Listy Orzeszkowej do Tadeusza Garbowskiego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Listy zebrane do Tadeusza Garbowskiego • Eliza Orzeszkowa
Listy zebrane do Tadeusza Garbowskiego
Eliza Orzeszkowa


Wiesbaden, villa Roos, 29 VI [18]99

Szanowny Panie

Silny słabemu, syty głodnemu nie. wierzy! Czy Pan uwierzy, że ja w tej chwili do żadnej pracy umysłowej zdolną nie jestem? Zawsze tak było, żem w lecie nie pisała. Pora moja: od października do kwietnia; potem — muza odlatuje i ani za skraj szaty pochwycić jej nie mogę. Było tak zawsze, w dniach zdrowia ciała i pogody duszy. Cóż teraz? O duszy nie powiem ani pół słowa, bo cóż dusza czyjakolwiek kogokolwiek obchodzić może, a towar niepotrzebny na rynek wynosić wstyd, bo niemądrze. Ale ciało — rzecz widoczna i kuracja wiesbadeńska rzecz nieznośna, nużąca i — idiotyzująca. Więc gdybyśmy się i zjechali, choćby w samym raju ziemskim, ja teraz nie pracowałabym na współkę z Panem. Ale w zasadzie pomysł takiej współki bardzo mi się podoba. Tylko znowu nie wiem, czy nie uczynię Panu zawodu i czy mię Pan znajdzie tak „mlecznie" spokojną i niebiesko pogodną — jak o tym Pan pisze. Jednak spróbować można. Aby spróbować, aby nawet wiedzieć, czy warto próbować, trzeba przede wszystkim jasnej świadomości tego, co Pan zamierza. Jaki temat? Jaki rodzaj literacki? Jaka treść? Jaka forma? Niech mi Pan to jak najobszerniej i, o ile podobna, najrychlej opisze, abym tu jeszcze w Wiesb[adenie] przeczytać i zastanowić się mogła i nade wszystko doświadczyć, czy mię to dotknie, czy nie dotknie, czy pobudzi struny do grania, czy pozostawi je niemymi. Bo od tego cała możność roboty zależy. Gdy harfa wewnętrzna milczy, żadne bicze nie zmuszą do powstania myśli i wyobraźni. Jeżeli wynik będzie pomyślny dla pracy wspólnej, napiszę o tym Panu, zjedziemy się w Interlaken, pomówimy obszernie i potem współpracować będziemy, ja w Grodnie, Pan tam, gdzie mieszka stale, przez pocztę. W przeciwnym wypadku, jeżeli pomysł nie dosięgnie mojej sfery wrażliwości, wszystko na nic.

Niezawodnie, że wolałabym wiedzieć, kto czyni mi zaszczyt wzywania mię do pracy wspólnej, i niedobrze rozumiem brak ufności w moją dyskrecją. Mógłżeby Pan podejrzywać mię o lekkomyślność wielomówną? Doprawdy, umiem być i studnią, i grobem. Ale jeżeli nie, to nie. Oryginalność postępków i sytuacji miewa niekiedy swój powab.

Utworów z podpisem Leona Płoszowsk[iego] nie spotykałam, co przypisuję temu, że zapewne zjawiają się w literat[urze] galicyjskiej, którą, ku wielkiemu swemu żalowi, znam mało — et pour cause! Niechże mi Pan da łaskawie możność zapoznania się z utworami tymi!

Tu, w Wiesb[adenie], zabawię jeszcze trzy tygodnie.

El. Orzeszkowa


6 VII [18]99, Wiesbaden, Villa Roos

Szanowny Panie

Z uwagą najżywszą i najgłębszą przeczytałam po razy kilka szkic mi przysłany. Pomysł piękny i głęboki. Partia L[eona]

P[łoszowskiego] przedstawia motywy, które wspaniale rozwijać można. Lecz. partia E[lizy] O[rzeszkowej] nie jest dla mnie wyraźną. Role pocieszycielek, nawrócicielek itd. przedstawiają szkopuły, którymi są: naiwność, banalność, płytkość — słowem: śmieszność. Zależy to zresztą najwięcej od natchnienia, nastroju indywidualnego i rodzaju talentu. Otóż muszę Panu powiedzieć, po pierwsze: że pracę tę wykonać wspólnie z Panem chciałabym, bo temat i pomysł sam przypada mi do smaku; po wtóre: że bardzo wątpię, czy ją wykonać potrafię. Indywidualny nastrój mój nie jest wcale optymistycznym, daleką jestem od pogody i spokoju, których bym innym udzielać mogła, owszem, potrzebowałabym raczej ich od innych dla siebie zaczerpnąć, co dziwić nie powinno, gdy się pomyśli, że przebyłam, długie życie pracy wytężonej i myśli samotnej w najcięższych warunkach politycznych i okolicznościach osobistych, wśród których tysiąc dusz innych zapadłoby w otchłanie, ja zaś a tyle je zwyciężałam, żem nie przestała mieszkać w strefie ideału i mierzyć wszystko miarą ideału, co także nie przyczynia się do napełniania serca i myśli miodem. Więc trudno by mi było przez długość książki roztaczać białe i rzeźwiące skrzydła Anioła pociechy. Następnie dialog, rozprawa, poemat prozą — nie mój rodzaj. Jeżeli mam jaki talent, to dramatyczny. Aby doświadczyć magicznego tknięcia twórczości, potrzebuję mieć przed sobą — sytuację i akcję, akcję rozmaitą, z tłem malowniczym i plastyką figur. W pomyśle Pana tło jest, lecz plastyka niemożliwa, akcja żadna. Swoją drogą, w tym rodzaju może być rzecz piękna i wielka, ale rodzaj nie mój, więc nie potrafię. Na koniec natchnienie. Teraz doświadczyć go nie będę mogła wprost dla przyczyn fizycznych. Podróż i kuracja nużą i wyczerpują; pora letnia — jak już pisałam. — mnie nie sprzyja. Wszystka to; piszę dlatego, aby Panu zawodu nie sprawić, aby Pan na mnie dla pracy tej bardzo nie liczył, gdyż, prędzej okażę się niezdolną do niej niż zdolną. Pomimo to, cóż stracimy na tym, jeżeli się zjedziemy i poznamy? Wszak Pan i bez tego — o ile z listów rozumiem — byłby w Szwajcarii? Więc jeżeli i nie będziemy pisać wspólnie, to z rozmowy, z rozmów wyniknąć może korzyść jaka lub choćby przyjemność. Mam np. trochę uwag, do zrobienia co do formy zamierzonego utworu, bez względu czy współpracować w nim będę albo nie; mam jeszcze pewien pomysł, który by może wynagrodził Panu sowicie zawód na mnie doświadczony. Wszak nie ja jedna w Polsce pióro dzierżę! Słowem, jeżeli Pan przyjedzie do Interlaken, gdy tam będę, pomówimy wiele o tym utworze, o tym pomyśle Pana i zapewne o wielu rzeczach innych. Przyjadę pewnie 20—22-go lipca. Dnia jeszcze oznaczyć nie mogę, ale jeżeli będę wiedziała, gdzie Pana listem szukać albo depeszą, oznajmię.

Za propozycję dopomożenia mi w materialnych kłopotach podróżowania dziękuję serdecznie i jeżeli dobra chęć Pana trwać będzie, skorzystam z. niej chętnie prosząc o zamówienie pokoju dla dwóch osób w hotelu jakim z pensją. Uprzedzić bowiem muszę, że jestem z przyjaciółką, osobą sercem bardzo mi bliską i dla której rozmowy i projekty nasze nie będą mogły być tajemnicą. Ponieważ jednak nie należy ona do świata literack[iego] ani naukow[ego], więc też i zaszkodzić Panu w żadnym kierunku nie będzie mogła, oprócz tego, że nie będzie chciała. Co do pokoju, to jeden tylko warunek, aby nie był ciasnym, aby był dość obszernym; ceny także nie chciałabym wyższej nad 8 frank [ów] od osoby, czyli 16 od nas obu dziennie, jak to zresztą praktykuje się tu i prawie wszędzie w tak zwanych pensjonach.

W każdym razie oczekiwać będę od Pana wieści: czy Pan przyjedzie? i dokąd mam wysłać zawiadomienie o dniu swego przyjazdu? Czas pobytu mego w Interlaken zakreślony stale, niedługi, bo 3 (15) sierpnia muszę być w Zakopanem na Zjeździe Kobiet Polskich — w historii świata pierwszym. .

Może do widzenia i długiego mówienia! .

El. Orzeszkowa


19 VII [18]99, środa

Szanowny Panie

Za depeszę i list z Interl[aken] dziękuję. Na sposób żaden wyjechać stąd pierwej nie mogę jak 21-go bm., czyli w piątek o; godz[inie] 11-stej wiecz[orem], a w Interlaken stanę nazajutrz w sobotę o 1-ej w południe.

VV każdym razie, czy zmiana daty zajdzie, czy nie, zatelegrafuję. Mieszkanie za 19 frank[ów] z wdzięcznością akceptuję, byleby nie od południa, bo tu już strasznie od upałów cierpimy. Nie podobna mi też wiązać się terminem żadnym. Wyjeżdżam stąd tak wyczerpana fizycznie i cierpiąca moralnie, że Pan doświadczy na mnie pewno zawodu niewesołego. W każdym jednak razie znajdzie Pan we mnie istotę za okazaną jej życzliwość i ufność szczerze wdzięczną.

El. Orz.


21 VII 1899,. Wiesbaden Demain midi

Orzeszko


24 VII [18J99

Niech Pan w tej płaczącej osobie ujrzy dzisiejszy mój obraz. Ból zęba wraz z burzą spać mi nie dał, trwa jeszcze i to sprawia, że na pół dnia wyrzec się muszę uroków cudnej Szwajcarii, do których w pierwszym rzędzie rozmowy z Panem zaliczam. Jeżeli Pan innego użytku z czasu swego nie uczyni, proszę zajrzeć tu o 5-tej, może już zdołam wyemancypować się od swojej biedy!

El. Orz.

Może Pan zechce przejrzeć Verlaine'a.


[5 VIII 1899, Interlaken]

Okazało się, że jedziemy nie na Brienz i Lucernę, lecz na Thun i Bern. Pociąg odchodzi o 2-giej 37 minu[t]. Innego dziś nie ma.

Jeżeli to uczynić może zmianę w zamiarach Pana, to oznajmiam — a zawsze jednak ostatniego słowa pożegnania, tu czy tam, oczekuję.

El. Orz.


Zurich, Niedziela [6 VIII 1899]

(Kalendarz, ten podwójny, z kufra nie. wydobyty, więc nie wiem, jaki to dziś miesiąc i dzień miesiąca).

Seefeltstr[asse] 37 (z pozoru sądząc powinno być Seefeldstr[asse], ale jest t, i cóż ja na to poradzę?)

Drogi Panie

Pierwszą myślą moją wczoraj po wyruszeniu pociągu było: czy też spotkamy się jeszcze z Panem, w wymiarze trzecim albo może X kreatoryczne w czwartym dopiero zobaczyć się nam pozwoli? Zapytanie to wzniosło się nad jeziorem Thun taką mgłą smutną, żem błękitów jego nie widziała i aż do samego Zurichu napełniało mi głowę rozmaitymi wariantami starogreckiego adagia: „Człowiek jest cieniem, któremu śnią się cienie". Chwilami zdaje mi się, że spotkanie nasze, takie dziwne i piękne — nieprawdaż? — było snem, może mirażem... Albo lepiej niech, będzie tak: Po łące kępiastej, którą iść trudno, w deszcz i burzę szedł człowiek z odzieżą przez wichry podartą, z obliczem znużonym wędrówką, z czołem pobladłym od cieniu tego olbrzyma, którym jest życie, i — nagle — wszedł we wzbijający się nad łąką łuk tęczy. Co się stało? Purpura fioletu opłynęła go płaszczem królewskim, diadem złoty zaświecił nad głową, na czoło dostał opaskę z szafiru, w źrenicach błysnęły brylanty... Ze znużonego pielgrzyma — król stworzenia, lecz tylko na chwilę, bo przerżnął świetny szlak tęczy i dalej poszedł znowu łąką kępiastą szary i zagasły, cały w cieniu tego olbrzyma, którym jest życie...

Skromny, lecz miły uśmiech życia oczekiwał mię na dworcu zurichskim w postaci dwóch serdecznych kobiet, które porwały nas stamtąd i zawiozły naprzód do swego mieszkania, gdzieśmy przy stole po domowemu zastawionym parę godzin spędziły na rozmowie poufnej, koleżeńskiej, dość poważnej. Wiele, wiele dałabym za to, aby Pan był tam z nami, widział nas i słyszał, bo prysnęłyby w umyśle Pana bez śladu brudne bańki tych oszczerstw, którymi świat obryzguje kobietę bardzo nieszczęśliwą, lecz jeszcze więcej szlachetną i dobrą. Tak mi żal, tak mi żal, żem opuściła Interlaken, że gdyby prosty rozsądek nie stał na straży postępków moich, to bym tam za dni kilka jeszcze powróciła, i muszę lękać się bardzo śmiechu z samej siebie, skoro tego nie uczynię — a jednak, dobrze się stało, żem tu przyjechała; zdarzyło mi się zdarzenie dla mnie ogromnie rzadkie: jestem — chwilowo i trochę — komuś na cóś potrzebna. Do Rappelsw[ylu] pojedziemy jutro, bo pokazało się, że ten zjazd trwać będzie dni kilka, a mnie wczorajsza podróż tak znużyła, że nie czuję się sposobną do niczego zupełnie oprócz do zaczerniania tej kartki do Pana, dla Pana.

Ulokowane jesteśmy b[ardzo] dobrze, tuż obok tych pań, w prywatnym mieszkanku złożonym z dwu pokoi, przez których otwarte teraz okna patrzę na wielkie, srebrne jezioro. Nigdzie dziś nie pójdę oprócz do nich...

Szanowny wuj Pana zrobił na mnie wrażenie ogromnie sympatyczne; takie ma błękitne, czyste, dobre oczy. Niech go Pan od nas obu bardzo uprzejmie pozdrowi. Niech Pan też pokłoni się ode mnie cudnej Jungfrau, kochanemu Aarowi i tym oknom St Georges'a, ża którymi wiele o Panu myślałam.

Jeżeli Pan zaraz napisze do mnie, tu jeszcze list otrzymam. Spędzę tu może cztery, może nawet pięć dni, bo trzeba.

Bardzo Panu oddana

El. Orzeszkowa

O Ad astra przeszkadza wciąż myśleć upał tropikalny, ale — co się odwlecze itd.


[8 VIII 1899] Zurich, Seefeldstr[asse] 37 (nie chez Mme Konop[nicka])

Drogi Panie

Szkoda wielka, że niemiecka akuratność zwyciężyła polskie roztargnienie, bo mnie, zupełnie po polsku, miło by było, gdyby Verlaine został u Pana i czasem mnie przypomniał.

Mogłabym wiele opowiedzieć o Rappelsw[ylu], gdzie wczoraj byłam, i o tym, dlaczego w Mürren nie będę, ale za herb szwajcarski czuję się w prawie przesłać tylko — piękność modernistyczną.

Jutro jadę do Schaff[h]ouzy, wkrótce potem do domu, nie na Wiedeń, lecz na Berlin, drogą znacznie krótszą i łatwiejszą. Tu otrzymuję listy do piątku, w Berlinie w Hotel Cobourg:

Niech Pan pozdrowi ode mnie sz[anownego] wuja swego, a dla siebie przyjmie życzenia najlepszego końca lata.

O dobre wspomnienie prosi

El. Orz.


Zurich, 9 VIII [18]99

Drogi Panie

Zgrzytnęło mi cóś wczoraj po nerwach, może po sercu, i napisałam kartkę tylko, może niedobrą, więc niech Pan ją podrze i puści na fale Aaru... Dziś chce mi się długo z Panem pogawędzić. Cały ranek z domu nie Wyjdę. Opowiem, com widziała i słyszała w Rappelswyllu.

Zamek sam bardzo piękny, z wieżami, krużgankami, wschodami nieskończonymi, ciemny, prastary, z 15-go wieku, należał do Habsburgów niegdyś, potem przez jakiegoś magnata wydzierżawiony na lat 90 towarzystwu, które tam założyło Muzeum. Niezmiernie oryginalną i piękną rzeczą są bluszcze owijające dziedziniec caluteńki gęstwiną niesłychaną, tak stare, że mają pnie jak grube drzewa. Muzeum zaś — ubogie. Tylko zbiory po Kościuszce duże i ciekawe, kapliczka z sercem Kościuszki budzi głębokie uczucie czci i rozrzewnienia, zresztą obrazy liche i inne rzeczy — drobiazgi, wrażenie zamiaru jeszcze nie spełnionego. Księgozbiór duży. Wszystko utrzymane w porządku wielkim przez p. Rużyckiego, dyrektora, za którym po salach muzealnych biegają dwa koty-ulubieńce, towarzysze samotnika.

Zjazd członków Muzeum był w komplecie. Mnóstwo panów: ze Sztokholmu, Paryża, Genewy, Krakowa itd. Pomiędzy nimi Jeż, na którego patrząc żałowałam, że malarzem nie jestem. Bardzo chory, dnie ma policzone. Postać ascety-rycerza, z oczyma gorejącymi bólem prawie zaświatowym, bo kędyś w dal, w dal patrzącymi, z cieniami śmierci na zapadłych skroniach, i ciągle, ciągle jeszcze mówiący o rzeczach publicznych, polskich, z zapałem niemal młodzieńczym, miarkowanym tylko przez słabość fizyczną, objawiającą się W oddechu trudnym, w drżeniu warg bladych, w ciągłym jakby dążeniu spojrzenia w dal, w dal... tam, kędy już idzie Duch na odlocie.

Spędziłyśmy tam kilka godzin, wracałyśmy jeziorem. Obraz mniej wspaniały niż te, na które razem z Panem patrzałam, lecz pełen wdzięku. Wody miejscami aż ciemnozielone, z dala, na ostatnim planie widać pasmo gór.

Wczoraj przez cały dzień byłam trochę słaba, nie wychodziłam, przed wieczorem dopiero poszłam z tymi paniami oglądać miasto. Ładne, ale nic b[ardzo] osobliwego. Dziś jedziemy do Badenu, aby złożyć wizytę pani Duchińskiej, 80-letniej patriarchini pisarek polskich. Jutro do Neuhausen, do wodospadu reńskiego.

Słucham czasem poezji cudnej. Powstała we Włoszech poetka; Ada Negri, talent śmiały i silny. Maria ją tłumaczy, raczej już cały tom przetłumaczyła. Ile razy to czyta, myślę z żalem, dlaczego tu Pana nie ma! Tak by dobrze było razem z Panem słuchać tych pieśni prześlicznych, bijących w samo serce. Mam tylko podejrzenie silne, że Maria zrobiła ją piękniejszą, niż jest w naturze, ale ona zaklina się, że nie, że oryginałowi nie sprostała. Wyjdzie ten przekład wkrótce w Warsz[awie]. Natychmiast prześlę go Panu.

Po co była odsyłać Verlaine'a? Wczoraj przyszedł, ale patrzeć na niego nie chcę. Niemiecka akuratność stoi wrogo naprzeciw polskiej sentymentalności. Jestem sentymentalną Polką. Byłoby mi dobrze, gdyby cóś ode mnie zostało u Pana. Co Pan teraz robi? Czy chodzi Pan nad Aar? I na mały Ruggen? Czy przychodzą myśli o Ad astra? Czy nie opuściła Pana jeszcze „Nadzieja"?

Dlaczego nie powrócę i nie pojadę pod lodowce? Mój Boże, trzebaż mieć trochę silnej woli i nie zmieniać co dzień postanowień! Prawda? A potem, mam w charakterze czy w umyśle skeptycyzm. Jest to to, o czym zapomniałam powiedzieć Panu. Łatwo mi bardzo zwątpić o tym, czy moja osoba i moja obecność jeszcze na co się zda, a jak wątpię, to wtedy przychodzi duma etc, etc. A potem jeszcze, Grodno spaliło się, nie całe, lecz duży kawałek, więc jedna przyczyna więcej do wracania, bo piszą mi z domu, że tam na cóś potrzebną będę. Zresztą już tak mi się niczego nie chce. Jeżdżę tu i patrzę, jak chłop pańszczyźniany orał, z musu. Już pojadę — na dolę czy niedolę, ale na codzienny zagon. Chciałabym bardzo mieć od Pana list w Berlinie, Hôt[el] Cobourg, ale jak nie znajdę, to czekać będę w Grodnie. Wujowi Pana ukłony uprzejme. Panu z serca i pamięci słowa najlepsze.

El. Orzeszkowa


Piątek, 12 [Ul] VIII [18)99, [Zurich]

Nie skończyłam wczoraj przepisywania wiersza, który mi się podoba, więc z Panem podzielić się nim chciałam, bo pióro z ręki wytrąciła mi — migrena. Dwa dni tak mi się tu zmarnowały na bólu głowy piekielnym, przeciw którym [!'] już i antifebrina nie pomogła. Dziś znowu dobrze, jadę do Neuhausen, do tego wodospadu reńskiego, a jutro pewnie w drogę ku domowi, dokąd listami wzywają mię bardzo okropnie. Różne tam takie rzeczy, dla których powinnam wracać, więc i wracam, za kilka dni będę już w na poły spalonym Grodnie.

Wątpię, czy Pan Marię znajdzie jeszcze w Zurichu, bo ona tu tylko do 20 bm., ale na wszelki wypadek adres jej: Kreuzstrasse 39, bei Fr[au] Baumann. Myśmy tam u niej tylko pierwszy wieczór spędziły, a potem nasze własne mieszkanie było na tej Seefeld[strasse], gdzie wczoraj list Pana otrzymałam.

Dziękuję. Często o Panu myślę. Wplótł mi się w życie promień, który niosę w mroki codzienne, i gdy mi będzie bardzo ciemno, ku niemu wzrok obrócę. Żeby to można było wchodzić na jakąś górę, powoli, powoli, wśród horyzontów coraz nowych, surowszych, cichszych, chłodniejszych, wchodzić, wchodzić w powietrze coraz czystsze, surowsze, w miejsca już bez kwiatów, W chmury i z chmur, ze szczytu zimnego, wprost jak przez próg, wskoczyć do czwartego wymiaru! Wszakże — można! Ale — byłożby to pójść — ad astra? Można i wolno — dwa różne wyrazy. I w tym bieda. W tym też może jedyna prawdziwa chwała, wewnętrzna i skryta. A może też w tym — w różnicowaniu dwu tych wyrazów — wzrost ducha, wysokość stanowiska w wymiarze 4-m, 5-m etc? Koniec końców, trzeba trwać i na siłę, na światło brać sobie znajomość duchów, które się spotyka w Interlaken, z którymi się rozstaje w przestrzeni fizycznej, aby w tej innej, przez pamięć i wyobraźnią rozwijanej, z nimi przestawać i niekiedy, z rzadka (aby nie dokuczyć) mówić im: Czy pamiętasz? Wspomnij! O tym, o tamtym pomyślmy razem!

Z drogi napiszę.

Serdecznie pozdrawiam

El. Orz.


25 VIII 1899, Grodno

Drogi Panie

Dwa tygodnie nie pisałam z powodu plątaniny dat i adresów, a także innych przyczyn od braku chęci rozmawiania z Panem ogromnie dalekich. Teraz także kartka tylko, bo nie mam pewności najmniejszej, czy dojdzie; aller et retour listu pomiędzy

Gr[odnem] i Int[erlaken] trwa dni ośm. Gdy mi Pan prześle jakiś adres stalszy, napiszę długo. Mam wiele do powiedzenia. Żałuję, że rozstałam się z Szwajcarią, cieszę się, że Panu tam jeszcze górnie i pięknie. W domu jestem od kilku dni zaledwie, bo dłużej nad zamiar zaczepiły mię w Warszawie różne sprawy. Tu panuje istotnie spokój, z bliska sąsiadujący ze śmiercią. Trzy tygodnie temu byłam jeszcze z Panem nad Aarem i wydaje mi się to teraz wycieczką uczynioną na wcale innego planetę. Niech mi Pan napisze, kiedy i dokąd posłać list na pewno, że dojdzie. Niech też Pan trochę miejsca zachowa dla mnie w sferze swych dobrych wspomnień.

El. Orzeszkowa


26 VIII [18]99, Grodno

Wczoraj pisałam do Belle-Vue. Dziś otrzymuję kilka słów, za które bardzo, bardzo dziękuję pod adresem nowym. Już jak Pan gdzie na stałe osiądzie — choćby na nieco dłużej — napiszę list ogromny. Proszę o wiadomość: kiedy Pan będzie w Wiedniu?

Ze mną tak: podróż miałam ciężką z powodu upałów szalonych, w Warsz[awie] pobyt dłuższy nad chęć i zamiar, a tu wpadłam na deszcze, wichry, chłody, zaziębiłam się i jestem w stanie fizycznym i psychicznym takim, że oprócz kaszlania, połykania jakichś mikstur i — wspominania lepszych czasów, tak niedawnych, nic robić nie mogę. Kaszlanie wkrótce przejdzie, wspominanie trwać będzie, do roboty zabiorę się chyba za miesiąc, bo teraz epoka jeżdżenia ludzi po świecie, więc gości miałam, mam i mieć będę. Z samego Krakowa były już dwie osoby, skądinąd oznajmiają się listami na różne daty. Ustanie to za kilka tygodni i przyjdą wtedy dwie towarzyszki wierne: cisza i praca.

Boże! jak ja bym chciała cóś bliżej, więcej wiedzieć o Panu! Jeżeli można, proszę podzielić się ze mną trochą swoich myśli i wrażeń. Ja mam mnóstwo do powiedzenia, ale nigdy nie wiem, czy list jeszcze Pana znajdzie, bo długo iść musi.

Wczoraj przyjechała znajoma Pana, Jadzia Eys[ymonttówna]. Osiada tu u mnie na całą zimę, potem za mąż idzie. Widziałam u niej fotografię Pana. Niedobra... Ja chcę lepszej i mam prawo: prosić, bo Pan ma moją najlepszą.

Niech ten motyl alpejski niesie Panu wyrazy najlepszych też uczuć i wspomnień!

El. Orzeszkowa


1 IX [18]99, Grodno

Drogi Panie

Więc Pan „przestawał już spodziewać się listu" ode mnie! Czy przypuszczał Pan, że umarłam? Ależ pisałyby o tym gazety, nawet niemieckie. Żyję, więc piszę, a tylko niewątpliwym stał mi się fakt socjologiczny, że instytucje pocztowe powstały wśród narodów osiadłych, gdyż nomadom na nic wcale by się nie przydały. Było tak: przyjeżdżam do Berlina, zapytuję o listy, są z Grodna, Zakopanego, jeszcze skądciś, ale nie z Interlaken; wpadam w zły humor, cały dzień milczę jak ryba, nie idę nigdzie, siedzę jak kamień i we wszystkich możliwych Figarach, Eclairach, Aurorach czytam o Dreyfusie i Laborim; na koniec wieczór, pociąg do Warszawy; kładnę kapelusz, schodzę ze wschodów, szwajcar hotelowy podaje mi kartę z obrazkiem szwajcarskim; w wagonie ją czytam, opiewa adres do 20-go , a tu 18-ty. Już odpowiedź z Warszawy nie dojdzie. W Warsz[awie] chciałabym być trzy godziny, a siedzę trzy dni, bo mam kilka rozmów z wydawcami i plotkarzami, przybywam do domu, znowu karta od Pana, z Wengen, adres do 22-go, a tu już 23-ci. Potem mam pisać do Belle-Vue, piszę; a potem do St Georges, piszę znowu i zupełnie nie wiem, czy Pan to drugie pisanie otrzymał. Teraz, 1-go, znowu Belle-Vue, ale tylko do 5-g:o; więc natychmiast odpowiedź wysłać, bo jeżeli jutro, to się już spóźni. Cała historia skomplikowana i — dość już o niej, ponieważ na co innego czasu zabraknie. Z Grodna do Interl[akęn] papier jedzie całe cztery dni...

Zaczynam od potopu. Czy był Pan w Neuha[u]sen, gdzie wodospad Schaff [h]ouzy? Jeżeli nie, to niech Pan tam zajedzie. Ostatni to obraz, który mi ze Szwajcarii w oczach pozostał, bardzo wspaniały, huczny, groźny. Jest tam miejsce jedno z takim hukiem, grzmotem, rykiem wody, masą olbrzymią wzdymającej się w tysiąc bałwanów, że zdaje się, jakby świat się kończył. Te bałwany są wysokie jak góry, mają pozór marmurowych, alabastrowych, kryształowych, są spienione, wściekłe, powstają, tłuką i walą o siebie, znikają, zastępują je inne, nad wszystkim unosi się wysoko mgła z wody na pył rozbitej, kurzawa, której każdy atom srebrny od słońca, gdy w dole, w łonie bałwanów namiętnych i walczących błyskają, pływają, rwą się, migocą coraz, gdzie indziej kawałki tęcz, malachitów, bursztynów... I był jeden szczegół chwilowy, przelotny: spomiędzy drzew zamku Laufen znad głów naszych wyleciał motyl złoto-błękitny, odważny, choć taki drobny, i nad przewalającymi się olbrzymami w grzmocie i krzyku długo latał w srebrnym pyle wodnym. Przyszła mi na myśl dusza poety, lotna i smutna, nad odmętami życia...

Od duszy poety prosta droga do Ad astra. Jeszcze nic nie piszę, ale to pisać będę, przynajmniej próbować pisać. Błądzą mi po głowie pomysły, oderwane obrazy, okresy, ale zacząć robotę jeszcze niesposób. Dlaczego? Boże! dla marności mojej fizycznej i psychicznej! Po przyjeździe do domu zachorowałam. Jestem zawsze okropnie wrażliwa na zmiany atmosferyczne: z każdej pogody, na każdy deszcz i odwrotnie, przed burzą, przed śniegiem, w mrozy i w upały dostaję migreny i paru innych historii nerwowych, silniejszych lub słabszych, dłuższych lub krótszych, które od lat kilku skracam szemikaliami (jak mówią w

Księst[wie]

Nas[s]auskina) wyrabianymi w tymże księstwie w miasteczku Höchst, w którym mieszka 50-ciu d[oktor]ów chemii. Tym razem: z gór na niziny — wszechstronnie! Chemikalia nie pomagają, chodzę z bolącą głową i prawie nie sypiam; w dodatku, przeziębiłam się i kaszlę.

Drugi dodatek: napady pesymizmu ze wszystkimi towarzyszami i towarzyszkami jego. To już marność psychiczna. Myślałabym, że zginie wszystko, włącznie z Ad astra,, ale że to me pierwszy raz ani dziesiąty, tylko daleko więcej, mniemam, że nic jeszcze nie zginie, ani Ad astra. Odrobinę tylko ducha twórczego mam w sobie, ale i ta odrobina jest pełna fantazji- i kaprysów, które znosić trzeba, aby na chwilę łaski zasłużyć. Stworzonko to okrutne, dręczy niekiedy bardzo, ale że bogate, więc i wynagradza hojnie. Trzeba czekać. Zresztą, nie moja to jeszcze pora pisania. Teraz w Grodnie pora najnieznośniejsza ze wszystkich względów, samego Salomona ogłupić i Samsona słabym uczynić mogąca. We wrześniu i potem robi się ciszej, czyściej, możliwiej. Ja tu dawniej nigdy o tej porze nie bywałam, tylko na ślicznej wsi nadniemeńskiej. Jednak i tam kapryśne stworzenie, które czasem pracuje we mnie, pracować zaczynało później, w jesieni.

I jeszcze jedna górka do przebycia. Chcę przedtem napisać nowelę z dzieciństwa tej dzieweczki ukochanej przez Sewerynę i Juliusza. Jak jej będzie na imię? Aleksandry nie chcę. Twarde i trzeba koniecznie spieszczać, aby możliwe było. Niech Pan wynajdzie inne wśród ulubionych (tylko nie Adela i naturalnie nie Nadzieja — à propos, czy panna Nadzieja była jednocześnie z Panem w Wengen lub w Mürren?). Przypuśćmy, że Klementyna. Otóż będzie w noweli moment z dzieciństwa Klementyny bardzo ładny, gdy z matką-wietrznicą przyjeżdża do Krasowieć i wywozi stamtąd zawiązek całej swej przyszłej duszy. Tym sposobem Dwa bieguny, W Krasowcach i Ad astra stanowić będą jedną historię. Może jeszcze pomiędzy przedostatnim i ostatnim wsunę jedno więcej ogniwo pt. Sielanka srebrna, które tłumaczyć będzie Sewerynę z Ad astra, jak W Krasowcach wyjaśni postać Klementyny. Te obie nowele zresztą mogą być pisane niekoniecznie przed zaczęciem ostatniego Dwugłosu, ale i jednocześnie z nim. Trzeba tylko wyzdrowieć ciałem i powstać duchem. Przyjdzie to najpewniej, jak nieraz przychodziło, lecz jeżeli się spóźni, to niech Pan tak rychło nie „przestaje spodziewać się". Co prawda, sama jestem do takich rychłych wątpliwości jak najskłonniejsza, lecz w Panu skłonność ta jeszcze być nie powinna, względnie do mnie też być nie powinna. Tylko że z innej strony wiem dobrze, że nie wszystko, co być powinno, być może. Zna mię Pan jeszcze mało.

Tymczasem czytam po raz dziesiąty w życiu Fausta, przez Pana. Szłam przez pokój i za szkłem szafy bibliotecznej zobaczyłam na książce napis: Faust. Przed oczyma stanął mi park na Ruggenie, ławka naprzeciw gór nad doliną i chwila, w której o przedstawieniu teatralnym 2-ej części poematu słuchałam... Ja to znam prawie od dzieciństwa, tylko z samotnych czytań.

Wzięłam z szafy i czytam znowu. Tłumaczenie, ale wyborne. Uwiązł mi w pamięci wiersz:

Ten ma zawsze nadzieję i sny promieniste,

Co lgnie do cacek jak bezmyślne chłopię.

Żądną ręką skarby kopie,

Szczęśliwy, jeśli wykopał choć glistę...

Wiele jeszcze mam do powiedzenia Panu z rzeczy codziennych i świątecznych, ale śpieszyć trzeba, bo gdy dziś listu na pocztę nie oddam, przyjdzie po wyjeździe Pana. Tak dzieje się w świecie nomadów.

Ogromnie chcę o cóś Pana zapytać, ale waham się, bo to pytanie bardzo osobiste i dziś już czasu nie ma. Może kiedy odważę się zapytać. Jeżeli ten węzeł pomiędzy nami, o którym tyleśmy mówili, ma dla Pana cenę jakąkolwiek, to utrwalenie go w znacznej części od Pana zależy. Mam skłonność wielką do rychłego wątpienia, a gdy zwątpię, już nici dotknąć nie mogę. Mam też wielką zdolność do wspominania i tęsknienia. Tęsknię za rozmowami z Panem. Może my pomimo ogromnego oddalenia dat naszych narodzin możemy być sobie serdecznymi i nawzajem rozpromieniającymi się przyjaciółmi? Tak mi się zdaje. A Panu?

El. Orzeszkowa


8 IX [18]99, Grodno

Kilka słów tylko, aby powitać Pana w chwili przybycia do Wiednia, na progu domu rodzinnego — więc właściwie wówczas, kiedy to Panu najmniej potrzebne — lecz pocieszam się przysłowiem, że „od przybytku głowa nie boli" i tym, co mi kiedyś mówił botanik jakiś, że bywają kwiaty, którym i tysiąca kropel rosy nie za wiele... Tysiącem słów dziękować chciałabym za list długi i piękny — czy równie dobry? tak, lecz nie bez restrykcji. Rozminął się on z moim ważącym około puda i kilku funtów, który wysłałam z wyliczeniem, aby przybył do Interl[aken] 4-go bm.? Czy dobrze wyliczyłam? Czy poczta na miejsce przeznaczenia dodźwigać go w porę zdołała?

Co Pan uczuwał w Alpach, odczułam; co myślał, zrozumiałam i post factum razem z Panem przemyślałam. O tym i wielu rzeczach różnych napiszę wkrótce, teraz nie mogę, nie dla tego gwaru i tłumu, o których Pan tyle pisze, bo cisza wkoło mnie i sam na sam jestem z zieloną gęstwiną kasztanów tkających mi za oknami zasłony koronkowe. Lecz boję się, aby nie było naraz za wiele kropel rosy, zwłaszcza gdyby jeszcze jednocześnie przybył znowu list z Ameryki... Niech Pan wynajdzie w mowie naszej słowo najserdeczniejsze i będzie pewny, że je w tej chwili Panu mówię. Tym, których Pan kocha, ukłon głęboki składam.

El. Orz.


10 IX [18]99, [Grodno]

W tej chwili otrzymuję kartkę z Neuha[u]sen brzmiącą zupełnie tak, jak po rozstaniu z — nadzieją! Pierwsze wrażenie, które mi sprawiła, było ciężkie; pierwszym popędem, prawie odruchowym, usiadłam przy biurku, aby do Pana pisać. Była chwila wahania: jeżeli tout las s e, to w tym tout najłatwiej w świecie mieścić się może i moje pisanie. Ale co tam! Stosunek listowny ma tę zaletę, że bardzo mało dokuczyć nim można. List przeczytać, c'est bientôt fait, a potem znowu można — oddawać się rozpaczy. Więc piszę. Mam cóś do opowiedzenia na pociechę, mianowicie rys z życia króla Salomona, świeżo przez najznakomitszych egzegetów odkryty i opisany. Działo się, jak następuje.

- Król Salomon, mędrzec — jak wiadomo — nieporównany, znajdował się w momencie pisania dzieła swego, któremu przyszłość dać miała nazwę Księgi Ecclesiasty, a którą on zatytułować zamierzał Epitalamium na zaślubiny Pesymizmu z Melancholią. Siedział król Salomon w pałacu swoim na krześle z kości słoniowej i na stole złotym, piórem wysadzanym szmaragdami, karty pergaminu okrywał strofami następującymi:

Marność jest klątwą ziemi syna,

A działem jego — nieświadomość,

A losem jego dzieł — znikomość,

A imię jego — proch i glina.

Próżno się kusi wzlecieć duchem

Z pyłu, gdzie trawi go tęsknota;

Próżno się zrywa i szamota

Skowan glinianych pęt łańcuchem!

Dnie jego są jak dnie najemcy,

A jak sęp głodny jego serce,

I w wiecznej z sobą on rozterce,

I nie masz, nie masz dlań rozjemcy!

I cóż ma człowiek z trudu swego?

I z prac tych, które wszczął pod słońcem?

Czas jego pędzi szybkim gońcem;

Znikł — a nie widział nic trwałego!

Rozkosz i ból, co pierś nam wzdyma,

Mijają tak, jak szybkie łodzie;

Chwil kilka drży ich ślad na wodzie —

Uciekły już — i już ich nie ma!

To napisawszy król Salomon uczuł się tak nadzwyczajnie smutnym, zwątpiałym, zniechęconym, zrozpaczonym, że pióro szmaragdowe z palców wypuściwszy wstał znad złotego stołu, rozdarł na sobie szaty i w szatach rozdartych wyszedł z pałacu marmurowego sam jeden, bez świty, idąc, idąc, idąc, kędy oczy poniosą. Poniosły oczy króla Salomona ku szczytom porosłym cedrowymi i figowymi drzewami, w których cieniu usiadł i zaczął sobie głowę, z której przedtem już zrzucił był koronę, prochem spod stóp cedrowych branym posypywać. Posypywał głowę prochem, w ten sposób dalej Pesymizm z Melancholią zaślubiony wysławiając.

Wirują światy w rączym pędzie

Wiecznym swym torem bez wytchnienia;

Tak było w pierwszym dniu stworzenia,

Tak jest i dziś — tak zawsze będzie!

Do morza wodę znoszą rzeki,

To zaś je znowu chmurom zwraca;

Od wieków trwa ta próżna praca

I będzie trwać po wszystkie wieki!

Do podmogilnych dążąc wczasów

Kroczy wciąż ludzkość bez przestanku;

Tak było w pierwszych dni poranku,

Tak będzie aż do końca czasów!

Plon zgonów chłonie żywot łasy,

I w powrót śmierci plon oddawa;

Tak chcą przyrody twarde prawa,

Po wszystkie wieki, wszystkie czasy.

To, co istnienia zwiem imieniem,

Co zwiem poczęciem i konaniem,

Jest tylko prochów wirowaniem,

I męką ciał, i utrapieniem!

Tu odstąpiła króla Salomona nawet zdolność do wierszowania i począł tylko nieustannie usty, sercem i myślą powtarzać: „Vanitas vanitatum! Vanitas vanitatum!" eta, eta (Wiele przemawia za tym, że powtarzałby: „Tout passe, tout casse, tout lasse!", ale przypuszczać należy — choć historia nic o tym nie mówi — że po francusku nie umiał. Wątpliwym jest także, czy umiał po łacinie, lecz w braku innego tekstu, ten powszechnie przyjętym został.) „Vanitas vanitatum!" — powtarzał tedy król Salomon i już nawet prochu nie sypał sobie na głowę, która, tak jako i ręce, opadła bezwładnie. Był — unicestwiony!

Wtem — o dziwy!.— spomiędzy cedrów obrastających górę Libanu, z cienia ich, pełnego przedtem głuchej ciszy i znojnej spiekoty, dobył się naprzód ,szelest jako stąpanie łani lekki i płochliwy, a potem wzbił się śpiew, który nutami ze srebra i kryształu wołał:

O, gdzieżeś jest — tak wołał rzewny —

Kochany mój — choć dziś nieznany,

Wszystką mi duszą ukochany,

Tęsknotą serca mi pokrewny!

Ja nie znam ciebie — ale czują,

Woń kwiecia mi o tobie gada,

Śpiew ptasząt mi cię zapowiada,

Krzyk duszy mi cię zwiastuje...

Jam tobie, a tyś mnie potrzebą,

I rozłączeni w łzach ustajem,

Jak palmy dwie, co tęsknią wzajem,

Przez wszystkie stepy, wszystkie nieba.

Bo krzywość świata i zawiłość

W tęsknotach dzieci ziemskie mota,

Gdy je ominie zdrój żywota,

Mądrość mądrości wszystkiej — miłość!

Jeszcze nie przebrzmiały strofy te, gdy król Salomon stał już u skraju cedrów w cienie ich ciekawy i zachwycony wzrok zatapiając. Tego się nie spodziewał. Mądry był, a. nie wiedział, że zarówno gromy, jak promienie losu spadają niespodziewanie, nigdy nie wiedzieć kiedy i skąd. Zachwyt jego stał się większym jeszcze, gdy ujrzał wychodzącą z cieniu cedrów postać śpiewaczki... Jaką była, zbyt długo opisywać i dość powiedzieć, że była to Sulamit i że król Salomon bardzo wkrótce, po jakiejś rozmowie zapewne, o której przecież milczą dzieje, strofom Sulamity następnymi strofy odśpiewywać zaczął:

Ze lwiego do mnie zeszła jaru

Od słońca złota, cała wdzięczna,

Jako lipcowa noc miesięczna,

Przerozkosznego pełna czaru.

Była jak zorza w swej ozdobie,

I jako srebrny księżyc — czysta,

I jako słońce — promienista,

I wszelką wdzięczność miała w sobie.

Warkocz jej czarność miał hebanu,

A zęby pereł drogich białość,

A kibić palmy okazałość,

A szaty miłą woń Libanu etc, etc, etc.

Aż na koniec cedry Libanu i szczyt Sy[j]onu, i najbardziej samo serce króla Salomona rozbrzmiało tryumfalnym, przez szał radości w wicher zmienianym krzykiem Pieśni nad pieśniami:

Pląsaj, Karmelu, skacz, Libanie,

Klaskajcie góry i doliny,

Bo otom znalazł skarb jedyny,

I w nim jest moje ukochanie.

Ze snu się, strugo, zbudź w parowie,

I nieś mój psalm Jordanu fali,

A Jordan morzu niech go chwali,

A morze wszystkiej ziemi powie!

Wstań, wietrze luby, wiosny dziecię,

Weselem przepasz wszystkie góry,

I zbudź słowików wszystkie chóry,

I rozkwieć wszystko dolin kwiecie!

Niech płyną śpiewy i wonności,

Niech tętni zewsząd psalm zachwytu,

Bom znalazł klucz zagadki bytu,

I owoc dan mi jest mądrości!

Odpowiedzialność za zgodą brzmienia strof powyższych z tekstem Salomonowym spoczywa na tłumaczu tekstu tego, poecie zrodzonym w 19 stuleciu ery Chrystusowej na ziemi łez i mogił, a noszącym imię Włodzimierza Zagórskiego. Jakkolwiek bądź, taką to jest historia powstania słynnego utworu poetyckiego, który nosząc miano Pieśni nad pieśniami przenika długie wieki tonem najwyższej radości i rozkoszy życia, a napisanym został tą samą ręką, wyśpiewanym z tej samej piersi, które napisały i wyśpiewały Księgą Ecclesiasty, przenikającą długie wieki tonem najostrzejszych i najgłębszych bólów i rozpaczy. Stąd wniosek, że zmiennymi są i los, i człowiek, a także, że drugi zawsze choć trochę ufać pierwszemu winien. Kto wie, kto przewidzi, kiedy nadejdzie moment zaśpiewania: „Pląsaj, Karmelu, skacz, Libanie!"?

Ale to jeszcze nie wszystko. Dotąd mówili egzegeci, mężowie bardzo uczeni, ale pedanci, nie wszystko o życiu i sercu człowieka z pergaminów spróchniałych wyczytać mogący. Przyszli po nich członkowie rodu nierównie przenikliwszego, poetami zwani, i odkryli w życiu Salomonowym jeszcze jeden epizod, w którym z dalekiego Wschodu przybyła do niego królowa Saba i przywiozła mu trzy dary: myrrę, złoto i kadzidło. Po co przybywała z tak daleka i co te dary, nie przedstawiające dla tak wielkiego mocarza nic osobliwego, znaczyć miały? Nie odgadli tego uczeni badacze tekstów starodawnych, wytłumaczyli poeci, Za pomocą najostrzejszego z narzędzi analitycznych nazywającego się intuicją poetycką dowiedzieli się oni, że i Sulamit, chociaż „jako srebrny księżyc czysta i jako słońce promienista", niedługo wielkiemu sercu, a większemu jeszcze umysłowi Salomona za „skarb jedyny" starczyła. Była to podobno w „szatach mających woń Libanu" (i w dodatku bardzo mile szeleszczących, czyli szurszących) osóbka dość płytka i mało duchowi wielkiemu do pary będąca. Więc król Salomon po dostatecznym napatrzeniu się na „włosy z hebanu" i „kibić palmową" znowu na gorzką nutę cóś nucić zaczynał, gdy dowiedziała się o tym królowa Saba i na ratunek przywiozła mu trzy dary: myrrę, czyli balsam dobywany z pracy i wiedzy, złoto, czyli cierpliwość dobywającą metale cenne z nikczemnej rudy ziemskiej, i kadzidło, czyli tę lotność ducha, która dymem i wonią poezji i ofiary z tego świata nędzy i mąk ku niebiosom czystości i odpocznienia (urojonym może, lecz może też i istotnym, skoro obraz ich wyobraźnia ludzi niektórych na świat ze sobą przynosi) porywa (styl w tym miejscu pozostawia nieco do żądania) i jeżeli nie zbawia, to wzmacnia, jeśli nie uszczęśliwia, to pociesza. To tylko jest pewnym, że król Salomon otrzymawszy dary królowej Saby, jakkolwiek i do Sulamity nawet rozczarowany, żył, świątynie wspaniałe budował, księgi mądrości pisał, aż uczynił tak, jak czynią wszyscy — to jest — umarł, z tą tylko od wszystkich różnicą, że umierając wiedział, że żył nie na próżno i że duch jego na świat metafizyczny wejdzie nie jako źdźbło znikomego prochu, lecz jako twór, który przez moment pobytu swego w świecie trzywymiarowym tak wzrósł w godności i chwale, że mieszkańcem czterowymiarowego świata być — stał się godzien.

Więcej — o królu Salomonie i dziejach jego — nic już nie wiem.

Teraz zapytuję — siebie samej naturalnie, czy to, co piszę, jest czy nie jest listem. Nie, zaprawdę! Nie jest to żaden list i już nie będzie, bo zbyt wiele papieru zapisałam i ręka od pisania zabolała. Tylko jeszcze parę rzeczy powiem. To, co Pan pisze, o poczuciu swym zupełnej równości ze mną, nie jest ścisłe; posiada Pan nade mną mnóstwo wyższości.

Posiada Pan mnóstwo wiedzy, która uczyni z Pana wielkiego uczonego, i niewątpliwie poetycką organizację, która w połączeniu z ową wiedzą (może ktokolwiek powiedziałby: pomimo niej) uczyni z Pana wielkiego poetę — byleby Pan trochę użytku czynił z darów królowej Saby. Posiada Pan przed sobą całą drogę życia, na której niezawodnie i po wiele razy „skakać będą Libany, klaskać góry i doliny" za sprawą i Sulamity, i natchnień wysokich, których akordy i teraz już w duszy Pana grają, i sławy, która jest marą czczą, ale z początku zwłaszcza bardzo ponętną, i —- czy ja wiem czego jeszcze? — wszystkiego oprócz tego, czego na ziemi nie ma: stałości i doskonałości szczęścia. Będzie Pan przecież miał chwile doskonałego szczęścia — oprócz innych źródeł — w twórczości, która najpewniej będzie wielką, byleby tłumić w sobie nastroje— do powieszenia się! A nawet i z tych nastrojów jeszcze wyjść może taka pieśń wiekuiście przez ludzi śpiewana, jaką jest Salomonowy Ecclesiasta...

A ja? Moja twórczość była zawsze małą, a oddałam jej całe życie, prawie nic poza nią od życia nie chcąc i nie biorąc. Teraz zaś — że użyję niezmiernie świeżej alegorii — jestem lampką, która dogasa, rzuca czasem jeszcze błysk jaki taki, lecz dogasa, bo wyczerpują się jedyne jej paliwa—dary królowej Saby: myrra ciekąca z pracy, cierpliwość, która złoto dobywane [!] z marnej rudy, i kadzidło wzlatujące ku niebiosom dymem i wonią poezji i ofiary. Jestem czymś takim, o czym dłużej nie piszę i nigdy długo pisać nie będę, bo myślę, że nie warto... Gdzież więc jest równość?

Wszystkie poezje, które przysłał mi Pan do Wiesbadenu mam w porządku i komplecie zupełnym i wkrótce je Panu odeślę, tylko sobie przedtem do swojej książki wpiszę, czego dotąd czasu nie miałam zrobić. Czytałam je w tych dniach na nowo. Nie wszystkie równe sobie, bo wszystkie ładne, lecz niektóre śliczne. Odeślę je Panu jeszcze do Wiednia. Teraz jednocześnie z tym listem, w innej kopercie, posyłam parę kartek z przeszłorocznego Kraju z paru zdjęciami fotograficznymi, które mi w swoim czasie sprowadziły na dom plagę egipską W postaci takiego dymu z magnezjowego światła, że śród zimy wszystkie drzwi i okna trzeba było pootwierać. Było to takie interview, które urządził sobie ze mną współpracownik Kraju; opis jego posyłam, aby Pan trochę widział, z jakiego kątka piszę do Pana. Zresztą, nic już oprócz pozdrowienia serdecznego. Co jest nadto, na drugi raz zachowuję, tym więcej, że gdy tout lasse...

... Czy wodospad Schaffhouzy wydał się Panu tak samo jak mnie? Ósmego bm., w tym samym dniu, kiedy Pan pisał do mnie z Neuhausen, ja pisałam kartkę do Pana, do Wiednia. Czy doszła? Niech mię Pan ma za szczerze sobie oddaną i przyjazną.

El. Orzeszkowa

Pisze Pan, żebym, do Pana dłużej pisała jak do innych. Pięknie bym wyszła, żebym do wszystkich korespondentów, a zwłaszcza korespondentek swoich tyle pisała!... .


21 IX [18]99, Grodno

Drogi Panie

Nie jestem bardzo pilną czytelniczką gazet, więc dziś zaledwie przeczytałam sprawozdanie ze strasznej powodzi, która nawiedziła Wiedeń i doświadczyłam uczucia trwogi, czy wypadkiem nie dotknęła ona domu szanownej matki Pana lub w jakikolwiek sposób osobistej straty lub przykrości Panu nie zrządziła. Wysłałam pod adresem wiedeńskim dwa listy, z których jeden b[ardzo] długi, i kartki wycięte z Kraju. Teraz przypuszczać mogę, że w momencie klęski źle funkcjonujące .poczty wszystkiego tego Panu nie oddały i przykre mi jest przypuszczenie, które o milczeniu moim Pan tworzyć może. Więc proszę o parę słów wiadomości: co się dzieje z Panem, z bliskimi Panu osobami i czy misywy moje celu swego dotarły?

Chciałabym wiele powiedzieć i napisać Panu, ale nie wiedząc, jakie znaczenie ma parotygodniowa przerwa w rozmowie naszej, ograniczam się na tych kilku słowach, które niech jeszcze tylko powiedzą, że jestem serdecznie i stale przyjazną i oddaną Panu.

El. Orzeszkowa


26 IX [18]99, [Grodno]

Drogi Panie

Wymyśliłam na rzecz Pana nowy sposób pisania listów, bo gdy się chce naprawdę myślą i wrażeniami żyć z kimś, z kim się nie żyje, zwykły nic nie wart. Wrażenie dnia z dniem przepływa, myśl ma skrzydła, na których ucieka, gdy wnet, aby zastąpić ją, przylatuje druga. Ceci tue cela. Na ów np. list z Alp, długi, bardzo piękny i wcale nie „niedobry", lecz z pewnymi restrykcjami dobry, wiele odpowiedzieć chciałam, lecz że

Pan wówczas koczował jeszcze po Europie, nie odpowiedziałam zaraz i już nie odpowiem. Przepadło. Przysłowie mówi: à chaque jour sa peine; gdy będę pisała według nowo wynalezionego systemu chaque jour aura son plaisir- dla mnie, a na Pana spadnie później nieco , lecz od razu cała lawina „myśli na papier przelanych", jak mawiali niedawni jeszcze nasi przodkowie w literaturze...

Teraz ad rem.

Dziś mam ochotę pomówić o tym ustępie ostatniego, bardzo kochanego i doskonale dobrego listu. Pana, w którym mowa o niebezpiecznej grze w poezję, o prawie wstępowania w jej progi tylko pierwszorzędnym talentom posługującym, o przypuszczalnym „największym błędzie nieopatrznej młodości" itd. To bardzo dziwne zdanie... Czy Pan ma talent pierwszorzędny? Nic o tym nie wiem, Pan nie wie i nie ma na świecie takiego człowieka, który by mógł teraz o tym wiedzieć. G[o]et[h]e i

Słowacki, gdy zaczynali tworzyć, zupełnie taką samą mieli o tym nieświadomość. To loteria, gra, hazard, jak wszystko inne, z tą różnicą, że nie my sami rzucamy stawki na to rouge et noir, którym jest przyszłość nasza, lecz rzuca je to cóś, co nas uskrzydla, różnymi czyni od ludzi innych, wzrok zabarwia inaczej i inne struny, z innym brzmieniem i natężeniem głosów w duszach nam naciąga. Ta meta-istota, która z nami czy w nas na świat przyszła, rękoma naszymi rzuca stawkę, która czy na rouge albo na noir upadnie — nie wiemy, nikt nie wie zrazu. Przyszłość to dopiero pokazuje i to niejasno. Tymczasem wszyscy ludzie są sobie ludźmi, a my jesteśmy także ludźmi i tą meta-isto tą mieszkającą w nas nadto; nic wcale poradzić na to nie możemy, nie mogąc wyrzucić z siebie tego, co w nas, oprócz jak zwykle u ludzi, gra, pragnie, tęskni, leci, szaleje i płacze — nadto. Czy Pan będzie poetą pierwszorzędnym? Nie wiem, Pan nie wie i nikt nie wie. Ale że Pan posiada organizację poetycką, to dla mnie żadnej wątpliwości nie ulega, a że Pan z nią już żyć musi, rozstać się nie może, to także pewne. Więc czy poetą będąc, a nie pisząc, mniej cierpieć Pan będzie aniżeli pisząc? Wątpię. Myślę, że nawet więcej, bo zbytek wylany mniej boli niż zamknięty, chociażby nie brylantową i złotą, lecz tylko opałową i stalową kaskadą z nas wypłynął. Zawsze mi się zdaje, że nie dla większego od innych szczęścia, lecz owszem, dla stokroć większej sumy cierpień — ale także dla chwilowych wniebowzięć, które innym ani śnić się mogą, poeci poetami na świat przychodzą. Nie pisząc sumę cierpień w harfie ich zamkniętą nosić w sobie muszą, a tylko — wyrzekają się wniebowzięć. Aby zaś te wniebowzięcia miały być udziałem tylko geniuszów, wątpię. Wszystko w naturze ma gradacje i hierarchie, a odjęcie jednego' ich stopnia wytwarzałoby W całości próżnię, przez którą popłynęłaby nicość. Mniemam, że szczygieł z równym zachwyceniem śpiewa jak słowik — i smutno byłoby w lesie, który by w swych gęstwinach hodował same tylko słowiki. Niejeden kwiat polny, wiotki i wątły, subtelnością przewyższa wspaniałość cieplarnianych orchidei; nieraz też zdarzyć się mogło, że oko zbyt znużone, aby znieść blask wielkiego Syriusza, z rozkoszą i odpocznieniem tkwiło w drobnej gwiaździe bezimiennej, której światło nieśmiałe, lecz czyste drży nad polnym drzewem, bezimiennym i samotnym. Co do mnie, nie mogę rozstać się z pojęciem, że świecimy nie tylko dlatego, aby światłu świadectwo dawać, lecz także dlatego, aby dusze w światło ubogie z nas je piły.

