa, Polak rodem, którego Zygmunt Luksemburczyk, równie jak brata jego Farureja, umiał sobie pozyskać.
Zawisza duszą, męztwem i całym sobą rycerza najdoskonalszego obraz przedstawiał. Wspaniałej postaci, pięknej męzkiej twarzy, spokojnej i energią nacechowanej; pańskich i szlachetnych rysów, on i Farurej wśród skarlałego już pokolenia młodszego, świecili jak dwa z bronzu odlane posągi.
Czarny był jednym z tych ludzi starego czasu, kiedy rycerze takiego jak on ducha, sami jedni płoszyli i rozbijali tysiące nieprzyjaciół i na tysiące się porywać nie wahali. Było w nich coś tej siły bajecznych herosów starożytnych, przed którą pierzcha wszystko i żywioły się korzą.
Naówczas już nawet Luksemburczyk, zakochany w sobie Zawiszę szanował i najwyżej cenił, a ze służby swej puszczać nie chciał. Czarny na poły Polakiem, pół rzymskiego króla towarzyszem, tak jak Ścibor ze Ściborzyc, który się tu znajdował także. Różnili się tylko od siebie tem, że Zawisza czuł się i wyznawał Polakiem, a Ścibor, wyrzekł swoich i kraju, duszą i ciałem oddany Luksemburczykowi.
Około Zawiszy co było najprzedniejszego w Krakowie, krążyło, jakby go wodzem swym z ducha i męztwa uznawało...
Nie policzyć tu było rzędem siedzących znakomitości wszystkich, starców i mężów i młodzieży co już z nimi stała na równi. Jak drogi łańcuch klejnotami sadzony, wydawał się ten stół i inne mnogie, przy których wszystkiemi językami świata rozmawiano...
Uczta właśnie była w połowie, a umysły biesiadujących poczynały rozgrzewać się w rozmowie ocierając o siebie... i kubki wychylane dodawały myślom śmiałości i słowom, gdy drzwi jedne z sieni wprost do Laskowca wiodące nachyliły się i Jadwiga w nich ukazała, wśród tych różowych twarzy i ożywionych ludzi, jak widmo blada i smutna.
Jagiełło postrzegł i skinął na nią z jednej, Sonka z drugiej strony, córka przystąpiła do ojca. Naówczas stary to dziecię swe królom ukazując i panom duchownym je polecał... Zygmunt, najzepsutszy i najrozspustniejszy z ludzi, równie jak żona jego Barbara była z niewiast najbezwstydniejszą, zmierzył oczyma lubieżnika tego wyrostka, ale żałobny smutek sieroty podobać mu się nie mógł... Spoglądali inni z ciekawością. Musiała Jadwiga iść i znieść pogłaskanie po twarzy rzymskiej królowej, i wejrzenie surowe macochy, za które wypłaciła się dumnem...
To zjawienie się jej w Laskowcu, nie trwało długo; gwar i wrzawa, kręcenie się sług przynoszących coraz nowe misy przystrojone piórami ptaków, okryte wymyślnemi ozdoby, nie dozwalało zatrzymać się, a Jadwiga jak mogła najprędzej uszła, chociaż oznajmiono jej, że po biesiadzie nastąpią pląsy, w których i ona powinna uczestniczyć.
W Laskowcu ucztowano poważniej i monarchowie a duchowieństwo nie schodziło z miejsc swoich, trwając do końca. W bocznych salach poczynano sobie swobodniej daleko...
I gwar też panował tu weselszy... Wielu z panów wstawało, przechadzało się, wiązało w gromadki, więcej zajmując rozmową, niż jedzeniem i kubkami.
Nieco opodal u tegoż stołu, przy którym siedział wojewoda krakowski, Zawisza Czarny i Farurej, miejsce zajmował człowiek, niewielkiego wzrostu, otyły, okrągłej twarzy, uśmiechający się sarkastycznie, w sukni duchownej, z łańcuchem na szyi.
Chociaż wzrost nie dawał mu wybić się nad innych i szerokie ramiona sąsiadów go zasłaniały, twarz na pozór pospolitych rysów, nie odznaczała go od innych, wyraz jej rozumny, dowcipny i cyniczny nieco, usta szerokie i wydatne uśmiechające się ciągle szydersko, czoło wypukłe i szerokie, jakaś cecha życia i śmiałości, zmuszała go wyróżnić wśród natłoku. Widać było, że ten zażywny, krągły, wesoły, dobrze utuczony księżyna, więcej tu znaczył niż inni.
Obracano się do niego w rozmowie, wywoływano odpowiedzi, przysłuchiwano się im ciekawie.
