Ludzkie, arcyludzkie/Człowiek z samym sobą

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

483.

Wrogowie prawdy. – Przekonania są bardziej niebezpiecznymi wrogami prawdy niż kłamstwa.


484.

Świat na wspak. – Krytykujemy myśliciela ostrzej, kiedy wygłasza zdanie dla nas nieprzyjemne; a jednak byłoby rozumniej czynić to wtedy, kiedy zdanie jego jest dla nas przyjemne.


485.

Człowiek z charakterem. – Wydaje się, że człowiek posiada charakter, o wiele częściej dlatego, że postępuje zawsze zgodnie ze swoim temperamentem, niż że postępuje zgodnie ze swymi zasadami.


486.

Jedno jest konieczne. – Jedno mieć trzeba: albo umysł z natury lekki, albo umysł, który dzięki sztuce i wiedzy stał się lżejszym.


487.

Namiętność do rzeczy. – Kto swą namiętność kieruje ku rzeczom (naukom, dobru państwa, interesom kultury, sztukom), odejmuje wiele ognia swej namiętności ku osobom (nawet jeśliby byli przedstawicielami tych rzeczy, tak jak politycy, filozofowie, artyści są przedstawicielami swych tworów).


488.

Spokój w chwili działania. – Jak wodospad, rzucając się w przepaść, staje się wolniejszy i bardziej napowietrzny, tak zwykle człowiek wielki działa z większym spokojem, niżby można było oczekiwać po jego burzliwej żądzy przed czynem.


489.

Nie za głęboko. – Osoby, które ujmują rzecz w całej głębokości, rzadko pozostają wierne jej na zawsze. Wydobyły właśnie głębię na światło; jest przy tym zawsze wiele złego do zobaczenia.


490.

Obłęd idealistów. – Wszyscy idealiści wyobrażają sobie, że sprawy, którym oni służą, są w istocie swej lepsze niż inne sprawy na świecie, i nie chcą uwierzyć, że jeśli ich sprawa w ogóle ma się rozwijać, potrzebuje zupełnie takiego samego nieprzyjemnie pachnącego nawozu, jakiego potrzebują wszystkie inne przedsięwzięcia ludzkie.


491.

Obserwowanie samego siebie. – Człowiek sam się broni bardzo dobrze przeciw sobie, przeciw swoim wywiadom i oblężeniu, zazwyczaj nie jest w stanie zauważyć z siebie wiele więcej oprócz swych robót zewnętrznych. Właściwa forteca pozostaje dla niego niedostępna, nawet niewidoczna, chyba że przyjaciele i wrogowie posłużą za zdrajców i wprowadzą go tajemnymi przejściami.


492.

Właściwy zawód. – Mężczyźni rzadko wytrzymują w zawodzie, co do którego nie wierzą lub nie wmawiają sobie, że w gruncie jest on ważniejszy od wszystkich innych. To samo zdarza się kobietom z kochankami.


493.

Szlachetność sposobu myślenia. – Szlachetność sposobu myślenia polega w wielkiej części na dobroduszności i braku nieufności, i zawiera właśnie to, nad czym ludzie chciwi zysku i doznający powodzenia tak chętnie natrząsają się z wyższością i szyderstwem.


494.

Cel i drogi. – Wielu jest upartych co do raz obranej drogi, niewielu co do celu.


495.

Strona oburzająca indywidualnego sposobu życia. – Wszystkie bardzo indywidualne reguły życia podburzają ludzi przeciw temu, kto je stosuje; ludzie czują się poniżeni, jako istoty zwykłe, nadzwyczajnym postępowaniem, na jakie sobą inna osoba pozwala.


496.

Przywilej wielkości. – Jest to przywilejem wielkości uszczęśliwiać nadzwyczajnie darami bardzo drobnymi.


497.

Mimo woli dostojny. – Człowiek zachowuje się mimo woli dostojnie, jeżeli się przyzwyczaił niczego od ludzi nie chcieć i zawsze im dawać.


498.

Warunek heroizmu. – Jeśli kto chce zostać bohaterem, trzeba żeby przedtem żmija stała się smokiem, inaczej brak mu właściwego wroga.


499.

Przyjaciel. – Radość wspólna, nie cierpienie wspólne, czyni przyjacielem.


500.

Zużytkować przypływ i odpływ. – Trzeba umieć zużytkować dla poznania ów prąd wewnętrzny, co nas do pewnej rzeczy pociąga, i ten, co nas, po pewnym czasie, od niej oddala.


501.

Podobać się sobie. – "Znajdować upodobanie w rzeczy" – tak się to mówi: lecz w rzeczywistości jest to podobanie się w sobie, a środkiem do tego jest rzecz.


502.

Skromny. – Kto z ludźmi jest skromny, tym większą wykazuje zarozumiałość względem rzeczy (miasta, państwa, społeczeństwa, epoki, ludzkości). Jest to jego zemsta.


503.

Zawiść i zazdrość. – Zawiść i zazdrość są częściami wstydliwymi duszy ludzkiej. Być może, że porównanie dałoby się przeprowadzić dalej.


504.

Najbardziej wyniosły z obłudników. – Wcale o sobie nie mówić – jest to obłuda bardzo wyniosła.


505.

Irytacja. – Irytacja jest to choroba ciała, której bynajmniej nie usuwa się przez to, że powód irytacji został następnie usunięty.


506.

Przedstawiciele prawdy. – Nie wtedy, kiedy mówić prawdę jest niebezpiecznie, prawda najrzadziej znajduje przedstawicieli, lecz kiedy to jest nudne.


507.

Jeszcze uciążliwsi niż wrogowie. – Osoby, o których nie jesteśmy przekonani, że w każdej okoliczności zachowają się względem nas z sympatią, kiedy tymczasem my jesteśmy zobowiązani z jakiegokolwiek powodu (np. z wdzięczności) do zachowania ze swojej strony pozorów bezwarunkowej sympatii, dręczą naszą wyobraźnię o wiele bardziej niż wrogowie.


508.

Na łonie przyrody. – Czujemy się tak dobrze na łonie przyrody, ponieważ ona nie posiada o nas zdania.


509.

Każdy w jednej rzeczy posiada wyższość. – W stosunkach cywilizowanych każdy przynajmniej w jednej dziedzinie czuje się wyższym od wszystkich innych: na tym opiera się życzliwość powszechna, każdy bowiem w pewnych okolicznościach może przyjść z pomocą, i dlatego, bez wstydu, pomoc może przyjąć.


510.

Powody pociechy. – Kiedy ktoś umiera, potrzebuje się powodów do pocieszenia się nie tyle, żeby złagodzić gwałtowność bólu, lecz żeby się uniewinnić, że tak łatwo czujemy się pocieszeni.


511.

Wierni przekonaniom. – Kto wiele ma do roboty, zachowuje swe ogólne poglądy i punkty widzenia prawie bez zmiany. Tak samo każdy, kto pracuje w służbie idei: nie będzie już nigdy badał samej idei, na to nie ma czasu: co więcej, jest to nawet wbrew jego interesom w ogóle uważać ą za podlegającą dyskusji.


512.

Moralność i ilość. – Wyższa moralność jednego człowieka w porównaniu z moralnością innego polega często tylko na tym, że cele ilościowo są większe. Tamtego ściąga niżej zajmowanie się drobnostkami w ciasnym kole.


513.

Życie jako rezultat życia. – Może sobie człowiek jak najdalej wybiegać ze swoim poznaniem, wydawać się sobie tak obiektywnym, jak tylko chce: w końcu nie wyniesie z tego nic więcej nad swoją własną biografię.


514.

Żelazna konieczność. – Żelazna konieczność jest to rzecz, co do której ludzie w ciągu historii spostrzegają, że nie jest ani żelazna, ani konieczna.


515.

Z doświadczenia. – Że rzecz jest przeciw rozumowi, to nie argument przeciw jej istnieniu, raczej jego warunek.


516.

Prawda. – Nikt nie umiera obecnie od prawd zabójczych: za wiele jest odtrutek.


517.

Pogląd zasadniczy. – Nie ma z góry ustanowionej harmonii między postępem prawdy i dobrem ludzkości.


518.

Los ludzki. – Kto głębiej myśli, wie, że niech postępuje i sądzi jak chce, nigdy nie będzie miał słuszności.


519.

Prawda jako Circe. – Błąd zrobił zwierzęta ludźmi; miałaby prawda być w stanie z powrotem człowieka uczynić zwierzęciem?


520.

Niebezpieczeństwo naszej kultury. – Należymy do czasów, w których kulturze grozi, że zginie od środków kultury.


521.

Wielkość znaczy: nadać kierunek. – Żaden prąd sam przez się nie jest ani wielki, ani bogaty, lecz że przyjmuje i unosi tak wiele dopływów, to go nim czyni. Tak się też rzecz ma ze wszelkimi wielkościami ducha. Chodzi tylko o to, żeby ktoś nadał kierunek, w którym pójdzie koniecznie tak wiele dopływów; nie o to, czy on od samego początku jest bogaty, czy biedny z natury.


522.