Miałam niedawno., przed wyjazdem za granicę, wypadek drobny, lecz który w pojęciu tym mię utrwalił. Opowiem. Ale naprzód powiedzieć rausze to, co zresztą Pan już we mnie spostrzec musiał, że wcale a wcale za nic wielkiego w hierarchii poetyckiej siebie nie mam, że owszem, skłonną jestem do takich zwątpień o sobie jako o pisarce, że — choć głową o ścianę uderzyć! Jest fragment dramatyczny Konopnickiej, w którym, gdy w Aleksandrii Hipatię na śmierć haniebną wloką, ktoś z tłumu litością zdjęty woła: „Bodajbyś była len przędła, niewiasto!" Boże! ileż ja razy okrzyk ten do siebie samej zwracałam i dnia pewnego (zeszłej wiosny), gdy silniej niż kiedykolwiek brzmiał on we mnie, gdy myślałam — Bóg wie w jak ponurej fali zanurzając się — że bazgraniem swym nic nie sprawiłam i porządnej kądzieli nie sprzędłam — przyszedł list. Bardzo skromny, od osoby bardzo skromnej. Na prostym papierze, w prostych słowach, które przepisuję. Podpis jakiejś mieszkanki zapadłego wiejskiego kąta. „Pani! Jestem bardzo nieszczęśliwa. Straciłam matkę, którą nad życie kochałam. Było nas tylko dwie na świecie, byłyśmy dla siebie wszystkim. Matka moja chorowała długo i ciężko. Jedyną pociechą jej w bezsenne noce, jedyną rzeczą, która sprawiała ulgę jej bólom, było słuchanie powieści Pani. Siedząc przy jej łóżku czytałam głośno te powieści, ile tylko sił mi starczyło i matka moja słuchając ich spokojniej patrzała na swoją śmierć i moje bliskie sieroctwo. Błogosławiła Panią. Teraz, gdy jej już nie ma, czuję potrzebę przesłania Pani tego błogosławieństwa i powiedzenia, że byłaś gwiazdą, w którą umierająca wpatrywała się odchodząc z tego świata. Całuję ręce twoje za pociechę, którą dałaś mojej biednej matce. Modli się ona teraz za Ciebie, tak jak i ja modlić się będę". Ten prosty list sprawił mi radość większą niż bardzo okazałe owacje, których nieraz byłam przedmiotem na wielkim świecie; co więcej, silniej niż te owacje przekonał mię, że dobrze zrobiłam, że lnu nie przędłam — wprawdzie na krótko, bo zwątpienie jest rdzą, która nieprzezwyciężenie osiada na stali mej duszy i — ach, jak moc jej umniejsza! Ale tak to już widać musi być z nami wszystkimi. Wiarę w siebie niezachwianą miewają ci tylko, których wzrok po nieścignionej linii ideału nie posuwa się nigdy nad wzrost ich osoby i miłości własnej...

A co do Pana, to jeszcze cóś opowiem. W ostatnich czasach, jak Pań wie, czytałam Fausta i niektóre ustępy wpisywałam do swojej książki oprawionej zupełnie jak staroświecki Złoty ołtarzyk i której karty okrywana tym, co jest moimi modlitwami. W tym samym czasie myśląc, że trzeba odesłać do Wiednia poezje Pana, niektóre z nich także w tej książeczce przepisałam. Tydzień przeszło upłynął. Wczoraj otworzyłam na traf książkę i trafiłam na kartę z wierszem, zaczynającą się od słów:

... nim pierś otworzysz i wyjmiesz z niej serce

Mówiąc: „Gwiazdom oddaję płomię tego serca",

Pomyśl, bo świat ci drogę zastąpi szyderca,

Bo żyć z nim będziesz odtąd etc, etc.

Przeczytałam aż do wierszy:

Spoza pereł się ciemne czoło gór wychyla,

A perły w przepaść lecą kaskadami śmierci...

I pomyślałam: „Wyborny przekład!" Byłam pewna, że to ustęp z Fausta i dopiero po chwili, o parę kartek w górę książki, spostrzegłam drobny napis „z Leona Płoszowskiego". Co Pan o takiej omyłce powie? Mogę źle pisać, ale na rzeczach pisanych znać się muszę, jeżeli tylko nie jestem idiotką,' tout simplement, a poezję Pana wzięłam za urywek poezji G[o]et[h]ego... Niech to Panu powie, że już się Pan od meta-towarzyszki swojej duszy wyzwolić nie zdoła i że „przymierze grodzieńskie", ów „największy błąd młodości", nic tu nie znaczy. Bez niego byłoby to samo, co z nim. Może później, może inaczej, ale byłoby, bo jest i — co z nim zrobić? I co to za błąd? Albo napiszemy razem Ad astra, czego spodziewam się coraz więcej — potem powiem, dlaczego coraz więcej — albo nie napiszemy; ale nawet i w drugim wypadku odbędziemy dłuższą lub krótszą przechadzkę wspólną wśród płomyków uczuć serdecznych a czystych i kolumnady myśli niezupełnie zwykłych. Nie przyniesie to nigdy szkody żadnej. Owszem; jest piękne przysłowie arabskie: „Nikt na darmo nie przechadza się pod palmami". I to prawda. Wieją tam prądy wzmacniające i rozkwitają kraony kwiatów nie pozwalające światu zblaknąć i zamarznąć.

Dziś pisałam do Gebet[h]nera i Wolffa, aby posłali Panu wprost do Wiednia moje Drobiazgi, w których są nowelki pt. Z pożogi, i Iskry. Pierwsze są tworami okolicznościowymi; z ich pomocą zebrałam przez jeden tylko Kraj, w którym były drukowane, dla pogorzelców grodzieńskich kilkanaście tysięcy rubli. To się powiodło, ale wartość literacka żadna. Za to Iskry uważam za najlepsze czy najmniej złe ze wszystkiego, co napisałam. Niech mi Pan tylko tego nie myśli odsyłać, bo na nic niepotrzebne, zarówno jak ta kartka z Kraju. W szpargałach po prostu toną.

W tej chwili w pokoju sąsiednim zegar wybija godzinę duchów: północ. Płomienie świec dopalających się patrzą na mnie dwojgiem jaskrawych oczu. Cisza nocy i snu. Idę spać, lecz długo jeszcze myśleć będę o początku Ad astra, do którego zabrać się nie śmiem. Dobranoc Panu.

27 IX

Dziś zaledwie wstałam i ubrałam się, o godz. 10 z rana oznajmiono mi przybycie pani Piltzowej. Zza granicy do Petersb[urga] wracając zajechała do mnie na kilka godzin. Byłam jej bardzo rada. Inteligentna, wykształcona, serdeczna, ładna i miła. Miesiąc cały spędziła w Szwajcarii, najwięcej w okolicach Genewy, ale była i w Interlaken, o: którym też mówiłyśmy, mówiłyśmy, nie mogąc skończyć mówić. Przechadzała się nad Aarem, była na Ruggenie; tak mi była przyjemnie nazwy te głośno wymawiać. Naopowiadała mi mnóstwo nowin ze świata literackiego, politycznego itd., zapowiedziała wizytę swego męża (który także jest człowiekiem miłym i skończonym dżentelmenem) za parę tygodni i o 3-ciej pociągiem błyskawicznym, na który ją przeprowadziłam, odjechała. Pozostała po niej w całym mieszkaniu woń fiołków z wielkiego bukietu tych kwiatów — rzadkich o tej porze — który z Warszawy mi przywiozła. Po kilkogodzinnej rozmowie, chociaż miłej, zmęczona jestem i nie mogę o niczym poważnym pisać, więc napiszę rzecz — może wesołą — jeżeli do skutku przyjdzie.

Czy wie Pan, że prawdopodobnie w początku czerwca albo i w końcu maja będę w Krakowie? Ja wiem, że my z Panem zobaczymy się przedtem jeszcze tu, w Grodnie, i wiele gawędzić z sobą będziemy na tych fotelach pod oknem, bo są dwa naprzeciw siebie stojące. Ale jest także w perspektywie Kraków, zupełnie dla mnie jeszcze przed kilku dniami niespodziewany. Przed kilku dniami przyjechał w okolice Grodna prof. Stan[isław] Smolka; on tu co roku przyjeżdża do przyjaciela swego, mego dobrego znajomego, nazwiskiem arcylitewskim p. Kociełły — i zawsze bywa u mnie. Ale tym razem oświadczył, że przyjechał umyślnie i tylko dlatego, aby być u mnie i zaprosić mię na jubileuszowy obchód Wszechnicy Krakowskiej. Jest przewodniczącym w Komitecie Jubileuszowym; o pompach i wspaniałościach mających obchodowi towarzyszyć naopowiadał mi tysiąc nocy i jedną; procesje, pochody, wieńce, kostiumy, mowy, uczty, bale i — nade wszystko — delegaci od uniwersytetów cudzoziemskich — wiele cudzoziemców, przed którymi trzeba zrobić popis cywilizacji. Więc co tylko w kraju posądzonym jest o dobre ucywilizowanie — naprzód! Reprezentanci wszech stanów — zatem i pisarskiego; a w gronie piszących — jeszcze specjalnie kobiety piszące reprezentowanymi być muszą, więc moja osoba ma być dla celu tego potrzebną. Wymawiałam się, bo naprawdę będzie to szalenie utrudzające i wcale a wcale nie odpowiadające moim fiołkowym gustom ciszy i ukrycia, ale otrzymałam w odpowiedź taką decyzję: „O ile przybycie Pani przyczyni się do uświetnienia obchodu, o tyle nieprzybycie będzie bardzo źle, bardzo źle interpretowane!" A ja dobrze już wiem, co to znaczy „złe interpretowanie". Znaczy ono: „Jest wszędzie nieobecną, nie chce nic uczynić dla kraju, jest złą Polką!" Już raz miałam na sobie tę „interpretację", gdy na odsłonięcie pomnika Mickiewicza do Warszawy nie pojechałam. Na ostatku oświadczył p. Smolka, że otrzymam jeszcze list od rektora (hr. Tarnowskiego) i „spodziewamy się, wierzymy nawet w to mocno, że Pani nam nie odmówi". Idzie o to, aby gościom, Rosjanom, Niemcom, Czechom, pokazać jakąś pisarkę polską — a co prawda — koleżanki moje po piórze, z wyjątkiem Konopnickiej, nie bardzo są do pokazywania. Więc prawdopodobnie pojadę, ale nie na rękę mi to będzie strasznie, bo naprzód, tych tłumów, huków i szumów nie lubię, a potem, sparaliżuje to znacznie moje plany na lato, które zaczęły już zbliżać się do planów z lekka zarysowanych w ostatnim liście Pana. W Krakowie zmęczę się szalenie i wydam pieniędzy Masę — przez wielkie M. Choćby nic więcej nad to, że trzeba będzie przynajmniej paru toalet Ogromnych — przez wielkie O. Nie, stanowczo byłoby lepiej, gdybym była — len przędła! Jedno tylko czyni mi myśl o tym „reprezentowaniu cywilizacji" znośniejszą; to, że Pan w Krakowie będzie. I tak jeszcze sobie myślę, że jednak gdybym była len przędła, tobym... do Interlaken nie jeździła. Niech więc już spełnią się przeznaczenia, o których (nie moich, ale w ogóle ludzkich) stary Rej pisał: „miodu kropla, żółci beczka", a w moim Złotym

ołtarzyku jest zapisany aforyzm (mój własny): „Człowiek jest nurkiem szukającym perły w gorzkim morzu". P. Smolka był u mnie cztery razy, i sam, i z innymi osobami, więc cztery dni poświęcone rozmowom, zresztą dość przyjemnym, bo mąż to uczony i z łagodnymi jak u gołębia oczyma.

Dlaczego ja fotografii Pana nie mam? Jadzia Eys[y]m[onttówna] ma, a ja nie mam. Czy to sprawiedliwe? Czy nie może mi Pan jej przysłać? Podziękowałabym „ślicznie"; proszę serdecznie. Ogromnie cieszę się, że Panu tak dobrze i spokojnie przechodzą dnie w domu rodzinnym. Mnie było przez czas jakiś bardzo, bardzo źle; dlaczego? mówić zbyt długo i nie warto. Teraz czuję się znacznie lepiej psychicznie i zostaje to w związku z Ad astra, o którym jutro, bo zmęczona dziś jestem i dziewczynki moje na herbatę mię wołają...

Przed godziną przyszedł list oznajmiający przybycie Konopnickiej na dni dwa i za dni dwa. Do jutra!

28 IX

Pomysł do Ad astra, im więcej o nim myślę, tym więcej mi się podoba, wzrasta, nabiera kolorytu i wyrazistości. Wszak nie zapomniał Pan, że ma to być dwugłos, nie powieść, i na tym zależeć ma oryginalność formy. W monologach myślowych, w listach, na jednym punkcie utworu w dialogu dwa głosy: męski i niewieści, z zupełnie odmiennymi tonami. Ktoś powiedział, że pospolicie kobieta myśli sercem, a mężczyzna czuje rozumem. Głos Seweryny, nieraz, mądry, przecieka przez serce płomienne, nawet przeczulone, z niego biorąc moc i głębią, lecz także miękkość i słodycz. Głos Tadeusza, twardszy w stylu, surowszy w analizie, bije z rozumu, który jak płomię pochodni wśród wichru chwieje się w podmuchach zwątpień stanowiących sam oddech rozumu, a tamujących oddech serca. Oboje mają w sobie dramat, lecz nad jej wewnętrznym krzykiem i zgiełkiem jaśnieją dwie gwiazdy: wiara i miłość, które na jego niebie zasnuły grube obłoki skeptycyzniu naukowego, roztargnień światowych i oschłych stosunków rodzinnych. Więc ona — wnuka Filemona i Baucis z Dwóch biegunów, siostra młodo zgasłego bohatera — ze swoim osobistym szczęściem zabitym dla idei, pociąga go ku swoim gwiazdom, on opiera się, walczą, następuje czyn: przybycie jej do Szwajcarii na wieść o grożącym mu niebezpieczeństwie (tu dialog listowny zamienia się w ustny) i — zwycięstwo, które dla niego jest zbawieniem, a czym dla niej? To wyświetli końcowy ustęp, w którym jeden z głosów: męski, przybierze sobie głos dziewiczy i wzniesie wraz z tym drugim cóś na kształt tryumfalnej, miłosnej Pieśni nad pieśniami, a w dali od tej śpiewającej i ad astra uniesionej pary, w dzikim ustroniu puszczy, gdzie legenda ludowa umieszcza stojący pod ziemią i lasem prastary gród

Jadźwingów, Seweryna samotnie wyśpiewa ostatnią strofę swoją i dwugłosu, której ostatnim słowem będą: gwiazdy. Mam zamiar każdo przemówienie Seweryny kończyć słowem: gwiazdy. Wyglądać to będzie na zapożyczenie od Boskiej komedii Dante'a, lecz mniejsza o to, bo z takiego konia jak Dante i spaść nie wstyd!

A teraz tło dla tych dwóch głosów także podwójne: natura szwajcarska i polska z tym wszystkim, co w obu jest najpiękniejszego; sposób też życia: światowy, napełniony nauką na przemian z użyciem i — wiejski, nalany po brzegi ciszą, skupieniem aż do wytężenia wyciągniętymi ku ideałom władzami myślenia i czucia. Wszystko to razem w partii swojej traktować zamierzam na sposób zupełnie inny, niż się traktuje [?] powieści. Realizm usuwam — o ile podobna — przed fantazją, która w postaci snów czy wizji niech, maluje obrazy choćby nie naśladujące wiernie natury, lecz plastycznie i dokładnie odzwierciedlające to," czego mają być symbolem. Myślę o szerokim używaniu symbolu z możliwym unikaniem niejasności, która mu najczęściej towarzyszy. Powinno to być przezrocze tkane We wzory urozmaicone i fantazyjne, lecz tak cienkie i przepojone światłem, .aby zza niego nie tylko wyraźnie, lecz plastycznie można było widzieć dramat i — zamkniętą w nim filozoficzno-społeczną myśl.

Gdyby to wszystko udało się tak zrobić, jak zrobionym być powinno, mogłaby wyjść rzecz wspaniała. Nowa w formie i wspaniała w treści. Ale... właśnie dla nowości i dlatego, że mam sprzymierzeńca, że jeżeli zawiodę, to nie tylko samą siebie, nie mam dotąd dość energii, aby zacząć. Myślę, obmyślam, waham się, czasem tak, czasem inaczej mi się zdaje, ale już kosztowałoby mię dużo, gdybym wyrzec się musiała próby. Spróbuję i próbę dokonaną Panu przyślę, może już wkrótce. Muszę jeszcze dwudniową wizytę Konopnickiej i jej przyjaciółki przeczekać, bo gości mając za plecami nic porządnie robić nie można, a ja ich miewam... jak maku! Potem, w zimowych miesiącach, ludzie ciszej siedzą, ale teraz to same wędrówki narodów. Tylko co przeminął zjazd na posiedzenie Towarzystwa Rolniczego, który szlachtę z całej guberni tu sprowadza. Miałam też przez kilka dni tych panów ciągle, i w dzień z wizytami, i wieczorem na herbacie. Są pomiędzy nimi inteligentni i przyjemni; dwie rodziny szczególniej: Skirmunttów i Puzynów, wydają ludzi niezwykle zdolnych i którzy by przy okolicznościach sprzyjających mogli odegrywać role b[ardzo] poważne. Lecz okoliczności są ciągle okropnie nie sprzyjające.

Wracając jeszcze do Ad astra, imiona będą takie: Seweryna, Tadeusz (Rodowski) i Krystyna. Ze wszystkich proponowanych te najlepsze. Henrietty za nic nie chcę; przypomina romanse francuskie Montepin'a i Ponson du Ter[r]ail. Aby Tadeusz był synowcem bohatera Dwóch biegunów, byłoby może dobrze, bo dałoby Sewerynie jeden więcej motyw psychiczny, ale znowu staje na zawadzie pewnemu pomysłowi memu, który nie wiem jeszcze, czy przyjmę albo odrzucę. Zobaczymy; ale w razie przyjęcia Tad[eusz] musiałby nazywać się Granowski, tak jak jego stryj — i to, zdaje mi się, jest nazwisko ładne. Tyle na dziś o Ad astra. Qui scit? może to będzie naprawdę gwiazda! albo... bańka mydlana, jak prawie wszystko na świecie.

Co to Pan pisze, że „dałby wiele", aby mieć pewność trwałości tej nici, która tak niespodziewanie wyprzędła się pomiędzy nami! Alboż Pan może wiedzieć, kiedy przyjdzie dzień, w którym Pan za tę trwałość nic już wcale dać nie zechce? Może jutro, pojutrze, a najpewniej niebawem, bo dobrze mawiali starzy Grecy, że „uczucia ludzkie to zgłoski ryte na liściu różanym i na fali wodnej". Wystarczy przejścia po tym „torze promiennym" pierwszej lepszej wieszczki z Filadelfii albo i z Grabenu czy Prateru i już będzie po nim! Więc kiedy mówiłam w Interlaken, że „czas jakiś potrwać to może", myślałam o Panu i miałam rację. Mówi to Panu królowa Saba, która Salomonowi przywiozła w darze myrrę, złoto i kadzidło, lecz w państwie własnym miała szerokie pola zarosła piołunem. Dwa są rodzaje wiedzy: ta, którą dają wszechnice naukowe, i ta, którą się żnie na polu życia. Powie Pan: „związek umysłowy". Tak, tak; sama czuję niezmierną wagę i cenę takiego związku. Lecz któż zapala na kominku „ogień zimowy", gdy na niebie zaświeci gorące „słońce wiosenne"?

Do Białowieży w tych czasach nie pojadę. To i owo na przeszkodzie stoi. A Pan czy długo jeszcze zabawi w Wiedniu? Czekam tej wiadomości, bo nie będę wiedziała, dokąd wysyłać list następny. Nie chcę być natrętną i o nic nie proszę, lecz niech Pan wie, że ilekroć sama przez się przyjdzie Panu chęć porozmawiania ze mną, tyle razy skrzesze Pan na „torze promiennym" ognisko ciepłego i radosnego światła dla kogoś, komu ono bardzo potrzebne.

To zapytanie, o którym raz pisałam, na później, a może i nigdy. Ileż zapytań w duchu naszym i w świecie bez odpowiedzi na zawsze pozostaje! Niech te powiększy ich liczbę.

Dalszego ciągu wiersza Konopnickiej zaczętego w Zurychu posłać nie mogę, bo książeczkę z nim kędyś zatraciłam. Chciałabym w zamian przepisać cóś z dekadentów francuskich, których ogromnej masy dostarczył mi pewien pan świeżo w te strony przybyły z ogromną biblioteką. I ten pan, i jego dekadenci bardzo ciekawa historia, ale już o tym kiedy indziej, bo dziś dłużej nie mogę...

29 IX

Dziś ledwie oczy ze snu otworzyłam, przyszła z poczty ślicznie wydana i oprawiona książka ze szwedzkim tłumaczeniem mego Chama. Był czas, że mię takie rzeczy bardzo cieszyły. Teraz nie. Czy to oswojenie się, czy że — tout lasse! Jadę w tej chwili na dworzec kolei po Konopnickę i zarazem wrzucę tam do skrzynki pocztowej to monstrum, które niech będzie dowodem, jak lubię rozmawiać z Panem i jak bardzo chcę zapisywać się w przyjaznej Pana pamięci, o którą proszę.

El. Orzeszkowa


2 X [18] 99, [Grodno]

Drogi Panie

Kartka pisana 25 z[eszłego] m[iesiąca] wczoraj dopiero (30-go) mię doszła. Z ogromną niecierpliwością wyglądałam z poczty zapowiedzianej „próbki", lecz i dziś jeszcze nie przybyła. Zaniepokojona donoszę, że jej nie mam jeszcze.

Czy tylko była dobrze wysłaną? Przychodzi mi na myśl —granica; pisma niekiedy tam grzęzną i przebaczyć sobie nie mogę, żem o tym wprzód nie pomyślała. Bodajże trzeba będzie przesyłać w zamkniętej kopercie jako list. Jeżeli rękopis nadejdzie, natychmiast uwiadomię, że nadszedł; tymczasem, trwożąc się o los jego czekam jeszcze.

Posłałam zawczoraj list ogromny, który dziś powinien dojść Pana. Konopnicka w piątek nie przyjechała i zamiast niej przyszedł telegram zapowiadający ją na dziś. Oba te dnie całe prawie spędziłam na czytaniu, o którym potem napiszę obszernie. Teraz proszę choć o parę słów — co się z Panem dzieje? Kiedy Pan wyjedzie z Wiednia? Czy te kartki, których tak czekam, wysłane i w jaki sposób? Czy Pan jeszcze w pamięci swej zachowuje kącik mały dla tej, która często, serdecznie i wdzięcznie o Panu myśli? Pogody panują tu rajskie. Niebo błękitne jak marzenie, drzewa złote, ostatnie kwiaty konają...

El. Orz.


12 X [18]99, Grodno

Drogi Panie

Z jednej ostateczności przechodząc w drugą, po listach ogromnych przesyłam możliwie najkrótszy. Zaczęłam pisać Ad astra, idzie mi to dla przyczyn różnych powoli, ale zajmuje myśl, czas i już unosić zaczyna. Proszę o wiadomość, czy Pan już jest w Krakowie i czy adres nie zmieniony, abym na pewno, wprawdzie za dwa jeszcze tygodnie, przesłać mogła rękopis. Wtedy także odpowiem obszernie na zapytania tyczące się utworu i bardzo dużo o nim napiszę. Z kilku urywków otrzymanych trudno mi czynić wnioski pewne, oprócz tego, że styl ich, różniąc się bardzo z im im, właśnie przez to wybornie potrzebie artystycznej odpowiada. W dwugłosie każdy głos powinien mieć inne brzmienie. O wszystkim tym rozpiszę się przy wysyłaniu swego rękopisu.

Listy Pana obydwa, z 1-go i 3-go paźdz[iernika], otrzymałam, pierwszy w kilka dni po drugim, bo z powodu adresu zagmatwanego błąkał się po Warszawie, skąd mi go jakimś trafem nadzwyczajnym redakcja Tygodnika Ilustrow[anego] odesłała. Adres stały i prosty: Russie, p[ar] Var-sovie, à, Grodno, El. Orz. Nic więcej. Za wszystko w listach — sto podziękowań serdecznych: za słowa miłe o Iskrach, które mię w dumę wzbiły, i kwiaty z Jungfrau, na które patrzę z rozrzewnieniem; za ufność w opowiedzeniu mi historii z panną Ad[elą], której dalszego ciągu z

najwyższym zajęciem oczekuję; za rady w kwestiach finansowych i troskliwość o higieniczne warunki mego życia. Ostatnie są jak najgorsze; finanse, przeciwnie, są dobre, niemniej nie pozwalają mi na spełnianie wszelkich marzeń. Dlaczego zaś nie poprawiam sobie warunków higienicznych i zamiast nad jeziorami włoskimi siedzę nad Niemnem, chęć mi tu niezupełnie jak w raju, wyjaśniać byłoby bardzo długo. Nie zna Pan wcale tych węzłów i musów, w które uplątało mię życie, i w poglądach na życie wychodzimy, ja i Pan, z premisów zupełnie różnych. Przez to też rzeczy, które Pana dziwią, dla mnie są nieuniknione. Piszę o tym tylko dla wyrażenia Panu mojej serdecznej za troskliwość wdzięczności.

Szczerze przyjazna i oddana

El. Orz. [Na odwrocie:] Setne pierwsze podziękowanie, bardzo śliczne, za fotografię.


21 X [18]99, Grodno

Skończyłam. Przepisując opracowuję. Za kilka dni wyślę. Kartkę z „babim latem" otrzymałam, dziękuję. Że o „mechanice życia" słuchać nie mogę — pamiętając wieczór w porcie brienckim — głęboko żałuję. Bardzo przyjaźnie pozdrawiam.

El. Orz.


26 X [18]99, Grodno

Drogi Panie

Wysyłam rękopis. Nie wiem, czy i o ile podoba się Panu; może też to, co się nie podoba, da się poprawić i ulepszyć; niech mi Pan zakomunikuje wszystkie uwagi, jakie tylko przyjdą na myśl, a ja ze swej strony, co tylko potrafię, uczynię.

Teraz na Pana kolej przysłać mi rozdział II pt. W Interlaken i odpowiedź na list Seweryny. Bo tak umyśliłam, że pomiędzy listami i w samych listach będą opisy z jednej strony natury litewskiej, najspecjalniej Puszczy, z drugiej strony, szwajcarskiej, specjalnie Alp. Same już te tła przeciwstawione sobie, przepyszne, będą miały nowość i wartość dużą. Tak np. z Rodowskim cóś dzieje się w Gi[es]sbach, z Seweryna w Czarnej Smudze, z Rodowskim w Schaff[h]ouzie, z Seweryna w Nieznanym Borze, z nim, wśród lodowców, z nią na Zamczysku lub Mogiłach Jadźwingów eta, etc. Rzecz przy tym bardzo ważna, że jedno tło maluje ręka kobieca, drugie męska, każda po swojemu. Według mnie, w opisach. Rodowskiego powinien być obok poety geolog, fizyk, słowem, specjalista przyrodnik. Musi on być więcej od Seweryny ścisły, jędrny, surowy dla fantazji, która w niej im bujniejsza, tym lepiej, a w nim bujna także, lecz na wodzy trzymana, z kolorytem dość silnie zaprawionym umiejętnością ścisłą. W ogóle trzymamy w ręku jeden z najpotężniejszych środków artystycznych, mianowicie: kontrast. Trzeba go wyzyskać, uwydatnić w krajobrazach, w duszach i w głosach. Dwie różne natury, dwie różne dusze, dwa różne głosy.

Już drugi rozdział (W Interlaken) powinien by silną odrębnością wszystkich tonów odbić się niejako od pierwszego. Ponieważ pierwszy jest posępny, samotny, trochę dziki, więc ten niech będzie szumny, wielkoświatowy, połyskliwy. Pierwsze słowa wyborne: „Zmierzch już zapadał, kiedy towarz[ystwo] hotel[owe] powstało od stołu". Ale następnie, zdaje mi się, że trzeba by kilku pociągnięciami pędzla towarzystwo to naszkicować. Bardzo zwięźle szkicować, ale z mnóstwem kolorów, gwaru, dźwięków różnojęzycznych, szelestów sukien świetnych, wesołości banalnej i lekkiej. Ile W Puszczy było . ciszy i zadumy, tyle niech tu będzie gwaru i pustoty, z których Rodowski wychodzi na balkon z kroplą znudzenia i niesmaku w duszy — nieprawdaż? Na tym balkonie — moment niezmiernej wagi dla utworu: pierwsze przedstawienie się bohatera. Otóż zdaje mi się, iż rzecz jest pewną zupełnie, że w utworze beletrystycznym przedstawiając bohatera trzeba koniecznie od razu go postawić, to jest dotknąć z lekka, ale głównych, podstawowych jego rysów, tych właśnie rysów, które mają wytworzyć sytuację, dramat. Jeżeli bohater nie otrzyma od razu takiej podstawy i silnie na niej nie stanie, linie jego pozostaną na zawsze już chwiejne i nie dość wyraźne. Jest to moment, z którego jak z węzła mają wywinąć się nici utworu; trzeba, aby miały z czego się wywijać. Rodowski, w momencie gdy stojąc na balkonie samotnie duma i przygląda się zorzy wieczornej W Alpach, musi w jakiejkolwiek formie dać poznać główne nastroje umysłu i serca, choćby w takiej mierze, w jakiej Seweryna dała je poznać w monologu myślowym i uczuciach doznawanych na widok Puszczy. Tu przychodzę do punktu drażliwego nieco, ale przemilczeć go nie mogę, gdy idzie o utwór pisarski wspólny i mogący być niepospolicie pięknym. Według mnie, panna Ada jest tu nie tylko zbyteczną, lecz niestosowną, do bohatera nieproporcjonalną. Naprzód, co my z nią w dalszym ciągu uczynimy? A jeżeli ukazawszy ją raz porzucimy, będzie komparsem — zgubą kompozycji. Następnie —i to najważniejsze — że ona Rodowskiego źle stawi. Flirt młodego uczonego, skeptyka, trochę melancholika, z byle jaką Niemeczką wywrze wrażenie optyczne umniejszające mu wzrost i które następnie przeszkadzać nam będzie do podnoszenia go ku coraz wyższej potędze. Kobiety muszą być, ale czy nie byłoby lepiej, aby były bezimienne i świetniejsze od panny Ady? Niechaj cóś z pozorami daleko bardziej świetnymi, energiczniej na wyobraźnią czy zmysły działającymi nie zadowolni jeszcze Rodowskiego! To będzie rys wybitny. Ale w każdym razie zdaje się, że powinny to być figury z dala przesuwające się, nie wprowadzane do akcji z obawy przed komparsami.

O położeniu i wieku Seweryny pisać nie potrzebuję, bo dowie się Pan z rękopisu. Uczyniłam ją dojrzałą, lecz jeszcze młodą i piękną (lat 30—32), bo 1-o starość poetyczną nie jest, a 2-do ma to być kobieta z uczuciowością bardzo gorącą, namiętną, co najodpowiedniejsze jest właśnie temu wiekowi, jaki jej dałam. Taka, słowem, kobieta balzakowska. Ona będzie — à la longue — kochała Rodowskiego, stanie się bliską otrzymania wzajemności, stoczy z sobą walkę i odsłaniając przed nim Henrykę odda go jej; raz jeszcze wyrzecze się szczęścia swego — dla gwiazd.

Henryka jest córką matki uczciwej i niezłej, lecz lekkomyślnej i sfrancuziałej (dlatego Sewerynie zawdzięcza wszystko, co w sobie ma wyższego). Ma lat 19—20, natura niedogrzała jeszcze, lecz głęboka i czysta. Rodowski rozkochał ją w sobie i opuścił — sam najlepiej wytłumaczy, dlaczego — a ona nie może ani przestać kochać, ani przebaczyć jemu i sobie, ani zrozumieć: co? za co? dlaczego się stało? Straciła wiarą w uczucia ludzkie; bo jeżeli taka dusza w tak marny sposób czuje, to cóż inne? A on ma na dnie serca jej obraz jako najczystszej, najwdzięczniejszej, najtkliwszej istoty ze wszystkich, ku którym pociągały go kiedy nici idące z serca. Często też i stopniowo coraz częściej... ale to się już potem rozwinie. Do Pana należeć będzie skreślić postać Henryki taką, jaką była przed ciosem, który w nią ugodził: świeżej, szczerej, ufnej, wesołej. Rodowski stracił ją z oczu i absolutnie nie wie, gdzie ona być może. Seweryna odkryje mu to już przy końcu utworu.

List Seweryny krótki, bo nie podobna pisać tomów do nieznajomego. Ale usiłowałam uczynić go sugestyjnym; niech mi Pan w odpowiedzi uczyni takież poddawanie myśli. Przy tym, jak Seweryna określa Rodowskiego, że uczony jest, już sławny etc, tak niech Rodowski dopomoże w określeniu pozycji społecznej i przeszłości Seweryny. Bogata dziedziczka, szeroko spokrewniona, słynna z gorącego oddania sprawom kraj owym, może cóś, leciuchny cień, napomknienie o historii ze Zdzisławem Granowskim etc, etc.

Jeżeli cokolwiek z tego, co tu napisałam, wyda się Panu mylnym, niepotrzebnym czy jakimkolwiek ujemnym, niech mi Pan to napisze. Nie ma co mówić o potrzebie otwartości zupełnej tam, gdzie idzie nie o osoby nasze, lecz o dobro — bądź co bądź — dzieła sztuki. Ja się nim teraz ogromnie już zajęłam i przejęłam. Gdyby się udało, moglibyśmy sobie na wzajem powinszować, a już teraz śmiech mię ogarnia, gdy wyobrażę sobie szeroko otwarte oczy pp. redaktorów, krytyków itd. zapytujących — o Juliusza Romskiego: kto to? gdzie? skąd? Ja zaś, naturalnie, tajemnicy odkrywać nie będę, aż od Romskiego upoważnienie otrzymam.

Z ogromną niecierpliwością rękopisu oczekuję. O dojściu mojego i tego listu niech mię Pan dwoma słowy na karcie otwartej zawiadomi, bo o pocztę spokojną nie jestem. Nie jestem też zupełnie pewną, czy z Austrii do Rosji rękopis wpuszczą bez cenzury. Może Pan zechce rozpytać się o to w Krakowie.

Najlepsze,pozdrowienia i życzenia

El. Orzeszkowa


2 XI [18]99, Grodno

Przed tygodniem wysłałam list i papiery. Bardzo uprzejmie proszę o dwa słowa wiadomości, czy doszły.

Przyjazne pozdrowienia

El. Orzeszkowa


5 XI [18]99, Grodno

List bardzo piękny i w tonie wybornym. Wkrótce odpiszę. Szczegóły o sobie prześlę później, boj rzecz to małej wagi. Za chęć posiadania ich dziękuję. Od miesiąca pracuję ogromnie. Panu powodzenia w pracy życzę serdecznie.

Bardzo przyjazna

El. Orz.


[około połowy listopada 1899 r.]

(...) u krytyki i publiczności, przez co potem czytano by rzecz jeszcze szerzej i pilniej. Ale zrobię tak, jak Pan zechce, i jeżeli to w czymkolwiek dla Pana niedogodne, napiszę do Słowa, że na ogłoszenie w prospekcie nie zgadzam się.

Naturalnie, że tak czy owak o nazwisku mego partnera nikt się ode mnie nie dowie, gdyby nawet istniały po redakcjach tortury średniowieczne. To tylko dodani, że opuścić sposobność drukowania w Słowie byłoby dla nas szkodą znaczną. Gazeta jest duża, bogata, wydawana przez ludzi możnych i wpływowych (hr. Przeździeekich i pp. Górskich) ma redakcję bardzo wykształconą i znającą się na literaturze, czytają ją koła najwykształceńsze w kraju i na koniec, co na tym padole rubli i florenów nigdy nie szkodzi, jest jednym z kilku pism u nas najwięcej płacących autorom. Niechże Pan zechce jak najprędzej napisać mi proste na kartce „zgadzam, się" lub „nie zgadzam", bo nie mogę redaktorowi Słowa dawać zbyt długo czekać na odpowiedź.

Po namyśle posyłam list ten razem z tamtym w kopercie ubezpieczonej. Proszę o przebaczenie za pismo niewyraźne; śpieszę ogromnie, bo wiecznie mam coś pilnego do pisania, czytania lub załatwienia. A propos czytania, dostałam teraz dwie przecieka we książki: Niet[zB]ehego Also sprach Zarathustra i Fierensa la Tristesse contemporaine. Czytam tedy to jedną, to drugą, zachwycając się aforyzmami Niet[zs]chego i cudownym stylem Fierensa.

Gości miewam bardzo częstych, listów do odpisywania mnóstwo i myślenia o domu, który jest maszyną do prowadzenia ciężką, sporo. Trzy młode panny stale przebywają u mnie; inne przyjeżdżają i odjeżdżają. Jednej z nich daję 4 godziny na tydzień lekcji literat[ury] polskiej, bo tego potrzebuje ona koniecznie, a tu nauczycieli rzeczy polskich nie ma wcale. Była słuchaczka Pana, Jadzia Eys[ymonttówna], bardzo przyjaźnie o Panu wspomina, ale jaki stosunek mnie z Panem łączy, nie ma pojęcia; myśli, że to prosta znajomość, i to tylko ode mnie wie, że tę znajomość bardzo cenię jako niezwykle miłą. Tak jest. Niezwykle miłe Wspomnienie pozostawiły mi dnie spędzone z Panem nad Aarem. Pragnęłabym, aby i mój obraz zjawiał się Panu w szacie niezupełnie powszedniej i aby mi Pan nigdy nie odbierał prawa nazywania Pana w myśli: przyjacielem.

Czekam kartki z uwiadomieniem i odpowiedzią w dwu słowach.

El. Orz.


11 XI [!XII 18]99, Grodno

Szanowny i Drogi Panie

Ucieszyła mię kartka wczoraj otrzymana i obietnica rychłego przysłania dalszych ciągów rozmowy Sew[eryny] z Rod[owskim]. Zwracam uwagę Pana, że pojęcia miłości w znaczeniu najwyższym, ogólnym, a także obowiązku, już były poddane w liście

Sew[eryny] II-m . Zawierał też on u końca kilka słów ciepłych . Obszernie o tym wszystkim napiszę, gdy rzecz będzie znowu w biegu.

Tymczasem przesyłam najlepsze pozdrowienia i życzenia.

El. Orz.

Z powodu długiej pauzy i moich własnych niepewności co do możności wykonania pracy wiadome Panu ogłoszenie w gazecie powstrzymałam.


19 XII [18]99, Grodno

Za przesyłkę dziękuję serdecznie. Ożywiła mię bardzo i znowu wprawiła w werwę pisarską. Otrzymałam przed dwoma dniami, lecz z powodu silnego bólu oczu dziś dopiero przeczytać mogłam. Wybornie i pięknie. Wstępny obraz potoku górskiego i porównanie z życiem ludzkim — świetne. Winszuję i cieszę się. Odpiszę za dni kilka; może w przyszłym zaledwie tygodniu wyślę, bo mam wiele myśli i krótko pisać w tym miejscu jeszcze nie można. Proszę bardzo tymczasem o roz-dz[iał] II. Jest mi on bardzo potrzebny do nastroju.

Z odpowiedzią razem przyślę list obszerny — od siebie. Świąt najprzyjemniejszych życzę. Niech Pan bardzo uprzejmie pozdrowi ode mnie szań[owną] matkę swą i wuja, a dla siebie przyjmie ukłony najprzyjaźniejsze.

El. Orz.


24 XII [18]99, Grodno

Drogi Panie

Za pamięć i życzenia świąteczne serdecznie dziękuję, wzajemne, bardzo szczere i ciepłe, przesyłając.

List Pana znalazł mię w ogniu pisania rozdz[iału] VII i chociaż przybył z południa, ogień ten zgasił. Skoro Pan może pracować nad Ad astra tylko na wiosnę i w lecie, a ja w ogóle pisać takie rzeczy jestem zdolna tylko w jesieni i zimie, to jakże tę wspólnie napisać będziemy mogli? O tym moim kalectwie sezonowym uprzedzałam u początku projektów naszych; podzielam je z większością pisarzy i artystów wszechrodzaj, jako pewna siła czy słabość fizyczna z organizmem moim związana, jest ono niepodobne do zwalczenia. Piszę tylko do kwietnia, czasem jeszcze przez kwiecień, po czym aż do jesieni bywam sparaliżowaną w zupełności i bezzaradnie. Już połowa mojej pory upłynęła, a robota jest zaledwie rozpoczętą; teraz, gdy otrzymuję wiadomość, że dopiero po marcu Pan będzie mógł oddać się jej z niejaką stałością i pośpiechem, ręce mi opadają, a sumienie i interes nakazują sformułować propozycją, że może lepiej będzie, jeżeli zamiaru naszego zaniechamy. Sumienie, bo Pan mógłby, mnie wyłączywszy z rachunku, obejrzeć się za partnerką mogącą zgodniej przystosować się do warunków czasu, a interes, bo mi ta chwiejność i niepewność roboty niesłychanie i wielostronnie szkodzi. Myśląc o Ad astra, tym zajęta, do niczego większego wziąć się na swoją rękę nie mogę; przez kilka tygodni zawieszenia zdolną byłam do napisania jednej tylko nowelki , resztę czasu przepróżnowawszy w oczekiwaniu na porę, kiedy wspólna robota pójdzie energicznie i systematycznie. Tymczasem praca wytężona W miesiącach zimowych jest mi potrzebą konieczną, ze względów moralnych i materialnych. Nie pracując nie mam czym żyć moralnie i smutek, tęsknota, różne, słowem, smoki zjadają mi serce i siły. Materialnie znowu praca mi jest potrzebną jako zarobkowy dodatek konieczny do tego, co mam, abym mogła prowadzić, dla siebie i nie dla siebie, sposób życia taki, jak teraz. Mówiłam o tym Panu w Interlaken. Więc zwracam się do Pana z serdeczną prośbą o namysł i zdecydowanie stanowcze: czy będziemy mogli pisać Ad astra z pewnym wytężeniem energii do maja, w którym ja przestaję pisać, czy też z powodu innostronnych zajęć (do których i aksamit życia, mnie nie znany, zaliczyć trzeba) będzie to dla Pana niepodobnym? W drugim wypadku z tej drobnej części swojej partii już napisanej uczynię kiedykolwiek jaki użytek inny, włączę ją do utworu innego, o

Ad astra zaś myśleć zaprzestawszy wezmę się po N[owym] Roku do powieści, której pomysł mam od roku, a wykonanie z powodu Ad astra odłożyłam. Mam nadzieję, że mi Pan propozycji tej za złe nie weźmie i że prośbę tę Pan spełni wnikając w pobudki moje, dla mnie poważne. Odpowiedzi możliwie najrychlejszej oczekuję, bo niepokoi mię to wszystko i denerwuje. Wszakże Pan nie zechce utrzymywać kolca na mojej drodze, doprawdy nie kwiecistej, o, jak niełatwej! i której kwiatem jedynym, ułatwieniem jedynym, promieniem jedynym jest ta pisarska praca? Wszak na propozycję Pana przystałam z sympatią bardzo serdeczną, wolą bardzo dobrą i w początek jej spełniania wlałam całą swoją duszę, to jest wszystkie jej siły, słabe, lecz wszystkie!

Za troskliwość o moje oczy — dziękuję. Bolały mię chwilowo, jakiś tydzień, od zmęczenia czytaniem i haftowaniem.

Dziś przyjeżdża do mnie p. Marian Zdziechowski w drodze z Krak[owa] do majątku swego. Jutro, po odjeździe gościa, dokończę VII rozdział] i po przepisaniu, w przyszłym tygodniu, do Wiednia jeszcze wyślę — na wszelki przypadek. Może jednak wprzódy decyzję Pana otrzymam, o co raz jeszcze gorąco proszę. W każdym a każdym razie niech mię Pan ma za szczerze Panu przyjazną i oddaną.

El. Orz.

„Ukazów" nie piszę, a prośba o rozdz[iał] II pochodziła stąd, że chociaż jestem krwią i duszą Polka, przywykłam systematycznie pracować i pisanie na wyrywki niedobrze rozumiem.


30 XII [18)99, Grodno

Drogi Panie

Trzeba być pieszczochem losu i ludzi, nigdy jeszcze nie gromionym, aby za gromienie wziąć to, co było tylko prośbą i troską. Ani myślałam gromić. Zatroszczyłam się tylko o siebie, o Pana, o wspólną robotę naszą i poprosiłam o jakieś postanowienie W tę lub inną stronę. Skoro postanawia Pan pisać dalej, więc piszmy, owszem; ja przywiązałam się do przedmiotu i wiele obiecuję po tej pracy sobie, Panu i literaturze. Może mylę się, to rzecz inna, lecz w każdym razie stwierdzenia potrzebująca, a tym stwierdzeniem może być tylko wykonanie utworu. Więc list Sew[eryny] wysyłam. Ma Pan w nim na tle paru nowych obrazów i legend pojęcia jej o patriotyzmie. Pisząc miałam przed oczyma jakby wczorajszą tę przechadzkę naszą w Interlaken, w ciągu której długo mówiliśmy o tym przedmiocie i ja pobieżnie opowiadałam o podstawach czy częściach składowych patriotyzmu, tych samych, o których teraz pisze Seweryna. Zaczepiłam też o ideę Boga; myślę, że tu byłoby miejsce, aby Pan rozwinął tę przeciekawą metafizykę, której tak pilnie słuchałam na innej znowu przechadzce. Seweryna odpowie, jak tę ideę rozumie, a raczej odczuwa i zaczepi o miłość indywidualną. Tu — według mnie — przyjdzie chwila wspomnień Rodowskiego o Henrysi i opowiedzenia, dlaczego ją porzucił. Istotnie: dlaczego? Może przez ten właśnie przerost analizy i krytyki, który go w ogóle unieszczęśliwia. Znałam niedawno pewnego młodego myśliciela, który opowiadał, że nie mógł nigdy pokochać kobiety trwale dlatego, że za najbardziej promieniejącą pięknością jej dostrzegał zawsze jej niezawodne niedostatki fizjologiczne i — rozkładającego się jej trupa. Przy tym Henrysia nie odpowiadała istotnie umysłowi Rodowskiego. Historia jej taka: przybyła ona do Krasowieć dziewczynką 10-letnią z matką swą, niezłą, lecz lekkomyślną, sfrancuziałą, i po roku czy dwu latach przebywania w Kras [owcach] odjechała z obrazem kraju w duszy i Seweryny w sercu. Wywiozła zaczątki uczuć wzniosłych i potem, w Paryżu, dokończyło się wychowanie jej w sposób dość świetny, lecz zupełnie pospolity. Rodowskiemu podobała się z powierzchowności, ze słodyczy charakteru, z żywości temperamentu i — z tych podpatrzonych zaczątków czegoś wyższego. Lecz istota jej nie mogła wytrzymać jego nielitościwej analizy, dusza jej była dla niego za małą, więc ją porzucił. Teraz wspomnienie jej jest mu najmilsze ze wszystk[ich] innych tego rzędu, lecz — zaczyna on zajmować się Seweryna, to jest samą jej duszą, niepospolitością jej uczuć, poetyczności i nawet samego wykształcenia umysłowego. Gdy pisze o Henrysi, niech mu może pióro drga sympatią dla Seweryny, dla której rozpocznie się wówczas walka... ale ta uczuciowa strona utworu, w moim wyobrażeniu, ma wić się niteczką purpurową koniecznie, lecz zarazem bardzo delikatną, cieniutką, po szerokim tle dwu natur (Alp i Puszczy) i po głębiach myśli abstrakcyjnych... Wyraz miłość nie będzie wymówionym przez żadną ze stron, tylko czytelnik tu i ówdzie uczuje jej drgnienia, żar i melodię. To będzie bardzo ładnie. Skończy się tym, że widok Henrysi zgasi w Rodowskim duchową miłość dla Sewer[yny]. Będzie w tym wielka prawda życiowa. Człowiek, który tak, jak Sew[eryna], jest w 3/4 duchem, a zaledwie w jednej czwartej ciałem, bywa czczonym, ale w sposób pewien kochanym być nie może. W tym tragizm rzeczy.

Przeglądając korespondencję naszą przeczytałam jeden z pierwszych listów, które Pan pisał do mnie, i posyłam go , bo przyszło mi na myśl, że może posłużyć Panu jako notatka. O zwrot jednak proszę, jako też o wzajemne przysłanie mi tego listu mego, w kt[órym] jest naprędce skreślony planik Ad astra, bo kopii sobie nie zostawiłam i chcę szczegóły przypomnieć. Z dalszym pisaniem czekam teraz na list Rodowskiego.

O sobie prawie nic nowego. Teraz tu nadchodzą Święta azjatyckie, 12 dni późn[iejsze] od europejskich, więc jest trochę ruchu przejeżdżających ludzi. Sama wybieram się na kilka dni do Białowieży; mam tam przyjaciół i chcę zobaczyć Puszczę w śniegu. Ale ta nieobecność trwać będzie krótko i — może jeszcze nie pojadę.

Było tu paru panów z Warsz[awy], którzy przywieźli hiobowe wieści o aresztowaniach ludzi poważnych i dzielnych, o usuwaniu z urzędów najrozumniejszych i najlepszych. Jak to wszystko męczy i targa, tego opowiedzieć nie podobna i przywyknąć do tego: nie podobna.

Przepraszam za plamy na papierze; atrament zdarzył się spod ciemnej gwiazdy.

Marynia Obr[ębska] ogromnie dziękuje za pamięć; wspomina Pana zawsze bardzo serdecznie. Ja jeszcze serdeczniej. Życzenia noworoczne najlepsze powtarzam. O pamięć życzliwą proszę. Listu Rod[owskiego] czekam.

El. Orz.

Właściwie, posyłam tylko cząstkę listu. Są tu rzeczy niezwykłe i zarazem typowe. Może by je podjąć?

Raz jeszcze ukłon najprzyjaźniejszy!


8 I 1900, Grodno

Serdecznie nad chorobą Szanownego Pana ubolewam i życzenie jak najrychlejszego powrotu do zdrowia wraz z uprzejmym i przyjaznym ukłonem przesyłam.

El. Orzeszkowa


23 I ,[l]900, Grodno

Dwa listy wczoraj otrzymałam. O ile podobna, najrychlej odpiszę, z dodatkiem obszernego listu od siebie.

Tymczasem pozdrowienia i życzenia najlepsze z całego serca przesyłam.

El. Orz.


5 II 1900, Grodno

Dziś wysyłam rozdz[iał] X i XI . List obszerny wyślę jutro. Bardzo serdecznie pozdrawiam.

El. Orz.


5 II [l]900, Grodno

Drogi Panie

Jakże dawno, dawno nie zamieniłam z Panem ani słowa! Z przyjemnością też wielką zasiadam do pogadanki o Ad astra i trochę — o sobie, chciałabym też i o Panu, ale do tego materiałów nie mam. Nic już o Panu nie wiem. Tadeusz Rodowski daleko lepszy, bo napisał do Seweryny dużo i ślicznie; ona też, nie wiadomo, czy ślicznie, ale dużo mu odpisała, a uczyniłaby to znacznie prędzej, gdyby nie wypadek muzykalno-kataralny natury mieszanej i złośliwej.

Przyjeżdżał tu z koncertem Józef Hofman[n], pianista, Polak, od którego tej zimy trzęsą się z zachwytu obie stolice rosyjskie: Petersburg i Moskwa; dawno nie słyszałam dobrej muzyki, więc pojechałam i, stało się cóś nadzwyczajnego! Do sali, która może zawierać w swych ścianach 500 osób, natłoczyło się przeszło 700, tłum był nieprawdopodobny, gorąco tropikalne, po każdym odegranym numerze wrzask entuzjazmu dziki, przyjemność w warunkach takich z muzyki średnia, a po wyjściu z tej atmosfery dusznej i upalnej chłód nocny i — katar, który przez kilka dni pisać przeszkadzał. Dlatego Seweryna opóźniła się ze swymi listami, a dlaczego napisała je w liczbie mnogiej, potem powiem. Teraz zaś opowiem rzecz: następującą.

Przyjeżdża tu czasem któś ze wsi, o 18 godzin drogi koleją od Grodna, bardzo wykształcony i z dużym znawstwem literacko-artystycznym, nie literat jednak ani artysta, obywatel-esteta . Niekiedy w czasie tych wizyt czytujemy wspólnie różne ładne rzeczy. Był przed tygodniem. Postanowiłam spróbować, jakie wrażenie sprawi na umyśle wysoko nastrojonym pomysł i częściowe wykonanie Ad astra. Opowiedziałam pomysł i przeczytałam to, co jest, naturalnie nie wymawiając ani pierwszej litery nazwiska mego spółpracownika. Otóż i pomysł, i wykonanie podobały się słuchaczowi zupełnie szczerze i nawet entuzjastycznie. Zachwycał się różnicą wybitną dwóch tonów: męskiego i kobiecego, w procesach myślenia i w stylu. Zachwycał się stylem Pana i do niemożności zaciekawiało go, kim jest ten mój współpracownik. Wiedząc, że nie powiem, nie zapytywał, ale z góry nie żądając potwierdzenia wpadał na domysły najrozmaitsze, wymieniał nazwiska najgłośniejsze, a odjeżdżając gorąco zachęcał do dalszej pracy nad tym utworem

„oryginalnym, dziwnym a świetnym". Zadowolona byłam z próby i wynikiem jej dzielę się z Panem mniemając, że również obojętnym Panu nie będzie. Było też to jedno z niezmiernie nielicznych zadowoleń, które spotkały mię tej zimy, dla różnych przyczyn przechodzącej mi bardzo ciężko, a winnam je Panu. Dziękuję.

A teraz o tym utworze „dziwnym a świetnym". Wyborny Pan miał pomysł napisania dwóch jeden po drugim listów ; odpowiedziałam również dwoma , bo przyśpiesza to tempo pieśni, zaczyna drgać gorączką... Z kolei ja znowu mam taki pomysł: Seweryna, jak to widać z dwu ostatnich listów, zaczyna być wzruszoną, Rodowski już osobiście zajmuje ją więcej, niżby chciała, niż nawet jasno sprawę sobie zdaje. W niecierpliwości tonu, którym zapytuje go o Henrykę, czuć, że jego wzmianka o niej dotknęła boleśnie czegoś w niej jeszcze tajemniczego, nie dość zrozumiałego. W drugim liście już o Henryce nie wspomina, ale to ją wprawia w niezgodę z samą sobą, musi cierpieć nad swoją niekonsekwencją i — jak dla niej — nad swoim zaczynającym się prawie występkiem. W takim usposobieniu — milknie na czas jakiś, przez który Rodowski pisze sam jeden. Będzie to miało jeszcze i tę dobrą stronę, że da szersze miejsce do zarysowania się indywidualności Rodowskiego Sewerynę na czas jakiś w cień usuwając. Przy tym z punktu muzykalności utworu trzy czy cztery listy przez Rodowskiego z kolei napisane sprawiałyby wrażenie przerywającej duet arii solowej. Ile — w najściślejszym możliwie przybliżeniu — listów Rodowski ma do napisania? Proszę koniecznie Drogiego Pana o tę wiadomość, bo niezbędnie jest potrzebną dla jakiego takiego zarysowywania planu i biegu rzeczy. Czy zgadza się Pan w zasadzie na takie, jak proponuję, wystąpienie teraz solo? Jeżeli nie, to nie; upierać się nie będę i Pana wniosków nie tylko chętnie, lecz chciwie wysłucham. Tylko zdaje mi się, że tak byłoby dobrze — Seweryna skupia się, cierpi, walczy, a on ze wzrastającą uporczywością żąda jej głosu i o niego się upomina. Aby sytuacja stała się dramatyczną, trzeba, aby Seweryna czuła w jego listach, że on także o niej marzy, że ona także, jak on jej, stała się mu potrzebną. Może pomiędzy te trzy czy cztery jego listy wrzuci krótkie słowa, z daleka dzwoniące bólem, wahaniem się, a potem znowu napisze parę listów długich etc. Dlatego więc byłoby zdaniem moim dobrze, aby Rodowski opisując swoje spotkanie z Henryką dał do zrozumienia, że obraz jej teraz pobladł wobec tej legendowej postaci ujrzanej w mgle baśni i w cieniach puszczy. Wszakże jej umysł i cała istota moralna mogła, nawet musiała dokazać tego na takim człowieku, jak Rodowski.

