Lubonie/Tom I/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Lubonie‎ | Tom I
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Lubonie
Podtytuł Powieść z X wieku
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1876
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



II.



Radość i smutek razem przybyły ze Włastem do domu — cieszył się nim ojciec i niecierpliwił prawie zniewieściałym go znajdując, on nie śmiał się odezwać otwarcie, bo słowo jego sprzeczało się z myślami całéj rodziny. Wszystkiego swojego między obcemi zapomniał.
Z serca odzywały się odżywione wspomnienia chwilami, rumieniło lice, i wnet jakaś obawa, wylanie się z uczuciem i poddanie mu wstrzymywała...
Luboń chodził niespokojny, stara babka podparta na dłoni mruczała, siostra nie śmiała przystąpić do brata, jakąś od niego odtrącana obawą.
Chrześciańska wiara już naówczas nie była obcą nad Wartą, wcisnęła się do wielu rodzin, z cichemi apostołami co ją przynieśli, wielu było pochrzczonych i wyznających potajemnie Chrystusa, ale kryć się z tém musieli, gdyż tłum i lud zamieszkały po lasach i w głębinach kraju staréj wiary uparcie się trzymał.
Podejrzliwie patrzano na ochrzczonych i tych, co się od świąt i obchodów bałwochwalskich wyłączali.
Neofitów téż wielu, choć ukryte krzyżyki nosili pod koszulami na piersiach, z obawy prześladowania, szli razem z innemi do ofiar na uroczyska, do świątyń i odbywali obrzędy zwykłe, mięszając z sobą dwie wiary, i zapominając z kolei to jednéj, to drugiéj. Duchowieństwa nie było stałego, coby w wierze utwierdzać mogło, przychodzili kapłani z Morawii, z Czech, z nad Łaby, apostołując pocichu i obawiając się osiedlić tu stale.
Na dworze Mieszka panował obyczaj pogański, a obok kneziowskiego grodu, stała tuż świątynia... i w niéj stanice z postaciami bogów opiekunów. Nie jeden raz tam zaszła i wieść i apostołowanie nowéj wiary, Mieszko słuchał sam nasam ciekawie opowiadań o potędze kneziów i panów co się ochrzcili — ale czy się lękał, czy wzdragał surowości obyczaju chrześciańskiego — do nawrócenia jeszcze nie okazywał ochoty.
Ci co się byli ochrzcili, uchodzili za zdrajców i niemieckich przyjaciół, a lud niedowierzając im, stronił od nich i czyhał tylko na zręczność pozbycia się jak wrogów. Niebezpieczném było przyznać się do chrześciaństwa, i głośno mówić o niém, bo krzyż w pojęciach tłumu jednoczył się razem z niemieckiém panowaniem. Wszędzie téż gdzie on wprowadzony został, dawna swoboda pogańska ustępowała miejsca surowéj karności i władzy kneziowskiéj jedynéj.
Duchowieństwo przybywające z zachodu niosło także ideę posłuszeństwa, i władzy wyższéj... Nawykli do rządzenia sami sobą władycy i żupanowie, opierali się téj surowości, nowego prawa i znać go nie chcieli. Wszystka starszyzna wiejska i ci co razem w ręku mieli patryarchalną władzę i kapłańską, z rąk jéj wypuścić wzdragali się...
Nie tyle starych Bogów żałowano, co dawnego obyczaju...
Dziwne też pojęcie[1] o surowości bezlitosnéj wiary Chrystusa krążyły, które téż od niéj odstręczały.
Zachowywanie postów, ściślejsze pilnowanie jednożeństwa — nadewszystko zaś ślepe posłuszeństwo starszyznie duchownéj — napełniały trwogą.
Wreszcie stara wiara z krwią oddawna w żyłach narodu płynęła, odzywała się we wszystkich najmniejszych życia czynnościach — wyrzec się jéj zdawało się tak srogiém, jak zaprzeć własnego żywota. Nieprzyjaciele wyznawali tę wiarę — przyjęcie jéj było pobrataniem z niemi, poddaniem się ich panowaniu.
Wiedziano w słowiańszczyźnie, że wszyscy kneziowie i królowie pod jednym cesarzem zostawali, a wszyscy duchowni ich, pod najstarszym kapłanem, siedzącym gdzieś daleko na stolicy, z któréj rozkazywał światu. Do prawdziwych kłamliwe mięszały się wieści straszne, ciemnemu ludowi trudno było światło rzucić nowe, bo na nie gniewne zamykał powieki.