Głuche sumienie. – Ludzie, którzy mówią o swym znaczeniu dla ludzkości, miewają w stosunku do zwyczajnej mieszczańskiej rzetelności, na dotrzymywanie zobowiązań i obietnic, głuche sumienie.


523.

Chcieć być kochanym. – Wymagać, żeby nas kochano, jest największą z zarozumiałości.


524.

Pogardzanie ludźmi. – Niedwuznaczną oznaką pogardzania ludźmi jest to, że każdego ceni się tylko jako środek do swego celu, lub wcale nie ceni.


525.

Zwolennicy z ducha przeczenia. – Kto doprowadzał ludzi do wściekłości przeciw sobie, ten też zawsze zdobywał partię sobie przychylną.


526.

Zapominać o swych przygodach. – Kto wiele myśli, i mianowicie myśli rzeczowo, łatwo zapomina o swoich przygodach, lecz nie o myślach, które one wywołały.


527.

Obstawać przy zdaniu. – Jeden obstaje przy zdaniu, ponieważ wmawia sobie cokolwiek, iż sam doszedł do niego, inny ponieważ mozolnie go się wyuczył, i jest dumny z tego, że je zrozumiał: obydwaj więc z próżności.


528.

Unikać światła. – Dobry czyn tak samo trwożliwie unika światła jak czyn zły: ten obawia się, żeby jego ogłoszenie nie sprowadziło bólu (w postaci kary), tamten obawia się, żeby wskutek jego ogłoszenia nie znikło zadowolenie (mianowicie to czyste zadowolenie z samego siebie, które ustaje natychmiast, skoro przyłącza się doń zadowolenie z próżności).


529.

Długość dnia. – Kiedy się ma wiele do schowania, dzień ma sto kieszeni.


530.

Geniusz tyraństwa. – Jeśli w duszy budzi się niepohamowana chęć wydobycia się na wierzch sposobami tyrańskimi i stale podtrzymuje ogień, wtedy nawet mały talent (polityków lub artystów) staje się stopniowo niepokonaną siłą natury.


531.

Życie wroga. – Kto żyje z tego, że zwalcza wroga, jest tym zainteresowany, żeby wróg życie zachował.


532.

Ważniejsze. – Ciemną, niewyjaśnioną rzecz uważa się za ważniejszą od rzeczy jasnej, wyjaśnionej.


533.

Ocena oddanych usług. – Usługi, które nam ktoś oddaje, cenimy według wartości, którą on sam im przypisuje, nie zaś według tej, którą mają dla nas.


534.

Nieszczęście. – Wyróżnienie, za które uważają nieszczęście (jak gdyby było oznaką płaskości, braku ambicji i pospolitości czuć się szczęśliwym), jest tak wielkie, że jeśli się mówi do kogoś: "ależ jak pan jesteś szczęśliwy!" – ten protestuje zwykle.


535.

Strach w wyobraźni. – Strach w wyobraźni jest owym złym małpim koboldem, który właśnie wtedy skacze człowiekowi na plecy, kiedy ten ma już najwięcej do dźwigania.


536.

Wartość niesmacznych przeciwników. – Czasami człowiek pozostaje tylko dlatego wiernym pewnej sprawie, że jej przeciwnicy nie przestają być niesmaczni.


537.

Wartość zawodu. – Zawód czyni bezmyślnym; na tym polega jego największe błogosławieństwo. Jest on bowiem szańcem obronnym, poza który można się cofnąć z przyzwoitością, kiedy opadają nas wątpliwości i troski różnego rodzaju.


538.

Talent. – Talent niejednego człowieka wydaje się mniejszym niż jest, ponieważ człowiek stawia sobie zawsze zbyt duże zadania.


539.

Młodość. – Młodość jest nieprzyjemna; albowiem w tym wieku nie można, lub jest nierozsądnie, być produktywnym w jakimkolwiek znaczeniu.


540.

Zbyt wielkie cele. – Kto sobie otwarcie stawia wielkie zadania, a następnie w tajemnicy nabiera przekonania, że do nich jest za słaby, zazwyczaj nie ma też dosyć siły, żeby je otwarcie odwołać i wtedy niechybnie staje się obłudnikiem.


541.

Z prądem. – Silna woda porywa z sobą wiele kamieni i zarośli, silne duchy wiele głupich i zawróconych głów.


542.

Niebezpieczeństwa wyzwolenia duchowego. – Przy wyzwoleniu duchowym człowieka, pomyślanym poważnie, jego namiętności i żądze cichaczem mają także nadzieję znaleźć korzyść dla siebie.


543.

Wcielenie się ducha. – Kiedy ktoś wiele i mądrze myśli, nie tylko jego twarz, lecz całe ciało nabiera mądrego wyglądu.


544.

Źle widzieć i źle słyszeć. – Kto mało widzi, widzi zawsze mniej; kto źle słyszy, słyszy zawsze coś jeszcze w dodatku.


545.

Zadowolenie z siebie w próżności. – Próżny nie tyle chce wyrastać nad innych, ile doznawać uczucia, że wyrasta; dlatego nie zaniedbuje żadnego środka oszukiwania i wyprowadzania w pole samego siebie. Nie zdanie innych, lecz własne zdanie o zdaniu innych leży mu na sercu.


546.

Wyjątkiem próżni. – Człowiek, który zwykle wystarcza sam sobie, bywa wyjątkiem próżny i wrażliwy na sławę i pochwały, jeśli jest chory na ciele. W miarę jak traci siebie, musi się starać o odzyskanie siebie ze zdania cudzego, z zewnątrz.


547.

"Bogaci duchem". – Ten nie ma ducha, kto szuka ducha.


548.

Wskazówka dla przywódców partyjnych. – Kiedy można doprowadzić ludzi do tego, żeby się oświadczyli za czymś publicznie, doprowadza się ich także najczęściej do tego, że się wewnętrznie za tym oświadczają; chcą, żeby ich potem uważano za konsekwentnych.


549.

Pogarda. – Pogarda innych jest dla człowieka dotkliwsza niż pogardzanie samym sobą.


550.

Sznur wdzięczności. – Są dusze niewolnicze, które tak daleko posuwają uznanie za wyświadczone dobrodziejstwa, iż sznurem wdzięczności same się duszą.


551.

Podstęp proroka. – Żeby odgadnąć z góry sposób postępowania ludzi zwykłych, trzeba przypuszczać, że zawsze czynią najmniejszy nakład umysłowy, żeby się uwolnić z położenia nieprzyjemnego.


552.

Jedyne prawo człowieka. – Kto z tradycji się wyłamuje, jest ofiarą nadzwyczajności; kto w tradycji trwa, jest jej niewolnikiem. Zgubionym będzie się w każdym razie.


553.

Niżej zwierzęcia. – Kiedy człowiek rży od śmiechu, przechodzi wszystkie zwierzęta swoją gminnością.


554.

Wiedza połowiczna. – Ten, kto słabo mówi językiem obcym, więcej ma z tego uciechy niż ten, kto mówi dobrze. Przyjemność jest rzeczą na pół umiejących.


555.

Niebezpieczna usłużność. – Są ludzie, którzy chcą utrudnić życie ludziom nie z innego powodu, tylko żeby im potem ofiarować swoją receptę na ulżenie życia, na przykład swoje chrześcijaństwo.


556.

Gorliwość i sumienność. – Gorliwość i sumienność często są przez to antagonistkami, że gorliwość chce zrywać z drzewa owoce jeszcze kwaśne, sumienność zaś pozostawia je na drzewie za długo, póki nie spadną i nie potłuką się.


557.

Podejrzewać. – Ludzi, których znieść nie możemy, staramy się uczynić podejrzanymi dla siebie.


558.

Brak okoliczności. – Wielu ludzi przez całe życie czeka na sposobność, żeby na swój sposób być dobrymi. 559.

Brak przyjaciół. – Brak przyjaciół każe się domyślać zawiści lub zarozumiałości. Niejeden zawdzięcza swych przyjaciół tylko szczęśliwej okoliczności, że nie ma powodu do zawiści.


560.

Niebezpieczeństwo w obfitości. – Mając o jeden talent więcej, stoi się często mniej pewnie niż mając o jeden mniej: jak stół stoi lepiej na trzech niż na czterech nogach.


561.

Innym za wzór. – Kto chce dać dobry przykład, powinien do swej cnoty dodać gram błazeństwa; wtedy naśladują go i jednocześnie wynoszą się nad tego, kogo naśladują – a to ludzie lubią.


562.

Być tarczą do celu. – Złe mowy innych często nie stosują się właściwie do nas, lecz są objawami gniewu, nieusposobienia i zupełnie innych powodów.


563.

Łatwo zrezygnowani. – Mało się cierpi z powodu wyrzeczenia się życzeń, jeśli się swą wyobraźnię zaprawiło do tego, żeby przeszłość oszpecać.


564.

W niebezpieczeństwie. – Najczęściej niebezpieczeństwo przejechania grozi wtedy, kiedy się właśnie wóz wyminęło.


565.