A teraz co do Henryki: niezmiernie ważną rzeczą dla postaci Rodowskiego jest ścisła analiza czynników, które skłoniły go do jej opuszczenia. I jeszcze jedno: Rodowski i Henryka nie mogli znać się parę dni, ale co najmniej parę tygodni, bo przez parę dni w dziewczynie czystej nie mogłoby powstać uczucie takie silne i trwałe ani też takiej nie mógłby on po paru dniach powiedzieć, że ją kocha. Przy tym okazał w stosunku do jej chorej matki wielką dobroć, to ją silniej jeszcze do niego przywiązało, a jego też będzie charakteryzować subtelnie, bo on jest dobry, tylko tę swoją dobroć, tak jak i miłość, „w pałacu dumy do więzienia strącił". Na to wszystko więc trzeba przynajmniej paru tygodni; ale cóż to szkodzi, że oni ten czas, a nie inny z sobą przebyli?

Zdaje się, że to wszystko, co miałam o dalszym ciągu Ad astra do napisania. Byłabym bardzo wdzięczną, gdyby mi Pan na te wszystkie zapytania i propozycje odpowiedział, a zarazem uwiadomił, kiedy mniej więcej nowego przybycia rękopisu czy rękopisów oczekiwać mogę? Byłoby rzeczą arcypomyślną skończyć do czerwca. Od Pana to zależy, bo co. do mnie, jeżeli mię katastrofa jakaś nie obali — nie zawiodę. W razie gdyby Pan według propozycji mojej pisał teraz trzy lub cztery z kolei listy, niech Pan najłaskawiej przysyła mi każdy z nich zaraz po napisaniu, bo będzie mię to orientować w dalszym ciągu. Lata Seweryny w ostatnim liście oznaczyłam; jest rówieśnicą Rodowskiego . Młodszą nie może być w żaden sposób, bo nie mogłaby być taką, jak jest. Ale te jej 30 lat to jeden więcej motyw utworu. Zwycięży ją swoimi 19-stu laty Henryka.

Mój Drogi, Dobry Panie! Proszę w jakiej chwili wolniejszej nieco napisać mi wiele o sobie. Jak mają się szan[owna] matka i wuj Pana? Nad czym Pan teraz najwięcej pracuje? A cóż z tą — idyllą na Praterze rozpoczętą? Wszystko co Pana dotyka, interesuje mię bardzo, bo jestem Panu serdecznie przyjazną i oddaną.

El. Orz.


11 II [l]900, Grodno

Drogi Panie

List w tej chwili otrzymałam i odpisuję natychmiast, bo znalazłam w nim. rzeczy wymagające natychmiastowej odpowiedzi.

Że „kiedy dwa umysły jedną rzecz tworzą, to każdy z nich buduje ją na inną modłę", zjawisko to nie tylko nic szczególnego nie przedstawia, ale jest zupełnie naturalnym, koniecznym, wtedy zwłaszcza, gdy jak tu pomysłowi brakowało od razu konsystencji i jasno zarysowanych linii. Przedstawia to dużą trudność, jest nawet — dla mnie szczególniej, nawykłej do pisania na własną rękę — często niepokojącym i wprost dręczącym, nie usuwa jednak przy dobrej woli obustronnej możności porozumienia się i stworzenia rzeczy możliwie dla obu zdolności pięknej. Co do mnie, mam tę wolę dobrą i chętnie przystaję na zmiany zaprowadzone w moim projekcie. Listu XII oczekuję — solo na później odkładam. Ale są pewne psychologiczne konieczności, przy których obstawać muszę. Rzeczą jest absolutnie nieprawdopodobną i byłoby rzeczą absolutnie piękności dzieła szkodzącą, aby Seweryna zajęła się żywiej nieco Rodowskim bez jego inicjatywy—i to silnej. Jest na to za czystą, za dumną, za wysoko pod każdym względem stojącą. Dlaczego zaś on ma koniecznie zajmować się nią z trudnością i walką — nie pojmuję. Kobiety tak rzadkie, jak ona, obudzają u mężczyzn inteligentnych uczucia bardzo silne, często szały, nawet gdy nie są ładne.

Wytłumaczenie tego łatwe, ale nie mam tu na nie czasu i miejsca. Czy Seweryna jest ładną lub piękną, Rodowski może nawet nie wiedzieć, bo przecież jest to stosunek duchowy, on pokocha jej duszę: charakter, umysł, poetyczność, wdzięk przebijający się w jej listach — toteż przy pierwszym ujrzeniu Henrysi, małej duszyczki w 19-letnim ciele, przejdzie w zupełności na jej stronę i — w tym będzie jeden więcej sens utworu, gorzki, lecz prawdziwy. Że ma lat 30 albo 32, to ogromnej większości panów nie przeszkadzałoby do kochania, bo jest to pełny rozkwit kobiecej młodości. I zresztą, jest to błędne koło z tym wiekiem, bo przecież Pan nie przypuszcza, aby 18 albo i 20-letnia dziewczyna mogła prowadzić taką korespondencję... chyba jakieś cudowne dziecko, zupełnie dla dzieła sztuki, jako wyjątek spod praw natury, niezdatne. To jedno. Następnie, myśl o podstawieniu się na miejsce Henryki Sewerynie do głowy przyjść nie może. Ona sobie zrazu jasnej sprawy nie zdaje, dlaczego jest wzruszoną, smutną i niechętnie o Henrykę Rodowskiego zapytuje. Potem wyjaśnia się to przed nią, ale ani na sekundę nie myśli o podstawianiu się (rzecz b[ardzo] szpetna i dla niej niemożliwa), tylko zwleka, walczy, coraz jaśniej widzi, że mogłaby być, że w pewnym rozumieniu jest już nawet kochaną przez Rodowskiego, stąd wahania się jej, cierpienie etc, co wszystko odbija się w listach i jest odczute przez Rodowskiego, który ze swej strony powinien wzrastać w smutek, w zniechęcenie, w zrozpaczenie — tu ten list Seweryny krótki, bolesny, tylko krzyk duszy zachwianej w swych wiarach, wpadającej w odmęt — i — owa katastrofa z Rodowskim, którą Pan miał w swym planie od razu, w lodowcach podobno — jego choroba i list Idalii do Seweryny o tym nieszczęściu i o tym, że Rodowski chce ją widzieć. To konieczne bo takiej Sewerynie nie może przyjść do głowy lecieć do mężczyzny, bez wiedzy o tym, że on chce ją widzieć. W tym miejscu walka ostateczna, wysłanie Henryki do Idalii, list Rodowskiego szczęśliwy i wdzięczny, na koniec samotne finale w głębi Puszczy Seweryny.

Rozmyśliłam się, że sprowadzanie tam Rodowskiego z narzeczoną niepotrzebne i nieładne. On ukaże się po raz ostatni w tym liście dziękczynnym do Seweryny, w którym, bez stanowczego przechylenia się ku jej gwiazdom, wyrazi uwielbienie dla nich i cóś tam... mniej więcej... we mgle przyszłości... da poznać... Henryka jest także czcicielką tych gwiazd, więc wdzięczny im jest, że ją uczyniły taką, jaką ją kocha.

Może — mniej więcej — w ten sposób rzecz obrócić. Ja proponuję, niech Pan czyni zmiany i modyfikacje, tylko co do charakteru i postępków Seweryny, nie mogę nic ustąpić, bo się znam na tym i jest ona jednym z dwu kamieni węgielnych utwora.

Teraz o niektórych rzeczach czysto formalnych, np. o błędach ortograficznych w pisaniu moim. Jeżeli jakiego zarzutu spodziewać się mogłam, to nie tego. Do tego stopnia był niespodziewanym, że serdecznie mię rozśmieszył. Wychowywano mię bardzo starannie i mając lat 12 już trzema językami zupełnie ortograficznie pisałam. Abym teraz, po tylu latach kariery pisarskiej, miała popełniać błędy ortograficzne, i to b[ardzo] liczne, całkowicie nie wierzę i prędzej przypuszczam niezupełnie dokładne wyczytywanie jakichś liter w rękopisach przez Pana. W ogóle rzeczy polskie, jako to: pisownia, piśmiennictwo itp., są mi bardzo dokładnie znane, jestem w nich biegłą i Jadzia Eys[y]m[onttówna] była i jest dotąd pod tym względem moją uczennicą.

Następnie co do nektarników. Oto jest ustęp z dzieła J[ana] E[llora] Taylora pod tyt[ułem] Zmyślność i moralność roślin, przekład z angielskiego] J[ózefa] K[arola] Potockiego, wydanie Prawdy, Warszawa, r. 1886-ty: „Kraje zwrotnikowe wszędzie dają nam przykłady takich kwiatów, które, jak się zdaje, wzięły sobie za zadanie przynęcać nie owady, lecz ptaki. Stąd wielkie ich rozmiary i niezwykły ich mechanizm. Kolibry wykonywują te swoje względem kwiatów posługi w wielu częściach Ameryki podzwrotnikowej, nektarniki (nectarinidae) w Afryce południowej, niektóre papugi w Australii". Że się te ptaki żywią owadami ukrytymi w koronach kwiatów, wiem, lecz zdawało mi się, że przypisanie im spijania nektarów kwiatowych będzie tylko licencją poetyczną zupełnie dozwoloną wobec żywienia się ich, bądź co bądź, w koronach kwiatów. Można będzie zresztą rzecz tę udokładnić przez prostą zmianę zwrotu zdania lub paru zdań. Ale nektarnicy pozostać muszą. O wszelkich modyfikacjach i zmianach będziemy mieli zresztą czas porozumieć się, gdy rzecz skończymy. (Oby!) Ja także ze swej strony mam je do proponowania, lecz odkładam to na później, bo to już należy do ostatecznego wykończania, od którego jesteśmy jeszcze niezmiernie odlegli.

A w związku z tą odległością zostaje kwestia liczby stronic, której rzeczywiście nie rozumiem. Ależ w utworze mającym być choć trochę dziełem sztuki nie podobna z góry określać liczby stronic! Artyzm jest absolutnie sprzeczny wszelkiej cyfrze. Czasem ściąga on lejce rumakowi myśli i natchnienia, czasem niespodziewanie je przedłuża. Nie idzie o to, ile napisać, ale o to, aby nic nadto nie napisać; lepiej za mało niż nadto. Jestem zapewne zbyt malutką artystką, aby prace moje mogły być wzorem artyzmu, lecz zawsze do niego z całej siły dążyłam, niekiedy go częściowo dosięgałam, więc przynajmniej jeżeli dojść ku jego szczytom nie mogę, wiem, którędy prowadzi droga. Otóż nie prowadzi ona żadnym sposobem przez cyfrę stronic. Mnie samej — choć maluczkiej — zdarzały się wypadki, że wyrzucałam szmaty treści na sto i więcej stronic, jeżeli mi się zdawało, że będązbytecznym obarczeniem, że popsują budową lub zaciemnią jasność, lub jeszcze ochłodzą interes eta, eta

Jakkolwiek bądź, przywiązałam się do tej pracy i chcę ją pisać w dalszym ciągu. Na rozdz[iał] XII niecierpliwie oczekuję. Jakkolwiek z drugiej strony przychodzi mi nieraz na myśl, że dla Pana byłoby może lepiej pisać ją na współkę z kimś innym, może umiejętniejszym, poetyczniejszym, a z drugiej strony mniej zrutynowanym i więcej rządzącym się fantazją niż artystycznym rozmysłem. Ale — tu l'as voulu, George Dandin! Stało się, piszemy! Piszmy dalej! A co z tego wyniknie, przyszłość okaże.

Już tyle tylko mam miejsca, aby serdecznie rękę Pana uścisnąć i najlepsze życzenia przesłać.

El. Orzeszkowa


16 II [l]900, Grodno

Drogi Panie

Za kilka słów bardzo miłych na karcie prześlicznej „ślicznie" dziękuję.

Dlaczego Wiesiołek ma być nowelą „dla mnie"?

Gdybym pisała nowelę dla Pana, wcale inaczej bym ją skończyła: pogoda piękna trwałaby nieprzerwanie, orkiestra ptasia grałaby coraz huczniej, Malva alcea kwitłaby coraz cudniej, a brzydką kosę Wietrzyki przepędziłyby za góry, za lasy, za dziesiątą granicę...

Jeszcze ja może napiszę kiedy nowelę dla Pana, ale tej zimy nie. Tej zimy mało mi się pisze i — oprócz Ad astra — nie, co bym choć trochę lubiła, bo ja swoje roboty jeżeli lubię czasem, to tylko trochę w najlepszym razie. I siebie samej nie lubię także. Było tam cóś, zanosiło się na cóś, ale w 90/I00-nych przepadło i tak jak jest, wolałoby się nie rodzić albo przynajmniej od dawna już być — skoszoną. Cóż, kiedy ta kosa przybywa, kiedy sama chce, nie kiedy jej chcą! Nie ma na to rady, a raczej jest, ale użyć jej zabraniają — „Korany"! Żeby nie te karany...

Tymczasem ucieszyłam się obietnicą rychłego otrzymania nowego listu T[adeusza] R[odowskiego]. Czy wie Pan, że te listy przechodzą cenzurę warszawską? Wczoraj dopiero, wypadkiem, spostrzegłam na kopercie ostatniego wielkie, czarne litery, które jako okaz naszych tutejszych stosunków przesyłam. Znaczy to D. C, czyli „Dazwoleno Cenzuroju". Dlatego to rękopisy spóźniają się zawsze o dni kilka. Koperta zaś odklejana i zaklejana tak zręcznie, że najmniejszego śladu nie ma.

Wczytałam się w list Pana ostatni i muszę prosić o wyjaśnienie mi ustępu: „Na główną treść dramatu zostaje nam 270 stronic". Zwracam uwagę Drogiego Pana, że ja o tej głównej treści nic nie wiem, a wiedzieć powinnam, aby swoje pisanie do niej zastosowywać. Dbam o to bardzo, aby moja partia była, o ile podobna, dobrze napisana, bo przecież będzie to cała połowa dzieła i na drugą połowę padać od niej będzie światło albo cień. Zaś dla możliwie dobrego napisania czegoś, trzeba całość ogarniać wzrokiem i do niej szczegóły stosować. Niechże mi Drogi Pan w jakiej wolniejszej chwili opisze w szybkich zarysach, co będziemy na tych 270 stron[icach] pisali? W ogóle, dlaczego Pan nigdy nie komunikuje mi swojej „modły", a potem tylko wspomina, że ją miał i dla mojej musi zmieniać? A gdybym ją znała, może ja, owszem, zmieniłabym swoją. Odgaduję brak czasu; jednak znowu powtórzę: nie ma na to rady! Trzeba czas znaleźć, inaczej dużo czasu możemy stracić na próżno. I jeszcze zdaje mi się, że utwór tego rodzaju jak nasze Ad astra nie powinien być bardzo długi. Według mnie, lepiej byłoby streszczać się, stopniować szybko i szybko zdążać do punktu kulminacyjnego, którym mają być: naprzód krzyk bólu i zwątpienia Seweryny, natychmiast po nim krzyk rozpaczy Rodowsk[iego] i katastrofa tegoż, po której nastąpi milczenie obu stron aż do listu Idali[i] uwiadamiającego Sew[erynę] o ciężkiej chorobie Rod[owskiego]. O niczym jednak stanowczo nie twierdzę; czekam pobieżnego przynajmniej sformułowania planu Pana.

Jeszcze jeden szczegół. Może by Schaff[h]ouzę usunąć, a dać obraz lodowców? Bo czy nie za wiele będzie wodospadów: Lauterbr[unnen] Gies[s]b[ach], Schaff[houza]? Bardzo bym pragnęła, aby katastrofa zaszła w lodowcach.

Znowu tyle napisałam o Ad astra, że na nic innego miejsca nie ma. Ale też może i nie warto pisać o niczym, co się mnie tyczy. Zima u nas piękna, śnieżna; świat biały i słoneczny.

Czytam dużo i robię śliczną robotę z włóczek i jedwabi.

O autorze la Tristesse contemp[oraine] nie napisałam, bo książki tej czytać nie warto, od połowy ją porzuciłam. Komunały.

Czekam wieści od Pana.

El. Orz.


25 II [l]900, [Grodno]

Drogi Panie

Oba listy, do mnie i do Sew[eryny], otrzymałam, ten drugi z opóźnieniem pochodzącym, z przyczyny, o której w ostatnim swoim liście wspomniałam . Odpiszę bardzo wkrótce, gdy tylko pozbędę się niezdrowia, którego w tej chwili doświadczam. Smutno mi, że „szyba zaszła cieniem" i że koresponduję już tylko z Juliuszem Romskim! Cóż robić? „Po skałach stoją zamki nieme i zimne". Nic więcej na ziemi nie ma. Pomimo to niech mię Pan ma za serdecznie i bardzo sobie oddaną.

El. Orz.


1 III [l]900, Grodno

Drogi Panie

W tych dniach jestem tak chorą (nic zresztą bardzo ważnego), że zaledwie mogłam napisać tę kartkę, którą posyłam.

Jeżeli ustęp o matce Rod[owskiego] niepotrzebny, to niech go Pan wykreśli. Może i to, co po tym ustępie następuje, także wyrzucić, a skończyć ten krótki list na wyrazach: „nie mam żadnych!"?

Nie podobna mi dziś pisać obszernie, więc tylko nadmienię o tym, o co mię Pan w ostatnim liście swym zapytuje. Musiałam wyrazić się niejasno w którymś ze swoich listów, stąd przypuszczenie o zmianie planu co do przybycia Sewer [yny] za granicę. Ona do Rod[owskiego] żadnym sposobem jechać nie może; ale myśl o jechaniu ma się jej zjawić wtedy, gdy przez Idalię dojdzie ją wieść o katastrofie zaszłej z Rod[owskim] i o tym, że on pragnie ją poznać i przy sobie widzieć. Wtedy będzie kulminacyjny punkt utworu, walka Sew[eryny] i wysłanie do Wiednia Henryki. Teraz zdaje mi się, że Sew[eryna] powinna na czas jakiś zamilknąć, a Rodowski żałować zrywającej się nici i nalegać o dalszą rozmowę. Tak mi się zdaje, ale niech Pan ro[z]strzyga. Proszę tylko o łaskawe zawiadom mienie mię o odbiorze rękopisu i o tym, co ma nastąpić, abym dalszy ciąg mogła sobie przygotowywać w myśli. Proszę też o życzliwą pamięć i wyrazy uczuć bardzo przyjaznych przesyłam.

Za urywki poezji nierymowanej dziękuję. Są bardzo piękne.

El. Orzeszkowa


7 III [l]900, Grodno

Drogi Panie

Za miłe słowa na ślicznej karcie bardzo dziękuję. Lubiłam kiedyś zbierać po lesie takie koniczyny. U nas one białe jak śnieg albo bardzo różowe.

Me jestem jeszcze zupełnie zdrową, ale nie leżę i nawet piszę — bardzo powoli — jakąś nowelę. Gdy będę znowu silną, napiszę długi list. Mam dużo, dużo do powiedzenia o sobie i Sewerynie. Solowej pieśni oczekiwać będę niecierpliwie. O swoje tylko usposobienie do pisania niespokojną jestem, a żeby Pan wszystko wiedział, to by się temu nie dziwił.

Bardzo przyjaźnie rękę Pana ściskam.

El. Orz.

Kiedy Pan do Wiednia wyjeżdża?


2 IV [l]900, Grodno Drogi Panie

W oczekiwaniu na obiecany rękopis nie odpisywałam na ostatnią kartkę; ponieważ nie nadchodzi, więc piszę z zapytaniem o rękopis i o Pana. Czy wysłany? Może na poczcie przepadł lub w cenzurze ugrzązł? Co się z Panem dzieje? Jak ze zdrowiem, pracą, zabawami — pewno, miłymi — w Wiedniu. Ja w tych dniach jadę na całe święta do Puszczy. Choruję na oczy, nic nie piszę.

O Drogim Panu wspominani stale, mile i przyjaźnie.

El. Orz.


[Grodno, 27 IV 1900]

List Drogiego Pana znalazłam przed dwoma dniami w domu, po powrocie z Białowieży, gdzie spędziłam Święta. W tej chwili nie mogę pisać długiego listu, chociaż chcę tego. Gdy tylko usposobienie przeszkadzające minie, napiszę. Tymczasem dziękuję za miłe słowa listu Pana i proszę, niech Pan się zwłoką w pisaniu naszym zaszłą nie dręczy. Ja sama wiem najlepiej, że w tej dziedzinie panują czasem, smoki okrutne, prośbom i groźbom niedostępne, wysysające z nas to, co jest właściwie duszą naszą i szczęściem naszym. Jestem zawsze serdecznie przyjazną Panu, martwię się zmartwieniami Pana, choć ich nie znam. Wkrótce napiszę dłużej.

El.


14 V 1900, Grodno

Drogi Panie

Dwie posyłki z rękopisem otrzymałam , ale jestem w ostatnich czasach tak chora, zajęta i różnymi okolicznościami pochłonięta i przygnębiona, że nawet przeczytać jeszcze nie mogłam. W tych dniach to uczynię i najrychlej możliwie obszernie napiszę; czy zaś dalszy ciąg utworu teraz pisać będę mogła, nie wiem. Brak woli na przeszkodzie mi nie stanie, ale brak usposobienia przewiduję. Tymczasem mnóstwo życzeń najlepszych i pozdrowienia najprzyjaźniejsze przesyłam o trochę pamięci życzliwej dla siebie prosząc.

El. Orz.


Grodno, 4 VI 1900

Drogi Panie

Więcej niż od miesiąca jestem ciężko chora i dziś wyjeżdżam do Warszawy na kurację. Nie wiem, jak długo tam zabawię i co ze mną potem będzie, to tylko pewna, że obecnie do niczego więcej zdolną nie jestem jak do lamentów nad tym, co było, jest i będzie. List Rod[owskiego] przeczytałam, ale aby napisać o nim, potrzebuję wyzdrowieć; o odpisywaniu nie mogę na teraz ani marzyć. Najserdeczniejsze życzenia zdrowia i szczęścia, najżyczliwsze wspomnienia Drog[iemu] Panu przesyłam.

El. Orz.


27 VI 1900, Grodno

Drogi Panie

Tylko co wróciwszy z Warsz[awy] do domu znalazłam list Pana, za który serdecznie dziękuję. Opisywanie chorób ani przyjemnym, ani pożytecznym nie jest, więc ograniczę się na uwiadomieniu, że czuję się znacznie zdrowszą, tak przecież osłabioną, że na listy długie zdobywać mi się nie podobna. O czasie i miejscu wyjazdu na pewno jeszcze nie wiem, lecz prawdopodobnie kilka tygodni spędzić mi przyjdzie w Zakopanem. Jeżeli to wypadnie jednocześnie ze zjazdem przyrodników] w Krak[owie], to może Pan zawita na parę dni do tego uzdrowiska, aby pomówić o Ad astra, których los w moich rękach staje się coraz wątpliwszym. Kiedy ten zjazd nastąpi? W każdym razie spotkanie z Panem byłoby mi jedną z najszczerszych przyjemności, których doświadczyć mogę.

Serdecznie pozdrawiam.

El. Orz.


5 VI [!VII] 1900, Grodno

Drogi Panie

Rzeczy przyszłości o tyle zmieniły się co do mnie, że nie do Zakopanego ostatecznie wyprawiają mię lekarze, ale do Kissingen, dokąd też za kilka dni wyjadę i gdzie sześć tygodni całe spędzić mi przyjdzie.

Zgnębiona i obezsilona jestem chorobą, tą podróżą, do której sił nie czuję, rozstrojem nerwów, jakiego nigdy dotąd nie miałam; dlatego nie sprzeczam się z, Panem, ani o doktorów warszawskich (ludzi wszechstronnie znakomitych i moich serdecznych przyjaciół osobistych), ani o konieczność umierania nad Wisłą, a zmartwychwstawania nad Dunajem etc, etc.

Znajdujemy się pod wielu względami na dwóch zupełnie przeciwległych — globach, niemniej rada byłabym bardzo znaleźć się tego lata z Panem na jednym punkcie tego ziemskiego' globu. Czy Kissingen jest punktem, na którym Pan znaleźć się może, czy takim, na którym — jak w Zakopanem — znaleźć się Pan nie może?

O dwa słowa wiadomości o tym proszę do Kissingen poste restante.

Jeżeli zobaczymy się, to znajdzie mię Pan od roku zeszłego au physique i au moral zmienioną, bo źle mi bardzo, lecz zawsze bardzo pamiętną na miłe godziny z Panem spędzone i zawsze serdecznie Panu przyjazną.

El. Orzeszkowa


17 VII 1900, [Kissingen}

Drogi Panie

Od dwóch dni jestem w Kissingen, zrozpaczona, że tu przyjechać musiałam. W porównaniu z Wi[eijsbadenem jest to dziura brzydka, nudna, denerwująca. Cóż, kiedy podobno kuracja tutejsza niezbędnie mi była potrzebna! Adres szczegółowy: villa Liebeskind. Upały panują tu straszne. Porządki kuracyjne są wprost barbarzyńskie.

Kartkę Pana z poste rest[ante] i drugą w domu otrzymałam; dziękuję.

Tak mi się tu nie podoba, że będę usiłować być jak najkrócej, jednak 4—5 tygodni koniecznie.

Serdecznie pozdrawiam.

El. Orz.


23 VII 1900, vil[l]a Liebeskind, Kissingen

W przewidywaniu prędkiego zobaczenia się pisanie ograniczam do zapytania: kiedy ujrzymy Pana w Kissingen? O dniu chciałabym wiedzieć. Mam z sobą cały rękop[is] Ad astra, a tu, przy naszej wil[l]i jest altana (jak wszystko w Kissingen brzydka), w której go wspólnie przeczytamy. Czekam wiadomości. Marynia pozdrawia uprzejmie.

El.


1 VIII 1900, [Kissingen] Villa Liebeskind

Za troskliwe zapytanie o zdrowie moje podziękow[ania] b[ardzo] uprzejme! Kuracja tutejsza pomimo złych urządzeń i wpływów nużących służy mi dobrze; czuję się znacznie zdrowszą niż przed przybyciem. Samo miejsce pięknym nie jest, ale ma trochę ładnych szczególików i widoczków. Zjazd ogromny, kolonia polska liczna, znajomych sporo. Przybycia Pana w porze oznaczonej z uciechą szczerą oczekiwać będę; tymczasem pozdrowienia i życzenia najlepsze przesyłam.

El. Orz.

Od Maryni Obr[ębskiej] uprzejme ukłony.


5 VIII 1900, [Kissingen]

Drogi Panie

Z treści ostatniej karty Pana wnoszę, że moja ostatnia zaginąć musiała.

Pisałam w niej, że mam się nieco lepiej jak w domu, jakkolwiek kuracja tut[e]jsza jest nużącą i ciężką; że Ki[s]singen po bliższym poznaniu nie będąc miejscem pięknym ma jednak trochę ładnych drobiazgów, że na koniec w czasie oznaczonym z uciechą szczerą przybycia Pana czekać będę.

Swobody i czasu dla rozmowy mniej tu mieć będziemy niż w r[oku] zeszł[ym], bo towarzystwa polsk[iegoj i znajomych mało, mniej pewno niżby było w Zakop [anem].

Jednak do mówienia i czytania!


23 VIII 1900,

Grodno Drogi Panie

Jak zwykle, dłużej nad zamiar bawiłam w Warsz[awie] i chwila powrotu do domu zbiegła się z nadejściem drugiej kartki Pana. Pierwszą otrzymałam w Berlinie. Jak bardzo obie mię ucieszyły i jak za nie dziękuję, na kartce pisać za ciasno. Zmęczona jestem upałem, podróżą, ruchem warszaws[kim] bardzo, ale dość zdrowa i z rozgrzewającym promieniem w sercu i myśli. Często wzlatuję ad astra. Dziś tylko tyle, ale jutro napiszę cały list. Szkoda, że Ki[s]singen już minęło! Ale une chose belle ne meurt pas, sans créer quelque beaute (M[a]eterlinck). Niech się Pan dobrze, dobrze bawi w Paryżu, a czasem trochę pomyśli o tej, która często śle za Panem wspomnienie rozrzewnione.

El. Orz.


24 VIII 1900 r., Grodno

Drogi Panie

Panują tu gorąca prawdziwie tropikalne, mamy dziś 30 st[opni] R[éaumu]ra w cieniu.

Myślę, co to być musi w Paryżu i jestem bardzo, bardzo o Pana nie spokojna.

Dlatego, nie mogąc jeszcze napisać obszernie, posyłam znowu kartę z prośbą, z prośbą, z prośbą o wiadomość choćby w dwóch słowach: czy boski Helios nie okazał się Panu złowrogim? i jak Pan przenosi te wystawowe trudy? i kiedy z Paryża? i dokąd? Jam. w Grodnie jeszcze i w Białow[ieży] będę pewno aż za tydzień. W prozę życia wpadłam: interesy, rachunki etc. Tym rzewniej i milej wspominam stawek w ogrodzie Liebeskind i rozrzucone nad nim Astra!

El. Orz.


25 VIII 1900 Kartka 3-cia.

Dzień dobry! Jakiś most na Wyst[awie] parysk[iej] runął — więc niepokoję się bardzo. Myśmy się tu już na wpół w murzynów zamienili. Klimat Kissing[en] przyjemniejszy.

Czekam dwóch słów albo nawet jednego.

El. Orz.


27 VIII 1900, Grodno

N. 4

Wątpię, czy ta karta znajdzie jeszcze w Pary[żu] Drogiego' Pana, dlatego przesyłam tylko krótkie: dziękuję! za tę, którą dziś otrzymałam. Żeby Pan wiedział, co mi uczyniła i jaki wpływ wywarła, nie pożałowałby Pan, że ją napisał. Jeszcze nie jestem w

B[iałowieży]. Force majeure stanęła na przeszkodzie. Czekam wiadomości, dokąd pisać.

Fala ściga falę, cienie płaczą po cieniach — oto życie.

El. Orz.


23 IX 1900, Grodno

Drogi Panie

Jestem ofiarą niesprawiedliwości granic nie mającej. Nie przysyłać komuś swego adresu, a potem wymawiać, że nie pisze, jest to cóś, na co jeszcze od biedy niewiasta zdobyć by się mogła, ale co uczonemu (i dobremu!) mężowi nie przystoi.

Wiele już razy czułam potrzebę pisania do Pana i nie wiedziałam, gdzie list posyłać. Wczoraj wróciłam z Białowieży; mam gości, więc po ich odjeździe za dni parę długi list napiszę. Już teraz nie ruszę się stąd nigdzie. Na Ad astra, a więcej jeszcze każdy objaw drogiej mi pamięci Pana oczekuję.

[Dopisek pod fotografią przedstawiającą widok z Białowieży:]

Białowieża.

Po tej cudnej alei Seweryna swoim wozem jeździ!


28 IX 1900 r., Grodno Drogi Panie

Właściwie nie wiem, dlaczego prawdziwy list piszę, skoro sama otrzymuję tylko kartki, piszę jednak z chęci dłuższego porozmawiania z Panem i — z dobroci serca niewieściego, które umie być przebaczającym i — wspaniałomyślnym. Ale o czym pisać będę? Czy ja wiem! Tak to dzieje się zwykle z ludźmi, którzy mają dla siebie sympatię najprawdziwszą, lecz rozstają się na długo. Zrazu w pierwszej chwili po rozstaniu chcą pisać do siebie zaraz, ciągle, o wszystkim, każdy wybitniejszy szczegół życia, każde wrażenie w jakimkolwiek kierunku żywsze dopomina się o podział, o uwiadomienie, o wspólność zachwytu czy smutku, czy łzy, czy uśmiechu. I żal zdejmuje, że to, co przez chwilę płynęło jednym strumieniem, rozdzieliło się na dwie strugi, którym, każdej z osobna, samotnie, mniej ciepło i mniej jasno. Ale są przeszkody: podróż pochłaniająca czas i siły, niewiadomość stałego adresu, a przynajmniej jego niepewność, zajęcia i kłopoty towarzyszące powrotowi do domu etc, etc. Nie pisze się więc, choć się wzdycha, albo pisze się tylko kartki, z ładnymi obrazkami, lecz z króciutkimi słowy — a czas leci i skrzydły swymi nawiewa tyle wrażeń, tyle szczegółów, tyle przeżytych na sposób różny momentów i momencików, że gdy miesiąc przeminie, już nie wiadomo, co z tego wszystkiego pisać, co wybrać, a co odrzucić, i czy w ogóle o czymkolwiek pisać, bo ufność w to, że co nas dotyczy, to i oddalonego dotknie, co nas zajmuje i boli albo cieszy, to i jego także zajmie, zaboli albo ucieszy — zniknęła. Gdyśmy byli razem, ufność ta była, gdyśmy się długo już nie widzieli — odleciała. Tym chyżej odleciała, im mniej sami wiemy o oddalonym, im mniejszą chęć on nam okazuje dzielenia się z nami tym, co jest jego... Więc chyba rysy i rzeczy najgłówniejsze.

Powrotną podróż z Kis[s]ing[en] do domu odbyłam pomyślnie, w domu znalazłam zmartwienie: najstarszą towarzyszkę moją , tę, która mi w domu gospodarzyła, ciężko chorą. Wyprawiłam też ją do Warszawy na kurację. Do Białowieży zaraz jechać, jak to było zamiarem moim, nie mogłam, bo polował w niej Najjaśniejszy Pan z rodziną i dworem swym, a w czasie tej wizyty wszelkie inne usuwane są przez gęsty, czujny i wielce surowy łańcuch Cesarskiej Ochrony. Więc tymczasem pocieszałam się w domu czytaniem i przejażdżkami za miasto, miałam też trochę gości, którzy w tej porze wracając z wakacyjnych wypraw najgęściej o Grodno zawadzają. Na koniec — ucichła Puszcza i ja przybyłam do miłego, ciepłego i ślicznego domu przyjaciół, aby na nią popatrzyć, gdy przyoblekła ją szata jesieni. Królewska zaprawdę szata! Widziałam rzeczy cudne, a patrząc na nie ciągle o

(różnych ustępach Ad astra myślałam, marzyłam. Bawiłam tam dwa tygodnie i bawiłabym dłużej, gdyby nie sprawy poziomej natury, lecz nieodzowne, które mię z powrotem do domu sprowadziły. Nie przyjechałam sama jedna; odprowadzili mię i kilka dni tu zabawili pp. Kraszewscy, moi gościnni gospodarze z Białowieży. Wczoraj odjechali. Dziś piszę do Pana sama nie wiedząc właściwie, dlaczego piszę, skoro od Pana mam tylko — ładne obrazki!

Dlaczego Pan ani razu dłużej nie napisał? Czy ochoty zabrakło albo czasu? Tak, tak! Oddalenie to taki kamień, który pomiędzy ludzi pada i bardzo prędko wyrasta w górę! I teraz nawet nie wiem wcale, gdzie Pan jest czy już w Wiedniu? czy tylko z Wiednia listy Panu przesyłają?

Co będzie z naszym dziełem? Ją czekam. Nigdzie już nie pojadę. Pragnę pracować wiele, pragnę pisać naszą Wspólną wędrówkę ku gwiazdom. Widok Białowieży i rozmowy z p. Kraszewskim, bardzo sugestyjne, chęć tę wzmogły. Ale oprócz tego i ponad to pragnę wiedzieć, co się z Panem dzieje (bo co się działo, o tym nie dowiem się już najpewniej), jakie są Pana najbliższe zatrudnienia, nadzieje, pociechy, strapienia etc, etc.

O wszystkim chcę wiedzieć (choć prawie o niczym nie dowiem się najpewniej), a nade wszystko o tym, czy Pan jeszcze wspomina mię niekiedy, bo ja. to względem Pana czynię często, i czy mię Pan jeszcze lubi trochę — bo... ja... bardzo! Marynia Obrębska serdecznie wspomina Pana i pozdrawia. Co do mnie, łatwo zrozumieć, że bywa mi często bardzo smutno, że czasem, bardzo niewiele mam ochoty do dalszego trwania na tej naszej prześlicznej planecie ziemskiej — wówczas, ażeby wesprzeć ekwilibrystykę duchową myślę, że tu i ówdzie są przecież na ziemi duchy sympatyczne i pokrewne, że może kiedykolwiek dokończymy pisanie Astrów, że może — prędzej czy później — otrzymam od Pana list dobry i długi... I nie wiem, czy mam te wszystkie pociechy swoje „między bajki włożyć"?

El. Orzeszkowa


4 X 1900, Grodno Drogi, Drogi Panie

Cóż dziwnego, że Rodowski przypatrując się wiekuistości globów niebieskich i niezmienności sił rządzących naturą może pomyśleć o trwałości rozkwitających pomiędzy ludźmi „girland"? Seweryna, która przez całe życie przykładała dłonie do serc ludzkich słabiuchnych, leciuchnych, musi wiedzieć, jakie to dmuchawce są, te serca, i jak dosyć jest podmuchu zefirowego, aby pierzchły w taki biały, lotny puch! Jednak być może, iż nasza „girlanda" nie jest kruchą. Przypuszczenie to uczyniłam czytając list Pana, za który dziękuję, dziękuję! Kartką czynię to dziś, nie listem, bom sobie te bieżące dnie tak ściśle pokratkowała, że czasu nie mam. Na listy do Seweryny czekam z upragnieniem i gdy tylko nadejdą, wnet o tym uwiadomię. Listki z mogiły są mi podwójnie drogie.

Wszak w braku listów otrzymywać będę od Pana choć trochę słów na obrazkach?

Bardzo, bardzo oddana

El. Orz.


6 X 1900, Grodno

Drogi Panie

Nic więcej jak tylko: dzień dobry! i to że bardzo głęboko wzięłam w serce słowa listu Pana. Proszę o zawiadomienie — na kartce — o ścisłym terminie wyjazdu do Krakowa i odkąd mam do miasta tego skierowywać wszystko, co będzie? Zamierzam pisywać często , krótko czy długo, ale często; jest to moją potrzebą serdeczną.

Listu Rod[owskiego] do Sew[eryny] jeszcze nie ma. Musi trochę poleżeć w cenzurze.

Pracuję dużo, cicho i samotnie teraz w koło mnie. Myślę o Panu. Myślę często o Panu; spotkania nasze wyglądają mi z dala jak strofy poematu. Mój Drogi Panie, niech wiem, co się dzieje z P[anem] choć p[rzez] kartki.

El. Orz.


12 X 1900, Grodno

Czy Pan już jest w Krakowie? Chcę cóś posłać, ale na pewno nie wiem dokąd. Listów Rod[owskiego] dotąd nie mam i trochę mię to niepokoi ze względu na cenz[urę]. Proszę tylko o wiadomość, gdzie mam szukać Pana listami i — myślą.

El. Orz.


15 X 1900, Grodno

Drogi Panie

Tak wielką mam ochotę do porozmawiania z Panem, że piszę. Posłałam w ostatnich dniach pół miliona kartek, a sama od dużego listu nic nie mam. Wprawdzie miałam to w dużym liście zapowiedziane, że tak będzie, ale wyobrażałam sobie, że zapowiedź stosuje się tylko do dużych listów (że ich wcale nie będzie), a do małych kartek nie stosuje się. Widzę jednak, że i małe kartki rzecz dla mnie za duża. Rozumiem to zresztą. Zajęcia i etc. Jesteśmy już przecież w stosunku takim, że pozwala nie liczyć Się z wizytami; nie liczę się i — przychodzę!

Przede wszystkim powiedzieć muszę, że w dużym liście były rzeczy, które mię aż do dna serca przejęły. A najpierw to, że ja stałam się duszy Pana potrzebną. Czy podobna? Od dość już dawna jak w otchłań, z której wieje śmiertelnym chłodem, spoglądam w wypisane na życiu moim słowa: nikomu niepotrzebna! I tak jest. Niektórzy powiadają: narodowi! Ale ja w to nie wierzę. Naród zbyt wielki, a jam zbyt mała, aby on beze mnie z łatwością największą obejść się nie mógł. I naród to rzecz taka, która nie podzieli z nami żadnej myśli ani żadnego wzruszenia, której z niczym zwierzyć się nie podobna, która W szarą godzinę nie siądzie z nami w kątku pokoju na poufną gawędkę, która też, w stosunku do naszej miłości dla niej, zostaje zawsze wielką niewiadomą. Zresztą., niech i tak będzie: naród, abstrakcja. Umiem kochać abstrakcje, nimi tylko, prawdę mówiąc, żyję, ale czy one mię potrzebują? gdzież tam! Czasem zapytuję sama siebie: czy warto żyć dlatego tylko, aby pisać mniej lub więcej złe powieści i nowele? I dlatego biorę do domu różne panny, które kształcę w różnych umiejętnościach głowy i serca, a czasem i za mąż wydaję... ale traf! wykształci się, za mąż pójdzie i znowu nikomu na nic potrzebną nie jestem. Biorę jeszcze panny i dlatego, aby mi duży i ładny dom nie był pusty, bo nie uwierzy Pan, jak bardzo pusty i ładny dom jest podobny do grobowców rzymskich dziełami sztuki przyozdabianych... Odkąd w liście Pana wyczytałam o „ważności grodzieńskiej spójni", o „współczynnikach pochodzących od królowej Saby", o „najsilniejszej i najcenniejszej dźwigni" etc, miewam chwile bardzo słodkiej zadumy o tym, że kędyś, daleko wprawdzie, niemniej jest na ziemi któś, do kogo ode mnie snuje się jakiś promyk ciepły i złoty, kto przy myśli o mnie przed oczyma spostrzega nie tylko czarne litery składające na pierwszej stronicy książki moje literackie imię i nazwisko, lecz także duszę człowieczą, która mu jest bratnią i potrzebną... Drogi Panie! ja za tę kroplę słodyczy i ciepła do czary, z której piję, wlaną — dziękuję i myślą dłoń swoją w dłoni Pana składając mówię: to dobrze! Bądźmy sobie nawzajem potrzebni i pomocni, bo tak powinno być pomiędzy krewnymi, a dusze nasze są istotnie ze sobą pokrewne. Wiele je dzieli, lecz wiele je łączy. Łącząca je girlanda, jak wszystko, co ludzkie, kruchą jest niezawodnie, lecz niezawodnie też, nie ja ją skruszę. Czy „szkoda jest, że nie mieszkamy w jednym mieście"? Taka to szkoda, jak wszystkiego, co mogłoby być najlepsze, a być nie może. Nie mogę mieszkać gdzie indziej jak tu; leży to i w ogólnym planie życia, i w pewnych jego koniecznościach niższego rzędu. Te ostatnie jeszcze można by choć z trudnością przezwyciężyć, ale gdybym teraz opuściła tutejszy Ereb i poszukała sobie, dla siebie, czegoś podobniejszego do zwyczajnej ziemi, linia życia byłaby zwichniętą, i to na lewo. Linia to była zresztą zawsze niezwykła. Droga to była

...pełna ofiar, walk, złudzeń, przestrachów

I gromów wielkich myśli, wśród ciągłego grzmotu

Gruzem rozsypujących się nadziei gmachów...

Lecz może tak i lepiej, że girlanda łączy nas oddalonych. Przychodzi mi na pamięć wiersz Wikt[ora] Hugo, b[ardzo] prawdziwy:

Restons loin des objets dont la vue est charmée,

L'arc-en-ciel est vapeur, le nuage est fumeé,

l'idéal tombe en poudre au toucher du réel,

L'âme en songe de gloire ou d'amour se consume.

Comme un enfant qui souffle en un flocon d'écume,

Chaque homme enfle une bulle oú se refléte un ciel.

Moc ogromną różnych rzeczy miałabym do powiedzenia i opowiedzenia Panu; wszystkiego razem jednak w jednym liście pomieścić nie podobna. Więc wiele do innego pisania.

A teraz o Astrach. Nic nie wiem, co się z nimi dzieje; czy wysłał je Pan i w cenzurze wieki wieków przebywają, czy nie wysłane jeszcze, dość, że nie ma ich tu, nie przybyły. Jeżeli wysłane, proszę o słówko wiadomości; napiszę do kogoś w Warsz[awie], aby z cenzury wydobywał . To nic nadzwyczajnego, to się zdarza. Rękopisy nasze miesiącami często w cenz[urze] spoczywają, co autorów do suchot, a wydawców do wyłysienia doprowadza. Stosunków takich jesteśmy zwyczajni. Trzeba wtedy kołatać, od

An[n]asza do Kaifasza chodzić, prosić i — wrzeszczeć. Jeżeli „gwiazdy" są w więzieniu, trzeba je stamtąd wyciągać, ale czy są?

Tymczasem pracuję dużo nad tłumaczeniem Tain[e]'a i napisałam nowelę, 10-tą do zbioru Chwile. Ale nie tę, której temat opowiadałam , inną. Nie bardzo udała się. Szpetną nie jest, ale i piękną nie jest, dlatego jej Panu nie posyłam. Nie ma z czym się chwalić.

W tych dniach przyślę Panu fotografię swoją, bardzo dawno, zdaje się, że jeszcze przed początkiem ery chrześcijańskiej robioną, ale która podobno przedstawia znakomicie typ autorki. Tak utrzymuje któś z moich warszawskich przyjaciół, który tę fotografię przedwieczną skądciś wygrzebał, odbić kazał i parą jej egzempl[arzy] mnie obdarzył. Przyślę ją Panu jako typ... W tych dniach otrzymałam też podarunek świetny: prześliczną kopię fresku Bot[t]icellego w Luwrze, przedstawiającego trzy gracje. Przywiozła mi go młoda malarka, która świeżo skończyła szkołę malarst[wa] w Paryżu dzięki pieniężnej pomocy p. Wawelberga. Piękny i duży obraz b[ardzo] ozdobił mój mniejszy salonik, do większego wjechał fortepian, na którym grają mi czasem te i owe Drogi, Kochany Panie, nie zapytuję o nic, bo wiem, że odpowiedzi nie otrzymam. Sama napiszę znowu wkrótce. Teraz sto słów w mowie ludzkiej najlepszych przesyłam.

El. Orz.

Chciałabym wiedzieć przynajmniej, czy karty i listy moje dochodzą dziewczęta.


19 X 1900, Grodno

Drogi Panie

Przez dni parę miałam znowu gości; któś przyjechał ze stron dalszych i był tu ów doroczny zjazd panów ze wsi. Więc wśród dość licznego towarzystwa oddano mi kartę Pana (z jesienią) i sprawiła mi ona wśród ożywionych i męczących rozmów o rzeczach publicznych chwilę kojącej zadumy o czymś zupełnie swoim. Przed trzema dniami wysłałam długi list , w którym zapomniałam podziękować za bluszcze i wrzosy z mogiły Jul[iusza] Sł[owackiego]. Są mi one podwójnie drogie. Dziękuję.

Siódme dna otchłani w czasie pisania — rzecz wspólna wszystkim piszącym, zdolnym dusze ludzkie unosić w siódme nieba.

Znałam kogoś, kto pisząc bywał zwykle w siódmym niebie; w zamian, czytelnicy jego zlatywali do siedemnastej otchłani nudy.

O spadnięciu na Grodno gwiazd uwiadomię.

El.


26 X 1900 r., Grodno

Dziś przed godziną „gwiazdy" spadły szczęśliwie i w całości . Gdy przypatrzę się ich światłu, napiszę, co o nim pomyślę; teraz uwiadamiam, że już je mam i ogromnie, ogromnie, Drogi, Kochany Panie, za obie fotografie dziękuję.

Często myślę o Panu, serdecznie i z przyjaźnią.

El. Orz.


30 X 1900 r., [Grodno]

Zawczoraj przeczytałam listy J[uliusza] R[omskiego] i odtąd prawie ciągle myślą z nim przebywam. Odpiszę nie natychmiast, ale wkrótce, bo żadnym sposobem nie mogę przerwać roboty , którą w oczekiwaniu na gwiazdy ciemnicę swoją rozświecać zaczęłam. Będę przecież usiłowała jak najrychlej znaleźć się u brzegów Lsny.

Tymczasem, Drogi Panie, proszę powiedzieć J[uliuszowi] R[omskiemu], że mi tęskno do. dwóch słów jego bezpośrednio ku mnie zwróconych.

El.


31 X 1900 r., [Grodno]

Kochanowski.

„Patrzaj jako śnieg po górach się bieli,

Wiatry z północy wstają,

Jeziora się ścinają,

Żurawie czując zimę precz lecieli..."


1 XI 1900 r., [Grodno]

Ciąg dalszy:

„Patrzaj teraz na lasy,

Jako przez zimne czasy

Wszystkę swą krasę drzewa utraciły,

A śniegi pola wysoko przykryły..."


3 XI 1900, [Grodno]

c[iąg] d[alszy])

„Po chwili wiosna przyjdzie,

Ten śnieg znienagła zyjdzie,

A ziemia, skoro słońce ją zagrzeje,

W rozliczne barwy znowu się odzieje..."


d. 5 XI 1900, [Grodno]

„Czym jest me czucie?

Ach, iskrą tylko!.

Czym jest me życie?

Ach, jedną chwilką!

Z czego wychodzi cały człowiek? mały światek?

Z iskry tylko.

Czym jest śmierć, co rozproszy myśli mych dostatek?

Jedną chwilką...

Te, co jutro rykną, czym są dzisiaj gromy?

Iskrą tylko.

Czym jest wieków ciąg cały, mnie z dziejów wiadomy?

Jedną chwilką.

Czym był On, póki światy trzymał w swoim łonie?

Iskrą tylko.

Czym będzie wieczność świata, gdy On go pochłonie?

Jedną chwilką."

(Mickiewicz)


6 XI 1900, [Grodno]

„Rumaka

Przedzierzgnę w ptaka!

Orlimi pióry,

Do góry!

W lot!"

(Mickiewicz)


7 XI 1900, [Grodno]

„Łąki zalane powodzią wiosenną,

Z wody strzelają złociste łotocie,

Słonka spać idzie, a ptaki w przelocie

Gwarzą przeciągle nad wodą półsenną..."


8 XI 1900, [Grodno]

„— Wisło moja, Wisło szara,

Czemu mętne wody twoje? — że mętne być nie mają,

Gdy w nie ciągle łzy padają?"

(pieśń gminna)


9 XI 1900, [Grodno]

„I urągały

Swierszczów pienia snom chwały..."

(Ecclesiasta)


10 XI 1900, [Grodno]

(1)

Drogi Panie

Jeżeli w czasach ostatnich doszedł Pan do wniosku, że obłędowi umysłowemu na punkcie kartek pocztowych uległam, to się Pan myli. Przy zdrowych zmysłach jestem, a one są ptakami, które wysyłam pragnąc, aby Panu o mojej ojczyźnie i o mnie śpiewały. Drobne ptactwo, drobne śpiewy, drobna dla Pana uciecha, jeżeli jeszcze i jakakolwiek. Ale dla mnie, kropla wina i miodu. Czy te ptaki moje nie sprawiają Panu przykrości jakiej? Jeżeli nie, to niech lecą i śpiewają! Dobrze?

c[iąg] d[alszy] nast[ąpi])

(2)

(c[iąg] d[alszy])

10 XI 1900

Niech Pan nie gniewa się na mnie za to, że Seweryna jeszcze milczy. Żeby Pan wszystko wiedział, całokształt życia mego znał, to jasnym byłoby, dlaczego zaczęłam cóś innego pisać , a skoro już zaczęłam, skończyć muszę od razu, bo potem byłoby na nic. Ale już bardzo wkrótce skończę i zaraz potem nad Lsnę popędzę. Przedtem jeszcze napiszę obszerny list, w którym opowiem i wyjaśnię Panu wszystko. Dziś dziękuję za „dobranoc" i b[ardzo] serdecznie pozdrawiam.

El. Orz.

Odp. Dymsz[yny] list miałam, zdrowa. Marynia Ob[rębska] ogromnie mile Pana wspomina.


12 XI 1900, [Grodno]

Tu biło jedno z największych w świecie serc .

...Wielkie umysły rządzą światem, wielkie serca go zbawiają.


13 XI 1900, [Grodno]

...,,A jeżeli ani marmury serdecznej rany

Ulżyć mogą, ani jedwabiem obite ściany,

Przecz mam zajrzeć kosztownych pałaców komu?"

(Kochanowski)


14 XI 1900, [Grodno]

...„Mijają ludzkie pokolenia

Jak fale, gdy wiatr morzem zmęci;

I nie masz godów ich pamięci,

I nie masz bólów ich wspomnienia..."

(Ecclesiasta)


15 XI 1900, [Grodno]

...„Znikomość jest dzieł ludzkich końcem..."

(Ecclesiasta)


16 XI 1900, [Grodno]

„Bieda nie siostra, noc nie siostra!"

(przysłowie gminne)


18 XI 1900, [Grodno]

„Pewnego razu

Mówił dziad do obrazu,

A obraz do niego

Ani razu!"

(przypowieść gminna)


29 XI 1900, [Grodno]

Dziad przecież w dalszym ciągu mówi:

„Man muss schon ein Meer sein, um einen schmutzigen Strom aufnehmen zu können, ohne unrein zu werden".

(Fr[iedrich] Ni[e]t[zs]che)

„Sztuką mądrości jest idąc brzegiem wód mętnych nie przestać wznosić wzroku w błękity niebieskie".

(EJ. Orz.)

Zestawienie poniekąd zuchwałe, lecz zbieżność myśli tak od siebie dalekich ciekawa. Nieprawdaż?


21 XI 1900, [Grodno]

Wczoraj przybyłam nad Lsnę, ale że od bardzo już dawna z Juliuszem] R[omskim] nie rozmawiałam, więc trudno mi od razu dostroić się do tonu tego głębokiego i lotnego ducha, a nić przerwaną tak dawno z mojej ubogiej kądzieli snuć dalej. Lecz próbuję i usiłuję, waham się, lękam... W dodatku, niebo ciemne, ziemia przesmutna, drzewa nagie wykołysują w powietrzu melopeę monotonną i żałobną... Sam tylko smutek chce płynąć spod pióra...

Seweryna


24 XI 1900, [Grodno]

Piszę, piszę, jeszcze powoli, bo rzecz b[ardzo] trudna. Ale myśli mam wiele. Proszę zwłokę chęci jak najlepszego zrobienia rzeczy przypisać!

Seweryna


25 IX [! XT] 1900, [Grodno]

Ne t'appuiez pas sur Ze roseau qu'agite Ze vent.


26 IX [! XI] 1900, [Grodno]

Ne cherchez pas la douceur de la paix parmi les vagues infidéles de la mer mouvante...


27 IX [! XI] 1900, [Grodno]

Jutro miesiąc upłynie, odkąd otrzymałam listy J[uliusza] R[omskiego], a dotąd jeszcze: odpowiedzi nie wysłałam. Martwiłoby to mię bardzo, gdybym teraz już nie pisała szybko i nie miała nadziei przesłać pisania swego za kilka dni lub za tydzień.

Pracuję teraz ogromnie, bo oprócz pracy przyrodzonej walą się na mnie zadania i obowiązki innostronne. W tej porze wytężonej pracy i zmroków jesiennych przydałoby mi się bardzo jedne słowo ciepłe stamtąd, dokąd moich tyle tymi czasy poszło. Ale kiedy nie, to nie; nie proszę i nie nalegam, tylko potrzebuję wiedzieć, do jakiego dnia posyłka może Pana znaleźć w Krakowie. Bez tej wiadomości nie będę wiedziała, co z nią począć.

Szczerze oddana, choć nadąsana .

El. Orz.


29 IX [! XI] 1900, [Grodno]

Nikt nie wie i wiedzieć nie będzie, jak mi żal, jak mi ogromnie żal, że dziś w Krakowie być nie mogę. O godz. 6-tej myśl moja będzie z Panem.

El. Orz.


5 XII 1900, Grodno

Przede wszystkim proszę o pozwolenie sprostowania słów we wczoraj otrzymanym liście znalezionych, że dla wspólnej pracy naszej „zmarnowałam" połowę zimy. Najściślejszą wymowę posiadają daty, które są następującymi. (Czerpię daty te z codziennie czynionych notatek i używam dla nich stylu nowego, czyli gregoriańskiego czy europejskiego.) Bez otrzymania i przeczytania rozdz[iału] XV i XVI-go pisać dalszego ciągu nie mogłam. Kiedy rękopis te rozdziały zawierający został wysłany, wiedzieć mi nie podobna, bo wiadomości o tym nie otrzymałam; zapewne też czas pewien przeleżał w cenzurze warszawsk[iej], lecz faktem, jest, że do Grodna przybył w dniu 26-m października]. Dnia 21 listop[ada] rozpoczęłam pisanie dalszego ciągu, o czym Panu donosiłam, a że zrazu, z przyczyny pewnego dość ciężkiego kłopotu i wynikających zeń zajęć koniecznych, pisanie szło mi powoli, więc skończyłam rozdz[iał] XVII-sty 29 listop[ada], czyli napisałam go w przeciągu dni ośmiu. 30 listop[ada] jedna z pomocnic moich przepisywać go zaczęła, lecz mając wiele zajęć innostronnych roboty tej dokończyć nie mogła prędzej jak w dni 6, czyli dokończyła jej dziś, 5 listop[ada], a jutro rękopis w jej odpisie na pocztę oddanym zostanie. Z wykazu powyższego jasno się okazuje, że jedyna przerwa, której się dopuściłam, wynosi: od 26-go paźdz[iernika] do 21-go listop[ada] dni 25, co do „połowy zimy" niezmiernie jest dalekim. Za „zmarnowanie" tych 25-ciu dni parę razy przepraszałam Pana bardzo serdecznie mniemając, iż Pan uwzględnić zechce, że każdy człowiek żyjący chcąc czy nie chcąc musi mieć różne swoje potrzeby, interesy, obowiązki, choroby etc. Ponieważ znajdując się wprawdzie u końca życia, żyję jeszcze, więc zaskakują mię niekiedy konieczności takie, dla których cóś robić muszę lub powinnam, a czegóś innego jednocześnie robić nie mogę. Miałam zamiar obszernie napisać Panu o tym, co skłoniło mię do przyniesienia wspólnej pracy naszej „straty niepowetowanej" z 25-ciu dni złożonej, lecz teraz widzę, że szczegółami osobistymi obarczać i nużyć Pana nie powinnam, więc na tym cyfrowym i koniecznym sprostowaniu omyłki Pana poprzestaję.

