Przejdź do zawartości

Listy Orzeszkowej do Jana Karłowicza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki


Listy zebrane do Jana Karłowicza • Eliza Orzeszkowa
Listy zebrane do Jana Karłowicza
Eliza Orzeszkowa

[początek października 1879 r.]

W d[niu] 17(29) września otworzyłam, w Wilnie księgarnią przeważnie w celu przyłączenia do niej nakładów, które by stać się mogły użytecznymi prowincji naszej, ożywiając nieco ruch jej umysłowy i przyczyniając się — o ile można — do prostowania kierunków myślenia, tak bardzo i z wielu przyczyn w czasach obecnych krzywiących się i wypaczonych. Nie marzę wcale o tym, abym dla biednego a ukochanego kraju naszego wiele uczynić mogła, myślę tylko, że ponieważ los umieścił mię na drodze działalności do pewnego stopnia publicznej, powinnam czynić wszystko, co nie rozdzielonym jest ze mną granicami zupełnej niemożliwości. Celem moim jest rzucić w śpiący lub zbyt ruchliwy ogół nasz garść wiadomości i poglądów, które budząc jednych do myślenia i czynności powściągać by mogły innych od ruchów i rzutów ku krańcom dla społeczeństwa naszego szkodliwym i groźnym. Oto wszystko.

Skromną, lecz wielu trudnościami i niebezpieczeństwy zjeżoną robotę moje rozpocząć zamierzam od serii książek i broszur, które wyjdą drogą prenumeraty, a wyjdą one tą drogą dlatego przeważnie, aby warunki pieniężne nabycia ich dla jak najszerszej publiczności ułatwić i, o ile możności, zastąpić tym zupełny a dotkliwy brak miejscowej prasy. Do 1-ej serii, tej, po której, jeżeli wydawnictwo okaże się potrzebnym i pożytecznym, wychodzić będą dalsze, wejdą następujące, stanowczo mi już przyrzeczone dzieła:

T[eodora] T[omasza] Jeża „O spólnictwie, studium ekonomiczne", którego tendencją będzie zwalczanie wkradających się do nas prądów socjalistycznych]).

Walerii Marrene „O wychowaniu domowym". Ed[warda] Lubowskiego „Sąd honorowy", komedia. W[alerego] Przyborowskiego „Włościanie w Polsce" [...]

„Na zimowe wieczory", zbiór noweli Michała Bałuckiego [...] M[arii] Konopnickiej „Hypatia. Wesaliusz i Galileusz", trylogia dramatyczna.

El[izy] Orzeszkowej „Patriotyzm i kosmopolityzm]" [...] .

[Następowała prośba do adresata o współpracę]

Litwinem będąc i na Litwie stale mieszkając lepiej niż ktokolwiek inny znasz Pan stosunki i potrzeby nasze.


12 (24) października] 1879

Listy takie, jak ten, który dziś otrzymałam od Pana, wysoką nagrodą i silną Zachętą być mogą dla stokroć większych prac, niż są moje drobne roboty, które przecież muszą mieć chyba wartość jakąś, skoro obdarzają mię uznaniem i sympatią ludzi takich jak Pan.

[Zachęcenie adresata do] opracowania obrazu stosunków ekonomicznych i usposobień moralnych ludu wiejskiego na Litwie, najspecjalniej zaś obrazu postępów, które zaszły we wszechstronnym bycie klas włościańskich u nas od pory emancypacji do dni obecnych.


6 XI [starego stylu] 1879, Grodno

[...] pragnę opowiedzieć Mu ustnie i obszerniej o planach i zamiarach moich, a także zwierzyć się z pewnymi wątpliwościami, które Pan jako znawca kraju i społeczeństwa naszego wyjaśnić mi niezawodnie dopomożesz. W zawodzie całkiem dla mnie nowym potrzebuję rad i wskazówek, o które w życiu dość samotnym, jakie prowadzę, bardzo jest trudno. Obawiam się, abym nie popełniła kapitalnej jakiej omyłki, na własne siły mogąc zapewne coś liczyć, w zupełności jednak im nie ufając.

Wyznaję, że było to z mej strony tak zwane próbowanie szczęścia, stojąc bowiem stanowczo i gorąco po stronie patriotyzmu, a kosmopolityzm tłumacząc jako międzynarodową sprawiedliwość wzbraniającą ludom krzywdzić i nękać się wzajemnie, bardzo mało spodziewałam się, aby rzecz ta dozwoloną być mogła przez cenzurę. Z łatwością wyobrazi Pan sobie moją radość, kiedy zwrócono mi rękopism zatwierdzony przez cenzora i nie mający ani śladu błękitnego ani czerwonego ołówka.

W istocie dwóch przyjaciół moich bardzo starannie około tej sprawy chodziło, zawsze jednak widzieć w tym można cząstkowy objaw zmienionych nieco względem nas usposobieniłagodniejszej aury, która nad głowami naszymi powiewać zaczyna.


4 I 1880, Grodno

Zaopatrzyliśmy księgarnię naszą w znaczny i piękny dobór książek dziecinnych różnej treści, ceny i postaci. Było tego dość na obładowanie dwu wielkich stołów i pulpitów. Cóż stąd, nie nabywano ich prawie, nie zwracano na nie uwagi[...]

Nie wzgląd na kupieckie interesy nasze zwrócił uwagę naszą na fakt ten i obudził żal nad nim. Księgarnia rozwija się nadspodziewanie pomyślnie i 'nie mamy ani skłonności, ani potrzeby drżeć nad jakimś nie wyprzedanym artykułem. Ale znać w tym, jak dalece publiczność wileńska przyzwyczajoną nie jest do rzeczy nowych i pożytecznych i jak bardzo nie rozumie znaczenia literatury dziecinnej, która jednak ogromną posiada wagę jako część wychowania domowego, mającego w położeniu naszym mnóstwo innostronnych braków dopełniać i mnóstwu złym rzeczom zapobiegać.


14 IV [18]80, Grodno

Prasa tamtejsza niezbyt przyjaźnie usposobioną jest dla wszelkich zaczątków prowincjonalnego umysłowego ruchu, przewidując przy dłuższym i obszerniejszym jego rozwoju cień jakiś konkurencji, a jakkolwiek wiele i nawet szczerze mówi się tam o obywatelskich dążeniach i powinnościach, praktyka nie zawsze odpowiada wiernie teorii. Zresztą istnieją jeszcze pewne niedowierzania i wątpliwości co do zamiarów i kierunków nowej firmy. Wynika stąd głuche o nas milczenie prasy, przeciw któremu walczyć — wstyd mi jakoś było. Zbyt starą już jestem, aby czuć się zdziwioną lub obrażoną, z drugiej strony zbyt szczerze i na serio pracować pragnę dla celów nieosobistych, aby mię zdarzenia podobne, całkiem zresztą naturalne, zniechęcać miały. W tych dniach roześlemy przy wszystkich prawie pismach warszawskich prospekty wydawnictwa naszego, które szczęśliwie przeszły cenzurę i drukują, się w Warszawie. Prawdopodobnie spotkają się one z tym samym niechętnym ignorowaniem, które stało się udziałem pierwszych naszych kroków. Spodziewam się tego i niezbyt ufam w przesyłane mi stąd i zowąd przyjazne obietnice. Być może, iż bez łaskawości prasy warszawskiej sprawa pójdzie jaka tako, choćby kulawo. Trudno bo zaprawdę i wymagać od Litwy, aby sama przez się, nie napędzana przez nikogo, biegła. Jeżeli kulejąc idzie, to już dobrze.

[...] Przy pilnych i zręcznych staraniach udaje się czasem wyzwolić rękopis po 4-ch lub 5-ciu tygodniach więzienia. Wprawdzie cenzurować można równolegle rzeczy kilka, przedstawia to jednak tę ważną niedogodność, że wybierać nie pozwala pomiędzy pp. cenzorami tych, którzy najmniej przykry posiadają temperament. W ogóle staramy się, aby rękopisy nasze przyjmował od komitetu jeden z cenzorów, ten, przez ręce którego przeszedł „Patriotyzm [i kosmopolityzm]", a który był... uniwersyteckim kolegą jednego z moich przyjaciół itd. Tak idzie świat, rzecz prosta, że iść musi powoli...


15 V [starego stylu 18]80, Grodno

Na koniec prospekty nasze wydobyły się na światło dzienne, a nim pisma warszawskie przyniosą je Panu, śmiem przesłać pewną ich ilość prosząc abyś Szanowny Pan chciał rzucić za nimi tu i ówdzie przyjazne słowo. Wiem zresztą, że i bez tej prośby liczyć mogę z pewnością na pomoc i poparcie Pana. Nie należymyż do jednego bractwa walczących z tą przerażającą i przytłaczającą większością, o której Pan w ostatnim swym liście wspomina? Nie dążymyż do celów jednych, z różnymi zapewne siłami, lecz z jednostajnie dobrą wiarą i wolą; boć jeśli Pan sprawie postępu, a jak u nas zbawienia społeczeństwa, służy nauką i czynem, które dla kobiet pokolenia mego niedostępnymi być muszą, ja ciężką drogą samouctwa tyle przynajmniej zdobyłam, że w ślady mędrszych i silniejszych iść pragnę, a do pewnego stopnia i mogę. I jeszcze, gdybyśmy żyli przed wiekami paru, czyliż nie spotkalibyśmy się na jakim pięknym stosiku, pobożnymi dłońmi ku chwale Boga dobroci wzniesionym? a że żyjemy w naszym wieku, czyliż nie grożą nam zarówno pogrzeby bez chorągwi, krzyżów i kropideł? Widzi Pan, ile to pomiędzy nami zachodzi podobieństw i braterskich spójni! Dumną tym jestem i wyznaję szczerze, iż w zamian wszelkich owych pośmiertnych pomp i uświęceń z radością przyjmuję szacunek i przyjaźń ludzi takich, jak Pan, chociażby składali oni w społeczeństwie mniejszość nieskończoną.

Jednak pomimo że z natury skłonniejszą jestem do pesymizmu niż do różanych na świat poglądów, mniemani, że mniejszość, do której wraz z Panem mam zaszczyt należeć, nie jest tak mało znaczącą i tak słabą, jak pochlebiają sobie ci, którzy by zdławić ją pragnęli. Jednak zdławić się ona nie daje nigdzie, nawet u nas, ilość nagradzając sobie jakością i mocą tej właśnie jakości trwale przeciwstawiać się potężnej, lecz mętnej i bądź co bądź umniejszającej się wciąż fali obskurantyzmu i fanatyzmów wszech rodzai. Jeżeli u nas objawia ona mniej żywotności i siły niż gdzie indziej, myślę, że winą tego główną jest szalony brak środków, za pomocą których działać by mogła. Nie mamy swobody głosu i pióra, nie mamy ognisk wiedzy i umysłowości w ogóle, nie mamy na koniec, prozaicznie mówiąc — pieniędzy. Taka np. gazeta, o której Pan pisze, oddać by mogła istotnie sprawie postępu wielkie usługi, lecz wymagałaby też potężnych zasobów materialnych, które któż zaryzykować zechce? Największe zasoby spoczywają jeszcze w ręku arystokracji rodowej, która, jak zresztą wszystkie jej podobne, wcale o czym innym myśli i co innego czyni. Gdyby w Warszawie był istotny uniwersytet, a nie smutna jego parodia, gdyby wyższe zakłady naukowe zgarnęły do Wilna znaczną sumę sił umysłowych i odpowiednich dążności, gdyby rolnictwo i przemysł, zdobywszy sobie pomyślne warunki istnienia, zakwitły i wytworzyły możny jakiś, poza arystokracją, stan społeczny, wtedy, jestem pewną, walka pomiędzy żywiołami zastoju i postępu wzmogłaby się ogromnie w energią i skuteczność. Nie w tym więc, wedle mnie, jądro biedy, że jest nas niewielu, lecz w tym, że ani zgromadzić się około czegoś, ani z czego kuć oręży nie mamy. Toteż w stosunku do tych, którzy przyjdą później i na szczęśliwszy moment trafią, każdy z nas porównać siebie może do owej ewanelicznej postaci, która torowała drogi na pustyni, żyjąc szarańczą i miodem leśnym, nie otrzymując za to ani szczęścia, ani sławy... Na ten temat ułożyłam małą ramotkę, którą posłałam do owego nie kiełkującego jakoś Ziarna i którą wydrukuję na pierwszej stronicy kalendarza naszego, a ponieważ mówimy o tym z Panem, posyłam ją przy tym liście. Niedołężnie, lecz jak myślę, wiernie maluje położenie nasze. Skoro zaś obciążam list dodatkiem jednym, niech towarzyszy mu drugi jeszcze. Czy Pan czytał VEsprit nouveau Quineta? Dużo deklamacji i nadętości Micheleto — Hugo — Quinetowskiej, ale mnóstwo też wzniosłych myśli i prawd pocieszających. Na wypadek jeśli Pan książki tej nie zna, wypisuję z niej wyjątek stosujący się do owych pogrzebów, którymi Kościół policzkuje zwłoki i pamięć tych, którzy zbyt dumni i zbyt prawi byli, aby zaparciem się swych przekonań zdobywać sobie spokój za życia i pośmiertne honory...

„Le moment viendra ou les habiles ne mettront plus leur art a tromper. Ils mentiront moins, parce que tout le monde verra le mensonge. Ils desespereront de faire la nuit, parce que la lumiere se sera faite dans les esprits. Eux aussi accepteront le combat a la face du jour.

„Mais la mort vous reste, nous dit-on, et vous ne la vaincrez pas.

„II est vrai. Beaucoup de gens meme travaillent a nous la rendre plus cruelle. Ils veulent y ajouter encore, en empechant nos amis de nous faire cortege dans ce moment supreme. Point d'amis pour ceux qui ont ose penser et mourir comme ils on vecu! A ceux-la le silence, l'abandon ou le champ des supplicies.

„Barbarie vaine. II depend de tout homme de se preparer, pour l'heu-re supreme, un magnifique cortege, qu'aucune puissance humaine n'empechera de passer et de resplendir dans la nuit.

„Travaillons a nous faire notre cortege a nous-memes.

„Je convie autour de moi, quand viendra ce moment, les pensees les plus hautes et les meilleurs ou j'aie pu m'elever, les verites que j'ai rencontrees et servies, les idees immortelles qui m'ont apparu depuis ma jeunesse jusqu'a mon dernier jour. Qu'elles viennent et me protegent contre l'outrage au dela, de la mort".

Orszak ten, towarzyszący znieważonym a świętym dla ludzkości zwłokom pracowników jej i miłośników, liczniejszym jeszcze być musi, niż go opisał Quinet. Pomnażają go jeszcze wszystkie bóle i troski nie za siebie i nie o siebie przeniesione, wszystkie przykłady, zachęty i natchnienia, które ze szlachetnego i czynnego życia słoneczną łuną rozlały się dokoła, wszystkie chwile odkradzione własnemu szczęściu na rzecz niewłasnego dobra, wszystkie godziny i dnie, które by spłynąć mogły w pokoju i wesołości, a które rozważanie rzeczy ludzkich i współczucie dla nich napełniły niezgłębioną melancholią lub cięższą jeszcze walką z tysiącem zwątpień i desperacji... Takim był orszak pogrzebowy szanownej pamięci przyjaciela Pana, a wobec niego jakże niskim rojem, pełzną złorzeczenia fanatyków i plotki dewotek!...

Smutno mi bardzo, że nie zobaczę Pana w czasie przejazdu Jego przez Grodno. Za trzy już dni wyjadę na wieś, a śpieszyć muszę, gdyż od początku wiosny bardzo chorować zaczęłam i świeże, wiejskie powietrze potrzebne mi jak zbawienie. W ostatnich dniach czerwca mam zamiar udać się do morskich kąpieli, do Połongi[!], aby potem znowu na cały miesiąc wrócić na wieś, zanim jesień z ciasnotą i dusznością miejską, a także przyjaznymi dla pracy szarymi dniami i długimi wieczory nadejdzie. Jeżeli jednak przez czas tych wycieczek moich spotkać mię ma przyjemność otrzymania od Pana listu — czego spodziewam się i o co proszę — adres mój pozostanie ten sam zawsze: w Grodnie.

Z przyrzeczenia przysłania nam artykułu do kalendarza bardzo się cieszę, naprzód, że będzie on pióra Pana, następnie, że materiał kalendarzowy — wstyd wyznać! — mamy dotąd nadzwyczaj ubogi. Broszurę przysłaną z chęcią wielką włączymy do kalendarza, ale czy nie lepiej byłoby, ze względu na projektowaną ilość egzemplarzy (5000), przedrukować ją zamiast wklejać? Tym sposobem znalazłaby się ona pod postacią artykułu we wszystkich egzemplarzach. Czekam rozporządzenia Pana we względzie tym i z upragnieniem wielkim nowej Jego pracy.

Ogromną usługę oświacie krajowej odda Sz[anowny] Pan przez wydanie dzieła o mitologii i komentarza do Biblii. Wobec ogromnego ruchu, który panuje za granicą na polu historii i krytyki religii, u nas pustka ogromna. A jednak głównie i może jedynie ta to historia i krytyka skutecznie podkopać może przesądy i fanatyzmy wyznaniowe, jak też przyczynić się ogromnie do poznania istotnego pochodzenia i rozwoju pojęć moralnych i umysłowych ludzkości.

Owa wielka praca, o której tyle już razy wspominałam Panu, do której nie mam odwagi zabrać się o własnych tylko siłach, byłaby tej samej natury i na tymże polu. Od lat kilku układam plan i zbieram materiały do Szkiców z dziejów pojąć moralnych, pod jakim to tytułem przeprowadzić by się dało historią (szkicowo choćby traktowaną) rozwoju religii, zaczynając od pierwszych jej zawiązków w pierwotnej ludzkości i przechodząc następnie różne jej fazy, filiacje i odmiany u ludów starożytnych (Indie, Egipt, ludy semickie, Grecja, Rzym, szczepy germańskie.) aż do chrześcijanizmu — z jakiej to przeszłości wykazałoby się jasno pochodzenie tego ostatniego — po czym pierwsze wieki chrześcijaństwa, tworzenie się dogmatów, pożyczki zaciągane u starożytności, u szkoły aleksandryjskiej, u mitologii ludów barbarzyńskich itd. Paralelnie przeprowadzić by można niezmiernie ciekawy a tak w następstwach ważny dla Europy rozwoj religii żydowskiej (w epoce pochrystusowej), tworzenie się Talmudu i Kabały. Tu i ówdzie światła pewne mogłyby być rzucone na prawodawstwa i obyczajowość różnych ludów i czasów, lecz głównym przedmiotem byłaby zawsze religia, a raczej religie, wynurzające się jedna z drugiej i wzajem siebie wytwarzające, niszczące i dopełniające...

Lękam się, żebyś mię Szanowny Pan za lekkomyślną nie poczytał, iż śmiałam pomyśleć choćby o pracy podobnej. Wiem, iż jest ona ogromną i bardzo trudną i wielkiego bogactwa wiadomości i zdolności wymagającą. Lecz myśl, pomysł nie jest jeszcze grzechem, do wykonania zaś o; tyle tylko się wzięłam, że zapalczywie czytam książki z przedmiotem związek mające, robię notatki, wyciągi i — marzę, że kiedyś... może... Nigdy jednak sama jedna. Pragnę mocno, aby ktokolwiek znajdujący się w posiadaniu odpowiedniej wiedzy, a szczególniej metody, zabrał się do dzieła tego, a moją osobę wziął sobie do pomocy. Jako pomocnica współpracowałabym z całej siły — niewielkiej wprawdzie, ale szczerej, opracowywałabym te części, które najlepiej umiem, wedle ogólnego planu, w jak największej jedności myśli i formy z częściami opracowywanymi przez pracownika możniejszego, do innych służyć bym może mogła poszukiwaniem materiałów lub nasunięciem myśli jakiejś, którą niekiedy i słabsza głowa silniejszej poddać może, jeżeli nie jest zupełnie już słabą. Wspólne zresztą myślenie nad czymś, wspólne poszukiwanie nie tylko faktów, ale szczególniej wiążących je nici, to siła ogromna... Niechby robota ta ciągnęła się lat wiele — jeżeli przeżyję je jeszcze — lecz niechby cząstka tej pracy spełniona przeze mnie weszła zamiast kościelnej chorągwi — w skład pogrzebowego orszaku mego!...

Spostrzegam jednak, że pora mi skończyć ten list monstrualny, za monstrualność jego przeprosić Pana i wyrazić wysoki szacunek i serdeczną życzliwość, z jakimi pozwalam sobie uścisnąć dłoń Jego.

El. Orzeszkowa

Rękopis p. Krauzego i list S[ygurda] Wiszniows[kiego] [!] zwracam. Poezji nie mam gdzie i jak drukować. U pana Wiszniowskiego jeśli Sz[anowny] Pan wyjedna dla mnie cokolwiek, będę bardzo a bardzo wdzięczną.


[w lipcu 1880]

Nie odpisywałam tak długo na miły i wysoce mi cenny list Szanownego Pana dla różnych przeszkód ze strony tak zdrowia, jak zajęć pochodzących. Dziś śpieszę z podziękowaniem, za względności pełne przyjęcie propozycji mojej, która oby w czyn przejść mogła! Mam nadzieję, że w jesiennych miesiącach spotkamy się w Wilnie; może też — a przypuszczenie to formułuję z nieśmiałością wielką — zechce Sz[anowny] Pan powtórzyć wycieczkę swą do Grodna, która niezatarte pozostawiła mi wspomnienie. Wówczas obszernie pomówimy o zajmującym nas przedmiocie.

Tymczasem w sezonowych losach moich zaszła zmiana. Do morza nie jadę; naprzód dlatego, że czuję się znacznie zdrowszą, niż byłam w zimie, więc konieczność podróży tej zniknęła; następnie dlatego, że — czasu nie mam. Zobowiązałam się ogłoszonym prospektem do napisania dwu książek i pisać je nie tylko muszę, ale chcę. Mam po temu usposobienie i korzystam zeń nie zważając na porę roku. Zaczęłam robotę około książki O kobietach i z jej powodu mam do Pana prośbę. Przede wszystkim kilka słów rzecz wyjaśniających.

Utrzymują niektórzy, iż zagadnienie równouprawnienia kobiety wobec pracy i nauki została już u nas dostatecznie rozważonym i roztrząśniętym, zbadanym i rozwiązanym, że zatem podnosić je w piśmiennictwie już nie pora. Nie mogę na żaden sposób zgodzić się z tym zdaniem. Pomijając nawet wysokie abstrakcyjne sfery, codzienna obserwacja naucza nas, że tak nędze, jak niedorzeczności kobiecego świata są, na równi z miłosierdziem Bożym, niezgłębione i granic nie mające. Z innej strony, przewodnicy ogółu — pisarze, w znacznej większości trwają jeszcze w mniemaniu, że kobieta jest i być powinna lilią, aniołem albo kroplą rosy, że zaś naprawdę nie może ona w sposób żaden być tym wszystkim, wynika stąd, że pod działającymi na nią w tym kierunku wpływami staje się i zostaje niczym. We wszystkich bez wyjątku warstwach towarzyskich kobiety błądzą bez miary i cierpią bez miary. Codziennie widzieć tu można siłę jakąś i zdolność, która marnie ginie, poryw jakiś, po którym następuje niezbędny upadek, próbę jakąś zwieńczoną nieuniknionym niepowodzeniem. Ani w rodzinie, ani poza rodziną kobieta nie jest jeszcze taką, jaką zapewne będzie kiedyś.... Jestże to zagadnienie rozwiązane i załatwiona sprawa?

Że książki nic nie rozwiązują i nie załatwiają od razu, wiem o tym; że jednak słowo jest światłem i hasłem, bodźcem i narzędziem — wszyscy o tym wiedzą. Zwolna, zwolna orze ono grunt pod siejbę i sieje — od sposobu, w jaki to uczyni, w znacznej części zależą plony.

Oto uwagi, które skłoniły mię do rozpoczęcia nowej książki o kobietach. Nowej, gdyż przed laty dziesięciu raz już taką pisałam. Boże! jakże to było dawno! ileż zmian na świecie, a większych jeszcze We mnie. Rzecz to jest niesłychanie ciekawa zająć się przedmiotem, którym się przed dziesięciu laty zajmowało. Horyzont ten sam, ale jakże się wydłużyły linie jego i ileż przybyło mu i chmur, i gwiazd!... Książka, moja dzielić się będzie na trzy części: Kobieta w historii, Kobieta spółczesna, Kobieta polska. Materiałów mam do niej wiele, ale wszystkich potrzebnych nie mam, i tu jest prośba moja do Pana. Pierwsze dwa rozdziały, o kobiecie pierwotnej i indyjskiej, już napisałam wspierając się na Lubbocku, Tylorze, Spencerze, Max Mullerze, Jacolliocie i innych. Do historii kobiety Egiptu, Judei, Rzymu i Grecji uzbierałam już rzeczy najpotrzebniejsze; lecz gdy przyszło do chrześcijanki, do tego mianowicie przełomowego momentu, w którym z połączenia trwających jeszcze ustaw rzymskich i rozwijających się doktryn chrześcijańskich powstał odmienny wielowzględnie od poprzedzających typ kobiety — niedostaje mi wiadomości mnóstwa. A potrzebuję ich tym bardziej, iż postawić chcę tezę cale w piśmiennictwie naszym nową, mianowicie, iż niezupełną prawdą jest, jakoby chrześcijanizm wyzwolił kobietę. Silnie jestem przekonaną i dowieść tego chcę, iż jedynym dobrodziejstwem przez chrześcijanizm kobiecie przyniesionym było ustalenie instytucji i obyczaju jednożeństwa, a i tu są zastrzeżenia, gdyż naprzód, jednożeństwo panowało już w Rzymie (po części też w Judei i Grecji), następnie, do ustalenia się go dopomogły właściwości klimatyczne i rasowe w połączeniu ze sprzyjającą udostojnieniu kobiety tradycją Germanów. Owszem, wprowadzeniem w pojęcia i obyczaj ascetyzmu, podniesieniem do wysokości dogmatu judejskiej legendy o zgubicielce Ewie chrześcijanizm dużo powstrzymał rozwój sprawiedliwości w stosunku do losów kobiecych, przeciwstawiona zaś temu wszystkiemu cześć Marii nie była nowością, boć przecie starożytne ludy posiadały różnorodne boginie swe, wpływ których na społeczne ustosunkowanie wcale od wpływu tej nowej bogini mniejszym nie był. W ogóle twierdzić będę, iż chrześcijanka wieków średnich, aż do odrodzenia się nauk i aż prawie do wielkiego ruchu umysłów i stosunków w wieku 18-m, nie tylko w dostojności i szczęściu nie wzrosła, lecz przeciwnie, zsunęła się niżej od kobiety rzymskiej, po części nawet greckiej i judejskiej.

Aby tezę tę poprzeć dowodami czerpanymi ze źródeł, potrzebuję przede wszystkim Ojców Kościoła. Wszystkich ich posiadać i czytać — nie podobna. Czy nie wie Pan o dziele jakim, które by reasumowało w sobie główne prądy epoki pierwotnie-chrześcijańskiej, a szczególniej wyjaśniało stosunek tworzycieli Kościoła, Ojców i konsyliów, do znaczenia i stanowiska współczesnej kobiety? Jeżeliby Pan wypadkiem posiadał cóś podobnego, za pożyczenie mi skarbu tego byłabym nieograniczenie wdzięczną. Jeżeli Pan wie o dziele takim, o tytuł i nazwisko autora serdecznie proszę: Dalej znowu mam prawie wszystko: historie czarownicy, wyrobnicy, kasztelanki, dworskiej damy i metresy, autorek takich, jak pani de Sevigne albo margrabina de Crequy... Z nich to bowiem składa się galeria średniowiecznych kobiecych typów. Ale chrześcijanki pierwotnej, nie Perpetuy i Felicyty, które dowodzą zapewne czegoś, lecz są zaledwie drobnym okruchem obrazu, chrześcijanki pierwotnej, takiej, jaką uczynić ją musiały doktryny Pawła, Tertuliana i konsyliów, nie znalazłam jeszcze, to jest, wiedząc o niej wiele nie znalazłam tego, co by dla prawdy wiadomości moich dowodem służyć mogło. Wierzę mocno, że jeśli tylko jest to rzeczą możliwą, znajdę w Panu chętną i przyjazną radę i pomoc. Na koniec, nie tylko na tym punkcie, ale i na wszystkich innych punktach tej zamierzonej i rozpoczętej pracy za każde rzucone mi światło szczerze i bardzo wdzięczną będę.

I — jeszcze jedna propozycja. Zaraz po powrocie do domu, we wrześniu lub październiku, prześlę, jeżeli Pan pozwoli mi na to, katalog książek moich. Zbiór to niewielki — tysiąc paręset tomów — ale być może, iż znajdą się w nim rzeczy nie znane jeszcze a użyteczne Panu. Wzajemnie, korzystać będę z radością i wdzięcznością z każdej cząstki biblioteki Pana, której użyczyć mi Pan zechcesz. Nadmieniam przy tym, że z obcych języków czytam tylko po francusku i niemiecku; angielskie zaś dzieła w przekładach francuskich lub niemieckich. Teraz ja i panna Kościałkowska uczymy się po czesku i trochę już umiemy.