Z pewnych cech wiedziano już, jak chrześcian poznawać, krzyża znak, post, — zdradzały neofitów.
Stara Dobrogniewa matka Lubonia, pierwszego wieczora miała przeczucie, że Włast wracał nawrócony. Brak oręża, szata uboga, mowa, bojaźliwość, pokora, zaniepokoiły ojca i babkę.
Luboń wolał nie znać tego, niewiedzieć o tém. Spodziewał się dziecko powrócić do starego zwyczaju, babka jątrzyła się, gniewała, a że w jéj pojęciach czarnoksięstwo łączyło się z religią nową i siła wielka, zarazem się obawiała wnuka.
Hoża, siostra Własta patrzała nań z ciekawością niezmierną, nie widziała jeszcze nigdy takiego młodzieńca cichego i pokornego, tak niepodobnego do tych, co ją otaczali. Czuła po niewieściemu, że to nie była niemoc, ale jakaś siła skryta i w sobie skupiona. I ona coś się domyślała — a dziwy jakie prawiono o wyznawcach Chrysta, nadzwyczajne w niéj pragnienie obudzały i ciekawość.
Wszyscy zarówno czekali niecierpliwi, aby się Włast zbudził i wyszedł do nich.
Jarmierz w komorze ojcowskiéj wybrawszy odzież nową, najlepszą i najokazalszą, czatował na przebudzenie. Lecz drogą i bezsennością, wzruszeniem samém znużony Włast spał długo, a gdy Jarmierz podpatrujący co chwila, wszedł późniéj do szopki, znalazł go na kolanach, ze złożonemi rękami, modlącego się już znowu. Włast czy go spostrzegł, czy zatopiony w modlitwie nie posłyszał, ale nie ruszył się i nie powstał, aż modlitwę dokończył, i ziemię ucałowawszy, dopiero z pogodniejszą twarzą ku niemu się obrócił.
Jarmierz, który go sobie chciał pozyskać, udał że tego rannego obrzędu nie zrozumiał znaczenia, pokłonił się wesoło i zapowiedział wskazując na odzież, którą we drzwiach trzymał gotową chłopak, że życzeniem ojca było, aby się Włast odział inaczéj.
Jarmierz był przebiegły chłop i rozumny, wojak zręczny, człek śmiały — serce miał dobre, ale życie swobodne takie, jakiego używał, najlepiéj mu przypadało do smaku i wszelka odmiana była wstrętliwą. Kochał on swojego pana Lubonia — jak ojca — któż wie, pochlebił sobie nawet może, póki dziecko cudownie odzyskane nie powróciło, że on je kiedyś zastąpi, ożeniwszy się z Hożą. Patrzał na ładne dziewczę, okiem gorącém, a staremu panu służył, krwi i potu nie żałując.
Pierwszy raz w życiu téj nocy, goryczą i kwasem zapłynęło mu serce. Wszystkie jego nadzieje w niwecz się obróciły, wszystka służba wierna marnie poszła. Syn powrócił. Patrzał nań z zazdrością jakąś i żalem Jarmierz i nieledwie się ucieszył, gdy dostrzegł, że chłopak był nieśmiały, a do serca ojcu wojakowi z trudnością mógł przypaść.
Uczucia więc jego dla przybysza, nie były bardzo życzliwe — miał doń żal, a jednak, ujmującego w sobie coś takiego miał Włast, że gdy się doń odwrócił i uśmiechnął, podając rękę na powitanie — Jarmierz uczuł, sam niewiedział, litość czy poszanowanie, a zazdrość na chwilę w nim wystygła.
— Ojciec wasz a pan mój, junoszo Właście — rzekł — pokazując na chłopaka, który odzież składał przed nim, życzy sobie, abyście suknie zmienili, aby się i pamięć nie została dawnéj biedy. Przyniosłem wam, co było najlepszego, będzie w tém lepiéj, niż w staréj podróżnéj siermiędze.
A i bez miecza, synowi pańskiemu być nie przystoi.
To mówiąc, śmiał się do niego. Włast stał patrząc w ziemię zmięszany jakoś i smutny.
— Jabo — ja... — rzekł — tak do téj sukni nawykłem.