Według głosu rola. – Kto jest zmuszony mówić głośniej, niż zwykł mówić (na przykład do na pół głuchego, lub do wielkiego audytorium), przesadza zwykle rzeczy, które ma zakomunikować. – Wielu ludzi staje się spiskowcami, oszczercami, intrygantami tylko dlatego, że głos ich najbardziej nadaje się do szeptu.


566.

Miłość i nienawiść. – Miłość i nienawiść nie są ślepe, ale oślepione ogniem, który same w sobie noszą.


567.

Znienawidzony z korzyścią. – Ludzie, którzy nie mogą dość jasno dowieść światu swych zasług, starają się wzbudzić silną nienawiść. Pocieszają się wtedy myślą, że ona staje między ich zasługami a uznaniem – i że wielu ludzi przypuszcza to samo: co jest z korzyścią dla ich powagi.


568.

Spowiedź. – Człowiek zapomina o swej winie, kiedy się z niej wyspowiadał przed innym, ale nie zapomina o niej zwykle ten inny.


569.

Wystarczanie samemu sobie. – Złote runo wystarczania samemu sobie broni przed cięgami, ale nie przed ukłuciami szpilki.


570.

Cienie w płomieniu. – Płomień nie jest samemu sobie tak jasny, jak innym, którym świeci: tak też i mędrzec.


571.

Własne zdania. – Pierwsze zdanie, które się nam nasuwa, kiedy nas nagle pytają o jakąś rzecz, zwykle bywa nie nasze, lecz obiegowe, właściwe naszej kaście, stanowisku, pochodzeniu; zdania własne rzadko wypływają na wierzch.


572.

Pochodzenie odwagi. – Zwyczajny człowiek jest odważny i nieustraszony jak bohater: kiedy nie widzi niebezpieczeństwa, nie ma oczu na nie. Odwrotnie: bohater posiada jedyne miejsce, gdzie go dosięgnąć można na plecach, więc tam, gdzie nie ma oczu.


573.

Niebezpieczeństwo w lekarzu. – Trzeba się urodzić dla swego lekarza, inaczej ginie się przez swego lekarza.


574.

Cudowna próżność. – Kto trzy razy śmiało i z powodzeniem przepowiedział pogodę, w głębi duszy wierzy cokolwiek w swój dar proroczy. Uznajemy cudowność, irracjonalność, kiedy to schlebia naszemu mniemaniu o sobie.


575.

Zawód. – Zawód jest kręgosłupem życia.


576.

Niebezpieczeństwo wpływu osobistego. – Kto czuje, że wywiera na innego wielki wpływ wewnętrzny, musi mu puścić cugle zupełnie luzem, co więcej, chętnie widzieć czasami opór, a nawet wywoływać go: inaczej niechybnie zrobi sobie zeń wroga.


577.

Spadkobiercę dopuścić. – Kto ufundował coś wielkiego z myślą bezinteresowną, troszczy się o to, żeby sobie spadkobiercę wychować. Jest to cechą tyrańskiej i nieszlachetnej natury widzieć we wszystkich domniemanych dziedzicach dzieła swego przeciwników i żyć w stanie obrony przed nimi.


578.

Wiedza połowiczna. – Wiedza połowiczna jest bardziej zwycięska niż wiedza zupełna; widzi rzeczy prościej niż są i dlatego czyni swe zdanie bardziej zrozumiałym i bardziej przekonywającym.


579.

Nieodpowiedni na członka partii. – Kto myśli wiele, nie nadaje się na członka partii: przemyśli się za prędko przez partię.


580.

Zła pamięć. – Korzyść ze złej pamięci jest ta, że się sam człowiek tymi samymi dobrymi rzeczami wiele razy po raz pierwszy rozkoszuje.


581.

Bólu sobie przyczyniać. – Bezwzględność myśli często jest oznaką niespokojnego nastroju wewnętrznego, który się chce zagłuszyć.


582.

Męczennik. – Uczeń męczennika cierpi bardziej niż męczennik.


583.

Zaległa próżność. – Próżność wielu ludzi, którzy by już nie potrzebowali być próżni, jest dawnym i umocnionym przyzwyczajeniem z owego czasu, kiedy jeszcze nie mieli prawa wierzyć w siebie, i o tę wiarę w drobnej monecie dopiero u innych żebrali.


584.

Punctum saliens namiętności. – Kto jest w momencie zapalania się gniewem lub gwałtownym afektem miłosnym, dosięga punktu, w którym dusza jest pełna jak beczka: ale trzeba jeszcze dodać kroplę wody, dobrą wolę namiętności (którą zwykle nazywa się też złą). Potrzeba tylko tej odrobinki, wtedy naczynie się przelewa.


585.

Myśl w złym humorze. – Dzieje się z ludźmi, jak z mielerzami w lesie. Dopiero wtedy, kiedy młodzieńcy zostają wyżarzeni i zwęgleni, podobnie jak tamte, wtedy stają się zdatni do użytku. Dopóki swędzą i dymią, są może więcej interesujący, ale bezużyteczni i zbyt często niewygodni. – Ludzkość bez miłosierdzia obraca każdą jednostkę na opał do swych wielkich maszyn: lecz na co wtedy maszyny, jeżeli wszystkie jednostki (to znaczy ludzkość), służą tylko do tego, żeby je podtrzymywać? Maszyny, które same sobie są celem – czyż to jest umana commedia?


586.

O wskazówce życia. – Życie składa się z rzadkich oddzielnych momentów najwyższego znaczenia i nieskończonej liczby przerw, w których w najlepszym razie unoszą się wkoło nas cienie owych momentów. Miłość, wiosna, każda piękna melodia, góry, księżyc, morze – wszystko przemawia całkowicie do serca raz tylko: jeżeli w ogóle kiedykolwiek dochodzi całkowicie do słowa. Albowiem wielu ludzi nigdy nie zaznaje owych momentów i są oni sami przerwami i pauzami w symfonii życia prawdziwego.


587.

Napadać lub zajmować. – Często popełniamy ten błąd, że żywo nienawidzimy kierunku lub partii, lub epoki, ponieważ przypadkowo zdarza nam się widzieć tylko ich stronę zewnętrzną, ich uwiąd, lub z konieczności związane z nimi "wady ich cnót" – być może dlatego, że sami w nich uczestniczyliśmy. Wtedy odwracamy się do nich plecami i szukamy kierunku przeciwnego; lecz byłoby lepiej poszukać silnych, dobrych stron lub wykształcać je w sobie. To prawda, trzeba silniejszego wzroku i lepszej woli, żeby pomagać temu, co się staje, co nie jest doskonałe, niż żeby własną niedoskonałość przejrzeć i wyprzeć się jej.


588.

Skromność. – Istnieje prawdziwa skromność (to znaczy poznanie, że nie jesteśmy swymi własnymi dziełami); i bez wątpienia przystoi ona bardzo duchowi wielkiemu, ponieważ właśnie on może pojąć myśl zupełnej nieodpowiedzialności (i za to także, co dobrego tworzy). Brak skromności w człowieku wielkim budzi nienawiść nie dlatego, że czuje on swą siłę, lecz ponieważ chce się o swej sile przekonać przez to, że rani innych, obchodzi się z nimi jak pan i obserwuje, do jakiego stopnia są oni zdolni to znieść. Zwykle dowodzi to nawet braku pewności poczucia siły i każe wątpić ludziom o jego wielkości. W tym znaczeniu roztropność nakazuje bardzo odradzać nieskromności.


589.

Pierwsza myśl poranna. – Najlepszym środkiem, żeby każdy dzień dobrze zaczynać, jest: po przebudzeniu pomyśleć, czy przynajmniej jednemu człowiekowi nie dałoby się zrobić przyjemności. Gdyby to mogło zastąpić przyzwyczajenie do modlitwy, skorzystaliby na tej zmianie i inni ludzie.


590.

Zarozumiałość jako ostatnia pociecha. – Jeśli ktoś swoje nieszczęście, swoje braki intelektualne, swoją chorobę tak sobie tłumaczy, że widzi w tym los, na który jest z góry skazany, próbę lub tajemniczą karę za to, co popełnił dawniej, czyni przez to swoją istotę interesującą i wynosi ją w wyobrażeniu nad innych ludzi. Dumny grzesznik jest znaną postacią we wszystkich sektach klerykalnych.


591.

Wegetowanie szczęścia. – Tuż obok bólu świata i często na jego wulkanicznym gruncie, zakładał człowiek swój mały ogródek szczęścia. Czy się życie rozważa ze stanowiska tego, kto od istnienia chce tylko poznania, czy tego, kto się poddaje i rezygnuje, czy tego wreszcie, kto się cieszy z pokonania trudności – wszędzie znajduje się nieco szczęścia, wyrastającego obok nieszczęścia – tym więcej szczęścia, im bardziej wulkaniczny był grunt – tylko śmiesznie byłoby mówić, że przez to szczęście usprawiedliwione zostało samo cierpienie.


592.

Droga przodków. – Jest to rozumne, jeśli ktoś stara się dalej rozwijać w sobie talent, na który ojciec jego lub dziad zużyli wiele mozołu, zamiast zwracać się do czegoś zupełnie innego; inaczej sam się pozbawia możliwości, żeby osiągnąć doskonałość w jakimkolwiek rzemiośle. Dlatego przysłowie mówi: "Jaką drogą powinieneś pocwałować? – Drogą swoich przodków".