Antropologii Waitza nie znam i kiedy będziemy już brać się do dzieła naszego, będę o nią Pana prosiła. Natomiast dwa razy już przewertowałam H[erberta] Spencera Principes de Sociologie, pyszne podstawy do budowania „momentu narodzenia się duszy ludzkiej". Czy dzieło to znane Panu, a jeżeli nie, czy mogę nim służyć i kiedy?

Długu mego za wkupienie mię do Instytutu Etnogr. Par. w tej chwili nie zwracam, gdyż list ten wysyłam przez posłańca, który by nie umiał sobie z przesyłką pocztową poradzić. Za dni kilka będę miała lepszą okazją. Żyjąc na wsi zna Pan całą doniosłość wyrazu tego.

Z wysokim szacunkiem i przyjaźnią

El. Orzeszkowa


28 VII [18]80, Świsłocz; adres: w Grodnie

Za słowa zachęty, za wskazówki i rady, za książki przesłane — serdeczne dzięki! Lecky'ego miałam u siebie, jakkolwiek w innej formie, bo tylko ostatni rozdział tyczący się kobiet, jako broszura pt. die Stellung der Frauen. Laurenta mam też w domu i chciałam właśnie sprowadzać go na wieś, gdy przyszedł mi od Pana. W tych dniach zwrócę trzy przesłane mi tomy i katalog, w którym się jeszcze rozejrzeć nie mogłam, z kolei zaś serdecznie proszę o trzy książki Klarysy Bader, których nie znam, i Scherra Kultur und Sittengeschichte. Załączani spis źródeł, które przysługują mi do I-ej części książki mojej (Kobieta w historii), prosząc o szczere zdanie, czy na podstawach takich rzecz może być poważną i wiarogodną. Nieocenionym źródłem do życia kobiet w czasach wszystkich, a przynajmniej do jednej strony życia tego, jest Baudrillarta Hi-st[oire] du luxe, 4 potężne tomy. Wiele też z tego, co wiedzieć chciałam o pierwszych wiekach chrześcijaństwa, znalazłam w Magie et Astrologie Alfreda Maury. Mam też w pamięci wiadomości trochę zaczerpniętych z czytań różnych i dających się wiązać w pewne loiczne łańcuchy. Z tym wszystkim czuję dobrze, iż trzeba by więcej — daleko więcej.

Jednak na pocieszenie przyszła mi myśl pewna czy raczej pytanie, którym dzielę się z Panem prosząc o odpowiedź. Czy nie należy strzec się zbytku gorliwości i niejako chciwości w zbieraniu materiałów? Czy dla umysłu ciekawego i do pewnego przynajmniej stopnia oświeconego, więc świadomego wielu stron i punktów przedmiotu, może być kiedykolwiek materiałów, czyli wiadomości, dosyć? A gdy z innej strony niesłychane dziś rozgałęzienie wiedzy i olbrzymia mnogość druków usuwają granice poszukiwań wciąż dalej i dalej, czy wypadkiem posuwający się wciąż za tą odsuwającą się granicą pisarz nie dojdzie do kresu żywota swego prędzej niż pożądanej przez się wiedzy? W takim zaś razie społeczeństwo poniosłoby stratę niewątpliwą w postaci zysku umysłowego, mniej lub więcej cennego, który by z udzielenia mu wiadomości, mniej lub więcej zupełnych, stał się jego nabytkiem. Znaną jest Panu zapewne metoda pisania, którą posługiwał się August Comte, a która polegała na tym, że w porach życia na pisanie przeznaczonych nie czytywał on nic wcale (Littre, Auguste Comte et la Philosophie positive). Rozumiem dobrze, iż podobny sposób postępowania odpowiednim być może tylko dla umysłów obdarzonych tak potężną inicjatywą, jaką posiadał umysł Comte'a, i pracujących w dziedzinie myśli bardziej abstrakcyjnej niż konkretnej. Jednak do pewnej miary sprowadzona owa, jak ją zwał założyciel pozytywizmu, hygiena umysłowa zdrową być może dla pracowników wielu. Zdaje mi się też, iż ograniczonym do stopnia pewnego materiałem posługiwać się mogą ci przede wszystkim pisarze, którym, idzie mniej o fakty jak o idee, mniej o specjalizowanie przedmiotów jak o wyprowadzanie z nich pewnych praw i wniosków. Natenczas, przypuszczani, iż dla każdej popieranej idei, dla każdego wykazywanego prawa i wyprowadzanego wniosku należy tylko, ale to już koniecznie, posiadać grupę faktów najcharakterystyczniejszych, najbardziej typowych, które by ideę, prawo i wniosek wyjaśniały i zatwierdzały. Nie wiem, czy wytłumaczyłam się jasno i zrozumiale. Jeżeli tak, chciej Pan powiedzieć mi, czy i o ile mam słuszność. Dodać jeszcze muszę, iż taką przewagę ilościową pracy twórczej nad mrówczą uważałabym za szczególniej pożyteczną w społeczeństwie naszym, tak nieszczęśnie ubogim w dzieła krytycznej i filozoficznej natury. Czy nie zbawiennie jest dawać mu, jeżeli nie wyczerpujące studia, to przynajmniej szkice, ale ogłaszające myśli nowe i rozsiewające wiadomości, o których dotąd cicho u nas i głucho? Tyczy się to szczególniej wszelkich odrośli dziejów cywilizacji, które dla ogółu naszego są gruntem całkowicie nieznanym, a bez znajomości którego postęp wszelki musi być zawsze błogim tylko marzeniem.

Tak częste i tak długie listy pisuję do Pana, że nie wiem doprawdy, czy Pan znajomości naszej złorzeczyć nie będzie. Co do mnie, błogosławię ją, bo daje mi tak rzadką, tak nieskończenie rzadką u nas przyjemność dzielenia się myślami z umysłem nie tylko bratnio usposobionym, ale o tyle wyższym, że je pod światłą krytykę jego poddać mogę. Za podział ten, na który Pan zezwolić raczyłeś, i za pomoc umysłową, której udzielasz mi Pan i udzielać przyrzekasz, serdecznie Panu wdzięczna

El. Orzeszkowa

Źródła do I-ej części książki O kobietach, czyli do Kobiety w historii (z wyłączeniem kobiety polskiej, gdyż historyczne o niej wiadomości mieścić się będą w części 3-ej, mającej mieć tytuł Kobieta polska):

J. Lubbock, l'Homme primitif; tegoż Dzieje cywilizacji pierwotnej; Tylor, la Civilisation primitive; H. Spencer, Principes de la Sociologie; Hartmann, les Peuples de l'Afrique; Max Muller, Essays sur l'Histoire des Religions; Jacolliot, la Femme dans Vlnde; Barthelemy-S[ain]t-Hi-laire, Boudd[h]a et sa Religion; Thonissen Etudes sur le Droit criminel des Peuples anciens; Ebers, 1'Egypte; Gratz, Geschichte des Judentums; Munk, la Palestine; Lecky, Stellung der Frauen; Laurent, Etudes sur Vhist[oire] etc; Alfred Maury, la Magie et l'Astrologie; Michelet, la Sorciere; Dora d'Istria, Des Femmes par une Femme, Laboulaye, Recherches sur la Condition civile et polit[ique] des Femmes; Legouve, Hist[oire] morale des Femmes; Baudrillart, Histoire du Luxe (w perspektywie Klarysa Bader i Scherr). Zresztą, po powrocie do domu przejrzę kilka dzieł, których z sobą nie mam, i wedle tego, co w nich znajdę, rękopis dopełnię. Są nimi: Gibbon, De la Chute de l'Empire Romain; Mom[m]sen, Hist[oria] Rzymu; Hallam, Hist[oire] du Moyen Age;Draper, Dzieje cywilizacji itd. Zaś do historii robotnicy średniowiecznej znajduje się trochę wieści w Leroy-Beaulieu, Praca kobiet w 19-m wieku, jakkolwiek książka ta jest właściwie źródłem do Kobiety współczesnej.

El. Orz.

Wspomina Pan o Szalonej Kraszewskiego. Cóż to za horror! Jako dzieła sztuki słabizna niezrównana, jako tendencja — nonsens. Trzebaż było być w uniwersytecie, aby robić to, co robiła „szalona"? Myślę, że podobne kierunki życiowe wyprzedziły istnieniem swym wszystkie na świecie uniwersytety. O powieści tej pisać będę w 3-ej części mojej książki.

El. Orz.


1880 r. d[nia] 6 września [starego stylu], Swisłocz

Szanowny Panie

[...] Z „Kalendarzem" mieliśmy bied tysiąc i jedną. Zrazu pozwolić nań nie chciano i dopiero usilne starania kogoś, kto się naszymi interesami przy cenzurze zajmuje, sprawiły, że Komitet zgodził się oddać go do przeczytania jednemu z cenzorów. Ten, Iwaneńko jakiś, wykreślił nam blisko 10-du arkuszy pisma, co w drobnej rzeczy takiej sprawiło szczerbą nieprawdopodobną. Trzeba było ją zapełnić, wynaleźć parą innych drobiazgów i posłać je jako dopełnienie, które do tego czasu jeszcze z czyśca nie wyszło i nie wiadomo, czy w porą wyjdzie — a jeśli nie wyjdzie, rzecz cała wyglądać będzie strasznie dziurawo. Pomiądzy innymi rzeczami wykreślono całkowicie co do jednej litery moją własną komedyjkę i pogadanką Kościałkowskiej o przeszłości Wilna. W komedyjce mojej Koroniarz z Litwinem, kłócą się o wyższość i lepszość rodzinnych swych prowincji, a u końca rozrzewnieni wspólnością wspomnień i ukochań godzą się i uznają, że są braćmi[...] W innych artykułach całe stronice i karty pokrzyżowane błękitnym ołówkiem. Srogość ta wzglądem „Kalendarza" jest tym dziwniejszą, że książka Przyborowskiego o włościanach, zawierająca mnóstwo punktów wątpliwych, wyszła z próby czysta jak krzyształ i bez żadnej błękitnej plamki. Czy to umyślne i obmyślane, czy wypadkowe i ze stanu humoru wynikające? Lecz wynika stąd, że na nic liczyć nie podobna i z niczego żadnych wniosków ani wskazówek wyprowadzać. Dziś tak, jutro inaczej — z tym w ten sposób, z tamtym w inny!

Srodze przed Panem zawiniłam tak nieprędko na miły list Jego odpisując. Usprawiedliwienie moje: czasu nie miałam. W ostatnich tygodniach zgromadziło mi się tyle roboty, żem nie wiedziała, do czego wprzód brać się wypada. Jeździłam, za interesami do Wilna, pisałam jakąś nowelę, czytałam jakieś rękopisy itd. Z redagowaniem i cenzurowaniem wydawnictw roboty sporo, a tu i samej cóś napisać trzeba, i korespondencją interesową załatwić.

Zapytuje mię Pan, którą z literatur uważam za najwięcej wpływającą na bieg i rozwój cywilizacji: angielską czy francuską? Dotąd przekonaniem moim było, że przodownicze miejsce takie zajmuje literatura angielska, że takie np. hipotezy, jak ta, którą postawił Darwin, i takie prace lub pomysły, jak Stuarta Milla, Baina, Spencera i innych, kopią u podstaw samych gmachy stare, a wznoszą podstawy też same dla nowych. Można by tu nawet cofnąć się w przeszłość, aż do Bacona i jego metody doświadczalnej, która zmieniła postać całego widnokręgu naukowego, wtedy gdy np. francuski Descartes z lekka go tylko zmącił, tła samego nie śmiąc czy nie umiejąc naruszyć. Francuska znowu literatura ma wedle mnie tę wielką zasługę, że zdobycze już otrzymane wybornie szerzyć umie; bywa ona jednak najczęściej zaprawną w sentyment i deklamacją, przez co właśnie spełnia może najlepiej propagatorską swą rolę, lecz co przeszkadza jej zstępować w same głębie rzeczy i skierowywać się ku samym ich najpierwotniejszym zaczątkom. To ostatnie czynią najlepiej Anglicy, a nie przez Co innego, tylko przez mrówcze zbieranie faktów, czyli materiałów, naprzód, a potem przez niesłychanie śmiałe wyprowadzanie z nich, jeżeli nie ostatecznych wniosków, to przynajmniej hipotez. Przez przedmiotowość swą, która wyrabia się tylko wobec ogromnej ilości znanych faktów, i przez śmiałość myśli swej, wyrobionej całym ich historycznym wychowaniem, Anglicy, zdaniem moim, stanowią pierwszy szereg budujących nową fazę rozwoju ludzkości.

Czy my za wzór sobie brać powinniśmy Anglików lub Francuzów? pytanie inne. Tu, zdaje mi się, jak zresztą wszędzie i zawsze, stać się może nie to, co by wedle naszego poglądu korzystniejszym być mogło, ale to tylko — co być może. Rzecz to klimatu, wychowania historycznego i mnóstwa czynników, które od wieków na społeczeństwo oddziały wuja. Faktem jest, że — toute proportion gardee — podobniejsi jesteśmy do Francuzów niż do Anglików, musimy zatem pisać więcej na francuski niż na angielski sposób i — nie ma na to rady. Wyjątkowe jednostki wyłamać się mogą spod prawidła tego, nie przestanie ono przeto być prawidłem. Przecież nie to mię martwi, żeśmy sposobniejsi do prac drugorzędnych, lecz to, że w tych nawet setne jakieś zajmujemy miejsce. Nie nad tym płaczę, że nie posiadamy Spencerów, Darwinów, Millów itd., ale że jedyny w dziedzinie pewnej Supiński nasz jeszcze nie zdołał z metafizyki wybrnąć — czego dokonała już większość Francuzów — a w innych dziedzinach nie ma nawet i Supińskich.

Czy w zapatrywaniach się tych moich wiele popełniam błędów?

O odpowiedź proszę. Raz jeszcze bardzo Pana za winę moją przepraszam i z głębokim szacunkiem pozostaję.

El. Orzeszkowa


21 XI [starego stylu 18]80, Grodno

Dziś wyjeżdżam do Wilna.

[Przesyłam Spencera] i — katalożek mój, który wstydzi się bardzo podróżować ze świetnym spisem księgozbioru Pana. Jest on — na wzór wszystkich prawie niewieścich robót — i ubogi, i źle ułożony. Tu i ówdzie jednak posiada cóś ważniejszego i piękniejszego, czym gdybym mogła przysłużyć się Sz[anownemu] Panu, czułabym się prawdziwie uszczęśliwioną.


29 XII 18[80], Grodno

Wydawać dzieła [...Spencera] byłoby dla mnie niemal szczęściem. W obecnej jednak chwili nic jeszcze pewnego powiedzieć o tym nie moge[...] Mniemam, że gdy dzieł Spencera prawie jeszcze nie posiadamy w przekładach, książka o moralności stanowiłaby całość pewną lepiej w sobie zamkniętą niż socjologia. Byłaby też może więcej czytaną jako bliższy, a raczej łatwiej spostrzec się dający związek z życiem posiadająca i tym sposobem torowałaby drogi dziełom tegoż autora bardziej z pozoru oderwanym.

Na „Kalendarzu" wydrukowanym w 3/4, a wstrzymanym przez cenzurę, straciliśmy około dwóch tys[ięcy rubli...]

O prawo wydawania kalendarzów polskich w Wilnie procesujemy się. W Petersburgu, w głównym zarządzie cenzury z pomocą p. Spasowicza wygraliśmy sprawę, ale ostatecznie resolwować ją ma jen[erał]-gu-bernator, sam jeden mocen znosić czasowe ukazy innego jen[erała]-gu-bernatora. Mamy nadzieję, że odnośny ukaz Murawjewa zniesionym zostanie. Odezwa głów[nego] zarz[ądu] cenzury, bardzo nam przyjazna, przybyła właśnie w tych dniach do kancelarii jen[erała]-guberanatora. Wkrótce rzecz stanowczo rozstrzygniętą zostanie, nie tylko już dla nas, ale dla wszystkich teraźniejszych i przyszłych wydawców wileńskich. Nie udało się nam obejść ukazu, może go przekreślimy.

W życiu jak w lesie. Gdzieś tam piękne słońce świeci i tu więc blaski jego dochodzą czasem. Czasem jednak robi się bardzo ciemno. [Książka O kobietach] zaledwie zaczęta [...]


12 I [starego stylu 18]81, Grodno

Ze strony księgarni wszystko istotnie idzie dobrze, tak dobrze, że prawie świetnie. W roku ubiegłym mieliśmy obrotu 18 000 rubli, co na początek jest wiele. Z każdym zaś miesiącem suma ze sprzedaży wynikająca zwiększa się niewiele, ale stale. Przy tym inwentarz księgarniowy wzrasta szybko i najpewniej za lat kilka przedstawiać się będzie dość okazale. Nie z tej więc strony troska i niebezpieczeństwo, lecz ze strony wydawnictw, które dotąd nie bardzo się nam jakoś udają. A jednak i materialnie, i przede wszystkim moralnie strona to najważniejsza. Być może, iż zadanie te przewyższa siły moje, być może też, iż chwieje się dotąd z powodu drogi, na którą je wprowadziłam, a która nie jest zupełnie utartą drogą. Bądź co bądź przywiązałam się do roboty tej i opuszczać jej nie myślę, chyba się ostatecznie przekonam, żem do niej niezdatna.

[Pomyślne wieści w sprawie „Kalendarza Wileńskiego" z Petersburga pozwalają mieć nadzieję „Kalendarza" na r. 1882]. Będą to raczej kalendarze, gdyż w razie stanowczego zezwolenia władz wydamy dwa, jeden droższy dla klas ukształceńszych, drugi tani dla niższych.

Żałowałabym niezmiernie, gdyby minąć nas miało tłumaczenie Spencera przez Pana dokonane. Chciej Pan łaskawie objawić nam warunki swoje, a jeżeli tylko będziemy w możności zadość im uczynić, odbierzemy Gebethnerowi i Warszawie zaszczyt wydania pracy najszanowniejszego autora-Litwina.


25 stycznia [starego stylu] 1881, Grodno

Kłócić się — nie jest zwyczajem moim, tym razem jednak nie wystarczyło mi cierpliwości ani pokory. Czy Pan wie, kto ukrywał się pod anonimem owym w ,,Gaz[ecie] Polskiej"? Może wieść ta nie doszła jeszcze do Pana. Oto — Sienkiewicz, Litwos. Dowiedziałam się o tym już po wydrukowaniu artykułu mego. Któż by się był spodziewał, aby ten świetny umysł i talent poniżał się do bezimiennego pisania, do przywdziewania takiej lichej, tekturowej zbroi! Pisano do mnie z Warszawy, że autor „Hani" i „Szkiców węglem" czuje się trochę zafrasowanym i — zawstydzonym.

Teraz w ostatnim n[umerze] „Prawdy" Swiętochowski zrobił go Holofernesem o ściętej przez mściwą Judytą głowie, a wspominając o Ameryce wyraźnie nań wskazał. Dla mnie to prawdziwa awantura, bo Sienkiewicza osobiście znam i bardzo lubię, a talent jego ad,miruję do tego stopnia, że, słusznie czy mylnie, uważam go za zupełnie pierwszy to beletrystyce naszej. Cóż robić jednak! niechaj się olbrzymi za płotami nie ukrywają.

[Spasowicz doniósł] o zupełnym, stanowczym, zniesieniu cyrkularza Murawjewa, tyczącego się wydawania w Wilnie kalendarzy polskich': Ostatecznie rozstrzygnęło się to u jen. Todlebena, który na zapytanie, główn[ego] zarządu cenzury udzielił najpomyślniejszą odpowiedź. Główny zarząd ze swej strony odpowiedź tę zakomunikował tutejszym komitetom cenzury[...] Zatem literatura polska na Litwie wraca do praw tych, które posiadała przed 1863-m rokiem. Zatem odnieśliśmy choć malutkie, częściowe zwycięstwo, zdobyliśmy choć malutkie miejsce pod słońcem. Co prawda w naszej jest teraz mocy miejsce to nieco rozszerzyć... Teraz marzę o czymś jeszcze dalszym. Gdyby to zdobyć pozwolenie na publiczne polskie odczyty w Wilnie. Kto wie! przy obecnym łaskawszym trochę podmuchu da się to może zrobić.


7 marca [starego stylu] 1881

Piszę [...] króciutki rys początków literatury polskiej, więc o Reju i Kochanowskim; jak się to często jednak zdarza, przedmiot zajął mię więcej, niżby tego dorazowa potrzeba wymagała, i dla napisania kilku kartek i zrobienia kilkunastu wyciągów przeczytałam kilka tomów. Naturalnie jest to tylko odnowienie sobie w pamięci pierwszych mistrzów polskiego słowa, lecz przy wczytywaniu się w nich nabierają oni uroku wielkiego i zaczytać się łatwo, na czym znowu pośpiech w pisaniu traci.


24 III [18]81, Grodno

[...] napisałam nowelę dla Prawdy, całkiem, już prawie sfabrykowałam mały kalendarz wileński...

[...] czytam prześliczne dzieło Friedlandera o Rzymie.


22 IV [starego stylu] 1881, Grodno

Mam wielką ochotą na tle tym, sprawę zakładania banków wiejskich za temat biorąc, napisać komedyjkę w rodzaju „Pokociło się". Wiara w poprawianie chłopów przez cuda i oglądanie się na utytułowanych) przedstawia wyborny żywioł komiczny, przyzwyczajenie do pęt takie, że w chwili nawet, gdy one spadają, ramiona mocy swej odzyskać już nie mogą — jest istotnie tragicznym. Napisałabym to zaraz, ale przeszkadza mi słońce wiosenne...


29 VII [starego stylu] 1881, Miniewicze

[...] przerabiam nieco, tj. poprawiam Pierwotnych, aby ich Ateneum zaraz, po Nowym Roku drukować mogłoś


20 września 1881, Miniewicze nad Niemnem

[„Kalendarz Litewski"] na koniec wyszedł! „Wileński", znacznie większy, ukaże się za miesiąc. Czuję sama, że „Litewski" nie jest takim, jakim by być powinien, ale była w tym zawierucha i niepewność taka... Cała zasługa jego to może, że brzydką książką nabożną nie jest. Z całego serca proszę Pana o pamięć dla obu przyszłorocznych kalendarzy naszych.

Wiejski kąt, choć najęty, milszym mi jest daleko od tego miasta, iv którym osadziły mię losy[...] brak umysłowego i artystycznego użycia tu wynagradza się ciszą, spokojem, a nade wszystko naturą piękną, bo nie potrzebując nawet wychylać się przez okno z głębi pokoiku mego widzę Niemen] i za Niemnem bór sosnowy i wszystko, co jest nad tymi. i dokoła tego [...]

Drobne to widoki i piękności, lecz wraz z książką i piórem stanowią cichy urok powszedniego życia.


17 Xl [18]81

„Kalendarz Wil[eński]" przepadł; śliczna, mała praca Jeża pokreślona na prawo i lewo, mocno zepsuta itd., itd. Jednak pomimo wszystko trzymamy się jakoś przy swoim i nawet — marzymy [...]


17 I [18]82 [starego stylu], Grodno

[Broszurę „O Żydach i kwestii żydowskiej"] wczoraj na koniec skończyłam [...]

Wartości jej strasznie niepewną jestem i męczy mię to bardzo. Tym tylko uspokajam się, że jako broszura niewielkich rozmiarów, rzecz czysto publicystyczneg[o] charakteru, a w dobrej wierze i z niejaką, choć b[ardzd] niedostateczną znajomością przedmiotu pisana, wpływu złego nie wywrze, a ruch pewien około sprawy wywołać może. Ponieważ u końca uwag moich wszystkie kwestie społeczne z żydowską włącznie zredukowałam do kwestii oświaty, a dla możliwości podniesienia się skali umyslowości publicznej upomniałam się o wyższy niż dotąd szacunek dla nauki i tę niepodległość myśli, bez której ona rozwijać się i wpływów swych wywierać nie może — wiem przeto, że ściągnę na siebie i pisemko swoje albo burze i pioruny, albo grobowe milczenie. Mało mię to obchodzi. Lękam się o to tylko, czy nie popełniłam zuchwalstwa, czy w najlepszej wierze nie popadłam w grube jakie błędy. Ale na to rady nie ma. Gdybym powyższym obawom, które zawsze i silnie czuję, ustępowała, nigdy chyba nie wzięłabym pióra do ręki.

Aż mi wstyd teraz wspominać o kalendarzach, ale wszak każda rzecz na świecie posiada właściwe sobie miejsce i znaczenie. Tegorocznym kalendarzom naszym nieźle powiodło się na świecie. „Litewski" rozszedł się całkiem, „Wileński" spóźniony strasznie, płynie jednak powoli i dość przyjazne odzewają się o nim głosy. Oba więc i na rok przyszły ułożyć i wydać trzeba[...] obiecuję sobie, iż na rok przyszły daleko bogatszym być powinien.

[„Słowo"] jest to jedna więcej kropla ciepłej i mętnej wody, dolana do tej wanny, w której prasa warszawska ogół nasz z podziwienia godną wytrwałością od lat tylu kąpie. Są tam felietony Litwosa — o niczym[...]


19 II [starego stylu 18]82

[...] śmiem wysłać Panu trzeci tom „Z różnych sfer". Jest tam „Zefirek" i srodze skrytykowana przez Sienkiewicza „Sielanka", a także owa „Złota nitka", która zmusiła mię do zrobienia awantury ,,Kuńer[owi] Warszawskiemu". Sienkiewicz nieubłagany jest w swoich: nie ma.

Czy Pan czytał tę ciekawą polemikę pomiędzy panią Kowerską i Litwosem z jednej strony a Konopnicką z drugiej. Kowerską i Litwos utrzymują, że chłopi nasi są powszechnie i doskonale szczęśliwi, a kto inaczej utrzymuje, ten zdradza sprawę publiczną. Konopnicką odpowiada ślicznym wierszem w „Tygodniku Ilustrow[anym]". Byłby to jeszcze piękniejszy wiersz, gdyby się doń nie wmieszał Chrystus. Ale to już widać niezbędna przyprawa myśli polskiej, w najwyższych choćby jej strefach.


10 III [starego stylu 18]82

Artykuł polemiczny (!) ,,Przegl[ądu] Tygodn[iowego]" oburzył mię do najwyższego stopnia. Podobne niesprawiedliwości i nieprzystojności obrzydzają świat i ludzi. W ogóle prasa warsz[awska] staje się coraz bardziej nieprawdopodobną i lękam się doprawdy, czy jeśli tak trwać będzie, udział w literaturze ludzi rozsądnych i niezależnych nie stanie się niemożliwym. Co najsmutniejsze, to że zamiast postępu i polepszenia od lat kilku idzie tam wszystko coraz gorzej, niżej i — głupiej, i że stosuje się to tak do konserwatywnych, jak i do postępowych dzienników. „Prawda" nawet, zdaniem moim, nie jest już tym, czym zrazu była. Zawsze jednak jedyny to brylant. Dla wszystkich myślących ten upadek literatury bolesnym być musi, dla piszących to rozpacz. Ja przynajmniej rozpaczam i są dni, w których mi ręce od roboty wszelkiej odpadają. Po cóż? dla kogo? itd., itd.

[Artykuł Karłowicza o głównych błędach przeciw polszczyźnie chciałaby Orzeszkowa drukować w obydwu kalendarzach], bo rzadko kto dwa kupuje, a każdy czytać to powinien.

[...] czytam dużo: Kalinkę, Tain[e]'a, Szczedryna, którego admiruję, Dostojewskiego, który mię zdumiewa. Tyle geniuszu w połączeniu z taką pierwotnością formy i nawet do pewnego stopnia pojęć nigdy jeszcze nie spotkałam. Jego Zapiski z miertwaho doma są i wspaniałe!, i zarazem obrzydliwe. Dla nas, dzieci cywilizacji zachodniej, takie ukształtowanie głowy pisarskiej zupełnie jest niezrozumiałym.


15 IV [starego stylu 18]82, Grodno

[...] P. Zawadzki zamierza na rok przyszły wydać b[ardzo] piękny istotnie i obszerny kalendarz, któremu podobnego ja. na sposób. żaden utworzyć nie mogę.