— E! nie ma jéj co żałować — śmiejąc się ciągle wesoło, mówił Jarmierz. — Tu u nas zobaczycie obyczaj inny, swoboda zdrowa, życie wesołe. Koniam dla was nagotował jak ogień, łuk, procę i oszczepek.
Włast oczy nań podniósł bojaźliwie.
— Mój kochany Jarmierzu, ja się z tém obchodzić nie umiem! — odezwał się głosem drżącym.
— A cóżeście wy tam między niemcami robili? Nie juściż w spódnicyście chodzili, junoszo Właście. E! toć trzeba tego pozbyć. Ja was pamiętam dawniéj, bom mało co od was starszy — choć wy mnie może nie pamiętacie — wyście dzieckiem rwali się do dzidy i młota, ledwie mogąc go dźwignąć. Jakże się to stało, żeście tak odmienić się mogli?
Włast zmilkł — spojrzał na wesołego sotnika, i uśmiechnął się smutnie.
— Kiedyś to zrozumiecie — rzekł po namyśle...
— A wy tymczasem przypomnicie sobie młode czasy — zawołał Jarmierz. — Stary Luboń mi wam służyć kazał, zobaczycie, że wam dobrze usłużę. Będziemy się na koniach pędzali po lesie ze psy i oszczepami, aż się dusza rozraduje! Hej! hej! może się tam i inna zwierzyna nadarzy, białe dziewczę w wianuszku, co ze śpiewką błądzi po lesie. I bez tego, bo wyżyć trudno.
Włast ręce zacisnął, załamał, zapłonął cały i powiódł przestraszonemi oczyma.
Przed nim leżała odzież przyniesiona, patrzał na nią z trwogą.
— Czyż koniecznie mam zrzucić moje odzienie? — spytał — czyż koniecznie?
— Stary tak kazał, a on nieposłuszeństwa nie lubi — odezwał się Jarmierz z cicha — tak — tak, i miecz trzeba przypasać do boku.
Włast zamilkł, zamyślił się nieco i leniwo ściągać począł odzienie stare. Gdyby w szopce nie było tak ciemno, Jarmierz ciekawemi oczyma dojrzałby był łez na jego powiekach. Mały węzełek, który wiózł z sobą przytroczony do konia Włast, leżący teraz przy pościeli z niepokojem jakimś obejrzał — jakby się o niego zatroszczył.
— Powiedzcie mi, gdzie ja to mogę złożyć bezpiecznie? — zapytał.
— Jakto, bezpiecznie? — podchwycił Jarmierz zdziwiony. — Ja nie wiem jak tam u niemców jest, a no u nas drzwi wszystkie otworem, leży każda rzecz gdzie chce, nikt jéj nie ruszy. Jakem żyw, nie słyszałem, żeby sobie co kto przywłaszczył! Gdzie położycie rzeczy wasze, nikt ich nie będzie śmiał ruszyć.
Włast pomyślał chwilę.
— Prawda, tak i dawniéj bywało! — odezwał się — ludzie u was dobrzy.
— To wiemy, że u niemców na kłody zamykają drzwi, wrota i skrzynie. U nas tego nie było i — nie ma, dodał Jarmierz. A no — rzekł — widząc, że się Włast nie spieszy, odziewajcie się, ojciec czeka.
— Dziś — mówił daléj — dzień jeszcze przejdzie spokojnie, jutro może, a potém toć uroczyście obchodzić musiemy powrót wasz i sąsiady zaprosić i z pańskiego dworu z Poznania, pewnie starszyzna się przysunie na stare miody.
Twarz słuchając, pobladła Włastowi, wdziewał tymczasem podane suknie opieszale i jakby ze wstrętem. Były one z cienkiego sukna i bramowane, barwy jasnéj, kroju pięknego i Włast téż w nich cale się wydawał inaczéj. Jarmierz sam mu mieczyk przypasał.
— O! teraz — zawołał — toście do ludzi podobni. Na drogę, do przekradania się dobra była sukmana ladajaka, a dla syna Władyki Lubonia nie przystała.
Włast odziany był — mieli wychodzić, zakłopotał się jednak o swój węzełek znowu.
— Dajcie mi go, zaniosę Dobrogniewie do komory.
— Nie — nie, wezmę go sam — zawołał niespokojnie Włast, i z pewném poszanowaniem, ująwszy swój węzełek, wyszedł z Jarmierzem z szopki.