Rozdz,[iał] XVII, który wysyłam, nie jest, jak miał być, obrazem (Nad Lsną), ale listem, na który Seweryna odpowiedzi Rodowskiego oczekiwać będzie. Obraz, nastąpi dopiero po tym liście, jeżeli w ogóle okaże się potrzebnym, a napisany może być później. Teraz nie piszę go z powodu mętnego jeszcze artystycznego poczucia jego niepotrzebności. Zdarza mi się to już nie po raz pierwszy, że szczegół obmyślony przy układaniu planu, w chwili gdy do wykonania go przychodzi, okazuje się zbędnym i odrzuconym zostać musi. Zdaje mi się, że znacznie artystyczniej byłoby, gdyby Henryka ukazywała się tylko w listach Rodow-sk[iego] i gdyby jej czytelnik wcale obok Seweryny (z wyjątk[iem] I-go rozdz[iału]) nie widział, gdyby też walka wewnętrzna Seweryny mieściła się wszędzie tylko między wierszami, płynęła niejako spodem nie dobywając się na powierzchnię w wyraźnych, więc pospolitych kształtach. Chciałabym, a raczej potrzebuję dla dobra pracy wiedzieć o tym zdanie Pana. Sama jeszcze stanowczego nie mam i — jeżeli okaże się potrzeba — rozdział ten później z łatwością dopiszę i do dalszego ciągu dostosuję. Tymczasem ciąg dalszy może mieć bieg swobodny.

Niezmiernie mi przykro, że nie mogę natychmiast spełnić życzenia Pana i zwrócić rękopisów. Nie podobna mi w ciągu pisania obejść się bez posiadania w każdej chwili partycji przeciwległej, a 4 rozd[ziały] ostatnie, długie, nie są jeszcze przepisane.

Zeszłej zimy sama przepisywałam listy Rodowsk[iego], obecnie przechodzi to możność moją; skład domu mam zaś taki, że żadna z osób domowych pracy tak znacznej wykonać nie może; wszystkie bowiem mają zajęcia swoje: zarząd domem, lekcje brane i dawane etc, etc. Muszę więc starać się o kopistę zadomowego, co jest kłopotliwe i dość trudne do znalezienia. Proszę więc o trochę, może nawet sporo czasu.

W liście Pana nie znalazłam wiadomości o dniu, w którym Pan Kraków opuszcza; więc na traf szczęścia rękopis tam wysyłam bardzo uprzejmie prosząc o zawiadomienie mię, że przeznaczenia swego dosięgnął (jeżeli dosięgnie), dwoma najprostszymi słowami na najprostszej karcie. Wobec pracy wspólnej, o którą jednostajnie nam idzie, takie zawiadamianie się wzajemne o odbiorze rękopisów uważam za wzgląd okazany spokojowi współpracownika. Wzgląd ten zawsze zachowuję w stosunku do Pana i od grzeczności Pana spodziewam się, że w stosunku do mnie zachowanym on zostanie.

Nazwami roślinek sąsiadujących z lodowc[ami] Jungfrau z największą przyjemnością za dni kilka (już pewnie do Wiednia) służyć Panu będę: Muszę ich w botaniczn[ych] notatkach swoich poszukać.

Co do ptaków — to spore ich stadko zebrało się u mnie pod ręką do odlotu gotowych. Z niejaką słodyczą w sercu zamierzałam wysłać ku Panu po warszawskich wileńskie, kowieńskie, grodzieńskie, aby obrazkowym tym sposobem niekiedy myśl Pana pociągać ku temu, co moje i mnie najdroższe. Lecz nic nigdy równie dalekie i obce mi nie było, jak narzucanie się z sobą i czymkolwiek swoim, a mając przyczyny, z listu Pana czerpiąc przyczyny do mniemania, że litewskie ptaki moje byłyby Panu natrętne, skrzydełka ich, z żalem, wiążę.

Proszę o przyjęcie, słów pozdrowienia uprzejmego i na wakacyjną porę życzeń najlepszych.

El. Orzeszkowa


20 XII 1900, Grodno Drogi Panie

Piękny ptak, choć smutny, był mi gońcem dobrej wieści. Bolało mię, żem się z Panem pokłóciła; pierwszą sposobność pochwytuję, aby dłoń z uściśnieniem serdecznym ku Panu wyciągnąć. Powiem otwarcie: zranił mię ton listu Pana, ostry i nieprzyjazny, wyrzut, że naraziłam Pana na dużą stratę czasu, a najwięcej powiedzenie, że „nie ma skąd" wziąć dla mnie „ciepłego słowa".

Jeżeli nie ma skąd, to znaczy, że ani przyjaźni, ani sympatii, ani żadnego ze źródeł tryskających ciepłym uczuciem i słowem — nie ma. A skoro ich nie ma, po cóż narzucać się ze swymi? Któż z nas — myślałam — ma słuszne prawo wyrzekać na „kruchość girlandy" i na „zbytnią artystyczność" strony drugiej? Potem przyszły: „rzecz malutka", „igielnik" itd. Postanowiłam cofnąć się i milczeć. O, nie przez obrazę! Lecz najmniejszej istotce ludzkiej, zatem i mnie, wolno mieć tę dumę, aby nigdy niczyj emu sercu ani czasowi, ani żadnej rzeczy, która jego jest, nie ciążyć choćby kropelką zbyteczną. Tę dumę mam w stopniu wysokim i czyni mię ona drażliwą na każdy półton, półcień, w którym gdy obojętność spostrzegam, czuję się odrzuconą w tył, usuwam się, znikam. Już kiedyś o tej właściwości swojej mówiłam Panu. Byłaby przywarą, gdyby łączyła się z nią złość, niechęć, uraza. Ale nie; bywam w wypadkach takich mniej lub więcej, czasem bardzo smutna, uczuć swoich nie zmieniam, tylko je odsyłam do krainy niewidzialnej, w której na rozłogach duszy błądzą cienie rzeczy drogich a pomordowanych. Tym razem pomyślałam, że trzeba stosunek nasz sprowadzić do rozmowy ludzi obcych sobie i tylko zjednoczonych wspólną pracą nad jednostajnie obchodzącym ich dziełem. Tak pomyślawszy napisałam list ceremonialny. Tylko. Jeżelim winna, to i Pan nie bez winy (zmarnowana połowa zimy, brak źródeł dla ciepłego słowa, igielnik etc.). Dajmy więc sobie wzajemną amnestię i — zgoda! Czy dobrze? Jeżeli nie, jeżeli nie omyliłam się przypuszczając, że Panu stosunek serdeczny ze mną jest niepotrzebny lub przykry, proszę mi na to wszystko ani słowa nie odpisywać. Zrozumiem, zniknę i pozostaną tylko na świecie: Rodowski i Seweryna.

Dlaczego treść listu Sewer [yny] była dla Pana niespodzianką? Przypuszczam, że z powodu epizodu z budnikami. Wtrąciłam go jednak nie bez artystycznego rozmysłu. Myślałam, że po pierwsze szczęśliwie przerwie monotonię rozumowań Seweryny, którą bardzo jest trudno ustrzec przed pedanterią maralizatorską i kaznodziejstwem, w obawie przed czym właśnie każę jej przemawiać, o ile podobna, obrazowo. Następnie, ci budnicy będą nutą sympatyczną, ciepłą dla czytelników polskich, a na koniec, Seweryna kreśląc jak najwięcej obrazów miejsc i ludzi sobie drogich mniema, że przez to pociąga do nich Rodowskiego, co musi być dla niej upragnionym. Tak sobie wyobraziłam, może mylnie. Jeżeli mylnie, to wszak Pan wie, że jestem fanatyczną przyjaciółką otwartości i że nawet współpracując ze mną Pan dla zasady wyższej powinien otwarcie wytaczać mi dyskusje, tak jak ja Panu.

Do listu następnego Seweryna ma wielki opis bagien nikarskich i moment ekstazy duchowej, w której zdawać się jej będzie, że duszę Rodow[skiego] niesie na skrzydłach w światłości empirejskie, lecz z ekstazy obudzi ją poczucie winy ciężkiej, której się dopuszcza (tając przed Rod[owskim] istnienie przy niej Henrysi), i z krzykiem: Nie godnam! spadnie z empireum w ponure widoki i głuche cisze Nikaru. Z niecierpliwością czeka ona listu Rodowskiego.

W Warszawie rozgłosiło się, że ja piszę powieść z Puszczą Białowieską (o Panu nikt nic nie wie) i trzech wydawców szarpie mię o nią na wyścigi. Opędzam się od nich jak od much odpisując, że nic jeszcze nie wiem, ani czy, ani kiedy to będzie...

O sobie dużo kiedyś pisać miałam, ale chęć uczynienia tego zawieszam do odpowiedzi Pana na tę odezwę moją; tymczasem z całego serca życząc Panu Świąt jak najprzyjemniejszych, pracy najpłodniejszej i wszystkich promieni, które w dusze takie jak Pana padać powinny, dla siebie proszę o wspomnienie życzliwe, na które w każdym wypadku zasługuję; a o zarządzeniu osobistym stosunkiem naszym tak,. jak istnienie lub nieistnienie źródeł, z których ciepłe słowa płyną, podyktuje.

El. Orz.


28 XII 1900, Grodno Drogi Panie

Jeżeli o dwa dni opóźniłam odpowiedź na kochany list Pana, to pomimo woli, z powodu przeszkód, które nie dawały mi wziąć pióra do ręki. Ale cieszyłam się z listu tego bardzo i mniemam, że był on ostatnim finałem ostatniego naszego nieporozumienia. Jak wszystkie związki na tym biednym świecie, takie szczególniej duchowe i subtelne, nasz także wymaga ustępstw wzajemnych. Ja przyjaźń czy przymierze dwóch istot rozumiem nieco inaczej od Pana; wedle mnie jest ono, gdy prawdziwe i nieco głębsze, bardziej czynne, czyli bogatsze w objawach. Dla mnie brak objawów, np. milczenie paromiesięczne, to źródło zwątpienia; dwa słowa ostre, nawet dwuznaczne czy dwojako tłumaczyć się dające — pobudka do oddalenia się, cofnięcia.

Z drugiej strony Pan pojmuje związki takie w postaci bardziej biernej i ma nieco skłonności do słów ostrych i rozmaicie tłumaczyć się dających. W tym źródło gorzkiej wody, zalewającej niekiedy nasz czysty i piękny potok. Z mojej strony nie ma w tym pychy ani złości, tylko ta, o której pisałam, do wstrętu posunięta niechęć bycia zbyteczną; ze strony Pana... czy ja wiem? W stosunku osobistym podziwiałam nieraz delikatność Pana niemal kobiecą, a zupełnie zniewalającą miękkość obejścia się i mowy; w stosunku listownym nieraz; przeglądają jakieś szpilki, sztyleciki, kolce itd. Usiłować będę na przyszłość zaklinać je, aby zmieniły się w kwiaty. Powiodę po nich dłonią i okiem i powiem: „Nie oszukacie mię już nigdy! Wiem, że jesteście różami i tylko zły humor Waszego Pana przemienił Was w jeżyki! Niebawem wrócicie do mnie znowu w postaci róż!" A naprawdę nieporozumienie nasze bolało mię więcej, niżeli spodziewać się mogłam. Przywykłam do szukania w dalekich przestworzach twarzy Pana jako tej, która z oddali przyjaźnie na mnie spogląda, do myśli tej, że może być na świecie stosunek jako nasz: czysty, ciepły, przyjazny myśli i sztuce. A ponieważ wspomniałam o sztuce, więc zaraz napiszę, co trzeba, o Astrach. Bardzo mię to dziwi, że Pan waha się z napisaniem żądań swych czy zarzutów tyczących się Seweryny. Wszak prosiłam o to nieraz i nawet pisałam, że to konieczne. Planu Wspólnie osnutego nie zmieniłam w niczym, tylko obraz nad Lsną, w którym Henryka udział brać miała, umieściłam pod znakiem zapytania: czy potrzebny? na które żądałam odpowiedzi. Jeżeli Pan znajdzie, że potrzebny, to go napiszę, ale wydaje mi się — pisałam dlaczego — że bez niego byłoby lepiej. A cała reszta pozostaje bez zmiany taką, jaką być miała. Bardzo niecierpliwie wyglądam i krytyki, i postulatów, i dalszych listów Rodowskiego.

Co się tyczy osoby mojej, to kuracja kis[s]ing[eńska] zrobiła mi bardzo dobrze i aż do ostatnich czasów czułam się zupełnie zdrową. Potem, nagle, wzięło mi się nie wiedzieć skąd na ataki nerwowosercowe, bardzo dotkliwe, szczególniej z powodu duszenia się bardzo nieznośnego, ale przyjechał z Warsz[awy] dr Nusbaum, zapisał mi kurację skuteczną i teraz od tygodnia znowu czuję się prawie zupełnie dobrze, pomimo czego za dwa tygodnie przyjedzie znowu ten sam dr N[usbaum], ale już pospołu z d[re]m Baranowskim, aby w dalszym ciągu zapobiegać złemu. Tak pieczołowicie ci panowie opiekują się zdrowiem moim! Zważywszy wielką ich wziętość i ośmiogodzinną podróż, którą za każdym razem odbywają, jestem im wdzięczną nieskończenie, jakkolwiek wiem, że winnam to daleko mniej osobistym dla mnie niż patriotycznym ich uczuciom. Cenią, lubią i ratują we mnie autorkę polską.

29 XII

Wczoraj znowu zaszła przeszkoda i nie pozwoliła listu tego dokończyć. Muszę więc skrócić go, aby dziś koniecznie wysłać.

Uśmiechałam się wewnętrznie, gdy Pan nieraz mówił, że nic innego do czynienia oprócz pisania nie mając, mogę bardzo dużo pisać. Tymczasem pracę mam tak różnostronną, że często pisanie schodzić musi na plan ostatni. Przyczyną tego jest polityczne położenie nasze, które wytworzyło grupę ludzi dość liczną duszą i ciałem oddających się wszystkiemu, co tylko może mniej albo więcej podpierać, wzmacniać, wzbogacać ideę zagrożoną, przynosić ulgi, wytwarzać zaradcze środki. Mam szczęście do grupy tej należeć. Opiera się tedy o mnie mnóstwo spraw i sprawek z autorstwem ten tylko związek mających, że nadaje ono niejaką powagę, budzi ufność, a zatem pomaga w działaniu. Z jednomyślnymi widuję się niekiedy — a że sama do nich nie jeżdżę, stąd goście części, stosunki duże. Bywają tu czasem w domu moim rozprawy, narady, dysputy, których takie prowincjonalne miasta nie słyszą prawie nigdy. Zjawiają się żądania i zadania, którym zadość czynić powinnam i pragnę. Wynikają z tego korespondencje, lekcje, różne zajęcia. Pracuję czasem w całym znaczeniu słowa tego ciężko. Obecnie ważę się na krok dość ryzykowny, który naraża mię osobiście i kosztować będzie sporo czasu, pracy i pieniędzy. W początku kwietnia jadę na dwa tygodnie do Wilna. Nie podobna napisać, po co; jeżeli zobaczymy się jeszcze kiedykolwiek, opowiem. Przed krokiem tym wahałam się nawet nieco, ale okazał się wprost obowiązkiem, więc podjadę. Niedawno wypadła okoliczność taka, że napisać musiałam w ciągu tygodnia 12 listów długich, w których trzeba było tyluż osobom rozmaitym przedstawić i wyrozumować pewną sprawę, potrzebę publiczną, a względem każdej użyć innego sposobu przedstawienia, innego stylu, innych słów, ponieważ były to osoby społecznie i psychicznie bardzo różne. Są to rzeczy niewidzialne, prawie zawsze tajemne, o których wie dokładnie tylko pewna ilość zsolidaryzowanych z sobą ludzi; ale rzeczą pewną jest, że w akcji ratunkowej mają znaczenie poważne (w zbiorowej swej sumie) i że dopomagają narodowości przedrzeć się przez gęstwiny cieniów nocnych, dopóki nie zaświeci brzask dzienny. To, co ja czynię, jest tylko ziarnkiem, lecz szczęśliwą czuję się, że dorzucić je mogę do.

miary przez innych gromadzonej, zresztą, bez fałszywej skromności mówiąc, wiem dobr[z]e, że ziarno to jest ważkie. Ale pracy, starań, utrudzeń różnych, zawodów i zmartwień w tym wiele. Teraz, przed kwietniem i bytnością w Wilnie, muszę napisać rzecz dużą, trudną i która nigdy drukowaną nie będzie.

Ja wiem, że Panu, wszystko to wyda się marne, niepotrzebne, bagatelne. Dla mnie zaś— i dla wielu — w tym właśnie spoczywa cała waga i wartość naszych istnień. A skreśliłam parę tych pobieżnych rysów dlatego, aby Pan mógł głębiej spojrzeć w moje życie. Dokładnie opisywać nic tu nie można; opowiadać nawet trudno, bo zakrawałoby to na samoapologetykę, i zresztą — po co? — O, gdyby nie to napełnianie sobie serca i życia ideą dominującą nad innymi — już chyba żyć bym nie mogła, tak pod względem osobistym jest mi na świecie źle!

Z całego serca pozdrawiam Pana, obie dłonie Pana ze szczerym oddaniem i zupełną sympatią ściskam. Niech mi Pan wybaczy, co do wybaczenia jest, i przyjaznym mi zostanie.

Wszystkiego, co ma związek z Astrami, niecierpliwie oczekuję.

El. Orz.

Do Tain[e]'a przez wszystkie te miesiące ani dotknęłam się. Z Kondratowiczem sprawa rozbija się jeszcze o prawa wydawnicze posiadane, jak się pokazało, przez pewną firmę księgarską i jaki będzie koniec scysji, nie wiem, dotąd. Chwile, gdyby wyszły, już by się w ręku Pana znajdowały; wydanie ich powstrzymuje jedna z nowel , jeszcze w Tygodniku] Ilustr[owanym] nie wydrukowana z powodu opóźnienia się ilustrującego ją malarza.

El.


5 styczn[ia] w[ieku] XX, Grodno 23 grudn[ia] w[ieku] XIX

Drogi Panie

Dziś, przed chwilą, otrzymałam list Pana, za który dziękuję. Odpisać natychmiast tak obszernie, jak rzecz wymaga, żadnym sposobem nie mogę. Święta zawsze pewien rozgwar do życia wprowadzają, a przy tym panują tu tak straszne i wyjątkowe mrozy (20—25 stop [ni]), że mieszkania dostatecznie ogrzać nie podobna i pióro w ręku utrzymać trudno.Treść listu Pana zresztą wymaga zastanowienia się i namysłu. Ze szczegółów jednych może usprawiedliwić się potrafię, inne pewnie według uwag Pana zmienię. Jak tylko będę mogła najrychlej, napiszę obszernie i szczegółowo, a teraz przyjazne ukłony i najlepsze życzenia przesyłam.

El. Orz.


8 I 1901, Grodno

Drogi Panie

Tak obszerną mam treść dla tego listu, że aby go nie przedłużać zbytecznie, zaczynam wprost od Astrów.

W uwagach, które mi Pan nad wykonywaniem działu mego uczynił, po długim namyśle znalazłam takie, które są zupełnie słuszne, i takie, których nie przez zarozumiałość bynajmniej, lecz z przekonania (mylnego może) przyjąć nie mogę. Że zaś zdanie Pana jako człowieka b[ardzo] wysoko cenię, a jako współautora starannie ważyć i szeroko uwzględniać powinnam, więc odpowiedzi swoje na punkty wszystkie obszernie motywować będę.

Naprzód rzeczy formalne, jako to: styl i kompozycja. Zapytuje Pan: dlaczego Sew[eryna] tak często używa wyrażeń z dziedziny wiedzy przyrodniczej? Odpowiadam: czyni to ona wprost i jedynie dla wzbogacenia języka wyrazami nie wytartymi jak stara moneta i przenośniami choć trochę nowymi i malowniczymi. W tym samym celu posługuje się ona także słowami z dziedziny filozoficznej. Bo: 1-o utwór taki jak ten więcej niż jakikolwiek inny, a szczególniej zwykły powieściowy, wymaga niezbędnie bogactwa i dźwięczności języka i stylu, a 2-o rola Seweryny broniącej idei etycznych, przedstawicielki Wiary i Dobra, jest tak trudną i niesłychanie niebezpieczną, że trzeba ją bronić z różnych stron i różnymi narzędziami od stania się komunałem i wcieloną nudą, a jednym z tych narzędzi, najskuteczniejszym, jest według mnie właśnie nowość, obfitość, a choćby nawet i niejaka osobliwość, przede wszystkim obrazowość, malowniczość mowy. Nie twierdzę wcale, abym narzędzie to posiadła i dobrze nim władała; owszem, przypuszczam bardzo, żem zamierzonej rzeczy podołać nie potrafiła; lecz tylko usprawiedliwiam swoje zaczepianie mową o wszelkie możliwe dziedziny, a wśród nich i o przyrodniczą. Że zaś Sew[eryna] może posiadać i w tym dziale wykształcenie niejakie, a wiadomości znaczne, to naturalne; jest ona w ogóle kobietą wyjątkowo wykształconą, a par le temps qui court, tu u nas przynajmniej, mnóstwo kobiet, w ukształceniu umysłowym dużo niższych od niej, posiada więcej daleko wiedzy przyrodniczej, aniżeli ona jej wykazuje. Co innego zupełnie, czy niektóre ustępy o tę dziedzinę zaczepiające są napisane dobrze i jasno. Bardzo być może, że nie, jak np. ustęp o radiolariach, który wprost niezrozumiałym być musi, skoro Pan nawet wytłumaczył go sobie inaczej, niżeli ja go pomyślałam. W moim pomyśleniu pierwotniak, który w duszy Sew[eryny] czyha na jej radiolarie, to nie miłość sama dla Ro-d[owskiego], ale nieuczciwość tej miłości wobec zdrady, którą Sew[eryna] popełnia względem Henryki. Rzecz prosta, że dla kobiety takiej jak ona przedłużanie korespondenc[ji] z Rod[owskim] w tajemnicy przed Henryką, samo marzenie o kochanym przez tę dziewczynę człowieku musi być potworem w najwyższym stopniu raniącym i obrażającym jej radiolarie. Skoro jednak myśl w ustępie tym wykazuje się niejasno, usunę go całko wicie powiedziawszy sobie, że stronicy pomyślanej dobrze:, równie dobrze napisć nie potrafiłam. Co innego wcale z wyrazami tak prostymi i powszechnie znanymi, jak Rosinanda, Hiady, empireum. To, że Pan je przypominać sobie i słownika do tego używać musiał, poczytuję wprost za chwilowe zapomnienie i przypadek. Rosinandę zna każdy, kto czytał Don Kiszota, a któż go nie czytał, skoro są wydania jego dla małych dzieci. Ja sama ośm lat życia mając wiedziałam już, że Don Kiszot jeździł na Rosinandzie. Hiady znowu wymienione są jako grupa gwiazd W podręcznikach szkolnych i na pensji sakramentek jeszcze czytałam o nich w Księdze przyrody Szedlera, bardzo marnej, a Sew[erynie] mogą być znane rzeczy lepsze daleko w tej dziedzinie z powielokroć powtórzonym wyrazem Hiady. Co do empireum,, progi, granice jego itd., to już Dante, zarówno jak „ciała zsiadłe i rzadkie" w dosłownym i wybornym przekładzie Stanisławskiego . Bardzo niewielu spomiędzy tych, którzy Astra czytać będą, nie znają do gruntu Boskiej komedii; literatura to bardzo u nas rozpowszechniona i cytując ustęp z pieśni o Niebie cytowałam rzecz zupełnie powszechnie u nas wśród ludzi czytających znaną, a zatem i empireum, które w Niebie Dantego pewno kilkadziesiąt razy jest powtórzone. Teraz co do piękności lub brzydkości słów: „ciała rzadkie i zsiadłe". Nie są one ani piękne, ani brzydkie, są u Dantego ironiczne i nieco rubaszne; dlatego właśnie ich użyłam; bo, zdaniem moim, w stylu podniosłym używanie kiedy niekiedy słów nieco trywialnych czy rubasznych, zwłaszcza w znaczeniu ironicznym, bardzo dobrze urozmaica ten styl, skrzepią, czyni na nim jakby wypukłości czy rysy od tła odskakujące. Jest to właśnie figura stylowa, której w najpodnioślejszym momencie poematu swego użył Dante, a ja za nim. Że Seweryna bardzo jest oznajomiona z Dantem i w ogóle z całą poezją świata, jest to rzecz nie tylko prosta, ale prawie konieczna przy jej wykwintnym wychowaniu i wrodzonej inteligencji. Popisywania się tedy z erudycją tu nie ma, bo samej erudycji nie ma, tylko wysokie wykształcenie umysłowe, które posiada kobiet mnóstwo, pod wielu względami od Sewer[yny] daleko niższych. To samo z żartobliwością kiedy niekiedy użytą; sposób to też urozmaicenia stylu i fizjonomii postaci, która przez to rozchmurza się niekiedy i nabiera ruchu. Wszystko to tak; wszystkie te szczegóły używałam z rozmysłem artystycznym i same przez się są one podług mnie dobre, do kunsztu stylowego przydatne, często cenne. Ale inna rzecz, czy środków dobrych samych w sobie dobrze użyć potra[iłam; bardzo być może, że nie, i o tym przy końcu listu tego więcej powiem.

Tyle o stylu i używanych w nim wyrazach i zwrotach. Teraz o kompozycji. Wszak od razu pisałam Drogiemu Panu, że sama nie wiem, co ro bić z obrazem , że waham się i proszę o zdanie: czy pisać go, czy nie? Jedne rzeczy przemawiały za tym, inne przeciw temu. Ale istotnie ma Pan słuszność, że obraz ten potrzebny dla urozmaicenia tonu dzieła i uwyraźnienia strony jego lirycznej. Napiszę ten obraz, rzecz postanowiona, w zgodzie, zupełnej z Panem i z samą sobą.

Z budnikami znowu tak: opis ich przy każdym dotknięciu Puszczy jest koniecznym, są oni bowiem duszą jej niejako i czytelników polskich ogromnie interesować będą. To nic, że Rodowskiego Tyzenhaus, Rej, Górnicki, grupy tęgich ludzi którzy bohatersko za wiarę i narodowość swą walczyli, nie interesują. Sew[eryna] pragnie go zainteresować dla Ojczyzny w ogóle i dlatego mówi mu o jej naturze i ludziach; będąc zresztą sama napełniona nimi wylewa z siebie treść swą i z umysłem, i bez umysłu. Nie ma mowy o sile pociągu i powabu, którą rzeczy takie na czytelników polsk[ich] wywierają. To magnes. Sama w sobie zresztą rzecz jest piękną; tortura smolna, jak ją Pan nazywa, zadaną została za tyrańskie nawracanie na prawosławie i to u nas rozumie każdy, choć po imieniu nie nazwane. Legenda o kamieniu jest przepiękna i dorównywa istotnie najpiękniejszym utworom tego rodzaju z cyklu powieści rycerskich tzw. Okrągłego Stołu. Rodow[ski] z arystokratycznego! stanowiska swego całą folklorystyką pogardzać może, ale Sew[eryna] ze swego stanowiska musi cenić ją i czerpać z niej pełnymi rękoma. Nie jako argument opowiada ją Rod[owskiemu], ale jako rzecz piękną, cenioną wysoko przez ludzi równego mu umysłu, tylko w innym kierunku działającego. Folklorystyka jest całą nauką, której we wszystk[ich] krajach Europy oddaje się mnóstwo umysłów przednich i poświęconych jej jest mnóstwo dzieł i czasopism; u nas jedno, b[ardzo] poważne i piękne, pt. Wisła. Cytując tedy jedno z najpiękniejszych podań gminnych Sew[eryna] nie ubliża inteligencji Rod[owskiego], tylko pragnie podzielić się z nim perłą z jej skarbca wyjętą i — tylko z dala wydawać się może, że to prosty kamyk; jest to perła, ale trzeba znać tę stronę morza, z której pochodzi, a przede wszystkim nią nie gardzić. Ja ze swej strony wolałabym, aby Rodowski nią nie gardził i był zdolny do uczucia piękności w każdej dziedzinie uczuć i pomysłów ludzkich. Czyniłoby go to sympatyczniejszym dla czytelnika i mniej zesztywniałym w poglądach jednostronnych. Jednak z tymi budnikami postąpię tak: usunąć ich nie mogę, gdy raz już ukazuję Puszczę, ale przeniosę ich do tego listu, w którym ukazuję jedną ich parę na tle upalnego dnia letniego. Jest to myśl b[ardzo] dobra i trafna, za którą Panu dziękuję. Ale — po obrazie nastąpić musi list Seweryny z pojęciem jej o miłości „jej i jego". To jest konieczne.

Sew[eryna] nie może tak szybko wyco[ywać się z pola walki o idee, zaraz powiem dlaczego.. Naprzód było z góry ułożoną rzeczą, że tło utworu, jego główna waga — to walka dwu sprzecznych organizacji moralnych i umysłowych, czyli walka o idee, a na tym tle dopiero struna erotyczna przeciągniętą być ma jako cienka nić szkarłatu, nigdzie nie uwypuklana, nie wykładana jasno, czytelnik[owi] do zrozumienia i do odczucia pozostawiona. I to jest konieczne, bo same te uczucia erotyczne bohat[erów] należą raczej do kategorii marzeń niż s[ormowanych i sformułowanych miłości. Przecież oni nie widzieli się nigdy. Jest to więc cóś duchowego, eterycznego, bardzo ponętnego, lecz nie mogącego tak jak namiętność realna rwać tam i gasić gwiazd. Już to samo, że Sew[eryna] zwleka odkrycie Henr[yki] Ro-dowsk[iemu], nierówność jej tonu, tempo przyśpieszane lub spowolniane listów, płomienność niekt[órych] wyrażeń świadczy o żywości jej marzenia i o tym, że ono jest jej drogie. Ale gdyby tak rychło zmieniła to, co było jej duszą, byłaby antypatyczną, lekkomyślną, jednym z tych zer erotycznych, poza Erosem nie znającym boga żadnego. Owszem, ona do ostatka rozpaczliwie walczyć będzie i wyda krzyk rozpaczy nie tyle nad utratą wiary w ideały swoje, jak w samą siebie. Napiszę tedy obraz i list taki, jaki ona, według mnie, napisać psychologicznie musi, a Rod[owski] nie potrzebuje za to zrywać z nią, jak pasza z niewolnicą, która by czas przydłuższy zdaniu jego się opierała. Byłabym tylko zdania, że potem mogliby oni zamienić z sobą parę razy listy króciutkie, bolesne, może w pewnym stopniu ironiczne i uszczypliwe, które to tempo przyśpieszone zdradzałoby lepiej niż wszelkie słowa silniejsze i boleśniejsze bicia ich serc; po czym Rodowski śpiewałby dalej swoje wspaniałe pieśni, a ona po jakiejś jednej jeszcze może swojej wydałaby ten krzyk rozpaczy...

Zabiorę się do pisania bardzo rychło i usiłować będę ukończyć je jak najprędzej, ale nie zawsze i nie wszystko pisząc udaje mi się pisać po arkuszu na dzień i będę miała trochę przeszkód. Więc to tylko przyrzekam, że uczynię tout mon possible dla pośpiechu i mnie też pożądanego.

Teraz, Drogi Panie powiedzieć muszę, że nigdy a nigdy krytyką tego, co napisałam, obrazić mię Pan nie może. Że się z jakimś poglądem estetycznym czy innym czasem nie zgodzę, to rzecz możliwa i prosta, lecz nic w świecie łatwiejszym nie jest, jak przekonać mię, że źle piszę, że czegoś napisać, jak trzeba było, nie potra[iłam itp. Wiary w siebie mam bardzo mało. Wiem, że posiadam niejaką zdolność pisarską i że niekiedy dościgam pewnych wysokości artyzmu, lecz sama nieraz myślę, że miara zdolności tej nieduża i punkty wysokości tej niezbyt wyniosłe. Więc ilekroć to od kogoś, zwłaszcza przyjaznego i znającego się na rzeczy, usłyszę, wierzę z łatwością. Nie przyprawia mię to o rozpacz — spóźnioną! — bo skądinąd wiem, że tym, czym jestem, i z tą miarą zdolności, którą posiadam, służyłam i niejednym dobrze się przysłużyłam temu, co kocham, co cierpi, co święte, bo sprawiedliwe. Wolałabym więcej, ale gdy nie zdołałam udźwignąć góry, dobrze, że uniosłam ziarnko, gdy nie pozostawiam po sobie Partenonu, dobrze, że zbudowałam namiot, pod którym strudzenie jakieś może chwilę spocząć, ślepota promyk światła, a głuchota jeden trel słowiczy dostrzec i dosłyszeć mogą. Takie są pod tym względem uczucia i przekonania moje najszczersze i proszę Drogiego Pana o przypomnienie sobie, żem propozycję Pana przyjmowała w Interlaken z wahaniem i wątpliwością, powstałymi tylko i jedynie z myśli: czy potrafię? Przez czas jakiś zdawało mi się już, że tak, że zawładnęłam motywem pieśni i ton do niej dobrałam dobrze. Teraz znowu przypuszczam bardzo, że nie, i nic w tym nie byłoby dziwnego, bo trudności dla każdego byłyby wielkie, z samej formy, z przedmiotu i ze sposobu, w jaki piszemy, pochodzące. Jednak nie rozpaczam znowu. Pomimo mojej niedostateczności rzecz może jeszcze być piękną i ważką; a gdy ją ukończymy, trzeba będzie jeszcze i można, po ogarnięciu okiem całości, wiele ją udoskonalić. Ze względu zaś na Drogiego Pana i zawodu, który mogłabym Panu uczynić, to mię pociesza i uspokaja, że gdy utwór potrzebował koniecznie głosu niewieściego, a pisany miał być po polsku, to oprócz Konopnickiej ja jedna, w przybliżeniu przynajmniej, głosem tym być mogłam. Ona wykonałaby to najlepiej i mówiłam Panu o tym, ale poza nią mój jeden głos może jeszcze do pewnego stopnia nazywać się głosem, a zresztą są tylko głosiki, które przy głosie Rodowsk[iego] miałyby brzmienie mysich pisków. I nic dziwnego: wielkich talentów niewieścich nie ma teraz w Europie nigdzie. Ostatnie były: angielska George Eliot i francuska Ackermann. My mamy Konopnickę i o wiele stopni niżej Orzeszkową; zresztą, nieco bujniejsze lub drobniejsze makolągwy. Więc skoro Pan Konopnickiej nie chciał, jam już jedna mogła jako tako duet z Panem zaśpiewać. Od razu przypuszczałam i teraz wiem, że doskonale tego nie uczynię, lecz jakkolwiek uczynię, będę miała tę wielką radość, żem myśli i wielkiemu talentowi Pana do wcielenia się, jak mogła, dopomogła.

Dziś i jutro trzeba mi będzie myśleć, przypominać sobie, układać; pojutrze rozpoczną pisanie. Jak prędko mi ono pójdzie, mogęż zaręczyć? Sama pragnę, aby jak najprędzej. Nie pamiętam, czym winszowała Panu Nowego Roku i stulecia. Jeżeli nie, czynię to teraz z całego serca. Niech Panu wszytstko na ziemi sprzyja, i miłość, i świetność; i wysoka ludzka godność, i wielkość!

El. Orz.


po azjatycku 31 XII 1900 (!), Grodno

Niech Drogi Pan wyobrazi sobie, że na tym obrazku jest Lsna, tylko że za brzegami jego wznosi się i przecudnymi zaroślami z leszczyn, bzów, malin etc. rozlega się Puszcza. Niedaleko brzegu, w ogrodzie bajecznie wzorzystym i barwnym, przez zarośla te wytwarzanym, wśród arkad, naw, kolumn, altan, siedzi na polu szkarłatnych geraniów Seweryna, w nieco nawet leżącej postaci i z pochyloną głową wpatruje się w szarotkę, nieco ukrytą w dłoni. Z dala trochę w zieleni krzewów majaczy jasna, lekka suknia Henryki, rwącej gerania, spiree, chryzantemy, z których więzią ogromną przybiega do Sew[aryny] itd., itd. U brzegu Lsny kołysze się łódka, do której potem usiądą i popłyną w dal... w dal... pod wschodzące gwiazdy, w mroki wieczorne, w stronę wielkiego Nikaru ... o którym w liście następnym etc., etc. Mam tego pełną głowę, jak zwykle, gdy o czymś pięknym i drogim piszę, i — uszczęśliwiona tym, jak piszę — po skończeniu roboty krzyczę sama w sobie: biada! biada! Nic nie może być więcej męczącym i trującym jak ten ruch huśtawkowy. To pod samym niebem, to na ziemi! Ale życie na takiej huśtawce przeżyłam.

Dziś, w tej chwili, otrzymałam cudną kartę Pana z kilku miłymi słowy. Za kartę dziękuję, za słowa jeszcze bardziej. Ale — źle mi Pan życzy. Aż tak długo żyć nie chcę i nawet bardzo się lękam. Nie w Aranjuezie dnie swoje pędzę. Bardzo mi idzie tylko o skończenie razem z Panem Astrów. Zresztą moja zorza wieczorna tyle tylko blasku daje, abym mogła dostrzec, co powinnam, i jeszcze to, czego nie mam, ale tego, co mam, daremnie bym szukała; na to jest zbyt ciemno.

Zapominam donieść, że wczoraj przybył rękopis Rod[owskiego]. Nawet w cenzurze nie był, więc nie wiem, dlaczego się tak spóźnił. Cenzurę rozpoznaję po dwóch czarnych, ciężkich literach na kopercie, których tym razem nie było. List jest pięknie napisany, przeczytałam go bardzo uważnie, ale prawdopodobnie wejdzie jako część do innego listu, po tym, jak Sew[eryna] prześle obraz i list. Zresztą nie wiem; zobaczymy i naradzimy się później.

Piszę dziś z niejaką trudnością, co pewno znać w sposobie pisania, a sprawiła to silna migrena, którą miałam przez cały dzień wczorajszy. Już przeszła, ale pozostawiła trochę osłabienia w głowie i ręku. Przy tym nieznośne Święta! Osobiście nie przywiązuję do: nich wagi i nie mając zwłaszcza nikogo swego wcale bym ich nie obchodziła. Ale ludzie obchodzą, przychodzą, winszują, piszą, karty i listy przesyłają.

Trzeba tedy przyjmować, winszować, odpisywać. Pochłania to czas i męczy, a inaczej czynić nie podobna i z przyzwyczajenia do grzeczności, i z obowiązku. Pan zaśmieje się z ostatniego wyrazu; tracę nawet w oczach Pana wiele, że do tej busoli życia się przyznaję. Ale nie mogę być obłudną. 80 razy na 100 wypadków mówię sobie: nie chce mi się, ale trzeba! Niech Panu ta pogadanka dzisiejsza bez celu będzie dowodem, jak stosunek z Panem jest mi potrzebny i miły.

Najserdeczniejsze pozdrowienia

El. Orz.


19 I 1901, Grodno

Jedno tylko słowo pozdrowienia i oznajmienia, że piszę. Piszę obraz , powoli jeszcze, bo rzecz niezmiernie subtelna i każdy wyraz ważyć trzeba. Napisałam kilka arkuszy, z których dziś pozostało tylko dwa!

Wkrótce jednak pójdzie szybciej i gdy obraz przepisywać będą, ja zajmę się listem . Czasem włosy wyrywam sobie z głowy, że jestem tak niezdolną! Takie to nasze życie pisarskie! W dodatku jeszcze nie skończyła się włóczęga świąteczna i żadnego dnia nie jestem pewna, czy do mnie należeć będzie.

Skarżę się i „skargą szukam głosu Pana" wiedząc z góry, że nie znajdę.

Serdecznie oddana

El. Orz.


25 I 1901, Grodno

Drogi Panie

Au risque dokuczenia Panu listami swymi, na które nie otrzymuję cienia odpowiedzi, piszę znowu, tym razem w celu uwiadomienia Pana, że ro[z]dz[iał] XVII skończyłam już przed paru dniami, a XVIII skończę za dni parę . Pierwszy kończy się przepisywać, drugi prędko się przepisze, tak że rękopis przybędzie do Pana zapewne w dwa lub trzy dni po przybyciu tego listu. Miał Pan zupełną słuszność. Obraz potrzebny był koniecznie, wiele wyjaśnił i głosy następne łatwiejszymi uczynił. Sam przez się, nie wiem, jak się Panu podoba; mnie nie zadawalnia. Nie potra[iłam podmalować tła tak, jak go sama, gdy oczy zamknę, wyraźnie widzę. Me potra[iłam swojej wizji ująć w dokładnie malujące ją słowa. Rysunek postaci wydaje mi się też za grubym. Ale nie mogłam już inaczej i lepiej. Rozdz[iał] XVIII, łatwiejszy, udał się, jak mi się zdaje, lepiej. Gdy będę wysyłać rękopis, wyślę znowu list, w którym opowiem, co teraz, według pomysłu, który mi świeżo do głowy przyszedł, nastąpić powinno. Oddam to pod sąd Pana. Dziś nie mogę, bo jestem zmęczona pisaniem. Jestem trochę chora. Zaszkodziły mi wyjątkowe ostre mrozy, które trwały tylko dwa tygodnie. W tym czasie właśnie stało się we mnie cóś, z czym moi kochani doktorowie warszawscy (ci poczciwi ludzie, jak Pan ich nazywa) walczą w połowie tylko skutecznie. Biorę ciągle masę bromu, jodu, antinerwiny etc. i jest mi lepiej, ale wcale niezupełnie dobrze.. Ma to być newralgia w okolicach serca. Czasem w tych okolicach bóle silne, a ciągle brak swobodnego oddechu. Opisuję to tak obszernie — choć przedmiot nie zajmujący — dlatego, że oprócz trudności w wykonaniu te jakieś niedobre rzeczy pisanie moje opóźniały. Mogę pracować, ale mniej i powolniej jak wtedy, gdy nic nie tamowało oddechu.

Jutro, razem z tym listem, wyślę Chwile, które dziś dopiero od wydawców otrzymałam. Przyjemność sprawia mi myśl, że Pan kiedy niekiedy na moje biedne utworki okiem rzuci.

Nie zapytuję o nic, co osobiście tyczy się Pana, bo na pisanie do mnie nalegać nie chcę. Tylko czyny pochodzące z dobrej i nie przymuszonej woli cieszyć mogą aniołów w niebie i ludzi na ziemi.

Jedna z panien, które długo przebywały u mnie, znowu zaręczona już, za mąż wychodzi. Dawna znajoma i słuchaczka Pana, Jadzia Kunicka, née Eys[y]mont[t], zamieszkała razem z mężem w Krakowie, od miesiąca.

Szczerze i serdecznie oddana Panu

El. Orz.

W tej chwili przyleciał ptak z wiz[erunkiem] Wagnera. Cieszę się wizerunkiem, a nade wszystko pamięcią o mnie Pana.

Dziękuję!


27 I 1901

„Rzuciłem się w rzekę nieszczęścia i fala jej zaniosła mię daleko, i już nie wrócę nigdy". (Anhelli)


30 I 1901, Grodno

Drogi Panie

Dziś wysłałam rękopis ; pojutrze będzie on już w ręku Pana. Wprost nie rozumiem w tej chwili, jakim sposobem mogłam popełnić błąd tak wielki, jak ten, którego poprawianie tyle czasu zabrało! Linia utworu istotnie popadła była w drucianą stężałość i Panu zawdzięcza to, że odtajała. Za zwłokę najmocniej przepraszam i poprawę — o ile zdrowie mi nie przeszkodzi — przyrzekam.

W planie, który mi Pan w początku zimy przesłał, uczyniłam lekkie i nieliczne zmiany, które znajdują się na załączonym tu spisie rozdziałów następujących. Może się Pan na nie zgodzi, a jeżeli nie, to z punktów spornych ustąpię, oprócz jednego, a mianowicie: zapoznania przez Rod[owskiego] uczuć Seweryny, co by umniejszało w jego oczach i osobę jej, i jej ideały. Zresztą mam nadzieję, że na propozycje moje Pan mi cóś odpowie, więc podebatujemy.

Numerację rozdziałów zdaje się, że trzeba będzie odmienić dodając dwa listy w połowie pierwszej, przed eglogą [!] w Gie[s]sbach i obrazem nad Lsną. Jeden mój list o budnikach, a drugi Pana, może ten z Murren, śliczny, ale dla drugiej połowy już, jak mi się zdaje, zbyteczny. Trzeba by tylko wyjąć z niego ustęp o otrzymanej książce. Może by

Rod[owski] zrobił tę wycieczkę z Interlak[en], czemu by odpowiedziała wycieczka Sew[eryny] do budników.

Oba listy pomiędzy XI-m a XII-m. Jest to propozycja do przyjęcia lub odrzucenia. Moim zdaniem przybyłyby w ten sposób utworowi dwa różnobrzmiące akordy, oba nie bez różnych z sobą piękności.

Krótko dziś piszę, bo inaczej nie mogę, ale powtórzę słowa Sewe-r[yny] do Rod[owskiego], że mam w sobie dla Pana mnóstwo najlepszych słów. Często i serdecznie wspominam dnie z Panem spędzone.

Do Wilna wybieram się ciągle, nie dobrze przecież wiedząc, jak się to pogodzi z tymi zachwianymi funkcjami serca, bo nieuniknionymi tam być muszą dość silne wzruszenia. Trzeba mi będzie tam o czymś powiedzieć publicznie i zarazem potajemnie. Wycieczka ta przecież na dni 10 tylko zatrzyma mię za domem i zdarzyć się może w czasie, gdy Astra będą w ręku Pana. Potem, w środku lata, najpewniej każą mi znowu jechać za granicę; cóś już nawet przebąkują o Nauheimie. Więc może „spotkamy się raz; jeszcze w ciasnych wymiarach niniejszego bytu"...

El. Orz.

Teraz u nas biało od śniegu, biało... Po zapisaniu stroniczek poprzedzających pojechałam saniami na przejażdżkę. Pyszna sanna! Wyjechałyśmy za miasto daleko, daleko. Pola leżą pod śniegiem nieskazitelnie białe, ciche, rozległe aż pod nachylenia nieba. Drzewa stoją w szronie siwostalowym. Z jednej strony na bladym błękicie stoi mętna chmura śniegowa, zza której wierzchołka wysuwa się oko słońca tak bladozłote i bez promieni, że najmniejszej iskry nie rozpala na śniegach ani na szronach. Sanki jak ptak lekko i cicho mknęły po puchach śniegowych. Śliczna godzina! Dlaczego, po powrocie, ledwie zdjąwszy rękawiczki, Panu ją opisuję? List był jeszcze nie zamknięty. Chęć mię wzięła podzielenia się z Panem wrażeniem tego cudnego, białego, cichego dnia naszej zimy i tej mojej przejażdżki w niepokalane, senne, kochane pola nasze!

El. Orz.


30 I 1901, Grodno

Przepraszam za zbyt częste pisanie, ale w tej chwili uderzyło mi do głowy przypomnienie, że nad r[ozdziałem] XVII nie umieściłam napisu: Nad Lsną. Niech Pan łaskawie tę omyłkę moją naprawi!

Szczerze oddana

El.


6 II 1901, Grodno

Drogi Panie

Pomimo całego demokratyzmu przekonań moich. verbum nobile nie przestała być dla mnie rzeczą absolutnie obowiązującą.

Więc po kolcach ironii i gniewu, okrywających list Drogiego Pana, przeciągam, ręką i wnet potem wyciągam ją ku Panu z uściśnieniem szczerze i głęboko przyjaznym. Muszę jednak powiedzieć, że aż na tyle nie zasłużyłam. Zmiany, które proponowałam, były stosunkowo do całości utworu drobne i od razu zastrzegłam, że formułuję je w kształcie propozycji i że jest to à prendre ou à laisser. Usprawiedliwia mię też nieco dbałość o psychikę Seweryny, która jako kobieta czysta i pod każdym względem wysoko stojąca może doświadczać erotycznych wzruszeń tylko w odpowiedź na okazaną jej sympatię i w miarę tej sympatii. Przy tym mam duże przyzwyczajenie do pewnych konstrukcji artystycznych i jak mi się wyda, że cóś ten rodzaj konstrukcji wykrzywia,, czy zbytecznie przedłuża, próbuję linię wyprostować lub skrócić, ale tylko probuję, proponuję. Gdzież tu jest wina i jakież to są tak rewolucyjne, że aż przewrotowe dążności? O Sulamicie i Sabie proponowałam dlatego, że w którymś liście, jeszcze przeszłorocznym, Drogi Pan pisał, że zamierza posłużyć się tą historią. Ale jeżeli nie, to nie. Przy niczym nie obstaję, oprócz chyba przy tym, aby Rod[owski] zawsze i aż do końca wiedział, że Sewer [yna] marzyła o nim, była bliską wielkiego kochania i że uczyniła z siebie ofiarę.

Zresztą na wszystkich innych punktach niech Pan pisze zupełnie według osnutego planu i własnej artystycznej chęci, a ja w miar[ę] sił i zdolności swoich Sewerynę do tego dostosowywać będę. Teraz ona musi przesłać mu zapytanie wiadome Henryki tyczące się, bo jest to straszny ciężar na jej sumieniu, z którym przed czytelnikiem zdradzić się musi. A Rodowski niech jej, co chce, odpowie i dalej według psychiki własnej przemawia. Ten głos Seweryny zawrze się na jednej niespełna stronicy, więc naturalnie natychmiast go prześlę, tylko że rachuba czasu Drogiego Pana zawiera w sobie żywioł fantastyczności. Dziś jest środa, a ja rękopisu jeszcze nie mam. Czyż więc podobna, aby Pan w niedzielę najbliższą już pisał odpowiedź? Zależymy nieco od cenzury pogranicznej i od poczty. Dla mnie te zwłoki nie są mniej ciężkie niż dla Pana, bo gorąco przywiązałam się do utworu i z całego serca pragnę też Panu przykrości żadnej nie sprawiać. Jeżeli parę razy opóźniłam się, to z konieczności i musu, których życie moje zawiera b[ardzo] wiele i o których, gdy zobaczymy się — bo zdaje się, że to w lecie nastąpi — muszę już raz Panu opowiedzieć szeroko i długo. Nie czyniłam tego dotąd, bo — może Pan to zauważył — nie mam przyzwyczajenia rozwodzić się nad tym, jak mi jest, co jest, co robię etc, etc. Ale teraz już rozwodzić się będę, bo nie chcę, aby Pan przypisywał kaprysowi lub złej woli to, co bywa niezbędnym wynikiem mego planu, toru i pojmowania życia. Jest ono aż po brzegi wypełnione rzeczami „najniepotrzebniejszymi", jak mówi p. Władysław w Dymach i jeszcze któś, dla koga pomimo zupełnie modernistycznych „zgrzytów" mam niezłomną i serdeczną sympatię i przyjaźń.

Jaki to lekarz przepisał Panu tak ściśle tylko tydzień kuracji w Nauheim? Czy nie ten sam, który w lecie zeszłym tak długo zatrzymał Pana w Marienbadzie, że tydzień tylko pozostał na Kissingen? Bo co do mnie,, byłam zawsze za dłuższym pobytem Pana w tym ostatnim miejscu i teraz znowu doradzać będę pobyt dłuższy bądź w Nauheimie, bądź w Kissingen.- Mam nawet poniekąd żal do tego przedstawiciela medycyny, który, uwolnił Pana z Marienb[adu] na tydzień tylko przedtem, gdy ja musiałam opuszczać Kissing[en] z przyczyn, których wyjaśniać nie chciałam, bo mnie tylko się tyczyły.

Za kartkę, która przybyła po liście, bardzo dziękuję. Miłym mi był ten ptak spadający z zimnych szronów czy ten kwiat dobywający się z ciernistego krzaku. O tym, aby Pan listami na listy mi odpisywał, mowy nie ma. Ani spodziewam się tego, ani o to proszę, choć mały ptaszek od Pana przybywający sprawia mi zawsze wielką przyjemność. Gdy tylko rękopis otrzymam, natychmiast wypuszczę z Grodna gołębia z wieścią o tym. Mam też gromadkę ptasząt, na których skrzydłach napisałam po parę słów swoje własne dwie stro[y poezji prozą, ale doprawdy nie wiem, czy mam Pana niepokoić i ptakami, i poezją, której treści Pan z pewnością nie podzieli, bo należy do rzeczy „najniepotrzebniejszych".

El. Orz.

Te papiery z ręcznymi rysunkami i malowidłami otrzymałam w podarunku od jednego z malarzy warsz[awskich], który znając moją pasją do pięknych papierów zniżył się do tej drobnej roboty. Piszę też na nich tylko do osób bardzo wyjątkowych, prawdę powiedziawszy prawie do nikogo na nich nie piszę oprócz Pana.


7 II 1901, Grodno

Znowu piszę! Niech mi Pan nie złorzeczy, bo czynić to muszę. Dziś, zaraz po wstaniu, miałam szczęśliwe natchnienie przeczytać raz jeszcze list i kartę Pana, ostatnio przybyłe, a po przeczytaniu przekonałam się, że już teraz, zaraz, trzeba mi pisać r[ozdział] XX i że ten z Mürren, jak miał być, tak pozostał XIX-m . Niech Pan tego późnego rozumienia za tępość umysłową, nie poczytuje. Nie mogło mi zrazu pomieścić się w głowie, aby na głos Sew[eryny] (XVIII) , tak gorący i przepaściste smutny, Rod[owski] mógł odpowiedzieć tylko opisami przyrody i mówieniem wciąż o samym sobie. Byłam pewną, że, jakby wyraził się medyk, będzie on na jej uczucia i słowa reagował. Skoro jednak musi tak być, to niech będzie. Zasiadłam natychmiast do pisania i już posyłam r[ozdział] XX, tak napisany, jak Sew[eryna] wobec chłodu Rod[owskiego] odpisać musi ze względu na całokształt psychiki swojej. Niech Pan odpowiada, jak i czym się Panu podoba. Ja będę z całej siły stosować się i Sewerynę naginać, aż do tych granic, gdzie zaczyna się nieprawdopodobieństwo. Końcowy wiersz rozdz[iału] XIX jest nieprawdopodobny: „... ludzie pierwotni śnią mi się tu znowu". Czy prawdopodobnym jest, aby ktokolwiek mógł nazwać Sew[erynę] pierwotną, i czy prawdopodobnym jest, aby ona, słysząc się tak nazwaną, prowadziła dalej rozmowę z kimś, kto jej taką grzeczność powiedział? Będę więc prosiła o usunięcie tego wiersza lub zastąpienie go czymś mniej ostrym i oddalonym od prawdy — szczególniej po wszystkim, co było w r[ozdziale] XVIII-m. Wszakże ofiara tych kilku słów nie będzie zbyt wielką? Na to jeszcze pozwolę sobie zwrócić uwagę Drogiego Pana, że sympatia Sew[eryny] dla Rod[owskiego] wzrastać może tylko w miarę wzrastania symp[atii] jego dla niej, a następnie, że miara jej symp[atii] dla niego stanowić będzie miarę jej o[iary, której znowu piękność ma przyczynić się do przychylenia się Ród[owskiego] ku jej ideałom. O zachowanie tego jednego względu w imię jednolitości i szlachetności postaci Sew[eryny] proszę, zresztą nic z planu nie ujmuję ani do niego nie dodaję i na wszystkie głosy Rod[ow-skiego] mam nadzieję wynajdować odpowiednie głosy Sew[eryny].

Dłużej nie piszę dziś, bo chcę zaraz XX oddać na pocztę. Dziś czwartek, otrzyma to Pan w sobotę i według wyrażonego w liście życzenia w niedzielę głos następny będzie mógł być pisanym; ja zaś w ciągu tygodnia przyszłego z niecierpliwością oczekiwać go będę.

Zdrowie moje nie będąc idealnym, złym też nie jest; sanna od kilku dni ściekła do czeluści ziemi wraz z deszczem, który spływa z monotonnie szarego nieba. Rzadkie w życiu bywają dni z przejażdżkami przyjemnymi, niebem czystym i słońcem, choćby bladozłotym. Są to święta krótkotrwałe. Na codzień miewamy chłód, słotę i beznadziejność mętów niebieskich i ziemskich.

Serdecznie Drogiego Pana pozdrawiam i listu Rod[owskiego] bardzo czekam. El. Orz.