30 maja [starego stylu] 1882 r., Grodno

Jednocześnie z rękopisem, który zwracam, przesełam Szanownemu. Panu najserdeczniejsze podziękowanie za to, żeś mi go Pan pierwej niż innym przeczytać pozwolił. Czytanie to sprawiło mi tę najżywszą zapewne z przyjemności umysłowych, jaką jest widok myśli silnie wspartej na podstawach rzetelnej wiedzy i — pomimo ciasnej użyczonej jej przestrzeni — rozwijającej się z tą szerokością i zwierciadlaną jasnością, których tylko przyzwyczajenie do porządnego myślenia użyczyć może. Podobny sposób wykładania przedmiotu nam samoukom, choćby nawet dość pojętnym, na zawsze niedostępnym pozostać musi. Po prostu, zdolni do myślenia, myśleć nie umiemy i jakkolwiek znaczny zasób wiadomości zebralibyśmy w błędnych podróżach naszych po krainie nauki, nie przestaje on nigdy, w większym lub mniejszym stopniu, przedstawiać obrazu pełnego dziur jako tako łatanych — kwiatami. Posiadając o przedmiocie zupełnie te same pojęcia, co więcej, choćbym posiadała o nim zupełnie tęż samą sumę wiadomości, nigdy bym go w podobny sposób przedstawić nie potrafiła. Jest tu jakaś metoda prostująca linie i pogłębiająca perspektywę obrazu, jakaś surowość myśli a karność wyobraźni, które zapewne mogą być udziałem tylko prawych wychowańców nauki — nie przypuszczam bowiem, aby miały być wyłączną właściwością umysłów męskich. Co do mnie, sposób pisania taki, metodyczny, surowy, ścisły, a przecież ani ciepła, ani ożywienia nie pozbawiony, był wiekuistym przedmiotem pożądań moich. Trzy razy próbowałam dosięgnąć go (O kobietach, Patriotyzm i O Żydach) i trzy razy stworzyłam — obrazy dziurawe, z porwanymi liniami i pełne kwiatów. O! te kwiaty! Dziwna to rzecz, jak uparcie czepiają się one pióra — kobiety może, najpewniej samouka! W zamyśle, postanowieniu, obmyśleniu rzecz ma być poważna, surowa, mniej więcej przynajmniej naukowa (!); w wykonaniu — staje się girlandką ku przystrojeniu dziecinnej główki. Czy wie Pan, że ja tę różnicę pomiędzy umysłem męskim a kobiecym, albo lepiej zapewne: umiejącym i nie umiejącym myśleć, zauważyłam nieraz w rozmowach moich z Panem. Szczycę się tym, że pojęcia o rzeczach tego świata mamy jednostajne, lecz gdy wyrazić je przyjdzie, ja zużyć na to muszę stu wyrazów, Pan głębiej i trafniej je określi w dziesięciu albo, jak to parę razy spostrzegłam, po prostu w trzech. Zdaje się jakoby to było te same ziarnko, tu owinięte w miękką i splątaną pelę — która acz ładnie błyszczy niekiedy, zawsze łachmankiem jest — tam wydobyte już z obsłon wszelkich, gotowe i jasno przedstawiające się do nazwania po imieniu. Dla wysokich przymiotów umysłowych szczerą czcią i miłością przejęta, różnicę tę spostrzegałam w rozmowach naszych z wewnętrznym uśmiechem radości. Takież wrażenie wywarło na mnie czytanie rękopisu Pana. Łączyło się z nim przecież i wrażenie smutku, bo skreślony przez Pana, obraz szlachty naszej zaprawdę wesołym nie jest, tym mniej zaś wesołym, że, wedle mnie, zupełnie prawdziwym. Zdaje mi się, że nie podobna byłoby wierniej i bezstronniej osądzić tę grupę społeczną. Parą myślami, które nasunęły mi się przy czytaniu, podzielę się z Panem. Czytałam niedawno Sejm Czteroletni Kalinki. Książka ta, pomimo tu i ówdzie rozsianych księżych intencji i tendencji, z wielkim talentem pisarskim kreślona przedstawia niezmiernie plastyczny obraz szlachcica polskiego z epoki odnośnej. Jest on tak jak w obrazie Pana nie wyrobionym w sensie politycznym, gadatliwym przez brzegi, lekkomyślnym, próżnym, niekiedy oświeconym promieniami padającymi z Zachodu, częściej ciemnym. Istnieje tam przecież jeszcze jeden rys, jak mi się zdaje, godzien uwagi i różniący go nieco ze szlachcicem innych krajów. Rys ten — to uparta, często ślepa na jedno oko, ale w samym źródle swym szlachetna miłość swobód politycznych, miłość, która jeśli z jednej strony była przyczyną niesforności i niekarności politycznej, to z drugiej budziła obrzydzenie względem, absolutyzmowi [!] i arbitralności do rdzenia szlacheckiej duszy sięgające i uchroniła szlachcica polskiego od dworactw i służalstw, tak wżytych podówczas w szlachtę francuską, a z których, zdaje mi się, szlachta np. niemiecka do dziś dnia jeszcze otrząść się nie może. Zawsze myślę o tym, że którykolwiek z wielkich naszych malarzy historycznych powinien by wziąść sobie do wymalowania scenę z sejmu piotrkowskiego, chwilę tę raczej, w której sejm z Kmitą na czele upadł na klęczki przed Zygm[untem] Aug[ustem] — w sprawie małżeństwa jego z Barbarą — a król zdumiony niezwykłością zdarzenia porwał się z tronu i odkrył głowę. Wątpię, czy był podówczas gdziekolwiek drugi monarcha, którego by zgięcie kolan poddanych zadziwić i do wzajemnego aktu uszanowania skłonić mogło. Czy w tym poczuciu praw i przede wszystkim może godności indywidualnej człowieka, raczej szlachcica, nie spoczywa zagadka długotrwałego jednak i pełnego bolesnych wstrętów oporu naszego przeciw arbitralności i absolutyzmowi rządów porozbiorowych? Czy gdyby Polska była monarchiczną, a szlachta jej do ujęcia w karby bardziej podatną — przy innostronnych srogich niedoborach narodu — nie zbrakłoby nam już sił i możności do przechowywania przez lat sto indywidualności narodowej? Skądinąd ten duch niepodległości, ta — jeżeli można tak powiedzieć — rzeczpospolitość szlachecka wytworzyły w Polsce rzecz bardzo piękną i wcześniej daleko, niż ona w wielu innych miejscach powstała, to jest: parlamentaryzm. Jakim on był? Pytanie inne.

Niesfornym też często i niekarnym, w ostatnich stuleciach wybujałym i aż zgubnym. Ale — był; i myślę nawet, że musiał miewać od czasu, do czasu swoje piękne, wspaniałe chwile. Jedną z takich były chyba ostatnie dwa lata czteroletniego sejmu, gdy ten burzliwy i niesforny żywioł szlachecki ujął sam siebie w niejakie karby i cóś stanowić zdołał. Nie wiem, czy historycznemu szlachcicowi naszemu nie należałoby przyznać z tej strony pewnych dobrych przymiotów i nawet zasług względem cywilizacji położonych. Bo bądź co bądź swobody polityczne i sposoby używania ich do dziś jeszcze nie są powszechnie i doskonale wcielonym ideałem. Kto więc na wcielenie to jakkolwiek i kiedykolwiek pracował, ten ludzkości w jednej z najtrudniejszych jej robót mniej lub więcej dopomógł. Zdanie to wyraziłam z nieśmiałością, jak zwykle samej sobie nie ufając. Niech Szanowny Pan zrobi z nim, co zechce.

Drugą myślą, która mi przez głowę przemknęła, gdy rękopis Pana czytałam, jest ta, że lekkie wycieniowanie przedmiotu, w kilku wierszach zawarte, mogłoby może subtelność ujęcia go zwiększyć i zarazem, bez rozmijania się z prawdą, uchronić autora od zarzutu zbyt czarnego malowania, które obyczajem literatury naszej niezbędnie spotkać Go musi. Wycieniowanie to, wedle mnie, znaleźć by mogła miejsce w części obrazu przedstawiającej społeczne cechy szlachcica polskiego, więc pracowitość, oświatę, czyli stopień jej, próżność itp. Otóż o ile spostrzegać mogłam, cechy takie, jak lenistwo, ograniczoność pojęć, małpiarstwo wyżej postawionych i idąca za nim mimowolna zawsze prawie nieuczciwość, właściwe szlachcicowi naszemu w ogóle, maleją lub potęgują się na różnych stopniach wysokości świata szlacheckiego. I tak: jeżeli wykreślimy linię, której szczyt sięga magnaterii, a koniec topi się w zagrodowej szlachcie, pojętej jako część gminu — to zobaczymy, że ku dołowi linii tej zwiększają się jednocześnie pracowitość i ciemnota, ku górze próżniactwo, próżność i pozorna oświata, polegająca głównie na ogładzie i estetyczności form towarzyskich. Szlachcic niezamożny, tak zwany dawniej drobny obywatel, pracuje w pocie czoła, w pocie czoła pracuje najczęściej i połowica jego. Naśladują oni nieco zamożniejszych od siebie, ale niewiele, rzadko kiedy tak, ażeby przez to byt rodziny w ruinę a sumienie w błoto pogrążyć. Są więc ogólnie biorąc pracowici i uczciwi. W. zamian ciemnota tu idealna. Wyżej znowu, bliżej ku magnaterii, potęguje się cecha próżniactwa i naśladownictwa, a zatem i nieuczciwości — mimowolnej. Oświata fałszywa, istniejąca tu, jest może tą samą ciemnotą warstwy niższej, w inną tylko formę ujętą. Wedle mnie, na tym to szczeblu, będącym niejako podnóżkiem magnaterii, okaz szlachcica przedstawia się ze strony najbardziej ujemnej, z samej tylko może ujemnej. Język nasz posiada na określenie tego okazu wyraz wyborny: półpanek. Nic w świecie dla mnie obrzydliwszego nie ma nad półpanka, płci obojej. Czystszym i wyższym, i jeszcze, powiedzieć można, produkcyjniejszym jest ten „drobny obywatel", ciemny umysłowo jak noc, to prawda, ale którego praca i moralne przymioty jakąkolwiek przyszłość dla następnych czasów i pokoleń obiecuje. Średnia zamożność i średnie urodzenie przedstawia zapewne punkt, na którym lenistwo, ciemnota i próżność najbardziej usuwają się przed przeciwnymi im przymiotami, nie znikając naturalnie, tylko znacznie zwężając się. Gdyby polityczne i ekonomiczne warunki sprzyjały wznoszeniu się niższej warstwy szlacheckiej ku zamożności średniej, dającej możność oświecania i rozszerzania strony umysłowej, byłaby to może jedyna perspektywa wzmożenia się całej grupy w zdrowie i siły. Bo co się tyczy magnackich podnóżków, są one częścią grupy rozłożoną i którą ogniem satyry i potępienia bez miłosierdzia palić, trzeba. Tu już panuje kompletny atawizm moralny: małpy w ludzkich postaciach. Może by wprowadzenie takich poddziałów w jedno albo dwa miejsca pracy Pana nie zaszkodziło jej, a zamknęło usta tym, którzy pewnie zechcą nazwać Pana ,,złym ptakiem"? Me wiem, i z tym także niech Pan uczyni, co zechce. Z otwartością, do której zobowiązała mię nieskończona względność Pana dla mnie, powiedziałam, co pomyślałam.

I nie wiem też, jakimi słowami dziękować mam Panu za przyrzeczenie mi ponownych odwiedzin i zapoznania mię z szanowną swą żoną. Oczekiwać Państwa będę z niepokojem, aby cokolwiek tej nadziei mojej nie zniszczyło. Gdybym wiedziała o dniu przejazdu Państwa przez: Grodno, nie wyjeżdżałabym stąd, aby żonie Pana oszczędzić trudów kilkomilowej podróży. I nie mam jeszcze dnia wyznaczonego na wyjazd na wieś; wątpię, aby nastąpić mógł prędzej jak za dni dziesięć, później jak za dwa tygodnie. Nic mi się w tym roku dobrze nie składa. Duszę się trochę w mieście, a uciec zeń przeszkadza mi to to, to owo. Najgorsze to, że nic jeszcze robić nie mogę. Tak jeszcze pełną mam głowę ruin mego zamku na lodzie, że nic w niej porządnie rozsnuć się nie może. Czekam wpływu wsi i końca interesów wileńskich, o których Szanowny Pan wie pewnie od p. Makowskiego, że znajdują się dotąd w niezbyt wesołym położeniu. P. Nahorski z Petersb[urga] nic nowego nie przywiózł. Czy Makowskiemu pozwolą księgarnię nową otworzyć? Pytanie. Tymczasem kłopotów stąd mnóstwo i — żalu sporo, i niczego już nie chcę, jak zacząć pisać moje rzymską powieść i — zapomnieć, może zapomnieć się.

Za książki sto razy dziękuję. Brinio jest bardzo ładny, ale druga to prawdziwy skarb wiadomości takich właśnie, jakie mi nadzwyczaj potrzebnymi były. Czytam ją z przyjemnością i pożytkiem wielkim.

Śmiem prosić Pana o dwie wskazówki: Czy i jaki istnieje polski atlas świata starożytnego, bo z francusk[im], a mianowicie [.'] niemieckim miałabym kłopot tłumaczenia nazw, często całkiem inaczej po polsku brzmiących? I — jakie jest pismo beletrystyczne angielskie, które bym mogła z pożytkiem dla uczącej się po angielsku młodej lektorki mojej wypisać?

Cóż więcej Panu napiszę?— To chyba, że masz Pan we mnie na zawsze sobie zdobytą, całym sercem oddaną i wdzięczną przyjaciółkę.

El. Orzeszkowa


9 czerwca [starego stylu] 1882 r., Grodno

Wczoraj uwiadomiono mię z Warszawy, że artykuł Pana o mojej broszurze do „Prawdy" bezszczętnie wykreślonym został. W ogóle od paru tygodni wykreślono wszystko, co gdziekolwiek być miało o pismach moich. Widać cenzura ma pod tym wzglądem polecenie jakieś. Mała więc nadzieja, aby pisma moje drukować pozwolono.


23 VIII [18]82, Miniewicze

Jak zawsze, list Szanownego Pana powitałam z radością. Dziękuję za pamięć o mnie. Cieszę się serdecznie i szczerze myśląc, że tam będzie Panu lepiej, niż było tu. Tysiąc najlepszych życzeń przesełam do opisanej mi willi. Obyście w niej Państwo znaleźli największą sumę spokoju i szczęścia, jakiej życie udzielić może.

Ze mną nic nowego. I cóż by nowego być mogło Najpewniej położenie moje długo jeszcze zmianie żadnej nie ulegnie. Na wszelkie niedogodności jego skarżyć się nie mam prawa, ponieważ są one następstwami moich czynów — których spełnienia, w dodatku, nie żałuję. Wiem dobrze, że ci, którym się nie powiodło, w oczach świata nie mają nigdy słuszności i że być zwyciężonym znaczy dla większości ludzi to samo, co być winnym. Jednak pociechą pewną jest myśl, że przez czas jakiś marzyło się o czymś dobrym i użytecznym, że część siebie i swego złożyło się w ofierze duchowi światła. Zresztą, nie darmo w czasach ostatnich wczytywałam się pilnie W pisma starych stoików. Przemówili mi oni do duszy i dziwnie głęboko wypisali w niej słowa: „Nic nie ma dobrego, jeno to, co uczciwe, nic nie ma złego, jeno to, co sprawiedliwości zaprzecza".

Pocieszając się w ten sposób, cicho bardzo żyję w znanych. Panu Miniewiczach, które pod względem zdrowia służą mi wybornie. Od dawna już nie czułam się tak zdrową, jak tego lata. Przyczynia się pewnie do tego prawdziwie południowy klimat, który w tym roku zapanował u nas. Aż do dnia dzisiejszego mieliśmy dnie upalne a wieczory ciepłe, ciche, gwiaździste, śliczne. Dla mnie zaś jedyny środek leczniczy — ciepło; latem zwykle bywam zdrowszą, zimy całe prawie przechorowuję i pewna prawie jestem, że w południowym kraju jakim mieszkając byłabym zdrową idealnie. Tymczasem korzystam z dobrej chwili i rzymską powieść moją piszę z dziwnym pomieszaniem zapału i zwątpienia. Spowiadam się przed Panem, że raz zdaje mi się, iż spod pióra mego wychodzi cóś prawdziwie pięknego, to znowu niektóre szczególniej ustępy wydają mi się nudnymi, bladymi, przewlekłymi. Chwiejność ta zdania o wartości pracy mojej sprowadza jej powolność. Jeden z ustępów, mianowicie rozmowę dwojga bohaterów we wnętrzu grobowca Trazeusza prowadzoną, trzy razy pisałam, darłam i znowu pisałam i zawsze jeszcze niezadowoloną z niej jestem. Przez kilka dni zresztą miałam gości z Warszawy: jednego z dobrze mi znanych tam adwokatów i młodą, śliczną jego siostrę. Wszystko to sprawiło, że napisałam dotąd tylko trzy rozdziały, a teraz znowu kilka dni pisać nie będę, bo dla lepszego opisania cesarskiego dworu rzymskiego wypadło mi po raz wtóry przeczytać jeden tom Friedlandera i Listy Pliniusza. Wątpię więc, czy uda mi się na wsi jeszcze robotę tę skończyć.

Podzielić się muszę z Panem myślą, która, acz zapewne nienowa na świecie, mnie pierwszy raz teraz do głowy przyszła i w moralnej ekonomii mojej ważną odegrywa rolę. Oto gdy raz, zniechęcona i wątpiąca, rozmyślać zaczęłam o drobnych stosunkowo rezultatach wielkiej czasem pracy powieściopisarskiej, nasunęła mi się uwaga, iż beletryści w ogóle uważać siebie powinni przeważnie, jeżeli nie wyłącznie, za pocieszycieli ludzkości. Inni uczą ją, oni książkami swymi dają jej chwile zapomnienia o smutnej rzeczywistości, chwile upojenia wrażeniami często dobroczynnymi, dobroczynną zresztą rozrywkę po pracy i w troskach. Otóż z tej strony na zadanie to patrząc, można nie rozpaczać, iż dzieło — arcydziełem nie będzie. Niedoskonałym będąc — zrobi zawsze swoje: pocieszy, ukoi, w sposób nieszkodliwy, a może trochę pożyteczny, zabawi niejednego, któremu na świecie trudno i smutno. Nie uczyni tego wszystkiego wtedy tylko, gdy będzie nudnym... nade wszystko więc obawiam się, aby rzymska powieść moja nudną nie była i dlatego też przerabiam, skracam, ujmuję jej, jak mogę, i zawsze jeszcze wydaje mi się dłuższą, niż być powinna. Jedno tylko powiedzieć mogę, że kto ją przeczyta, jeśli przeczytać zdoła, pozna Rzym w I-m wieku ery naszej tak, jak gdyby w nim parę miesięcy pomieszkał.

Z prawdziwą i żywą przyjemnością przeczytałam w tych dniach w Prawdzie pracę Pana o pieśniach ludu naszego, a końcowe rozdziały jej o kolędach i polemika z p. Tarnowskim były dla mnie czymś tak miłym, jak może być tylko prawda rozumnie i śmiało wypowiedziana.

Jutro albo pojutrze ślę też do Prawdy króciutką odezwę do kobiet naszych, aby kupowały książkę jubileuszową Jeża. Może Prawda drukować jej nie zechce, bo i rzeczywiście, znaleźć by się powinna w jednym z pism dla kobiet przeznaczonych. Cóż, kiedy Tygodnika Mód żywa dusza żadna nie czytuje, a pomiędzy Bluszczem i mną istnieją — przepaści!

Czy potrzebuję mówić Panu, że dzień pobytu Jego tutaj głęboko i mile zaznaczył się w mej pamięci? W życiu moim niewiele miewam podobnych. Całe otoczenie moje wspomina o Panu z czcią Mu należną i przyjaźnią, którą budzisz Pan we wszystkich, którzy tylko Pana poznają. Domowi moi wszyscy zdrowi. Panowie korzystając z letniego wczasu bawią się wciąż myślistwem. Z towarzyszek moich jedna gospodaruje, druga, nieoceniona, anioł-dziewczyna, pomaga mi żyć oczami swymi, wykształconym umysłem, kochającym sercem.

Czy mi Pan za ten list ogromny odpłaci szczegółami o sobie, bardzo mi upragnionymi?

Z głębokim szacunkiem i przyjaźnią

El. Orzeszkowa


5 (17) września 1882 r., Miniewicze

Listy nasze rozminęły się zapewne, bo wraz po otrzymaniu od Szanownego Pana pierwszej zza granicy wieści wysłałam długą i szczegółową odpowiedź. Być może zresztą, że nigdy ona rąk Pana nie dojdzie. W ogóle zamiana listów okazała mi się trudniejszą, niż o tym zrazu mniemać mogłam. Proceder używany w tym względzie tajemnym jest, lecz niewątpliwym. Do mnie adresowane listy nie dochodzą mię czasem wcale, o czym dowiaduję się potem różnymi sposobami, częściej przybywają bardzo późno. Z tych, które wysełam sama, ilość pewna ginie. Ten więc list ubezpieczam na poczcie, bo lękam się niewymownie, abyś mię Szanowny

Pan o niewdzięczność nie posądzał. Jam Panu bardzo, bardzo serdecznie wdzięczna za udzielane mi dowody pamięci i przyjaźni. Cieszę się nad wyraz, że na szerokim świecie jest i będzie Państwu bezpieczniej i nierównie jaśniej niż nam, tu. Wielką radość sprawia myśl o tym, że ktoś, kogo wysoko cenimy, dla kogo najlepsze życzenia w głębi szczerego serca składamy, uratował się z toni nas pochłaniającej.

Czy toń ta pochłonie mię całkiem? Nie wiem. Bronię się, jak mogę i umiem, od zniechęcenia i napastujących mię coraz bardziej wątpliwości srogich. Czasem jednak czuję się bardzo zmęczoną i jakby żywcem pogrzebaną. To ostatnie uczucie i dawniej już ogarniało mię czasem, ale miałam więcej sił i sposobów do wykopywania głowy swej z piasku. Teraz piasku coraz więcej, sił coraz mniej i narzędzi mniej. Chciałabym mylić się i pracuję nad tym, aby to było omyłką — ale prawdopodobnie bardzo bliską jest chwila, w której — jak mawiali starożytni — stanę się cieniem i echem czegoś — co było. I nie fizycznej to śmierci zbliżanie się czuję, bo pomimo złego zdrowia wiem, że długo jeszcze unikać mogę tego powszedniego i trywialnego' końca. Ale — przypomina mi się jeden z dawnych znajomych moich, który będąc dość długo człowiekiem myślącym i działającym, bardzo nawet dobroczynnie działającym, wskutek szczególnego połączenia niektórych właściwości organizacji swej i zewnętrznych okoliczności bardzo wcześnie myśleć i działać przestał. Zakopał się w kącie jakimś, dużo spał, więcej jeszcze jadł, a z dawnej żywości umysłu jego została mu jeszcze, tylko zdolność żartowania z. samego siebie. Mawiał on, że umrzeć tak, jak wszyscy umierają, to rzece łatwa, pospolita i trywialna i że jego przeznaczenia wznioślejszymi i ciekawszymi były, albowiem przez lata całe przypatrywał się on własnemu trupowi. Biedak ten, na dobre już od lat kilku zmarły, teraz często przychodzi mi na myśl. Tylko jeżeli przeznaczenia nasze podobnymi będą, moje będzie nierównie wznioślejszym jeszcze, bo ani jeść, ani spać dużo nie potrafię nigdy, w subtelniejszej więc postaci i przez czas dłuższy, bo snem nie skracany, przyglądać się będę — temu, co było.

Niech mi Pan przebaczy łaskawie elegijny, czy może gorzej jeszcze, ton tego listu. Naprawdę, cierpię teraz bardzo. Z końcem upałów letnich skończyły się zdrowe dni moje, a w dodatku dobroczynne nieba zesłały mi jakąś nie znaną przedtem newralgią w prawej ręce. Dlaczego mianowicie w prawej? Szkaradnie mi to pisać przeszkadza, a szkaradniejsze jeszcze sprawia wrażenie. Od dwóch tygodni nic już nie napisałam prócz kilku listów, które trochę trudno mi pisać. Dyktować nie cierpię i dość już miałam przymusowej wspólnej pracy z powodu oczu. Mam nadzieję, że mi to przejdzie albo że tylko od czasu do czasu napadać będzie. Tymczasem — ponieważ jedynym oddziaływaniem przeciw wrażeniu chorej prawej ręki są grube czasem przykrości wyrządzane mi przez, ludzi w błękitnych sukniach (trochę mniej pięknych niż ulubione Grekom błękitne chitony), kłopoty wileńskie z księgarnią jeszcze ani sprzedaną, ani wywiezioną i różne inne drobiazgi w tym samym rodzaju — miewam czasem wielką ochotę zapytać kogoś: „Alboż jestem Herkulesem?" Ale nie wiem, kogo mam pytać. Herkules wiedział przynajmniej, z kim ma do czynienia, i z Junoną, która go nienawiścią swą ścigała, rozmawiać mógł brat za brat. A my co? Ziarnka pyłu miażdżone kołami jakiejś maszyny — olbrzymiej, to prawda, lecz dlaczegóż maszyna nie wlała w nas poczucia i przekonania własnej naszej nicości? Każdy z nas wyobraża sobie, że czymś jest, a szczególniej że siłą woli i myśli swej czymś stać się może. Tymczasem para obrotów koła i — rozczarowanie zupełne. To rozczarowanie to jakby morze, w którym zatapiając się człowiek ma wielką ochotę krzyknąć do kogoś: „Ginę!" Chwila jednak rozwagi przekonywa, że jedyną jeszcze rzeczą rozsądną i pozwalającą uniknąć ostatecznej przed sobą i ludźmi, kompromitacji jest milczenie.

Gdybym ustąpiła rozwadze, nie posłałabym Panu listu tego. Chciej mi go Pan przebaczyć. Napisał się.

Rzymskiej powieści mojej napisałam pięć rozdziałów. Przed zaczęciem szóstego zachorowała mi ręka i trzy czwarte sił moich nie wiedzieć gdzie uciekło. Z jedną czwartą nie podobna mi podołać rysowaniu potężnych Rzymian. Czekać muszę przyjaźniejszej chwili. Czy te pięć rozdziałów, już napisanych, nie są wypadkiem zbiornikiem śmiertelnej nudy? nie wiem i ta niewiadomość znacznie mię do kończenia rzeczy zniechęca. Jednak skończę ją pewnie, bo jeszcze żyję i przedmiot długo nad wyobraźnią moją panujący żywo mię zajmuje. Zdaje mi się, że Rzymianie moi strasznie wiele rozprawiają. Co prawda, był to istotnie naród mówców, dialektyków, retorów itd. Że jednak my jesteśmy nimi, może więc mówcy nudzić nas tylko mogą. Mam do Pana wielką prośbę. Jeżeli Pan pozwoli, prześlę Panu to, co już napisałam, i dalszy ciąg prędzej lub później nadsełać będę. Pragnę wiedzieć, jakim będzie zdanie Pana o tym, a że będzie szczerym, cienia wątpliwości nie mam. Idzie mi przede wszystkim o to: jakie wrażenie rzecz ta sprawić może na umyśle światłym i estetycznie wykształconym? Jeżeli wrażenie nudy i nierozsądnej fikcji, rzecz prosta, że rękopis zniszczę. Jeżeli zajęcia i zadowolenia — uczuję się znacznie szczęśliwszą. A może wypadałoby tylko coś przerobić, przeinaczyć, skrócić... Radę każdą przyjęłabym jako dobrodziejstwo tym cenniejsze, że dane mi w jakiejś dziwnej, przełomowej chwili... która przyszła mi zbyt późno, abym mogła zmienić moją drogę, zbyt wcześnie, abym powinna kończyć wszelką.

Jeszcze jestem na wsi i będę pewnie 3-4 tygodnie. Wszyscy moi mniej więcej zdrowi i bardzo serdeczne o Panu chowają wspomnienia. Czekam listu fana.

Serdecznie oddana

El. Orzeszkowa


11 X [18]82, Grodno

W tych dniach otrzymałam od Anglika pewnego przekład w rękopisie tego szkicu o kobiet[ąch] polsk[ich], o którym Panu opowiadałam. Miał on rzeczywiście na sobie pieczęć cenzury, którą znam dobrze. Dawniej jednak rękopisy przesełane mi zza gran[icy] przez Jeża, Bałuckiego itd. cenzurowanymi nie były i dochodziły w opaskach bez przeszkody żadnej.

Księgarni nie pozwolono nabyć nikomu i wysełam ją do Warszawy w komis Lesmanowi. Tymczasem rachunki, rozpłaty i wymiana różnorodnych listów.


28 XII [18]82, Grodno

List Szanownego i Drogiego Pana przybył mi w chwili wielkiego, nadetatowego zmartwienia, bo ciężkiej i niebezpiecznej choroby w domu. Marynia zapadła była na dyfterytys. Przez dni parę było z nią tak źle, że drżałam o jej życie, potem lękać się zaczęłam o innych domowych, którym nowożytna dżuma ta z łatwością udzielić się mogła. Na.szczęście i chora od dni kilku zaczęła już podnosić się z łóżka, i z domowych nikt nie ucierpiał prócz mnie, którą zarazek dotknął w zmodyfikowanej formie anginy, choroby gardła nie niebezpiecznej, ale męczącej i osłabiającej, bo połączonej z gorączką. Przez dni kilka mocno cierpiałam, teraz i to już przeszło pozostawiając tylko osłabienie i znacznie pogorszony stan oczu, który, zdaje się, przypisać trzeba wyziewom karbolowym, jodowym, amoniakowym itd. od trzech tygodni dom napełniającym. Wypadkowe to pogorszenie będzie zapewne chwilowym; tymczasem jednak czytać nie mogę wcale i pisać nie mam siły. Od trzech tygodni list ten jest pierwszą rzeczą, którą piszę.