We drzwiach dworu pod słupkami stała Hoża w wianku, zobaczywszy idącego brata i niosącego ciężar na rękach, uśmiechnęła mu się wesoło, z ciekawością zaglądając w oczy.
— Dobry dzień! — zawołała — dziś wam lepiéj w sukni nowéj. Ale cóż niesiecie?
— A! nic — odparł Włast — ot, różne podróżne moje rzeczy, które potrzeba w czystém gdzie miejscu złożyć bezpiecznie.
Dziewczę wyciągnęło ręce białe.
— Dawaj! — zawołała.
Zawahał się nieco Włast, lecz po chwili oddał je siostrze spokojny, a Hoża znikła z niemi.
Z za drzwi Lubonia, ale jakoś zasępionego widać było. Syn mu do kolan przypadł. Popatrzał nań i lice się rozjaśniło trochę, wdzięcznie téż okiem rzucił na Jarmierza.
Weszli wszyscy do izby.
Tu stara Dobrogniewa pilnowała dziewcząt zastawiających obiad ranny na misach glinianych. Był to Piątek właśnie, ale poganie dni nie rozeznawali inaczéj, tylko je licząc po księżyca zmianach.
Gdy Włast na stół spojrzał, lice mu żywym zapłonęło rumieńcem. Wahać się zdawał czas jakiś co pocznie, stał pomięszany, a ojciec już siadłszy, ręką go do siebie i jadła wyzywał.
Pierwszą próbę miał młody chrześcianin do przebycia w domu. Był na nią i przez siebie i przez duchownych przygotowanym, ale od niego samego należało uznanie jak sobie postąpić był powinien. Po namyśle zasiadł z westchnieniem i dla niepoznaki razem z ojcem i Jarmierzem jeść zaczął, ale skromnie i zwolna.
— Gniewaliby się na mnie sąsiedzi i mieliby prawdę po sobie, żebym im nie dał znać, iż mi syn wrócił z niewoli, i jakby na nowo się narodził. Trzeba posłać po dworach z wesołą wieścią. Na ósmym dniu po nowiu niech się druhowie zjadą, aby objatę ze mną Bogom złożyli. Jarmierz pośle parobków, a wie kogo prosić.
Sotnik głową skinął.
— Na dwór ja do pana a knezia sam z nim pojadę — dodał Luboń — albo dziś lub jutro.
Włast nie śmiał nic rzec.
— Ale spocząć i orzeźwiać się trzeba junoszy — wtrącił Jarmierz.
— Do łaźni go weźmijcie — dodał Luboń — a potém się wyleży, wyśpi, i ta bladość którą na twarzy przyniósł, zejdzie z niego.
Mówili tak — stara Dobrogniewa u drzwi stojąc z założonemi rękami, milcząc, we wnuka się wpatrywała, jakby czekała, żeby go chwycić i sam na sam z nim rozmówić. Zaglądała i Hoża, do ojca i do niego się śmiejąc, bo jéj — dotąd jedynaczce wiele wolno było, jak hodowanéj ptaszynie, co siada kędy chce i szczebioce swą piosnkę niepytając.
Wnet po strawie Jarmierz na konia chciał posadzić Własta, który mu się wyprosił, ojciec jechał na łowy, bo na przyjęcie sąsiadów dzikiego mięsa było potrzeba — ale synowi pozwolił doma zostać. Włastowi więc dano wolność — a gdy się rozeszli i on na przyźbę téż powoli wysunął, poczuł za sobą idącą starą babkę.
— Włast — rzekła mu półgłosem, chodź ty za mną.
I skinęła nań wiodąc go w tę stronę domu ku kamieniowi, gdzie zwykle z kądzielą siadała w cieniu. Hoża téż chciała za niemi iść, lecz stara jéj znacząco ukazała na drzwi i dziéwczę znikło.
Kądziel wziąwszy z pod ściany, bo bez téj się nie ruszała starucha, powlokła się na swe zwykłe siedzenie. Włast stanął nieopodal. Przysposabiając len i próbując wrzeciona, stara poglądała na niego; namyślając się co mówić. Twarz miała czegoś posępną i jakby gniewną.
— Dwanaście lat — odezwała się — dwanaście lat, to strasznie długi czas — poczęła zwolna w pół do siebie, w pół do niego, jam się do reszty skurczyła i złamała — a z ciebie te niemcy krew wypili!