593.

Próżność i ambicja jako wychowawczynie. – Dopóki człowiek nie został jeszcze narzędziem ogólnego pożytku dla ludzi, niechaj go ambicja dręczy; lecz jeśli ten cel został osiągnięty, jeśli pracuje z koniecznością jak maszyna dla dobra ogółu, niechaj wtedy próżność przybywa; uczyni go ona w rzeczach drobnych bardziej ludzkim, bardziej towarzyskim, znośniejszym, wyrozumialszym, wtedy kiedy ambicja ukończyła nad nim grubą robotę (żeby uczynić go pożytecznym).


594.

Nowicjusze w filozofii. – Kto dopiero co wchłonął mądrość jakiegoś filozofa, chodzi po ulicach z uczuciem, jak gdyby został przetworzony i stał się wielkim człowiekiem; ponieważ spotyka tylko takich ludzi, którzy tej mądrości nie znają, może więc wystąpić z nowym, nieznanym rozwiązaniem wszelkich kwestii: gdy się kodeks uznaje, zaraz się też myśli, że można się niby sędzia krygować.


595.

Przez niepodobanie się podobać się. – Ludzie, którzy wolą raczej narażać się innym i wskutek tego nie podobać się, pragną tego samego co ci, którzy nie chcą narażać się innym i radzi podobać się, tylko w stopniu o wiele wyższym i nie wprost, lecz drogą pośrednią, pozornie oddalającą od celu. Pragną posiadać wpływ i władzę, i dlatego okazują swoją wyższość, w ten sposób nawet, że wywiera to przykre wrażenie, ponieważ wiedzą, że ten, kto w końcu władzę posiądzie, podoba się prawie we wszystkim, co czyni i mówi, i że nawet kiedy się nie podoba, zdaje się jeszcze, że się podoba. – Jak wolnomyślny, tak i wierzący pragną posiadać władzę, żeby przez nią kiedyś się podobać; jeśli grozi im z powodu ich nauki zły los, prześladowanie, więzienie, śmierć, cieszą się myślą, że w ten sposób piętno ich nauki zostanie wyryte i wypalone na ludzkości; przyjmują je jako bolesny, lecz silny, chociaż późno działający środek, żeby jednak kiedyś mimo wszystko dojść do władzy.


596.

Casus belli i rzeczy podobne. – Książę, który postanowiwszy wszcząć wojnę z sąsiadem, wynajduje casus belli, podobny jest do ojca, który podsuwa swemu dziecku matkę, która za matkę na przyszłość ma uchodzić. I czyż niemal wszystkie publicznie wygłaszane motywy naszych postępków nie są podobnymi podstawionymi matkami?


597.

Namiętność i prawo. – Nikt nie mówi namiętniej o swym prawie od tego, kto w głębi duszy wątpi o nim. Przeciągając na swą stronę namiętność, chce ogłuszyć rozsądek i jego wątpliwości: w ten sposób w zysku otrzymuje czyste sumienie, a z nim powodzenie u ludzi.


598.

Wybieg wyrzekającego się. – Kto protestuje przeciw małżeństwu na sposób kapłanów katolickich, będzie się starać pojmować je w najniższym, najpospolitszym znaczeniu. Tak samo, kto odtrąca szacunek współczesnych, uformuje sobie o nim niskie pojęcie; w ten sposób ułatwia sobie wyrzeczenie się i walkę ze sobą. Zresztą, kto w ogólności wielu rzeczy się wyrzeka, łatwo udziela sobie rozgrzeszenia w drobnostkach. Byłaby to rzecz możliwa, że ktoś, kto jest wyższy nad poklask współczesnych, nie chce się jednak wyrzec drobnostkowej próżności.


599.

Wiek zarozumiałości. – Między dwudziestym siódmym i trzydziestym rokiem życia leży u ludzi utalentowanych właściwy okres zarozumiałości; jest to pierwszy okres dojrzały z wielką pozostałością kwasu. Na zasadzie tego, co się czuje w sobie, czego jednak ludzie wcale nie widzą lub widzą mało, żąda się od nich czci i szacunku i mści się, że z początku ich nie ma, owym spojrzeniem, owym grymasem zarozumiałości, owym dźwiękiem głosu, które delikatne ucho i oko rozpoznaje we wszystkich produkcjach tego okresu, czy to będą poezje, filozofie, obrazy, czy muzyka. Starsi, doświadczeni mężowie uśmiechają się przy tym i ze wzruszeniem wspominają o tym pięknym okresie życia, w którym jest się złym na los, że się jest czymś tak wielkim i tak małym wydaje. Potem wydaje się rzeczywiście czymś większym, ale straciło się może wiarę, iż jest się czymś wielkim: pozostaje się więc przez całe życie niepoprawnym błaznem próżności.


600.

Zwodnicza a przecież trwała. – Jak po to, żeby wyminąć przepaść lub po klęsce przejść nad głębokim strumieniem potrzebna jest poręcz, nie żeby się na niej opierać – gdyż natychmiast załamałaby się wraz z przechodniem – lecz żeby dla oka wywołać obraz bezpieczeństwa: tak w młodości są potrzebne osoby, które nieświadomie oddają nam usługę owej poręczy. To prawda, że nie pomogłyby nam, jeślibyśmy rzeczywiście chcieli się wesprzeć na nich w wielkim niebezpieczeństwie, lecz wywierają na nas uspokajające wrażenie obrony w bliskości (przykładem ojcowie, nauczyciele, przyjaciele, jakimi jedni i drudzy zwykle bywają).


601.

Uczyć się kochać. – Kochać uczyć się trzeba, być dobrym uczyć się trzeba, i to od młodu; jeśli wychowanie i przypadek nie nastręczają nam żadnej okazji do ćwiczenia tych uczuć, dusza nasza staje się oschła i nawet do rozumienia owych delikatnych wynalazków ludzi kochających niezdatna. Tak samo należy uczyć się nienawiści i karmić ją, jeśli chce się zostać dzielnym nienawistnikiem: inaczej nawet jądro jej zamrze stopniowo.


602.

Ruiny upiększeniem. – Tacy, co doświadczyli wielu przemian duchowych, zachowują niektóre poglądy i przyzwyczajenia stanów dawniejszych, które potem wrastają w ich nowy sposób myślenia i postępowania jako odłamy niezrozumiałej starożytności i szarego muru: często jako okrasa całej okolicy.


603.

Miłość i cześć. – Miłość pożąda, bojaźń unika. Stąd pochodzi, że nie można być kochanym i czczonym zarazem przez tę samą osobę, przynajmniej w tym samym czasie. Albowiem czciciel uznaje władzę, to znaczy boi się jej: stan jego jest uczuciem czci i bojaźni. Lecz miłość nie uznaje żadnej władzy, niczego, co rozdziela, wyróżnia, stawia wyżej i niżej. Dlatego to, że miłość nie czci, ludzie ambitni w tajemnicy lub otwarcie nie chcą, żeby ich kochano.


604.

Przesąd co do ludzi zimnych. – Ludzie, którzy łatwo ogień chwytają, stygną prędko i dlatego w ogóle są niepewni. Stąd istnieje przesąd na korzyść tych wszystkich, co zawsze są zimni lub za takich uchodzą, iż są ludźmi szczególniej godnymi zaufania, pewnymi: utożsamia się ich z tymi, co powoli ogień chwytają i długo go zachowują.


605.

Niebezpieczeństwo zdań niezależnych. – Zajmowanie się z lekka zdaniami niezależnymi pobudza, niby rodzaj swędzenia; jeśli się im jednak więcej popuści, zaczynamy trzeć te miejsca; aż w końcu powstaje otwarta, boląca rana, to znaczy: aż zdanie niezależne zaczyna nam przeszkadzać w sprawach życiowych, w stosunkach z ludźmi zaczyna męczyć.


606.

Żądza głębokiego bólu. – Namiętność, kiedy przeminie, pozostawia nieokreśloną tęsknotę za samą sobą i znikając, rzuca jeszcze uwodzicielskie spojrzenie. Musi to więc to sprawiać rodzaj przyjemności: być przez nią smaganym. Natomiast uczucia bardziej umiarkowane wydają się próżne; przedkłada się zawsze, jak się zdaje, raczej gwałtowniejszą przykrość nad płaską przyjemność.


607.

Niezadowolenie z innych i ze świata. – Kiedy, jak to bywa tak często, zrzucamy swe niezadowolenie na innych, podczas gdy właściwie odczuwamy je względem siebie, w gruncie rzeczy staramy się otumanić i oszukać swój sąd: chcemy a posteriori umotywować to niezadowoleniem zapomnieniem się, wadami cudzymi, a tak samych siebie z oczu stracić. – Ludzie surowi pod względem religijnym, którzy są dla siebie nieubłaganymi sędziami, najbardziej też zarazem oczernili ludzkość w ogóle: święty, który zachowuje grzechy dla siebie, a cnoty dla innych, nie istniał nigdy; zarówno jak ten, co według przepisu Buddy ukrywa przed ludźmi swą dobroć i pozwala oglądać tylko swą złość.