Tyle mam do powiedzenia Szanownemu Panu, że nie wiem, od czego zacząć. Zacznę od wyrażenia żywej radości, jaką napełniła mię wiadomość o zamierzonej pracy Pana mającej za przedmiot początki chrześcijaństwa. Dzieło to będzie prawdziwym promieniem słońca w grubych ciemnościach, z tej strony szczególniej zalegających umysłowość naszą. Przed samym właśnie zachorowaniem Maryni przeczytałyśmy wspólnie kilka tomów Renana i wstydząc się śmiałości sądu mego wyznam jednak przed Panem, że nie uczułam się z rzeczy tych zupełnie zadowoloną. Ponętny to pisarz i czas przechodzi z nim bardzo przyjemnie; wiele też od niego nauczyć się można, ale bodaj że więcej jeszcze nie można. Czuć eks-księdza i naturę łzawą, a pobieżna znajomość starożytności wystarcza dla spostrzeżenia, że wiele punktów bardzo ważnych pomija. Tak np. o filiacji etyki chrześcijańskiej ze stoicyzmu grecko-rzymskiego nic prawie. Również łączność chrześcijaństwa z żydowskim faryzeizmem całkiem pominięta. A jednak śty Paweł był najistotniejszym faryzeuszem. Jak to dziwnie, ludzkość powtarza przez wieki pacierze za panią matką! Na przykład ci faryzeusze. Poczciwe dewotki, a i mnóstwo ludzi daleko od dewotek rozumniejszych wyobraża sobie tych demagogów i kazuistów starożydowskiego świata jako symbol chytrości i obłudy. Renan nie wyprowadza ich z błędu. Czy Sz[anowny] Pan miał kiedy w ręku dwutomowe dzieło Cohena: les Pharisiens i Gratza Geschichte des Judentums? Są tam liczne i obszerne wywody wykazujące prawe pochodzenie chrześcijanizmu od faryzeizmu, z którego Paweł wziął nawet organizację swoich sławnych kościołów, czyli pierwszych gmin chrześcijańskich. Myślę, że dzieła te oddać mogą przysługę pewną, przynajmniej jako drogoskaz w źródłach hebrajskich, cytowanych w nich obficie, a których, jak Pan wie, jest ogromne mnóstwo. Jeżeliby więc Sz[anowny] Pan uważał to za potrzebne, a wielotomowego Gratza pod ręką nie znalazł, z najżywszą przyjemnością przesłałabym odnośne tomy (3-ci i 4-y), jak też Faryzeuszów Cohena. Przychodzi mi czasem na myśl, że zwycięstwo chrześcijanizmu było zwycięstwem niewolniczego i mistycznego Wschodu nad wolnym i trzeźwym Zachodem; że Paweł, apostoł pogan, pomścił Kserksesa i Jerozolimę. Nie Wiem, czy uwaga ta choć w części jest słuszną, ale tak mi się zdaje.

Teraz du sacre au profane. Turia moja została przyjętą przez p. Asnyka do Nowej Reformy i w tych dniach podobno ukazać się ma w druku. Obrazek ten jednak, z czasów Oktawiana Augusta, nie podobał się, niestety, znakomitemu poecie, który też szczerze oświadczył mi, że drukować go będzie dlatego tylko, aby cokolwiek mego drukować, ale że o wiele wolałby mieć rzecz zwykłą, spółczesną, społeczną. Ujemny sąd ten tak kompetentnego i ufność budzącego znawcy zmartwił mię bardzo, pocieszyłam się zaś tą tylko myślą, że może rzeczy w tym rodzaju większych rozmiarów udadzą się lepiej, i jeszcze, że może Asnyk rodzaju tego nie lubić, bo pisał mi, że i Ebersa powieści sympatii jego nie budzą. Jeżeli Sz[anowny] Pan ma Reformę i czytać będzie Turię, proszę bardzo serdecznie o wyrażenie mi zdania o tej drobnostce, która przez, to jest dla mnie ważną, że rozpoczyna cykl rzeczy podobnych, już W głowie powstałych, i aby wykonanymi zostać, czasu sposobnego oczekujących. Czas zimowy, jak przekonałam się o tym, jest dla robot rodzaju tego, ciągłego czytania i zaglądania do książek wymagających, najniesposobniejszym. 4—5 godzin przedobiadowych, w czasie których przy świetle dziennym pisać mogę, nie wystarcza. Muszę czekać dni dłuższych, wiejskiej ciszy i wzmożenia się sił fizycznych na wsi i w letnim cieple. Dlatego dużej powieści rzymskiej nie piszę i zabiorę się znowu do niej chyba w czerwcu. Takie przerywanie robót zdrowym dla nich nie jest. Cóż jednak robić, skoro inaczej nie podobna. Od kilku lat zresztą, to jest odkąd zachorowałam na oczy, ani jednej dużej powieści nie napisałam od razu. Szanowny Pan, tą samą klęską dotknięty, zrozumie dobrze, ile mię to kosztuje i że taka praca z przeszkodami staje się niekiedy istotną męczarnią. Oprócz choroby oczu zresztą, dużo, dużo! jest w życiu moim żywiołów trujących. Opieram się im jednak, o ile mogę, i płynie jakoś życie to ku ujściu swemu, jeżeli nie przezroczysto i bystro, to przynajmniej czysto.

Po Turii napisałam nowelę większych nieco rozmiarów z;e specjalnie grodzieńskiego już życia wziętą pt. Bańka mydlana i posłałam ją petersburskiemu] Krajowi. Czy przyjmą ją tam, nie wiem jeszcze. Teraz mam w myśli znowu niewielki obrazek jakiś z życia studenta ginącego z nędzy. Gdy tylko uspokoi się wszystko w domu do reszty, napiszę go — a potem jeszcze może mały obrazek rzymski rozmiarów Turii i już do czerwca czekać będę, aby zabrać się do rzeczy trudnej, dużej, do której sporą wagę przywiązuję i która też zapewne uda mi się najgorzej.

Co do interesów byłej księgarni, jeszcze, nie skończyły się one całkiem. Lesmanowi oddaliśmy w komis tylko część nakładów, resztę ich pozostawiając u Gebet[h]nefa. Właściwy zaś materiał księgarski częścią rozprzedany został przez Makowskiego, częścią Złożony u p. Zawadzkiego w charakterze komisu, częścią spoczywa jeszcze na dawnym miejscu, skąd go przed N[owym] Rokiem zabrać ma jakieś indywiduum zamierzające założyć księgarnię gdzieś w Mińsku czy Kownie. Od N[owego] Roku lokal będzie opróżnionym przez nas, a zajętym przez handlarza trunkami, który w nim skład wódek i odpowiedni bufet założy. Charakterystyczne. Wszystkimi interesami tymi zajmował się i zajmuje Makowski, administrujący obecnie księgarnią Zawadzkiego, któremu nabytku tego szczerze powinszować można. Człowiek to uczciwości i pracowitości niepospolitej, prawdziwy biały kruk w społeczeństwie naszym. Co do strat materialnych, wynoszą one dla mnie osobiście około 17 000 rubli, z których dwanaście miałam w przedsięwzięciu, a pięć użyłam na spłacenie długów wytworzonych, w części przez nagłe przerwanie interesu, a w części przez nieopatrzność czy lekkomyślność jednego ze spólników. Strata to dla mnie znaczna, bo bez mała potowy całego mienia mego (pozostało mi 23 000), jednak nie dotyka mię ona zbyt silnie, bo naprzód w mieścinie takiej jak Grodno wydatki z natury rzeczy muszą być ograniczone, następnie pisarskie roboty moje dają mi zawsze około tysiąca rubli rocznie, na koniec potrzeba oszczędzenia się czy odmówienia sobie tego i owego stanowi najmniejszą z najmniejszych przykrości całej tej historii. Być może zresztą, że cóś jeszcze wróci z rozprzedaży nakładów i oddanego w komis materiału. Wiele na to liczyć nie można, ale przypuszczam, że przez, lat kilka będę mogła za wydobywane ze źródeł tych sumy od odnośnych księgarzy otrzymywać książki i pisma.

W tej chwili otrzymałam list od Piltza z uwiadomieniem, że Bańką zaraz drukować będzie, i z bardzo rzetelnie wypłaconym honorarium w ilości rub[li] 200. Czy Szan[owny] Pan Kraj otrzymuje? Jeżeli nie, przyślę ramotkę moje, gdy tylko ukończoną będzie.

Jak ja Panu wdzięczną jestem za tak przyjacielskie i serdeczne interesowanie się tym, co obchodzi małą osobę moje — wypowiedzieć tego nie potrafię. Pisałabym więcej jeszcze, wszystko, ale tak jeszcze słabą jestem po tych chorobach swoich i nie swoich, że już zmęczoną czuję się, a wysłania listu odkładać nie chcę. Przepraszam za okropną kaligrafię, ale — ledwie piszę.

Czy potrzebuję mówić, że wszystko, co Pana dotyczy, jest mi bardzo bliskie i że za każdy szczegół wdzięczną będę tak, jak jestem całym sercem przyjazną Panu i oddaną.

El. Orzeszkowa


22 I [18]83, Grodno

Gdybym napisała sto powieści takich, jakie spod piór mistrzów wychodzą, i wszystkie Szanownemu Panu w darze złożyła, gdyby każdo z tych ofiarowań posiadało istotnie znaczenie takie, jakie Pan im przypisywać raczysz — jeszcze nie odwdzięczyłabym ani w części wszystkich moralnych pomocy i zachęt, które od Pana otrzymywałam i otrzymuję. Nigdy nie zapomnę dobroci, z jaką pierwsza odezwa moja do Pana przyjętą została, ani tych dobrych dni, które spędziłam z Panem w Wilnie, w tej właśnie porze gdy pisałam Pierwotnych. Jeżeli istotnie sprawiłam Panu drobną choćby przyjemność, szczęśliwą mię to czyni i — nowy dług wdzięczności względem Pana zaciągam.

Z umieszczeniem Pierwotnych wielką miałam biedę. Dwa pisma odrzuciły powieść tę, odrzucenie motywując tym, że tendencja jej nie godzi się z ich tendencją. Zaledwie Lewental raczył przyjąć ją do Tygod[nika] Romansów, arcynędznego snopka słomy. I tu jeszcze tendencja tak bardzo kole w oczy redakcją, że samowolnie i wcale mię nie pytając zaprowadza mi ona w powieści zmiany, skrócenia itp. W pierwszym zaraz numerze duży ustęp (o Rzymie, spowiednikach i Lourdes) wykreślono. Co będzie dalej? Dowolność ta w rozporządzaniu się cudzą pracą i tak zupełny brak szacunku dla niej i prostych względów grzeczności dla mnie sprawia mi wielką przykrość. Jednak nie reklamowałam jeszcze i wątpię, czy reklamować będę. Po prostu, sił już brakuje do tej wszechstronnej walki, którą tu ze wszystkim i wszystkimi toczyć przychodzi. Bezmyślność i grubiaństwa u góry, w dole, dokoła. Cóż znaczy jeden szczegół w tej bezdni głupstw i złości? Mogłabym na temat ten wiele Panu opowiedzieć, ale uczynię to innym razem...

Serdecznie współczuję i chorobie Pana tak przykrej i przeszkadzającej w pracy, i poniesionym stratom majątkowym. Te ostatnie może jeszcze powróconymi być mogą. Pragnę tego z całego serca rozumiejąc dobrze, pomimo wszelkiej czci dla ducha, znaczenie i wpływy Mamony. Wiem także z doświadczenia, jak drażniące wrażenie wywiera uczucie choroby w ręku. Newralgia w prawej ręce, która z jesieni dręczyła mię przez kilka tygodni, przeszła sama przez się, bez żadnych leków, ale czy na zawsze? wątpię. Owszem, są dnie, w których daje mi z lekka znać o sobie i swym istnieniu, i lada dzień oczekiwać mogę jej powrotu. Z oczami lepiej mi trochę znowu. Marynia po przebyciu ciężkiej choroby wróciła już do swych małych zawsze sił i od kilku dni czytać mi wieczorami zaczęła. Do tej pory, więc przez sześć tygodni, żyłam bez książki.

W złą minutę napisał mi Szanowny Pan, że mi natchnienia do pisania powieści życzyć nie trzeba, bo miewam go zwykle dosyć. Otóż teraz zabrakło mi go w zupełności. Nie piszę nic, a nawet i czytanie niewiele mi korzyści przynosi. Najformalniej pracować nie mogę. Skutek to zapewne zmartwień i kłopotów, jakie zwykle sprowadza ciężka choroba w domu, długiego szeregu przymusowo bezczynnych zimowych wieczorów i klasztornie zamkniętego życia, jakie prowadzę. Długo by o tym mówić; faktem jest, że czuję się coraz bardziej zniszczoną i do niczego niezdolną. Człowiek upadający ma siłach przyrównanym być może do lampy, która przed zgaśnięciem rzuca jeszcze od czasu do czasu błyski, niby zrywania się do życia i trwania. Niemniej wkrótce zgasnąć musi. Bieda w tym niewielka; mnóstwo innych lamp jest na świecie i wciąż się zapala. Co do mnie, błyski moje jakoś nie olśniewają nikogo. Pierwotnych strzyże mi ktoś, o kim nie wiem nawet, jak się nazewa (któż wiedzieć może, jak się nazewa redaktor Tygodn[ika] Romansów?). Turia nie podoba się nikomu. Asnyk ją zganił, Chmielowski w Ateneum przedrukować nie chciał, bo nie podobała się mu także. Wobec tego lepiej podobno uczynię, jeśli zaniecham marzeń o powieściach na tle starożytnym i o wzbogaceniu literatury ojczystej gałązką, która z niej jeszcze nie wyrosła.

W tych dniach spotkała mię niespodzianka, nie należąca też do rzędu najprzyjemniejszych. Otrzymałam powiestkę od wileńskiego sędziego śledczego, który wzewa mię przed oblicze swoje w charakterze obwinionej. O co? tajemnica. Jechać nie mogłam, bo w wielkie mrozy, które tu były, przeziębiłam się i byłam mocno niezdrową. Prosiłam więc, aby śledztwo przysłano do Grodna, co zapewne lada dzień uczynionym zostanie. Domyślam się, że idzie tu o ten nieszczęsny Alfabet. Ale z innej strony, ponieważ firma moja nie znajdowała się na tych kartkach... Więc może o cóś innego. Pierwszy raz w życiu stawać będę przed sędzią śledczym i procederu tego bardzo ciekawą jestem. O istocie sprawy doniosę Panu, gdy sama dowiem się o niej, jako też o ostatecznym rezultacie jej, który zresztą nieprędko pewnie nastąpi.

Czy przysłano już Panu Ognisko, które od dni kilku kursuje po świecie. Ja go jeszcze nie widziałam. Prawda nie ogłasza, ile zysku przypadło na rzecz jubilata, ale dowiem się o tym od niego samego.

Jak najprędszych i jak najlepszych wieści o Szanownym Panu pragnę i serdecznie o nie proszę.

Szczerze i niezmiennie przyjazna i oddana

El. Orzeszkowa


20 II [18]83, Grodno

Serdecznie dziękuję Szanownemu Panu za dowód przyjaznej troskliwości, którą w zapytywaniu pannę Kościałkowskę o losy moje wyczytałam. Nic się ze mną osobliwego nie dzieje. Sprawa, o której Szanownemu Panu w ostatnim liście wspominałam, nie pokazała się ważną. Rzecz idzie o nieszczęsne owe żarty Alfabeta, których ani inicjatorką, ani redaktorką nie byłam i na które zgodziłam się tylko przez miękkość charakteru i aby nie sprawiać przykrości człowiekowi, o którym miałam wyobrażenie dobre. Uczyniono teraz z tego przestępstwo prasowe i czynią mię za nie odpowiedzialną. Dochodzenie śledcze przybyło już do Grodna i za dni kilka stawić się będę przed sędzią śledczym dla odbycia odpowiednich indagacji. Skończy się wszystko na kilku podobnych stawiennictwach i karze pieniężnej, mniej więcej paręset rub[li] wynoszącej. Niezmiernie mi smutno, że wspomnieniem o zajściu tym utraciłam przyjemność otrzymywania listów Szanow[nego] Pana. Upewnić jednak mogę, że korespondencja moja jest zupełnie swobodną, a osobie mojej nie grozi nic nad to, co już się stało.

W braku listów ciekawie i pilnie czytuję te, które otrzymuje od Pana szczęśliwsza ode mnie Prawda. Ostatni zdumiał mię niektórymi z cyfr tyczących się Niemiec.

Od dwóch tygodni piszę znowu jakąś bajkę, co nie przeszkadza jednak różnym śmiertelnym zwątpieniom i zniechęceniom dręczyć mię straszliwie i niestety! czuję to sama, znacznie umniejszać energię i wartość, bez tego niewielką, mojej pracy. Przedmiotem tym jednak, o którym mówić trzeba wiele albo nic, zajmować Sz[anawnego] Pana nie będę. Wolę zapytać, jak się panu podoba Ognisko? i czy — nie spotkał się Pan wypadkiem z najnowszą powieścią Daudeta l'Svangeliste. Zdaniem moim jest to arcydzieło, z nieporównaną siłą i plastyką opisujące okropność wpływów, jakie wywierają pewne religijne, mistyczne usposobienia i działania. Dlatego wspominam Panu o nim.

Z prośbą o przyjazną pamięć łączę tysiąc serdecznych pozdrowień.

El. Orzeszkowa


29 II [18]83, Grodno

Z całego prawego serca mego i ze wszystkich sił moich — protestują I I jak się to dziwnie czasem dzieje! Po przeczytaniu listu Szanownego] Pana do p. W[ilhelminy] K[ościałkowskiej] uczułam się niewymownie wdzięczną za ten wielce dla mnie drogi dowód troszczenia się o mnie i losy moje. Pod tym to wrażeniem zaraz do Pana pisałam i cóś takiego napisać musiałam, czego w myśli mojej ani zaczątku nie było. Chciałabym bardzo, abyś to Pan przypisać raczył pośliźnięciu się pióra czy niejasności stylu mego, który istotnie od czasu pewnego doświadczać zaczął częstych zawrotów głowy. To, co ośmieliłam się kiedyś wyznać Panu w Wilnie, pozostało dotąd bez zmiany najlżejszej wyobrażeniem i przekonaniem moim. Widzę w Panu rzadki zapewne wszędzie, u nas najrzadszy, skończony typ człowieka ucywilizowanego. Sposób ten wyrażania się więcej socjologiczny jest niż poetyczny, ale Szan[owny] Pan doskonale zrozumie, jakie przymioty umysłu, serca i charakteru nazwą tą ogarniam. W rzędzie przymiotów tych znajduje się i ta forma altruistycznego udoskonalenia, która wznieca nie tylko odwagę, ale szczególną chęć podawania przyjaznej i pomocnej dłoni zagrożonym i upokorzonym. Najmocniej, bo jeszcze najmniej jasno zagrożoną byłam, wtedy właśnie, kiedym Pana tu w Grodnie, w pewien piękny dzień wiosenny, w domu moim witała. Jakżebym więc wobec własnych przekonań moich i faktów zewnętrznych myśleć mogła... Czuję wielką ochotę do kłócenia się, co, chciej Pan wierzyć, jest u mnie rzeczą rzadką. Mam siebie także za człowieka do pewnego stopnia ucywilizowanego, ale list Pana zwrócił mię do tego stanu pierwotności, jakim jest chęć kłócenia się. Wytaczam Panu kłótnią i nieprędzej ją zakończę, aż otrzymam od Pana odwołanie fałszywego oskarżenia. Do tej chwili uważać siebie będę za pokłóconą z Panem, co znowu mocno dolegać mi będzie, wskutek czego nerwy moje biedniejszymi jeszcze będą niż zwykle, co na koniec możność moją pisania Myrtali, i tak już niewielką, zmniejszy do minimum.

Piszę Myrtalę. Pomimo fatalnego niepowodzenia, jakiego u kilku znawców doznała Turia, piszę Myrtale. Tak mię do tego klasycznego świata siła jakaś nieprzeparta ciągnie, że wracam doń, choć mię odeń ludzie odciągnąć usiłują. Może u końca okaże się, że ja mam słuszność i w kierunku tym cóś znośnego zrobić mogę, tak jak w innym. A jeźli i nie, to któż mi odbierze rozkosz, jakiej doświadczam uciekając z małego Grodna do wielkiego Rzymu? Wiem, że od spółczesności i spółczesnych uciekać nie wolno i niezdrowo — szczególniej w przeszłość. Ale naprzód w przeszłości tej widzę mnóstwo podobieństw ze spółczesnością, wiele jej przyczyn i źródeł, niemało rzeczy dobrych i pięknych, z których zrabowano ludzkość po drodze do spółczesności. Następnie, odetchnięcie przez chwilę powietrzem rozległych przestrzeni, wielkich kolizji, uczuć i namiętności, chwilowe mieszkanie pośród portyków, kolumnad, posągów, tog wspaniałych i malowniczych stolli nie przeszkodzi wcale dalszemu opisywaniu dusznych pokojów, kamieniczek, błota, chałatów, sukien z turniurami i całej mierności tej, z której składa się życie powszednie, życie zatopione w malutkich zachodach i oblane nudnymi smutkami. Kiedy się przeczyta numer Roli Jeleńskiego, z dziwną przyjemnością słucha się potem Seneki i Muzoniusza. Czytając list Matejki szczujący na Żydów pomiędzy wierszami widziałam migocące, stare, bardzo stare słowa: „Człowiek dla człowieka świętym jest". Wyrzekł je poganin i taki nawet, którego bogactwa zniesławiły go przed potomnymi. Pewną jednak jestem, że zgromadził, je w sposób dostojniejszy i piękniejszy z nich zrobił użytek, niż to obecnie czyni popularny nasz, przez mistrza Jana gorąco pochwalony — żydożerca.

Ardeliona, którego rozdz[iał] 1-szy Panu czytałam, kończyć będę na wsi, latem, kiedy będę silniejszą i dni staną się dłuższe. Teraz cóś mniejszego, tom niewielki, historyjka z czasów Wespazjana, której treścią starcie się w samym Rzymie Rzymian z Żydami. Moment: kilka lat po zburzeniu Jerozolimy; bohaterowie: naród podbity i naród zwycięski; w tym ostatnim znowu dwie figury: stronnictwo cezarystyczne i stronnictwo republikańskie. Myrtala jest Żydówką, Żydem jest przybrany ojciec jej, Menochim, autor Apokalipsy Ezdrasza, i Żydem. Jonatan, narzeczony Myrtali, ostatni rycerz Sy[j]onu. Rzymianinem, jest Artemidor, malarz, którego kocha Myrtala — jedyna to kolizja romantyczna. Społecznon-politycznych kolizji kilka. Rozwiązanie (na podstawie Swetoniusza, Juwenalisa, Salwadora, Renana i innych): rabowanie i wypędzanie Żydów przez plebs rzymski podszczuwany przez interesy własne i poszepty cezarystów, bronienie ich przez republikanów-filozofów, na czele których stoi Helwidiusz Priskus (zamordowany potem przez dobrego Wespazjana) i Artemidor, młody malarz, kochający Żydówkę Myrtalę. Haftarze, perfumiarze, tragarze i próżniacy rzymscy biją haftarzy, perfumiarzy, tragarzy i nędzarzy Żydów, wielka zawierucha, burza, walka, zabicie Myrtali przez Jonatana, mowa do ludu republikanina Helwidiusza, ostatni, straszny krzyk Apokalipsy Menochima, streszczający odwieczną skargę i rozpacz gnębionych ludów, filozoficzne, ku niebu zwrócone pytanie stoika Muzoniusza i — koniec.

Pragnę bardzo napisać powieść tę do końca i przynajmniej znośnie. Na przeszkodzie stoją mi trapiące mię tej zimy bardzo często bóle głowy i wielka trudność, jakiej doświadczam, w dokonywaniu rzeczy najłatwiejszej pod słońcem — spania. Kiedy się nie śpi do ranka, wstaje się późno, z głową słabą, a potem prędko dzienne światło gaśnie i pora pracy przemija zmarnowana. Zdarza się to przynajmniej piętnaście razy na miesiąc. Łatwo Szan[owny] Pan wyobrazi sobie, jak to przyśpiesza wykończanie robót i do nich zachęca. Najgorsza to, że za chorą uważać siebie nie mogę. Obłożnie nie choruję nigdy i wszystkie części organizmu mam doskonale zdrowe — prócz nerwów. Te za to rozstrajają się już do ostateczności i nie wiem gama, do czego to dojdzie i na czym się skończy.

Przed dwoma miesiącami odwiedził mię jeden z warszawskich młodych lekarzy, syn rodziny, z którą od dawna serdecznie jestem sprzyjaźnioną. Nie znałam go przedtem wcale. Ojciec, siostry i brat, którzy naturalnie widzą w nim wszechmądrość lekarską, przysłali go tu umyślnie dlatego, aby mię wybadał i do kuracji skłonił. Sąż jednak na ziemi tacy dobrzy ludzie! Sprzeciwić się ich żądaniu nie mogłam, tym bardziej że młody lekarz, a raczej doktor medycyny, wydał się od razu inteligentnym i zupełnie poważnym człowiekiem. Po zbadaniu zawyrokował, że jest to jedna z form neuropatii, bardzo upartych i przeciw którym medycyna posiada tylko paliatywy, radykalne zaś wyleczenie leży poza granicami działań jej, w czasie i różnych różnościach róźnostronnej hygieny. Doradzał mi wprawdzie jakieś kąpiele i jakieś preparaty żelazne i inne, ale skończyło się na tym, żem w towarzystwie jego kilka dni bardzo mile spędziła i żem na szerokim świecie zdobyła jednego więcej sympatycznego i może lubiącego też mię znajomego. Cóż robić? Nikt nie żyje, jak chce, ale jak może. Najgorsze to to, że się jest nieużyteczną, chociaż nie z własnej winy.

Jak miewa się reumatyzm Pana w ręku? Czy zmniejszył się albo przeszedł całkiem? Bardzo też chciałabym wiedzieć, czy owe straty na papierach bankowych ciągle są zagrażającymi albo też stan rzeczy tych uległ zmianie na lepsze? Jakkolwiek pokłóconą jestem z Panem, wszystko, co Pana dotyczy, obchodzi mię niewymownie i serdecznie.

Moja sprawa sądowa (przyczyna naszej kłótni) wyjaśniła się już zupełnie. Dochodzenie śledcze przysłano do Grodna i przed tygodniem jawiłam się w kamerze sędziego śledczego. Dziwnym trafem zdarzył się człowiek bardzo przyzwoity, w Warszawie wychowany, syn matki Polki. Indagacja więc nie miała w sobie nic przykrego. Idzie o Alfabet. Przestępstwo prasowe. Wydawanie rzeczy periodycznej bez koncesji. Kara najwyższa 50 rub[li] za zeszyt, więc suma 200 rub[li]. Naturalnie, 200 rubli zapłacę, ale moralnej odpowiedzialności za wydawanie rzeczy, które istotnie nie przeze mnie wydawanymi były, nie przyjęłam. Prawdopodobnie istotnego, wydawcy nie znajdą i szukać nie będą, mnie karę pieniężną zapłacić każą i wszystko się na tym skończy. Pierwszy to raz może indagacja śledcza odbyła się w sposób taki. Indagujący, wychowaniec Warszawsk[iego] Uniwersytetu i człowiek bardzo młody, rumienił się, przepraszał, ułatwiał, radził, słowem, wydawał się obwinionym i winę swą wszelkimi sposoby zmniejszyć usiłującym. Podobno czytuje bajki moje po rosyjsku i po polsku.

Wracając do bajek, Bańką przełożył K[i]jewlanin i jeszcze ktoś inny w Petersburgu przekłada, i lwowskie jakieś pismo żąda u mnie jej przedruku — i Szan[owny] Pan ją chwali. Zdumiona jestem, bo miałam ją za rzecz nieudałą, a przeciwnie, Turia wydawała mi się czymś godnym uwagi. Takimi są sądy pisarzy o własnych pracach!

Ewangelistkę dziś pod adresem Pana posełam. Ja także nie kupuję powieści, ale tą ktoś mię obdarzył. Przeczytałam ją i jest mi całkiem niepotrzebną. Szczęśliwą będę, jeśli przybędzie jeszcze w porę i sprawi Panu chwilę przyjemności. Najserdeczniej przepraszam, że Guhla i Konera jeszcze nie odesłałam. W tych dniach wypiszę to już sobie i Panu śliczną tę i niezbędną przy odnośnych studiach rzecz zwrócę.

Jestem dziś bez litości dla oczu Szan[ownego] Pana. Proszę mi to przebaczyć w imię altruistycznych uczuć uczących cierpieć dla przyjemności bliźniego. Pomimo kłótni z serdeczną przyjaźnią obie ręce Pana ściskam.

El. Orzeszkowa


1 IV [18]83, Grodno

Zostać przetłumaczoną na franc[uski] czy ang[ielski] język jest to istotnie perspektywa nęcąca nawet dla mnie, która utraciłam już wiele ambicji i pragnień młodszemu wiekowi i jaśniejszym losom właściwych.