Pochylały się ku niemu głowy, skupiali za krzesłem ludzie, radzi coś z ust tych posłyszeć, których każde powiedzenie wywoływało śmiech i oklaski...
Był to jeden z najzdolniejszych ludzi wieku swego, poeta łaciński, pisarz niepospolitym obdarzony talentem, znany z niepomiarkowanej złośliwości swej podkanclerzy Ciołek.
Naówczas gdy cała Polska obruszona była na Jagiełłę za zniewagę jaką uczynił koronie Piastów, kładnąc ją na skronie starej Granowskiej, nieszczęśliwej kobiety, znużonej życiem i jego przygodami, Ciołek napisał był szkaradny paskwil na nią, w którym nazywał królowę maciorą, co ryjem z ziemi skarb sobie wykopała...
Jagiełło precz go naówczas odegnał od dworu, ale bez Ciołka kancelarya królewska chromała. Obejść się bez tego cynika nie było można, który mimo sukni duchownej, więcej miłośnych wierszy pisał niż modlitw, i znał się lepiej na Owidiuszu niż na teologii.
Lecz gdy potrzeba było wystylizować list do Rzymu, skargę na Krzyżaków, jedno z tych pism, które to do Stolicy, to na Sobory posyłano, Ciołka nikt nie mógł zastąpić.
I król, choć go nie lubił, choć mu nie przebaczył w duszy, musiał go do służby nazad powołać, a Zbyszek ścierpiał go pod sobą jako podkanclerzego.
Po takim upadku człowiek gdy się podniesie, zawsze go to uzuchwala. Czuje się niezbędnym, takim w istocie teraz był i sądził się podkancleczy. Pozwalał też sobie wiele bezkarnie, gdy mu ową maciorę przebaczono.
Wśród uczty właśnie, jeden z tych co tu przeciwko Oleśnickiemu, stronę Witoldową trzymali, młody Mielsztyński, zbliżył się po za krzesło podkanclerzego. Opatrzywszy dobrze, aby ich nie podsłuchano, do ucha mu szepnął.
— Cóż napiszecie o tej — księże podkanclerzy?
Odwrócił się trochę zdziwiony Ciołek, popatrzył mu w oczy długo i zdawał się wzrokiem wyrzucać uczynione pytanie, odpowiadać na nie ochoty nie mając.
— Jeżeli nie napiszecie, to choć pomyślicie? — szepnął Mielsztyński — a jabym rad sąd wasz wiedział?
— Abyś go roztrąbił! — dodał podkanclerzy.
— Nie, abym się z niego nauczył co o przyszłości — odparł młody.
— O przyszłość pytajcie nie mnie, a Henryka Czecha, który ją we gwieździech czyta — zaśmiał się Ciołek.
— Wy ją i bez gwiazd odgadnąć potraficie — rzekł Mielsztyński.
— A gdybym zgadł, myślisz, żebym ją w świat rzucił? — rzekł Ciołek.
— Cóż o naszej królowej mówicie? — trochę niechęci zdradzając tonem odezwał się Mielsztyński.
Ciołka twarz oblała się rumieńcem.
— Tyle tylko — przerwał żywo — że królową godna być! Sama piękność ją nią czyni...
— A nasz stary pan przy niej?
Podkanclerzy brwi podniósł i oczy spuścił.
— Cóż rzec? szczęśliwy, i po wszystkiem — zakończył Ciołek...
Nie mogąc z niego nic po swej myśli wyciągnąć, Mielsztyński szepnął coś o Barbarze. Podkanclerzy okiem mruknął i uśmiechnął się.
— Lepiej dobranego małżeństwa nad te — rzekł — od stworzenia świata nie było... Ambo meliores. Onaby wszystkich mężczyzn rada mieć, a Zygmunt wszystkie niewiasty, byle nie ją!!
Śmieli się oba. Rozmowa cichemi szepty się skończyła.
Uczta też już musiała ustąpić przygotowującym pląsom, do których grali fleciści i serbowie...
Młodzież ruszyła się z miejsc, stoły pustoszały...
Do wielkiej sali, w której już niewiasty się zgromadziły, rycerstwo też ochocze napływać zaczynało...
Od początku uczty, przy książęcym i monarchów stole, siedzący mąż lat średnich, nasępiony, milczący, zwracał uwagę tem, że mało go kto tu znał, a gdy się jedni drugich pytali o nazwisko jego, ledwie się dobadać można było, iż ruskim jakimś kniaziem go mianowano. Imię mu było Jerzy, a nazwy księztwa nikt nie podawał. Ruszano ramionami powiadając, że przyrodnim bratem Witoldowej Julianny był.