O! nie może być — westchnęła — aby długiéj niewoli u obcych nie zostało śladu, nie może być!
Popatrzała nań.
— Zarazić cię musieli swojemi czarami i zrobić niemca. Któż to nie wie, że ptak hodowany do leśnego niepodobny. Tak i ty. A cóż? a cóż? pewnie! Nie zapieraj się. Ja stara, mam już siwy włos, wiem wiele, przez oczy patrzę w człowieka.
Poczekawszy trochę, gdy Włast nic nie odpowiadał, ciągnęła daléj:
— Teraz to wszystko trzeba zapomnieć, a co zapomniane, odnowić — rozumiesz Włastek? — Ja ciebie na rękach nosiła? ja cię chodzić uczyłam, ja cię mówić zmusiłam, ty nasz, ty krew nasza, trzeba co tam było zapomnieć. Pokiwała głową starucha.
— Niby to my nie wiemy, co od niemców ludzie wynoszą. Swoje u nich Bogi zapominają, a my tu cudzych nie cierpiemy.
Wiesz Włast — tam na Pomorzu, przychodził jeden z nowym Bogiem do nich, to go zabili... I dobrze zrobili! Dobrze. Nasza ziemia do naszych Bogów należy, a cudzy tu nie będą panowali — nigdy! Posyłają przodem swojego Boga, aby im ziemię zawojował, a z nas niewolniki uczynił? Tak! my to wiemy.
Zamilkła trochę i nić poczęła wyciągać długą, a potém kręcić na kolanach wrzecionem, głową tylko potrząsając, czekała znać, aby Włast coś jéj odpowiedział, ale wnuk milczał. Myśli mu różne chodziły po głowie, nie wiedział od czego ma rozpoczynać.
Starą to utwierdziło w przekonaniu może, iż winowajcę przed sobą miała i znowu mrucząc zaczęła.
— Słuchaj Włast — słuchaj — ojciec na ciebie wczoraj patrząc smucił się radując, boś ty nam odmieniony powrócił. Gdyś był dzieckiem, to cię z konia zsadzić nie można było i do izby napędzić. Pamiętam sama, żeś tak ciskał oszczepem, że nim ptaki biłeś, a teraz ty to potrafisz?
— Nie — odezwał się Włast — nie babo miła, teraz oszczepu w ręku nie trzymałem dawno — lecz, wierzcie mi, nauczyłem się wielu innych rzeczy, które się u nas przydadzą.
— Mówże, czego? — spytała Dobrogniewa.
— Patrzałem jak tam około roli i ogrodów chodzą — jaki ład koło domów, jakie budowania kamienne.
Starucha ręką z wrzecionem zaczęła wywijać w powietrzu.
— My nie rolnicy, to chłopska rzecz — odezwała się, władyki syn nie potrzebuje roli patrzeć. Jemu do tego nic — na to są parobcy i bartnicy, chleba stanie. Wasza rzecz koń, dzida i oszczep.
Włast zmilczał znowu.
Dobrogniewa poczęła mruczeć coś niewyraźnie, podniosła oczy na niego, zaczerwienione, jakby krwią zaszłe i przędła. Ze starą mówić nie było można, zmilczał wnuk i widząc, że ona téż rozmowy nie rozpoczyna na nowo, byłby odszedł, gdyby niewyraźne jéj mruczenie, znowu się w głośniejsze nie zmieniło.
— Zabili tego na Pomorzu! zabili! — mówiła do siebie niby — dobrze zrobili, zdrajcą był, na niemców ich chciał nawracać, do niewoli. Włócznią mu pierś przebili. Kamieniem głowę roztrzaskali, dobrze zrobili. Ciało wilkom rzucili, dobrze uczynili! dobrze.
Oczy staréj zwróciły się ku miejscu, gdzie stał Włast nieruchomy, sądziła, że go ustraszy, ale na bladéj twarzy wnuka, nie widać było najmniejszego śladu obawy. Uśmiechał się łagodnie.
Milczeli potém oboje. Włast jeszcze się wstrzymał i po długiém wahaniu przybliżył do staruszki.