Nade wszystko jednak raduje mię i rozrzewnia sympatia przez Was mi okazywana. Ze wszystkiego, co jest na świecie, najwięcej może potrzebuję, a najmniej posiadałam serdecznego ciepła wiejącego od dobrych i przyjaznych serc ludzkich. W Grodnie mieszkam jak na obczyźnie, oprócz kilku najbliższych osób z nikim nie związana żadnym ściślejszym i sympatycznym stosunkiem. Dlaczego tak jest? Łatwo Pan odgadnie. Jakie to wpływy wywiera na mnie? Kiedyś to Panu obszernie opiszę. Lecz da to Panu miarę uciechy mojej, którą sprawia mi myśl, że kędyś na dalekim świecie są tacy, dla których zupełnie obojętną i przez których nielubianą nie jestem.

Co redakcja małego?„Tygodnika Romansów" dokazuje z moimi „Pierwotnymi", wyobrazić sobie nie podobna. Nie tylko wycina z nich duże ustępy, ale w miejscach niektórych dopisuje! Tak, dopisuje różne epitety, określniki itp. dla złagodzenia mojej, a uwydatnienia swojej tendencji. Nie w odsyłaczach to czyni, ale tak sobie, wprost w tekście, w moim tekście. I śmieszne to, i oburzające. Reklamowałam i nic to nie pomogło. Pozostaje proces — z różnych względów teraz szczególniej wstrętny mi i niepodobny. Staram się więc tylko wymóc na wydawcy, aby w oddzielnym książkowym wydaniu drukował już moją powieść, nie tę, którą z mojej ułożył jego redaktor, ale i w tym powodzenie niepewne. Co tu robić? Znosić i milczeć — oto wszystko. A takie są stosunki i warunki rozmaite, że nie chcą nawet, aby mała sprawa ta przez "kogokolwiek podniesioną została i jakikolwiek rozgłos uczyniła?.


24 V [18]83, Grodno

Pomimo wszelkich przeciwnych pozorów faktem jest, że jestem do ludzi bardzo nieśmiałą. Aby uczynić ku nim krok, potrzebuję, aby ku mnie uczyniono dwa kroki. Nie jest to duma, ale wprost nieśmiałość. Wzrasta ona w miarę szacunku budzonego we mnie przez spotykaną indywidualność. Tłumaczy to, dlaczego nie otrzymując długo listu od Szanownego Pana nie piszę po raz drugi. Chcę nieraz uczynić to i nie śmiem. Cóś mi mówi, że natrętną być mogę. Dla tej samej przyczyny nie mówię zwykle ludziom i połowy tego, co dla nich czuję, albo źle im to mówię. Może to być w wieku moim śmieszne, ale tak jest. Oto odpowiedź na ustęp listu Pana o długim niepisaniu do mnie. Nie oczekując odpowiedzi napisałabym nieraz do Pana po raz drugi, gdyby nie ta właściwość charakteru mego, która mi zresztą wiele złego zrządza. Mam przyjaciółkę pewną, wprost inaczej usposobioną. Idzie ona do ludzi sama, biegnie nawet, ujmuje, zdobywa, zwierza się i płacze przed nimi, i odsłania im wszystko w życiu, sercu, myślach swoich, więcej niekiedy niż to, co istotnie istnieje. Widzę, że doskonale wychodzi na tym. Kochają ją, wielbią, współczują jej, ma pełno czcicieli i braci po duchu. Mnie od tych nawet, których szczerze i gorąco kocham i czczę, jakiś wewnętrzny hamulec cofa. Dlatego bardzo samotną jestem. Proszę pobłażliwie przyjąć tę spowiedź moje. Une fois n'est pas coutume.

Uszczęśliwia mię zdanie Pana o Pierwotnych. Pragnęłam bardzo, aby powieść ta podobała się Panu. W pierwszej połowie dużo mi ją zepsuli, ale reklamować o to nie mogę ani tym bardziej skarżyć się przed publicznością, bo ostatecznie Lewental jest jedynym wydawcą możliwym i gdybym z nim zerwała, nie miałabym po prostu gdzie i jak większych powieści moich drukować. Drobiazgów każdy chce, ale obszerniejsze rzeczy albo' odrzucają, albo płacić za nie nie mogą. Z Tygod[nikiem] Ilustrow[anym] jestem w dawnej niezgodzie, o gazet[ach] codziennych nie ma co i mówić, w Ateneum kiedy niekiedy tylko umieścić cóś można. Lewental był mi zawsze przyjazny i płaci znośnie, co najmniej rzetelnie, wtedy gdy wielu innych po prostu nie dotrzymuje umów, na koniec zaproponował mi on teraz właśnie wydanie kompletne powieści moich. Będę już tak śmiałą, że w sprawie tej o radę Sz[anownego] Pana poproszę. Rzecz jest taka: materialnie wydanie takie przyniesie mi od trzech do czterech tysięcy rubli, moralnie przedstawiać może tę korzyść, że ukaże światu niejako typ rozwijania się umysłu i twórczej zdolności kobiety-samouka. Z innej strony, połowa prawie powieści moich, wszystkie, które przez pierwsze 5—7 lat pisałam, przedstawia niedołęstwo tak umysłowe, jak twórcze, którego dziś trochę się już wstydzę i które zaszkodzić mi może w opinii publicznej. Poprawiać i przerabiać jest to chybiać celu, którym właśnie ma być ukazanie procesu rozwijania się, nie pozbawionego głębszego społecznego znaczenia. Boć ostatecznie niechaj świat widzi, jak kobiecie dość zdolnej nawet z natury szalenie trudno o własnych siłach dojść do jakichś umiarkowanie choćby zadawalniających rezultatów. Lecz znowu przedrukowywać marzenia i egzercycje umysłowe zdolnej choćby gąski czy warto i nade wszystko, czy godzi się? Wyboru pism Lewental znowu nie chce, tylko koniecznie wydania kompletnego. Nie umiem sobie z tym dać rady. Ci i owi wprawdzie jednogłośnie doradzają mi zgodzić się na to wydanie i dla pieniędzy, i dla honoru, i dla ciekawego widoku. Ale ja bardzo pragnę mieć zdanie o tym Pana. Od miesiąca już zwlekam stanowczą odpowiedź, ale Lewental dobija się o nią sam i przez innych; widać chwila wydaje mu się stosowną. Rzecz komplikuje się tym jeszcze, że chcę bardzo, aby Myrtalę drukowano w Kłosach, w których wydawca obiecuje mi ilustrować ją przez jakiegoś malarza bardzo znającego i miłującego świat klasyczny. Perspektywa ta ilustrowania Mirtali uśmiecha mi się, jako też otrzymania za nią jakieś 800—1000 rubli, które mi jeden tylko Lewental zapłacić może i zechce. Nędze to są, ale uwzględniać je zmuszoną jestem. Idzie mi bardzo o zdanie Pana. Proszę o nie serdecznie.

Myrtalę skończyłam przed czterema tygodniami. Jest tak dużą jak Meir Ezofowicz. Przez parę tygodni jeszcze muszę zająć się nią dla ostatecznego wykończenia szczegółów i zaopatrzenia ją w dowody historyczne, jedynie dla redakcji, która istotnie nie ma obowiązku wierzyć mi na słowo. Stanowczo jednak nie pozwolę na obarczanie powieści odsełaczami, bo nadaje to rzeczy pozór pretensjonalny i psuje artystyczne wrażenie.

Napisanie powieści na tle spółek rolniczych i przemysłowych, o którym Sz[anowny] Pan w liście swym wspomina, byłoby istotnie rzeczą wyborną, gdybym mogła gdziekolwiek spółki takie na własne oczy widzieć. Ale — jeżeli i są one tu i ówdzie u nas, o czym zresztą nie wiem, nie widziałam ich i widzieć teraz nie mogę, w Grodnie uwięzioną będąc. W kwestiach zaś powieści społecznych jest pewnik jeden, z którym, jak mi się zdaje, żaden powieściopisarz rozstawać się nie powinien: mianowicie, że pisać należy o tym tylko, co się na własne oczy widziało. Inaczej powieść będzie bladą i niedokrwistą. Turkestańca, który się Panu podobał w Pierwotnych, widziałam nieraz i niejednego, zarówno jak wszystkie figury, które zapełniają powieści moje od lat mniej więcej 10-ciu. To i owo zmodyfikować i zmienić można, często nawet trzeba, ale główne rysy muszą być kopiowane z natury, z natury widzianej, słyszanej, badanej. Bez tego wyniknie pisanie a la Mme Unicka, która przed rozpoczęciem powieści swojej przypatruje się obłokom, księżycowi i, ach, własnej anielskiej duszy.

Przez ostatnie cztery tygodnie nic prawie nie robiłam. Trzy razy miałam w tym czasie gości z Warszawy, a pomiędzy nimi dwóch lekarzy. Bo dwóch już. teraz, lekarzy zabrała się do leczenia mię — z odległości ośmiu godzin drogi kol[ei] żel[aznej]. Biorę z porady ich jakieś kąpiele i piję jakieś mikstury i — ani trochę przez to zdrowszą nie jestem. Owszem, po skończeniu Myrtali bóle głowy tak prześladować mię zaczęły, że są dnie, w których zdaje mi się, że mię już zamęczą. Kruchym jednak będąc, człowiek jest zarazem bardzo trwałym.

Przed kilku tygodniami odwiedził mię p. Piltz przejeżdżający z żoną zza granicy do Petersburga. Podobał mi się. Inteligentny i, jak mi się zdaje, bardzo zręczny. Żonę ma młodziutką, śliczną, pełną wdzięku i bodaj że trochę więcej od niego ukształconą. Razem tworzą piękną i sympatyczną parę.

Wiele jeszcze miałabym do powiedzenia Panu, ale odkładam to do następnego listu, bo dziś także tak mię głowa boli, że zaledwie pisać mogę. Na wieś wyjedziemy chyba za miesiąc. Zimna u nas i wichry szkaradne.

Całym sercem Panu oddana

El. Orzeszkowa


20 (22) czerwca 1883 r., Miniewicze

[...] rada jestem, żem już tutaj, a gdy pomyślę, że mam. przed sobą 34 miesiące tej ciszy i tego świeżego powietrza, i zapewne spokojnego pisania i czytania — czują się szczęśliwą.

[Dziękuję] za poprawienie ortografii imienia bohaterki powieści [Mirtala].

[...] czytać zaczęłam śliczną książkę Gustawa Le Bon l'Homme et les Societes.


3 (15) września 1883 r., Miniewicze

List Szanownego Pana powitałam jak zawsze z radością. Cieszę się serdecznie z miłych podróży przez Pana odbytych i najgorętsze życzenia powodzeń składam dla broszury towarzyszącej Panu na zjazd lejdejski i dla całego udziału Pana w tym uczonym, a niesłychanie zajmującym zgromadzeniu. Osobiste poznanie Jeża jest od dawna moim serdecznym marzeniem, które wskutek okoliczności rządzących całym życiem moim spełnić się dotąd nie mogło i podobno nie spełni się nigdy. Myśl, żeście Panowie zajęli się przez chwilę w rozmowie swej moją osobą, żeście mię może życzliwie wspomnieli, napełnia mię wdzięcznością i pociesza W ciężkich uczuciach i chwilach, które nieraz przenosić mi wypadło. O pannie Antoninie wiele wiem z listów jej ojca i posiadam jej fotografię.

Jednocześnie z listem. Sz[anownego] Pana przybył do mnie Ust od p. Krasnohorskiej, w którym pasze, że wiadomości o wyższej szkole żeńskiej w Pradze, dla różnych niedokładności popełnianych przez zwierzchność tej szkoły, udzielić Panu nie mogła. Dziwi mię to trochę, ale nie wątpię, że szkoła genewska, w której Sz[anowny] Pan córkę swą umieścił, przenosić musi o wiele pragską, tak urządzeniami wewnętrznymi, jak moralnym i fizycznym zdrowiem szwajcarskiego otoczenia.

Co do mnie i spraw moich: Manifest żadnych mi zmian nie przyniósł, nad czym jednak nie boleję wcale. W ogóle mam przyzwyczajenia i zamiłowania bardzo domowe, a teraz więcej niż kiedykolwiek ruch i gwar szerokiego świata nie są marzeniem moim. Marzeniem moim byłoby raczej — gdyby to było możliwym — zamknąć się w ustroni jakiejś jeszcze cichszej i samotniejszej niż ten zakąt, w którym żyję. Klasztorami naturalnie brzydzę się i z: wielu względów je potępiam, ale że dla pewnej kategorii istot ludzkich powinny by istnieć świeckie całkiem, swobodę myśli i pracy pozostawiające miejsca ciszy i odosobnienia, to mi się wydaje pewnym. Zdaje mi się, że niczego, więcej chcieć nie mogę nad cztery ściany dobrze zamknięte, z oknem na ładny jaki krajobraz, z książkami i niezmąconą ciszą. Chęć ta powstała we mnie już przed kilku laty, lecz krzyżował ją popęd do szerszej i energicznej działalności (na której też wyszłam tak świetnie!), a także niejakie jeszcze przebłyski tego, co niegdyś stanowiło urok i siłę życia. Teraz to, co długo nurtowało grunt życia, dojrzało i gdyby człowiek wolen był wybierać sobie formę szczęścia, ja wybrałabym ze wszystkich tę tylko, którą powyżej opisałam. Pragnę bardzo, aby Szanowny Pan wszystkiego tego nie poczytał za kaprys wyobraźni albo atak niewieściego sentymentalizmu. Jest to istotne i stałe usposobienie moje, o którym mówię z zupełnym spokojem, a mówię dlatego, że losami i usposobieniami mymi Szanowny Pan interesować się raczysz. Dlaczegóż zresztą powiedzieć bym nie miała o tym Panu. Rzecz jest dość prostą. Każde istnienie, szczególniej zaś istnienie człowieka myślącego i czującego silnie, posiada jakiś fakt, jakieś uczucie, jakiś skarb czy jakąś nędzę, W których spoczywa zagadka szczęścia jego lub nieszczęścia, siły albo słabości. Zagadka moja rozwiązała się niepomyślnie, oto wszystko. Rzecz sama przez się pospolitą jest i drobną, za taką też ją uważam, tylko coraz mniej mam i ochoty, i siły do życia. Bo przecież każdy musi mieć z czegoś je czerpać i w czymś je odnawiać. Miałam kiedyś i ja, ale choć na pozór nic się wkoło mnie i we mnie nie zmieniło, cóś kapitalnego złamało się i skaleczyło mię bardzo srogo. Wszystko to razem ma przecież tę dobrą stronę, że rzeczy takie, jak dozór policyjny i niemożność swobodnego poruszania się, wydają mi się drobiazgami, których usunięcie żadnej prawie nie przyniesie mi korzyści. Kłopotliwą sprawę o przestępstwo prasowe wskutek manifestu unicestwiono. Oszczędziło mi to 200 rub[li], które bym jako karę zapłacić musiała.

A propos rubli, powieści moje (tylko powieści) w liczbie 34-ch tomów sprzedałam Lewentalowi na lat 25 za 3400 rubli. Nie wiem, czy będzie wydawał je zbiorowo, zaraz czy potem; stały się one na ten przeciąg czasu absolutną i niepodzielną jego własnością.

O przyszłych losach Mirtali jeszcze nic nie wiem. Trzymają mi ją w Kłosach już od trzech miesięcy decyzji swej nie objawiając. Potrzymają jeszcze pewno ze trzy, a potem oznajmią, że drukować nie będą, tak jak to uczynili z Pierwotnymi, których jeszcze w dodatku przerobiono. Trudności te, które zmęczonego i zniechęconego do reszty zmęczyć i zniechęcić muszą, w red[akcji] Kłosów zawdzięczam specjalnie Pługowi. Z drukowania każdej powieści mojej robi on kwestię gabinetową grożąc Lewentalowi dymisją, której znowu ten obawia się, bo mu ortodoksja Pługa kamienice buduje. Byłabym już porzuciła Kłosy, ale nie mam dokąd iść; Tygodnik Ilustrowany ma niezłomny zwyczaj przerabiać powieści i w dodatku tak mało płaci, że zaledwie połowę tego co Kłosy, które także mało płacą; z gazetami codziennymi żadnych stosunków nie mam, bo są to arki prawowierności i przymierza z Panem, Prawda drukuje same drobiazgi, pozostaje Ateneum, ale na inne razy, bo w obecnym redaktor pisma tego powieści historycznych, szczególniej na tle starożytnym, nie cierpi. Mirtala moja czekać więc musi wyroku Adama Pługa, autora Oficjalistów i Bakałarzy, który co piątek sam sobie w rądeleczku [!] rybę gotuje lękając się ze strony kucharza malwersacji bulionowych. Tak idzie świat i niech sobie idzie!

Przepędzeniem tegorocznego lata z żadnego względu pochwalić się nie mogę. Było ono niepogodne, zimne, wilgotne. Miałam rozdzierające zmartwienia i w chmurne dnie chmurniejszą jeszcze duszę. Nie napisałam nic oprócz dwu Listów z Ustroni do Kraju. Ma to być cóś na kształt felietonów o różnych sprawach społecznych i literackich. W zimie odwiedzając mię Piltz bardzo nagląco! żądał ode mnie felietonów takich, a potem przypominał o nich w listach nieustannie. Napisałam więc dwa, ale nie wiem, czy je drukować zechce. Jeden o przyjęciu w Warsz[awie] Reszkówny w zestawieniu z jubileuszem Jeża, drugi o ofierze Łojki na uniwersytet dla kobiet i o wyższym kształceniu profesjonalnym kobiet. Piltz, który teraz jest w Warszawie, przyobiecał mi bytność swą w Miniewiczach. Oczekuję przybycia jego dziś, jutro.

P. Konopnicka nie była u mnie. Wspólni przyjaciele nasi, tutejsi i warszawscy, zadecydowali, że zjechanie się nasze do jednego miejsca mogłoby być źle widziane i sprowadzić na nią może, na mnie pewno niejakie przykrości i kłopoty. Wyjechała więc do Karlsbadu ze wspólną znajomą naszą, trochę autorką, panną Trip[p]lin. Gości jednak, z Grodna, z sąsiedztwa i trochę dalszych stron, miewaliśmy sporo; przypatrzyłam się też pilnie i z bliska szlachcie zagrodowej, którą w tym roku, z różnych przyczyn, nie tylko widywałam, ale nawet odwiedzałam. W sąsiedniej okolicy zapanował był tyfus; narzeczony służącej mojej zapadł także na tę chorobę i umarł, ale zanim umarł, chodziłyśmy do niego pomagając doktorowi leczyć go. Stąd liczne znajomości i nawet przyjaźnie z tymi sympatycznymi ludźmi. Kiedyś napiszę może o nich parę noweli, bo teraz absolutnie nic a nic nie mam w głowie. Gdybym kiedykolwiek mogła zostać trapistką bez pacierzy, uciszyć się i zapomnieć, może bym jeszcze dużo pisała. Na nieszczęście jest to niepodobnym.

Towarzyszki moje i p. Nahorski bardzo serdecznie dziękują Panu za uprzejmą pamięć i wzajemnie pełne szacunku i życzliwości pozdrowienia zasełają. Wszyscy są zdrowi prócz Maryni, która zapada często i dziś właśnie obłożnie, choć nie niebezpiecznie jest chorą. O Kościałkowskich wiem mało bo Wilunia raz tylko odwiedziła mię tego lata. Podobno matki i słabej ciotki opuszczać nie może.

Czemu właściwie przypisuję wpływy wywierane na nas przez naturę, kiedyś może napiszę. Dziś tyle tylko mam czasu i miejsca, aby z całego serca polecić się pamięci i przyjaźni Pana.

Pełna szacunku i przyjaźni

El. Orzeszkowa


13 XI [18]83, Grodno

W chwili właśnie, gdy zacząć miałam list do Szanownego Pana, na oddanej mi kopercie poznałam pismo Jego. Z całego serca dziękuję za tak prawdziwie przyjazną pamięć i za wyjątek z gazety niemieckiej bardzo dla mnie przyjemny. Panu Edmundowi za pracę przepisywania serdecznie rączkę ściskam. Ile ma lat ta tak biegle pisząca rączka? Jakże żałuję, że okoliczności nie pozwoliły mi poznać rodziny Szanownego Pana! A nieraz w czasie częstego bywania mego w Wilnie miałam myśl i chęć wpadnięcia na wieś do Szanownych Państwa. Trochę księgarnia mię trzymała, trochę nie śmiałam. Teraz żałuję, żem tego nie uczyniła. Może kiedykolwiek (rzecz bardzo wątpliwa) będę za granicą i podążę tam, gdzie wówczas Państwo będziecie.

Do miejskiej chaty mojej wróciłam przed miesiącem i przez czas jakiś miałam dużo kłopotu z przerabianiem mieszkania, które trzeba było trochę inaczej zamieszkać. Z jednego pokoju zrobiłam dwa za pomocą ściany zbudowanej z książek, innym nadałam użytek różny nieco z, poprzednim i teraz jest mi znacznie wygodniej. Za ową ścianą z książek umieściłam swoją sypialnię wraz z biurkiem i szpargałami, a ponieważ w domku mającym pięć niewielkich pokoi mieści się nas wraz ze służbą osób pięć, więc taki kąt całkiem oddzielny był mi bardzo potrzebny. Jest to na pozór drobnostka, ale prawdą jest, co mówi komunał, że życie składa się z drobnostek. Ta podługowata celka, do której szafy pełne książek nie dopuszczają odgłosów domowej krzątaniny i rozmów, dodała mi dużo spokoju i ciszy, której nad wszelki wyraz pożądam. Nawet rosnące za jej oknem mizerne krzewy i dachy żydowskich stajen wydają mi się milszymi niż wprzódy. Na kilka godzin zamykam pomiędzy szafami ciężką portierę i doświadczani trochę złudzenia owej trapistowskiej celi, o której w przeszłym liście Sz[anownemu] Panu pisałam.

Po tych znowu zachodach domowych miałam przez dni kilka gości z Warszawy, mianowicie owych cudownych doktorów, którzy z bohaterskim uporem postanowili sobie wyleczyć mię i w celu tym jeżdżą a jeżdżą do Grodna. Istotnie też kuracja ich wiele dobrego mi robi i gdyby nie ona, tak mi te lato ciężkim było do przeżycia, że może by już i bardzo źle ze mną było. Szczególny jakiś rodzaj kąpieli, przez nich mi przepisany, dużo sił mi dodaje; nauczyli też mię kilku hygienicznych środków, bardzo zbawiennych. W połowie zimy znowu przyjechać mają. Doprawdy, fakty takie wzbraniają stanowczo zwątpienia o możliwości na świecie dobroci i bezinteresowności ludzkiej. W dodatku — nie pamiętani, czy pisałam Panu o tym — spomiędzy dwu tych ludzi jednego widziałam przedtem dwa razy, drugiego ani razu nie widziałam. Przyjechali i powiedzieli: ,,Słyszeliśmy o złym zdrowiu Pani. Prosimy o pozwolenie zrobienia wszystkiego!, co będziemy mogli, dla poprawienia go"; Nieprawdaż, że to ładnie. Są to Żydzi.

Potem, po odjeździe gości, musiałam koniecznie napisać parę nowych Listów z Ustronia, co mi trochę czasu zabrało. I oto są kolejne przyczyny, dla których tak długo do Sz[anownego] Pana nie pisałam. Cieszę się niewymownie, że pierwszy mój List z Ust[ronia] podobał się Panu. Drugi wydrukowanym będzie pewno w numerze najbliższym. W trzecim pisałam o studentkach Polkach w Petersb[urgu], a w czwartym o szkole gospodarstwa kobiecego. Teraz, po załatwieniu zaniedbanej trochę korespondencji, wezmę się do pasania noweli dla nowopowstającego pisma dla kobiet pt. Świt. Nie wiedząc, czy Sz[anowny] Pan ma jakie szczegóły o tej sprawie, trochę ich prześlę.

Otóż mamy mieć postępowe i obszerne pismo dla kobiet. Lewental (co za głowa spekulanta!) nabył od p. Marrene pismo nazewające się Moda za 700 rubli (!), wyjednał sobie szybko i łatwo rozszerzenie programu, wezwał na redaktorkę p. Konopnickę i ad N[owego] Roku wydawać ma Świt. Przyszłość tylko ukaże, jaką redaktorką potrafi być wielka poetka; można jednak spodziewać się, że jeśli nie całkiem podda się wpływom otoczenia swego, pismo jej będzie i postępowe, i wyższą myślą kierowane, niż był dotąd przeanielski Bluszcz. W Bluszczu podobno strach i rwetes wielki. Konkurencja, i straszna, jakby z piekła wylazła. P. Unicka widać głowę traci, bo za pośrednictwem czyimś mnie nawet o powieść prosiła. Ale ja piszę dla Świtu. Z tego wszystkiego dziś już ta korzyść pewna, że biedna Konopnicka wybrnie ze swych materialnych kłopotów, a przez to szerzej może i swobodniej rozwijać się będzie jej śliczny talent. Lewental ofiarował jej 2000 rub[li] rocznie i mieszkanie w swoim pysznym domu na Nowym Świecie. Przy tym otrzymywać ma znaczną tantiemę i osobną płacę za wszystko, co sama do Świtu pisać będzie. To wcale ładnie i z tym już żyć można.

Z moimi powieściami rzecz skończona. 3400 rubli otrzymałam i prospekty na zbiorowe wydanie już wychodzą. Mirtalę także Lewental nabył dla Kłosów, ale po długich pertraktacjach i targach, których szczegóły dobrze te nasze wydawniczo-literackie sprawy charakteryzują, dlatego je Panu opiszę. Żądałam za Mirtalę (tom gruby) 800 rubli, a także, aby ją drukowano z początkiem n[owego] r[oku]. Przede wszystkim Pług wiedząc o tych moich warunkach pośpiesza z chrześcijańską przysługą i rozpoczyna w Kłosach dwutomową powieść, która naturalnie na cały rok albo i więcej miejsce zabiera. Jeden z przyjaciół moich uczynił mu za to wymówkę, tym słuszniejszą, że ja dla Mirtali przed rokiem już miejsce na r. 1884 u Lewentala zamawiałam. Na to mu pokorny naśladowca Chrystusa: „Gdyby p. Orzeszkowa porozumiewała się nie z wydawcą, ale ze mną, nie uczyniłbym tego. Skoro nie dba o mnie i pomija mię, mam prawo o jej propozycjach nic nie wiedzieć". Na to ja (zawsze przez tego przyjaciela mego, który jest znajomym Pługa): „Gdyby mi p. Pług sto podobnych i gorszych jeszcze przysług miał oddać, przez całe życie moje porozumiewać się będę tylko z wydawcą Kłosów, a o nim nie wcale nie wiedzieć. Dixi". A do Lewentala piszę, że zgadzam się na rok 1885-ty. Podówczas rozpoczyna się zamiana not o honorarium i trwa dość długo. Brzmi zaś zamiana ta, jak następuje: „800" — „500" — „800" — „550" — „800" — „600". Ja do owego przyjaciela mego: „Proszę o zabranie Mirtali z redakcji Kłosów". Lewental do mnie: „Gwałt! Najczcigodniejsza Pani! żądasz po 26 groszy za wiersz, cena niesłychana! Proszę trochę ustąpić. Będę za to powieść ilustrować!" Ilustrowanie te miękczy trochę ostrze mego pióra. Piszę znowu: „600 rubli za druk w Kłosach, 100 za wydanie książkowe, czyli 700 rubli". Ostatnia nota Lewentala: „Zgoda! Boże wielki! cóż mam robić? ale pieniądze nie prędzej jak w styczniu p[rzyszłego] r[oku], a może i troszeczkę później (procent roczny przepada)". Dziś mu ostatecznie odpowiadani: „Zgoda! Boże wszechmogący, cóż mam robić?" I historia sprzedania Mirtali za 700 rubli (nie prędzej jak w styczniu r[oku] przyszłego]) z drukowaniem w 1885 roku i z ilustracjami — skończona. Trochę zabawna, nieprawdaż?

Teraz, jeżeli mi zdrowie i muzy dopiszą, powinna bym tej zimy napisać 3—4 nowele, pomiędzy którymi będzie rzymski drobiazg pt. Pro patria. Temat do tego obrazka, który w szczególny sposób mię nęci, znalazłam w wojnach galijskich Cezara. Teraz właśnie je przeczytałam. Z rzeczy nowych i lekkich czytamy Stahla, którego dotąd nie znałam wcale. Rzeczy to są szkoły starej, ale wdzięczne i często nawet głębokie.

Cóż mam więcej Sz[anownemu] Panu napisać lub opisać? Piltz nie był u mnie na wsi i tylko pisał tłumacząc się bardzo poczciwie, że przez parę tygodni podróżowania stęsknił się bardzo za żoną i już podróży przedłużać nie mógł. Co za przykra i niepotrzebna historia pomiędzy Świętochowskim a Piltzem! Niech mi Pan łaskawie napisze swoje zdanie o postąpieniu Świętochowskiego, mnie bo wydaje się ono niezmiernie nietaktownym i niewczesnym.