Mało on tu widać znaczył i posadzono go nizko, choć głowę wysoko zadzierał i dumnie z góry spozierał na drugich, a królowej szczególnie nie spuszczał z oka.
W sali gdy do pląsów się sposobiono, zajął miejsce u ściany, za pas rękę założywszy, z nikim nie przestając, sam, jakby tu nie miał nikogo. Biesiada go nie rozweseliła, choć pił dużo. Po niej wydawał się jeszcze mocniej zasępiony. Oczy jego to na podłogę były zwrócone, to szukały królowej, a nudziło mu się widocznie, nikt się nim nie zajmował, on też nie szukał nikogo.
Zdawał się tylko szukać zręczności, aby do Sonki się zbliżyć. Ona i królowa rzymska rozpoczęły pląsy, od których tylko stary Jagiełło schronił się do kąta.
Zygmunt luksemburski zaraz potem śmiało wkroczył pomiędzy panny królowej i co najpiękniejsze wybierając, począł się im zuchwale naprzykrzać. Obyczaj wieku takiemu panu dozwalał wiele, a Zygmunt korzystał z tego.
Tymczasem małżonka jego Barbara śmiała się oczyma i rękami powołując ku sobie co najkrasiwszą młodzież. Wybierała do pląsów bez różnicy narodowości, który najpiękniej wyglądał i nie szczędziła przymileń.
Wesoło być poczynało na sali, a pląsom towarzyszyły wybuchy śmiechu, które niekiedy pieskliwą muzykę głuszyły.
Królowa Sonka wprędce znużona, usiadła... Zaledwie to spostrzegł kniaź Jerzy, który na to zdawał się czatować, natychmiast pod ścianą się snując, przybliżył ku niej.
Postrzegła go Sonka i ostro spojrzała. Tym czasem, kniaź już przez niewiasty się przedarłszy, do jej krzesła przysunął.
— Nie było czasu nawet was i pozdrowić — odezwał się po rusku... Ja tu błąkam się cały dzień jak w lesie, mnie mało kto zna, a ja tak jak nikogo.
Chciałem się wam pokłonić — dodał — i od siebie — tu zatrzymał się trochę — i od księcia Witolda.
Królowa obejrzała się zdziwiona i dumna.
— Nie raczył przybyć książe, nie spodziewałam się pozdrowienia — rzekła... Zabolało mnie to! zabolało!
— Witolda też boli, że wasza miłość, o nim tu zapomnieliście — mówił kniaź Jerzy. — Ja tu z tem od niego przybyłem, abym żal jego przywiózł i...
— I co? — dumnie spytała Sonka.
— Przebacz, królowo moja — śmiało dokończył Jerzy — no... i przestrogę.
— Groźbę, powiedz raczej? — wtrąciła Sonka.
— Nazwijcie to jak chcecie — zimno ciągnął kniaź — Co mi polecono, to wam niosę. Witold srodze na was zażalony. Innego się po was spodziewał, z czem innem was na ten tron słał, należało mu się więcej... Pomnijcie, miłość wasza, że ręka jego sięga daleko, a nikogo się on nie lęka.
— Więc i mnie nie powinien — przerwała obrażona Sonka. — Chciał odemnie pewnie, abym dla niego zdradziła męża? służyła mu jak niewolnica?
Uśmiechnęła się.
— Mój kniaziu, siostrzenicą jego nazwać bym się nie była godną, gdybym taką niewolę ścierpiała!! Jestem mu wdzięczną, ale słuchać go nie powinnam i nie mogę...
— I nie będziecie? — zapytał kniaź.
— Nie będę! nie!! — gniewnie odezwała się królowa. — Co mnie spotka, z tem się rozprawię, ale Witoldową służebnicą, królowa polska nie będzie nigdy!
Kniaź Jerzy posłyszawszy ten wyrok, spuścił głowę.
— Podumajcie no, podumajcie — rzekł po chwili. — Ja was takiego dnia uroczystego nie chcę trapić, a radzę, podumajcie! Znacie Witolda. Siedzi daleko na Litwie, nie ma go tu, bezpieczni się czujecie od niego... a gdy zechce... tak was potrafi zrzucić, jak podniósł..
Sonka spojrzała pogardliwie na kniazia.
— Jego słowa powtarzam — dodał... Znajdzie drogę i do serca Jagiełły, aby wam je odebrać, i to tych co wam tu służą, a wy wiecie najlepiej, że uparty i mściwy jest...
Rozśmiała się młoda królowa.