14 II 1901, [Grodno]

„Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu

Gniazdo na skałach orła, niechaj umie

Spać, gdy źrenice czerwone od gromu!"

(Słowacki)

„Gwiazdy" jeszcze na mnie nie zleciały. Za ptaka bardzo miłego — dziękuję.


16 II 1901, Grodno

Drogi, Kochany Panie

Wczoraj (w piątek) wieczorem przyniesiono mi XIX i XXI . Dziś z. rana przeczytałam oba, w pierwszy wczytałam się do dna i napisałam XX-ty oprócz zakończenia zupełnie inaczej. Jutro znowu od początku dnia zabiorę się do roboty, wczytam się w XXII i zacznę XXIII-ci . Nie napiszę go pewno prędzej jak do środy, potem parę dni przepisywania i dwa dni podróży. Widzi Pan, że niepodobieństwem jest, aby przybył do Pana przed niedzielą. Opisuję tak szczegółowo, aby Pan nie przypuszczał, że lenię się, nie dbam, nie lubię. Przeciwnie, rwę się, dbam, kocham, ale warunki czasu i sił, i okoliczności prędzej iść nie pozwalają. Umiem pisać prędko, nawet bardzo prędko, gdy już jestem w ogniu, rozpędzona, ale początek (jak zwykle u niedołęgów) idzie zawsze opornie. Na dwie pierwsze stronice zużywam często więcej czasu, jak na następujące po nich mnóstwo arkuszy. Niech mię Pan za niedostatki moje nie znienawidzą. Pomimo nich jest we mnie kilka kropel z morza dobra i kilkanaście ze źródła serdecznej dla Pana przyjaźni.

XX nowy posyłam tymczasem i XX stary także, choć już na nic niepotrzebny, ale ponieważ Pan chciał zwrotu, więc proszę. Zdaje mi się, że będzie Pan musiał wkrótce znacznie powiększyć swe mieszkanie, aby pomieścić w nim wszystkie szpargały ode mnie pochodzące. Skutki to nieodzowne wdania się w stosunki z niewiastą papierową. Ale nie myślę o poprawie i w tych dniach przyślę Panu parę szpargałków drukowanych, tak sobie, jako lekarstwo na bezsenność, jeżeli Pan jej kiedy doświadcza.

XIX i XXI piękne, szczególniej pierwszy. W XXII-m będzie Nikar, różne rzeczy inne i prośba o przysłanie książki. Wszak to już będzie ostatni obszerny list Sew[eryńy]? Potem nastąpi meta[iz[yka] Rod[owskiegó] i jej krzyk rozpaczy. Tak czy nie?

Bardzo chciałabym, aby Pan pozwolił zmienić w XXI Wyrazy: „mdła zabawka dla mnie" na „zabawka niegodna mnie i ciebie". Byłoby grzeczniej i miałoby na raz dwa sensy. Ale — jak Pan zechce!

U nas znowu mrozy, ale lekkie, i śniegu w bród. Przebiały i przeczysty, zaściela mi naokoło domu ogród i dziedziniec, a ja czasem w chwilach odpoczynku patrzę na niego z miłością i myślę: Jak to dobrze, że ludzie cię nie dotykają! Gdyby dotknęli, biada byłaby twej białości! Widuję teraz mnóstwo, ale to mnóstwo ludzi. Mam godziny zarezerwowane: 10—2 z rana i 5—9 w środku dnia, w których, gdyby prezydent Stanów Zjednoczonych z wizytą przyjechał, nie wpuszczono by go do domu. Ale przez resztę czasu, aż do 12 w nocy, jadą i idą, tak jak dotąd jeszcze nigdy. Nie z Grodna tylko, ale zewsząd, ze wsi, z Warszawy umyślnie, w przejeździe, bo Grodno przy kolei jak grzyb przy drodze, pociągi w różne strony odchodzą co moment. Pracy to nie przeszkadza, bo mam dla niej ośm godzin, a pisać jednego dnia dłużej nad 4 godz[iny] nie mogę. Przez resztę czasu czytam, myślę, uczę dziewczęta literat[ury] polskiej. Jednak są dnie, w których rozmowy bardzo nużą... Bywają jednak wieczory cichutkie, W które siedzę sobie spokojnie, w kąciku, a któraś z dziewcząt na fortepianie gra. Niektóre grają ładnie i fortepian jest wyborny. Lampa w dużym salonie daje światło słabe, cisza w domu i za domem, Szopen czy Men-dels[s]o[h]n śpiewa. Wszystko we mnie odpoczywa wtedy: ciało i dusza...

Sam Pan winien, że piszę tak wiele; dał mi Pan dobre słowo. Ja dobrych słów słyszę mnóstwo ale dyktowanych próżnością albo dbałością o dobro publiczne. Jestem symbolem czegoś, nie osobnikiem ludzkim. Ale to także szczęście swego rodzaju, smętnego rodzaju. Koniec! XXII przyślę, o ile podobna będzie, najprędzej.

El. Orz.


21 II 1901, Grodno

Drogi Panie

W piątek otrzymałam XIX i XXI, dziś, w czwartek, wysyłam XXII ; będzie go Pan. miał w ręku w sobotę. Napisałam krótko, bo list dłuższy wypada z planu po meta[izyce. O dzieło Rod[owskiego], jak Pan chciał, Sewer[yna] poprosiła. Może źle piszę, ale cóż pocznę? Lepiej nie umiem! Tu jest dalszy ciąg walki Sewer[yny] o jej najdroższe gwiazdy. Szczyt zwątpienia będzie później.

Jeżeli cokolwiek w tym XXII nie podoba się Panu i zechce Pan, abym przerobiła, proszę napisać; o ile potra[ię, ulepszę.

Dziś nie piszę dłużej, bo mam przed sobą górę listów do odpisywania. Wkrótce przyślę parę kartek zapisanych i kilka drukowanych. XXIII-go czekać będę z niecierpliwością. Koniec pracy naszej nie jest jeszcze zupełnie bliskim, ale już go widać. Mam uczucie, że gdy się skończy, żal mi jej będzie. Ale nic nie trwa. Ta barwna linia przeciągnie się jednak, dopóki rzecz z druku nie wyjdzie.

Serdecznie Panu oddana

El. Orzeszkowa


2 III 1901, Grodno

Drogi Panie

Wczoraj (w piątek) list Rod[owskiego] otrzymałam. Odpowiem, jak będę mogła najśpieszniej. Nic w tej chwili oprócz Astr nie piszę i w domu już się uciszyło; awalansza gości przeminęła. Tylko czuję się ciągle nieco chora na oddychanie, co pracę pisarską trochę utrudnia. Tę jednak skończę jeszcze i będzie ona może moim śpiewem łabędzim. O Panu myślę często i muzykalnie, bo najwięcej wtedy, gdy słucham muzyki. Proszę o wzajemną pamięć życzliwą.

El. Orz.

Dokąd posyłać list Sew[eryny]? do Krak[owa] jeszcze, czy już do Wiednia? A quand Vienne?


2 III 1901

Ptak leci!

Bywają uczucia czarnym perłom podobne. Drogocenne i posępne, jak czarne perły przelewają w sobie blaski tęczowe z cieniami żałoby.

El. Orz.


6 III 1901 (środa) Drogi Panie

Piszę b[ardzo] pilnie i z zapałem, ale dość obszernie, bo tak mi koniecznie wypadło. Przy tym nie jestem zdrową i pojutrze będę tu miała znowu jednego z moich warszaws[kich] lekarzy , co spowoduje stratę jednego dnia.

Nie będę więc mogła przesłać rękop[isu] rychlej jak po najbliższej niedzieli, za co przepraszam, choć winną nie jestem. Z przepisywaniem doświadczam niejakiej trudności i zwłoki. Niech Pan wierzy w moje najżywsze chęci dla dzieła i najlepsze uczucia dla Pana.

El.


13 III 1901, Grodno

Drogi Panie

Z grobowego milczenia, które roztoczyło się pomiędzy nadniemeńską mieściną i nadwiślańskim grodem, wnoszę, że Drogi Pan znowu się na mnie gniewa, ale pojąć i zgadnąć nie mogę, o co i za co? Jeżeli o to, że posyłam odpowiedź Sew[eryny] aż w dwa tygodnie po otrzymaniu listu Rod[owskiego], to jest niesprawiedliwość, bo pomimo najżywszych chęci stan zdrowia i okoliczności rozmaite nie pozwoliły mi na szybsze pisanie. A jeżeli, co bardzo przypuszczam, za to, że źle piszę, to znowu niesprawiedliwe i nie przyjacielskie, bo lepiej nie potra[iłam, a gdyby mi było — zamiast milczenia — po przyjacielsku powiedziane, jak i co, to może bym błędy swoje sprostować potrafiła. Chciałam już niejednokrotnie prosić

Pana o niewydawanie na mnie wyroku potępiającego za to., co w pisaniu moim może być teraz niedostatecznym i niezadowalniającym, bo to nie jest i być nie może pisaniem ostatecznym. Wszystko, co kiedykolwiek piszę, po ukończeniu przepisuję raz jeszcze, a przy tym poprawiam, uzupełniam, nieraz przerabiam, przestawiam, dopasowuję itd. I nie ja jedna mam taki proceder pisania. Aby zesłać się na zbyt dla mnie wysokie przykłady, wspomnę o Tołstoju, który prace swoje przepisuje niekiedy po razy — dosłownie — dwadzieścia i o Sienkiewiczu, który gdy wstaje od pisania, ma pod biurkiem ziemię zasłaną podartymi kopiami, przeróbkami itd. Taka rzecz ogromnie ważna i w trudnych warunkach pisana, jak Ad astra, więcej niż jakakolwiek inna potrzebuje być po zrobieniu obrobioną. Idzie o to, aby ją skończyć przed latem, a w lecie zjedziemy się gdziekolwiek, raz jeszcze przeczytamy, przedebatujemy, ostatecznie wszystko uporządkujemy, po czym wróciwszy do domu odeślę to do druku. Teraz, gdyby wszystko i było już zupełnie gotowe, nikt by nam tego wydać nie chciał. Na wiosnę żaden dziennik nie rozpoczyna druku utworów, do których nieco więcej wagi przywiązuje. Ja zresztą marzę o tym, aby Ad astra nie wałęsało się po dziennikach, lecz wyszło od razu w książce, w pięknym wydaniu, z kilku przynajmniej ilustracjami najlepszego ze współczesnych rysowników naszych. I zdaje się, że celu tego dopnę, ale nie prędzej jak w jesieni, bo książka na wiosnę wydana, jest książką zginioną.

Są to arkana wydawniczo-literackie, które znam dobrze. A piszę o tym teraz Drogiemu Panu dlatego, aby przekonać, że będę miała trochę czasu do opracowania i poprawienia swojej partii. W listach Rod[owskiego] trzeba będzie też trochę cóś zmienić czy zmody[ikować. Są bardzo piękne, ale niektórych ustępów nie pozwoli drukować cenzura — ta cenzura, która tu zabrania np. tłumaczyć dzieła Renana. Idzie tu jednak nie o rzecz samą, ale gdzieniegdzie o słowa, o ich złagodzenie lub obejście. Myśmy przywykli z tym się liczyć przy każdym niemal wierszu i przy tym liczeniu się zostawiamy znaczną część naszych talentów.

Cóż? Kiedy to żelazna konieczność, jedno z ogniw tego kajdana, w którym życie nam upływa.

Według obydwóch planów: ki[s]singeńsk[iego] i późniejszego] przypada na mnie już tylko 2 rozdz[iały] krótkie i dwa długie. Pan ma swoich 6—7. Oczekuję na następny. Dokończenie tego, który jednocześnie z listem tym posyłam, krótki opis Nikaru, wyślę w dniach najbliższych. W ostatnim tygodniu doświadczyłam trochę wrażeń, które mi zbyt silnie na nerwach zagrały. Nie szukałam ich i nie wzywałam, przyszły same, ze strugą życia. Przy tym to i owo na głowie i na sercu, a między innymi kamyczkami i ten brak wszelkiej komunikacji myślowej pomiędzy nami. Trapi mię myśl, że Pan czuje się zawiedzionym, i zły wpływ na robotę wywiera. Ton mego pisarskiego jestestwa przy każdym chłodnym powiewie obniża się do pianissima zupełnego o sobie zwątpienia, które pociąga za sobą milknięcie wszystkich wnętrznych pieśni.

Spowiadam się z tego Panu jak przyjacielowi, myśląc, że bądź co bądź, na nieprzyjaźń Pana nie zasłużyłam. Nie zapytuję Pana o nic, bo po cóż? i quand même trochę szpargałów posyłam, aby Pan wiedział, że rada bym dzielić się wszystkim z tym, który ze mną niczym podzielić się nie chce.

Już nawet nie wiem, czy rękop[is] i list ten Pana w Krak[owie] znajdą!

El.


25 III 1901, Grodno

Drogi Panie

Ogromnie przepraszam, żem dotąd nie podziękowała za list obszerny i miły, za który wdzięczną jestem. W żaden sposób nie mogę. teraz pisać do Pana tak, jakbym chciała. Uczynię to do Wiednia, gdzie zapewne Pan już w przyszłym tygodniu się znajdzie. Te kilka słów proszę przyjąć tymczasem jako dowód serdecznej i wiernej pamięci od szczerze oddanej

El. Orz.


29 III 1901, Grodno

Drogi Panie

Na sposób żaden nie mogłam dotąd odpowiedzieć na list długi i miły, za który wdzięczną jestem. Przed paru dniami napisałam kartkę, która już musiała Pana w Krak[owie] nie znaleźć.

Działy się ze mną rzeczy najrozmaitsze. Po napisaniu r[ozdziału] XXIV popadłam na parę tygodni W taką apatią i inercję ducha, że absolutnie pisać nic nie mogłam, nawet listów. Nie byłam chorą, owszem, kuracja moich kochanych lekarzy pomogła mi i prawie mię uzdrowiła. Było to, cóś nie fizycznego, psychicznego raczej, jakieś zmordowanie, wyczerpanie, zniechęcenie, zrozpaczenie, czy ja wiem, co jeszcze, dość, że nie mogłam nic. Zima długa i ostra silniejszą okazała się nade mnie; nerwy mi zniweczyła. Ale to już przeszło; znowu ożyłam myślą, ale gdy Ożyłam, miałam nową przeszkodę. Nagle i niespodziewanie, jak piorun z nieba, spadł na mnie jeden z najznakomitszych malarzy, a raczej rysowników naszych, jedyny i, jak się zdaje, szczęśliwy rywal Stachiewicza, z prośbą o pozwolenie malowania portretu mego. Uf! jak nie chciałam! Nie miałam czasu i nie chciałam, ale... ogromnie admiruję talent p. Kamieńskiego, który tylko co prześlicznie wyilustrował moją nowelę, umyślnie po to przyjechał z Warszawy, prosił tak ładnie, przywiózł mi obraz swój, prawdziwe arcydzieło; ołówka (raczej węgla) ; musiałam zgodzić się i — pozowanie, jako też przyjmowanie artysty zjadły mi cały tydzień. Pozując doświadczałam wrażenia, że dokonywam rzeczy idiotycznej, idiotycznie bezmyślnej i niepotrzebnej, najsmutniejsze refleksje filozoficznej natury napełniały mi głowę i dlatego może portret wyszedł smutny, chmurny, posępny, jak noc nad cmentarzem, o co zresztą ja nie dbam, ale co artystę wprawiło w rozpacz, co również nie rozweselało sytuacji. Na koniec i to się skończyło; zasiadłam do pisania tej rzeczy, która jest mi do Wilna potrzebna, a ciernista, koścista, wymagająca liczenia się z każdym słowem . Ale piszę i niebawem skończę. Pojadę zaś tam nieprędzej jeszcze jak za 3—4 tygodnie, gdy będzie cieplej, jeżeli w tym roku będzie kiedykolwiek cieplej, bo teraz śniegi górami jeszcze leżą i mrozy ścinają oddech w piersi. Fenomenalne o tej porze!

Wszakże Drogi Pan może pisać dalszy ciąg Astr bez tego małego końca mego rozdziału. Stronica to będzie, najwyżej półtora, ale chcę napisać ją możliwie dobrze, a dotąd nie mogę. Nic w niej nie będzie takiego, na co by odpowiadać trzeba. I w ogóle z mojej partii zostało już b[ardzo] niewiele: dwa króciutkie i dwa długie rozdziały. Niech mi Pan przyśle razem z rękopisem swoim mój ostatni, bo tak się złożyło, że za nic kopii zrobić nie mogłam, a brulion mam zepsuty i o wiele inny. Przepraszam za ten kłopot, ale inaczej skończyć bym nie mogła. Odeślę razem z krzykiem rozpaczy Seweryny. Jeżeli można, to prosiłabym nawet o przysłanie mi tych kilku kart jak najrychlej, bo gdy tylko skończę to, co teraz piszę, chciałabym skreślić dokończenie tego rozdziału. A tymczasem może mi Pan nadeśle rozdz[iał] XXV .

Nie odgadł Pan wcale przypuszczając, że XXIII z meta[izyką nie podobał się w Grodnie. Owszem, chociaż ostatecznych wyników tej [ilozo[ii nie podzielani, umiem ocenić głębokość myśli jej i piękność wykładu. W ogóle wbrew temu, co Pan mówi o swym stylu, znajduję go b[ardzo] pięknym; jest on chwilami nieco monotonnym i trudnym, ale mimo to b[ardzo] pięknym i kto wie, czy nie takim właśnie i jedynie, nawet z chwilowymi trudnościami swymi, powinien być, artystycznie biorąc, styl Rodowskiego. Rozrządza Pan szczególniej niezwykłym bogactwem przenośni świeżych, plastycznych i malowniczych, więc jeżeli to prawda, co utrzymuje Taine, że miarę talentu poetyckiego należy brać z bogactwa i siły przenośni, to Pan ma wielki talent. Nie idzie więc o to, że w Grodnie ta metafizyka się nie podobała, bo przeciwnie, na użytek Astr podobała się bardzo, ale o to, że zupełnie taką, jaką jest, przez cenzurę nie przejdzie. Są tam zresztą pewne wyrażenia, że tak powiem, outrés, które i artyzmowi nieco szkodzą. Ale to tylko gdzieniegdzie i w szczegółach. Całość, z małymi i rzadkimi modyfikacjami, dobrą jest i dla Grodna, i dla cenzury, a dla loiki Astr konieczna. Tylko dla hr. prof. Tarnowskiego to już najpewniej i ten rozdział, i całe Astry będą niedobre. Uśmiechałam się czytając o życzeniu Pana, aby o książce naszej pisał hr. Tarnowski. Niech nas X kreatoryczne od tego strzeże i obroni! Rzeczy polskie są Panu tak mało znane, że nie wie Pan o znaczeniu tego skądinąd zasłużonego człowieka w krytyce polskiej. To fanatyk i stronny, zacięty, aż do paszkwilu posuwający się konserwatysta. Dla niego nawet partia Seweryny będzie heretycką i obmierzłą, a cóż dopiero Rodowskiego! On mnie kiedyś za zbyt małą prawomyślność religijną i socjalną nazwał pomocnicą Murawjewa (choć Murawjew już wtedy nie żył) . Że Tarnowski będzie miażdżył i masakrował naszą książkę, to rzecz pewna jak amen w pacierzu i nie ma co o tym marzyć, bo to przyjdzie niezawodnie jak amen po pacierzu. Ale że nie będą to komplementy, rzecz niewątpliwa. Poza Tarnowskim na krytykę dość możemy liczyć, że milczeniem Astr nie pokryje. Wydamy je najpewniej już w książce, w starannym i pięknym wydaniu; tym sposobem ukaże się w świecie prędzej, bez tułania się po dziennikach, z których jedne nie chciałyby jej dla zbytniej śmiałości, inne zaś dla niej niestosowne. Wydawcę mam już upewnionego ; spadł mi, tak jak malarz — z nieba. Sam przyjechał i błagał. O tym, kim Pan jest, naturalnie nie wie, ale pała od ciekawości. Rękopisu nie czytał. Bierze wszystko, cokolwiek by było, bez warunków i zastrzeżeń. Nie będzie żadnego kłopotu i rzecz wyjdzie ładnie.

Już dziś nie mogę pisać dłużej. Dalszy ciąg za dni parę. Na wszelki wypadek życzenia najlepsze na Święta przesyłam Panu i wszystkim, co Panu bliscy.

Bardzo przyjazna i wiernie oddana

El. Orz.


5 IV 1901, Grodno

„Żyj i przemiń, jak reszta braci twoich, ale działaj wedle światła zlanego na ciebie!"

(Irydion)


13 IV 1901

„Łąki zalane powodzią wiosenną, Ż wody strzelają złociste łotocie, Słonko spać idzie, a ptaki w przelocie Gwarzą przeciągle nad wodą wpółsenną. Tam, gdzie łódź fale roztrąca promienna Siny ślad znacząc na blaskach i złocie, Nim swe koronki rozwiną paprocie, Kosa zadźwięczy swą pieśń całodzienną. Z lasu mgła płynie, leciuchna, różowa, Jakiś szmer powstał w dalekim tam borze, Rozlew zadźwięczał. Na wodnym przestworze Zorza spłonęła czerwona i płowa... Oto baśń wstaje w liliowym wieczorze I tajemnicze śle szepty i słowa..."

(H[enryk] S[kirmuntt])


21 IV 1901, Grodno Drogi Panie

Przed trzema dniami otrzymałam XXV-ty , o którym potrzebuję długo pisać do Pana, a teraz nie mogę. Jestem w przeddniu wyjazdu z domu , mam wiele do załatwienia, czuję się zdenerwowaną i nieco strwożoną oczekującymi mię trudami podróży. Nieobecność tu moja potrwa dni dziesięć. Po powrocie zaraz napiszę obszernie. Mam tym razem wątpienia i niepewności, które postaram się jak najjaśniej opowiedzieć. Tymczasem dziękuję serdecznie za pamięć okazaną mi kartkami z Wiednia i na tę najbliższą przyszłość Pana, która ma być trudów pełną, najlepsze życzenia przesyłam.

O życzliwe wspomnienie, quand même, proszę.

El. Orz.


6 V 1902 [! 1901]

Drogi Panie

Z wycieczki swojej wróciłam saine et sauve, co do cudów zaliczyć wypada, ale tak strasznie zmęczona, że cudem przyjaźni jest to, iż te kilka słów do Pana piszę. Trzeba mi całego tygodnia, aby do sił normalnych, powrócić i pozbyć się z głowy i serca wrzawy głosów i wrażeń. Wtedy napiszę b[ardzo] obszernie. Teraz tylko przypomnienie się pamięci i pozdrowienia serdeczne.-

El.


29 V 1901, Grodno

Drogi Panie

Ależ się Pan myli, myli, myli co do Astr! Za omyłkę gderać nie mam prawa, bo przyczyna jej moja. Przyczyna, nie wina. Byłam w tym roku bardzo mizerną współpracownicą, mało pracowałam około wspólnego dzieła naszego, to prawda; ale nikt nie może zrobić więcej — niż może, w tym usprawiedliwienie moje.

Nie mogłam. Świat i ludzie wymagają ode mnie bardzo wiele; wymaganiom tym mogłabym nie poddawać się, gdyby nie powtarzały mi ich te abstrakcyjne pojęcia i uczucia, którym oddałam życie. Ta zima zwłaszcza zeszła mi wyjątkowo pracowicie i ciężko, a w Wilnie poniosłam trudy, którym by niejeden silny mąż sprostać mógł tylko ż trudnością. Nie uskarżam się na to bynajmniej. „Tu l'as voulu George Dandin!" Nie trzeba było zaczynać; skoro zaś przed wielu laty zaczęłam — przeszłość obowiązuje. I nie widzę wcale, jaki by lepszy użytek można zrobić z życia — i nie żałuję niczego ani już najmniej tych sił fizycznych, których czasem wcale nie mam. Wcale już ich nie miałam po powrocie z Wilna. Ta choroba sercowa czy nerwowa, która od połowy zimy napadać mię była zaczęła, wzmogła się ogromnie w upałach i ściskach salonów przepełnionych ludźmi, w drżeniach wzruszeń bijących od mnóstwa oczu, serc i myśli, zawieszonych u ust moich, skromnych i nieśmiałych, a siłą wewnętrznego imperatywu zmuszanych do — niemal zuchwalstwa. Opisywać tego nie podobna — opowiem tego lata. Wszystko udało się wybornie; dyskrecja, rozwaga, rozum polityczny wilnian przechodzi wszystko, co w tym kierunku wyobrażać sobie mogłam, przewyższa o wiele Warszawę mającą temperament wybuchliwszy, głośniejszy, mniej powściągliwy. Zażądano ode mnie rzeczy niebezpiecznej, ale też i rozciągnięto nade mną oponę najbaczniejszej, najtroskliwszej, najdelikatniejszej troskliwości i opieki. Temu tylko zawdzięczam, że nie stało mi się nic — z jednego względu, ale z drugiego względu stało się to, że powróciłam do domu — bez oddechu. Nie mogłam chodzić, nie mogłam mówić, prawie nie mogłam żyć — co chwilę dusząc się i potrzebując gwałtownej pracy dla wciągnięcia w pierś nieco powietrza. Przy tym bóle. Zaraz, już przewidując następstwa bytności w Wilnie, przyjechał z Warsz[awy] prof. Baranowski, znalazł pogorszenie zimowej choroby znaczne, przepisał środki zaradcze, które też dość rychło zło umniejszyły, ale nade wszystko zalecił bezczynność najzupełniejszą i ciągłe przebywanie na świeżym powietrzu, nawet w niezupełnie dobre pogody. Że zaś mam dużą i piękną werendę przy domu — jak teraz kwitnącymi kasztanami ocienioną — więc zalecenie to spełniałam i dotąd spełniam; całe dnie przesiaduję pod drzewami z robotą — której nie robię, albo z książką, której nie czytam — nie piszę nic, ani nawet listów, dumam, wspominam, mam śmiałość — pomimo wszystko — przyszłość układać, leczę się i — o dziwo! — chcę żyć. Teraz, gdy może najmniej mogę — chcę żyć! Całe to tłumaczenie — może zbyt obszerne — mego niepisania Astr i niepisania do Pana. Ażeby skończyć już z kwestią zdrowia — do której przyczepia się parę innych kwestii — powiem, jeszcze, że kochany mój profesor waha się z wysłaniem mię w tym roku na kurację pomiędzy Kissingen a Marienbadem. Cóś tam za ostatnim tym miejscem bardzo przemawia, a cóś bardzo nie przemawia. Mają się o tym naradzić z drem Nusbaumem i mnie zawiadomić. Prawdopodobnie przyjadą tu obaj razem i rzecz postanowią. W jednym więc z dwu powyższych miejsc w tym roku będę; nie wiem jeszcze, w którym, ale w jednym z nich będę i — mam nadzieję, że w tym czy tamtym czas jakiś z Drogim Panem spędzę.

Czy mylę się — tak jak Pan się omylił co do mojej niechęci dalszego pisania Astr? Po prostu przez głowę mi nie przeszło przestać je pisać, tylko ten rok był dla mnie w stosunku do Astr tak nieszczęśliwy, jak zeszły dla Pana.

Kiedy zejdą się nad jednym warstatem dwie ludzkie dole i dusze, to każda z nich musi nieraz oblicze swe od warstatu odwrócić, nie w porę dla drugiej. Te „kwiatki grodzieńskie", które Pan przeciwstawi „pracowni krakowskiej" — to głazy często i ciernie — ach! ciężkie i kolące, czasem aż krwawe. „Idź i czyń; choćby serce wyschło w piersi twojej, choćbyś zwątpił o braci swojej, choćbyś miał o mnie samym rozpaczać, idź i czyń bez wytchnienia", a wtedy: „Zorzę rozwiodę nad wami itd." Kiedy przed miesiącem w wielkim salonie, bogato przybranym, rzęsiście oświetlonym i ludźmi natłoczonym, powtarzałam te słowa Krasińskiego, jakby szum wiatru powiał, wszyscy jednym poruszeniem wstali i wszystkie głowy, jak kłosy w powiewie wiatru, pochyliły się nisko, W ten sposób ta publiczność zastępuje oklaski, których wzbrania sobie, aby nie dosłyszano ich na ulicy lub w sąsiedztwie. Takie kwiatki zabierają oddech piersiom... Lecz jeżeli życie składa się z ułud, to one są ze wszystkich najpiękniejszą i najczystszą, i jeżeli jakiejkolwiek ułudzie warto życie złożyć w o[ierze — to tej najwięcej warto...

Piszę dziś do Pana z uczuciem, że piszę do przyjaciela; może dlatego piszę rzeczy dla Pana nieciekawe i zbyteczne, bo rzeczą wiadomą jest, że nikogo tak nie obarczamy i z nikim nie obchodzimy się tak nielitościwie jak z przyjaciółmi. Jak z przyjacielem mówić też będę z Panem o Astrach, gdy spotkamy się na szerokim świecie. W dwóch osta1 nich rozdz[iałach] Rodowsk[iego] są rzeczy bardzo piękne, ale są też i takie, które, wedle mnie, odmienić koniecznie trzeba dla dobra całości utworu. Me mogę żadnym sposobem dużo pisać teraz, więc i o tym napomykam tylko, tym bardziej że będziemy o tym wkrótce ustnie rozmawiać. Tylko proszę, aby Pan był pewny, że dokończenia Astr pragnę bardzo i że nie skończę ich w takim tylko razie, jeżeli żyć przestanę albo jeżeli współpracownik mój kończyć ich nie zechce. I nic w tym może dziwnego, że długo rzecz tę piszemy i że musimy kilka razy zjeżdżać się, aby o niej mówić. Oryginalna jest, trudna i w bardzo trudnych, osobliwych warunkach pisana. Więc — czekam wiadomości: kiedy Pan Kraków opuszcza i czy Pan zechce przyjechać tam, gdzie będziemy — ja i — comme de raison? — Marynia Obrębska? Ona Pana bardzo mile i często wspomina — a cóż o mnie mówić? . Jestem Panu stale, serdecznie i bardzo oddana.

El. Orzeszkowa


14 VI 1901, Grodno

Drogi Panie

Jeszcze nie wiem, dokąd pojadę, ale pojadę na pewno i w początkach lipca będę już za granicą. O miejscu uwiadomię, gdy tylko sama o nim się dowiem. Ze zdrowiem jest mi lepiej; silna kuracja jodowa pomaga. Wielką przyjemność sprawiła mi kartka z ustępem „Spowiedzi", jako dowód pamięci, o którą nadal proszę.

Winna i — niewinna

El. Orz.


25 VI 1901, Grodno Drogi Panie

Zawczoraj dopiero po długich wahaniach i naradach zdecydowanym zostało, że pojadę znowu, do Kissingen. Wyjazd za 2 tygodnie. Nie wiem, czy tam się zobaczymy, czy w jakim kątku bawarsk[im], w którym może zakończę pobyt za granicą. Potrzebuję wiedzieć, do jakiej daty adres krakowski i jaki potem,? Myśl, że wkrótce- już Pana zobaczę, jest mi bardzo miłym uśmiechem. Astry przywiozę.

Serdecznie oddana

El. Orz.


1 VII 1901, Grodno

Drogi Panie .

Na sposób żaden dziś jeszcze powiedzieć nie mogę, czy udam się z Kissingen do innego jakiego miejsca na krótki, pokuracyjny pobyt lub czy wycieczka moja na jednym Kissingen się ograniczy. Lekarze moi ani odradzają mi, ani doradzają Nachkuru zagranicznego wiedząc, że mam wyborny w domu z pięknym i dużym mieszkaniem, masą drzew i powietrza, z. mnóstwem wygód, w żadnym hotelu nie istniejących. Ale ja sama uczuwam trochę ochoty zobaczenia jakiego, nowego kątka tej ziemi i spędzenia w nim dni 8—10-ciu z Panem na rozmowach o Astrach. Ochota ta zwiększyła się po otrzymaniu kartki Pana, na której obok nazwy Kissingen znalazłam wykrzyknik: „niestety!" Zdziwił mię on nieco. Przecież to miejscowość jest niemiecka i — zdawało mi się — że zeszłego lata czas zszedł w niej Panu nie do tego kresu źle, na którym wznosi się okrzyk: niestety. Skoro jednak tak jest, do uprzedniej chęci mojej przybywa inna, żywsza chęć oszczędzenia Panu przykrości. Nie wiem jednak, czy będę mogła.. Zależy to trochę od interesów, więcej od zdrowia. Z powodu świeżo, bo tej zimy, nabytej choroby sercowej, wszelkie trudy fizyczne są mi do zniesienia niełatwe i mogą być zgubne. Należy do nich podróżowanie koleją. Jeżeli więc w Kissingen czuć się będę na serce dobrze, pojadę do tej miejscowości, którą Pan wskazuje, albo do jakiej innej. Jeżeli jednak będzie przeciwnie, zmuszoną będę wracać wprost do domu na Berlin, aby mię za granicą katastrofa nie spotkała. Zresztą, w przejeździe przez Warszawę, zobaczę się ze swymi lekarzami i — wydawcami, a po rozmowie z jednymi i z drugimi nieco już pewniejszą będę, jak postąpię. Panu o wszystkim, co w planach moich zajdzie, donosić będę wiernie do Krakowa, a potem — gdzie mi wskazanym zostanie.

Okres: „Muszę widzieć łaskawą panią w sprawie Astr" mógłby na kartce nie istnieć. Sama wiem o tym, że tylko Astry obdarzają mię przyjemnością widywania Pana, lecz prawda jest potrawą gorzką, której nigdy prawie chętnie na stole swoim nie widzimy. Ale to tylko en parenthése, nie dla kłócenia się. Owszem, pomimo to z całego serca powtórzę słowa ostatniej kartki mojej, że myśl o prędkim zobaczeniu się z Panem jest mi jednym z najmilszych uśmiechów krótkiej najpewniej przyszłości.

El. Orz.


12 VII 1901, Warszawa

Dziś wyjeżdżamy do Berlina, pojutrze będziemy w Kissingen. Stamtąd napiszę zaraz, ale — dokąd? Być może, że się spotkamy nad morzem. Tymczasem słowa pamięci i przyjaźni.

El. Orz.


19 VII, piątek, 1901, Kissingen, villa Liebeskind

Drogi Panie

Od sześciu dni jesteśmy z Mar[ynią] Obr[ębską] w Kis[s]in[gen], gdzie pozostaniemy do mniej więcej 10 sierpn[ia], po czym udamy się nad morze, na Rugię, 4 godz[iny] od Berlina. Przez naradę lekarską zdecydowanym zostało, że potrzebuję 3 tygodnie oddychać jodem zawartym w powietrzu nadmorskim, a ponieważ podróże dalekie i utrudzające są dla mnie niebezpieczne, wybraną została miejscowość znajdująca się na drodze powrotnej. Bardzo się to nieszczęśliwie składa, bo Pan pewnie na Rugię pojechać nie zechce, dla mnie zaś jakiekolwiek poważne myślenie teraz, u początku kuracji i w gwarze b[ardzo] licznej tu kolonii polskiej, jest absolutnie niemożliwe. Możemy tedy rozmawiać o Astrach albo tu pomiędzy 1—10 sierpn[ia], tj. gdy będę lepiej przystosowaną do kuracji a mniej otoczoną (rozjeżdżają się), albo wnet po 10-m na Rugii, gdzie podobno jest bardzo pięknie, dziko i samotnie. Martwi mię ogromnie, że przeciw tym kombinacjom, dla Pana niedogodnym, nic nie mogę i o zawiadomienie, jak będzie i czy będzie — proszę.

El. Orz.


21 X 1901, Grodno

Szanowny Panie

Jakkolwiek byłam zeszłej wiosny bardzo chorą, to jednak najlepszym lekarzom swoim nieposłuszna, byłabym może zamiast za granicę wyjechała na wieś — dokąd mię przyzwyczajenia całego życia i potrzeby pisarskie zawsze pociągają — gdyby nie uczuwana konieczność pomówienia z Panem o wspólnie pisanym utworze. Byłam też najpewniejszą, że Pan dla tej samej przyczyny zechce dni kilka w Kissingen przepędzić, a tylko kartką pisaną do Krakowa prosiłam, aby stać się to mogło w dwa tygodnie po moim tam przyjeździe, ponieważ warunki towarzyskie i inne tak się składały, że przez czas ten nie moglibyśmy swobodnie mówić z sobą o przedmiocie będącym głównym powodem podróży mojej za granicę, a jedynym przyjazdu Pana do Kissingen. W odpowiedź otrzymałam kilka krótkich słów, którymi zawiadamiał mię Pan o wyjeździe swym na południe Europy i o tym, że spotkanie nasze do skutku nie przyjdzie. Rzecz prosta, że czułam się potem w prawie oczekiwania jakiegoś wyjaśnienia zaszłego faktu; skoro jednak trzy miesiące prawie już upłynęły, a wyjaśnienie to nie przybywa, widzę się zmuszoną do wzięcia inicjatywy i zapytania: czy Szanowny Pan zamierza pisać w dalszym ciągu Ad astra albo też czy mam zwrócić Panu rękopisy, do których zatrzymywania u siebie nie posiadam żadnego prawa? Tylko uprzedzić powinnam, że w pierwszym wypadku wydaje mi się rzeczą zupełnie niezbędną wprowadzenie poważnych zmian w dwóch ostatnich listach Rodowskiego . O tych to zmianach najwięcej mówić z Panem chciałam, a teraz, w razie potrzeby, obszernie o nich napiszę, jakkolwiek motywowanie rzeczy takich drogą listów tyleż prawie wymaga pracy, co pisanie utworu. Jednak w wyborze pomiędzy porzuceniem a dalszym próbowaniem wykonania utworu tego zastosuję się do życzenia Pana i prosząc o wiadomość, jakie postanowienie w przedmiocie tym Pan poweźmie, wyrazy szacunku wysokiego i życzliwych pozdrowień przesyłam.

El. Orzeszkowa


30 X 1901, Grodno

Szanowny Panie

List otrzymałam, odpowiedź wyślę za dni parę. Mam nadzieję, że rzecz ułoży się pomyślnie. Proszę o przyjęcie wyrazów szacunku i najlepszych życzeń.

El. Orz.


32 X 2902, Grodno

Szanowny Panie

Parę dni zwlekałam z odpowiedzią, bo musiałam namyślać się, jak i co teraz poczynać z robotą naszą. Trudność leży w tym najbardziej, że po dwu ostatnich już przeze mnie posiadanych głosach Rodowskiego Sewer[yna] miała przesłać ów głos rozpaczy, po którym Rod[owski] miał z nią zerwać. Otóż przemówienia ostatnie Rod[owskiego] są tej natury, że same już są zerwaniem. Po nich Sew[eryna] ani z rozpaczą swą, ani z żadnymi innymi uczuciami zwierzać się mu nie może bez przestania być sobą samą, to jest kobietą, która do szacunku swego i cudzego względem siebie przywykła. Używając wyrażenia cudzoziemskiego, ale dobrze rzecz malującego, Rod[owski] ją zmaltretował, a kobieta jej miary zmaltretowana przez mężczynę milczy, nic, tylko milczy. Cóż tedy robić? Myślałam nad tym i tak wymyśliłam. Partia Se-w[eryny] według, planu ma zawierać już tylko cztery rozdziały: głos rozpaczy, obraz: w tych wielkich pokojach, list z prośbą o przybycie do Wiednia i końcowy ustęp, również obraz. (Opis Nikaru może być albo nie być, a w każdym razie stanowić będzie tylko zakończenie ostatn[iego], już napisanego gł[osu] Sewer[yny].) Może więc Szanowny Pan uzna za możliwe pisać swoją partię tymczasowo bez otrzymywania odpowiedzi moich, które ja po rozczytaniu się w całości partii Pana do myśli Pana i psychologii Rod[owskiego] później dostosuję. Jeżeli tę propozycję moją przyjąć Pan zechce, to oczekiwać będę rękopisów w miarę ich przygotowywania. Wypadnie może całą moją partię zmody[ikować; o rozszerzeniu i uzupełnieniu jej w wielu miejscach przedtem już myślałam. W każdym razie proszę o wiadomość, czy uzna Pan za możliwe przychylić się do wniosku mego. Ze swej strony, z robotą swoją, gdy Pana ukończoną będzie, załatwiłabym się rychło. Rękopisy Pana w tych dniach wyślą; te, które jeszcze przepisane nie są, do przepisania dać muszę; ale to wiele czasu . nie zabierze. Ukłony i pozdrowienia uprzejme przesyłam.

El. Orzeszkowa


4 XI 19.01, Grodno

Szanowny Panie

Dobrze! rękopisów przepisywać nie każę i wyślę je Panu za dni kilka. Tych dni użyję dla ponownego, bardzo uważnego odczytania ostatnich rozdziałów, umieszczając śród nich kartki, na których napiszę, co mi się będzie wydawało. Tak jak Pan, myślę, że lepiej będzie zmiany, które wspólnie uznamy za potrzebne, wprowadzić po dokończeniu dzieła; teraz zaś z niecierpliwością oczekiwać będę, rozdziałów dalszych, a tymczasem, wnet po skończeniu roboty z powyżej nadmienionymi kartkami, zajmę się poprawianiem i w wielu miejscach przerabianiem partii Seweryny. To zwłaszcza, co przeszłej zimy napisałam, wymaga koniecznie prze- i dokształcenia. Jest to zresztą u pisarzy rzecz zwykła: tak zwane pierwsze pióro wymaga prawie zawsze drugiego i nieraz trzeciego. Poprawki, przeróbki i rozszerzenia te czyniąc wprowadzę się na nowo w nastrój i potem — jeżeli niespodziewane w tej chwili przeszkody nie zajdą — rychło swojej partii dokończę. Muszę tylko wyznać, że mnie również posiadanie partii Pana przy pisaniu koniecznie jest potrzebne. Nie wiem więc, jak to będzie? Czy mi Pan ją zwróci? Zwłoka i bieda zajdzie z cenzurą, która w drodze powrotnej tak duży rękopis pewnie długo zatrzyma. Byłam pewna, że tak jak ja, pozostawia Pan u siebie odpis wysyłanych rozdziałów. Skoro jednak nie, to cóż robić, jakoś to będzie. Za trzy, najdalej pięć dni wyślę wszystko. Tymczasem proszę o przyjęcie, szczerze życzliwych pozdrowień i ukłonów.

El. Orzeszkowa


6 XI 1901, Grodno

Szanowny Panie

Prędzej, niż myślałam, skończyłam odczytywanie rękopisów Pana i kreślenie o nich uwag; są one spisane na luźnych kartkach włożonych pomiędzy stronice rękopisów. Jeżeli w nich słowo jakie albo sąd obudzą wrażenie przykre, to proszę wierzyć, że pobudką ich nie była nigdy ani wola nieżyczliwa, ani myśl dla myśli Pana szacunku pozbawiona. Było to tylko, że otwartość poczytywałam za konieczność, że ją również ze strony Pana względem, mnie za konieczność poczytuję. Zresztą,, próba uczyniona była roku zeszłego, gdym na uwagę przez Pana zrobioną źle napisany rozdział odłożyła na stronę, a napisała inny. Na koniec los uwag moich w ręku Pana; ja inaczej uczynić nie mogłam.

Pomiędzy głosami Rodowsk[iego], 23-m i 25-m , jest już napisany głos Seweryny i Pan go miał u siebie, a nawet zwrócił mi z podkreśleniami do zmian proponowanymi. A o zwrot prosiłam wówczas dlatego, że nie podobna mi było zostawić u siebie odpisu. Teraz go dokonam i głos ten prześlę. W nim to miał być u końca opis Nikaru.

Zdaje mi się, że lepiej byłoby nie zajmując się teraz już napisanymi rozdziałami — niezależnie od potrzeby poczynienia w nich poprawek i przeróbek — pisać ciąg dalszy. Ja niezwłocznie zajmę się ulepszaniem partii Seweryny od początku, a gdy otrzymam parę następujących teraz głosów Rod[owskiego], będę lepiej wiedziała, jak odpisać na ostatni do niej zwrócony głos i — odpiszę. Potrzebuję też wiedzieć, czy Pan zgodzi się (w zasadzie) na złagodzenie, a w innych miejscach na wyrzutnie i uzupełnienia, które proponuję, ponieważ to zarządzi tym ostatnim już wprost do Rodowsk[iego] zwróconym głosem Seweryny (ostatnim, nie licząc tego, w którym powoływać go będzie z lodowców do Wiednia i który będzie robotą na pół godziny lub mniej czasu).

Proszę też bardzo uprzejmie o jedno słowo na karcie o dojściu rękopisów, bo dopóki wiadomości tej i nie otrzymam, o los ich bardzo niespokojną będę. Wprawdzie poczty działają dobrze, ale po pocztach, tak jak po ludziach, chodzić mogą wypadki różne.

Z wysokim szacunkiem i szczerze życzliwa

El. Orzeszkowa


4 I 1902, Grodno

Szanowny Panie

Wstrzymywałam się nieco z odpowiedzią na list Pana chcąc zarazem o nadejściu rękopisów uwiadomić; lecz ponieważ dotąd nie nadeszły, nie nadejdą już zapewne aż po Świętach rosyjskich, w czasie których cenzorowie, przypuszczam, że oddają się błogim wczasom. Gdy tylko je otrzymam, obszernie napiszę o nich i o tym, co sama w tym kierunku czynić zamierzę lub zacznę — teraz pilno mi tylko najuprzejmiej podziękować Panu za dobre życzenia noworoczne i wzajemnie jak najlepsze przesłać. Wszelkiego dobra z całego serca dla Pana pragnę i życzę.

Z wysokim szacunkiem

El. Orzeszkowa


17 I 1902, Grodno

Szanowny Panie

Wczoraj otrzymałam rękopisy. Jak przewidywałam, leżały dotąd w cenzurze. Na kopercie stały nieuchronne, wielkie, czarne D. C Już przeczytałam i jestem zachwycona. W lodowcach od początku do końca — poemat. Zachęca mię to ogromnie do pisania dalszego mojej partii i przesyłam Panu upewnienie, że uczynię wszystko, co będę mogła, aby ją jak najrychlej napisać i przesłać. Niech Pan jednak pobłażliwym będzie, jeżeli nie stanie się to bardzo rychło;. Każdy z nas, śmiertelników, jest do pewnego stopnia niewolnikiem swojej organizacji fizycznej i swego położenia, a ja okowy swoje nierzadko dotkliwie uczuwam. Proszę, aby Pan wierzył w najlepsze chęci moje dla utworu i najżyczliwsze uczucia dla Pana.

El. Orzeszkowa


23 [! 13] II 1902, Grodno

Szanowny Panie

Wiedząc, że interesować to Pana musi, przesyłam trochę wiadomości o biegu pracy mojej nad Ad astra. Jak Pan wie, rękopis przeleżał nieco w cenzurze i otrzymałam go dopiero po rosyjskich Świętach, w początku tutejszego stycznia. Potem przez czas jakiś pisać nie mogłam; żadnych zewnętrznych ani fizycznych przeszkód stanowczych nie było; ale — nie mogłam; ani słów, ani myśli, ani porywu nie miałam. Musiałam czekać. Przyszło wszystko i piszę. Od dni dziesięciu piszę pilnie, nawet z zapałem, jednak powoli, bo rzecz jest bardzo delikatna i trudna. Podarłam kilka zapisanych arkuszy i znowu mam napisanych kilka, których już nie podrę. Znajduję się prawie w połowie XXVIII-go; a XXVI-ty już napisany; XXX-sty będzie krótki i łatwy. Zaraz po skończeniu dam do przepisania i Panu przyślę. Mniej więcej za trzy tygodnie. Oto całe sprawozdanie. A teraz prośba.

Chciałabym mieć choćby kartkę od Pana z wiadomością o zdrowiu, czy in[luenza nie pozostawiła następstw i kiedy Pan do Wiednia wyjeżdża, bo może już tam rękopis wysłać wypadnie. Jeżeli nic nie sprzeciwia się spełnieniu tej prośby — to proszę.

Szczerze przyjazna

El. Orzeszkowa


2 III 1902, Grodna

Szanowny Panie

Jutro wyślę rózdz[iały] 24, 26, 28 i 30 . Są już dawno skończone, ale mam kopistkę nieprawdopodobnie flegmatyczną i musiałam na koniec jej roboty czekać. A dziś znowu święto dworskie (!) i poczta bezczynna.

W swoim czasie, to jest, kiedy Pan będzie już miał czas do poświęcenia Astrom, niech mi Pan najcałkowitsze zdanie swe napisze o tych rozdziałach, które są dla całości kapitalne. Krytykę każdą z wdzięcznością przyjmę, rozważę i, o ile podobna, do niej się zastosuję. Zresztą, mam nadzieję w drugiej redakcji mnóstwo rzeczy W swojej partii przerobić, ulepszyć, do całości dostosować. Po otrzymaniu od Pana ostatnich rozdziałów i napisaniu swego, który rzecz zakończy, sama od początku do końca rzecz przepiszę i przepisując nadawać jej będę kształty ostateczne. Mech więc Pan niedostatków dziś istniejących za nieuchronne nie poczytuje i dopomoże mi w ich rozpoznaniu.

Teraz trochę o tym, co myślę o dwóch czy trzech (?) rozdziałach Rodowskiego nastąpić mających po tych, które posyłam. 1-o Henryka nie wie o prawdziwej przyczynie wysłania jej do Wiednia i zobaczenie Rod[owskiego] jest dla niej niespodzianką. Pomimo to i właśnie dlatego może w kilku słowach opowiedzieć Rod[owskiemu], jakim sposobem Seweryna ją do tego namówiła. Preteksty Sewer[yny] mogą być: rozrywka, usilne nalegania Idalii, która dowiedziała się, że Henryka jest w Krasowc[ach] itp. zwykle zdarzające się rzeczy i namowy. Wyjaśnienie to , b[ardzo] krótkie, wydaje mi się niezbędnym. A 2-o niezmiernie ważne, aby Rod[owski] domyślał się uczuć, a raczej marzeń, pociągów

Sew[ery-ny] i walki zakończonej zwycięstwem, którą stoczyła z sobą, aby wyrzec się i jego, i świata. To wprowadzenie w czyn jej zasad powinno przejąć go uwielbieniem dla niej i sympatią dla jej zasad, co psychologicznie przyczyni się do wytłumaczenia przychylenia się jego ku ich stronie. Rzeczą jest do najwyższego stopnia ludzką, że uwielbiamy cnotę i najłatwiej uznajemy jej rację bytu, gdy obraca się ona na naszą korzyść. Rod[owśki], któremu czystość, prawość i dobroć Sew[eryny] zsyłają szczęście, może uczuć i uznać całą ich dobroczynność i wspaniałość. W ogóle, według zdania mego, powinno nam iść bardzo o to, aby powrót Rod[ow-skiego] do życia, pracy i szczęścia nie miał za jedyną pobudkę zadowolenia pragnień erotycznych. Obniżyłoby go to i strywializowało. Miłość dla pięknej, dobrej dziewczyny i szczęście osobiste powinno by mu otworzyć serce i na inne miłości; Henryka powinna by mu przynieść z sobą to samo, co niosła Seweryna: rzut serca wzwyż i wszerz... Inaczej byłaby to — jak niedawno któryś z krytyków dowcipnie wyraził się o jakimś utworze literackim — „w tęcze i brylanty upowita historia Jasia i Kasi". Niech mi Pan tych antycypowanych uwag za złe nie bierze; byłabym bardzo ucieszoną, gdybym podobne od Pana otrzymywać mogła.

I jeszcze jedna rzecz: może zadziwi Pana w rozdz[iale] 28-m muzyka Henryki. Wprowadzę ją do rozdz[iału] I-go . Trzeba mi tę dziewczynę podnieść nieco kroplą artyzmu i w pierwszym rozdz[iale] wypadnie z tego scena zajmująca.

Ten I rozdz[iał], przerobiony czy uzupełniony, przyślę wkrótce i zarazem list znowu długi o rozdz[iale] II-m, o który b[ardzo] usilnie prosić będę dla przyczyn, które wyjaśnię.

Kartka Pana ostatnia, za którą dziękuję, przybyła z rogiem oddartym w tym właśnie miejscu, na którym znajdowała się data wyjazdu Pana z Krakowa, tak że jak pierwej o niej nie wiem. Proszę o nią razem z wiadomością o dojściu rękopisów, które jutro stąd odejdą.

Ukłony uprzejme i życzenia najlepsze przesyłam.

El.Orz.


14 III 1902, Grodno

Szanowny Panie

Nie wiem wcale, czy wysłane przed dwunastu dniami list i rękopisy doszły Pana, lecz uspokajam się myślą, że wypadki zatracania się rzeczy posyłanych na poczcie bywają bardzo rzadkie. Zapewne prace cały czas pochłaniające przeszkodziły Panu przesłać mi na karcie dwu słów uwiadomienia.

Teraz posyłam rozdz[iał] I z drugą połową prawie zupełnie przerobioną i proszę, bardzo usilnie proszę o nadesłanie mi przed innymi rozdz[iału] II-go, którego pobieżny szkic na próbę posyłam. Naturalnie, szkic ten to tylko propozycja i podzielenie się wyobrażeniem o tym rozdziale, takim, jakie mnie na myśl przyszło. Może Pan odrzuci wszystko i wcale inaczej napisze, może część jakąś zaakceptuje, a może choć parę szczegółów użytecznymi się okażą.

Byłabym tylko bardzo za utrzymaniem ruchliwego, gwarnego i błyszczącego początku z powodu kontrastu, który uważam za bardzo dzielny środek artystyczny.

A teraz motywuję prośbę moją o rozdz[iał] II-gi. Są tu względy natury wydawniczej. Pisałam Panu w roku zeszłym, że mam na Astry wydawcę wybornego; niestety! był to znajomy Panu nieco Wawelberg, który od zeszłej jesieni już nie żyje. W minionej zimie był tu u mnie i kiedym na zapytania jego powiedziała, czym obecnie najmocniej zajęta jestem (Pana nie wymieniając), wziął u mnie przyrzeczenie, że nikt inny tylko on nabywcą i wydawcą pracy tej nie będzie. Miał ją wydać od razu w książce w wydaniu zbytkownym, z ilustracjami, o których już zaczął był pertraktacje z najznakomitszym dziś rysownikiem polskim, Kamieńskim. Po raz drugi niestety! człowiek ten dobry, możny, mój przyjaciel i sprzymierzeniec w sprawach publicznych — odszedł pomiędzy cienie tych, którzy przeminęli. Jakie uczucia śmierć jego obudziła we mnie, mówić nie będę, bo to do rzeczy nie należy, ale widocznym już jest to, że dla Astr trzeba wydawcy, i to takiego, który by, choć w przybliżeniu, uczynił z nimi tak, jak uczynić zamierzał Wawelberg. Chcąc wydać to w sposób, w jaki wydaje się zwykle, byle jak i byle gdzie — o nic troszczyć się nie trzeba i nic łatwiejszego, ale ja zamierzam wybrać dla Astr publikację odpowiednią treści, a następnie wymagać, jeżeli już nie ozdobnego, jakim być miało, to przynajmniej porządnego, ładnego wydania w książce. To już nie jest tak łatwym, bo trzeba wybierać, przebierać, wymagać, robić umowy. Jednak wypadek dobrze mi służy tym razem, bo dla przyczyn innych będę musiała w rosyjskim kwietniu być w Warszawie i spędzić tam parę tygodni. Osobiście więc całą tę sprawę załatwię, co będzie i łatwiej, i pewniej. Ale potrzebuję dlatego mieć z sobą choć pierwszą połowę rękopisu zupełnie wykończoną. Nie będę wdawać się w przyczyny i szczegóły tej potrzeby, które Pana mało interesować by mogły, ale mam, nadzieję, że mi Pan na słowo uwierzy i prośbę moją, podyktowaną przez interes wspólnej naszej pracy, spełnić zechce. Ten rozdział II koniecznie potrzebnym mi jest za miesiąc, około 1 (14) kwietnia, bo w parę dni po tej dacie, najpóźniej 3 — 4-go, wyjechać do Warszawy muszę, a i o tym jeszcze nadmienić należy, że jakieś kilka dni na zatrzymanie rękopisu w cenzurze odliczyć trzeba. Te dwa albo trzy rozdziały końcowe, które do partii Pana należą, mogą nadejść choćby znacznie później, ale ten początkowy niezbędnie jest potrzebny, bo utworu bez początku nie podobna nikomu przedstawiać. Co do mnie, od kilku tygodni pracuję nad Astrami bardzo usilnie, przepisuję partię swoją, poprawiam, rozszerzam, ścieśniam itd. Dziś lub jutro zacznę pisanie ostatniego rozdziału i gdy go napiszę, robota moja będzie skończona.

Rzecz prosta, że bardzo chciałabym wiedzieć,, czy rękopisy i listy moje dochodzą Pana i czego mam spodziewać się, co do tego II rozdziału,, ale mało przypuszczam, aby chęci mojej stało się zadość. Rozumiejąc jak bardzo praca innostronna pochłaniać Pana musi, pozwolę sobie jednak zwrócić uwagę Pana na to, że niemal nieprawdopodobną jest rzeczą, aby dwie osoby piszące jeden utwór do tego stopnia nie porozumiewały się z sobą i że musi to sprawiać mi wielką przykrość.

Wyrazy szacunku i pozdrowień najżyczliwszych.

El. Orz.