Z panną W[ilhelminą] Kościałkowską widuję się często. Zdrowa jest i wszystko w jej domu jak zwykle. Moi domowi, nie wyłączając tym razem i Maryni, zdrowi także, Szanownemu Panu pełne szacunku i przyjaźni pozdrowienia przesełają. Do listu tego łączę fotografię moją i Maryni, o której mówią, że jest bardzo dobrą. Pragnę bardzo i od dawna posiadać fotograficzne portrety Pana i rodziny Jego, lecz zaledwie śmiem pragnienie to wyrazić. Jeżeli można...

Pełna szacunku i serdecznie przyjazna

El. Orzeszkowa


28 stycznia 1883 r. (po azjatycku) [! 28 I starego stylu 1884]

Zajmującą wiadomość powiedział mi Makowski, który wraz z żoną spędził u mnie parę dni świątecznych. Dzielą się nią z Panem. Suma za sprzedane książki otrzymana w roku zeszłym przez księgarnie Zawadzkiego blisko o 3000 rubli okazała się mniejszą od tej, którą w ostatnim roku istnienia naszej księgarni otrzymały księgarnie obie: nasza i Zawadzkiego]. [...] Ponieważ żadne inne źródło nie odkryło się w Wilnie, a do Warszawy o książki nikt prawie nie zwraca się stamtąd, najwyraźniejszą jest rzeczą, że z ubytkiem drugiej księgarni ludzie zaczęli czytać mniej o trzy tysiące rubli na rok. Na małe Wilno szkoda to umysłowa, niemała.

Piltz utrzymuje, że ten drukowany [List z Ustronia] nie podobał się powszechnie i dalszych, nie czytając ich już nawet, drukować nie chce.


20 III 118]84, Grodno

Serdecznie dziękuję Szanownemu Panu za list, na który byłabym natychmiast odpowiedziała, gdyby przeraźliwy katar nie uczynił był mię na parę tygodni idiotką nie mogącą trzech słów do sensu złożyć. Gdzie indziej inaczej, inaczej, inaczej! ale u nas z każdą jesienią i wiosną ludzkość formalnie kąpie się w błocie i choć w nie nie włazi, to jednak nim oddycha. Stąd cherlanie ogólne, które i mój dom tak nawiedziło, że przez dni kilkanaście nic w nim więcej słychać nie było jak we wszystkich pokojach rozbrzmiewające kichania i kaszlania. Od tych odgłosów muzy zazwyczaj uciekają. Wyobrażam sobie, że w starej Grecji katarów wcale nie było, inaczej nie podobna by pojąć jej potężnej twórczości. Państwo tam pod szczęśliwszym niebem od paru lat mniej daleko znać musicie te nędze żywota. Najgorsza bieda z muzami! Gdy raz uciekną, trudno bardzo pochwycić je na nowo. Od kilku tygodni nic już nie robię i gryzę się tym tak bardzo, że aż przyszło mi szukać pociechy w hymnach do natchnienia Deotymy. Z nich dowiedziałam się, że tą wieszczka, także bywała nieraz opuszczaną przez muzy — i to mię pocieszyło, bo mimo to stała się tak wielką!

A propos wielkich, czy znaną już jest Panu powieść Sienkiewicza Ogniem i mieczem? Niezmiernie chciałabym wiedzieć zdanie Pana o niej. Czytam teraz, tom trzeci. Wedle mnie artyzm powieściowy dosięgną! w tym utworze może najwyższych swych szczytów. Są obrazy, sceny, postacie nieporównanie malownicze, plastyczne, doskonale — jak się w technicznym języku mówi — zrobione. Jednak rzecz dziwna! to arcydzieło artyzmu nie sprawia mi ani głębokiego, ani trwałego wrażenia. Jeszcze sobie dokładnie sprawy nie zdałam, dlaczego tak jest. Czuję tylko brak czegoś, co by mogło przejąć do głębi i na długo wyryć się w pamięci. Dopóki czytam, dopóty unoszę się; w parę godzin potem wszystko już tylko w zmąconych liniach przedstawia się wyobraźni i pozostawia wspomnienie czarującej bajki. Być może, iż na moją wyłącznie naturę działa w ten sposób niedostatek, a raczej brak jakiejś filozoficznej myśli lub też, pomimo jaskrawej tragiczności, brak tej tragiczności głębokiej, tajemnej, która mieści się na dnie cichych serc i losów. Nie wiem. Niech Pan raczy podzielić się ze mną swoim wrażeniem — pomoże mi to do wyświetlenia mojego. Bądź co bądź, jest to teraz rzecz tak sławna, że jak mi mówił ktoś z Warszawy, o niczym tam teraz nie mówią jak o tym. Sienkiewicz; stał się bohaterem dnia. Tarnowski mówi o nim odczyty. W teatrze przedstawiać mają żywe obrazy z jego powieści czerpane. Tym więcej wstydzę się, że uczuwając całą jej piękność, tego bezwarunkowego uwielbienia podzielać nie mogę. Niektóre powieści historyczne Jeża, pomimo wad kompozycji, wzruszały mię więcej i trwałej.

Świt wychodzić zacznie od 1 kwietnia n[owego] st[ylu]. Konopnicka wymówiła sobie u wydawcy trzy miesiące absolutnej swobody działania. Nikt jej nie ma nic wskazywać ani w niczym przeszkadzać. Honoraria nawet wypłaca dowolnie. Jeżeli dopiero rezultaty tych absolutnych rządów okażą się niepomyślnymi, poddać się ma zbiorowej redakcji i akceptować doradczy głos wydawcy. Jest to dla mnie rzecz bardzo ciekawa, jak się ona z tego wywiąże. Może, przypuszczam, wywiązać się dobrze. Wykształcona jest, dojrzała i odważna. Beletrystyka tam zacznie się od noweli mojej pt. Romanowa. Axcydemokratyczna to jest historyjka o biednej kucharce i synu jej, pijaku. Posłałam tam także artykuł o studentkach petersburskich, ale nie mam jeszcze odpowiedzi redaktorki-poetki i ciekawa jestem, czy odważy się go drukować, bo napisany bez ceremonii i owijania w bawełnę naszej ślepoty i głuchoty na tak ważne i konieczne społeczne zjawiska.

Chodzi po pismach wieść, jakoby Ed[ward] Łajko otrzymał koncesją na wyższe naukowe kursa dla kobiet w Warszawie. Wczoraj pisałam do Łojki (który czasem pisuje do mnie o różnych kobiecych sprawach) z zapytaniem o prawdziwość tej wieści i w razie prawdziwości o szczegóły i rozciągłość koncesji. Jeżeli ta istotnie będzie uniwersytet, stracę dobrą pomocnicę maję, bo Marynia wyjedzie najpewniej do Warszawy, aby studiować medycyną. Ma ona szczególny pociąg do nauk przyrodniczych i dużo się w nich kształciła. Ma teraz lat 28, więc jeszcze nie za późno. Byłaby już dawna zamiar ten, a raczej tę swoją gorącą chęć spełniła, gdyby nie petersburski klimat, którego by nie zniosła. Za granicę wyjeżdżać nie mogła dla braku środków. W Warszawie wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko wiadomość dotrzymała, co obiecuje. Doprawdy, gdyby nie serdeczne związki i obowiązki, które mi tu żyć każą, sama jeszcze zapisałabym się na studentkę fakultetu literackiego i na koniec życia odniosłabym z tego wielkie korzyści. Nie uczynię tego dla przyczyn prywatnej zupełnie natury, ale ileż, ileż innych kobiet nie żałowałoby tych przepadłych marnie sił i zdolności, których ja teraz żałuję! Z wielką niecierpliwością oczekuję odpowiedzi Łajki.

Wilunia Kościałkowska dziękuje Panu bardzo uprzejmie za otrzymane pozdrowienia. Przed tygodniem na kilka tygodni wyjechała ona do Warszawy, gdzie bawi się doskonale wynagradzając sobie nudy grodzieńskiego żywota.

Serdeczne też podziękowania przeseła Szan[ownemu] Panu p. Nahorski za interesowanie się położeniem jego przy nowych urządzeniach sądowych. Jeżeli w nim zaszły jakie zmiany, to chyba na lepsze. Prawa obrońcy otrzymał natychmiast, nawet bez regulaminowego egzaminu; reforma zaś w sądownictwie zaszła, przysługując się społeczeństwu najbardziej może tym, że oczyściła mocna adwokaturę z mnóstwa moralnych mizeraków trudniących się rzemiosłem pokątnych doradzców, tym samym rozszerzyła pole działalności dla uczciwych i wykształconych adwokatów. W Grodnie to wybieranie kąkolu z pszenicy odbywało się istotnie ze starannością wielką, przez co pokątne doradztwo nie zniknie całkiem, ale umniejszy się znakomicie. Nowych adwokatów przybyło do Grodna z dziesięciu. Miałam zręczność poznać ich wszystkich i, niestety, zawiodłam się w nadziejach moich. Mniemałam, że sprowadzą oni do mieściny naszej nieco umysłowego życia i wyższych polotów. Tymczasem zaledwie paru jest inteligentnych i wykształconych, inni jakby na bruku partykularza naszego urodzili się i wieki swe przeżyli. Grodno jest wyłącznie prześladowane przez fatalizm. Za jednego Batorego, który w nim zmarł, żyją w nim dziesiątki tysięcy głupców.

Czy pisałam Panu o francuskich przekładach moich powieści? Julianka wychodzić zacznie od 1 kwiet[nia] w Revue Universelle i Silny Samson w Revue Internationale we Florencji.

Pełna szacunku i przyjaźni

El. Orzeszkowa

Marynia najuprzejmiej prosi Szanownego Pana o wyświetlenie językowej trudności na drugiej stronie tej kartki wypisanej. Ja jej w tym nie potrafiłam być pomocną; udajemy się więc z tym do Pana, najmocniej za naszą śmiałość i zabieranie Mu czasu przepraszając. Dziewczyna uczy się wciąż z zapałem godnym lepszych losów.

W tej chwili otrzymałam odpowiedź od Łojki. Wiadomość była w części prawdą, w części plotką. Łojko koncesji nie ma. Ma ją ktoś z profesorów warszawskich, którego nazwisko trzymane jest w tajemnicy. Dlaczego? Co to będzie? Lękam się, aby to nie był zakład do sztucznego hodowania księżniczek. Pisze też Łojko, że jednym z głównych działaczy w tej sprawie jest W[acław] Szymanowski. Smutny prognostyk!


6 maja 1884 r., Grodno

Przed dwoma dniami otrzymałam list Szanownego Pana i natychmiast przejrzałam wszystkie wydawnictwa wileńskie szukając ogłoszenia wiadomego. Pomimo jednak że wydawnictwa te znajdują się u mnie w komplecie i z rozmaitych ogłoszeń księgarskich ani jednego: szpargałka mi nie brakuje, zapowiedzi drukowanej o przekładzie Etyki Spencera nie znalazłam. Widocznie drukować ją zamierzaliśmy dopiero, gdy nam przeszkodzono. Jestem w prawdziwej rozpaczy, że życzenia Pana spełnić nie mogę. Nie znalazłszy nic w drukach przejrzałam listy, którymi Sz[anowny] Pan obdarzać mię raczył, i znalazłam parę, w których są wzmianki o rozpoczęciu i posuwaniu naprzód rzeczonej pracy. Jeżeliby te listy przydatnymi stać się mogły, proszę o uwiadomienie, a prześlę je natychmiast.

U nas nic nowego. Żyjemy zawsze jak krety, pod ziemią, w ciemności i głuchej ciszy, toteż i tępieją nam dziwnie zmysły i umysły. Doświadczam tego na sobie. Dopóki jeszcze wychylałam się od czasu do czasu w świat szerszy i gwarniejszy, tutejsza głusza mniej mi szkodziła, ale odkąd absolutnie już horyzont mój ograniczył się na mieście Grodnie, tępięją i leniwieję w sposób przerażający. W jesieni i do połowy zimy czytałam i pisałam wprawdzie sporo, ale od paru miesięcy nie tylko że nic już nie robię, ale i robić nie chcę. Wraz ze wszystkim, co mię otacza — usypiam. Że jednak nie jest to wcale usposobienie ani chwalebne, ani zajmujące, rozpisywać się o nim przed Sz[anownym] Panem nie będę. Wolę zapytać, jak Sz[anownemu] Panu wydaje się Świt, o którym z pięciu już n[umer]ów cóś wnosić można? Interesuje mię to ze względu na redaktorkę i nadzieje, jakie pokładać można w tym nowym organie spraw kobiecych. Czy Sz[anowny] Pan czytał już Ogniem i mieczem? I o tym utworze pragnęłabym bardzo wiedzieć zdanie Pana. Moje Niziny wychodzić zaczną w Kraju w połowie czerwca. Pora niefortunna dla autora, ale tak chciał wydawca. Źle mi cóś wróży to odkładanie prac moich przez wydawców na ogórkową porę, bo i Kurier Codzienny jakiś obrazek mój w lecie też drukować zamierzył. Znak to może do cofnięcia się z areny... Tymczasem spotyka mię rzecz dość dziwna. Piszę o niej Panu znając łaskawe interesowanie się Jego tym, co dotyczy prac moich i mojej małej osoby.

Ta rzecz dziwna polega na szczególnej sympatii, jaką mi tej zimy okazywać zaczęli Rosjanie. Wiedziałam wprawdzie o tym, że wszystkie drobniejsze i kilka większych powieści moich tłumaczono w Rosji, czasem nawet, po parę razy, ale mniemałam, że czyniono to po prostu dla zapchania miejsca w pismach i że publiczność rosyjska żadnej na te przekłady uwagi nie zwróciła. Teraz przy napływie nowej ludności inwazyjnej z powodu zmian sądowych otrzymuję wizytę po wizycie tych panów i nawet tych pań, które przywożą swe córki, aby zobaczyły tę... dla której... etc, etc. Na paru koncertach z publicznością mieszaną już znajomi przedstawiali mi jeszcze nie znanych, oglądano się, przypatrywano, prawiono mi o Straconym, Czternastej części, Meirze, Sylwku etc, etc. Jedna z tych pań jeździła na cmentarz grodzieński, aby zobaczyć miejsce, w którym wzrósł Sylwek Cmentarnik, inna szukała po Grodnie ulicy Kwietniej i rodziny Końców... Dziwią się, że mieszkam w Grodnie, a wiadomość o moim tu uwięzieniu wywołuje okrzyki: Impossible! niewozmożno! obidno! itd. Nigdy jeszcze na takiej fecie nie byłam. Zrazu zdumiewałam się. Teraz śmiech mię bierze! Co to jest? i co ja z tym zrobię? W towarzystwo ich naturalnie nie wejdę nigdy i za nic, niegrzecznością znowu za grzeczność odpłacać nie należy i nie podobna. Trochę więc dyplomacji i taktu wyekspensować trzeba. Zresztą, wyjazd na wieś położy zapewne koniec tym niespodzianym znajomościom i stosunkom. Wyznać jednak muszę — a o bezstronności mojej, jestem pewna, że Sz[anowny] Pan nie wątpi — że ci z nich, których poznałam, tak panowie, jak panie, wydali mi się ludźmi wcale wysokiej cywilizacyjnej miary: oświeceni, w sensie towarzyskim zupełnie przyzwoici i, co najważniejsza, objawiający dla nas, jako narodu, bardzo życzliwe usposobienia. Czyżby nadchodziły już czasy nowe? Szczęśliwy, kto ich doczeka! Niech Sz[anowny] Pan raczy nie komunikować nikomu o tych moich niespodzianych tryumfach, bo rzecz jest taka, że z niej zły użytek zrobić łatwo, a o ile pod innymi względami obojętną mi jest opinia ludzka, o tyle pod tym właśnie pragnę być, jak żona cezara, niedostępną nawet podejrzeniom.

Na wieś (do tych samych Miniewicz) wyjedziemy zapewne w połowie czerwca. Przedtem spodziewam się odwiedzin Piltzów, którzy przyrzekli w powrocie z Warszawy, gdzie bawią obecnie, zajechać tu na dni parę. Przyrzekł mi też odwiedziny swe Spasowicz, gdy w maju za granicę tędy przejeżdżać będzie, ale na te przyrzeczenie mato liczę. Zapewne mu w ostatniej chwili czasu albo i ochoty zabraknie. O teraźniejszym zamiarze jego wiem od Wilhelminy, która widywała go w Warszawie, w czasie tryumfów, jakie go z racji odczytów spotykały. Lewentalowie wydali ku uczczeniu, go jakiś taki wielki raut, że podobnego Warszawa jeszcze nie widziała. Tak mi pisała Wilhelmina, która dotąd jeszcze bawi i wybornie bawi się w Warszawie. Od niej też wiem, że Konopnicka cieszy się tam popularnością ogromną nie tylko jako pisarka, lecz i jako kobieta. Uchodzi podobno powszechnie za genialną poetkę i jedną z najpiękniejszych kobiet towarzystwa. Przeznaczenie dziwne. Do lat trzydziestu kilku siedziała na wsi nieznana, prawie uboga, skłopotana gospodarstwem i dziećmi. W latach 40-stu wykierowała się na genialną, światową i piękną kobietę. Zazwyczaj bywa to pora schodzenia z pola pod każdym względem, ona tymczasem w porze tej weszła na wszystkie możliwe.

Marynia prosi mię, aby Sz[anownemu] Panu przesłała od niej tysiączne i serdeczne podziękowania za wyświetlenie owej niemieckiej językowej kwestii. A propos — o uniwersytecie dla kobiet znowu nic nie wiemy i znikąd dowiedzieć się nie możemy. Cóś podobno ma być — ale chowają to w tajemnicy głębokiej, nie wiem czemu.

Czy mam przysłać listy ze wzmiankami o Spencerze?

Sercem Panu oddana

El. Orzeszkowa


8 (20) maja 1884 r., Grodno

Raz jeszcze przejrzałam bardzo pilnie okładki wszystkich wydawnictw wileńskich, i mogę Szanownego Pana upewnić, że ogłoszenia wiadomego nie zawierają. Że wiadomość o zamierzanym przekładzie Etyki Spencera dawaliśmy do gazet, o tym pamiętam, ale w wydaniach własnych widocznie mieliśmy dopiero zamiar ją wydrukować, gdy nas zakryta Nowin nie zbierałam, ale Prawdą od początku jej istnienia posiadam. Jeżeli więc przydatnym będzie na cokolwiek numer zawierający wiadomą wzmiankę, wyszukam, go i Sz[anownemu] Panu prześlę zarówno jak listy Pana, o których już wspominałam. Proszę tylko o wiadomość, czy mam wysełać n[umer] Prawdy i te listy.

Mnie to Lewental największą przykrość i stratę wyrządził usuwając z tomowego wydania Pierwotnych dedykatę, którą chciałam dać Szanownemu Panu malutki dowód mojej dla Mego czci i przyjaźni. Naturalnie, uczynił on to bez mojej wiedzy, nie wiedzieć dlaczego, wprost przez zapomnienie i zaniedbanie. Kłóciłam się z nim o to i zawarowałam sobie, że gdy w zbiorowym wydaniu na książkę tę przyjdzie kolej, występek ten przeciw moim prawom autorskim naprawionym zostanie. Zresztą, prawdę mówiąc, te prawa autorskie to czyste złudzenia — na każdym kroku panowie wydawcy robią z nami, co tylko chcą — i cóż? procesy wytaczać? Trudno, często nie podobna. Niedawno ktoś Jeżowi zmasakrował jakąś powieść. Moje zbiorowe wydanie wcale nie takim porządkiem idzie — jak brzmiało w umowie. Kto tam na miejscu siedzi i interesów swoich pilnuje, może jeszcze cóś w swojej obronie zrobić — ale z daleka jest się zupełnie na ich łasce i trzeba znosić różne ujmy i przykrości. To opuszczenie dedykaty w Pierwotnych było jedną z największych, jakie kiedy zniosłam, bom sobie marzyła, że kilka tych słów przypominać będą czasem Panu i mnie, i ten dzień wspólnie spędzony w Wilnie, w którym rozmawialiśmy o Pierwotnych, na wpół jeszcze podówczas napisanych. Niedawno — a jednak tak dawno. Zdaje mi się, że przed dwoma laty byłam młodszą o lat dwadzieścia.

Co się tyczy zarzutu ujemnego przedstawiania studentek, nie przyznaję słuszności jego wprost dlatego, żem jeszcze ani jednej studentki, tak dobrej, jak złej, w żadnej powieści mojej nie przedstawiła. Bohaterki Widm i Bańki mydlanej są dopiero kandydatkami na studentki; pierwsza z nich do celu tego dąży drogą błędną, druga uosabia pretensje do wyższości umysłowej nie uzasadnione, więc szkodliwe i śmieszne. Studentki żadnej w powieściach moich nie ma. Nieraz już myślałam i pragnęłam napisać powieść z taką bohaterką, o jakiej Sz[anowny] Pan w liście swoim wspomina, to jest z kobietą pracy naukowej, cichej, poważnej, trudnej, a u końca tryumfującej. Te myśli i pragnienia moje rozbijały się zawsze o jedną przeszkodę: kobiety takiej nigdy nie spotkałam. Pisze Pan, żem takie znać musiała. Nie znałam ani jednej takiej. W innych, postaciach, i z innymi wynikami pracę kobiet widywałam i widuję, ale studentki, która by na koniec do czegoś poważnego w dziedzinie umysłowej i życiowej doszła — nie. Bynajmniej nie wnoszę stąd, aby takie istnieć nie mogły. Owszem, wiem z pewnością, że istnieją, tylko nie tu i nie z Petersburga. Gdzie podziewają się te panie, które uczą się tam? — dopytywałam się o to bardzo i — nie wiem. Po prostu nikną. Wyjeżdżają może do Rosji, wychodzą za mąż, giną na bruku stolicy, ale tu ich nie ma. Znałam trzy rodem z Grodna. Jedna tylko szkołę Bestuż[ewa] skończyła, wcale nieświetnie przedstawiała się ze strony umysłowej i moralnej i na koniec za bogatego chłopca wyszła, bo ładną i zalotną była. Dwie inne nie ukończyły kursów, nie wytrwały, za mąż wyszły — byle jak. W Wilnie są dwie doktorki: Rosjanka i Żydówka rosyjska. W Suwałkach jedna: rosyjska Żydówka. W Grodnie żadnej. W Warszawie trzy bardzo szanowne panie: lekarki dwie i doktorka filozofii, pani Arnd z Zurychu. Gdzie są Polki z Petersburga? Alboż ja wiem. Nie widziałam i posłyszeć nie mogłam. Możnaż pisać o niewidzianym, i niesłyszanym, z wyobraźni, z własnych żądań? Można by z biedą, ale rzecz nie będzie posiadać żadnej wartości, piętna prawdy pozbawiona. O studentkach petersburskich napisałam do Świtu artykuł (już wydrukowany), ale powieści nie napiszę, aż się zjawisku naocznie przypatrzę. Zresztą, w zamknięciu żyję, ludzi prawie nie widuję, nigdzie nie jeżdżę, nic prawie nie widzę. Położenie dla powieściopisarza bardzo trudne i mnóstwo przedmiotów i zjawisk spod pióra, jeśli szczerym ono ma być, usuwające.

Jakiż to straszny dramat odegrał się w Lipsku! „Bożyszcze narodu" zaparło się czynów swoich i cesarza niemieckiego o ułaskawienie prosiło... Biada nam! Czemuż nie była tam, przed obliczem Europy, pierś skrojona na miarę Fidiasza? Utopistką może jestem, ale w położeniu takim za nic w świecie nie powiedziałabym ani: Nie!, ani: Proszę! Co Pan o tym myśli?

List Pana przybył tu w czasie pobytu u mnie dokt[ora] Nusbauma, który mię trzeci już raz w tym roku odwiedzał. Trzy dni przeszły mi bardzo mile w towarzystwie tego prawdziwie dobrego i wysoce wykształconego człowieka. Między innymi rzeczami opowiadał mi o sprawie Swiętochowski — Piltz. Tak podobno ciągają się za włosy (au figurę) przed sądem honorowym, że i sami po każdej sesji z sił opadają, i sędziów zagryzają. Swięt[ochowski] sformułował przeciw Piltzowi 39 (ex-cusez du peuf zarzutów, świadków i świadectw nagromadził ogromne multum, Piltz zaś ze swej strony broni się zaciekle. Z dala patrzącemu wygląda to na dziwną, śmieszną i smutną małość. Co to? i — po co to? Żeby gdziekolwiek ujrzeć cóś wielkiego! Z czcią i przyjaźnią rękę Panu ściskam.

El. Orzeszkowa

P. S. Jeszcze nie wygadałam wszystkiego. Mam do Szanownego Pana prośbę. Bardzo jestem śmiałą, ale jeśli to rzecz możliwa, chciej mi Pan przysłać fotografię Spencera — tu nigdzie dostać jej nie podobna, prosiłam, o nią kogoś za granicę jadącego, ale nie przywiózł. Może ją można znaleźć w Heidelbergu... Z niziny mojej wysoko wzrok podnosząc uwielbiam tego mistrza myśli, z którego książkami wiele, wiele godzin mi zeszło;. Wszak był podobno jakiś kominiarz, który się kochał w królowej, a z rozkoszą patrzymy na gwiazdy, choć one tak nad nami wysoko.

A propos patrzania wysoko i tego pragnienia, aby gdziekolwiek ujrzeć cóś wielkiego, przychodzą mi od czasu pewnego myśli o religii i jej wpływach na pewne strony życia i szczęścia człowieka, którymi koniecznie podzielić się z Panem muszę. Ale to już będzie w liście następnym, bo przedmiot jest obszerny i dziś już za wiele czasu Panu zabrałam.

El. Orz.

Wszyscy moi serdecznie Pana pozdrawiają. Wilhelmina Kościałk[owska] przed kilku dniami wróciła z Warszawy z zapasem nowych wrażeń i sił.


18 (30) sierpn[ia] 1884 r., Miniewicze

Tysiące serdecznych podziękowań za książkę, fotogram i list, którymi Szanowny Pan obdarzyć mię raczyłeś. Etykę czytałam kiedyś po francusku, ale ją raz jeszcze w drogocennym przekładzie Pana przeczytam i tym sposobem z pewnością lepiej ją sobie przywłaszczę. Fizjonomia Spencera sprawiła mi niejaki zawód; wyobrażałam ją sobie bardziej pogodną i sympatyczną, taki to jest pogodny, bezstronny, spokojny myśliciel. Może jest on nazbyt nawet łagodnym i cofającym się przed krańcowością wszelką, czym też tłumaczę sobie to uwzględnianie pojęć o nadprzyrodzoności, o którym Sz[anowny] Pan w liście swym wspomina. Kiedy czytałam les Premiers Principes i l'Introduction a la Science sociale (przytaczam tytuły francuskie, bo po angielsku ani słowa nie umiem), raziło mię także uszczuplanie roli rozumu i wiedzy ludzkiej a niezmierne rozszerzanie dziedziny nieznanego, śród której hipotezy wszelkie, z religijnymi włącznie, swobodnie bujać mogą. Ale było to przed kilku laty. Od pewnego czasu przychodzą mi o tym pewne myśli, z którymi już od dawna podzielić się z Panem pragnę, tylko że o tym wiele pisać trzeba, a zawsze jakoś to czasu, to sił mi nie staje.

Wie Pan o tym, że od dawna utraciłam wszelkie dziecięce wierzenia i mam prawo nazwać się pozytywistką z tego przynajmniej względu, że o nadprzyrodzoności wszelkiej, i w sumieniu swoim, i ustami, głośno, szczerze i śmiało mówię: nie wiem! Jednak im dłużej żyję i patrzę na ten świat biedny, walczący, tak strasznie i różnorodnie cierpiący, tym częściej przychodzi mi na myśl pytanie: czy utrata ułud i pociech, które mu dotąd niosły religijne wierzenia, nie będzie dlań jednym więcej nieszczęściem? Naturalnie, ani mowy tu być nie może o grubych zabobonach tamujących rozwój ludzkiej wiedzy i pracy, o materializowaniu bóstwa, przyodziewającym je w brudne szaty ludzkich kaprysów i namiętności, o kultach, obrzędach, fo>rmułkach ogłupiających ludzi i odrywających ich od zdrowych i pożytecznych realności życia. Lecz bóstwo pojęte jako ideał mądrości i dobra, lecz pozagrobowe życie!... Mówię o tym całkiem obiektywnie, bo dla mnie — może niestety! — uwierzyć już w to nie podobna, z czego wprost wynika, że nie podobna mi też głosić tego, w co sama nie wierzę. Czy przecież dla mnóstwa, mnóstwa istot ludzkich życie bez tej wiary nie stanie się ciężarem nad siły? Nie mam tu na myśli głupców lub zręcznych rachmistrzów, którzy zawsze znajdą czym się pocieszyć i co wyzyskać, ale właśnie wyższe organizacje ludzkie, pragnące ideału, a nie znajdujące go dokoła siebie, brzydzące się błotem, a nim otoczone, mające skrzydła orle, a na nich kajdany. Więc organizacje takie i dziś, i nigdy nie pójdą kolanami szlifować kościelnych posadzek ani uderzą czołem przed antropomorfistycznym wyobrażeniem bóstwa na ołtarzu, ani zasług i uświęcenia szukać nie będą w piątkowych postach i różańcowych zdrowaśkach. Lecz bardzo łatwo zdarzyć się może, iż resztę życia zapragną oddać za to, aby wiedzieć i wierzyć, że cóś doskonalszego, czystszego, silniejszego nad to, co ich otacza, nad to, czym są sami — kędyś istnieje. I bardzo zdarzyć się może, że nie zbrodniarz już, jak Franciszek Moor, ze zgrozą trwogi, lecz pracownik, ofiarnik, męczennik z bezdenną tęsknotą patrząc w górę zawoła: „Czy jest tam kto nad gwiazdami?" Wszak są na ziemi dusze wielkie utopione w kurzawie marności, siły wrzące pod żelaznymi pokrywy, serca samotne i na samotność swą chorujące boleśnie, są zawody, których żadne bogactwa tego świata wynagrodzić nie mogą, rany, których nigdy nic nie zagoi, straty, po których pocieszyć się nie podobna, są nawet tacy, którzy tracą samych siebie, to jest wszystko, co wartość i moc ich indywidualności stanowi, i czują to, że zatracają się — a życie upływa i jest tylko jedno, a z końcem jego wszystko ginie: jeżeli więc ktokolwiek lub cokolwiek z tego ponurego i o! jak licznego pocztu rzuciwszy w górę powyższe pytanie Moora otrzyma stamtąd stanowczą odpowiedź: Nie ma nikogo! — co będzie? czy lepiej będzie niż teraz, gdy czasem temu i owemu spływają z przestworzy szepty: Bądź silny, ho tam... kędyś... w przestworzach istnieje siła wielka, dobra, czysta, wszechmocna! Bądź pocieszony, bo skądciś... z przestworzy widzianym jesteś, słuchanym — może kochanym! itd., itd.