608.

Przyczyna wzięta za skutek. – Nieświadomie szukamy zasad i teorii stosownych do swego temperamentu, iż w końcu wygląda tak, jak gdyby zasady i teorie uformowały nasz charakter, udzieliły mu stałości i pewności: kiedy tymczasem rzecz się miała zupełnie na odwrót. Nasz sposób myślenia i sądzenia uważa się następnie wskutek pozorów za przyczynę naszej istoty: ale rzeczywiście nasza istota jest przyczyną, że tak a tak myślimy i sądzimy. I co popycha nas do tej prawie nieświadomej komedii? Bierność i lenistwo, a niemało też próżność, żeby uważano nas za zupełnie logicznych, w istocie i myśleniu jednorodnych; albowiem dzięki temu zdobywa się szacunek, zaufanie i władzę.


609.

Wiek życia i prawda. – Młodzieńcy lubią rzeczy interesujące i szczególne, obojętne przy tym, czy są prawdziwe czy błędne. Umysły dojrzalsze lubią w prawdzie to, co jest w niej interesującego i szczególnego. W końcu głowy dojrzałe lubią prawdę i wtedy, kiedy ukazuje się nago i po prostu, i w zwyczajnym człowieku budzi nudę: ponieważ spostrzegli, że prawda mówi zwykle z wyrazem prostoty to, co posiada najwznioślejszego z ducha.


610.

Ludzie jako marni poeci. – Jak marni poeci szukają w drugiej części wiersza myśli do rymu, tak ludzie w drugiej połowie życia, stawszy się bojaźliwszymi, szukają zwykle postępków, sytuacji, stosunków, które pasują do dawniejszych, tak iż pozornie istnieje zupełna harmonia: lecz nad życiem ich nie panuje już silna myśl i wciąż nowe postanowienia, zamiast nich zjawia się chęć dobrania rymu.


611.

Nuda i zabawa. – Potrzeba zmusza nas do pracy, której wytwór zaspokaja potrzebę; budzenie się wciąż na nowo potrzeb przyzwyczaja nas do pracy. W pauzach jednak, kiedy potrzeby są zaspokojone i jakby uśpione, napada nas nuda. Czym ona jest? Jest to przyzwyczajenie do pracy w ogóle, które teraz objawia się jako nowa, dodatkowa potrzeba; będzie ona tym silniejsza, im bardziej się jest przyzwyczajonym do pracy, być może nawet, im kto bardziej cierpiał z powodu potrzeb. Żeby uniknąć nudy, człowiek albo pracuje nad miarę swych pozostałych potrzeb, albo wynajduje zabawę, to znaczy pracę, która nie ma zaspokajać żadnej innej potrzeby, oprócz potrzeby pracy w ogóle. Komu uprzykrzyła się zabawa, a nowe potrzeby nie dostarczyły przyczyny do pracy, tego niekiedy nachodzi pragnienie trzeciego stanu, który tak się ma do zabawy jak unoszenie się do tańca, jak taniec do chodzenia – pragnienie ruchu błogiego i spokojnego: jest to wizja szczęścia artystów i filozofów.


612.

Nauka z portretów. – Jeśli się przyjrzeć szeregowi swych własnych portretów, od pierwszych dni dzieciństwa do wieku dojrzałości męskiej, spostrzega się z przyjemnym zdziwieniem, że mąż jest podobniejszy do dziecka niż mąż do młodzieńca: że więc prawdopodobnie, w sposób analogiczny, w tej przerwie nastąpiło czasowe odchylenie od charakteru zasadniczego, nad którym zapanowała z powrotem nagromadzona, stężona siła męża. Temu spostrzeżeniu odpowiada inne, że wszystkie silne wpływy namiętności, nauczycieli, wypadków politycznych, które porywają nas w młodości, potem znowu, zdaje się, zostają sprowadzone do stałej miary: bez wątpienia żyją one i wciąż w nas działają, przeważa jednak zasadniczy sposób odczuwania i myślenia, który wprawdzie używa ich jako źródeł siły, lecz nie jako regulatorów, co się wszak dzieje koło dwudziestego roku życia. Tak też myśli i uczucia męża wydają się znowu bardziej zgodne z jego wiekiem dziecinnym – i ten fakt wewnętrzny wyraża się w rysach zewnętrznych, o których było wyżej.


613.

Dźwięk głosu, a wiek człowieka. – Ton, którym młodzieńcy mówią, chwalą, ganią, poetyzują, nie podoba się ludziom starszym, ponieważ jest za głośny, a zarazem głuchy i niewyraźny, jak dźwięk obijający się o sklepienie i wskutek próżni nabierający takiej siły rozbrzmiewania; albowiem większa część tego, co młodzieńcy myślą, nie wypływa z pełni ich własnej natury, lecz jest oddźwiękiem, echem tego, o czym przy nich myślano, mówiono, co chwalono, ganiono. Ponieważ jednak uczucia (skłonności i niechęci) odzywają się w nich o wiele silniej niż motywy tych uczuć, więc skoro pozwolą uczuciom swym przemówić, powstaje ów głucho rozbrzmiewający ton, który jest cechą braku lub ubóstwa motywów. Ton wieku dojrzalszego jest wyraźny, nagle urywany, mało głośny, lecz jak wszystko, co jest dobrze artykułowane, bardzo donośny. Starość wreszcie dodaje często dźwiękowi głosu pewnej łagodności i pobłażliwości, i jakby go cukruje: wprawdzie w niektórych wypadkach czyni go też kwaśnym.


614.

Ludzie zapóźnieni i wybiegający naprzód. – Charakter przykry, nieufny, zazdroszczący współzawodnikom i najbliższym każdego powodzenia, gwałtowny i wybuchający wobec zdań odmiennych, wskazuje, że należy do wcześniejszego okresu kultury, że jest przeżytkiem: gdyż sposób, w jaki się z ludźmi obchodzi, był słuszny i odpowiedni, kiedy rządziło prawo pięści; jest to człowiek zapóźniony. Inny charakter, hojnie obdarzony zdolnością do odczuwania cudzej radości, pozyskujący wszędzie przyjaciół, serdecznie odczuwający wszystko, co rośnie i staje się, radujący się cudzą czcią i powodzeniem, nieroszczący pretensji do wyłącznego posiadania prawdy, lecz pełen skromnego powątpiewania – oto jest człowiek wybiegający naprzód, walczący o wyższy stopień kultury ludzkiej. Charakter przykry pochodzi z czasów, kiedy surowe fundamenty ludzkiego obcowania dopiero miały być założone, inny mieszka na ich najwyższych piętrach, jak najdalej od dzikiego zwierza, który, zamknięty w podziemnych lochach kultury, wścieka się i wyje.


615.

Pociecha dla hipochondryka. – Jeśli wielki myśliciel chwilowo staje się ofiarą hipochondrycznej udręki, może na pocieszenie powiedzieć sobie: "jest to twoja wielka siła, którą ten pasożyt karmi się i rośnie; gdyby była mniejsza, mniej byś też cierpiał". Tak samo może też powiedzieć sobie mąż stanu, kiedy zazdrość i uczucie zemsty, w ogóle nastrój bellum omnium contra omnes, do których z konieczności, jako przedstawiciel narodu, musi mieć wielkie uzdolnienie, przypadkowo wciśnie się także do jego stosunków osobistych i uczyni mu życie ciężkim.


616.

Teraźniejszości stać się obcym. – Duże są stąd korzyści, jeśli czasami człowiek w silnym stopniu staje się obcym swej epoce, i jakby z jej brzegu daje się pociągać z powrotem w ocean minionych poglądów na świat. Stamtąd spoglądając ku brzegowi, obejmuje pewnie po raz pierwszy jego ogólne ukształtowanie i, gdy się do niego znowu zbliża, ma tę korzyść, że w całości rozumie go lepiej niż ci, którzy go nigdy nie opuszczali.


617.

Na brakach osobistych siać i zbierać. – Ludzie tacy jak Rousseau umieją spożytkować swe słabości, luki, występki, niby nawóz dla swego talentu. Jeśli ten skarży się na zepsucie i zwyrodnienie społeczeństwa jako na bolesne skutki kultury, to w gruncie rzeczy kryje się w tym doświadczenie osobiste, którego gorycz czyni tak ostrym jego potępienie wszystkiego i zatruwa strzały, które wypuszcza; przede wszystkim zrzuca z siebie ciężar jako indywiduum i myśli o tym, żeby szukać środka, który może być pożyteczny wprost dla społeczeństwa, lecz pośrednio i dzięki niemu i dla niego.


618.

Posiadać filozoficzny sposób myślenia. – Zwykle dąży się do tego, żeby we wszelkich sytuacjach, we wszelkich zdarzeniach życiowych posiadać jeden stan umysłu, jeden rodzaj poglądów – to właśnie nazywają pospolicie posiadaniem filozoficznego sposobu myślenia. Jednak dla wzbogacenia poznania może mieć większą wartość, jeśli się człowiek nie uniformizuje w ten sposób, lecz jeśli wsłuchuje się w cichą mowę rozmaitych sytuacji życiowych; te przynoszą z sobą swoje własne poglądy. W ten sposób uczestniczy się w poznawaniu życia i istoty wielu, jeśli się nie uważa samego siebie za zakrzepłe, stałe, jedno indywiduum.