— Dziękuję wam za przestrogę — odezwał się — serce ją macierzyńskie natchnęło — ale babuś kochana, gdym tu szedł, po dobréj woli, wiedziałem co mnie czekać może i że na gody nie idę, ale na trudne życie. Tęsknota mię do was i miłość przyprowadziła i powinność. Więc jeszcze za przestrogę dziękuję.
Stara pogroziła mu palcem.
— My cię opłakali, myśmy cię kochali — ale niemca z siebie zrzuć, bo choć nasza krew, my cudzego tu nie zniesiemy nic!! Taka ja, a ja co? wiedźma stara — ale taki ojciec twój i tacy my wszyscy.
Domawiając tych słów, wrzecionem trzy razy uderzyła w ścianę, przy któréj siedziała. Na ten znak zaszeleściało coś i Hoża nadbiegła. Téj stara wskazała na Własta, jakby nakazując, aby go sobie wzięła i siostra skinąwszy nań, poprowadziła go na pierwsze podwórze.
Od wczora ledwie słów parę przemówili do siebie. Hoża była ciekawą, skorzystała więc ze swobody i na ławie z nim usiadła w przedsieni, wpatrując się w brata z zajęciem wielkiém. Włast nieśmiało patrzał na nią.
— A Włastku ty mój — poczęła zwolna się ośmielając, co tu za tobą łez się wylało i przekleństw na niemców poszło! Biedny ojciec, jak on nigdy zapomnieć nie mógł, że ranny obronić nie potrafił porwanego. A któż nawet pomyślał, że ty kiedy powrócić możesz do nas?
Chyba mnie się to jednéj czasem śniło. Ale mówże, mów, co się działo z tobą i gdzieś bywał, i jak cię oni męczyli! a mów! Wczoraj słuchałam podedrzwiami, gdy cię ojciec pytał, i małoś co mu powiedział. A przedemną możesz wszystko a wszystko.
Włast z uśmiechem dobrotliwym patrzał na nią.
— Powoli to się wszystko wypowie — począł — odrazu trudnoby się zrozumieć, Hoża moja. Było mi zrazu bardzo źle, bo mnie jak niewolnika postrzygli i do ciężkiéj pracy wzięli. A żem zręczniejszy był, choć nie bardzo silny, potémem w piecu pana palił i u stóp jego łóżka sypiał. Czasem mi tarczę i oszczep nosić dawał. A coś z rok to trwało. Aż się na zamku zrobiła wrzawa wielka, że cesarz z obcéj ziemi przyciągnie na wiosnę.
— A któż to jest? — spytała Hoża.
— Jest to pan nad wszystkiemi panami, kneziami ich i królami i nad ziemiami wszystkiemi, które on jednym odbiera, drugim daje jako chce. Na rozkazy jego stawią się wszyscy i służą mu. I mój téż zaraz ludzi zebrawszy, na święta do cesarza ciągnął, gdzie mnóstwó[2] ludu już było z dalekich ziem. Dostało mi się z nim téż jechać, do noszenia tarczy i włóczni i odziali mnie na to, a ze dworem razem ciągnęliśmy do grodu, gdzie cesarzowi mieli kłaniać się i dary przynosić wszyscy. A żem w domu sokoła czasem nosił, który był bardzo piękny i mądry, przystroiwszy mnie pan mój, wraz z sokołem cesarzowi ofiarował.
Przeszedłem tedy z niewoli mojego małego pana, w niewolę wielkiego — a raczéj w niewolę niewolników jego, ale tak chciał los mój. Tu krótko pobywszy cesarz, obdarzywszy kneziów swych i markrafów i urzędników, nazad do południowéj ziemi państwa swojego ciągnął i ja z sokołem i ze dworem.
Gdy Włast mówił tak, a Hoża sparłszy twarz na rękach z uwagą mu się przysłuchiwała — doszedłszy do tego miejsca, wstrzymał się nagle, jakby przypomniawszy przed kim mówi. Pomilczawszy dopiero i myśli zebrawszy, dodał krócéj zbywając siostrę.
— Tamem w tym kraju przebywał długo, ale mnie cesarz dał innemu panu, który nad świątynią tego kraju pewno starszym był. Więcem i u niego i przy niéj służył, zapatrując się na ich obyczaje.