17 III 1902, Grodno

Za otrzymaną wczoraj kartkę dziękuję. Poprzedzająca nie doszła mię, ale program odczytów doszedł i żałowałam bardzo, że daleko od Krakowa będąc nie mogę słyszeć o genezie życia. Jeżeli kiedykolwiek zostanie Panu od pracy chwila czasu, to niech Pan jej użyje na napisanie mi, jakie to będą książki: ta fundamentalna i ta drobna, bo interesuje to mię bardzo.

Ostatni rozdz[iał] A[d] a[stra] zaczęłam, ale mogę napisać go tylko szkicowo, a wypełnię po otrzymaniu rozdz[iału] Rod[owskiego]. Bardzo dziękuję za przyrzeczenie rychłego nadesłania r[ozdziału] II-go i następnych. Tę kartę posyłam do Wiednia w nadziei, że jeśli Pana tam jeszcze nie znajdzie, zatrzymaną dla Pana zostanie. Proszę przyjąć serdeczne pozdrowienie i najlepsze życzenia na czas świąteczny.

El. Orz.


23 III 1902, Grodno

Dziś pod ostatnim rozdz[iałem] Ad as[tra] położyłam napis: Koniec. Napisałam go w pełni, jeżeliby po nadejściu rozdz[iału] Rod[owskiego] wypadła potrzeba cóś dodać lub przerobić, dodam i przerobię. Tymczasem skończone. Kopię po sporządzeniu jej prześlę, a teraz ukłon uprzejmy i życzenia miłych Świąt posyłam.

El. Orz.


29 III 1902, Grodno

Szanowny Panie

Za kartkę z 27 bm. w tej chwili otrzymaną dziękuję, ale przelękła mię nieco wiadomość o opóźnieniu przesyłki rozdz[iału] II-go. Rzecz prosta, że gdyby szło o mój tylko interes, nie przyszłoby mi nawet na myśl dokuczanie Panu mówieniem o nim; że jest nam wspólnym, więc zapobiegać muszę szkodom jego wspólnym i potrzebuję pomocy Pana. Wyjaśnię bliżej sytuację. Piszących istnieje takie mnóstwo, a wydawców w całym znaczeniu porządnych tak niewielu, że często trudniej bywa rzecz wydać tak, jak wydaną być powinna, niż ją napisać. Dla Astr z przyczyn różnych, o których pisać byłoby zbyt długo, widzę w Warszawie dwóch tylko odpowiednich wydawców, z których jeden posiada wielką, poważną gazetę codzienną, z 15 000 prenumeratorów, a drugi — miesięcznik, mniej szeroko czytany, ale będący własnością człowieka mającego wszelką możność i ocenić książkę, i dobrze ją wydać, i pchnąć w świat z powodzeniem. Jest nim hr. Adam Krasiński, wnuk Zygmunta. Nie znam go osobiście, ale zeszłej wiosny, gdy nabył Bibl[iotekę] Warsz[awską], pisał do mnie z usilnym żądaniem współpracownictwa i odtąd komunikujemy się listownie; mamy oprócz tego wielu wspólnych znajomych, od których wiem, że jest to człowiek wielkiego umysłu i serca, literacko wykształcony bardzo i pragnący na tej drodze, tak jak na innych, służyć krajowi. Wolę zawsze mieć do czynienia z takim człowiekiem niż z lada jakim spekulantem. To mam na pierwszym planie; a na drugim ową gazetę; ale dlatego, aby którykolwiek mógł się urzeczywistnić, muszę porozumieć się z tymi panami osobiście, do czego jedyną sposobność nastręcza mi moja konieczna w kwietniu wycieczka do Warsz[awy]. Hr. Krasiński nie jest wprawdzie tam w chwili obecnej, ale ma przyjaciela i przedstawiciela swego, prof. Kal[l]enbacha, którego znam z bliska i któremu chciałabym A[d] a[stra] sama przeczytać. Znawca to literatury biegły i człowiek wartości wysokiej. Gdyby on — co znaczy hr. Krasiński — rękopisu tego w posiadanie swe nie wziął, czego mało się boję, udam się wtedy do właściciela owej gazety, z którą zresztą jestem w stosunkach ciągłych. Ale jakże jedno albo drugie uczynić będę mogła nie posiadając w całości samego początku utworu? Odłożyć na potem wyjazdu do Warszawy nic mogę i nieprędko już będę mogła znaleźć się tam ponownie, a rzecz załatwiana listownie nie będzie załatwioną ani tak rychło, ani tak pomyślnie, może pójść w odwlokę i ponieść rozmaite szkody.

Jeżeli tak szeroko rozpisałam się o tym, to tylko dlatego, aby złożyć dowody, że nie powoduje mną ani kaprys, ani próżna zachcianka, ale poważna i rzeczywista potrzeba. Wyjeżdżam do Warsz[awy] za trzy tygodnie i pół, tj. 23, najpóźn[iej] 24-go kwietn[ia] n[owego] st[ylu]; tydzień trzeba liczyć na powstrzymanie w cenzurze, choć jeden dzień mieć muszę przed wyjazdem na wczytanie się w świeży rękopis. Oto bilans czasu. O tym, że może być dla Pana niewystarczającym, myślę z prawdziwym zmartwieniem. Ale w każdym razie zupełnie nagląco proszę o odpowiedź: czy i na co mogę liczyć? ponieważ muszę uprzedzić prof. Kal[lenbacha], że mam zamiar wiele czasu mu zabrać, i on musi, w razie potrzeby, czas ten dla mnie przygotować. Otóż czy będzie potrzeba — od Pana tylko dowiedzieć się mogę. Listu obiecywanego: czekać będę i za samą już obietnicę dziękuję. Ukłony i pozdrowienia b[ardzo] przyjazne przesyłam.

El. Orz.


17 IV 1902, Grodno

Szanowny Panie

W żaden sposób i najrzeczywiściej nie mogłam odpisać natychmiast na dwa listy i teraz nawet czynię to z niejakim pośpiechem, bo mnóstwo rzeczy mam na rękach i głowie.

Uwagi zawarte w liście drugim przeczytałam b[ardzoi| pilnie. Odnoszą się w większej części do drobiazgów. Niektóre są zupełnie słuszne i zaraz z nich skorzystałam poprawiając w rękopisie miejsca odpowiednie, z innymi zgodzić się nie mogę (jak np. co do nazywania Henr[yki] Henrysią. Ce serait miévre), a są i takie, które stosują się do ustępów już nie istniejących. Bo bardzo wiele przerabiałam, dodawałam i ujmowałam w partii Seweryny. Najzupełniejszą Pan ma słuszność, że ów krótki rozdział, przedtem XXII, a teraz XXIV, był ohydnym.

Przerobiłam go de fond en camble. Teraz jest długim, zawiera opis Nikaru i trochę innych nowych rzeczy, a ptaków nie zawiera, z tego też powodu kilkanaście słów musiałam zmienić w następn[ym] liście Rod[owskiego]. Nie podobna mi w tej chwili szczegółowo opisać albo powtórzyć tych zmian, ale uczynię to kiedy indziej. Numeracja rozdziałów o tyle zmieniona, że będzie o dwa więcej. Jeden z list[ów] Sew[eryny] rozbiłam na dwa (w pierwszej części) i za Rod[owskiego] napisałam króciutki następujący : „Nie zasłaniaj się Perkunową chmurą toczącą grzmoty. Opowiedz ognistą i bursztynową tajemnicę Nieznanego Boru. Proszę!" Nic więcej. Ożywia to tempo głosów i wydaje mi się ładnym. Zresztą nie wiem; nic nie wiem. Tak długo już wpatruję się w przedmiot, że tracę o nim miarę sądu. Dlatego też niecierpliwie oczekuję, co powie widz nowy i bezstronny.

P. Kal[l]enbach odpisał mi z gotowością bardzo serdeczną, co ma tym większą cenę, że jest to człowiek ogromnie zajęty. Odwiedzał mię tej zimy, tu, w Grodnie, wiele z nim rozmawiałam i u[am bardzo jego zdaniu. Piękny, rozległy, głęboki umysł. Od niedawna mieszka w kraju". Był profesorem we Fryburgu i porzucił to stanowisko, aby pracować w kraju. Oprócz innych rzeczy porządkuje teraz olbrzymią bibliotekę ordynacji Krasińskich oddawaną na użytek publiczny i stosunek zażyłej przyjaźni łączy go z hr. Adamem, który poczytuje go za swego mistrza. Obiecuję sobie wiele przyjemności z tego Wspólnego czytania naszych Astr; może też i pożytku, bo obce a biegłe oko spostrzec może niejedno, co naszej uwadze umknęło.

Rękopisu z rozdz[iałem] II-m czekam i wyglądam z niecierpliwością, a o przybyciu jego zaraz oznajmię. Będę też usiłowała komunikować Panu z Warszawy rezultaty kon[erencji z prof. Kal[lenbachem], ale nie jestem pewną, czy mi się to uda, bo Warszawa, gdy się tam rzadko bywa, to taki młyn...

Dlaczego „nie wolno" Panu zapytywać mię o rzeczy osobiste? Nieładnie jest pobudki i uczucia własne zrzucać na innych. Ja osobę swoją wycofałam z obiegu dla tej prostej przyczyny, że wcale o nią nie szło. Jestem abstrakcją, której symbolem: pióro umoczone w atramencie. Piszę też tylko o piórze i atramencie.

Szczerze przyjazna . .

El. Orz.

Co do ilustrowania Astr, to są ładne marzenia. Miał to czynić któś, kto jest — daleko — jeśli jest! Teraz pragnę dla Astr tylko porządnego, mniej więcej ładnego wydania. W każdym zaś razie nie moglibyśmy dysponować natury i przedmiotu rysunków, które wykonywują zwykle artyści rysownicy, wielce butni i nie dający rządzić sobą. Zresztą o tym i o wszystkim tyczącym się publikacji wiedzieć będę dopiero po powrocie z Warsz[awy], jeżeli — w porę otrzymam rozdz[iał] II-gi.


22 IV 1902, Grodno

Drogi Panie

Jeden z listów Seweryny do Rodows[kiego] zaczyna się od słów: „Pilno mi obawy Pana uspokoić". Z tymi samymi słowami przychodzę dziś do zmartwienia tak wyraźnie przebijającego się w liście Pana: pilno mi je uspokoić. Niemożność czy trudność pisania w danych chwilach nie tylko nie dowodzi braku talentu pisarskiego, ale nawet nie jest żadnym z jego objawów. Brzydko jest stawić za przykład samą siebie, ale ponieważ nie mam pod ręką nic lepszego, więc biorę choćby siebie. Nie brylantem jest talencik mój, ale zawsze jakimś może topazem czy turkusem, a miewam nieraz momenty długie, w których, żeby mię kto zabijał, nie napiszę nic, za nic, a proste nawet listy piszę jak wczorajsza anal[a-betka. Więc też gdy mi Pan niegdyś, w Interl[aken] jeszcze, mówił, że zawsze i wszędzie może wprowadzić siebie w nastrój i pisać, uśmiechałam się wewnętrznie i myślałam: zawsze i wszędzie rzecz boska, a ludzka: kiedy niekiedy, zwłaszcza gdy idzie o szczęście, a twórcze pisanie jest szczęściem. I ówczesna pewność swojej wszechmocy, i teraźniejsze poczucie rdzennej niemocy — to niedoświadczenie. Potem, potem dowie się Pan, że człowiekowi z talentem najrzetelniejszym w świecie twórczości bywać musi tak samo, jak w świecie kolei powszednich bywa, to jasno, to ciemno, to lazurowo, to krwawo. Tylko bazgracze bazgrać mogą w niebie, na ziemi i na każdym miejscu. A co do talentu Pana, to dobrotliwość serca mego nie jest tak wielką, abym przez nią siebie i innych zwodzić miała. Widzę w Panu talent pisarski wzrokiem nie dobrotliwego serca, ale wykształconego umysłu. Czy niektóre składniki psychicznej istoty Pana nie staną na przeszkodzie rozwinięciu się tego talentu do miary mu właściwej, nie wiem i nawet trochę się o to boję, ale tymczasem Astry pisał Pan, z wyjątkiem nielicznych i drobnych ustępów, b[ar-dzo] pięknie. Jeżeli idzie o rodzaj nie epistolarny, ale epiczny, czyli obiektywny i plastyczny, to przecież takim jest rozdz[iał] Na lodowcach odpowiadający najzupełniej wymaganiom sztuki. Że zaś ten, W

Szwajcarii (czy może lepiej: W Alpach), nie powiódł się od razu i zupełnie, wodzi to tego tylko, że pisał go Pan w porze nieodpowiedniej. Ale na tych kartkach, które mam w ręku, jest parę ustępów zupełnie pięknych i początek zupełnie dobry. Cała wada w tym, że wpadł Pan zanadto w drobiazgi i zbyt szczegółowo opisał Rodowsk[iego] i to, co w dalszym ciągu utworu ma być obszernie rozwinięte. Skutek to trochę pedanterii właściwej uczonemu, ale której poecie trzeba będzie koniecznie się pozbyć, a najwięcej braku wprawy. Technika pisarska przychodzi z taką samą trudnością jak muzyczna, a czyż ktokolwiek stał się kiedy wielkim muzykiem bez popełnienia miliarda muzycznych fałszów? Te kartki nie są wcale ani humorystyczne, ani tak złe, jak się Panu wydało. Takimi, jakimi są, nie można by je w świat puszczać, ale potrzebują kilku dotknięć, aby stały się zupełnie odpowiednimi. Jaka szkoda, że mi Pan całości nie przysłał! Zdaje mi się, że trochę skróceń, przestawień, jakieś dwa słowa mniej albo więcej tu i ówdzie uczyniłyby z niej rzecz całkowicie dopasowaną do reszty utworu. Ja bym to w jeden dzień zrobiła, a potem posłała Panu do nowego przejrzenia i uczynienia tego, co by Pan chciał z tym uczynić. Tu prośba. Niech Pan łaskawie natychmiast po otrzymaniu listu tego wyśle mi koniec rozdziału w kopercie dla uniknięcia zwłoki z cenzurą, a ja tę przesyłkę otrzymam może tu jeszcze, bo wyjazd mój wskutek okoliczności przedtem nie przewidywanych odwlókł się na tydzień, albo w Warszawie, dokąd mi ją stąd wyślą (6 godz[in] koleją). Jeżeliby zaś dla jakichkolwiek przyczyn było to niemożliwe, pokazywanie znawcy utworu bez początku i końca sprawi mi zapewne dużą przykrość, lecz winę jej przypiszę tylko okolicznościom, które pisaniu Pana nie sprzyjały, niczemu więcej. Własne pisanie moje tylekroć padało o[iarą okoliczności takich, że nie wierzyć w istnienie ich u innych nie mogę. Tylko ze stanowiska starszeństwa mego jedno zalecenie: rąk nie zakładać, o istnieniu w duszy klejnotu drogocennego (choć zarazem i fatalnego) nie zdesperowywać, ale przy pierwszej przyjaznej możności siadać i pisać, kończyć utwór, za którego wspólne z Panem napisanie szczerze Panu wdzięczną jestem, bo dał mi wiele godzin dobrej pracy i sposobność do wypowiedzenia wielu rzeczy, które bez tego spłynęłyby może razem ze mną w wieczność nie znane nikomu. Czekam więc reszty rękopisu i kartki, z której mogłabym dowiedzieć się, że list ten przekonał Pana o popełnionym w sądzeniu samego siebie błędzie i że po przejściu tej złej chwili wzniesie Pan znowu oczy ku — gwiazdom. Ja ze swej strony oznajmię kartą o przybyciu swym do Warsz[awy] i o przebiegu konferencji naszych z p. Kal[l]enb[achem].

Na zakończenie przesyłam Panu szczerze przyjacielskie uściśnienie dłoni.

El. Orzeszkowa


2 V 1902, Grodno Drogi Panie

Tak się okoliczności niepomyślnie zwikłały, że jestem jeszcze w domu i nawet nie mogę dziś jeszcze oznaczyć dnia, w którym będę mogła spełnić zamiar mój wycieczki do Warsz[awy]. Jednak spełnię go niezawodnie i zaraz o tym Pana uwiadomię. Za dobry list serdecznie dziękuję, jakkolwiek podziękowania do mnie zwrócone uważam za wcale mi nienależne. Co myślałam i czułam, to napisałam szczerze i po prostu . Również o swoich uprzednich „niedobrych" postępkach nic nie wiem, a wszystko razem biorąc jestem Panu zawsze i bardzo przyjazną.

El. Orz.


24 V 1902, Warszawa

Drogi Panie

W żaden sposób nie mogłam zawiadomić Pana o wyjeździe swym z Grodna. Ale w zamian przesyłam teraz same pomyślne wiadomości. Jestem tu od tygodnia i wczoraj skończyliśmy wspólne z prof. Kallenbachem czytanie Ad astra. Zajęło to nam przez pięć wieczorów z rzędu po 2—4 godziny czasu. Do słuchania dopuszczonymi zostali w drodze łaski dwaj wspólni a bliscy znajomi nasi w rzeczach literatury wysoko wykształceni i dwie również wykształcone niewiasty. Było nas tedy ogółem biorąc sześć osób. Rękopis przeważnie czytałam sama, ą w części wyręczał mię profesor, biegle pisma różne czytający. I nie potra[ię wypowiedzieć Panu, jaką radością przejmował mię widok wrażenia wywieranego na słuchaczach przez listy Rodowskiego. Wszyscy bez wyjątku uznali w nim wschodzący na niebo nasze talent silny, męski, pełen pierwiastków poetyczności, malowniczości, myśli śmiałej i umiejącej znajdować dla siebie w dziedzinie piękna wyrazy odpowiednie. Moja partia podobała się również, ale gdybym miała więcej próżności niż miłości dla sztuki i przyjaźni dla Pana, mogłabym być zaźdrośną. Ale nie tylko nie jestem zazdrośną, lecz przejmuje mię radością ogromną ten pierwszy promień sławy spadający na młodego współpracownika mego, w którym literatura polska może mieć swą siłę i chlubę — gdy mnie od dawna już nie będzie. A gdyby Pan słyszał, jakie to było łamanie głów nad tym, kto to być może? jakie domysły najróżnorodniejsze! jakie prośby, abym powiedziała, i jaki śmiech mój w odpowiedź na nie! Śmiałam się dużo, ale nie powiedziałam nic a nic! Pojęcia nie mają. Zresztą, pan Kall[enbach] uczynił kilka uwag i restrykcji stosujących się nie do treści, ale tu i ówdzie do pewnych wyrażeń i do układu szczegółów. Są to b[ardzo] drobne rzeczy i mnie się zdaje, że on, ma rację. Po powrocie do domu napiszę o tym szczegółowo i może poproszę Pana o te drobniutkie ustępstwa. W mojej partii również wypadnie przekreślić cóś gdzieniegdzie i niektóre szczegóły z miejsca na miejsce przestawić.

W czasie gdyśmy czytali, wezwany dla jakiejś sprawy publicznej z Zakopanego, gdzie stale przebywa, przyjechał hr. Adam

Krasiński, w parę godzin po przyjeździe już był u mnie i prosił, abym mu powierzyła do wydrukowania Ad astra, których druk chce rozpocząć w Bibliotece Warsz[awskiej] od 1-go września br. Naturalnie, zgodziłam, się na to chętnie. O warunkach, jako to: honorarium pieniężnym, czasie trwania, druku w Bibl[iotece] i wydaniu oddzielnym, jeszcze mowy nie było, ale bawiąc tu jeszcze tydzień nieraz zobaczę hrabiego i za dni parę spędzimy nawet z sobą cały wieczór. Wtedy więc albo może za pośrednictwem p. Kallen-b[acha] rzeczy te z łatwością omówione zostaną. Hr. Adam, niezmiernie podobny do portretów swego dziada, jest postacią nieskończenie sympatyczną i poniekąd nawet podniosłą. Ciałem i duszą należy do nas — marzycieli czy pracowników.

Ogromnie proszę Pana o kilka choćby słów na karcie, czy Pan ten list otrzymał i czy wiadomości w nim zawarte są dla Pana choćby drobną kroplą tej rosy, która krzepi i ogrzewa? Adres grodzieński.

Serdecznie oddana

El. Orzeszkowa


31 V 1902, Grodno

W tej chwili, po dwu tygodniach gorączkowego gwaru i ruchu, wracam do domu. Znajduję tu kartę Pana i zaraz dziękuję. Gdy otrząsnę się nieco z mnóstwa pilnych zajęć, napiszę i opiszę wszystko, co Pana obchodzić może obszernie. Tymczasem jeden tylko jeszcze szczegół. Przed wyjazdem usłyszałam z ust poważnych zdanie, że Ad astra należeć będą w przyszłości literat[ury]' polskiej do dzieł, które zostają na zawsze, klasycznych. Na koniec lipca przygotować mam do cenzury kilka pierwszych rozdziałów, to jest trochę przerobić i przepisać. Trochę tam boją się cenzury, zwłaszcza dla moich głosów.

Szczerze przyjazna

El. Orz.


26 VI 1902, Grodno

Szanowny Panie

Doprawdy, przeprosić Pana muszę, że tak często dokuczam odezwami i zapytaniami, ale przy robocie wspólnej komunikowanie się współpracowników jest tak zupełnie niezbędne, że brak jego sprawia kłopoty i przykrości, w których muszę o pomoc przybiegać do Pana.

W tej chwili oddaję do przepisywania już poprawiony i urządzony do druku rękopis Ad astra. Trzeba koniecznie rozpocząć już zaraz to przepisywanie, jeżeli mamy pierwsze rozdziały w lipcu, a całość we wrześniu przedstawić cenzurze, od czego zależy rozpoczęcie się druku utworu w Bibliotece] W[arszawskiej] od 1-go października. Tymczasem nie mając rozdziału] II-go i nie wiedząc, czy mieć go będę, a wyjeżdżając w tych dniach na wieś, nie wiem, jakie rozporządzenie zostawić osobie przepisującej co do numerowania rozdziałów i stronic, które muszą być numerowane od razu, jeżeli rękopis nie ma być narażonym na stan galimatii, a pierwsze jego rozdz[iały] — znowu — mają być złożone w lipcu cenzorowi rządowemu. Cenzura wymaga, aby rękopisy składane jej były na kilka tygodni przed rozpocz[ęciem] druku, aby były przepisane (czy pisane) wyraźnie i numerowane dokładnie. Stąd te wszystkie potrzeby i nagłości.

Co do tego rozdz[iału] II-go, to jest rzecz taka, że czytając teraz utwór w Warszawie nie wspomniałam o braku i audytorium wcale go nie spostrzegło. Więc à la rigueur może się bez niego obejść, ale gdyby był, rzecz zyskałaby na tym niezmiernie. Jeżeli więc może być, to proszę o ten rozdział, ale nie później jak za parę tygodni, bo potem już będzie za późno. A w każdym razie proszę o wiadomość, czy go otrzymam, abym mogła poradzić sobie ze sprawą numerowania kopii. Ponieważ za dni kilka opuszczę Grodno, więc proszę o odpowiedź jak najrychlejszą. Niechże mi Pan nie odmawia kilku słów na karcie o interesie, który tak dobrze jest Pana interesem, jak moim, tylko że ja obrabiając stronę techniczną zmuszoną jestem do dokuczania Panu szczegółami, których przy interesach podobnych jest pełno, a których bez skomunikowania się z Panem załatwić nie podobna.

O materialnych szczegółach sprawy doniosę nieco później, bo nie są jeszcze w zupełności załatwione. Będą dość pomyślne.

Ukłony i pozdrowienia przyjazne przesyłam

El. Orzeszkowa

Chciałabym też otrzymać dwa słowa o rozdziałach końcowych: kiedy spodziewać się mogę ich nadejścia? Proszę o wyrozumienie, że wszystko to niepokoić mię musi...


27 VI 1902, Grodno

Drogi Panie

List otrzymałam w parę godzin po wysłaniu swego. Dziękuję. Wiem już teraz wszystko) co wiedzieć potrzebuję i czekać będę. Nie mogę w tej chwili długo pisać, więc tymczasem o wszystkim stylem telegraficznym.

1. Rugia jest miejscem pięknym i zajmującym, ma cudny, olbrzymi las bukowy i wspaniały kawał odkrytego morza. Byłam w Sassnitz, ale żałowałam, że nie w Bintz daleko wygodniej i ładniej urządzonym. Klimat u końca lata ostry; w 1-ej połowie sierpnia było b[ardzo] ciepło. Warunki inne, takie same jak we wszystk[ich] miejsc[owościach] kurac[yjnych] w Niemczech.

2. Nie wyjeżdżam do Białowieży, bo rodzina, do której tam jeździłam , znalazła się nagle na krańcach

Europy, w Symbirsku, a Białow[ieża] zamknęła się przed nami. Nigdy już tam nie będę. Poniosłam stratę przyjaciół b[ardzo] miłych i drogich.

3. Miejscem pobytu mego przez 2—3 miesiące będzie zwykła wieś, dość ładna, nad Niemnem, w okolicach Grodna; więc adres zawsze będzie zwykły, grodzieński.

4. Pragnęłabym bardzo wiedzieć wszystkie szczegóły o wewnętrznym i zewnętrznym życiu Pana i serdecznie o nie proszę.

Jeżeli zaś o swoich kolejach nie piszę nigdy, to tylko dlatego, że jak się przekonałam, „idzie nie o mnie, lecz tylko o Astry". Nie chcę narzucać się z osobą swoją, i może to wydawać się „nabieraniem z góry", a jest właściwie tylko dumą pewnego rzędu, z którą Polki pewnej sfery i skali rozstać się nigdy nie mogą. Dziwi mię, że po tym, co w zeszłym roku pomiędzy nami zaszło, Pan milczeń moich nie rozumie i przypisuje to przyzwyczajeniu do pokory i bierności względem panów stworzenia niewiast germańskich.

5. Anastazją pisałam przed rokiem, jest już w Tyg[odniku] Ilustr[owanym] wydrukowaną, Czas ją przedrukowuje. Astry również drukowane będą oprócz Bibl[ioteki] War[szawskiej] w Czasie i w Dzien[niku] Pozn[ańskim].

6. Co do nazwis[ka] Rod[owskiego] Pan się omylił. W 1-m opracowaniu 1-go rozdz[iału] nie istnieje, w drugim, właśnie istnieje i pozostanie.

7. Te dwie ostatnie karty są ilustracjami do mojej noweli Z różnych dróg. Posiadam ich prześliczne rysunki oryginalne.

O przesłanie za granicę fotografii żubrów [!],napiszę do wielkiej firmy warszawskiej Chodowieckiego.

8. Memu współpracownikowi Astr przesyłam mocne, serdeczne, interlakeńskie czy kissuigeńskie uściśnienie dłoni,

El. Orz.


26 [! 28] VI 1902, Grodno

Wczoraj wysłałam do Drogiego i Szanownego Pana 4 kartki, a dziś uderzyła we mnie myśl piorunująca, że zdaje się nie zaopatrzyłam ich w marki poczt[owe]. Jeżeli tak jest, to ogromnie, ogromnie przepraszam za to roztargnienie spowodowane natłokiem przedwyjazdowych zajęć i kłopotów. Proszę rzucić mi dwa słowa, czy karty owe doszły? Pisałam na nich o Rugii i wielu innych rzeczach.

Szczerze oddana

El. Orz,


4 VII 1902 (adres grodzieński)

Znad Niemna błękitnego, z dworku cichego, z cienia białych akacyj, które śniegiem kwitną, pozdrowienia i podziękowanie za kartę przesyłam. Wieści nowych i rękopisu oczekuję. O życzliwą pamięć proszę. . .

El. Orz.


29 VII 1902, adr[es] grodzieński

Drogi Panie

Za pamięć bardzo dziękuję. Jest mi na wsi wybornie pomimo panujących tu wyjątkowych niepogód. Mam tu mnóstwo przepysznych drzew, niezliczone chóry ptasie i kościółek wiejski, piękny jak cacko z epoki renesansu, a co wieczór prześlicznie grający na Anioł Pański. Niech mi Pan napisze, kiedy choć w przybliżeniu otrzymam końcowe rozdz[iały] Astr? Muszę porozumieć się o tym z redakc[ją] Bibl[ioteki] Warsz[awskiej],

Najżyczliwsze ukłony przesyłam.

El. Orz.


6 VIII 1902, Grodno

Drogi Panie

Gdziekolwiek list ten Pana znajdzie, z góry przepraszam, że mącę Panu spoczynek letni i przypominam sprawę, która może w oczach Pana już wagę wszelką utraciła. Niechże wytłumaczeniem i uniewinnieniem będzie mi trudność położenia, w którym się znajduję.

Pisałam Panu, że zobowiązałam się dostarczyć Bibliotece Warszawskiej rękopis Ad astra u końca miesięcy letnich dla rozpoczęcia druku tego utworu w dniu 1-m października. Uczyniłam to po porozumieniu się z Panem i otrzymaniu stanowczych, kilkakrotnych upewnień, że rozdziały brakujące otrzymam w terminach bliskich. Teraz nadchodzi pora wywiązania się z przyrzeczenia danego przeze mnie redakcji Biblioteki, ja zaś nie mam przybliżonego pojęcia, kiedy i — nawet — czy rozdziały owe znajdą się W moim ręku. Nie wiedząc również, czy ów 2-gi rozdz[iał] będzie lub nie będzie napisanym, nie wiem, jak numerować rozdziały i stronnice, nie mogę przygotować i odesłać nawet tego materiału, który posiadam. Skądinąd wiem, że redakcja Bibli[oteki] liczy na spełnienie obietnicy mojej i stosownie do niej urządza dla Astr miejsce na październik, więc jeżeli obietnica ta nie ma być spełnioną, powinnam co prędzej ją o tym uwiadomić. Nie chciałabym okazać się niesłowną i lekkomyślną wobec ludzi, których cenię i z którymi łączą mię życzliwe stosunki, i w tym jest przyczyna natręctwa, z jakim Pana napastuję. Nie nalegam na przyśpieszone przesłanie mi pracy, której może Pan teraz, dla przyczyn jakichkolwiek, wykonać nie może, lecz proszę tylko najmocniej o dokładne uwiadomienie mię: czego się mam spodziewać? abym w następstwie wiedziała i namyśliła się, co i jak mam uczynić.

Przykro mi bardzo, że narażam Pana na utrudzenie pisania do mnie, ale jeżeli Pan zechce przypomnieć sobie pierwszy przed trzema laty początek całej tej sprawy oraz to, że na mnie polega całe staranie o należne pokierowanie jej losem, uzna Pan niezawodnie, że należy mi się od Pana kiedy niekiedy kilka słów porozumienia się i wyjaśnienia. Proszę teraz mianowicie: 1) o stanowczą wiadomość co do 2-go rozdz[iału], czy będzie lub nie będzie napisanym; i 2) o przybliżony, prawdopodobny termin otrzymania ostatnich. Odpowiednio do wskazówek tych porozumiem się z osobami w sprawie zainteresowanymi.

Z szacunkiem i szczerze życzliwa

El. Orzeszkowa


13 VIII 1902, Łunna (Grodno)

Spieszę przesłać słowa najżywszego współczucia dla ciężkiego zmartwienia Pana . Oby co najrychlej zmieniło się w radość z wyzdrowienia szanownej chorej! Moje zdrowie złym nie jest; za 2 tygodnie wieś opuszczam. Niech mi Pan prześle słówko o zwrocie rzeczy tak niezmiernie Pana, a mnie serdecznie obchodzącej; proszę o to bardzo. W jakim piśmie znalazł Pan wzmiankę o nas?

Szczerze przyjazna

El. Orz.


11 X 1902, Grodno

Szanowny Panie

Nie wiem zupełnie, jaką jest przyczyna tak przeciągłego milczenia Pana, lecz z daty wnosząc, że Pan już w Krakowie być musi, piszę, aby oznajmić o losach wspólnej pracy naszej i nie zaspokojone jeszcze jej potrzeby pamięci Pana przypomnieć.

Druk Ad astra już się rozpoczął, a przyszło to z trudnością sprawioną wobec cenzury rządowej przez niepełność rękopisu. Jednak dzięki staraniom rzecz nie uległa zwłoce. W początkowym ustępie przez Bibliot[ekę] Warsz[awską] ogłoszonym znajduje się jeden rozdział pióra Pana. Nie mogłam polecać redakcji wysyłania Panu miesięcznika nie wiedząc, pod jakim, adresem życzyłby go Pan otrzymywać. Proszę o udzielenie mi tej wiadomości, a egzemplarz Biblioteki natychmiast zacznie być wysyłanym do Krakowa.

Mam nadzieję, że nie poczyta mi Pan tego za natręctwo, jeżeli zapytam również, czy i kiedy otrzymam rozdziały końcowe partii

Rodowskiego. Rozumiem, a przynajmniej domyślam się, że cała sprawa ta musiała dla Pana zobojętnieć; niemniej, będąc już teraz honorem niejako w niej zainteresowaną, poważam się odwołać do honoru Pana — i o dokończenie pracy, do której Pan mię powołał, najmocniej prosić. Jeżeliby całkowite wykończenie tych rozdziałów za bardzo Pana obarczało, proszę o jakiś szkic, plan ogólny, notatki, abym z tych materiałów sama jako tako rzecz wykonać mogła, jakkolwiek utwór na tym wmieszaniu się moim do partii nie mojej stracić by musiał wiele. Nie podobna jest wejść w zupełności w styl, w ton, w psychikę osoby drugiej. Jednak w najgorszym razie proszę choćby o materiały, o samą Pana myśl o tym.

Dodać muszę, że nie możemy otrzymać ód redakcji miesięcznika umówionej w zamian rękopisu sumy pieniężnej, dopóki rękopis ten nie będzie w stanie całkowitego wykończenia. Wzgląd to jest drugorzędny, lecz nie pozbawiony wszelkiej wagi. Wszak Pan zechce uwzględnić i spełnić uprzejmą i usilną prośbę znajomej swej z Interlaken i Kissingen, która korzysta z tej sposobności, aby przesłać Panu słowa szacunku i życzliwych pozdrowień.

El. Orzeszkowa


4 XII [l]902; Grodno

„...Pieśni słowicze, ptaków powietrzne chórały,

Boru mistyczne szumy w nocną ciszę,

Śpiewne jeziora, mruczące kryształy,

Rozmyślań mych towarzysze!

Jutro już może nie usłyszę was:

Komu w drogę, temu czas!"

(Siemieński)


2 I 1903, Grodno

Drogi Panie

Przed chwilą Marynia Obr[ębska] oznajmiła mi smutną wiadomość. Wstrząsnęła mną; jestem cała w smutku i żalu nad sercem Pana tak dotkniętym, nad tym kirem, który przed Panem świat zasłaniać musi... Bardzo słaba jeszcze, nie mogę pisać długo; lecz to napisać muszę, że myślą żałosną i współczuciem siostrzanym towarzyszę Panu w tym tak ciężkim, ciężkim momencie. Powiadają mi, że w następnym lecie będą musiała wyjechać za granicę na długo; może się wtedy zobaczymy i powiem Panu wiele o tym, co teraz czuję.

Dziś już tylko mocny uścisk dłoni od bardzo przyjaznej

El. Orzeszkowej


11 I 1903, Grodno

Za kilka słów ciepłych, za troskliwość o zdrowie moje i przyrzeczenie co do Astr, serdecznie dziękuję. Niech najpiękniejsze promienie słońc ziemskich zstąpią do serca Pana i smutek jego przenikną snopem najlepszych pociech!

El. Orz.


20 I 1903, Grodno

Drogi Panie

Czuję dziś szczególną potrzebę przemówienia do Pana i wmięszania głosu swego w te smutne głosy, które teraz toczyć muszą w Panu żałobne rozmowy nad grobem. Czuję potrzebę powiedzenia, że myślą troskliwą jestem z Panem często) i że pragnęłabym wiedzieć, jakimi zajęciami, jakimi wrażeniami wypełnia się dla Pana ten moment w życiu każdego z nas wyjątkowy, gdy wicher losu uczyni w tkaninie życia wielką, ciemną próżnię? Szkoda, że Pan pisywać do mnie nie może czy nie chce. Uczyniło to już w stosunku naszym szkody znaczne, a teraz ujmuje nam pociech. Bo i ja również kropli rzeźwiącej pociechy i pokrzepienia potrzebowałabym bardzo. Po ciężkiej i długiej chorobie została mi niemoc nudna i tłocząca. do ziemi wszystko: myśli, uczucia, nadzieje. Nie mogę pisać i nie wolno mi pisać; czytywać mogę i wolno mi tylko rzeczy lekkie. Bezczynność naprowadza szeregi mar przeciągających po wyobraźni, pamięci, sercu, w postaciach wspomnień nieodżałowanych, nadziei zabitych, wiar otrutych etc. Lecz opowiadać o tym długo nie mam siły i — po cóż?

Wczoraj zrobiłam ostatnią korektę rozdziału zawierającego eklogę w Gi[e]]ssbach. Zawrze ją w całości lutowy numer Biblioteki [Warszawskiej] . Bardzo ładny rozdział. Myślę w tych dniach zażądać od redakcji wycinków z utworem naszym i przesłać je wprost Panu do Paryża. Czy można? Tymczasem posyłam kawałeczek listu Konopnickiej do mnie, w którym rzecz jest o Astrach i o Panu. Myślę, że nie będzie dla Pana zupełnie obojętnym. W dziennikach nic dotąd więcej nie było 0' tym nad to, co posłała Marynia Obr[ębska], która za list dziękuje Panu serdecznie i wybiera się znowu z pisaniem, co mię w podziw wprawia, bo znamienną i dotąd niezniszczalną jej cechą była idiosynkrazja do pisania listów w formie najostrzejszej.

Pozdrowienia i słowa pamięci najprzyjaźniejszej, a o pamięć wzajemną prośbę przesyłam.

El. Orzeszkowa


27 I 1903, Grodno

W tej chwili wysyłam karty z A[d] a[stra], wycięte z B[iblioteki] W[arszawskiej], i otrzymuję wzruszającą kartę od Pana. Podwójnie wzruszająca: obrazem i słowami: „nie zbudowałaby się Pani". Pragnę bardzo wiedzieć, co się z Panem dzieje, ale wiem, że moich pragnień nikt na świecie w rachunkach swoich po stronie „winien" nie zapisuje. Ale i to wiem również, że cokolwiek by się z Panem działo i stało, nie utoną Panu w żadnym morzu dwa posiadane klejnoty: wielkość umysłu i szlachetność serca. O tę tylko wiadomość proszę, czy na zawsze już opuścił Pan Kraków i „baśń" Seweryny?

Mam przeprosić Pana za lekkie zmiany w rozdział[ach] Romskiego. Uczyniłam je z głębokim zastanowieniem i po naradzie z

prof. Kal[l]enb[achem]. Całość artystyczna wymaga czasem usunięcia lub dobrania trochy szczegółów.

Była chwila, gdy zamarzyłam o tym, że Romski wiele jeszcze z bogactw swego ducha złoży u stóp królowej mojej „baśni" i o tryum[alnym kiedyś przyjeździe jego do Warszawy. Ale teraz nic już nie wiem oprócz tego, że kraina marzeń wszelkich została poza mną. Same omyłki za mną, a zmroki przede mną, z jednym najgrubszym i wiecznym — a bliskim. Quand même bardzo Panu oddana i gorąco szczęścia życząca

El. Orz.


15 II 1903, Grodno

Drogi Panie

Długo musiałabym pisać, aby dość podziękować za cudne karty i napisy na nich, zwłaszcza za napis ostatni... Nie jestem zwolenniczką [ilozo[ii Ni[e]t[zs]chego; owszem, jestem jej przeciwniczką; ale ma on strofy poezji przedziwnie piękne, a ta, którą na dzisiejszej karcie czytam, nabrała większej jeszcze piękności od przekładu „Romskiego", którego cały rozdział z Giessbach mieści się w lutowym numerze Biblioteki . Dziś numer ten przybył do mnie, jutra go Panu wyślę, tym razem z całym zeszytem miesięcznika.

I znowu długo musiałabym pisać, gdybym wypowiedzieć chciała całą przykrość, jaką uczuwam dokuczając Panu raz jeszcze sprawą Ad astra. Z góry proszę i bardzo szczerze o przekonanie, że zamiar czy chęć sprawienia Panu najmniejszej przykrości jest nieskończenie ode mnie dalekim. Ale muszę. Niech mię w oczach Pana uniewinni z jednej strony przywiązanie do wspólnego dzieła naszego, z drugiej troska o swoją cześć autorską, która dotąd była bayardową „sans peur ni reproche". A zmuszona jestem powiedzieć to, czego bym bez okoliczności tej nie mówiła nigdy — jako o bagateli — że w redakcji Bibl[ioteki] jest któś b[ardzo] nieprzyjaźnie dla mnie usposobiony, który w razie niesłowności z mojej strony usiłowałby ją starannie na niekorzyść moją wyzyskać. Tak jestem tej zimy z wielu względów i stron nieszczęśliwa i stargania, że dość mi zadraśnięcia szpilką, aby krew ciekła...

Rzecz jest w tym: jeżeliby Drogi Pan tych ostatnich rozdziałów Rodowskiego napisać nie miał, to ja teraz, siły wszelkie zebrawszy, jeszcze jako tako napisać bym je mogła. Jako tako, bo nic z siłą i nic z pięknością teraz spod pióra mego wyjść nie może; jednak w ostateczności takiej cóś byłoby lepszym niżeli nic i zresztą przesłałabym Panu rękopis do poprawy i upiększenia. Ale stać się to może tylko jeszcze w ciągu lutego i marca. W kwietniu, za czasów nawet najlepszych; zawsze pisać przestawałam; w tym roku zaś przyjdzie mi już pewnie kwiecień przepędzać za domem i w warunkach uniemożliwiających wszelkie pisanie! Niech mi więc Drogi Pan stanowczo napisze — i jak najprędzej — czy mam rozpocząć wyręczanie Rodowskiego? Proszę o to jak o łaskę. A jeżeli odpowiedź będzie twierdzącą, to proszę jeszcze o jakiekolwiek pomysły do rozdziałów tych, które Pan miewać musiał, i o notatki, jeżeli je Pan ma. To już przecie musi być zajęciem tak mało czasu i pracy potrzebującym, że chyba mam prawo spodziewać się go od Pana.

Oprócz słabości fizycznej życie przychyliło w tym roku do ust moich spory kieliszek różnorodnych trosk, strat i przykrości. Karty od Pana są słodkimi kroplami miłej o mnie pamięci kogoś, z kim przeminęło mi kilka chwil promiennych. Dziękuję i serdecznie pozdrawiam.

El. Orz.


28 II 1903, Grodno

Drogi Panie

Znowu dziękuję za bardzo piękny zeszyt paryskiego dziennika teatralnego, chociaż nie umiem zgadnąć, tym bardziej że przeddwuletni, dlaczego przesłanym mi został: czy dlatego, że piękny? czy, że przedstawia specjalnie interesującą Pana postać? W takim razie: któraż jest? Na każdy przecież wypadek i na wszelki sposób dziękuję!

Ucieszyłam się ogromnie wieścią o napisanym, już zakończeniu partii Romskiego w Ad astra. Eglogę w Giessbach dawno już posłałam, jednocześnie z listem, ostatnim. Jeżeliby wypadkiem nie doszła, proszę o słówko na karcie, a natychmiast wyślę drugi egzemplarz. Ale mniemam raczej, że doszła — wszystko, co się posyła pocztą, dochodzi — i że Drogi Pan zobaczył już

Henrysię w najmniejszym, rysie nie zmienioną, więc pozwalającą na pozostawienie bez zmian i przesłanie mi rzeczy już napisanej. Jeżeli czasu na przepisanie brakuje, proszę o brulion. Choćby był najnieczytelniej napisany, wyczytam i przepiszę; korzystając też z pozwolenia Pana może uzupełnię, czy rozszerzę albo uwyraźnię — ale sprawa będzie już załatwioną i skończoną. Pora ku temu nadeszła ostatnia.

Z jednej strony redakcja Bibliot[eki Warszawskiej] niepokoi się nieco i mnie niepokoi, z drugiej — za miesiąc najdalej znajdę się w okolicznościach, wśród których nie podobna mi będzie zajmować się rzeczami pisarskimi, i ani rękopis Pana nie znalazłby mię w domu, ani za domem będąc mogłabym czytaniu go i porozumiewaniu się z redakcją czas oddawać. Więc oczekuję kopii czy brulionu, czy jakiejkolwiek kanwy w dniach najbliższych, a jeżeli za dwa tygodnie jeszcze ich nie otrzymam, drugie dwa, które mi pozostają, poświęcę na pisanie rzeczy tej — bez żadnej kanwy, oprócz własnej, w tej chwili wielce wątłej. Straci na tym utwór, straci najwięcej Romski — ale może teraz, nie obchodzi go już wcale ani ta cała sprawa, ani ta strata... Mnie los ostatnich strof moich obchodzić musi. To wszystko, co mam i co po mnie zostanie.

Ze zmian w partii Romskiego usprawiedliwiać się listownie nie podobna. Były dla symetrii i harmonii całości konieczne. Zauważył Pan może, iż daleko liczniejsze zmiany zaszły w partii Seweryny. Taką bywa zawsze ostatnia redakcja pisarskiego dzieła.

Dlaczego, jakim sposobem listy moje mogą być dla Pana ,,czyśćcem i zbawieniem"? Życie przybliżyła nas i — roztrąciło. Jesteśmy sobie teraz ogromnie dalecy; nie wiemy o sobie nic; nie dzielimy z sobą nic. Skądże więc „zbawienie"? Wspomnienie w zamian żyje we mnie bardzo, miłe i — smętne, najgłębszym smętkiem tego świata, przemijalności wzruszeń, chwil, złud...

El. Orz.


16 IV 1903, Grodno

Drogi Panie

Natychmiast po otrzymaniu pierwszej karty Pana z Neapolu wysłałam w odpowiedź swoją i nie pojmują, dlaczego zginęła, bo pospolicie nic na, pocztach nie ginie. Ponieważ jednak zginęła, więc treść jej powtarzam: 1) za życzenia świąteczne b[ardzo] uprzejmie dziękuję i wzajemne przesyłam; 2) wszystko, cokolwiek i kiedykolwiek przesłanym mi będzie do Grodna, dojdzie mię zawsze, rychło i niezawodnie.

Tak, jak pisałam Szan[ownemu] Panu, że uczynię, w którymś z listów zimowych, nie doczekawszy się w marcu dokończenia partii Romskiego sama je skomponowałam. Mieści się w 3-eh rozdział[ach], które zawrą mniej więcej arkusz druku. Na wszelki tedy wypadek rzecz jest załatwioną. Rękopisu do Neapolu posyłać w tej chwili nie mogę z powodu trudności zachodzących w zdjęciu kopii. Jeżeli przecież Szan[owny] Pan swoją wersję przyśle w czasie jeszcze odpowiednim, naturalnie, że zastąpię nią swoją albo dwie zleję w jedną. W razie opóźnienia się wersji Pana można będzie umieścić ją w wydaniu książkowym, tak samo jak rozdz[iał] II-gi, który, według słów listu Pana do M[aryni] Ob[rębskiej], jest napisanym.

W nrze kwietniowym Bibli[oteki] wydrukowano rozdz[iały]: XIX, XX, XXI, XXII .

Wdzięczną będę za uprzejme uwiadomienie mię o otrzymaniu tej karty i czy Bibl[ioteką] do Neapolu wysyłać.

Ukłony, pozdrowienia i życzenia najlepsze. .

El. Orz.


4 V 1903, Grodno

Drogi Panie

Za śliczne karty z miłymi słowy bardzo dziękuję; doszły mię wszystkie. Cieszę się również piękną podróżą , którą Pan odbywa, i mnóstwem szczęśliwych wrażeń, których ona Panu dostarcza. Co do mnie, okoliczności różne sprawiły, że wyjadę z domu jeszcze nieprędko.

W połowie czerwca będę w Marienbadzie, a potem nie wiem jeszcze, dokąd lekarze moi udać się mi zalecą. Podróż odbędę jak zwykle ze znajomą Panu Marynią Obrębską.

Wspólna praca nasza szybko zdąża w druku do końca. Wczoraj zrobiłam korektę (przysyłają mi ją do Grodna) rozdz[iałów] XXIV—XXVI na zeszyt majowy . W lipcowym najdalej Ad astra ukończonym zostanie: Jeżeliby Pan przed upływem miesiąca przysłał mi dokończenie swej partii, mogłabym zastąpić nim to, co napisałam sama, lub ewentualnie dwie prace nasze zlać w jedno.

Pisałam już o tym, lecz raz jeszcze powtarzam w celu uniknięcia jakiegokolwiek nieporozumienia. W przejeździe za granicę będę traktować z firmą Gebet[h]n[era] i Wol[[a o wydanie książkowe, a o ile by Pan napisał rozdz[iał] II i ostatnie, mogłyby one być w tym wydaniu umieszczone. Pozwalam sobie i ten szczegół w pamięci Pana zanotować. Wówczas też, w przejeździe przez Warszawę, otrzymam od Biblioteki [Warszawskiej] autorskie honorarium, które nie wiem jeszcze dokładnie, ile wyniesie, ponieważ liczonym jest na arkusze druku. Proszę więc najuprzejmiej o utrzymywanie mię w wiadomości swego adresu, abym wiedziała dokąd połowę sumy, którą otrzymam, przesłać mogę. To samo z dalszym ciągiem druków, o którym jednak nie jestem pewną, czy podobna mi będzie przesyłać go w lipcu i sierpniu, ponieważ miesiące te mam zamiar spędzić daleko za domem.

Najprzyjemniejszego dalszego ciągu podróży, najpogodniejszych dni i najstalszych powodzeń życzenia szczere przesyłam.

El. Orzeszkowa


13 VII 1903, Marienbad, Waldquellzeile, villa Anita

Szanowny Panie

Przed dwoma tygodniami tu przybyłam i pozostanę długo jeszcze, bo prawdopodobnie do 15—20-go sierpnia, a gdziekolwiek udałabym się potem, wszystko, co tylko pod grodzieńskim adresem przesłanym mi zostanie, dojdzie mię rychło i niezawodnie.

Druk wspólnej pracy naszej w Bibl[iotece] Warsz[awskiej] ukończy się w sierpniowym] num[erze] tego pisma; w lipcowym ukazały się już rozdzi[iały]: W ciemności i Na lodowcach. Książkowe wydanie utworu tego spotyka trudności zupełnie niespodziewane i niezwykłe. Mam nadzieję, że powrotnie przejeżdżając przez Warszawę pokonać je zdołam. W każdym razie wydawniczo i pieniężnie sprawa załatwioną ostatecznie zaledwie we wrześniu lub październ[iku] być może; dlatego zechce Szanowny Pan aż do czasu tego utrzymywać mię w świadomości swojego adresu. Pisma obszernego, o którym wspomina ostatnia karta Pana, oczekuję, gotowa z zajęciem, żywym przeczytać wszystko, cokolwiek od Pana mi przyjdzie; za piękne karty z urywkami pięknych poezji dziękuję bardzo i wyrazy szacunku wysokiego przesyłając o pamięć życzliwą proszę.

El. Orzeszkowa


13 VIII 1903, Marienbad, hotel Waldmühle

Szanowny Panie

Niech przebaczonym mi będzie, że na list z rękopisem, w swoim czasie otrzymany, dotąd nie odpisałam, a na kartę wczoraj przybyłą z Grodna kilku słowy odpowiadam. Zaszła tu okoliczność bardzo dla mnie do przeniesienia trudna, mianowicie obłożna i ciężka choroba towarzyszki mojej, znanej Panu Mar[yni] Obr[ębskiej]. Smutek ten i połączone z nim troski i trudy zachwiały dobrymi skutkami kuracji tutejszej i tak mię przygnębiły fizycznie i duchowo, że nie podobna mi zdobyć się na korespondencję, kiedy indziej najpożądańszą i najmilszą. To tylko jeszcze napiszę, że rękopis przeczytałam z zajęciem b[ardzo] żywym, że są tam rzeczy śliczne i że żałuję, iż wcześniej nie przybył. Jeżeli Pan pozwoli, może włączę finał Rodowsk[iego] w całości lub znacznej części do wydania książkowego, ale teraz o żadnych sprawach oprócz mojej wielkiej biedy myśleć mi nie podobna. Nie wiem, jak długo jeszcze tu zabawię. Zależeć to będzie od wyzdrowienia chorej. Jeżeli jednak Pan zechce wkrótce odwiedzić mię kilku słowy, to pewnie tu je otrzymam.

El. Orz.


28 IX 2903, Grodno

Szanowny i Drogi Panie

Kartę z 14 bm. przed godziną otrzymałam. Dziękuję. Przed terminem określającym zmianę adresu Pana pisać obszernie nie mogłam, krótko nie chciałam. Po upływie terminu lękałam się pozostać bez adresu. Dziękuję i cieszę się, że go posiadam znowu.

Tydzień zaledwie minął, odkąd wróciłam do domu na Wiedeń i Warszawę. W obu tych miastach bawiłam dość długo; stąd powrót tak późny. Wycieczka ta w świat szeroki, która trwała około trzech miesięcy, przyniosła mi dużo dni pospolitych i niepamiętnych, sporo prawdziwie ciężkich i trochę szczęśliwych, które że minęły, żałować nie przestanę nigdy. Towarzyszka moja po dość długiej chorobie wyzdrowiała zupełnie, a ja czuję się po tej kuracji i wszystkim, co było z nią związane, jeżeli nie zupełnie zdrową, to znacznie silniejszą — może zarazem i smutniejszą, ale z tym w życiu liczyć się byłoby daremnie, bo jak wiadomo, jest ono rachmistrzem niesumiennym, za każdą przysługę oddaną biorącym odsetki lichwiarskie. Jakkolwiek bądź, po uporządkowaniu na zewnątrz domu, a na wewnątrz myśli i uczuć, mam zamiar wkrótce zabrać się do robót i zajęć różnorodnych, licznych i rozciągających się na całą perspektywę zimy białej czy szarej. Jest to już wszystko, co mogę powiedzieć Panu o sobie. Dlaczego nie więcej, nie obszerniej, nie głębiej?

Cóś w rodzaju wyrzutu, że nie posyłam Panu wiadomości o sobie licznych, obszernych i sięgających głębi, znalazłam w liście otrzymanym w Marienbadzie. Jedyną tego przyczyną jest nieotrzymywanie z mej strony podobnych wiadomości od Pana. My, Polki, a przynajmniej pewnego gatunku Polki, nie czynimy nic bez wzajemności i oddalających się — nie ścigamy. Już raz, o ile sobie przypominam, pisałam Panu o tym, że na milczenie odpowiadam milczeniem i — inaczej być nie może. Był czas, że zdawało się powstawać pomiędzy nami to, co nie nazywa się, ale jest przyjaźnią i prowadzi za sobą to, co wytwarza jeżeli nie całe szczęście, to pewną jego odmianę wdzięczną: zaufanie i pomoc wzajemną. Dlaczego zerwało się i rozwiało, można by czynić nad tym ciekawe, choć zawiłe psychologiczne studium. Ale skoro tak się stało —a dla stron obu pożądaną byłoby rzeczą, aby powróciło — zapoczątkowanie powrotu — należy do Pana.

A teraz — o Ad astra. Pod dziwną gwiazdą powstał ten utwór. Wszyscy go chwalą i w rozmowach, w listach, w krótkich wzmiankach dziennikarskich wysoko podnoszą — a nikt dotąd W postaci książki wydać nie chce. Firma Gebet[h]nera i Wolffa, bardzo ruchliwa i bardzo można, która przez lat dziesiątki wszystkie moje pisma bez wyjątku w świat wypuszczała, bardzo oględnie i niechętnie znalazła się względem Ad astra, czym obrażona pertraktacje zerwałam, z kim innym dotychczas nawiązać ich nie mogąc z powodu podróży własnej i wakacyjnej nieobecności w Warsz[awie] głównych jej wydawców. Mam nadzieję przecież, że sprawa ta przez listy albo przez pośrednictwo osób trzecich niebawem załatwioną zostanie; wówczas dopiero uważać ją będę za ukończoną całkowicie i o wyniku ostatecznym natychmiast Pana zawiadomię. Zeszyty Biblioteki Warszawskiej] z drukiem prześlę, gdy tylko wielką masę szpargałów dom zalegających trochę uporządkować zdołam. Napiszę też dnia lub tygodnia którego wiele o ostatnim rozdziale Rodowskiego, który podobał mi się bardzo.

A teraz już tylko to, że za pamięć życzliwą jestem Panu wdzięczną i zawsze serdecznie przyjazną.

El. Orzeszkowa


2 X 1903, Grodno

Podziękowania serdeczne za kartę z Paryża i najlepsze życzenia na rozpoczynający się sezon zimowy! Czy Pan przepędzi go aż do końca nad Sekwaną? Ze mną nic nowego. Szaro pomimo pogody, która bezprzestannie świeci złoto i błękitno. W tych dniach wyślę druki z Ad astra. Szczerze przyjazna i o pamięć przyjazną prosząca

El. Orz.