619.

W ogniu pogardy. – Jest to nowy krok ku samodzielności, jeżeli się człowiek ośmiela wyrażać poglądy, które uchodzą za hańbiące dla tego, kto je żywi: wtedy przyjaciele nawet i znajomi odczuwają niepokój. Jednak i przez ten ogień musi przejść natura utalentowana; po czym należy jeszcze bardziej do siebie samej.


620.

Poświęcenie. – Wielkie poświęcenie, gdy chodzi o wybór, przedkłada się nad małe poświęcenie: dlatego że wielkie wynagradzamy sobie podziwem dla samych siebie, co jest rzeczą niemożliwą, jeśli chodzi o małe.


621.

Miłość jako wybieg. – Kto chce poznać rzeczywiście coś nowego (czy to człowieka, czy zdarzenie, czy książkę), zrobi dobrze, jeżeli tę nowość przyjmie z jak największą miłością, szybko odwróci oczy, a nawet zapomni o wszystkim, co spotyka w niej wrogiego, rażącego, fałszywego: tak że na przykład autorowi książki udzieli jak największego kredytu, i jak gdyby na wyścigach będzie pragnąć z bijącym sercem, żeby dopiął swego celu. Przy tym sposobie postępowania dociera się istotnie aż do serca nowej rzeczy, aż do poruszającego ją punktu: i to właśnie nazywa się ją poznać. Kiedy się zaszło tak daleko, rozsądek czyni w następstwie restrykcje; owo przecenianie, owo chwilowe zatrzymanie wahadła krytycznego było tylko wybiegiem, żeby duszę rzeczy wywabić.


622.

Za dobrze i za źle myśleć o świecie. Czy się za dobrze, czy za źle o rzeczach myśli, wyciąga się zawsze z tego te korzyść, że się doznaje większej przyjemności: ponieważ powziąwszy z góry zbyt dobre mniemanie, kładziemy zwykle więcej słodyczy w rzeczy (w przeżycia) niż one jej zawierają rzeczywiście. Z góry powzięta zbyt zła opinia powoduje przyjemne rozczarowanie: to, co było przyjemnego w samych rzeczach, potęguje się dzięki przyjemności, wypływającej ze zdziwienia. – Zresztą temperament pochmurny w obydwu wypadkach zrobi doświadczenie odwrotne.


623.

Ludzie głębocy. – Ci, których silną stroną jest pogłębianie wrażeń – nazywa się ich zwykle ludźmi głębokimi – są wobec wszystkiego, co nagłe, stosunkowo spokojni i zdecydowani: ponieważ w pierwszej chwili wrażenie bywa płytkie, potem dopiero staje się głębokim. Od dawna przewidziane, oczekiwane rzeczy lub osoby poruszają jednak takie natury najbardziej i odejmują im, kiedy w końcu się zjawiają, niemal zupełnie przytomności umysłu.


624.

Obcowanie ze swoim wyższym "ja". – Każdy miewa swój dobry dzień, kiedy odnajduje woje wyższe "ja"; a prawdziwy humanitaryzm wymaga, żeby każdego cenić tylko według tego stanu, nie zaś według dni roboczych niewoli i poddaństwa. Należy na przykład oceniać i czcić malarza według wizji najwyższej, jaką zdołał ujrzeć i przedstawić. Ale ludzie sami obcują bardzo rozmaicie z tym swoim wyższym "ja" i często bywają swymi własnymi aktorami, jako że to, czym są w owych chwilach, potem wciąż na nowo naśladują. Wielu żyje w grozie i pokorze przed swym ideałem i chciałoby się go wyprzeć: odczuwają strach przed swym wyższym "ja", ponieważ ono, kiedy przemawia, przemawia jak władca. Prócz tego posiada tajemniczy przywilej zjawiania się i odchodzenia, kiedy chce; często nazywają je dlatego darem bogów, tymczasem właściwie wszystko inne jest darem bogów (przypadku); tym jednak jest sam człowiek.


625.

Ludzie samotni. – Wielu ludzi tak bardzo przywykło do przebywania tylko ze sobą, że zupełnie nie porównują się z innymi, lecz pędzą swój monologowy żywot w spokojnym, radosnym nastroju, na dobrych rozmowach ze sobą, nawet na śmiechach. Jeśli się jednak zmusi ich do porównania z innymi, skłaniają się wtedy do markotliwego niedoceniania samych siebie: do tego stopnia, iż trzeba ich zmuszać, żeby znowu nauczyli się dobrego, słusznego mniemania o sobie od innych: i jeszcze od tej nabytej opinii będą chcieli zawsze coś odciągnąć i wytargować. – Zatem należy pewnym ludziom użyczyć ich samotności i nie być tak głupim, jak to się często zdarza, żeby ich z tego powodu żałować.


626.

Bez melodii. – Są ludzie, którym ciągły wypoczynek w samych sobie i harmonijne ułożenie się wszystkich zdolności jest tak właściwe, iż wszelka działalność celowa jest dla nich odpychająca. Podobni są do muzyki, składającej się tylko z przeciągłych akordów harmonijnych, w których nie ukazuje się nigdy nawet początek rozczłonkowanej ruchliwej melodii. Wszelki ruch z zewnątrz służy tylko do tego, żeby natychmiast przywrócić łodzi równowagę na morzu harmonijnego zgodnodźwięku. Ludzie nowocześni niecierpliwią się zwykle jak najbardziej, spotykając podobne natury, z których nie wynika nic, chociaż nie można powiedzieć, że są niczym. Bywają jednak nastroje, kiedy widok ich wzbudza owo niezwyczajne pytanie: po co w ogóle melodia? Dlaczego nam nie wystarcza, że życie odbija się spokojnie w głębokim jeziorze? – Wieki średnie bardziej obfitowały w podobne natury niż nasze czasy. Jak rzadko spotyka się jeszcze człowieka, co może żyć z samym sobą spokojnie i wesoło nawet pośród tłumów, mówiąc do siebie, jak Goethe: "najlepszą rzeczą jest głęboki spokój, w którym żyję i rosnę przed światem, i zdobywam, czego mi oni ani ogniem, ani mieczem odjąć nie mogą".


627.

Żyć i przeżyć. – Patrzcie, jak niektórzy umieją się obchodzić ze swymi przygodami – swymi błahymi codziennymi przygodami – i stają się one niwą, która trzy razy do roku plon przynosi; tymczasem inni – i jak wielu! – przeszedłszy przez fale najburzliwszych losów, najróżnorodniejszych prądów czasu i ludów, zostają przecież lekcy, zawsze na wierzchu, jak korek: toteż w końcu bierze pokusa, żeby ludzkość podzielić na mniejszość (najmniejszość) takich, którzy z małego wiele uczynić potrafią i na większość tych, co z dużego mało uczynić potrafią; co więcej, spotyka się czarnoksiężników na wspak, co zamiast świat z niczego, ze świata nic stwarzają.


628.

Powaga w grze. – W Genui o zmierzchu słuchałem długiego grania dzwonów z wieży: nie chciało się to skończyć i dźwięczało, jak gdyby nasycić się sobą nie mogło, ponad gwarem uliczek unosiło się w niebo wieczorne i powietrze morskie, tak przejmująco, tak dziecinnie zarazem, tak tęskno. Wtedy pomyślałem o słowach Platona i poczułem je nagle w sercu swoim: Wszystko, co ludzkie, nie warte razem, by je brać bardzo poważnie; mimo to –


629.