A potém — dodał zrywając i spuszczając oczy — darowano mnie wolnością, bo starzec u któregom służył, dobry był i serca miłosiernego. Pozwolili mi iść kędym chciał, dawszy na drogę odzież i suknię i co było potrzeba, a polecając mnie ze dworu do dworu dla bezpieczeństwa. I tak z panami jadącemi do niemiec, to z jednym to z drugim w ich orszakach, dobiłem się aż nad Łabę, tęsknica mnie za wami wzięła i przebiłem się aż tutaj.
Umilkł Włast, a ona jeszcze słuchała.
— Jestże to inny kraj niż nasz, ten w którym byłeś tak długo? — spytała.
Włast się uśmiechnął i westchnął.
— Nie ma w nim zimy — rzekł — cały rok zieloność trwa i kwiaty tam kwitną, a jeźli czasem niebo się zachmurzy i z deszczem śnieżek popruszy, znika tak, że go chyba w powietrzu zobaczy. I dziwnie tam piękne niebo i słodkie powietrze i owoce smaczne.
— A ludzie?
— Ludzie? — powtórzył Włast — czarni i opaleni i gwałtownego serca, ale rozumni i wspaniali zarazem.
— A wsie?
— Domy i grody o jakich nam się nie śniło — rzekł Włast. — Po jakimś narodzie co tam panował, olbrzymie mury zostały, i nie ma domostw tylko kamienne a wysokie kamieniem wykładane drogi, a rzeki górą płyną w korytach ze skał kutych.
Niedowierzająco dziewczę bratu w oczy spojrzało. — Włastowi świeciły źrenice i usta się śmiały.
— A! — mówił — więcéj tam daleko cudów jest, niż moje usta wypowiedzieć mogą, a twoje serce uwierzyć. W kamiennych tych domach, skarby są zaczarowane, złoto i kamienie jasne i ze złota a kruszcu lane i rzezane postacie jak żywe.
Jakiż to język wypowie? A któż opisze tego cesarskiego dworu wielkość i potęgę i tych wojaków w żelazo pookuwanych całe zastępy, któreby mogły świat zawojować! I przepych ich sukni, ich wozów, koni i mądrość ich kapłanów.
Nagle zamilkł Włast, a Hoża milcząc, zawsze jeszcze słuchała.
— A! — zawołała po cichu — jakże się tobie bracie wydadzą teraz lasy nasze, i drewniane dwory i puste kraje. Ty będziesz śnić i tęsknić za tamtemi! A nam — gdyby nam złote obiecywano góry i nie wiem jakie niebo — ach — jabym nie mieniała kraju bez zimy na nasze smutne nocy burzliwe!!
— I jabym nie mieniał — przerwał Włast — i nie zatęsknię ani za dworem, ani za złotem — ale za jedną zatęsknię rzeczą.
Głos mu cichł zwolna i ustał.
Siostra uśmiechając się patrzała, a myślała, jaka ta jedna rzecz być mogła, za którą brat jéj miał tęsknić. Rumieniec okrył twarz, serce uderzyło — myślała w duchu.
— Wiem! ale powiedzieć nie śmiała i twarz ukryła w dłoniach.
Włast téż, jakby się domyślał czegoś, pokraśniał i zadrżał.
— Hoża moja — rzekł — za czém ja tęsknić będę, to ci kiedyś powiem nie dzisiaj, ale to wiedz, że ani za człowiekiem, ani za stworzeniem żadném, ani za bogactwem, ani za skarbem żadnym ja tęsknić nie będę, tylko za czemś, co nad wszystkich ludzi, nad skarby wszelkie, nad życie nawet jest droższém. Ale dziś, to musi dla ciebie siostro moja, tajemnicą pozostać.
Zamilkł Włast. Hoża zbladła i nie odezwała się, sparta na ręku zadumała się głęboko, któż zgadnie o czém, o kraju bez zimy, o tém co nad skarby droższe, o brata tajemnicy, o innych ludziach i światach?
Od kilku już chwil stojący nieco opodal Jarmierz, patrzał na nich okiem ciekawém i zazdrosném, jakby ich chciał podsłuchać — przy nim stały dwa konie pokryte suknem i do jazdy gotowe. Jeden z nich zarżał i Włast drgnął mimowolnie posłyszawszy głos jego. Spojrzał — Jarmierz dawał mu znaki — czas było po staremu na koń siąść i rękę do oszczepu wprawiać na nowo. Niechętnie wstał Włast — ale być musiał posłusznym.






Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – pojęcia.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – mnóstwo.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.