I jeszcze jedno: czy na tamto zawsze pytanie możliwą jest i godziwą stanowcza odpowiedź: Nie ma nikogo! Zawahał się przed nią Spencer i zawahali się wszyscy pozytywisci. „Nie wiemy" — powiadają. A jeżeli jest? — Wytrącam, już z tego rachunku pozagrobowe życie. Więcej dowodów mamy, z zapatrywania się na dzieje tworzenia się przyrody i ludzkości, że tego życia nie ma, i łatwiej zgodzić się z myślą, że jesteśmy atomami olbrzymiej tej istoty, którą jest ludzkość, tok jak komórka naszego ciała cząstką nas samych. Lecz bóstwo? czyli — o co mnie chodzi — ideał siły wśród naszej słabości, rozumu wśród naszej głupoty, czystości wśród naszych brudów, dobroci wśród naszych złości, prawdy i prawości wśród naszych fałszów i obłud? Bóstwo — jako. pociecha smutnych i samotnych, nadzieja tych, którzy żadnej nie mają nadziei? Jeżeli jest? a my przekonywać będziemy innych, że go nie ma. Czy kiedyś, kiedyś miliardy zrozpaczonych głosów nie krzykną ku mogiłom synów naszego, wieku: „Oddajcie nam Boga!" itd., itd., itd.

Dużo więcej chciałabym o tym napisać, ale i dla tego, co napisałam, chciej Pan być pobłażliwym. Może to brednie umysłu, który samotnie snuje swoją przędzę, a może w tym jest trochę prawdy. Jeżeli mi Szanowny Pan napisze, co mam z tymi myślami zrobić: biedzić się z nimi dalej lub je za okno wyrzucić, uważać to będę za wielką wyświadczoną mi łaskę. Na dziś, zresztą, o tym przedmiocie dosyć.

Dwa miesiące zeszło mi już w Miniewiczach. Z początku pisałam dużo, napisałam trzy jakieś drobiazgi, z których jeden drukować się będzie w Dzienniku Łódzkim, drugi w jakiejś książce zbiorowej kijówskiej, trzeci prawdopodobnie w Świcie. Potem przelatywał tędy huragan gości i jeszcze całkiem nie przeleciał. Odwiedziła mię naprzód pani Marrene z przyjacielem moim, adwokatem Meyetem, potem byli oboje Chmielowscy ze ślicznym swym jak cherubin synkiem, teraz mam u siebie adwokata z Łodzi, Elzenberga, i lada dzień spodziewam się doktora Nusbauma. Oprócz tego znajomi z Grodna. Słowem, od czterech tygodni ani podobna o pisaniu myśleć. W dodatku choruję wciąż na zęby, co mię okropnie denerwuje i osłabia. Za dni dziesięć jednakże i goście, i prawdopodobnie ból zębów przeminą; będę więc mogła wziąść się znowu do pracy. Tymczasem pogoda bardzo piękna, Niemen wspaniały, drzewa jeszcze zielone, chociaż tu i ówdzie ubierają się już w złotawe suknie. Policyjny mój urlop rozciąga się do końca września, toteż aż do dnia ostatniego mam zamiar do Grodna nie wracać.

Szczerze byłam ucieszoną możnością bliższego poznania się z Chmielowskim. Jest on dla mnie jednym z najsympatyczniejszych współczesnych pisarzy naszych i mam dla niego dług wdzięczności, zaciągnięty w czasach istnienia księgarni. Żona jego jest też rozsądną, dzielną i sympatyczną kobietą, a dziecko — prześliczne i nader obiecujące. Smutne tylko wrażenie sprawia stan zdrowia Chmielowskiego. Wygląda tak, jakby mu już niewiele czasu zostawało do przekonania się o istnieniu lub nieistnieniu życia zagrobowego, kaszle strasznie, z pewną trudnością mówi. Patrzałam na to z prawdziwą bo[l]eścią.

Szanowny Pan musi już wiedzieć o postanowionym małżeństwie córki Jeża z p. Gawrońskim z Ukrainy. P. Gawroński nie jest mi całkiem nieznany, bo korespondujemy z sobą od dawna i w listach swych wygląda na bardzo wykształconego i sympatycznego człowieka. Jest on jednym z ukrainofilów, których grupa znowu tworzyć się zaczyna w Kijowie. Zjawisko bardzo ciekawe. Zamieniłam w tych czasach parę listów z drugim jeszcze członkiem tej grupy, p. Neymanem, i wszystko to obudziło we mnie chęć nauczenia się małoruskiego języka i zajrzenia do tej literatury, co uczynię na przyszłą zimę. Wydają oni w Kijowie zbiorową książkę mającą być wyrazem ich dążności. Posłałam tam mały wiejski obrazek.

Przed wyjazdem moim z Grodna byli u mnie Piltzowie, jeszcze zgnębieni swoją katastrofą, ale już znacznie pocieszeni. Mnie się zdaje, że Piltza pocieszać może i to, że ma 7000 prenumeratorów, co u nas jest cyfrą potężną. Świętochowskiemu postępek z Piltzem przyganiają wszyscy, nawet Chmielowski, który jest jego szwagrem.

Szkice Renana nowe przeczytałam Niektóre są śliczne. Czy Pan jeszcze nie czytał Ogniem i mieczem? A Świt? Domagam się zdania Pana o tym piśmie, ogólnie ganionym, a które mię z wielu przyczyn niezmiernie interesuje. Biedna Konopnicka, jeżeli jej tę redakcję odbiorą, co podobno ma nastąpić.

Z głębokim szacunkiem i serdeczną przyjaźnią pozdrawiam Pana.

El. Orzeszkowa


28 grudnia st[arego] st[ylu] 1884 r., Grodno

Nie będę Szanownego Pana prosiła o przebaczenie, bo w długim istotnie milczeniu moim winy mojej nie było. Miesiące wrzesień i październik zeszły mi na czuwaniu nad znanym Szan[ownemu] Panu p. Nahorskim, który na tyfus i zapalenie przewodów oddechowych śmiertelnie i długo chorował. Położenie było bardzo trudne, pięć mil od miasta i lekarzy, półtora mili od apteki, w wiejskim domu ciasnym i zbudowanym jak klatka. Przez kilka tygodni mieliśmy stale jednego z grodzieńskich lekarzy, inni od czasu do czasu przyjeżdżali z Warszawy. Ja i dwie towarzyszki moje o własnych tylko siłach doglądałyśmy chorego, przyjmowałyśmy lekarzy, zarządzałyśmy całą gmatwaniną potrzeb i kłopotów, które sprowadza ciężka choroba, w takich szczególniej warunkach. Rezultat wszystkiego był względnie dobrym, bo chory uratowanym został, chociaż dotąd jeszcze zupełnie do dawnych sił i zdrowia powrócić nie może. Ale wróciłyśmy do Grodna zaledwie w ostatnich dniach października (st[arego] st[ylu]) zmęczone do niepodobieństwa i na czas jakiś do wszelkiego zajęcia niezdatne. Tu znowu spadło na mnie trochę kłopotów i przykrości majątkowych i innych, tak że cała jesień zeszła mi wcale niewesoło, a w szczególności źle oddziałała na moje nieszczęsne nerwy sprowadzając na nowo cały szereg migren, bezsenności i tym podobnych plag, które wprzódy były już mię w znacznej mierze opuściły. W usposobieniu takim pisać do Szanownego Pana nie chciałam, bo na kilku słowach ograniczyć się nie mogłam, a długi list był mi prawie niepodobieństwem. Wiem, że wyglądało to na niewdzięczność, ale wiem także, że Szanowny Pan o nią mię nie posądził. Późno, lecz z całego serca dziękuję za list październikowy, tak obszernie odpowiadający na zapytanie moje, a który po razy wiele z głębokim zawsze zadowoleniem przeczytałam. Cóż mam mówić o uczuciu wdzięczności mojej, gdym kopię artykułu S[acher]-Masocha otrzymała, a w kilka dni później wyczytała w liście p. Anny Karpeles, że jej Szanowny Pan moje Niziny z zaleceniem do przekładu na jęz[yk] niemiecki przesłał? Niewiele rzeczy na świecie sprawia mi radość taką i tak głęboko mię rozrzewnia, jak ta pamięć o mnie Szan[ownego] Pana. Prawdziwie dumną jestem, żem sobie na nią zasłużyła, i chciej Pan wierzyć, że podziękowania moje, choć spóźnione, są bardzo gorące i z głębi serca pochodzą.

Artykuł Sacher-Masocha w całości istotnie po raz pierwszy w najłaskawiej przesłanym mi odpisie przeczytałam. Tłumaczka Meira, pani Brix, która mi przyrzekła nadsyłać wszystkie krytyki niemieckie tyczące się tej książki, w tej porze właśnie pochłoniętą była przenoszeniem się z Drezna do Wiednia i przyrzeczenia swego spełnić nie miała czasu. Prasa zaś nasza uwiadamia publiczność bardzo szczegółowo o powodzeniach za granicą Mierzwińskiego i nawet pani Zimajer, ale sądy wydawane przez społeczeństwo obce o pisarzach i książkach polskich zaledwie parą słowy zaznacza. O artykule Masocha znalazłam parę słów tylko w Kraju i o zawartości jego przybliżonego nawet pojęcia nie miałam. Od innej tłumaczki, pani Erlich z Wiesbadenu, która przełożyła Widma, dowiedziałam się, że pisma Nord und Sud, Neue Freie Presse, wiedeński Allgemeine Zeitung pisały też o Metrze, a drugie z; tych pism poświęciło mu nawet obszerny artykuł. Wszystkiego tego przecież nie czytałam i trochę tylko mam nadziei, że mi który z tłumaczów rzeczy te kiedykolwiek przyśle. W prasie naszej o tym wszystkim ani wzmianki. Tymczasem ku własnemu zdziwieniu memu przypuszczać mogę, że powieści moje istotnie zaaklimatyzują się w Niemczech. Widma zostały już przyjęte przez redakcją National Zeitung, Eli Makowera tłumaczy pani Brix, a Paweł Lindau pisał do Warszawy z zapytaniem o tłumacza, który by mu powieści moich dostarczał do Nord und Sud. Na wezwanie to ktoś odpowiada przekładem Sylwka Cmentarnika i Turii. Nie ma prawie tygodnia, abym nie otrzymała jednego lub dwóch listów po niemiecku lub z niemiecka po polsku pisanych z żądaniem upoważnienia na przekład tego lub owego. Nie taję tego przed Szanownym Panem, że sprawia mi to wielką przyjemność, bo jeżeli trafne ugodzenie w jakąś potrzebę lub ranę społeczną może utworowi pióra zapewnić powodzenie pomiędzy swymi, to takież powodzenie u obcych jest probierzem jego artystycznej wartości. Zresztą, w naszym „ubogim staniku" — jakby wyraził się ktoś z naszego 16-go wieku, każde, najdrobniejsze choćby zaświadczenie przed obcymi trwającego w nas życia całkowicie wagi i wartości pozbawionym nie jest. Szkodą dla mnie jest wielką, że Lewental w tym jeszcze roku drukować nie będzie Mirtali, dlatego podobno, że jeszcze ilustracji do niej nie posiada, a jak mnie się zdaje, dlatego że Pług robi wszystko, co może, aby heretyków z Kłosami różnić i mego pióra pozbyć się, tak jak już pozbył się pióra Jeża. Ja jednak zniosę raczej cierpliwie różne prawowierne szpilki, a tej chęci jego nie dogodzę i z Lewentalem się nie poróżnię. Swoją drogą zrobił mi dużą przykrość, bo gdyby Mirtala w tym roku wyszła i na niemiecki język przełożoną została, poparłaby mię w Niemczech lepiej niż powieści zajmujące się czysto miejscowymi sprawami.

Dla przyczyn, które z początku tego listu opisałam, tegoroczna jesień zeszła mi prawie na niczym. Nic poważniejszego nie przeczytałam, niczego nie nauczyłam się, a napisałam tylko niewielką powieść na tle chłopskiego życia. Rozmiary jej i rodzaj takie jak Nizin, a tytuł Dziurdziowie, nazwisko rodziny chłopskiej, której historia stanowi treść powieści. Nie jestem jeszcze pewną, gdzie powieść tę drukować będę; może w Ateneum, a może w Tygod[niku] Ilustrowanym, tylko że dla tego ostatniego jest ona może zbyt realistyczną i wątpię, aby wytworny Jenike zechciał zabarwić swoje pismo z konieczności grubiańską nieco charakterystyką chłopów naszych. Dotąd jeszcze w chłopskich powie ściach naszych panują po trochę Dafnisy i Chlorynny albo znowu bezduszni i całkowicie bydlęcy Bartkowie zwycięzcy. Moi zaś Dziurdziowie są, jak pochlebiam sobie, prawdziwymi rusińskimi chłopami, nie bydlętami wcale, ale ludźmi przebywającymi bardzo niskie stadium cywilizacyjnego rozwoju. Wyznaję Szanownemu Panu, że doświadczam pewnej, dość żywej rozkoszy przebiegając z kolei myślą i piórem wszystkie warstwy społeczeństwa naszego, zaczynając od tej, którą napełniają Pompalińscy, przechodząc przez mieszczaństwo, żydowstwo, klasę urzędniczą aż do chłopstwa. Jeszcze mi pozostaje szlachta zagrodowa, z którą w Miniewiczach zapoznałam się z bliska. Roboty takie są niezmiernie proste i poziome, ale zadawalniają ciekawość umysłową, która do każdego zakątka budowy społecznej oko i umysł pociąga. Czasem istotnie budzi się pragnienie przedstawienia czegoś wyższego, doskonalszego, jakiegoś ideału lub bohaterstwa. Wtedy do wyobraźni przypływają obrazy i sceny ze starych dziejów rzymskich. Gdybym miała lepsze zdrowie i gdyby mi życie oszczędzało wielu osłabiających i czas pożerających dotknięć i niedostatków, już bym była napisała dotąd parę obszernych powieści rzymskich. Muszę jednak być cierpliwą i tyle tylko pracować, ile w okolicznościach swoich mogę i zdołam. Jeżeli jeszcze kilka lat żyć i pracować będę, Ardelion, Marek Regulus i Nemezis napisanymi być muszą. Tymczasem zabrałam się do roboty, której nigdy jeszcze nie spełniałam, do tłumaczenia' dla Bibliot[eki] Najcelniejszych Utworów jednej z książek Renana, mianowicie Antychrysta. Prosiłam Chmielowskiego o miejsce dla tego tłumaczenia, bo robota taka była mi' bardzo potrzebną na szare dnie, w których pisać oryginalnie brak mi usposobienia lub siły po prostu fizycznej. Pozwolono mi też w rodzaju wstępu napisać studium o Renanie i jego dziełach. Jeżeli nic bardzo smutnego lub męczącego znowu na mnie nie spadnie, napiszę to jeszcze tej zimy, a przekład wykonam w przeciągu roku zajmując się nim od czasu do czasu, w chwilach właściwych.

Spostrzegam, że cały ten długi list najegoistyczniej zapełniłam sobą i swymi sprawami. A jednak bardzo zaniepokojoną jestem parą słowy Szanownego Pana o owej operacji dokonanej na powiece. Czyby się stan oczu Pana pogorszył? Jak jest teraz? Widziałam w tych dniach pana Witolda Wróblewskiego, który odwiedzał w Grodnie rodzinę swą i ze mną jeden wieczór spędził. Mówił mi on, że przed kilku dniami zaledwie list od Pana otrzymał, to mi dało niejaką pewność o pomyślnym rezultacie operacji. Był też u mnie w czasie tutejszych świąt p. Ludwik Straszewicz, który chwalił się przede mną, że Szanownego Pana poznał u Miłkowskich w Genewie, i mnóstwo smutnych rzeczy opowiadał mi o stanie interesów Jeża. Bardzo to jest bolesna historia. Wpadłam na myśl napisania o tym do Spasowicza i Piltza. Może by pierwszy nabył historią Słowiańszczyzny, a drugi na rzecz Jeża zaagitował w swoim coraz więcej czytanym i popularnym Kraju.

Wszakże mię Pan za długie, lecz bezwinne milczenie moje karać nie będzie i wkrótce listem swym sprawi chwilę prawdziwej radości szczerze i całym sercem Mu oddanej

El. Orzeszkowej

P. S. Czy potrzebuję z okazji N[owego] Roku składać Szanownemu Panu życzenia moje? W roku dnia a w dniu minuty nie ma takiej, w których by one dla Pana najserdeczniejszymi i najlepszymi nie były. Korzystam przecież ze zwyczaju, aby je dziś Panu wypowiedzieć.

Teraz dopiero otrzymałam od Gebet[h]nera dawno wypisane dzieło Guhla i Konera. Egzemplarz, który dotąd dzięki Panu posiadałam, w tych dniach do Heidelbergu wyślę, a za tak długie zatrzymanie go najżarliwiej przepraszam, ale dopóki nie miałam innego, rozstać się z nim nie mogłam, księgarnia zaś Gebet[h]nera jest już tak wielką, a zapewne i niedoskonale kierowaną maszyną, że na zagraniczne książki trzeba czasem nie tylko miesiącami, ale prawie latami oczekiwać.

W tych dniach otrzymałam przepyszną i ogromną Historią rzymską Duruy z dwoma tysiącami rysunków. Przysłało mi ją w darze kilkunastu zupełnie mi osobiście nie znanych przyjaciół moich z Warszawy. Niespodzianka ta naturalnie ucieszyła mię o tyle, o ile i zadziwiła — a przekonała także, że droga życia nie samymi tylko cierniami bywa usiewaną. Raz jeszcze polecam się nad wyraz drogiej mi pamięci Pana.

El. Orz.


18 V [18]85, Grodno

Długo, bardzo długo pisać bym musiała, aby choć w części opasać wdzięczność, jaką napełnia mię tak przyjazna i dla mnie nieoceniona pamięć Szanownego Pana. Wycinek z Gegenwartu otrzymałam wczoraj, a dziś ten sarn druk przybył mi od p. Karpeles, tak że miłe i nader pochlebne słowa niemieckiego krytyka naprzód od Pana usłyszałam. Z całego, wdzięcznego serca dziękuję za to i bardziej, goręcej jeszcze za kilka ślicznych słów, które raczyłeś Pan wypowiedzieć w Prawdzie o moich Nizinach, i które mi są stokroć droższe od najszumniejszych i skądinąd miłych pochwał ludzi obcych. Wiem, że mię Pan ani o przesadę, ani o próżne słowa nie posądzi, gdy powiem, że sympatia i życzliwość Pana jest mi jedną z niewielu najdroższych zdobyczy życia, jednym z niewielu jasnych punktów, ku którym w dniach bardzo szarych zwracam się po pocieszenie i siłę. Jednak bardzo rzadko listownie z Panem rozmawiam. Przyczyna tego tkwi w niechęci do przesełania Panu słów bez znaczenia i zajęcia, a z wielu żywiołów składających moje codzienne życie wynika pierwiastek umysłowej senności, któremu często obronić się nie mogę.

Zimę spędziłam dość pracowicie. Oprócz; Dziurdziów, które mają szczęście podobać się naszemu wspólnemu a najzacniejszemu przyjacielowi, napisałam obszerne studium o Renanie, mające być rodzajem wstępu do przekładu Antychrysta. Była to robota dość trudna ze względu na konieczność ciągłego oglądania się na możliwości i niemożliwości cenzuralne, a także i rozległość przedmiotu, gdyż pragnęłam przedstawić w pełni działalność tego pisarza, więc nie tylko o Historii począt[ków] chrześcijanizmu pisać musiałam, ale także o studiach jego biblijnych, średniowiecznych i bardzo fantastycznej, ale oryginalnej i ciekawej filozofii. Zabrało mi to oprócz uprzednich czytań, Ze dwa miesiące czasu, a dotąd nie wiem, czy przyda się na cokolwiek, to jest, czy przejdzie szczęśliwie dwie cenzury: państwową i redaktorską. Chmielowski, który u mnie rzecz tę zamówił, żądał najwyżej dwu arkuszy druku, ja zaś napisałam najmniej pięć, być może więc, że całą robotę jako nieprzydatną odrzuci, i nie mam jeszcze o tym żadnej od niego wieści, pomimo żem mu rękopis już przed miesiącem wysłała. Nie wiem, czy mylę się mniemając, że pobieżność w traktowaniu przedmiotów najpoważniejszych stanowi prawdziwą klęskę literatury naszej, że wszystkiego z lekka dotykając nic prawie nie ukazujemy ogółowi wszechstronnie i do dna. Tak to jednak w ogólny zwyczaj weszło, że trochę obszerniejszą pracę, nawet powieściopisarską, z trudnością umieścić przychodzi. Przypomina to obrazy z epok upadku sztuki, w których wielkość tematów i szerokość malowania zastąpioną była mnóstwem drobiazgów i ozdóbek.

Więc Szanowni Państwo w tym już roku zamieszkacie w Pradze czeskiej ! Z całego serca życzę Wam na tym nowym siedlisku wszystkiego, co tylko dobrym i pomyślnym na ziemi być może. Byłam kiedyś w Pradze i podobała mi się bardzo, jakkolwiek cechy zewnętrzne ma więcej jeszcze niemieckie niż czeskie, co zrazu wprawia przybysza w pewne zdziwienie. Jakżebym pragnęła odwiedzić Was jak najprędzej w tym już nierównie bliższym od nas miejscu niż dotychczasowy Heidelberg. Ale zdaje się, że o podróży za granicę w tym roku marzyć jeszcze nie mogę. Przede wszystkim nie odzyskałam jeszcze zupełnej wolności, bo p. gubernator tutejszy prowadzi o niej od 5-go kwietnia korespondencję z Petersburgiem. Potem i inne okoliczności stanęłyby mi na przeszkodzie. Jeżeli otrzymam passport i różne przeszkody usunąć zdołam, będę może w tym roku we Lwowie, a raczej głównym celem mojej podróży będzie wieś w pobliżu Lwowa, której właścicielem jest Józef Rogosz. Podróżował on tej zimy po Rosji i w przejeździe na dzień jeden zatrzymał się w Grodnie, teraz zaś przysłał mi zaproszenie na chrzestną matkę swej niedawno urodzonej córki. Z wycieczki tej tym więcej obiecywałabym sobie przyjemności, że p. Rogosz wydał mi się bardzo sympatycznym i inteligentnym człowiekiem, a ojcem chrzestnym jego córki, czyli moim kumem, byłby p. Spasowicz. Przy tym Lwowa nie widziałam jeszcze i wielce bym pragnęła przyjrzeć się i przysłuchać na miejscu tamtejszej, dziwnej zaprawdę, kwestii rusińskiej. Pomimo to wszystko, prawdopodobnie, marzenia te pozostaną w dziedzinie... marzeń.

Jednak w ostatnich czasach odbyłam już wycieczkę wielce oryginalną, bo do Pińska. Mieszka tam krewna i zarazem wychowanica moja, którą bardzo lubię; miałam sposobność jechać w towarzystwie paru bliskich znajomych, policja tutejsza udzieliła mi sześciodniowego urlopu, dla rozrywki więc i zobaczenia małego kawałka świata odbyłam tę krótką, niekosztowną, ale dość zajmującą podróż. Na Polesiu mieszkałam kiedyś lat kilka, natura więc tamtejsza była mi już znaną; spotkałam też mnóstwo z dawna znajomych ludzi, pomiędzy innymi kilka osób ze znanej Panu rodziny Skirmunt[t]ów. Panna Konstancja mieszka z babką swoją i siostrą w ładnym pałacyku, który bardzo malownicza wzbija się nad wielką gromadą czarnych, małych domków pińskich, nad samą Piną i tuż przy połączeniu jej z Prypecią, do której w tym samym prawie miejscu wpada piętnaście innych rzek, tak że olbrzymia, okiem nieścigniona równina zalana jest wodą przerzynaną szerokimi pasami zieleni. Nad tym wszystkim wznoszą się ciągle prawie takie chmury wodnego i błotnego ptastwa, jakich gdzie indziej nie zdarzyło mi się widzieć. Naprzeciw tego dzikiego, lecz nie pozbawionego wdzięku i wspaniałości widoku trzy te panie mieszkające w ścianach ściemniałych od starości i w pokojach obwieszonych starymi obrazami i portretami nasuwają przybyszowi ze stron dalszych wiele różnych myśli... Poznałam w tym domu prawnuków Butrymowicza, owego posła pińskiego na Sejm Czteroletni, filantropa i dobrego polityka. Mieszka też w Pińsku dr Dąbrowski, który mianuje się uniwersyteckim kolegą Pana (jeżeli nie mylę się, z Moskwy) i tak serdecznie, że aż z rozrzewnieniem o Panu wspomina. Prosił mię, abym pisząc do Pana przesłała jeg:o serdeczne pozdrowienia i zapytała, czy Pan go trochę pamięta? Cała ta moja podróż trwała dni sześć i zostawiła mi w oczach trochę obrazów miejsca i ludzi.

Szarą tkaninę naszego codziennego życia przerżnął na chwilę promień sztuki z dwukrotnej tu bytności Józefa Wieniawskiego. Gry jego słuchałam z prawdziwym zachwytem i poznałam go osobiście. Dobry to, skromny, sympatyczny człowiek i, jak mi się zdaje, wielki artysta. Na mnie przynajmniej muzyka jego wywarła wrażenie tak silne, że przez dni kilka otrząść się zeń nie mogłam. Mogło to być wprawdzie wynikiem tego, że dobrą muzykę zdarza mi się słyszeć raz na lat kilka. Chciałabym bardzo wiedzieć zdanie Pana o Wieniawskim jako o muzyku. Słyszałam, że w świecie artystycznym robią mu liczne zarzuty, bądź co bądź, jestem mu serdecznie wdzięczną za kilka godzin szczęśliwych, które na koncertach jego spędziłam.

Na wieś wyjedziemy za miesiąc i bardzo już do tej chwili tęsknię. Tymczasem mamy tu ciągle nieznośne chłody i deszcze. Wiosna, taka jak nasza i jeszcze w mieście, przynosi tylko zwiększone migreny i jakieś znużenie fizyczne i moralne, może następstwo zimy spędzonej w zamknięciu i chłodzie. W ogóle ludziom tu żyjącym coraz bardziej wydawać się może, że mieszkają w jednym z tych murowanych grobów, do których niebo chmurne i powietrze mgliste zagląda przez okratowane okienko...

Z całego serca pozdrawiam Pana i proszę, proszę o trochę przyjaźni i pamięci dla pełnej szacunku i wdzięczności

El. Orzeszkowej


[Na początku 1887, z Grodna]

Nie zatrudnienia i przeszkody, tym mniej zapomnienie lub zaniedbanie sprawiły, że długo, podobno rok cały, do Szanownego Pana nie pisałam. Prawdziwą tego przyczynę zamknąć mogę w słowach: zawsze to samo! Nie wyjeżdżałam nigdzie, nie widziałam i nie słyszałam nic, trochę pisałam, może cierpiałam, może o sobie i wszystkim wątpiłam, trochę przepadłam, trochę wyżyłam i — nic więcej. Po prostu nie wynalazłam w sobie i dokoła siebie czegoś nowego i żywego, co by Pana zająć mogło, a mnie do zabierania Mu czasu upoważniło. Teraz to ostatnie uczynił list Pana, za który głęboko wdzięczną jestem.