O przekonaniu i o sprawiedliwości. – Tego, co człowiek w namiętności mówi, przyrzeka, postanawia, potem na zimno i trzeźwo dotrzymywać – jest to wymaganie należące do najcięższych brzemion, ugniatających ludzkość. Być obowiązanym do uznawania po wszystkie czasy skutków gniewu, pałającej zemsty, entuzjastycznego oddania się – to może wzbudzić tym większe rozgoryczenie przeciw tym uczuciom, że właśnie względem nich uprawia się wszędzie, a mianowicie między artystami, kult bałwochwalczy. Ci hodują cenienie namiętności i czynili to zawsze; wprawdzie wystawiają także okropne ofiary namiętności, których człowiek doświadcza na sobie, owe wybuchy zemsty ze śmiercią, kalectwem, wygnaniem dobrowolnym w orszaku i owe rezygnacje rozbitego serca. Ustawicznie trzymają w rozbudzeniu ciekawość namiętności, zdaje się, jak gdyby mówili: "bez namiętności nie przeżyliście nic". – Że się poprzysięgło wierność może istocie tak całkowicie urojonej, jaką jest Bóg, że się oddało serce księciu, partii, kobiecie, zakonowi kapłańskiemu, artyście, myślicielowi, w chwili zaślepiającego złudzenia, które zdjęło nas zachwytem i ukazało nam owe istoty jako godne wszelkiej czci, wszelkich ofiar – czyż jest się wskutek tego związanym nierozerwalnie? Tak, a czyż nie oszukiwaliśmy wtedy samych siebie? Czyż nie była to obietnica hipotetyczna, pod warunkiem, niewypowiedzianym wprawdzie na głos, że owe istoty, którym oddawaliśmy siebie na ofiarę, są rzeczywiście istotami, jakimi się ukazały naszej wyobraźni? Czyż jesteśmy obowiązani do wierności własnym błędom nawet wtedy, kiedy przejrzymy, że przez tę wierność swemu wyższemu "ja" wyrządzamy szkodę? – Nie, nie ma takiego prawa, nie ma obowiązku tego rodzaju; powinniśmy stawać się zdrajcami, popełniać niewierność, ustawicznie zdradzać swoje ideały. Nie przechodzimy z jednego okresu życia do drugiego, nie zadając bólu, wypływającego ze zdrady, ani nie odczuwając go sami. Czyżby trzeba było, żeby bólu tego uniknąć, strzec się przed porywami swych uczuć? Czy nie stałby się wtedy świat dla nas zbyt pusty, zbyt upiorny? Raczej zapytajmy siebie, czy te bóle przy zmianie przekonania są konieczne, lub czy też nie wypływają z błędnych poglądów i ocen. – Dlaczego podziwia się tego, kto pozostaje wierny swemu przekonaniu, a pogardza się tym, który je zmienia? Obawiam się, że odpowiedź musi być taka: ponieważ każdy przypuszcza, że tylko motywy bardziej poziomej korzyści lub osobistego strachu powodują zmianę. To znaczy: w gruncie rzeczy sądzimy, że nikt nie zmienia swych opinii, dopóki są one dla niego korzystne lub przynajmniej dopóki mu nie wyrządzają żadnej szkody. Ale jeżeli rzeczy stoją tak, to zawiera się w tym złe świadectwo dla intelektualnego znaczenia wszelkich przekonań. Zbadajmy zatem, jak powstają przekonania i przyjrzyjmy się, czy nie za bardzo są przeceniane: okaże się przy tym, że i zmiana przekonań pod każdym względem mierzona jest fałszywą miarą, i że dotychczas cierpieliśmy zwykle zanadto z powodu tej zmiany.


630.

Przekonanie jest to wiara, że w pewnym punkcie poznania posiadamy prawdę absolutną. Wiara ta każe zatem z góry przypuszczać, że istnieją prawdy absolutne; zarazem, że znaleziono metody doskonałe, pozwalające do nich dotrzeć; w końcu, że każdy, kto posiada przekonania, posługuje się tymi doskonałymi metodami. Wszystkie te trzy stwierdzenia dowodzą natychmiast, że człowiek posiadający przekonania nie jest człowiekiem myślącym naukowo; staje on przed nami w wieku niewinności teoretycznej i jest dzieckiem, choćby nie wiem jak był dorosły. Lecz wieki całe żyły w tych pojęciach dziecinnych i z nich to tryskały najpotężniejsze źródła siły ludzkiej. Ci ludzie nieprzeliczeni, którzy poświęcali się dla swych przekonań, uważali, że czynią to dla prawdy absolutnej. Wszyscy byli pod tym względem w błędzie: prawdopodobnie nigdy jeszcze człowiek nie poświęcił się dla prawdy; a przynajmniej wyraz dogmatyczny jego wiary był nienaukowy lub wpół naukowy. Ale właściwie chcieli mieć słuszność, ponieważ sądzili, że powinni mieć słuszność. Swoją wiarę dać sobie odebrać, to znaczyło zakwestionować może swe zbawienie wieczne. W tej sprawie największej wagi "wola" była już zanadto głośnym suflerem intelektu. Postulatem każdego wierzącego jakiegokolwiek rodzaju było to, żeby nie móc być obalonym; jeśli dowody przeciwne okazywały się bardzo silne, pozostawało zawsze jeszcze bluźnierstwo przeciw rozumowi w ogóle i może nawet wywieszenie credo quia absurdum est, jako flagi najbardziej krańcowego fanatyzmu. Nie walka opinii przepełnia historię gwałtami, lecz walka wiary w opinie, to znaczy przekonań. Jeśliby jednak wszyscy ci, którzy mieli tak wysokie mniemanie o swych przekonaniach, którzy im składali ofiary wszelkiego rodzaju i nie szczędzili w ich służbie ani czci, ani żywota, poświęcili tylko połowę swych sił zbadaniu, z jaką słusznością trwają przy tym lub owym przekonaniu, jaką drogą doszli do niego: jakżeby pokojowo wyglądała historia ludzkości! O ileż by się posunęło poznanie! Wszystkie okrutne sceny prześladowań heretyków różnego rodzaju zostałyby nam oszczędzone z dwóch przyczyn: po pierwsze, ponieważ inkwizytorzy inkwirowaliby przede wszystkim samych siebie i uleczyliby się z zarozumiałości, iż bronią prawdy absolutnej; następnie, ponieważ sami heretycy wyrzekliby się wszelkiego udziału w tak źle ugruntowanych twierdzeniach, jakimi są twierdzenia wszystkich religijnych sekciarzy i "ortodoksów", skoro by je zbadali.


631.

Z owych czasów, kiedy ludzie byli przyzwyczajeni do wierzenia w posiadanie prawdy absolutnej, pochodzi ta głęboka niechęć do każdej postawy sceptycznej i warunkowej względem jakichkolwiek problemów poznania; najczęściej wolimy oddać się na łaskę i niełaskę przekonaniu, które posiadają osoby mające autorytet (ojcowie, przyjaciele, nauczyciele, panujący) i odczuwamy pewnego rodzaju zgryzoty sumienia, jeśli tego nie czynimy. Ta skłonność jest zupełnie zrozumiała, a skutki jej zupełnie nie upoważniają do czynienia gwałtownych zarzutów przeciw rozwojowi rozumu ludzkiego. Lecz z wolna dzięki duchowi naukowemu musi dojrzeć owa cnota ostrożnej wstrzemięźliwości, tego mądrego umiarkowania, które bardziej jest znane w dziedzinie życia teoretycznego i które Goethe przedstawił na przykład w Antoniu jako powód rozgoryczenia dla wszystkich Tassów, to znaczy dla natur nienaukowych i zarazem bezczynnych. Człowiek przekonań ma wewnętrzne prawo nie pojmować owego człowieka myślącego ostrożnie, teoretyka Antonia; natomiast człowiek nauki nie ma prawa ganić tamtego z tego powodu: obserwuje go z góry i wie zresztą, w pewnym wypadku, że tamten jeszcze się za niego uchwyci, jak w końcu to uczynił Tasso z Antoniem.


632.

Kto nie przeszedł przez rozmaite przekonania, lecz trwa w wierze, w której sieci wpadł z samego początku, jest pod każdym względem, właśnie wskutek tej niezmienności, przedstawicielem kultur zacofanych; wskutek tego braku wykształcenia (które zawsze każe przypuszczać zdolność do kształcenia się) jest okrutny, niepojętny, nie uczy się nigdy niczego, nie posiada łagodności, wiecznie podejrzewa, nie zna skrupułów, chwyta się wszystkich środków, żeby zdanie swoje przeprowadzić, ponieważ zupełnie nie może pojąć, że inne zdania muszą istnieć; jest on, tak rozważając, może źródłem siły, a w kulturach zanadto rozluźnionych i miękkich – zbawiennym, lecz tylko dlatego, że podnieca silnie do oporu: albowiem przy tej okazji delikatniejsze twory nowej kultury, zmuszone do wakli z nim, same nabierają sił.


633.

W gruncie rzeczy jesteśmy jeszcze tymi samymi ludźmi, co ludzie z czasów reformacji: i jakżeby mogło być inaczej? Lecz że nie pozwalamy już sobie na niektóre środki, żeby zapewnić zwycięstwo swym opiniom, to nas odróżnia od owej epoki i dowodzi, że należymy do kultury wyższej. Kto dziś jeszcze, na sposób ludzi z czasów reformacji, zwalcza i obala cudze zdania za pomocą podejrzeń, wybuchów wściekłości, zdradza wyraźnie, że spaliłby swoich przeciwników, gdyby żył w innych czasach, i uciekłby się do wszelkich środków inkwizycji, gdyby w owych czasach był przeciwnikiem reformacji. Ta inkwizycja była wtedy rzeczą rozumną, ponieważ nie była czym innym tylko ogólnym stanem oblężenia, jaki trzeba było rozciągnąć na całą dziedzinę Kościoła, a ten, jak każdy stan oblężenia, upoważniał do środków najostateczniejszych wskutek założenia (którego obecnie już nie podzielamy), że prawda zawiera się w Kościele, i że zachowaną być musi za wszelką cenę, wszelką ofiarę, dla zbawienia ludzkości. Teraz jednak nie przyznajemy już nikomu tak łatwo, że posiada prawdę: ścisłe metody badania rozpowszechniły dostatecznie ducha wątpienia i ostrożności, żeby na każdego, kto broni w sposób gwałtowny słowem i czynem swoich opinii, patrzeć jako na wroga kultury współczesnej, a przynajmniej jako na zacofańca. W rzeczy samej: patetyczne oświadczenie, że posiada się prawdę, warte jest teraz bardzo mało w porównaniu z owym łagodniejszym i cichszym wprawdzie patosem szukania prawdy, który nieustannie gotów uczyć się i badać na nowo.