21 X 1903, Grodno

Szanowny i Drogi Panie

Z powodu przeszkód różnych, których opisem uwagi Pana trudzić nie chcę, dziś zaledwie wysłałam druki z Bibli[oteki]

Warsz[awskiej] wycięte. Wstyd mię ogarnia na myśl, że czytać Pan będzie wielce słabe zakończenie partii Rodowskiego, spod pióra mego wyszłe. Częściowym przynajmniej tłumaczeniem moim to niech będzie, że kończyłam myśl nie swoją i że czyniąc to byłam chorą. O wydanie książkowe Ad astra pertraktacje na nowo zawiązane są z Gebet[h]n[eirem] i Wolffem; widzę, że będę musiała poczynić znaczne i wszechstronne ustępstwa, ale mam nadzieję, że książka b[ieżącej] zimy w świat wyjdzie. Przyczyna trudności zaszłych w jej wydaniu nie leży bynajmniej w tym, że złożyły się na nią dwie siły, ale tylko w oryginalności formy utworu. Wydawcy — to naród mało książkowy i bardzo trwożliwy. Gdy rzecz będzie załatwioną, natychmiast o tym pod wskazanym mi adresem doniosę. Pozwoliłam sobie wysłać też dziś Panu najświeższy zbiorek nowel moich. Niech kiedy niekiedy przypomina on Pana pamięci szczerze i zawsze przyjazną Panu

El. Orzeszkową


21 X 1903, Grodno

Dziś otrzymałam kartę, za którą serdecznie dziękuję, a wczoraj właśnie wysłałam pod adresem wiedeńskim druki z Ad astra i swoją najnowszą książkę . List również. Ten, ostatni prześlą Panu zapewne do Krak[owa], ale co stanie się z posyłkami — nie wiem i o zawiadomienie proszę. Jeżeli rąk Pana nie dojdą, przyślę po raz drugi.

Wdzięczna za pamięć i wzajem pamiętająca, szczerze przyjazna

El. Orz.


4 X [! XI] 1903, Grodno

Szanowny i Drogi Panie

Za list wczoraj otrzymany serdecznie dziękuję. W tej chwili odpowiedzieć obszernie na treść w nim zawartą nie mogę, więc tylko upewnienie przesyłam, że zarzuty, jakim uległy różne szczegóły Ad astra, nie zdziwiły mię, chociaż zasmuciły.. Czyniłam, co mogłam; w warunkach tak nadzwyczajnych może nikt nie potrafiłby uczynić lepiej. Wiele mam do napisania o Panu i sobie, a zanim to uczynię — wkrótce pewnie — przesyłam pozdrowienia uprzejme i przyjazne.

El. Orz.


10 XI 1903

Drogi Panie

Po wiele razy przepraszam, że jeszcze nie odpisuję obszernie na list, za który wdzięczną jestem. Uczynię to najprędzej, jak będę mogła. Mało teraz pisać mogę. Dowodem najżyczliwszej pamięci niech będą przyjazne pozdrowienia, które ha kartce tej tymczasem przesyłam.

El. Orz.


12 XI 1903

„Posępny całun jesieni Milczące wdziewają wzgórza, W pustym ogrodzie umiera Ostatnia róża...

Na martwych skrzydłach motyla Słoneczne farby się starły, Na zimnym wrzosie spoczywa Słowik umarły..."

El. Orz.


30 XI 1903, Grodno Drogi Panie

Wiem, wiem, że pozory wszystkie są przeciw mnie i czynią mię winną.. Tak. długo nie odpowiadałam na list Pana, list jednak dobry, kochany, smutny, który, nie wiem, czy więcej wzruszył mię, czy ujął. Nie podziękowałam też za przysłaną broszurę i kartę ze stro[ą Ni[e]t[zs]chego otrzymawszy jeszcze do pisania nie zasiadałam. Okropność! Czuję ją, i — nie dziwię się, że ptak pamięci Pana przyniósł mi tym razem gorzkie słowa: Enitäuschungen in der Freundschaft. A jednak gdybym mogła opowiedzieć wszystko, co i jak jest ze mną, okazałoby, się, że wina jest na wierzchu, ale na dnie tylko... czy ja wiem, jak to nazwać? — może nieszczęście, lecz maż prawo nazywać się nieszczęściem to, co mnie jedną, osobiście dotyka? Może ten, kto nie posiada prawa do szczęścia, nie posiada go też do nieszczęścia? Więc lękając się stosować do siebie słów niestosownych, powiem jedną tylko rzecz spomiędzy wielu: życie moje, od roku przeszło, jest niczym innym jak ciągłą i ciężką walką z chorobą, której poddać się nie chcę, a która chce mną zawładnąć, walką tym trudniejszą, że toczę ją w warunkach zupełnie memu zwycięstwu nie sprzyjających. Niezmiernie trudno mi jest pisać, gości przyjmować i różne inne obowiązki mego położenia (!) spełniać; jednak piszę, gości przyjmuję, położeniu zadość czynię i często — bardzo cierpię — nie tylko fizycznie. Często też wśród tych wszystkich historii fizycznych i duchowych cóś opuszczę, czy zaniedbam, a zdarza się to najczęściej właśnie z rzeczami najbliższymi, najbliżej osobistymi, jak na przykład zdarzyło się z pisaniem do Pana. Proszę mi to przebaczyć, choćby przez ten wzgląd, że nie na długo: już przebaczenia potrzebuję.

Teraz naprzód o Ad astra. Ani zadziwiły, ani obraziły mię uwagi Pana o błędach i niedostatkach moich w tej robocie. Nie ze wszystkimi uwagami tymi zgadzam się, ale przypuszczam, że nie zgadzając się nie mam słuszności. Niech mi Pan przyśle egzemplarz zaopatrzony w swoje komentarze i żądania; o ile to będzie podobne, zastosuję się do nich poczynię poprawki i uzupełnienia czy też odjęcia do wydania książkowego. O tym ostatnim Gebet[h]n[er] i Wolff sami w tygodniu zeszłym listownie ze mną traktować zaczęli i zdaje się, że wkrótce zawrę z nimi umowę, o czym naturalnie natychmiast Pana uwiadomię. Tymczasem chciałabym jak najprędzej otrzymać ów wspomniany egzemplarz, aby go przygotować, co przyjdzie mi nie bez trudności, bo z trudnością wielką teraz pracuję. To ostatnie jest przyczyną, dla której o uwagach Pana obszernie w tym liście nie piszę. Muszę, o ile podobna, oszczędzać ręki i oddechu. Co do korekty, to nie wiem, gdzie i kiedy wydawcy druk rozpoczną; może w Warszawie, skąd można do Krakowa posyłać, lecz z powodu drogi powrotnej przez cenzurę kłopotliwie i powoli, może też w czasie, gdy Pan opuści Kraków. Będziemy mogli jeszcze porozumieć się o tym. W każdym razie, jeżeli nie Pan, to ja, tu w Grodnie, ostatnią korektę robić będę, tak jak robiłam dla Bibl[ioteki] Warsz[awskiej], gdzie rzecz była z bardzo nielicznymi wyjątkami poprawnie wydrukowaną.

Broszurę przeczytałam dwa razy. Ogromnie zajmująca i ogromnie pięknie napisana. Nie powinien Pan. wątpić o swoim talencie pisarskim, który jest wielkim i rzadkim. Trudność w wydaniu książkowym Ad astra, nie pochodzi z niepowodzenia partii Eodowsk[iego] ani nawet mojej, ale z nowości formy i powagi treści, a może i z mojej niezręczności w załatwianiu wszystkiego, co jest interesem. Niepraktyczność i niezręczność w interesach towarzyszy zawsze nawet takiej drobnej kropelce poezji, jaka we mnie być może. W Panu jest jej całe jezioro głębokie. Składa ona swe piętno gorące i uskrzydlone na takich nawet pracach naukowych, jak Życie i wiedza. Niech Pan w to wierzy i niech Pan tworzy. Beze mnie lepiej będzie, niż było ze mną. Pragnę dla Pana lottu w słońce, róże i laury. Z całego serca proszę, aby mię Pan miał za szczerze i bardzo Panu oddaną. O nowy adres koniecznie upominam się.

El. Orz.

Wdzięczną będę za dwa słowa wiadomości o otrzymaniu tego listu. Fotografię Pana mam na biurku przed sobą, pomiędzy kilku ludźmi, którzy mi w całym życiu byli duchem i sercem najbliżsi. Za plamy na liście przepraszam.


7 XII 1903, Grodno

Serdeczne wyrazy pamięci, podziękowanie za słowa miłe, powitanie w Wiedniu!

Wkrótce napiszę obszerniej.

Pełna najlepszych o Panu wspomnień — daleka — bliska —

El. Orz.


18 XII 1903, Grodno

Za list dobry i miły dziękuję serdecznie. Wiersz francuski śliczny; dziękuję także. Sprawa z wydaniem Astr zbliża się do końca — tej zimy wyjdą. Nie mogłam jeszcze poprawić i posłać wydawcom, ale wkrótce to uczynię. Jak długo zabawi Pan w Wiedniu?

Najlepsze życzenia na dnie świąteczne i na wszystkie dnie życia Pana przesyłam. Niebawem napiszę obszerniej. Myśl wspólnych nowel podoba mi się bardzo, ale są teraz przeszkody. Zobaczymy.

Proszę o parę słów, czasem.

El. Orz.


31 XII 1903, Grodno

Drogi, Drogi, Kochany Panie

W tej chwili przybyło do mnie od strony Pana nowe echo żałobne. Jestem wprost przerażona i zgnębiona tymi raz po raz spadającymi na Pana ciosami. Rozumiem boleść ich i rozumiem rzecz dalszą: niezgłębiony smutek rozszerzającej się wciąż pustyni serca. Znam to wszystko! Ach jak znam! Przychodzę do Pana z obu rękoma wyciągniętymi do gorącego, do serdecznego uścisku dłoni. Gdybym była zdrowszą i gdyby nie inne tam różne srogości życia, byłabym w drodze do Wiednia. Nie mogę. Boli mię to. Chciałabym, aby Pan wierzył, że myślą troskliwą, sercem współczującym, wspominaniem ciągłym jestem z Panem.

Inne rzeczy i sprawy odkładam do następnego listu. Gdzie ma on Pana szukać? Czy długo jeszcze mam myśl swą o Panu zwracać do Wiednia? A co potem? O kilka słów na karcie proszę.

O losy Astr niech Pan będzie spokojny. Tej zimy będzie książka i to wszystko, co się Panu za nią należy. Potem wszystko opiszę obszernie.

Bardzo szczerze i mocno Panu oddana

El. Orzeszkowa


6 I 1904, Grodno

Drogi Panie

Zaraz po przejściu Świąt tutejszych napiszę obszernie i doniosę o wszystkim, co Pana zajmować może. Teraz tylko dziękuję za przesłane mi słowa smutne, lecz miłe i zapytuję, od jakiej daty będzie Pan mógł zająć się korektą Ad astra, których druk bardzo już rychło rozpocznie się w Krakowie, i pod jakim adresem drukarz przysyłać ma odbitki, bo jeżeli pod Pana adresem, to co ukryte, będzie musiało stać się jawnym. Proszę o odpowiedź na karcie, ale rychłą, bo rzecz jest naglącą. Proszę też o wiarę, że myślę o Panu często, smutnie, z głębokim rozumieniem wszystkiego i z uczuciem szczerej przyjaźni.

El. Orz.


16 I 1904, Grodno

Drogi Panie

Wcześniej nie mogłam odpowiedzieć na list i kartę, za które wdzięczną jestem, ale tego, co mi przeszkadzało, opisywać nie będę, bo same takie rzeczy, których Pan nie lubi: społeczne czy publiczne, więc zdaleka nawet nie chcąc być przez Pana ganioną czy wyśmianą, je passę... ku gwiazdom! Astra nasze od dwóch tygodni są w Krakowie i już zapewne pod tłocznią drukarską, a ponieważ i Pan jest również w Krakowie, nic więc pomyślniejszego zdarzyć by się im nie mogło, jak aby Pan sam strzegł ich od skaz i zaćmień omyłek drukarskich. Jestem nawet o tę korektę dość niespokojną, gdyż wiem z doświadczenia, że w Krakowie bywa ona zwykle daleko gorszą niż w Warszawie, gdzie zazwyczaj jest dobrą, a często wyborną. Tam oszpecili mi szkaradnie przed niedawnym czasem jakiś tomik. Z tego względu wolałabym, aby Gebet[h]n[er] i Wolff drukowali Astra w Warszawie, gdzie byłabym w możności sama wybrać korektora, a ostatnią próbę kazać sobie do Grodna przysyłać. Ale nie podobna nakazywać tych rzeczy wydawcom, którzy mają swoje wyliczenia finansowe i cenzuralne. Ostatnie szczególniej, gdyż cenzura za- czy pograniczna daleko bezpieczniejszą jest od miejscowej. Mając tedy do wyboru cięcia cenzorskie czy korektorskie... Ale jak zrobić, aby ostatnich uniknąć, skoro Pan nie chce mieć stosunków z drukarnią, a niczyjego adresu w tym celu użyć nie może? Me wiem i nie wymyślę. Jedna tylko nieśmiała uwaga: może by dla dobra dzieła pozbyć się drażliwości, że tak powiem, pseudo- czy anonimowej, która zresztą nie byłaby tak zupełnie na szwank narażoną, bo czyż korektor książki ma być koniecznie brany za jej autora? Myślałam też, że może Pan uczyni cokolwiek dla ostatnich rozdziałów Romskiego. Ze mną stała się taka rzecz czysto psychologiczna. Tyle razy czytałam utwór w rękopismie, przepisywałam sama, przeczytywałam cudze kopie, dostosowywałam, poprawiałam, skracałam, wydłużałam etc, że na koniec straciłam już najzupełniej poczucie jej wad czy zalet, oślepłam, nic nie widzę, nie rozróżniam i nic dla niej uczynić nie jestem w stanie. Partii Seweryny zresztą jestem pewną, że taką jest, jaką mieć ją chciałam, i ewentualnie prosiłabym nawet, aby w niej nic zupełnie zmienianym nie było. Ale co do Romskiego, to czuję, że w przysłanym mi rękopisie są rzeczy cudne, na których włączeniu rzecz zyskałaby wiele, Ale znowu nie wszystko. Rozdział z wierszykami nie podoba mi się bardzo; mówię to otwarcie i tym śmielej, że i moje rozdziały równie radykalnej oceny od Pana doświadczały. Ten albumek Henryki przypomina pensjonarki i wobec powagi całości ten motywek blady i błahy. Ale za to w 1-m i ostatnim rozdz[iale] są ustępy prześliczne, których ogromnie dla Astr żałuję, a z którymi sama poradzić na sposób żaden nie mogę. Może by Pan to uczynił, gdyby korekta znajdowała się w ręku Pana. Na wszelki wypadek rękopis w opasce poczt[owej] wysyłam. Wysyłam też za pośrednictwem bankowym rubli pięćset, a trzysta prześlę zaraz po wyjściu książki i wypłacie sumy umówionej przez wydawców. Te dwie sumki stanowić będą połowę honorarium od Bibliot[eki] Warsz[awskiej] i Gebet[h]nera otrzymanych. Wstyd mi, że są tak małe.

Wyjątkowo małe, tak wyjątkowo, że od wielu lat pierwszy to dla mnie wypadek. Ale przyczyny są różne. Naprzód ta, że drukowaliśmy w miesięczniku, który mając prenumeratorów ogromnie mniej niż pisma codzienne i tygodniowe w tym samym stosunku mniej płaci. Potem przekonanie wydawców, że utwór ten nie może być tak poczytnym jak zwyczajna powieść.

Następnie olbrzymi napływ literatury młodej, która nierównomiernie z potrzebami zwiększając produkcję literacką ceny wytworów obniża. I jeszcze monopol pieniężny i handlowy dzierżony w księgarstwie przez największą i rzeczywiście potężną firmę. Firma ta zajęła pozycję taką, że kto nie jest z nią, z tym nie jest publiczność, nadużywa tej pozycji i gnębiąc słabszych współzawodników trzyma w ręku autorów, których światu czytającemu jest w stanie sama jedna rekomendować lub ukrywać. Historia to zresztą powszechna i na całym świecie znana despotyzmu wywieranego przez wielki przemysł nad małym, a w znacznej też części nad producentami i konsumentami. Padliśmy tym razem ofiarą tego zjawiska ekonomicznego. Była chwila, żem z tego powodu zerwała trzydziestoletnie stosunki z Geb[ethnerem] i Wol[f]fem, ale wdały się w to później osoby trzecie i jako tako znowu je nawiązały. Powiedziałam tym Panom wiele gorzkiej prawdy, na co oni pokornie odpowiadali, że — są kupcami. I co tu robić? Żyje się w tym wieku i w tym układzie społecznym, w którym się żyje!...

Tyle napisałam o tej sprawie Astr, że więcej już nie mam czasu i siły. Zmęczenie fizyczne jest teraz stanem moim chronicznym. Jednak o wielu, wielu innych rzeczach chciałam mówić. Na inny dzień... a teraz już tylko prośba o zawiadomienie mię, czy wszystko, co wysyłam, doszło i jak będzie z korektą. I jeszcze bardzo serdeczne, bardzo szczere słowa pamięci wiernej i przyjaźni oddanej.

El. Orzeszkowa


25 I 1903 [! 1904], Grodno

Drogi Panie

W dniach ostatnich czuję się trochę słabą i bardzo nerwowo rozstrojoną, dlatego spóźniam się z odpowiedzią w kwestii korekty Astr i dlatego piszę tylko na karcie. Jeżeli prosiłam o tę korektę, to tylko na mocy ustępów z listu Pana z 1 listop[ada] br. : „Niech mi wolno będzie wyrazić gorące me życzenie, abym, jeżeli w ogóle do książkow[ego] wydania przyjdzie, czytaniem korekty sam się mógł zająć". A potem: „O zajęciu się korektą książki pisałem dlatego, aby wziąć cały ten trud na siebie, gdyż posiadam w tym kierunku niezw[ykłą] biegłość i dokładność, a trud byłby dla mnie wcale niewielkim". Otóż dlaczego myślałam, że sprawa da się załatwić bez trudności. Teraz widzę, że trudności są znaczne i prawie nie-przezwy[cię]żalne. Proponowane przez Drogiego Pana pozory i nieprawdy wydawców nie zmylą najpewniej. Rzecz może stać się wyjaśnioną i stać się dla Pana źródłem przykrości.

Oprócz tego przykrym byłoby mnie znowu skupiać w liście do wydawców taką górę zmyśleń. Niech więc już losy same opiekują się tą korektą, jakkolwiek pewną jestem, że nie zaopiekują się tak skutecznie, aby poprawną być mogła. Cóż jednak czynić? Mnie odbitek drukarsk[ich] przysyłać nie mogą, gdyż z powodu odległości i cenzury przewlekłoby to druk w nieskończoność. Vogue la galére!

Ogromnie cieszę się z wiadomości o katedrze profesorskiej czy nawet w liczbie mnogiej o katedrach, i ogromnie ich Drogiemu Panu winszuję. A więcej jeszcze cieszę się i winszuję tego, że ma Pan przed sobą, w oddaleniu paru miesięcy: „morze, słońce, fale i kwiaty". Serdecznie, serdecznie i gorąco życzę Panu wszystkich piękności, świetności i słodyczy życia, pewna, że życzenie się ziści i że Pan je mieć będzie. Co do mnie, nie mam przed sobą ani przy sobie żadnego słońca i żadnego kwiatu.

Żyję z oczyma otwartymi na pustynię i ciemność, z sercem wystawionym na chłód, ale długo już żyć nie będę. Dlatego nigdy wiele o sobie nie piszę. „Nikt z nikim nie jest". Pamięta Pan? Gdy będzie Pan już śród słońca, fal i kwiatów, niech Pan czasem, czasem prześle wspomnienie przyjazne a smętne „w ciemność".

Seweryna


17 II 1904, Grodno

Drogi Panie

Jaki Pan dobry! I jak ja Panu serdecznie, bardzo dziękuję! Parę tygodni przeleżałam b[ardzo] chora; teraz mi znowu lepiej, ale jeszcze obszernie nie piszę. Uczynię to wkrótce i doniosę dlaczego nie przysłałam tej części Astr. Już nic dla nich uczynić nie można. Często myślę o Panu i — z żalem, a dlaczego z żalem, nie powiedzą Panu o tym te lilie . Zaniosą tylko słowa najlepszej przyjaźni i życzeń słońca, gwiazd, kwiatów...

El Orz.


[około 28II — 1 III 1904 r., Grodno]

Modlitwa

„Został poza mną ojciec i została poza mną matka, i zostały poza mną złudy kochających, wspierających, wdzięcznych. Jestem sam i sam idę, jak same jedne odchodzą za bramy cmentarne zwłoki człowieka.

Oto w mrokach nocnych kołatała się głowa moja po wezgłowiu [sic] i kołatały się w niej myśli czarne, wykrakujące jako kruki wróżby i złorzeczenia czarne. I nie przyszedł do mnie żaden przyjaciel i żaden towarzysz, aby miękkimi wargi zakląć burzę: ucisz się! a rozpacz: oddal się!

Zeszła na mnie straszliwa niemoc: fizyczne cierpienie duszy. Zmieniłem się w byt obcy sobie, zbłąkany w zewnętrznym świecie, w świat nie znany samemu sobie, w świat, który stał się samym tylko cierpieniem.

Wówczas krzyknąłem ku Tobie...

Byłeś celem krzyku mego, gdy krwią ociekłe me serce rozgryźć usiłowało zagadkę swojej krzywdy, gdy przestraszony rozum mój nie wiedział, kędy kroki obłędne obrócić, gdy w dniach utrapienia ludzie poczęli zostawać za mną, jedni z obojętnością zdrową dla nich a twardą dla mnie, inni z mego poznania ich nicości dla uratowania serca mego i zbawienia duszy mojej.

Odraza spadła na oczy moje, błądzące po ziemi z góry udręczenia. Cudny świat młodości mojej zmienił się w wydmę piasczystą. Usłyszałem szelest godzin nieżywych i dni martwo opadających z drzewa życia.

Wówczas krzyknąłem ku Tobie... Poznałem moc Twoją po mocy bólu mego. Ujrzałem Cię w ognistym krzaku cierpienia, na gryzących falach smutku.

Wołałem jak obłąkaniec: ukaż się oczom moim, abym uwierzył, że to sprawa Twoja i mądrość Twoja, i zamiar Twój, nie traf, nie igraszka, nie złość bezmyślna bezimiennych sił.

Wówczas objawiłeś mi się cudownym zjawieniem, o którym nie wiedzą nic zmysły moje, lecz które wchłonęła w siebie dusza moja i ma je w sobie, jak jeleń spragniony ma zdrój sycący w ciemnych kniejach puszczy.

Mam Cię na głębinach duszy mojej i serca mego, mówisz da mnie w dniach utrapień i rozmawiam z Tobą w noce samotne.

Boli mię szelest liści, nęka zapach kwiatów, dokucza mi widok zorzy porannej i zorzy wieczornej, bo wypłakane są zmysły moje i zeszła na mnie niemoc straszliwa: fizyczne cierpienie duszy.

Nic przeciw niej nie mogę. I nic nie mogę przeciw mojej ranie, którąś uczynił w znak krzyża i na sercu mi położył, aby nosiło ją, dopóki żyć będzie.

Dopomóż nieść na sercu krzyż, o Przyjacielu!

Bowiem przyjaciela nie mam, okrom Ciebie, ani zlitowania nade mną nie ma, okrom Twojego, ani pomocy i poradzenia, okrom Twoich.

Ty wiesz, Ty jeden wiesz, jak było oddychać piersiom moim, jak było iść i wracać, i błąkać się po drogach omglonych myślom moim, jak było oczom moim patrzeć na duszę w łykach, na dusze w bagnisku, na dusze maleńkie, ledwie zrodzone, na dusze złe i zawistne.

Ty wiesz, że nieraz lepiej by było głowie mojej spoczywać na skrajach całunu, w cichej jamie grobowej.

Ty wiesz, czym byłem i czym się stałem, z czym wyszedłem i z czym powracam. Tyś jeden zdolny zliczyć niezliczoność moich strat i odmierzyć niezmierzoność mego żalu.

O, Ty, Boże, którego stopy dotknąłem źrenicą spłakaną i położyłem na niej usta spalone od męczarni, nie znikaj sprzed oczu moich, kiedy płaczą, ani kiedy przeniknie w ich zgaszone źrenice promień światła — nigdy!

Wyrwij z serca westchnienia cięższe od głazu i daj sercu odpocząć u stóp Twoich, jak w dniach rozpaczy dałeś odpocząć krzykowi!

Ty, który mocen jesteś czynić i odczyniać światy, odczyń we mnie wszelką myśl niewierną, a uczyń potęgę i pogodę zaufania.

Niech rozraduję się w miłości Twojej i tego, co Twoje, niech złożę w pokoju na łonie Twoim krzywdę moją, ranę moją i chorobę moją, niech serce me, które nie może przestać płakać, cicho płacze na sercu Twoim, o, Przyjacielu! o, Ty, który wiesz wszystko... o Mądrości i Miłości jedyna, jaka jest..."

(z Żeromskiego przerobione i przystosowane)


18 III 1904, Grodno

Drogi Panie

Milczałam, bo czekałam możności napisania listu, ale nie przybywa; więc na tej karcie tylko dziękuję serdecznie za wszystko. Czytając namowę do Prowansji miałam łzy w oczach. Nie dla mnie! Ani błękitne nieba, ani szmery morza, ani wonie kwiatów migdałowych, ani rozmowy z Panem — nie dla mnie. Ale nie jestem tak już bardzo chorą fizycznie, tylko osłabły we mnie sprężyny woli i myśli, i wszelkiej nadziei. Cóś skończonego.

Panu niech jaśnieją i niech pełnią się wszystkie nadzieje!

El. Orz.

Proszę o adres szczegółowy do Villefranche.


3 IV 1904, Grodno

Drogi Panie

Za kawałeczek mediolańskiej wiosny dziękuję pod adresem wiedeńskim, gdyż ten na karcie był razem z kilku ostatnimi wierszami tak zatarty, że wyczytać go nie podobna. Jeżeli powtórnie go otrzymam, napiszę obszernie i otwarcie (rzecz b[ardzo] u mnie rzadka), dlaczego nie mogę dążyć tam, gdzie są słońce i kwiaty.

Szczerze oddana i za pamięć wdzięczna

El. Orz.


13 IV 1904

Drogi Panie

Jeszcze tylko karta, ale na niej bardzo serdeczne podziękowanie za pamięć i dobre słowa, bardzo szczery wyraz uciechy z tego, że Panu jest dobrze.

O przyjechaniu tam ani myśleć nie mogę, nie z powodu niechęci wydalania się z tych stron, ale z powodu przeszkód zupełnie nieprzezwyciężonych, natury poziomej i prozaicznej, więc najwięcej twardej i nielitościwej. Zresztą cóś we mnie jest, co mię w coraz większą ciszę i pustynię usuwa. Nie wyjadę w tym roku nigdzie. Obszerniej napiszę, gdy tylko czas pozwoli, a więcej jeszcze usposobienie oporne teraz pisaniu. Jakkolwiek jest i będzie, nie przestanę nigdy być Panu serdecznie przyjazną.

El. Orz.


3 V 1904, Grodno

Za wszystkie dowody pamięci szczerze i serdecznie wdzięczna, wkrótce uczucia tego listem długim dowiedzie, a tymczasem, na wyjezdnym do Warszawy, pozdrowienia najlepsze i słowa przyjaźni oddalonej, lecz niewzruszonej przesyła

El. Orz.


13 V 1904

„...Et, lorsque la sagesse entrouvre un peu ma porte, Elle me crie: Ami! soit content! que t'importe Cette tente d'un jour qu'il faut sitôt ployer?

Je réponds: c'est le foyer De mon coeur! Là-bas, trouverai-je un autre Pour aimer ce qui fait souffrir?" Serdeczne uściśnieme dłoni od dalekiej, lecz pamiętającej

El. Orz.


7 VI 1904, Grodno

Drogi Panie

Przede wszystkim dziękuję serdecznie za tak stałą i w sposób tak miły okazywaną mi pamięć. Każde słowo od Pana otrzymane posiada dla mnie urok wspomnienia najlepszego i przyjaźni, która istnieć by mogła, gdyby koleje życia istnieniu jej sprzyjały.

Że pomimo to nie piszę często, rzecz jest prostą. Nie lubię — teraz już — i wprost nie mogę wiele mówić o sobie; mówić często o przedmiotach mających wartość umysłową nie zawsze mam siłę i czas zatrudniony daleko więcej, niżby się należało. Zresztą, pisząc o sobie niewiele wesołych, a pisząc o przedmiotach oderwanych niewiele zajmujących rzeczy napisać bym mogła. Przybywają ku ludziom niekiedy momenty smutków różnych, wśród których nienajmniej ciemnym jest zwątpienie o samym sobie. Przybył do mnie moment taki i nie jestem już pewną wartości czy potrzebności komukolwiek mego — nawet listu. Pomimo jednak że piszę do Pana rzadko, myślę o Panu często i myśl ta jest zawsze pełną gorących życzeń szczęścia dla Pana, miłych wspomnień o Panu dla mnie.

Ad astra są już wydrukowane, ale jeszcze nie ukazują się w handlu księgarskim i nie przysłano mi ich egzemplarzy. Jeszcze książki tej nie widziałam. Stać się to ma za parę tygodni podobno. Wychodzi w złą porę, w lecie. To i wszystko, co poprzedziło, uważam za wynik sporu mego z pp. Geb[ethnerem] i Wolf [fem], o którym Panu kiedyś pisałam , i którzy odtąd ciągle okazują mi swe złe dla mnie chęci. Gdy tylko rzecz wejdzie w obieg księgarski, przyszlą mi ci panowie umówione ostatnie 300 rubli, które natychmiast Panu prześlę razem z częścią egzemplarzy książki.

Nie jadę w tym roku za granicę wcale. Trzy miesiące letnie mam spędzić w okolicach Grodna, w ładnym, nadniemeńskim miejscu nazywającym się Druskieniki. Do podróży dalszej mam przeszkód wiele; pomiędzy innymi to, że męża p. Obrębskiej (może Pan ją z Interlaken i Kissingen pamięta) władze rządowe wysyłają nad Wołgę, do gub[erni] saratowskiej, o kilka dni drogi koleją od Grodna. Dla nich to nieszczęście wielkie; w moim życiu sprawi próżnię niewynagrodzoną i mnóstwo przykrości drobnych jak komary i jak one wszczepiających w życie truciznę.

Czy długo zabawi Pan w Paryżu? Dlaczego stosunek Pana do tego miasta jest „dziwnym"?

Serdecznie pamiętająca i oddana

El. Orzeszkowa


23 VI 1904, Grodno

Drogi Panie

Na koniec za dni kilka będę mogła wyjechać do Druskienik, aby prze [z] miesięcy parę patrzeć na piękne lasy, piękne kwiaty i błękitny Niemen.

Cieszę się tym bardzo. Ad astra wydrukowane, oprawione, nie jest jeszcze puszczonym w obieg, bo naczelnik firmy od miesiąca jest w Wiedniu, a bez niego nic nie dzieje się z tego, co się dzieje.

Najlepsze życzenia przesyłam, o pamięć braterską proszę, z Drusk[ienik] znowu kilka słów prześlę.

El. Orz.


3 VIII 1904, p[rzez] Grodno, Druskieniki

Od dawna już podziękowałabym bardzo serdecznie tym ślicznym Bretonkom, które mi z kilku słowami Drogiego Pana dobre życzenia przyniosły, gdyby nie niemożność pisania trwająca często całe szeregi dni z przyczyn — rozmaitych.

Po zimnych miesiącach lata, które szkody wielkie sprawiły mi na zdrowiu, przybyły upały gnębiące tu nawet, gdzie cudowne zadrzewienie cień głęboki rozlewa dokoła, a od Niemna i szumnej, wartkiej Rotniczanki unoszą się w skwarnym powietrzu powiewy świeże. Zresztą prowadzę tu kurację usilną i wyczerpującą; wiele też czasu i siły pochłania życie towarzyskie, od którego uchylić się zupełnie b[ardzo] trudno. Dlatego dziś zaledwie piszę pozdrawiając, dziękując, i nie tylko w myśli, lecz w sercu również, wspominając dnie dobre, które o tej właśnie porze roku przed 5-ciu i 4-ma laty z Panem spędzałam. Jak czas mknie! Nie jesteśmyż „cieniami śniącymi o cieniach..."? Przed kilku dniami przyszły mi z Warszawy egzempl[arze] Ad astra. W obieg księgarski przecież książka ta wejdzie dopiero w jesieni wskutek formalnego protestu mego, aby wchodziła teraz.

Zdaje mi się, że dla Drogiego Pana i dla mnie dogodniej będzie, jeżeli książkę et le reste przyślę wtedy, gdy Pan już będzie w Krakowie, tym bardziej, że lękałabym się trochę o pewność posyłki, gdybym ją tu poczcie prowincjonalnej powierzyła.

Proszę serdecznie o nowe słów kilka pamięci, która mi jest drogą.

Szczerze oddana

El. Orz.


Druskieniki, [23 lub 24] sierpień 1904

W szarym świetle chmurnego dnia wspomnienie serdeczne, prośba o pamięć przyjazną, życzenia najlepsze, zapytanie o adres najbliższy.

El. Orzeszkowa


Druskieniki, 7 IX 1904

Czy Pan już jest w Paryżu?

Czy można do Paryża przesłać książki et le reste?

Za pięć dni będę już w Grodnie.

Lato moje było blade. Nic b[ardzo] dobrego.

O przysłanie, do Grodna sprawozdania z Ad astra proszę bardzo . Zwrócę rychło.

Pozdrowienia, wspomnienia, dobre życzenia.

El. Orz.


28 IX 1904, Grodno Drogi Panie

Mam nadzieję, że list ten znajdzie Pana jeszcze w Paryżu, a jeżeliby Pan. już stamtąd wyjechał, za Panem pogoni.

Wskazanego mi w karcie ostatniej — za którą dziękuję bardzo — terminu przybycia Pana do Wiednia, czyli 10 p[rzyszłego] mies[iąca], oczekiwać nie mogę z powodu odezwy, którą załączam.

Czy pozwala Pan na to, o co prosi odezwa? Jeżeli tak, poślę redakcji Tyg[odnika] Ilustr[owanego] fotografię od Pana otrzymaną, ładną i podobną; lecz. naturalnie, choćby u dołu portretu znalazł się tylko pseudonim, nie trudno już będzie dojść do nazwiska. Co do mnie, uśmiecha mi się myśl o znalezieniu się naszych podobizn na kartach jednego dziennika, a raczej na jednej jego karcie i chętnie namawiałabym Pana do zdjęcia przyłbicy — gdybym śmiała. Ale nie śmiem i tak jak dotąd skrupulatnie zastosuję się pod tym względem, do życzenia Pana. Proszę tylko o możliwie rychłą odpowiedź, ponieważ odpowiadając redakcji oznajmiam, że — o nią proszę. Jedną tylko pozwolę sobie nasunąć uwagę: czy dłuższe zachowywanie incognita złośliwi nie zechcą poczytywać za trochę pozy czy ubliżającej literaturze dumy? Ale wiem dobrze, że mogą być względy od tego nierównie ważniejsze i wyroku oczekiwać będę, aby się ściśle do niego zastosować.

Pisano mi ze strony, że to sprawozdanie z Ad astra Konopnickiej jest obszernym, wyczerpującym i napisanym b[ardzo] pięknie. Wiem też o paru przygotowujących się recenzjach czy krytykach piór wybitnych. Naturalnie, że wszystko, to zaraz po ukazaniu się Panu prześlę, a posyłkę do Wiednia oddam poczcie na parę dni przed 10 X-m. Wówczas też przyślę Panu list, który przed kilku dniami otrzymałam od pewnej znajomej mojej, ładnej i świetnie wychowanej dwudziestoletniej panny, list, którego przedmiotem jest Ad astra i zdaje się być najspecjalniej— Rodowski. Dodać muszę, że panna ta zazwyczaj do mnie nie pisuje, że jest to więc wybuch uczuć czy wyobraźni wyjątkowy. Już młode serca kobiece poczynają przechadzać się z Rodowskim po przepastnych krainach jego duszy... Lękam się, czy nie będzie tam zbyt tłumnie z powodu przechadzek czy stałego pobytu Prowansalskiego słońca... Z innej strony astrono[mo]wie utrzymują, że słońca niebieskie, jak kwiaty ziemskie, ulegają czasem zwiędnięciu czy zgaśnięciu. W każdym razie list mojej ślicznej znajomej przyślę.

Dziękuję za otrzymane felietony Gaz[ety] Lwowskiej. Są miernie napisane.

Cieszę się niewymownie z uciech paryskich i życzę serdecznie, aby słońce radości tu, tam, wszędzie, nie więdło czy nie gasło dla Pana nigdy.

Ja nie widuję tego słońca, a że pisać o chmurach nie chcę, więc nic o sobie nie piszę. Tyle tylko, że od dość już dawna wróciłam do domu, że czas mi zapełnia i serce trochę pociesza — pisanie , że mąż znajomej Panu Maryni Obrębsk[iej] od kilku tygodni przebywa już w dalekim i zimnym. Saratowie, a ona około N[owego] Roku do niego odjedzie, że na koniec wspomnienia moje towarzyszą Panu często i nie opuszczają Pana nigdy moje serdecznie przyjazne uczucia.

El. Orzeszkowa

Raz jeszcze proszę o możliwie rychłą, chociażby krótką odpowiedź.


7 X 1904, Grodno

Drogi Panie

Wczoraj wywędrowały z Grodna do Wiednia dwie posyłki — dziś ta trzecia i jeszcze czwarta z lwowskimi felietonami, które zwracam. Niech mi Pan zechce łaskawie paru słowy dać wiedzieć, czy wszystkie doszły.

Do p. Wolf[f]a wprost napisałam, że Pan nie życzy sobie jeszcze wyjawiać swego nazwiska i że to kwestię portretu rozwiązuje. Swojego również nie posłałam, bo o niego chodzić nie mogło; już najmniej dziesięć razy czytelnicy widzieli go na kartach

Tygodn[ika] Ilustrowanego.

Po razy wiele już zapytać pragnęłam: czy Drogi Pan nic po Astrach nie napisał? A Rzeczy anielskie!, Excelsior? Wątpiąc jednak, abym odpowiedź otrzymać mogła, nie zapytywałam i teraz półgłosem tylko... Jednak obchodzi mię to niezmiernie.

Ja trochę piszę patrząc na deszcz liści żółtych padających z moich kasztanów. Wszystko zresztą jak zwykle i jak zwykle pozdrawiam Pana bardzo przyjaźnie, bardzo serdecznie.

El. Orzeszkowa


27 X 1904, Grodno

Drogi Panie

Nie odpowiadałam trochę długo na list miły, za który bardzo dziękuję, bo miałam kilkodniowy atak mojej choroby sercowej, w czasie trwania którego niczym wcale zajmować się nie mogę, a potem przez drugie dni kilka byłam pochłonięta wykończaniem — nie powieści — powiastki niedużej, która nosić będzie tytuł zadziwiająco długi i sentymentalny: ...I pieśń niech płacze! Jeszcze czasem „przez deszcz żółtych liści" patrzę „w słońce twórczości", ale tylko czasem, a co jest najsmutniejszym, to to, że do częstego spoglądania w to jedyne światło nad głęboką ciemnicą życia, świata w ogóle i mego osobistego gorejące przeszkadza mi upadek sił nie duchowych, lecz fizycznych. Pierwsze ostały się przeciw złym olbrzymom życia i trwają w pełni, a kto wie, może wzrastają jeszcze; drugie znajdują się w przedchwili ostatecznego zgaśnięcia i odmawiają pierwszym swych niezbędnych posług. Z tej nierównomierności dwóch połów istoty mojej wynika mnóstwo bólu, walki, nudy itp. składników nieszczęścia rozdzielonego przestrzeniami niezmierzonymi od „szczęśliwego, artystycznego losu", którego Drogi Pan mi zazdrości. Jest jeszcze sporo dodatków natury rozmaitej: osobistej, publicznej, sercowej, umysłowej, które ten los — zazdrości godzien — obciążają, ale nie dziwię się w stopniu najmniejszym, że go Pan spostrzega w blaskach słonecznych, naprzód dlatego, że nie zna go Pan w jego szczegółach i w jego cieniach, a potem dlatego, że taką jest właściwość natury człowieka — takich nawet jak Pana organizacji wyjątkowych i wyższych nie wyłączając — że nikogo cudzy ból nie boli i że każdego olśniewa cudza radość. To ostatnie poeta Szymonowicz (którego bardzo lubię) zamknął w trzech słowach: „Na cudzym zboże lepsze". Tym śmielej mówię o tym, że sama temu powszechnemu kalectwu podlegam. Czytając w listach i na kartach o pobycie Pana nad morzem wśród rozumnych i zacnych przyjaciół, a potem w Paryżu wśród arcydzieł sztuki ze słońcem prowansalskim obok — myślałam, że Pan jest bardzo szczęśliwy. Nie przypuszcza Pan pewno, abym zazdrościła i uwierzy pewnie, że owszem, cieszyłam się serdecznie; niemniej czyniąc zwrot ku sobie, która nie posiadam i nie widuję ani mórz, ani arcydzieł, ani takich przyjaciół, ani takich słońc, myślałam: co za różnica! i — o ile tam jaśniej! Naturalnie omyłka jest b[ardzo] możliwą, bo spostrzegamy tylko powłokę rzeczy i — „na cudzym zboże lepsze!".

Ale nie o tym pisać przeważnie chciałam list ten zaczynając. O Ad astra i najprzeważniej — o twórczości Pana. Przykro mi bardzo, że wydanie tej książki uczyniło na Panu złe wrażenie, chociaż naprawdę tak bardzo zaniedbanym nie jest. Nie jest jednak i b[ardzo] starannym ani pięknym, to prawda, ale temu wcale a wcale współpracownictwo Pana przyczyną się nie stało. To ja właściwie nie należę do autorów, którzy są ozdobnie wydawanymi, i w rzeczywistości należą do nich tylko pisarze najmłodsi, tak zw[ani] dekadenci, czy tzw. Młoda Polska, którzy o wydania ozdobne sami zabiegają, sami je sobie często ozdabiają i sami — nierzadko — je opłacają. Pisarze z pokolenia, do którego należę, niewiele o to dbali. Więc też np. Sienkiewicz i ja mamy po parę zaledwie książek wydanych zbytkownie; wszystkie inne są jeszcze skromniejsze od Ad astra . To jedno; a drugie, żem się — jak o tym kiedyś wspominała — przy pertrak[ta]cjach o Ad astra mocno i ostro z główną firmą wydawniczą poróżniła, a potem, gdy nas wspólni znajomi znowu ku sobie przybliżyli w żadne szczegóły wchodzić nie chciałam, połową ust tylko z tymi panami rozmawiając. Bardzo niedobrze dzieje się w świecie naszym księgarskim i wydawniczym i w tym należy upatrywać przyczynę krzywd dziejących się niektórym pisarzom, nie zaś w braku powodzenia ich u czytających. Ad astra ma i mieć będzie powodzenie poważne, nie tak może krzykliwe i jaskrawe jak pewien rodzaj rzeczy dziwacznych, krzykliwych i jaskrawych, ale za to trwalsze i głębiej ryjące się w opinię powszechną i w sławę autorów. Już Tygodn[ik] Ilustrow[any] rozpoczął druk pięknego i gruntownego studium o tym Konopnickiej, które przyślę Panu, gdy będzie ukończonym, W Przeglądzie Polskim krakowskim, którego tu mieć nie mogę, wydawanym p[rzez] hr. Tarnowsk[iego] i podobno z jego inspiracji, ukazał się również artyk[uł] kryt[yczny] podobno piękny i pochlebny. Mówił mi o tym któś z Krakowa i przysłać mi go obiecał, ale że za miesiąc dopiero do Krak [owa] wróci, więc może Drogi Pan będzie mógł bez trudności zeszyt ten Prz[eglądu] Polsk[iego] wcześniej otrzymać (wrześniowy czy październikowy]) i mnie go do przeczytania przysłać, po czym zaraz zwrócę. Rzeczy takich będzie więcej; przez całą zimę napływać one będą, a z drugiej strony dochodzą mię co chwilę głosy czytających, pochlebne, a czasem entuzjastyczne. Nie jest zaś tak, jak Pan pisze, aby współautorka stłumiła w tym współautora. Recenzja Ga-z[ety] Lwowskiej więcej przyznaje Panu niż mnie i list panienki, który posyłałam Panu, mniej do mnie niż do Pana jest skierowanym. Nic by zresztą dziwnego nie było w fakcie przeciwnym, takim, jakim go Pan widzi. Pseudonim zbyt szczelnie Pana osłania. Mnóstwo osób nie wierzy wcale w Pana istnienie. Jeden z redaktor[ów] warszawsk[ich] bardzo poważnie mię zapytywał, czy Romski naprawdę istnieje, bo podając sprawozdanie o książce lęka się zostać wyprowadzonym w pole. Po odmowie Pana dania portretu Tyg[odnikowi] Ilustr[owanemu] w redakcji tej nikt nie wątpi, że Romski jest moim wymysłem. A czyż umieszczenie portretu Pana, tak du premier coup, w piśmie mającym 12000 prenumeratorów, obok studium napisan[ego] p[rzez] pierwszą poetkę polską nie byłoby sukcesem? Na koniec muszę powiedzieć Panu, że niezmiernie rzadką bywa rzeczą, aby autor od pierwszego wystąpienia otrzymał sukces piorunujący, i czyliż — sztuka i praca nad nią za cel jedyny i choćby główny mają — sukces? Bywają dzieła wartości wiekopomnej, które otrzymują go zaledwie po latach, i ich dziesiątkach. Jestże prawdziwą miłością do sztuki zrażanie się do twórczości w razie braku sukcesu? I to, co nie przyszło dziś, maż nie przyjść koniecznie nigdy? Może Pan był nieszczęśliwy w wyborze współpracownicy, może zepsułam pomysł Pana albo znanym już swym imieniem imię Pana zbyt przykryłam. Może — i tak jest nawet — wydaliśmy książkę w momencie niepomyślnym. Trudno w liście rozbierać rzecz do dna i wyliczać szczegóły, ale wszechstronnym niepodobieństwem jest, aby ta pierwsza próba zraziła Pana do twórczości dalszej. Nie ma do tego przyczyny poważnej żadnej albo jeżeli jest, w niedostatecznym sukcesie upatrzona, to umysłu i rzetelnego talentu Pana niegodna. Co do trudności w znalezieniu wydawcy — tej najpewniej nie będzie. Romskiego utwór nowy przyjmie z ciekawością i chęcią redakcja każda. Jeżeli żyć jeszcze będę i jeżeli Pan tego zechce, będę służyła pośrednictwem swoim — z zapałem. I zaprawdę nietrudnego dokonam zadania, jeżeli to, co Pan napisze, umieszczę w Tygodn[iku] Ilustrow[anym] czy w Słowie, czy w Bibli[otece] Warsz[awskiej], czy w Kuri[erze]

Warsz[awskim] czytanym przez 40 000 prenumeratorów. Trudniej już stokroć o to, aby Pan wśród swoich zoologicznych zajęć znalazł czas na Rzeczy anielskie. Jednak młodość i miłość to siły, które rozpierając serce rozpierają dokoła siebie czas i przestrzeń. A wszakże Pan je ma obie! Czekam więc na Rzeczy anielskie, a tymczasem na jakąś kartkę, która mi powie, że Pan mi gderanie listu tego przebaczył i że... że jesteśmy zawsze dobrymi o sto mil odległości lubiącymi się nawzajem przyjaciółmi.

El. Orz.


2 XI 2904, Grodno

Kochany list Pana towarzyszyć mi będzie w dzisiejszy dzień listopadowy ponury, głuchy i uczyni go smętnym tym cichym smętkiem, co jest serca słodyczą i myśli wzniesieniem. Dziękuję!

Wkrótce napiszę znowu długo. Myślę, że wkrótce niczego już nie będzie mi potrzeba. Lecz dopóki trwam, trzeba mi wiedzieć, że wspomnienie dobre trwa w Panu. I trzeba mi jak najrychlej czytać Rzeczy anielskie! Niech one będą z Panem!

El. Orz.


15 XI 1904

Dzień dobry! Podziękowałam ślicznej Aragonce, która mi powiedziała, że Pan o mnie pamięta. Złorzeczę rzeczom ziemskim, które stoją na przeszkodzie urzeczywistnieniu się Rzeczy anielskich. Nie mogę jeszcze wysłać art[ykułu] Kon[opnickiej], ponieważ nie wraca do mnie z wędrówki po ludzkich rękach. Kartki z Kraju niech mi Pan nie zwraca; niepotrzebna.

Czyśmy nie motyle takie w złotej sieci naszych snów o tym, czego nie ma i zapomnień o tym, co jest? Już nie liście z drzew, ale z nieba białego pada śnieg duży, biały, rytmiczny... Przez jego lotną zasłonę ślę pozdrowienie serdeczne.

El. Orz.


9 XII 1904, Grodno

Drogi Panie

Przed kilku dniami do Krak[owa], a dziś do Wiednia wysłałam sprawozdania o Ad astra. Znamienną jest rzeczą, że o książce tej napisało już troje poetów, z których dwoje: Konopn[icka] i Jankowski, nigdy rozbiorów książek nie pisują. Wiem ze strony o obszernym artykule jednego z najgłębszych krytyków , który ukaże się w druku wnet po N[owym] Roku. Naturalnie zaraz go przyślę Panu i będzie tego pewnie więcej jeszcze. A teraz, jak pisze Wyśpiański, „chwila wielce osobliwa"! Dowiedziałam się o pewnej młodej, ładnej, inteligentnej istotce, że ma Romskim, czy — nie wiem — Rodowskim, formalnie przewróconą główkę.

Mówi o nim ciągle całe ustępy z listów jego do Seweryny recytuje na pamięć, marzy o poznaniu go etc, etc. Jakby to było ładnie ze strony Pana, żeby Pan do niej na moje ręce kilka słów napisał! Dostałyby się w rączki ładne, białe i przed wielkie, czarne, aksamitne oczy. Potem, jeżeli Pan zechce, incognito odsłonię. O sobie nie piszę nic, bo nie warto.

Bardzo mocno i serdecznie pozdrawiam.

El. Orz.


23 XII 1904

Serdeczne życzenia Świąt pomyślnych i miłych przesyła daleka — bliska, zapomniana — pamiętająca

El. Orz.


24 XII 1904, Grodno Drogi Panie

W tej chwili otrzymałam i przeczytałam list Pana. Jest dla mnie niespodzianką, za którą głęboko wzruszona natychmiast dziękuję. Na wszystko, co się do mnie bezpośrednio odnosi, mam wiele, wiele do odpowiedzenia. Niestety! przeminioną istotą jestem, liściem, po którym przeszło życie, zraniło go i nigdy już nie otworzy się on ku słońcu. Napiszę o tym Panu obszernie za dni kilka, za tydzień, choć „nie warto", ale tak mię Pan serdecznie, głęboko, słowami swymi ujął i wzruszył, że napiszę! Teraz mam przeszkody podobne tym, które Pana w Wiedniu napastują rabując z czasu i sił.

O entuzjastycznej czytelniczce Astr, a specjalnie partii Romsk[iego] napiszę obszernie również. Dziwnym byłoby, gdyby urzeczywistniły się w życiu marzenia fantazji naszych, złożone w Astrach, wysnute w cudownym Interlaken, gdy jeszcze ...

marzyłam. Od owych dni wiele wody w Renie i łez przez serca ludzkie przepłynęło.

Serdecznie oddana

El. Orz.

Te kilka wierszy o dębie i różach b[ardzo] piękne. Niechże się stają Rzeczy anielskie! Niech stają się Panu pod piórem i — w życiu!


17 1 1905, Grodno

Sama najmocniej czuję tę okropność, że tak długo do Drogiego Pana nie piszę. Mam mnóstwo rzeczy do powiedzenia i może właśnie dlatego milczę. Proszę mi to przebaczyć i wierzyć, że myślą i pamięcią często jestem z Panem. Gdy tylko będę mogła, napiszę wiele. Dziś odwiedzam tylko Pana na ziemi wygnania i za otrzymane karty, posełki dziękuję bardzo.

Drukuje się teraz duże studium o Ad astra; za tydzień będzie skończone, przyślę razem pewno z listem.

Najlepszej pracy, najmilszych dni, trochę pamięci o mnie.

El. Orz.


24 I 1905, Grodno

Drogi Panie

Nie mogąc jeszcze napisać obszernie — do czego myślą i chęcią dążę ciągle — ślę kilka słów serdecznego pozdrowienia i prośbę o krótką choćby wiadomość, że ta karta i poprzedzająca doszły, gdyż dokładności adresu nie jestem zupełnie pewną. Posełam też — choć trochę na niepewne — parę nowych recenzyj Astr. Wiele mam do powiedzenia z dziedziny prywatnej i publicznej i wkrótce powiem.

Teraz tylko słowo dobrej, dobrej, wiernej pamięci.

El. Orz.


[17 II 1905, Grodno]

Drogi Panie

Tak mi tej zimy wszystka źle, marnie, leniwie idzie, że na list do Pana zebrać się nie mogę, choć myślę o nim ciągle i chcę go pisać, i mam do napisania bardzo wiele. Tymczasem, więc tylko krótkie przypomnienie się przyjaznej pamięci Pana, prośba o dwa słowa, że jeszcze do ostatniej iskry nie wygasła, i wiadomość drobna, ale nie z rzędu najgorszych. Ad astra rozkupione (1800 egz[emplarzy]), pp. Geb[ethner] i Wolff zaczęli w tych dniach traktować ze mną o drugie wydanie. Co z tego wyniknie, wkrótce doniosę. Myślę często o Rzeczach anielskich i o ich autorze, otoczona teraz rzeczami prawdziwie szatańskimi.

El. Orz.


2 III 1905, Grodno Drogi Panie

Wszystko otrzymałam i za wszystko dziękuję bardzo, serdecznie, a tak późno dlatego, że ruch kolejowy był przerwany, i dlatego, że przez dni dziesięć chora byłam obłóżnie.

Dziś zaledwie powiedzieć mogę, że karta z Ad astra zabolała mię i dała mi do myślenia wiele, wiele. Jakto? Więc tak? A ja dla współwędrowca swego śniłam o kwiatach i laurach! Ale i to przyjdzie.

O zamiarach letnich napiszę wkrótce.

Teraz gorące pozdrowienie i zawsze najlepsze wspomnienie.

El. Orz.


7 III 1905, Grodno

Drogi Panie

Pomimo pozwolenie niepisani a piszę, bo czuję potrzebę dłuższego porozmawiania z Panem. Me od dziś ją czuję, ale przedtem mnóstwo rzeczy... Teraz już nie. Ze zdrowiem trochę lepiej, a pracować nad niczym nie podobna w tym piekle, jakim stał się kraj nasz i każdy zakątek w kraju, i naokoło cała ogromna przestrzeń ogromnego państwa. Innego wyrazu na to nie ma, tylko jeden: piekło. Wiem, że te sprawy międzynarodowe i międzystanowe mało Pana zajmują, jednak mówić Panu o nich będę, bo chwila ma swoją wielkość, swoją tragiczność, swoją wspaniałość i swoją straszliwość, więc może zająć myśliciela i poetę najbardziej choćby od spraw takich oderwanego. Chwila to jest w pełni przedrewolucyjna, lecz to ją od innych podobnych w historii chwil odróżnia, że składają się na nią w całym państwie dwa pierwiastki, dwa wulkany, dwa huragany: polityczny i społeczny, do których w kraju naszym przybywa trzeci: narodowy. Przedchwila to jest nie jednej rewolucji, jak bywało np. w Anglii, we Francji, ale naraz dwóch i trzech. Naród przeciw władzy rządzącej, naród przeciw narodowi, nieposiadający przeciw posiadającym. Kipiało' to i podnosiło się ku powierzchni od dawna, od lat dziesiątków; klęski wojenne przyśpieszyły wybuch. Otworzyły one oczy na wartość dotychczasowego porządku rzeczy, odsłoniły wszystkie rany, słabości, występki, podrzuciły w górę głowy nurtowane milczącymi myślami, wypuściły z serc strugę czerwonych gniewów i pożądań. Nagromadzona w chmurach elektryczność błyska, grzmi i słychać nadchodzące pioruny. Nie podobna w liście, choćby długim, opisać wszystkiego, co się dzieje i — co się gotuje. Na ulicach Petersburga i Warszawy parę razy już zmiatano trupy ludzkie jak śmiecie i uwożono je na wozach ku rzekom. Trupy te padają ze stron obu, bo na strzały wojska lud odpowiada strzałami, kamieniami, czym może. Nie ma dnia, aby gazety nie przyniosły wieści o morderstwach przez obie strony dokonywanych na sposoby różne. Wzajemnie zabijać się stało się hasłem dnia, rzeczą tak prostą i niemal konieczną, jak w czasach zwyczajnych mówić sobie: dzień dobry! To rząd i naród; a teraz klasy. Co moment jakieś koło w maszynie życia publicznego staje: dziś fabryki, jutro koleje żelazne, pojutrze biura telegra[iczne, tele[oniczne, bankowe itd., a gdy już kolej przejdzie, zaczyna się na nowo: fabryki, koleje, biura, telegra[y, tramwaje itd. Całe tygodnie przemijają dla miast bez oświetlenia gazowego, bez dzienników (w Warszawie 2 razy stawały drukarnie), bez materiałów opałowych, bez chleba. Ale ten ruch robotniczy jest bardzo poważny, spokojny i obok stanowczości wymagań posiada pewien zarys szlachetnej godności ludzkiej; w Polsce zresztą jest on silnie zabarwionym dążnościami narodowymi. Nieszczęście w tym, że poniżej warstwy robotniczej, samym spodem społecznym toczy się potok błotnisty samej ostatecznej tłuszczy, żywiołów najbrudniejszych, najciemniejszych, najnędzniejszych fizycznie i moralnie. Tę tłuszczę, ten żywioł zarażony i zarazkonośny osaczone władze rz[ądowe] wzięły w rękę jak maczugę do rozbijania wrogich sobie warstw wyższych, nie wyłączając robotniczej. Proszę sobie tylko taką kombinację sił różnorodnych wyobrazić! Gdy robotnicy urządzają bezrobocia, na miasto spadają hordy złodziei, nożowców, podpalaczy, rabują sklepy, napadają domy prywatne, wyprawiają na ulicach, przy dźwiękach muzyki wojskowej, rozpasane, cyniczne tańce i wrzaski. Gwałty te i orgie składają się na strejkujących robotników, którzy protestują i dla stwierdzenia protestu wieszają złodziejów i nożowców na słupach ulicznych latarni. Tę samą tłuszczę zachęca się do działania po wsiach przez rozrzucanie krwawych, bezimiennych wezwań do mordowania posiadaczy i ją też wypuszcza się przeciw młodzieży wyższych zakładów naukowych, którą też w miastach rosyjskich chwyta ona, bije, morduje. Zresztą, aktualnie uczącej się młodzieży obecnie nie ma. W całym państwie wyższe zakłady naukowe, a w Polsce oprócz wyższych i wszystkie średnie stoją. Uczniowie gimnazjów jednomyślnie, zbiorowo, wszędzie, od najstarszych do najmłodszych, odmówili uczęszczania do szkół, dopóki szkoły nie otrzymają wykładów i nauczycieli polskich. Zgromadzeni na olbrzymim wiecu w Warszawie rodzice w obecności władz, oświadczyli, że solidaryzują się z dziećmi i żądają zamknięcia szkół aż do powyższego ich zreformowania.