— Mściwą ja nie jestem jak on, ale upartą tak samo — rzekła. — I jak jego, mężną mnie Bóg stworzył. Myślicie, że nie widzę niebezpieczeństwa i nie wiem co mnie spotkać może? Wszystkiemu wierzę, ale wszystko przetrwam...
Pierś jej poruszać się zaczęła coraz mocniej i oczy pod brwiami zmarszczonemi zabłysły ogniem.
— Byłabym podłą, gdybym groźbom uledz miała. Witold mógłby mnie był może powolniejszą uczynić, gdyby nie obraził rozkazywaniem... Mnie oprócz pana mojego małżonka, nikt rozkazywać nie będzie.
Gwałtownie dokończywszy, królowa otarła usta chustynką i spojrzawszy do koła, że nikt się nie zbliżał i nie słuchał, ciągnęła dalej.
— Powiedz mu to, powiedz wszystko, oskarż mnie. Wiem ja, wiem dlaczego Witold wydawał mnie za starego. Chciał mnie mieć miłośnicą i niewolnicą... Nie śmiał dziewką, gdym była przystąpić, sądził, że zamężną mnie weźmie!! Nieraz w Wilnie dawał mi poznać, dlaczego wydaje za Jagiełłę; milczałam, aby się z jego rąk uwolnić... Dziś, powiedz mu to, nie złamie Sonki, może się mścić, ale mnie nie pozyska niczem. Jest dosyć młodych dziewek na Rusi...
To mówiąc wstała królowa, spojrzała na kniazia Jerzego, który stał z głową skurczoną, i twarz starając się wypogodzić, podeszła ku królowej Barbarze.
Rozmowa była skończoną. Kniaź Jerzy znalazł się sam za pustem krzesłem i natychmiast z pośrodka kobiet, które go otaczały, cofać się począł...
Na twarzy królowej, pomimo jej mocy nad sobą, pozostał wyraz stłumionego gniewu. Witold zatruł jej ten najpiękniejszy dzień w życiu.
Nazajutrz i następnych dni, ciągnęły się uroczystości i zabawy, bo królewskie gody mniej tygodnia nie mogły trwać.
Z rana w podworcach odbywały się turnieje, po których Barbara i Sonka nagrody rozdawały. Siadano potem do stołów, a wieczorem pląsy się wznawiały.
Zawisza Czarny, Farurej, dwaj komturowie Krzyżacy, Tarnowscy, Mielsztyńscy, Tęczyńscy i młodzież rycerska, codzień się spotykali w pełnych zbrojach, krusząc kopie, dając dowody zręczności i siły.
Królowa rzymska, która była zawsze najpierwszą do rozdawania wieńców i miała zręczność zbliżać się do młodzieży, bawiła się wielce gonitwami. Sonka musiała, choć ze trwogą w duszy, jaką ją groźby Witolda napełniły, wesołą się okazywać. Jagiełło z gościnnością bezmiernie szczodrą, swoich dostojnych przyjaciół obsypywał darami.
Tak czas upłynął aż do soboty na Wawelu. Ostatniego dnia Zawisza Czarny uprosił sobie króla Zygmunta w gościnę, a z nim i wszystkich panów i książąt... Przy ulicy św. Jana, bogaty kupiec Czech dom mu swój pożyczył, aby miał gdzie królów pomieścić, a był to jeden z największych w mieście.
Tym samym trybem odbyła się uczta u Zawiszy, przy której on z bratem gospodarzyli i ugaszczali...
Ostatniego dnia sypnęły się pożegnalne dary w koniach, misach, futrach i kosztownych tkaninach. Król rzymski niecierpliwy spieszyć musiał do domu, do dalszej walki z Czechami, do obmyślania obrony przeciw Turkom, do szukania pieniędzy, które w ręku jego topniały.
Po Spiżu założonym Jagielle, gotów był nowy jaki ziemi kawał dać zastawą, byle dostać tych grzywien, któremi rozrzutnie szafował. Krzyżacy wahali się z pożyczką.
Najdłużej z obcych książąt pozostał w Krakowie bawarski Ludwik; a gdy przeprowadzany przez Jagiełłę za bramy miejskie, miał się już z nim rozstać, obrócił się ku niemu schylając głowę.
— Zaprawdę — zawołał z uśmiechem — słyszałem o was i nasłuchałem się wiele, ale com oczyma widział własnemi, przeszło czegom oczekiwał.
Wrócił Jagiełło spoczywać...
— Sonko — odezwał się wdziewając swój kożuch stary z wielką radością, iż dawne życie miał rozpocząć. — Sonko, radą jesteś?
— Królu mój! szczęśliwąś mnie uczynił, Bóg niech płaci; patrz tylko, aby mojego i twojego szczęścia Witold nie zamącił!!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.