634.

Zresztą samo metodyczne szukanie prawdy jest rezultatem owych czasów, w których przekonania prowadziły wojnę ze sobą. Gdyby jednostce nie zależało na jej "prawdzie", to znaczy na tym, żeby utrzymać się przy swym prawie, nie byłoby w ogóle żadnej metody badania; tak jednak, w ciągłej walce roszczeń różnych jednostek do prawdy absolutnej, posuwano się krok za krokiem do znalezienia nieodpartych zasad, według których można badać prawa roszczących pretensje i spór zażegnywać. Wpierw rozstrzygano kwestie według autorytetów, następnie krytykowano wzajemnie drogi i środki, którymi rzekoma prawda była znaleziona; między jednym a drugim był okres, w którym wyciągano konsekwencje z zasad przeciwnika i znajdowano może, iż są zgubne i złowrogie: z tego wypływało dla każdego umysłu, że przekonanie przeciwnika zawiera błąd. Osobista walka myślicieli tak wyostrzyła w końcu metody, że można było rzeczywiście odkryć prawdy, i że manowce metod dawniejszych w oczach wszystkich obnażone zostały.


635.

W ogólności metody naukowe są co najmniej równie ważnym wynikiem badania, jak każdy inny rezultat: albowiem duch naukowy polega na wniknięciu w metodę i gdyby te metody zaginęły, wszystkie rezultaty nauk nie mogłyby przeszkodzić triumfowi przesądu i niedorzeczności. Mogą sobie umysły błyskotliwe uczyć się, ile chcą, wyników nauki: zawsze znać po ich rozmowie, a szczególnie po hipotezach czynionych w rozmowach, że brak im ducha naukowego: nie mają one tej instynktownej nieufności względem manowców myśli, jaka wskutek długiego ćwiczenia zapuściła korzenie w duszy każdego człowieka naukowego. Wystarcza im w ogóle znaleźć jakąkolwiek hipotezę o pewnej rzeczy, a zaraz zapalają się do niej i myślą, że tym wszystko już uczynili. Posiadać zdanie oznacza dla nich to samo, co stać się jego fanatykiem i wziąć je sobie w końcu do serca jako przekonanie. Zapalają się z powodu rzeczy niewyjaśnionej do pierwszego lepszego pomysłu, który im przyjdzie do głowy, byle wyglądał podobnie do wyjaśnienia: skąd, mianowicie w polityce, wynikają ustawicznie najgorsze skutki. – Dlatego obecnie każdy powinien poznać gruntownie przynajmniej jedną naukę: wtedy będzie wiedział przynajmniej, co się nazywa metodą, i jak konieczna jest jak największa rozwaga. Tę radę należy zalecić szczególnie kobietom: gdyż obecnie stają się nieubłaganie ofiarami wszelkich hipotez, nade wszystko, jeśli sprawiają one wrażenie czegoś głębokiego, porywającego, ożywczego, pokrzepiającego. Co więcej, jeśli się przyjrzeć dokładniej, spostrzegamy, że większa część ludzi wykształconych dziś jeszcze żąda od myśliciela tylko przekonań i niczego więcej jak tylko przekonań, i że jedynie nieznaczna mniejszość chce pewności. Tamci chcą być porwani siłą, żeby przez to zdobyć sobie przybytek sił; ci, nieliczni, posiadają ową ciekawość rzeczy samych, która nie baczy na korzyści osobiste i wspomniany przyrost siły. Na pierwszą, o wiele liczniejszą klasę, liczy się zwykle tam, gdzie myśliciel uważa się i ogłasza za geniusza, a zatem czuje się istotą wyższą, która ma prawo do autorytetu. O ile geniusz tego rodzaju podtrzymuje żar przekonań i budzi nieufność do ostrożnego i skromnego zmysłu naukowego, jest wrogiem prawdy, chociażby jak najbardziej wierzył, że jest jej oblubieńcem.


636.

Jest wprawdzie także zupełnie inny gatunek geniuszu, geniusz sprawiedliwości; i wcale nie mogę się zdecydować, żeby go cenić niżej od jakiegokolwiek innego geniuszu, czy to filozoficznego, czy politycznego, czy artystycznego. Zwykle odwraca się on z serdeczną niechęcią od wszystkiego, co sąd o rzeczach oślepia i miesza; a zatem jest wrogiem przekonań, gdyż pragnie oddać każdej rzeczy, żyjącej czy martwej, rzeczywistej czy wymyślonej, to, co się jej należy – i w tym celu potrzebuje jasnego poznania; umieszcza wtedy każdą rzecz w najlepszym świetle i z bacznym spojrzeniem obchodzi ją wkoło. W końcu nawet swemu wrogowi, ślepemu lub krótkowzrocznemu "przekonaniu" (jak go nazywają mężczyźni; między kobietami zwie się "wiarą"), odda, co się należy przekonaniu – ze względu na prawdę.


637.

Z namiętności rodzą się zdania; bierność umysłowa pozwala im zakrzepnąć w przekonania. – Kto jednak czuje w sobie wolnego, niezmordowanie żywego ducha, przez ciągłe zmiany może przeszkodzić temu zakrzepnięciu; i jeśli jest pod każdym względem myślącą kulą śnieżną, będzie miał w swej głowie w ogóle nie zdania, lecz tylko pewności i dokładnie wymierzone prawdopodobieństwa. – Lecz my, którzy jesteśmy istotami mieszanymi, których to ogień przepala, to duch zimnem przejmuje, klęknijmy przed sprawiedliwością jako jedyną boginią, którą uznajemy nad sobą. Ogień, który jest w nas, czyni nas zwykle niesprawiedliwymi i w rozumieniu owej bogini nieczystymi; w stanie tym nigdy nie bywa nam dane za dłoń jej ująć, nigdy nie spływa na nas jej poważny uśmiech zadowolenia. Czcimy ją niby zawoalowaną Izys swego życia; z uczuciem zawstydzenia składamy jej swój ból jako pokutę i ofiarę, kiedy ogień pali nas i chce pożreć. Duch to ratuje nas, że nie wyżarzamy się całkiem i nie zwęglamy; on nas porywa niekiedy z ofiarnego ołtarza sprawiedliwości lub osłania tkaniną azbestową. Wyzwoleni od ognia, kroczymy wtedy pchani przez ducha od zdania do zdania, przechodząc od partii do partii jako szlachetni zdrajcy wszystkich rzeczy, które w ogóle mogą być zdradzone, a jednak nie poczuwając się do winy.


638.

Wędrowiec. – Kto choćby tylko w pewnym stopniu chce osiągnąć wolność rozumu, przez długi czas nie powinien czuć się inaczej na ziemi, tylko jako wędrowiec – lecz nie jako człowiek w drodze do ostatecznego celu: albowiem tego nie ma. Ale owszem, będzie patrzył i miał oczy otwarte na wszystko, co też się dzieje właściwie w tym świecie; dlatego nie powinien zbyt mocno przylegać sercem do żadnej poszczególnej rzeczy; trzeba, żeby w nim samym było coś wędrującego, co się weseli ze zmiany i znikomości. Wprawdzie nadejdą dla podobnego człowieka złe noce, kiedy będzie znużony i znajdzie zamknięte bramy miasta, które powinno ofiarować mu wypoczynek; być może, że w dodatku, jak na Wschodzie, pustynia podsunie się aż do tych bram, że zwierzęta drapieżne zaczną porykiwać to tu, to tam, że zerwie się wicher gwałtowny, że zbójcy uprowadzą mu zaprząg. Wtedy zaprawdę nadchodzi dlań noc straszna, jak druga pustynia na pustynię, i serce jego jest umęczone wędrówką. Jeśli wtedy wzejdzie nad nim słońce poranne, pałające jak bóstwo gniewu, otworzą się bramy, ujrzy, być może, w twarzach mieszkańców większą jeszcze pustynię, więcej brudu, podstępu, niebezpieczeństwa niż przed bramami – i dzień będzie niemal gorszy od nocy. Tak może się zdarzyć czasem wędrowcowi; ale potem przychodzą w nagrodę we mgle górskiej zbliżające się w pląsach na swe spotkanie korowody muz, gdzie później, kiedy przechadza się pod drzewami w spokoju i równowadze duszy przedpołudniowej, z wierzchołków i gęstej korony liści ujrzy spadające do swych nóg same dobre i jasne rzeczy, dary, rzucane ręką tych wszystkich duchów wolnych, co w górach i lasach, i w samotności są jak u siebie i które zupełnie jak on, na swój, już to radosny, już to zamyślony sposób, są wędrowcami i filozofami. Zrodzeni z tajemnic wczesnego poranku, dumają nad tym, jakie dzień między dziesiątym a dwunastym uderzeniem dzwonu może mieć czyste, prześwietlone, błyszczące radością oblicze: szukają filozofii przedpołudnia.