Więc nikt się nie uczy. Do tych wszystkich burz i klęsk dwie jeszcze: przeraźliwa nędza materialna sprowadzona nieregularnym funkcjonowaniem pracy publicznej i krwawe straty spowodowywane przez wojnę. Nie ma rodziny, która by drogich ludzi nie miała albo już nie utraciła na tym najstraszliwszym w dziejach polu walki — i ci, którym ta walka nie tylko na nic potrzebną nie jest, ale jest głęboko antypatyczną, składają po jednej ze stron wojujących 30 do 50% wojska. Wszelka proporcja została tu zatraconą. Najliczniej pchanymi tam są najmniej cenieni. Stąd mnóstwo nie tylko żałob, ale próżni w najprostszej ekonomice społecznej. Są miasta i okolice ogołocone z lekarzy, tak że jeden starczyć musi za dziesięciu i naturalnie nie wystarcza etc, etc. A wszystko to poczytujemy tu za początek zaledwie; zawierucha, coraz wzdymając się, potrwa z rozmaitymi zmianami i fluktuacjami zapewne lat parę lub kilka. Wojna zewnętrzna może wkrótce ustać, ale końca wewnętrznej dojrzeć teraz nie podobna. Obie strony są silne i zdaje się, że będą uparte. Przewidywać należy nie morze , ale ocean mąk, nieszczęść i zbrodni, którego pierwsze zaledwie połyski dziś nam zakrwawiają i załzawiają oczy. Oto wśród jakich rzeczy anielskich żyję, zupełnie samotnie żyję, bez żadnej osłony i obrony, bez żadnego opierania się ani spodziewania się znikąd, od niczego, od nikogo. Rzecz prosta; każdy w porze takiej myśli o sobie i swoich, a ja nikomu nie jestem swoją. Ale nie trwoży mię to i nie zasmuca. Cóż mam do stracenia? Trochę dni życia, bardzo mało, garstkę — nic więcej. Bo osobistych nadziei, złudzeń, u[ności, radości — żadnych. Z tej strony dorobek mój jest żaden. Ale ciężką, ciemną, straszną jest chmura oblekająca coraz szerzej widnokrąg ogólny. W nią wpatruję się okiem przerażonym i chciwym promyka nadziei. I spostrzegam promyk ten kędyś w oddali, w oddali, za krwawym, zbałwanionym, huczącym morzem — i myślę, że ci, którzy przyjdą, z litośnym, z żałosnym podziwem dumać będą o losach tych, którzy przeminęli. I wierzyć im będzie trudno, że któś niegdyś mógł mieć takie losy i je znosić...

A teraz czy mogę przeskoczyć obręcz płomienną i choćby na czas jakiś odetchnąć gdzieś daleko spokojem i pogodą? Nie, nie mogę. Stan rzeczy jest taki, że przyszłości najbliższej przewidzieć nie podobna ani co jutro stać się może. Gdzież i jakim sposobem znaleźć chwilę spokoju i pogody z tą niepewnością, z tą możliwością przypuszczania wszystkiego? Najelementarniejszą rzeczą są względy materialne. Nikt tu absolutnie nie wie teraz, co posiada. Papiery publiczne tracą swoje wartości, banki chwieją się, zarobki, a więc i wypłaty ustają. Trzeba być na miejscu dla jakiegokolwiek możliwego strzeżenia swej własności, bo gdyby przepadła — co począć? Może przepaść i sprzed oczu, zwłaszcza tak mało z tej strony umiejętnych jak moje, ale jest zawsze pewne złudzenie, że może czemuś zapobiegnę, czy cóś naprawię. A potem, mam w domu gromadkę ludzi, obcych, ale z którymi żyję od dawna (jakieś dwie towarzyszki, służba od wielu lat w domu będąca, znajoma Panu M[arynia] Obr[ębska], która nie mogła odjechać do męża, bo z powodu przewozu wojsk i różnych awantur na kolejach tak dalekie podróże zaledwie były podobne). Jakże ja bym ich w czasie takim porzuciła na wolę losów i wypadków? Pod moją przecież znajdują się opieką (!!). A potem jeszcze i nade wszystko, kto przewidzieć może, co będzie do pory wyjazdu, do czerwca czy lipca? Może, wcale wyjechać nie będzie można! Grożą nam też idącymi ze wschodu epidemiami. Czy jeżeli nadejdą, wszystkich zostawić i — uciekać? Zdaje mi się, wnoszę z różnych wróżb i objawów, że łatwiej już może będzie zamarzyć o podróży we wrześniu, o jakiejś niedługiej, niedalekiej podróży. Gdzieś niedaleko, w okolicach Wiednia np., na 2—3 tygodnie. Czy z Pana strony byłoby to możliwe? Nieraz jeszcze będziemy o tym do siebie pisali, choćby na kartach, nieprawdaż? Jedno, jest pewnym, że przez parę tygodni razem z Panem oddychać jakimś cichym i czystym powietrzem chciałabym bardzo... Jest to chęć, nawet żywa, ale nie nadzieja, zaledwie mdlejące — może!

Wkrótce napiszę drugi list, równie obszerny, o przedmiocie, który ze względu na Pana obchodzi mię niewypowiedzianie i o którym napisać Panu czuję po prostu obowiązek. Dziś już nie mogę pisać dłużej i list byłby zbyt długim. Więc wkrótce...

Drugie wydanie Astr pp. Geb[ethnar] i Wolff już nabyli. Zapłacić mają za nie po wyjściu książki, czyli za dwa miesiące. Gdy się to stanie, połowę sumy, którą otrzymam, przyślę. O poprawianiu now[ego] wydania myśleć nie można, teraz nikt tego nie zrobi. Dziw to wielki, że ci panowie jeszcze czynią jakieś propozycje i zaczynają a[ery. Drukarnie lada dzień mogą stanąć i — fiasco!

Serdeczne, serdeczne słowa przyjaźni, zau[ania i pamięci najlepszej przesyłam.

El. Orz.


11 III 1905

Magnificat

A więc uwielbij, duszo moja, Pana,

Ty kwiat zdeptany i lilio złamana,

Iż cię zasadził wśród ciernia i głogu...

Więc dziękczynienia głos podnieś ku Bogu,

Który ci nadał rękoma obiema

Taki dział bólu, jakiego nikt nie ma.

A więc uwielbij, duszo moja, Pana,

Że ci twa męka była zwiastowana

Przez; rajskie posły, wśród cichej komnaty,

Że lilii twoich zapachły mu kwiaty

Tak, iż ku chwale swojej i swej części,

Z każdej łodygi wywiódł miecz boleści.

A więc uwielbij, duszo moja, Pana,

Ty więź hyzopu i myrro wybrana,

Iż wielkie z tobą uczynił On dziwy,

Iż ci się zawsze rodziły oliwy,

Które Pan sadził, aby się pod niemi

Z ukochań twoich pot krwawił po ziemi.

Może patrzący w krzyż wbity w me łono

Lud mój mię nazwie swą błogosławioną,

Bo służebnicę nawiedzić Pan raczył,

Serce jej przebił i mieczem naznaczył,

Więc błyszczeć będzie przed ludem ta rana...

O, Magnificat! Wielb, duszo ma, Pana!

(z M. Konopnickiej)

od El. Orz.


11 IV 1905, Grodno

Czy Pan poznaje swoją dawną i pradawno nie widzianą znajomą? Przychodzi ona podziękować za otrzymany urywek gaz[ety] niemieckiej, którego słowa miłe mniej jednak ucieszyły od dowodu pamięci, której były dowodem. Nie mogłam dotąd i nie mogę jeszcze pisać dużego listu. Niech tymczasem ta kartka powie Panu gorące: pamiętam!

El. Orz.


19 IV 1905, Grodno

Czy otrzymał Pan kartę z portretem moim? Za tę, którą otrzymałam, dziękuję mocno. Życzenia Świąt pomyślnych, o ile podobna miłych, przesyłam. Zamiary moje na lato takie, jak opisywałam. Innymi być nie mogą. Opiszę je obszerniej w pierwszym dniu lepszym. Dnie są mi złe.

Pełna przyjaźni i serdecznej pamięci

El. Orz.


17 V 1905, Grodno Drogi Panie

Na ostatni list Pana dotąd nie odpisałam, choć wzruszył mię i dał mi wiele do myślenia, bo pragnęłam odpisać obszernie, a nie mogłam, pochłonięta pewną dziwną i trudną pracą pisarską, którą wykonać musiałam i o której później powiem. Teraz muszę co prędzej, zaraz, powiedzieć razem z Panem: szkoda! Szkoda, że nie możemy żyć bliżej siebie, że nie widujemy się i nie dzielimy wrażeniami i myślami, szkoda, że przepadają pomiędzy nami te drobiazgi pozorne, które gdy przepadają — dni są złe! Złej gwieździe mojej przypisać to muszę. Oto dlaczego: wspomnienie sprzed trzech lat niespełna. Przed trzema niespełna laty, po powrocie ze wsi, uczułam się chorą tak, jak nigdy nie byłam, i w taki sposób, w jaki nigdy nie byłam. Moi lekarze warszawscy na pierwszą wieść o tym przybyli i orzekli, że jest to choroba serca na tle silnej neurastenii, której zapobiec w stopniu pewnym mógłby długi pobyt kędyś, w jakimś miejscu przyjemnym, w swobodzie i zadowoleniu. Przystałam na tę radę lekarską zaraz i postanowiłam wyjechać na połowę zimy do Krakowa. Wyjazd nastąpić miał za tydzień lub dwa, gdy otrzymałam wiadomość, że Pan miasto to opuszcza na całą zimę, bez dodatku, gdzie ją Pan spędzić zamierza. (Potem otrzymywałam karty z podróży po Niemczech, o spotkaniach i rozmowach z uczonymi niemieckimi etc.) Nie pojechałam do Krakowa i nigdzie. Z tego niech Pan wnosi, co mię w owym momencie głównie w świat i do Krakowa pociągało. Teraz Pan ma do rozporządzenia swego parę miesięcy letnich, ale ja dla podzielenia ich z Panem w świat puścić się nie mogę. O niektórych przyczynach tej niemożności pisałam raz, o wszystkich pisać nie podobna. jakikolwiek są, [aktem być musi, że lato przepędzę w kraju. A gdy fakt ten zestawiam z tym, co się przed laty trzema zdarzyło, powtarzam sobie w myśli słowa Seweryny z Ad astra: tak schodzą się i rozchodzą drogi nasze! I inaczej być nie może, są tak różne i tak od siebie dalekie! Jest w tym wiele smutku życia, ale ja tak przywykłam do smutku, że już bym chyba bez niego żyć nie mogła, i pociechą moją jest to, że ten specjalnie smutek dni Pana nie uczyni złymi. Mam przy tym nadzieję i prawie pewność, że w połowie przyszłej zimy będę mogła na kilka tygodni wyjechać kędyś pod cieplejsze nieba.

Z wielką trudnością znoszę już teraz długie i surowe zimy, chciałabym tę przerwać jakąś słoneczną wycieczką. Może to wypadnie w czasie świątecznych feryj zimowych, może Pan będzie mógł spędzić je tam, gdzie będę... Chcę tego bardzo. Usuwać będę z drogi przeszkody, ale to jeszcze dość daleko, a życie ludzkie jest w trwaniu swym niepewne i planami jego chwieją szalejące po świecie wichry. Burza polityczna wzmaga się tutaj z każdą chwilą; pełno w niej chmur gromowych i pełno tęcz nadziei. Ja dla tych gromów ani dla tych nadziei obojętną być nie mogę, nie z powodu osobistych losów swoich, ale dlatego, że na losy idei i zbiorowych dusz ludzkich nie zobojętniałam. Może to jest taka ciasność myśli i uczuć, której nawet cały pesymizm i wszystkie rozczarowania wypite z życia rozszerzyć nie mogły, ale jest i nie ma na to rady. Oddycham tą atmos[erą ognistą i sama czuję się jej cząstką. Sprowadza to dla mnie konieczność pewnych czynów i pewnego rodzaju pracy. Wśród mnóstwa zjawisk chwili jest powolne, ale, zda się, nieprzeparte zbliżanie się ku sobie dwu wrogich sobie dotąd społeczeństw; jakby z rozgrzanego gruntu wyłonił się magnes wzajem je do siebie pociągający. A wśród mnóstwa objawów tego zjawiska nowego i w najwyższym stopniu ciekawego jest ten, że pisarze rosyjscy wprost oblegają pisarzy polskich o dzielenie się z nimi myślami, o wypowiadanie w ich organach swych myśli, poglądów, projektów itd. Że nalegania te zwracają się i do mnie, jest to prostym następstwem całej przeszłości mojej i tego jej szczegółu, że pisma moje są w Rosji znane i lubione. Dość długo opierałam się temu, lecz przyszła chwila, w której powinnam była nie opierać się dłużej. Wczoraj skończyłam długi, do jednej z wielkich gazet petersburgskich przeznaczony list do b[ardzo] znanego publicysty rosyjskiego, z treścią polityczną. Pisałam go naturalnie po polsku, ale ci panowie zgromadzili dokoła siebie cały zastęp wybornych tłumaczów. Rzecz była do napisania bardzo trudna, wymagająca ogromnej oględności na dwie strony, a zarazem i energii. Ten głos mój będzie zresztą jednym z ogromnego chóru. Niedawno pisali Sienkiewicz, Sieroszewski i inni, tylko spomiędzy pisarzy; ludzie innych zawodów dawno już są przy tej robocie. Co z tego wyniknie? trudno wiedzieć na pewno, ale widok chwili jest nawet z punktu artystycznego wspaniały. Nie szkodzi artystycznemu wrażeniu i to, że czają się w niej i krwawe widma... Czy nie znudziłam Pana dzieleniem się tym działem wrażeń i myśli? Z innych działów to powiem, że po otrzymaniu listu Pana poszłam do swojej biblioteki i wyjęłam z niej Wilhelma Meistra. Czytałam to przed 20-stu może laty, teraz czytam wcale inaczej i bardzo wdzięczną jestem Panu za natchnienie do tej lektury. Pełno w tym rzeczy pięknych i głębokich. Faktura powieściowa staroświecka, ale i ona wydaje z siebie delikatną woń zasuszonego płatka róży.

Wiosna u nas cudna. Drzewa owocowe kwitną i mam przed jednym z okien faliste wzgórza ich śnieżno-różowatego kwiecia. Ganek mój zalany złotymi smugami słońca. Ach, jakże pięknym mogłoby być życie na tym świecie pięknym, gdyby... gdyby nie lot ad astra! Wkrótce napiszę znowu, teraz serdecznie, serdecznie Pana pozdrawiani i proszę, aby Pan miał mię za tę, w której życie wlał Pan jedno ze wspomnień najmilszych i najwyższych.

Proszę o wiadomość na karcie, czy list ten doszedł.

El. Orz.


22 V 1905, Grodno Drogi Panie

Za cudny rozkwit wiosny w lesie dziękuję serdecznie. Te anemony białe należą do moich najmilszych dawnych znajomych. Dawniej, niegdyś brodziłam wśród ich gęstwin zrywając je pełnymi dłońmi. Minęła pora kwiatów... Przygasła, chwilowo zapewne, piękna wiosna tegoroczna. Dziś wietrzno i pochmurno! Pod chmurami, spod chmur posyłam Panu myśl ciepłą i wspomnienie jasne odbłyskiem przeszłości.

Nic w liście ostatnim nie pisałam o Rzeczach anielskich. Interesują mię przecież tak żywo jak mało na świecie rzeczy. Ze słów Pana wnosić mogę, że są już prawie napisane, skoro idzie o wybór zakończenia. Czy nie mogłabym otrzymać do przeczytania przynajmniej ich początku? Zwróciłabym wkrótce i z akuratnością — niemiecką. Tego listu politycznego przesłać jeszcze nie mogę, ponieważ kopia jedyna wysłana do Petersb[urga]. Nudna to zresztą rzecz.

Pieśń niech zapłacze przyślę, gdy tylko wyjdzie w książce, co podobno ma stać się wkrótce. Ale i tego czytać nie warto; drobiazg i słabość. Pieśń moja przebrzmiewa.

Wczoraj byłam na ładnym koncercie trzech śpiewaków przybyłych z Warszawy. Tenor był przepyszny. Raz jeszcze proszę o kilka choć kartek z Rzeczy anielskich.

Dni Pana od dawna są złe! Jakto? A miły pobyt nad morzem w Bretanii? A tak niedawne Słońce Prowanskie? Co się z nim stało? Pozdrowienia.

El. Orz.


26 VI 1905, Grodno

Drogi Panie

Długo nie pisałam i dla dwóch przyczyn. Pierwszą była wycieczka w dość dalekie strony litewskie, która zabrała mi dni dziesięć, a drugą — wielka, niewymowna przykrość wyrzekania się przybycia Pana tutaj. Ogromnie trudno mi było napisać: nie! i muszę napisać: nie! Odkładałam to z dnia na dzień, jak zwykle ludzie słabi odkładają akt nieunikniony a bolący. Nie podobna. Gdybym napisała: tak! naraziłabym Pana na spędzenie najsmutniejszego lata, jakie ktokolwiek spędzić może, takiego lata, które może być odpowiednikiem tylko całego smutku i całej nędzy naszego tu teraźniejszego życia. O tym życiu nikt z daleka dokładnego pojęcia mieć nie może, a Pan mało albo i wcale nie zajmujący się rzeczami tymi mniej jeszcze niż inni... Nie podobna mi nawet wyobrazić sobie Pana ani w Grodnie, ani w Druskienikach, gdzie spędzę drugą połowę lata. Moja obecność na niewiele by się przydała, bo czuję się zmęczoną, zgnębioną, skończoną, a krąży wciąż koło mnie rojowisko ludzkie, wśród, którego swobody ani pogody na dzień jeden ustalić nie podobna. Na wrzesień myślę uciec od tego wszystkiego w daleki kąt wiejski, ale dwa miesiące muszę jeszcze spędzić w taki sposób, jakim dzielić się z Panem chciałabym mniej niż z kimkolwiek na świecie. Niech Pan w pięknym jakim ustroniu górskim lub nadmorskim, wśród pięknej natury i błogiej ciszy, za którymi ja nadaremnie a namiętnie tęsknię, kończy anielski utwór swój, a potem mnie go przyśle. Spodziewam się tego jako nagrody za stratę wielką... Może zobaczymy się w połowie zimy przyszłej kędyś na zachodzie, może na przyszłą wiosnę tutejsza atmos[era lżejszą będzie, cichszą, czystszą... Nie wiem zresztą, co się ze mną stanie i co się w ogóle stanie. Wiem tylko, że wszystko, co miłe, łatwe, słodkie, pogodne, jest mi dziś tylko wspomnieniem. I te dnie, które spędziliśmy razem nad Aarem i u podnóża gór bawarskich... Może jeszcze kiedy, a może nie. Dziś pisać dłużej nie mogę. Upały panują tu podzwrotnikowe, takie że zieleń na drzewach usycha. Niech mi Pan znowu przyśle wieść o sobie kiedy niekiedy. I niech przybędą ku Panu z nadzieją, z radością, z twórczym upojeniem duchy natchnień wielkich! Czekać będę powiewu z południa... z zachodu... który przyniesie mi Rzeczy anielskie.

El. Orz.


9 IX 1905, Druskieniki

Tysiąc rzeczy wewnętrznych i zewnętrznych przeszkadzało mi pisać do Montreux i wtedy właśnie, gdy to uczynić miałam, przybyła karta z Caux! Już nie wiem, gdzie Pan jest i jak mam adresować. Posyłam do Wiednia, skąd najpewniej prędzej czy później...

Proszę o przebaczenie, dziękuję, pamiętam, myślą przebywam z Panem często, z domu napiszę może znowu do Wiednia. W Caux była p. Emilia Orz[eszkowa], moja niegdyś stryjeczna bratowa; hr. Rzyszcz[ewska] to jej córka, a p. Korab-Orz[eszko], syn. Ogromnie mi żal, że tak dawno do Pana nie pisałam!

Jaki Pan dobry, że przebacza i — nie zapomina! Co się dzieje z Rzeczami anielskimi? Lato przeszło mi nienajgorzej, ale czeka mię jesień głucha, smutna, niedobra.

Niech mię Pan ma za szczerze i bardzo Panu oddaną.

El. Orz.

Rozmyśliłam się i adresuję do Montreux.


29 X [! XI] 1905, Grodno

Drogi Panie

Nie wiem już i odgadnąć nie usiłuję, co Pan może myśleć o mnie tak długo, długo, długo milczącej i — nie dziękującej nawet za tyle miłych dowodów pamięci, tak z pozoru obojętnej i nawet prawie, ô grand hélas! niegrzecznej! Pragnę jednak, aby Pan nic nie myślał takiego, co goryczą, zniechęceniem, zapomnieniem do serca spływa. Jestem, doprawdy, w tych czasach ostatnich bardzo biedna, bardzo chora, okropnie targana i wzruszana przez dziejące się dokoła okropności, strasznie ścigana strachami rozmaitymi, nie o siebie naturalnie, ale o to wszystko, co od tak dawna, zawsze, było przedmiotem, moich trosk, myśli i uczuć. Tygodniami, miesiącami teraz nic wcale nie piszę, nawet listów; kiedy niekiedy kartę jakąś z konieczności. Bo też trzeba tu być, wszystko widzieć, wszystko słyszeć, odczuwać i przeczuwać, i przewidywać, aby zrozumieć stan nasz psychiczny. Dokoła chaos jak przed początkiem świata i te płomienie straszliwe na niebie i ziemi, które Apokalipsa dla końca świata przepowiada. Rewolucja, kontrrewolucja, konstytucja, represja, rzezie, bunty, awantury uliczne, strzelaniny dzienne i nocne, tysiąc różnych haseł, tysiąc domowych wojen, rząd bezsilny, ludność namiętnościami rozmaitymi rozszalała, wojska mordujące swoich wodzów i wystawiające armaty przeciw miastom, anarchia, zawierucha, wśród której jak chór archaniołów wśród mgły krwawej i rozmiotanej zarysowuje się grupa postaci ludzkich wyniosłych, wspaniałomyślnych, odważnych i mądrych, zaklinających burzę, aby uciszyła się, mocą największych słów i uczuć ludzkich. Ale nie ucisza się; prawdopodobnie archaniołów pochłonie otchłań i — nie wiem, co nastąpi. Nikt nie wie. W tej dziś już dla mnie tak dalekiej porze, gdyśmy się widywali, w porze słońca, pokoju, seledynowych wód Aaru i zielonych wzgórz bawarskich, nie przewidywałam, nie przypuszczałam, że będę wkrótce świadkiem jednego z najprzeraźliwszych dramatów, jakie ludzkość kiedykolwiek na ziemi odegrała. Stoję też teraz przed widowiskiem tym do głębi wzruszona, ciekawa, strwożona bez granic o los narodu, do którego należę, a który jest w tym dramacie jednym z aktorów głównych i może stać się jego zwycięskim bohaterem zarówno, jak jego ofiarą. Nic jeszcze nie wiadomo, nic jeszcze w przyszłości rozpoznać nie podobna.

O sobie, cóż napiszę o sobie? Długimi chwilami przestaję czuć samą siebie i odlatuje ode mnie własne istnienie moje jak źdźbło marnego prochu gnane potężnym wichrem burzy powszechnej. Chwilami jednak czuję się smutną bezdennie tym, że nic dla niczego i przeciw niczemu nie mogę, że jestem słabą, że jestem samą, tak samą, jak może nikt w świecie, gdy wszyscy w wielki dramat wpatrzeni i wczuci resztę oczu i serc swych mają tylko dla swoich, dla bliskich, dla drogich, a ja nikomu nie jestem ani swoją, ani bliską, ani drogą, więc wśród burzy i przed widokiem dramatu stoję jedna jak brzoza na polu... To smutne, lecz drobne, chwilami więc tylko serce ściska, a potem znowu dla niczego swego już miejsca nie ma ani w głowie, ani w piersi. Zimy tutejsze są mi teraz, mordercze. Przestałam znosić je tak jak dawniej z energią w nerwach i z piórem w ręku. Chłody, słoty i chmury czynią mię tak chorą, że gaśnie energia i o piórze myśli nawet być nie może. Niekiedy pragnienie słońca, ciepła, natury cichej i wolnej od zgiełków ludzkich powstaje aż namiętne, lecz wnet rzuca się w oczy ponury blask płomienia, który rozpalił się tu czy tam, czy ówdzie, i płomień wewnętrzny gaśnie. Nie mogąc pisać czytam wiele, czytam prawie ciągle. Czasem, z rzadka, dochodzą mię listy jednomyślnych ludzi z Polski, z Rosji, żądający[ch] odpowiedzi, zdania. Wtedy odpisuję i — znowu tylko czytam.

Drugie wydanie Ad astra wyszło, ale jak łatwo się domyślać, nawałnica przybiła je do ziemi. Nie miałam nawet o nim od wydawców wiadomości bezpośredniej, bo trudno bywa porozumiewać się z Warszawą; koleje całymi tygodniami bywają bezczynne.

Jeżeli w liście tym jest bezład, proszę mi to przebaczyć. Chciałabym, aby Pan uczuł w nim moją stałą, ciepłą, serdeczną pamięć o Panu i przyjaźń dla Pana.

El. Orz.


4 I 2906, Grodno

Zanim obszernie napisać będę mogła, przesełam kilku słowy serdeczne podziękowania, pozdrowienia i życzenia, aby ten rok nowy był dla Drogiego Pana rokiem szczęścia i pokoju. Jakim tu dla nas będzie, nikt przewidzieć nie zdoła.

Burza szaleje i wiry jej zakreślają w powietrzu znaki coraz więcej zagadkowe, tajemnicze. Pewna część nas ulec może zagładzie. Tymczasem żyję, myślę, przyglądam się i wśród grzmiących zawiei wspominam dnie pogody z Panem spędzone, krótkie, lecz pamiętne.

El. Orz.


7 II [l]906, godz[ina] 11-sta

Proszę o przebaczenie, że piszę tak rzadko, właściwie od dawna nie piszę wcale. Wspominam często, myślę przyjaźnie bardzo, wdzięczna jestem, za wszystko, za wiele, co w czasie swoim otrzymywałam. Ale przez miesięcy parę byłam tak strasznie zgnębioną fizycznie i duchowo, tak martwą i razem zbolałą, że już tylko godz[iny] 12-tej czekałam. Jeszcze jedenasta nie przeminęła i jakoś nagle zabrałam się do pracy trudnej, długiej, śmiałej. Teraz, mi ona czas pochłania i siły, nie tyle jednak, abym nie mogła przesłać Drogiemu Panu tak serdecznego uściśnienia dłoni, jak serdecznie dobrymi są moje dla Pana uczucia.

Wkrótce pewno napiszę obszerniej.

Oddana szczerze

El. Orz.

[dopisek pod reprodukcją obrazu W krainie snów Lippischa:] Skąd? dokąd? po co przyszli? dlaczego odchodzą? Z ciemności wypłynęły, w ciemność wpływają. Cienie płaczące po cieniach...


7 III 1906

„Tenir à la vie, c'est la perdre. Sacri[ier sa vie, c'est la gagner". l'Objet du sacrifice? Celui de notre foi et de notre amour.

El.


[7 III 1906 r., Grodno]

Drogi Panie

Od tak dawna nie mam od Pana wieści żadnej, że zaniepokojoną się uczułam, czy nie zaszło cóś złego. Proszę o trzy słowa.

Życie? zdrowie? pamięć? Naturalnie pamięć w stosunku do piszącej tę kartę, już prawie bez śladu utopionej w goryczach i truciznach tego życia i tego czasu. Chwile, któreśmy niegdyś z sobą przebyli, wydają mi się jakąś baśnią różaną, przedwieczną.

Jednak pamięć trwa, serdeczna, i prosi o wzajemność.

El. Orz.


[26 III 1906, Grodno]

Nim napiszę obszerniej, znowu słów kilka na skrzydłach ptaka, ze... skargą. Wielkie i różnostronne opanowały mię biedy. Przebywam serię zmartwień i niepowodzeń; proszę o chwilkę myśli współczującej u tego, z kim rozmowy włączałam zawsze do serii pogód i pociech. Wątpię bardzo, abyśmy w przyszłym lecie spotkać się z sobą mogli, bo prawdopodobnie zakopię się kędyś na wsi. Taka już jestem zmęczona i taka do dna smutna, że nie dla świata. Dla Pana zawsze wierna wspomnieniem drogim.

El. Orz.


27 IV 1906, Grodno

Drogi Panie

Od wieków powinnam była przemówić do Pana, mówić długo, dziękować, prosić... Nie mogłam. Góry wyrosły pomiędzy nami, morza rozlały się, przestaliśmy się rozumieć. Oto dlaczego nie mogłam. Nic mi nie daje prawa do obarczania czasu i myśli Pana prawdami życia mego, a z kart i listów widzę, że Pan wierzy w same tylko nie-prawdy. Zaprzeczać? Sprzeczać się?

Zwierzać się? Opowiadać? Czy podobna? I po co? Jednak kilku nieprawdom zaprzeczyć muszę, bo tak od prawdy dalekie, że aż bolą...

Nie jest prawdą, że w Druskienikach „bawiłam się szalenie (!!)". Do szałów w ogóle zawsze byłam mało skłonną, a bawiłam, się nieskazitelnie wesoło po raz ostatni w życiu mając lat 18 na wielkim balu wydawanym ku czci mojej osoby przez jednego z krewnych. Nie znałam wtedy prawd świata i życia, miałam suknię różową i brylanty we włosach, tańczyłam z rozkoszą podlotka, któremu czynią owację, i — był to ostatni bal mój w życiu. Zaraz potem przyszły klęski publiczne i osobiste, wielkie bóle i prace, a jeżeli i zdarzały się chwile przyjemne i wesołe, to zawsze nosiły na sobie skazy wyryte przez niepokój, zawód, zmęczenie i tym podobne potwory tego świata. A teraz... teraz na całej ziemi naszej z pochodnią Diogenesa znaleźć by nie podobna człowieka, który by bawił się nie już szalenie, lecz choćby nieskazitelnie wesoło. Byłażbym takim potwornym wyjątkiem? Mógłżeby Rodowski posądzać Sewerynę o możność „szalonego bawienia się" wśród napełniających jej puszczę widziadeł mordu, kłótni, wszelakich gróźb i zbrodni, a również i swych własnych nie opowiadanych, lecz niewypowiedzianych i nieuleczalnych cierpień?

Nieprawdą jest następnie, że uszczęśliwia mię projektowany obchód jubileuszowy — ale dlaczego, to już potrzebuje tłumaczeń tak szerokich, że ich nie przedsiębiorę. Tu trzeba by znać nastrój i stan obecny kraju, którego Rodowski nie zna, i psychikę Seweryny, której dna żadne oko ludzkie nie widziało. Ale również i to nie jest prawdą, aby uciechą czy pociechą miało być dla niej, że jakiś literat krakowski ma mieć czy miał o niej jakiś odczyt. Ona nie zasięgała nawet wiadomości, jaki to literat i jaki odczyt.

I jeszcze jedna nieprawda: to, że znajduję się w fazie wielkiej, pomyślnej, zapędliwej twórczości. Nic wcale tej zimy nie napisałam. Zaczynałam kilka rzeczy różnych i po dniach pisania porzucałam. Dla różnych przyczyn: zewnętrznych i wewnętrznych; przeważnie jednak dla pierwszych, które wytwarzają drugie. I pod tym względem, przecież wyjątkiem nie jestem. Tak jak bawić się szalenie, tworzyć tu teraz nie podobna. Gdyby Rodowski baczniej spostrzegał zjawiska polskiego życia, toby spostrzegł, że żadno z pierwszorzędnych piór po polsku piszących od lat paru nie pisze nic. Wytłumaczyć zjawisko to bardzo łatwo; jest ono zupełnie prostym, ale mnie pora kończyć o prawdach i nieprawdach, a przejść do czegoś innego, milszego...

Myślę o Panu często i zawsze przyjaźnie. Jestem Panu szczerze wdzięczną za to — że Pan o mnie jeszcze nie zapomniał! Pamięć człowieka o ludziach spotykanych, lubionych, nawet kochanych jest rzeczą tak niesłychanie rzadką, że wdzięczną czuję się za dowód, że ona jednak na świecie może być. W humorze mniej ponurym zstąpić można do mogiły mając dowód, że cóś szlachetnego, ciepłego i słodkiego może jednak na świecie być. Bliską jestem mniemania, że ciepło, słodycz, dobroć sączą z siebie na świat tylko liście i kwiaty, [ale i obłoki, tony i barwy, może też jeszcze zwierzęta, pewnych zwłaszcza gatunków. Że ozdabiać one mogą nie tylko królestwo natury, ale także i otchłań czy próżnię serca człowieka, za wiadomość o tym Drogiemu Panu dziękuję.

I za chęć przepędzenia ze mną raz jeszcze kilku chwil życia dziękuję również i serdecznie, i bardzo. Ale gdzie? Ale jak? Ja za granicę nie pojadę. Znowu: dlaczego? I znowu: bez tłumaczenia. Przyczyn wiele.

Opowiadać je? Po co? Są i takie, o których mówić wprost nie podobna, chybaby — przyjacielowi. Ale czy ja mam, jak świat szeroki i długi, przyjaciela? Zdaje się, że nie. Nawet najpewniej nie. Więc nie mówię o swoich troskach i niemocach daleko większych niż te odczyty, jakie mieć o mnie mogą literaci krakowscy. Zostaje więc przyjechanie tu do nas Pana. Jakżebym się nim cieszyła, gdyby... Wzewając mię do wyjazdu w kraje szczęśliwsze pisze Pan, że „zapraszać mię nie ma na co". A ja miałażbym mieć na co zapraszać? Lękam się, aby Pan w pracowitym swym i niezbyt bogatym w uciechy życiu nie stracił marnie pory odpoczynku swego i pewnej sumy związanych z nią uciech; i oto dlaczego nie proszę Pana o odwiedzenie mię tu czy w Druskienikach. Tu zresztą w porze letnich wakacji Pana nie bywam nigdy i być nie mogę. A Druskieniki, ta arena szalonych zabaw moich? Cóż o niej powiem Panu? Jest to zakątek z naturą ładną, dla nas milą, ale tak skromnie, że tak powiem, pierwotnie urządzony, że nie wyobrażam nawet sobie Pana na tle jego półdzikości. Nic dziwnego, że jest wpółdzikim. Przez lat kilkadziesiąt władali nim, gospodarzyli w nim ludzie wpółdzicy. Stał się po 1863-m r. własnością biurokratów rosyjskich, którzy zniszczyli wszystko, co przedtem było urządzonym dobrze, i — nic więcej nadto nie urządzili. Przed laty kilku zaledwie nabyła to na własność kompania kapitalistów polskich i czyni, co może, aby miejsce to znowu mieszkalnym uczynić, ale w tak krótkim czasie niedużo jeszcze uczynić mogła. Dość powiedzieć, że ani kanalizacji, ani wodociągów, ani porządnego oświetlenia jeszcze tam nie ma. Mieszkań ładnych, nawet wspaniałych jest kilka, przyzwoitych ilość pewna i jedno z nich ja najmuję, reszta niżej krytyki. Park z ładnymi widokami i dobrze utrzymany, ale nieduży; droga bita od stacji kolejowej tej wiosny dopiero ukończona; przedtem płynęło się tam z Grodna parostatkiem, będącym z powodu konstrukcji swej i innych szczegółów narzędziem nieludzkich tortur. A teraz druga strona każdego kuracyjnego miejsca: towarzystwo. Tu również trzeba brać rzeczy trochę od potopu. Dopóki miejsce zostawało w rękach rosyjskich, Polacy do niego nie uczęszczali. Uczęszczali za to bardzo gromadnie Żydzi rosyjscy i tak do tego przywykli, że teraz również składają się na trzy czwarte całego zgromadzenia. Nie jestem bynajmniej antysemitką, ale przyznać muszę, że gatunek Żydów rosyjskich nie jest gatunkiem ich najmilszym i że zgromadzenie ludzkie z nich składające się w trzech czwartych nie należy do najmilszych zgromadzeń tego świata. Pozostała jedna czwarta składa się trochę z Rosjan, przeważnie z Polaków, rozmaitych, jak zwykle wśród ludzi, ale jednak nie zawsze zabawnych. Czasem zdarza się jakąś godzinę przyjemnie z kimś przepędzić; zresztą, obowiązek towarzyski lub inny, obojętność albo i nuda. Tylko. Jedna rzecz tam wyborna, mianowicie łazienki. W ogóle część kuracyjna, lekarska, z wielką starannością i sumiennością, z wielkim też kosztem przez nowych właścicieli urządzona. Cała reszta oczekuje jeszcze popraw, odnów, rozszerzenia, oczyszczenia etc. Oto szczegółowy opis miejsca, w którym to lato, tak jak dwa minione, przepędzę; w nim, bo ono jedno jest mi wszechwzględnie dostępne. Lubię je zresztą pomimo wszystko, czego w nim nie lubić można. Niemen tam jest, drzewa są piękne, kawałki pięknego nieba wśród gałęzi odwiecznych drzew; i jakieś echa, pamiątki, nadzieje, o, nie moje osobiste! ale... czy ja wiem, jak to nazwać? puszczy, może... przyszłości jakiejś, czyjejś, nie mojej... Dla Pana cóż tu być może? Możnaż zapraszać kogoś, aby dlatego wyrzekł się gór, mórz, nim[ górskich i morskich? I dla mnie... Ależ ja dla przyjemności jakiejkolwiek, dla wdzięku życia jakiegokolwiek, dla jakiejkolwiek nadziei jestem, już absolutnie niczym! Do samego dna istoty swojej czuję się zmęczoną, wyczerpaną, zniweczoną. Duszę mam schorowaną w chorym ciele. Pojadę tam już około 15 maja st[arego] st[ylu], aby wcześnie rozpocząć kurację, bo prawie wcale chodzić nie mogę. Jest na co zapraszać? Prawda? Całej nędzy tu naszej ten tylko może być świadom i znosić ją może ten tylko, kto z nią zżył się i — jeszcze — kto ją za to właśnie, że nędzą jest, pokochał. Kto jej nie zna, niech nie pozna, bo już nie pokocha, a swoje dobro czy część jego straci!

Czy mi Pan na to długie dzisiejsze mówienie odpowie? Mam nadzieję, proszę o to. Niepewna, gdzie Pana w tej chwili myślą szukać, list ten do Wiednia adresuję. Proszę wierzyć w wierną i najlepszą pamięć moją, w serdeczne moje oddanie.

El. Orz.


6 VI 1906, Grodno

Drogi Panie

Jeszcze z Grodna piszę. Przeszkody różne wyjechać mi nie dały. Za kartę ze S[inksem pustyni i S[inksem ludzkości dziękuję bardzo. To, co Pan pisze O moim powstającym „dziele" i o stałości twórczych natchnień moich, dowodzi, niestety! małej uwagi, z jaką listy moje są nad Dunajem lub Wisłą czytane. W ostatnim skarżyłam się na to, że nic nie powstaje i żadnych natchnień nie ma. Od roku oprócz jednej noweli małej nie napisałam nic. Klęska to jest i rana moich teraźniejszych dni, ale inaczej być nie może. To, co wśród wczasów letnich pod ręką Pana powstanie, proszę mi przysłać. Przeczytam nie tylko z zajęciem, lecz chciwie i bardzo, bardzo przyjaźnie, a potem pisywać o tym do siebie będziemy. Czy dobrze? Proszę o to serdecznie! Nad Niemnem źle słychać. Prawodawcy zgromadzeni w stolicy gotują dla nas klęskę, która przewyższy wszystkie już zaznane. Naród nasz zagrożony jest dekapitacją. Gotuje się przewrót, który w zdumienie wprawi Europę, a całą naszą pracę i martyrologię udaremni.

Adres: p[rzez] Grodno, w Drusik[ienikach].

Pozdrowienia najlepsze.

El. Orz.


27 VIII 1906, Druskieniki

Drogi Panie

Serdecznie za pamięć dziękuję. Ujrzawszy kartę Pana westchnęłam ku pięknej Szwajcarii. Siedem lat! Tylko tyle! Mogłabym przypuścić, że siedemdziesiąt!

Straszna burza wciąż wre i huczy wkoło nas. Na szerokich przestrzeniach nie tylko wesołej, ale bezpiecznej piędzi ziemi nie ma. Gasną gwiazdy, ginie poezja, zginęła cisza ziemi, kruszą się i gasną przedmioty najczulszych ukochań, płyną rzeki krwawe. Z wichrów i gromów tych wyłoni się zapewne przyszłość jakaś, ale już nie moja. W grozie i żalu kończą się dni rozpoczęte w nadziei i radości, snute w pracy dla tego, co teraz bliskie skonania.

Zresztą, lato było pogodne i gorące. Mieliśmy dużo słońca, w którego blasku piękne były druskienickie drzewa i kwiaty, i wody.

Co dzieje się z Rzeczami anielskimi? Czekam, aby mi piekło moje rozjaśniły.

Marynia Obrębska, która jest ze mną, przypomina się życzliwej Pana pamięci. Ode mnie słowa serdeczne niezwykłych, trwałych, dobrych, miłych wspomnień!

El. Orz.


[26 XII 1906 r., Grodno]

Ucieszył mię bardzo głos dawno nie słyszany. Dziękuję. Nie zapomniałam, wspominam często, o przemówieniu do miłego towarzysza z Interlaken i Kis[s]ing[en] myślę często, ale... różne przywary ludzkie: lenistwo, zniechęenie ogólne etc... Oprócz tego od 3-ech miesięcy chora jestem na ciężką malarię.

Słońca by mi trzeba, zmiany aury etc.,ale nie podobna!

Wzajemne życzenia najlepsze, serdeczne. Tysiąc dobrych słów i wspomnień.

El.Orz.


9 IV 1907, Grodno

Drogi Panie

Ciągle myślę o pisaniu do Pana długim, ciągle nie mogę, na koniec piszę krótko, ale długo, długo, serdecznie dziękuję za otrzymywane karty śliczne i słowa na nich miłe. Za pamięć trwałą wdzięczna jestem, a trwałość pamięci i słodycz wdzięczności — rzeczy to równie rzadkie i drogie. Chciałabym bardzo mieć o Panu trochę szczegółów trochę bliższych, ale wiem, że w oddaleniach przestrzeni i czasu o nie trudno. Od jednego zapytania powstrzymać się nie mogę: co z Rzeczami anielskimi?

Nakreślę drugie jeszcze: co ze Słońcem Prowansalskim? ale niech je Pan z karty i pamięci wykreśli.

O sobie tyle tylko: jesień całą przechorowałam obłożnie i ciężko, od 3-ch miesięcy wiele piszę. Nie wszystko jednak z rzutu wyobraźni i chęci, wiele z obowiązku. Jubileusz! Deszcz listów, odezw, żądań, komplimentów w formach tysiącznych i obowiązek odpowiadania, dziękowania etc. A wrażenia jakie? Pisać o tym nie mogę. Scripta manent. Powtarza mi się w pamięci wiersz Wyspiańskiego]: „Słowa! Słowa! Słowa!" i Eklezjasty, którego nie mam już gdzie tu powtórzyć.

Pamięcią i uczuciami bardzo przyjaznymi jestem zawsze Panu bardzo bliską.

El. Orz.


7 V 2907, Grodno

Drogi Panie

Wieść o Rzeczach anielskich, że się już w utwór skończony wcieliły, sprawiła mi radość i dobrą nadzieję. Dlaczego nie znam ich jeszcze? Proszę o przysłanie. Przeczytam, napiszę wszystko, co pomyślę. Może pokłócimy się, jak bywało za czasów Ad astra, ale to pewna, że pogodzimy się zawsze na jakimś szczycie czy na jakiejś gwiaździe. Może zobaczymy się i na tej, która nazywa się Ziemią. Może sierpień tego lata spędzę w Nauheimie. Ale to jeszcze niepewne. Co najpewniejsze, to moje niezgasłe, dobre, serdeczne wspomnienie o Panu.

El. Orz.


(Bad Nauheim) villa Monopol II, 1 VIII 1907

Drogi Panie

Nie wiem, kędy właściwie szukać mam Pana kartą swoją; posełam ją pod stałym adresem wiedeńskim, z nadzieją, że zaniosą ją do celu losy dla mnie pomyślne.

Od tygodnia już znajduję się w Europie, w miejscu dość ładnym i miłym, które z przyczyn kuracyjnych zatrzyma mię zapewne do 8—10 września. Chciałabym serdecznie drogę powrotną skierować na Wiedeń, aby tam z Panem czas pewien przepędzić, ale na nieszczęście będzie to rzeczą dla mnie niepodobną. Pora stanie się nieco: spóźnioną i droga z Wiednia do Warsz[awy] (godz[in] 18) długą jest i męczącą. Czy nie mogę mieć nadziei zobaczenia Pana tutaj? Myśl o tym spotkaniu cieszyłaby mię niewymownie. Przeczytalibyśmy wspólnie Rzeczy anielskie, a może... pomyślelibyśmy o jakiej wspólnej znowu rzeczy. Odpowiedzi czekam.

El. Orz.


5 VIII 1907, Bad Nauheim

Drogi Panie

Nad chorobą ubolewam serdecznie i szczerze. Oby przeminęła najrychlej i obyśmy mogli spotkać się na jakim punkcie tego świata! Przed kilku dniami wysłałam kartę pod wiedeńskim adresem Pana. Nie wiem, czy zmienionym nie został i czy karta dojdzie. Więc treść powtarzam. Jestem i 4 tygodnie jeszcze zostanę w Nauheimie (Villa Monopol). Do Austrii z powodu odległości przybyć nie będę mogła. Czekam wiadomości, dokąd losy Pana zaniosą. Gdy ją otrzymam, porozumiemy się. Tylko , że i ja krakowskiego] adresu Pana nie posiadam; dlatego adresuję do Uniwersytetu. Marzę trochę, że może znowu cokolwiek dwoma głosami naszymi wyśpiewamy.

Pamiętająca, przyjazna i oddana

El. Orz.


16 VIII 1907, Bad Nauheim, villa Monopol

Drogi Panie

Jesień i zima zeszła przeszły mi w sposób niezwykły i męczący. Chorowałam, wiele, pisałam jeszcze więcej, wzruszeń i gości miałam najwięcej. Wyjechałam z domu wyczerpana i zmęczona tak, jak tylko człowiek być takim może, i znalazłam tu kurację znowu w stopniu najwyższym wyczerpującą i męczącą. Do jakiego stopnia kąpiele nauheimskie poczytywane są przez lekarzy za silne i ostrożności wymagające, to może być dowodem, że bawiąc tu już od 3-ch tygodni znajduję się jeszcze w ich serii przygotowawczej i jutro zaledwie przejść mam w fazę ostateczną, która potrwa 4 tygodnie. Ani wiem, ani przewidzieć mogę, w jakim po ukończeniu jej znajdę się stanie fizycznym i psychicznym. Co pewna jednak, to że jakakolwiek podróż męcząca ani pozwoloną, ani nawet możliwą mi nie będzie, że potrzebować będę odpoczynku zupełnego i długiego, który w domu tylko znaleźć mi będzie podobna. O Wenecji ani o Alpach marzenia nawet być nie może. I cóż bym tam wreszcie poczęła? Od lat kilku mam zdecydowane osłabienie i rozszerzenie serca, które mi ruch wszelki czynią trudnym i szkodliwym. Mamże podróżować do miejsc wspaniałych dlatego, aby na jeden ciasny ich odłam patrzeć przez okno hotelowe?

Wbrew zwyczajowi swemu szeroko Drogiemu Panu o biedach swych rozpowiedziałam, aby dowieść, że nie przez brak chęci, ale przez niemożność rzeczywistą na spotkanie Pana w strony dalekie dążyć nie mogę. Co do chęci, to owszem, szczerze i bardzo chciałabym widzieć się, rozmawiać i dłuższą jakąś chwilę spędzić z Panem. Skoro jednak droga Pana ku punktom innym wytkniętą już została, nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z losem przeciwnym i serdecznie życzyć Panu pogody słonecznej i jasnej na każdym z punktów tego świata, ku którym drogi życia kiedykolwiek Pana zaprowadzą. Moje życie długo już trwać nie będzie; nie tylko czuję to, ale i wiem o tym; dlatego wątpię, abyśmy kiedykolwiek jeszcze spotkać się i zobaczyć mogli. Lecz pragnę, aby Pan wiedział, że zdała i na niewidziane ma Pan jednak we mnie istotę szczerze, stale i przyjaźnie

Panu oddaną.

El. Orzeszkowa


23 VIII 1907, B[ad] Nauheim, villa Monopol

Za śliczne obrazki Zakopanego i towarzyszące im słowa miłe bardzo serdecznie Drogiemu Panu dziękuję. Listy nasze rozminęły się; w swoimpisałam, dlaczego na sposób żaden wycieczek dalekich stąd czynić nie mogę. Pobyt w górach zresztą jest mi surowo p[rzez] lekarzy wzbroniony. Szczerze i gorąco ubolewam nad złym stanem zdrowia Pana, skoro jednak [akt ten smutny bardzo już istnieje, pociechą byłoby mi wskazanie Panu kąpieli nauheimsk[ich] jako środka zaradczegoi. Spędzimy tu z Mar[ynią] Obr[ębską], która b[ardzo] uprzejmie Pana pozdrawia, jeszcze 3 tygodn[ie].

Serdecznie oddana

El. Orz.


23 VII 1908, Florianów, gub[ernia] mińska, stac[ja] Lachowicze

Drogi Panie

Całoroczne prawie milczenie moje nie zostawało w związku żadnym z uczuciami mymi, które pozostały niezmiennie i bardzo dla Pana przyjazne, ani nawet z okolicznościami zewnętrznymi, które by mi pisać przeszkadzały. Wypływało ono wprost i tylko z psychicznego usposobienia, w którym coraz głośniej i częściej rozbrzmiewają pewne maksymy Eklesiasty, tak znane, że ich tu powtarzać nie będę. Czas upływający często do fal wodnych porównywano. Przypomina on raczej kurzawę, która dno duszy tak grubą warstwą zasypuje, że się spod niej głos duszy z trudnością coraz większą wydobywać może. Nieraz im więcej miałoby się do powiedzenia, tym mniej się mówi. Na warstwie kurzawy przez czas naniesionej ostrze życia kreśli zgłoski: po co? I dusza milczy.

Dziwnie niepomyślnie dla mnie składają się zawsze okoliczności w stosunku do spotkania się i widzenia z Drogim Panem. Oto przed miesiącem prawie wywędrowałam z Grodna i znajduję się teraz o 15 godzin drogi od tego miasta i tyleż od Warszawy w letnim pensjonacie wygodnie i ładnie urządzonym tu przez właścicieli Florianowa, pp. Bochwiców, gospodarzy uprzejmych i miłych tej wsi pięknej, świeżej i spokojnej. Dobrze mi tu jest, zdrowo, spokojnie, swobodnie, ale teraz zmartwiłam się szczerze i głęboko, że ominie mię wielka przyjemność przyjęcia Pana w domu swoim, do którego żadnym sposobem przed wrześniem starego stylu powrócić nie będę mogła, gdyż ulega gruntownej i przewlekłej odnowie, a zatem i dezorganizacji. Tu znowu wątpię bardzo, aby Pan chciał przybyć z powodu odległości i głębszego jeszcze posunięcia miejsca ku nienawidzonej północy, a i prosić Pana o to pełnego prawa nie mam. Nie jestem, u siebie. Jestem w domu napełnionym po brzegi gośćmi, takimi jak ja pensjonarzami, w zdrojach powietrza przeczystego, w powodzi zieloności, w czarze ciszy świegotem ptaków tylko nalanej, odpoczywającymi po — krztuszącej kurzawie i nieznośnej wrzawie życia.

Tak los chciał. Z twardych dłoni jego przyjmuję to jedno więcej zasmucenie, tym jednak nieco pocieszona i za to wdzięczna, że Pan niezupełnie zapomniał o mnie i odwiedzić mię zamierzał. I proszę o głębszą, czynniejszą pociechę; o odwiedzenie mię listem, z którego powziąć bym mogła trochę bliższych o Drogim Panu wiadomości.

Co się dzieje z zamiarami pisarskimi? czy żyją jeszcze? albo może stłumiła je doszczętnie wielka Pani Nauka? w których okolicach Królestwa spędzi Pan tę porę letnią? Jakiego rodzaju jest magnes, który Pana do tego jądra kraju naszego: przyciągnął? Ogromnie też pragnęłabym wiedzieć, jakie wrażenie sprawi i jak się Panu podoba główne ognisko myśli, cywilizacji i — niedoli polskiej: Warszawa. Jeżeli Pan zechce nawiązać na nowo tę przez czas pewien zerwaną nić rozmowy naszej, z radością dobędę spod nasypu kurzawy życiowej kilka iskier swojej duszy i prześlę je Panu jako wspomnienie chwil wspólnych i niezapomnianych nigdy, jako objaw i dowód moich najlepszych dla Pana uczuć.

El. Orzeszkowa


22 VII 1908, Florianów

Za wszystko, co otrzymałam, podziękowania serdeczne — nad wiadomym zrządzeniem losu pożałowanie ponowne — o Rzeczy anielskie zapytanie powtórzone. Czyżby już nie?... Czyżby już imię Romskiego etc, etc.?

I jeszcze życzenia lata najmilszego na szczerze polskich niwach!

El. Orz.


Florianów, 1908 3 VIII

...Przecież to było: tylko

Bladym odbiciem,

Przelotną chwilką

I jętki życiem;

Trwało dzień krótki,

Nigdy nie doszło serca głębi

Ni tajni duszy,

Gdzie drzemią inne

Radości, smutki...

Przecież to było tylko

Cierniem i echem,

Nicią pajęczą,

Krótkim uśmiechem,

Przelotnych wrażeń tęczą,

Igraszką życiowej fali;

I jak cień blady,

Jak widma szare,

Niknie w oddali...

El. Orz.


18 VIII 1908, Florianów

Wyjeżdżałam stąd na dni kilka, dlatego na kartę Pana, którą tu po powrocie znalazłam, dziś zaledwie — odpowiedź.

Wiem, o, wiem, co zawód, co ból, co walka z sercem i ciężkim, i gorzkim! Więc rozumiem i współczuję, i pomocną być bym pragnęła, lecz sama jestem wesela i nadziei próżna, słów różanych ani porankowych nie mam. Powiedzieć mogę tylko: odwagi! Wiele jej trzeba, aby wbrew woli własnej, a na rozkaz wyższej — znosić życie. Ale dla Pana może ono jeszcze mieć nowe słońca i tęcze. Więc cierpliwości, a tymczasem: ad astra! Nie wiem, czy ta karta Pana jeszcze w Żukowie znajdzie. Jeżeli tak, to proszę o wiadomość: dokąd z Żukowa?

Bardzo przyjazna

El. Orz.


16 IV [l]910, Grodno

Żyję jeszcze — pamiętam wiernie, wspominam serdecznie, wszystkiego, co na ziemi słońcem jest i kwiatami, życzę gorąco.

El. Orz.