Uszczęśliwiają mię pochwały przez Pana udzielone pracy mojej o Renanie, a uszczęśliwiają właśnie dlatego, że od Pana pochodzą. Miał to być wstęp do przekładu jednego z dzieł Renana; marzyłam nawet o spolszczeniu całej Historii chrześcijaństwa. Ale do połowy już wykończony przekład Antychrysta, na pierwszym do druku podanym arkuszu, wstrzymanym został przez cenzora i tylko ten wstęp ujrzeć mógł światło dzienne. Dlatego też zachodzą w nim niedokładności pewne, jak np. rozbiór tylko trzech pierwszych tomów Historii, której Antychryst jest tomem czwartym. Gdyby jednak ta praca jednemu tylko Panu w całym świecie podobać się mogła, już byłabym dumną tym, że ją wykonałam.

Zeszły rok zszedł mi bardzo mozolnie z jednej strony, ale z innej, pisarskiej, prawie zupełnie jałowo. Całą jesień i zimę byłam skostniała i chora w strasznie wilgotnym i zimnym mieszkaniu, do melancholii prawie otaczającymi mię widokami zgliszcz i nędz doprowadzona — pisać do druku nie mogłam, choć pisałam bardzo wiele, bo setki listów. Potem, z wiosną, zaczęło mi powodzić się trochę lepiej. Na wsi, zawsze w Miniewiczach, odetchnęłam i pisać zaczęłam tę powieść, która wychodzić zaczęła wraz z początkiem roku w Tygodn[iku] Ilustrowanym. Piszę teraz jej tom drugi i mam przed sobą trzeci. Zdaje mi się, że po raz to już ostatni w życiu wzięłam się do tak długiej powieści; a i o tę w strachu jestem, aby nie była dla czytelników „potopem" — innego rodzaju niż ten, o którym Pan wspomina, ale tamtego nawet kwiatów i barw pozbawionym. Po ukończeniu tej przewlekłej bajki mam zamiar pisać broszurę o szlachcie zagrodowej gubern[i] grodzieńskiej, na podobieństwo tej, którą o szlachcie Królestwa napisał Smoleński, tylko daleko obszerniejszą, bo wiadomości statystycznych, obyczajowych i różnych zebrałam sporo. Potem ułożę rodzaj antologii małoruskiej z noweli, które przetłumaczę i którym za wstęp służyć będzie małe studium o literaturze tego niezmiernie dla mnie zajmującego narodu. Kilka tematów do noweli czy krótkich powiastek, i oto już wszystko, co mam teraz w głowie i pisać zamierzam. Wystarczy tego pewnie na rok lub nawet dwa lata, bo pracuję znacznie powolniej, niż było kiedyś, może z powodu zmniejszonych sił fizycznych, może dla napastujących mię często migren, albo i dlatego, że coraz większe, coraz uporczywsze napada mię zwątpienie i o wartości mojej pracy, i o jej potrzebności. Czuję sama, że jest to trochę chorobliwe, ale obronić się temu nie umiem i często' po tygodni lub miesięcy parę nie piszę, męczę się bezczynnością, pisać chcę, ale nie piszę, bo myślę, że co zrobię, to będzie niedołężnym, a gdyby nawet takim nie było, na nic się nie zda. Spowiadam się przed Panem i o pobłażliwość proszę. Mam istotnie chore nerwy i więcej jeszcze od nich chorą duszę. Przyzwyczajenie do pracy, gorączka myśli i obrazów zwyciężają często i wtedy piszę znowu, ale połowę czasu tracę przez te dziwactwo, czy przez tę histerię, czy może raczej przez to wszystko!, co źródłem ich było.

Czy zobaczymy się za granicą? W tym roku najpewniej nie. Tej zimy muszę na tydzień lub dwa do Warszawy pojechać, a na dwie wycieczki w jednym roku pozwolić sobie nie mogę. Jednak pragnęłabym bardzo zobaczyć się z Panem i tylko chyba w dalekiej przyszłości spodziewać się tego mogą. Często serdecznie mówiłyśmy o Panu z panną Sawicką (Ostoją), która u mnie część zeszłego lata spędziła.

Chciej Pan przypomnieć mię żonie swej, dla której zachowuję najserdeczniejsze i najwdzięczniejsze uczucia. Czy pamięta Pan trochę moich grodzieńskich przyjaciół? Zasyłają oni Panu najprzyjaźniejsze pozdrowienia. Wilhelmina Kościałkowska straciła w tym roku matkę, którą kochała bardzo. Czy Pan zechce znowu obdarzyć mię kilku słowy? Gorąco o to proszę.

Pełna szacunku i przyjaźni

El. Orzeszkowa.


[21 V 1887, z Grodna]

Ja to najserdeczniej dziękować winnam Szanownemu Panu za nieocenione i niezapomniane chwile, którymi obdarzyła mię zbyt krótka dla mnie, niestety, bytność Pana w Grodnie. Życzliwość, którą Szan[owny] P[an] darzyć mię raczysz, braterski niejako związek, którym czuję się z Nim złączoną, uważam za ważne i drogie skarby, z których czerpię wiele siły i zachęty. Po sto razy za wszystko, za wszystko dziękują.


9 X [18]87, Grodno

Na list ze wsi Szanownego Pana, za który niewypowiedzianie wdzięczną byłam, pragnęłam natychmiast odpisać, ale — nie miałam warszawskiego adresu Pana, tak dalece nie miałam, że z prośbą o niego pisałam do p. Di[c]ksteina. Drugi list — z adresem — otrzymałam w sam dzień przybycia swego ze wsi do Grodna i — od przesądnej natury niewieściej niezupełnie wolna — poczytałam to za dobrą, miłą, szczęśliwą wróżbę na nadchodzącą, a raczej już rozpoczynającą się zimę.

Jakże się cieszę, jak się cieszę, że Państwo są już na pewno i na stałe bliskimi sąsiadami Grodna! Wprawdzie nie będę w Warszawie tej zimy na pewno, ale śmiem żywić nieśmiałą nadzieję, że może... kiedykolwiek... okoliczność jaka czy dobra wola, czy współczucie lub odrobina sympatii dla pustelnicy sprowadzi Państwa... Nie kończę okresu, bo zawiera on myśl może zbyt zuchwałą. Jakkolwiek bądź, z miłym uczuciem myślę, że jesteście niedaleko i że Was kraj posiada.

Cóż za nieocenione wyjątki z listów pani S[kirmunttowej] dzięki Panu czytałam! Prawdziwe curiosa psychiczne i obyczajowe wytwarzają się w pewnych sferach i na pewnych gruntach. Nasze stosunki z panną Konstancją są już widać na zawsze zerwane. Ku większej chwale Pana Boga skazała mię ona zapewne do piekła w życiu przyszłym, a na ostracyzm z pamięci własnej w obecnym. Obym tylko większych od tej bied nie doświadczała!

Wiele rzeczy chciałabym Panu powiedzieć o minionym lecie, które spędziłam lepiej, zdrowiej i przyjemniej, niż mi się to od dawna zdarzało. Przyczyny tego były różne. Przede wszystkim pisałam sporo; skończyłam powieść moją Nad Niemnem i doświadczyłam tego zadowolenia, jakie sprawia wykonanie każdej większej pracy. Następnie w przerwach pomiędzy pisaniem i po jego ukończeniu zajmowałam się bardzo żywo i gorliwie światem roślin, botanizowałam, ze specjalnym celem poznawania stosunku ludu naszego do otaczającej go natury. Zbierałam rośliny, dopytywałam się u wieśniaków (szlachty zagrodowej i chłopów), jak je nazywają, do czego używają, jakie do nich wiążą podania etc. Traf usłużył mi dobrze; poznałam pewną wiejską lekarkę, bardzo w tych stronach pomiędzy ludem słynną, nie czarownicę wcale, ale lekarkę, kobietę zresztą roztropną, z dobrym sercem i co się rzadko w okolicznościach takich zdarza, otwartą, nawet do wywnętrzeń; skłonną. Prawda, że te wywnętrzenia wywoływałam brzękiem monetek, ale nauczyła mię mnóstwa rzeczy bardzo ciekawych. Ciekawszą jeszcze i, jak mniemam, niezupełnie czy nieogólnie znaną rzeczą jest to, że lud nasz zna każdą najdrobniejszą roślinkę, nazywa każdą, często bardzo malowniczo i dosadnie, szuka i zna własności każdej. Kobiety przewyższają pod tym względem mężczyzn, ale i wśród tych ostatnich są tacy, którzy w tym kierunku nauczycielami być mogą. Zebrałam sobie tym sposobem zielnik z dwustu kilkudziesięciu okazów złożony, z odpowiednim szeregiem nazw ludowych i różnych, szczególniej leczniczych, znaczeń. Zajmowało mię to i pochłaniało ogromnie.

Ze szlachtą zagrodową zapoznałam się w tym roku jeszcze bliżej i ściślej niż przedtem; mam nadzieję, że tej zimy już napiszę o niej broszurę, o której Szanownemu Panu mówiłam. Statystyczne wiadomości otrzymałam od tutejszego Statystycz[nego] Komitetu. Nie mogą być one zupełnie wierne, szczególniej w stosunku do ilości posiadanej przez szlachtę ziemi, bo w urzędowych wykazach usiłuje ona podawać jej jak najmniej, zawsze jednak w przybliżeniu za podstawę przyjąć je wolno. Pod wszystkimi innymi względami mam materiał obfity i zupełnie pewny, bo z osobistych spostrzeżeń i z własnych ich ust brany. Jedna tylko wątpliwość, która mię mocno dręczy. Czy nie uczynię źle, pośrednio i chociażby bez nacisku odsłaniając polskość tej grupy, cytując pieśni ich, zagadki, podania, opisując sposób mówienia itp.? Wobec uwagi, jaką prasa rosyjska na piśmiennictwo nasze zwraca, czy nie zwrócę w tę stronę niepotrzebnych oczu i niechętnych uczuć? Lękam się tego i pragnę bardzo zdanie Pana o tym wiedzieć. Może lepiej projekt tego pisania zarzucić albo spełnienie go do szczęśliwszych czasów odłożyć? Tylko że nie mam nadziei szczęśliwszych czasów dożyć, a w naszych czasach więcej niż kiedy koniecznym jest samopoznanie, do którego ta broszurka byłaby małą cegiełką. Więc co czynić? Serdecznie proszę o radę.

Przeznaczeniem tego listu jest obarczenie Pana prośbami. Oto druga — ale przedtem zwierzenie. Rzecz taka: we Lwowie ogłoszono konkurs imienia Kochmana, z dwoma nagrodami (1000 i 500 guld[enów]) za dwa najlepsze dzieła napisane po polsku w ostatnim dziesięcioleciu ze wszelkich działów piśmiennictwa, z jedynym wyjątkiem pism teologicznych i religijnych. Pisma nasze dość niewyraźnie o tym konkursie donosiły; wiem tylko, że termin upływa d[nia] 1 marca 1888 r. i że prezesem komisji konkursowej jest prof. Małecki. Szatan ambicji i zarozumiałości kusi mię do posłania na ten konkurs powieści Nad Niemnem, która w wydaniu książkowym wyjdzie u Gebet[h]nera w m[iesiącu] styczniu r[oku] p[rzyszłego]. Czy zamiar ten albo ta chęć nie jest niedorzecznością? Czy wobec ogłoszonego uwzględniania wszystkich działów piśmiennictwa można przypuszczać, że powieść także uwzględnioną zostanie? Czy zresztą moja powieść ma jakie szansy w konkurowaniu z utworami innych powieściopisarzy naszych? Bardzo serdecznie i usilnie proszę Szanownego Pana o zdanie w tym przedmiocie szczere i bezwarunkowe. Proszę Pana o nie jako znawcy tych rzeczy i najszanowniejszego z przyjaciół moich. Nikt o tym zamiarze moim nie wie i wiedzieć nie będzie — oprócz Pana. Jeżeli zaś, wypadkiem i bez kłopotu, zdobędzie Pan jakie bliższe szczegóły o tym konkursie, za udzielenie mi ich nieskończenie wdzięczną będę.

Przed paru dniami odwiedził mię jakiś p. Piotrowski z Wilna i doręczył mi 50 rubli zebranych przez dra Świdę dla Jeża. Domyślam się, że jest to uczyniony przez Szan[ownego] Pana początek wykonywania planu, o którym rozmawialiśmy na wiosnę. Zdaje mi się, że pisałam Panu o nieprzyjęciu tego planu przez p. Piltza; inne osoby, z którymi o tym mówiłam, okazały się również obojętnymi. Dlatego myśl tę porzuciłam i teraz nie wiem, co mi z przysłanymi pieniędzmi uczynić wypada. Trzeba by je może do jakiejś większej sumy przyłączyć, gdyby taka wysyłaną była przez kogo Jeżowi. Czy podobna wysyłać je oddzielnie i w czyim imieniu to uczynić? I to jeszcze na Szanownego Pana zwalam. Czy dość jestem zuchwałą?

Tysiące najlepszych życzeń na nowe siedlisko Państwu zasyłam. Listu Pana, jak wielkiej łaski i radości, z upragnieniem wyglądać będę. Gdy ze wsi do miasta przyjadę, zawsze mi się zdaje, że z pięknego, szerokiego świata dostaję się na pustynię. Tam natura i lud, mnóstwo przedmiotów zajęcia i ciekawości, tu nic — oprócz czterech ścian, ulicy za oknami i ludzi, których, z wyjątkiem kilku przyjaciół, pragnę z serca nie widzieć nigdy, bo ani ciekawi, ani mili, ani szczerzy, ani przychylni. Więcej niż kiedykolwiek z Panem rozmawiać pragnę.

Pan Nahorski i Marynia pełne szacunku i przyjaźni pozdrowienia Szan[ownemu] Panu zasyłają.

El. Orzeszkowa


2 XI [18]87, Grodno

Trochę paproci i mchu znad Niemna niesie dziś Szanownemu Panu serdeczne moje pozdrowienia. Prawdziwie szczęśliwą się czułam czytając w ostatnim liście Pana, że pobyt i urządzenie się w Warszawie przyjaźnie się zapowiada i dla prac, i dla upodobań Pana, Zdaje mi się, że na świecie, a przynajmniej na znanym mi kawałku świata nie ma rzeczy rzadszej, jak móc żyć według istotnych potrzeb natury własnej, a jednak w takim tylko życiu możliwym staje się zupełne rozwinięcie sił i zdolności naszych. Chociaż więc częściowe osiągnięcie takiego sposobu życia drogocennym jest i cieszy niezmiernie. Gdybym posiadała największą w świecie wymowę, jeszcze bym może wypowiedzieć nie potrafiła wszystkich dobrych życzeń i pragnień, które na nowe jeszcze siedlisko

Panu zasyłam. A jest w tym i spora cząstka egoizmu, bo dziwnie miłe wrażenie sprawia mi myśl, że Szanowni Państwo już pomiędzy nami i — blisko Grodna przebywają.

Muszę teraz poskarżyć się przed Panem, że mi jakoś tej jesieni praca niesporo idzie. Czy tak znaczne wydatki poniosłam na tę długą bajkę niebajkę, którą teraz Tygodn[ik] Ilustrowany drukuje, czy rozpieściłam się trochę tą kwiatową kąpielą, którą w tym roku brałam na wsi, ale od przyjazdu do miasta jedną tylko małą nowelę napisałam i takie kamienie w głowie mi zasiadły, że do niczego więcej wziąść się nie mogę. Bywa to tak niekiedy i trwa tygodniami, a zawsze jest. to czas do przebycia dość ciężki, duszny jakiś, sprawiający po prostu wrażenie braku powietrza i ruchu. Wiem przecież z doświadczenia, że prędzej lub później ta szczególna, kamienna martwota myśli i wyobraźni przechodzi, więc wcale nie tracę nadziei napisania tej zimy broszury o szlachcie, skoro mi Pan pisania tego nie odradza. Jakżeby to było szczęśliwie, gdyby Pan objął kierownictwo Wisły, i jakże ja szczęśliwą, byłabym pismu Pana bazgraniną moją służąc! Czy pod redakcją Pana rozmiary Wisły powiększonymi zostaną, bo przy takich, jakimi są teraz, nie wiem, czy ten przyszły mój szkic mógłby się stać użytecznym, bo zdaje mi się, że będzie miał spore rozmiary. Chcę w nim opisać byt ekonomiczny, stopień kultury umysłowej, stronę obyczajową i zwyczajową oraz pomieścić przysłowia, zwroty mowy; śpiewniki itp., co dużo miejsca zająć musi. W każdym razie nie rozpocznę tej rzeczy prędzej jak po N[owym] Roku, bo przedtem, gdy tylko zmartwychwstanę, napisać będę musiała dwie lub trzy nowele, święcie niektórym z pism przyobiecane. Więc czasu jeszcze wiele; tymczasem zaś niezmiernie wdzięczną będę Panu za wiadomość o przyszłych losach Wisły, która interesuje mię niezmiernie. Wspaniałą byłoby dla nas rzeczą posiadanie prawdziwie poważnego etnograficznego pisma! Gdyby ono istniało, a jeszcze pod dyrekcją Pana, z całej siły wypracowałabym dla niego szkic przynajmniej botaniki' i medycyny ludowej stron tutejszych. Z tych wiadomości, które w tym roku zebrałam, jeszcze żadnego użytku robić nie będę, bo są niepełne. Mam dotąd w zielniku swoim dwieście kilka roślin, co jest bardzo mało w porównaniu z tym, co zebrać można. Ludowe nazwy tych roślin są wszystkie, ale łacińskie, które panu Wit[oldowi] Wróblewskiemu zawdzięczam, nie wszystkie, a zdaje mi się, że bez tych tamte nie będą miały zrozumiałego znaczenia. Przy tym lecznicze i gospodarskie znaczenie tych roślin jeszcze także nie w pełni jest mi znanym, a wiadomości, które w tym roku posiadłam od jednych, trzeba będzie na rok przyszły sprawdzić u innych, bo przekonałam, się już, że są i warianty tych samych mniemań i nawet nazw, i — co ważniejsza — improwizowane na prędce odpowiedzi, którym ufać nie można. Na przyszłe lato znowu nad tym popracuję, a może z czasem zrobi się cóś mniej więcej porządnego.

Serdecznie dziękuję za obiecane wiadomości o konkursie Kochmana. Tekst ogłoszenia trudno mi znaleźć, wiem tylko na pewno, że jedynie wyłączonymi były książki religijnej i teologicznej treści. Waham się, czy zamiar ten uskuteczniać. Nikomu z nim oprócz Pana zwierzyć się nie chcę, a sama jestem tak ciemna, że nie wiem nawet, jak i do kogo książkę adresować. Cóś mię do tego kusi, czy ambicja, czy chęć dowiedzenia się, ile też moje trzy tomy w zgiełku mnóstwa innych tomów zaważyć mogą. Gdybym na pewno wiedziała, co i jak, może bym to zrobiła.

Przed trzema tygodniami był u mnie dobry znajomy Pana z Wilna, p. Bohuszewicz. Bardzo przyjemnie spędziłam z nim kilka godzin. Czytał mi swoje białoruskie poezje i dał mi nawet ich odpis z osobnym wierszykiem, także po białorusku, do mnie czy dla mnie. Nieprawdaż, że są to rzeczy bardzo ładne, mają jakiś odrębny wdzięk i ciekawą bardzo jestem, czy też chłopi nasi zrozumieć je i zasmakować w nich będą mogli. Na przyszłe lato spróbuję czytać je moim miniewickim znajomym. Przywiózł mi też p. Bohuszewicz 25 rubli zebranych dla Jeża. Wszystkiego razem mam 90 rubli, które w tych dniach, według wskazania Pana, pod adresem pani Miłkowskiej wyślę.

O sprawie dra Kościałkowskiego z kosiarzami nie wiem nic; dawno bardzo go nie widziałam i tylko słyszałam, że przed kilku dniami przybył z rodziną na zimę do Grodna i że na zdrowiu ma się nieco lepiej, choć zawsze nie całkiem dobrze.

Z panną Wilą Kościałkowską (plus Z[yndram]) widuję się, ale rzadko. Pókiśmy były młodsze, sympatia i wspólność literackich upodobań wiązały nas pozorami prawdziwej przyjaźni. Potem rozeszłyśmy się, nie dla osobistych jakich uraz lub niechęci, ale przez absolutne niepodobieństwo przekonań i upodobań. Jej świat nie jest moim światem ani jej bogowie moimi bogami. Ani Wila, ani Zyndram nie podobają mi się wcale; ona zaś moją prostotę za prostactwo poczytuje. Żyje, o ile tylko może, z hrabiami i w ogóle możnymi tego świata — ja w Grodnie z nikim, na wsi z chłopami i zagrodową szlachtą. To ją razi, mnie zaś jej wzgarda dla motłochu boli. Szlachetnych cech charakteru ma wiele, inteligentna i utalentowana, ale arystokratyzmem do szpiku kości przeniknięta, co zresztą, w stosunkach i z niearystokratami nie przeszkadza jej być giętką. Wiele by o tym mówić. Dawna przyjaźń nasza, która kilka lat trwała, a zmieniła się w stosunek zupełnie konwencjonalny, jest jednym z uwiędłych kwiatów mego życia. Kochałam ją niegdyś bardzo, jej zdawało się, że mię kocha.

Co się dzieje z pracą Maryni? Z nią samą dzieją się rzeczy, których zawsze u młodych osób spodziewać się należy. Od paru miesięcy jest zaręczoną ze znanym Panu trochę Maksymilianem Obrębskim (Helotą Kraju), a choć dla różnych domowych i majątkowych okoliczności ślub na rok cały odłożonym został, zajęcia — poza Krasińskim, Słowackim i Lindem — ma ona sporo. Piszę o tym Panu z upoważnienia Maryni, która jednak serdecznie Pana prosi o wskazanie jej, jeżeli można, na teraz jakiejś pracy niezbyt rozległej i niezbyt trudnej, którą, pomimo wszystka, spełniałaby z wielką ochotą, choć powoli. Ja też za nią instancję wnoszę, bo ani ona, ani narzeczony, ani ja nie wyobrażamy sobie, aby zamążpójście kobiety stanowiło tamę dla jej trochę wyższych i szerszych intencji i planów. Nie mając właściwej zdolności do pióra Marynia posiada wiele zalet, mogących z niej uczynić pracownicę dość użyteczną: bystrość pojęcia, znajomość kilku języków, ogromną cierpliwość i wytrwałość. Niech też jej Szanowny Pan drogocennego przewodnictwa swego nie odmawia. Co do minie, cieszę się bardzo wypadkiem tym w domowym kółku naszym zaszłym. Znają się od lat ośmiu i przez cały ten czas widując się bardzo często zawsze cóś z sobą do mówienia, do czytania, do żartowania mieli. W jego głowie zamiar ten istnieć musiał od dawna, ale chłopak ubogi niełatwo na spełnienie go mógł się zdobyć. Mają jednostajne zamiłowanie w książkach, co wiele znaczy. Kochają się jakoś ładnie i szlachetnie, po ludzku.

Pan Nahorski najserdeczniej Szanownemu Panu za pamięć dziękuje. Zdrów jest i bardzo swoją adwokacką pracą obarczony.

Życzliwej pamięci szan[ownej] żony Pana przypominając się, z głębokim szacunkiem i serdeczną przyjaźnią dłoń Pana ściskani.

El. Orzeszkowa


Grodno, 6 XII 1887

Od czasu pisania do Szanownego Pana nabazgrałam dwa drobiazgi do gwiazdkowych numerów Życia i Kłosów i zabrałam się do sporej powiastki, której znaczną część już na papierze umieściłam, a pewno całość przed N[owym] Rokiem ukończę. Nazywać się to będzie Nadniemeński rybak. Znowu więc Niemen! Ale cóż zrobię, skoro w naturze i ludziach tego zakątka spostrzegłam, mnóstwo rzeczy, o których pisać mam ochotę.

Czy Pan czytał Geniusz i obłąkanie Lombrosa? Zapytuję o to, bo jestem cała pod wrażeniem tej książki, ale ujemnym, Z rozgłosu wnosząc spodziewałam się od niej więcej. Mnóstwo tam rzeczy znanych, prawie oklepanych i sporo takich, przeciw którym poważam się protestować z całej siły. Jeżeli reformatorowie religijni i polityczni, oponenci przeciw spółczesnym porządkom i nieporządkom są wariatami, to chyba za typ normalnego człowieka poczytywać należy rosyjskiego sowietnika!

Proszę najserdeczniej Szanownych Państwa, abyście mi za zuchwałość nie poczytali, że jednocześnie z tym listem posyłam Wam garść listków z mego ukochanego nadniemeńskiego zakątka pochodzących, ręką moją zerwanych i na papier w kształt zasłonki na lampę złożonych. Nigdy nie odważyłabym się tego uczynić, gdyby naprzód nie pochodziły one znad Niemna i gdybym następnie w dobroć i pobłażliwość Waszą dla mnie nieograniczonej nie miała ufności. A z tak wielką myślałabym przyjemnością, że oczy Państwa na mojej robocie czasem spoczywać będą! Robotom tym wiele czasu poświęcać nie mogę, bo do książki i pióra stałe zamiłowanie, potrzeba i w pewnym stopniu obowiązek mię pociąga. Ale w dniach bólu głowy, w których pisać nie mogę, czasem przy wspólnym czytaniu wieczorem stanowią one miłą rozrywkę.


18 XII [18]87, Grodno

[...] Do pierwszego n[ume]ru Wisły artykulik mani prawie gotowy, ale niestety, nie na papierze jeszcze. Myślę jednak, że za dni kilka wykończę go zupełnie, ale boję się, aby to już nie było za późno. Zaraz po otrzymaniu listu Pana z wyrażonym Jego życzeniem przejrzałam moje zielniki i kilkadziesiąt roślin (do których mam nazwy polskie, łacińskie i białoruskie) opiszę, przy czym umieszczę cóś na kształt portretów czy sylwetek tych chłopek, od których wyjaśnienia ich podaniowych, lekarskich i gospodarskich znaczeń otrzymałam. Czy dobrze? Wszak jeśli rzecz będzie nieco dłuższa, mogę tymczasem przesłać połowę do najbliższego n[ume]ru, a drugą połowę Szanowny. Pan raczy w następnym n[ume]rze umieścić? Jeżeli koniecznie zmieścić mam całość na kilku stronicach, proszę o rozkaz, a wyrzucę baby i pozostawię same tylko kwiaty.

Rzecz o szlachcie przybrała w mojej myśli tak szerokie rozmiary, że sama nie wiem, jak i z którego końca do małego urywka wziąść bym się mogła.

W ostatnich tygodniach pracowałam zawzięcie, Nadniemeńskiego rybaka znacznie posunęłam naprzód i aż cztery drobnostki do czterech jednodniówek: Życia, Kłosów, Tygodn[ika] llustr[owanego] i Kuriera Warsz[awskiego], napisałam. Trochę nawet śmiesznie ta moja nieuniknioność w jedniodniówkach wyglądać może, ale dla różnych względów żadnej z tych redakcji odmówić nie mogłam. Zresztą, mają one sposoby: proszą, najgrzeczniej wymawiam się i odmawiam; proszą znowu, odpisuję: może... nie wiem... proszą po raz trzeci: siadam i piszę. Może Pan słyszał kiedy zakłopotanego Litwina, który pozbywając się czegoś wykrzykuje: „Ze wszystkiej głowy!" Wyrażenie może niewykwintne ani gramatyczne, ale czasem dobrze rzecz malujące.

Mam teraz wielką i rzadką przyjemność. Przybyła do Grodna trupa aktorów Białoruskich. W teatrze grodzieńskim byłam przez lat dwadzieścia kilka trzy razy: raz na koncercie Poortena, drugi i trzeci na jakichś magicznych pokazywaniach. Teraz poszłam tam znowu i jeszcze kilka razy pójść zamierzam. Dziwna, ciekawa, oryginalna scena! Nie ma to do żadnego pod słońcem teatru najmniejszego podobieństwa, a jednak jest w swoim rodzaju bardzo pięknym. Wrażenie, które na mnie pierwsze widziane przedstawienie sprawiła, opisałam dla jedniodniówki, czy jak się to nazywa, gwiazdkowego n[ume]ru podobno, Tygodn[ika] Ilustrowanego.

Czekam kilku słów tyczących się artykułu dla Wisły, mianowicie: czy ma być koniecznie do jednego tylko n[ume]ru i czy baby będą stosowne? Pisanie dla Wisły jest dla mnie zaszczytem, za który Sz[anownemu] Panu bardzo wdzięczną jestem, a że wychodzić ma ona pod redakcją Pana, więc do zaszczytu łączy się serdeczna przyjemność.

Dumną się czuję, że Szanownym Państwu podobały się moje kwiatki do papieru pouczepiane. W przerwach pomiędzy pisaniem i czytaniem to układanie kwiatów i liści, teatr małoruski, bardzo ciekawe i nauczające posiedzenia sądu kryminalnego... doprawdy, tej zimy bawię się jak królowa!

Tomu 3-go poezji Konopnickiej jeszcze nie czytałam, bo zaledwie mi go autorka przysłała, pochwyconym mi został przez Kamieńskich, którzy go do Warszawy uwieźli i po N[owym] Roku dopiero, odwiedzając Grodno, odwiozą. Czy Szan[owny] Pan osobiście Konopnickiej nie poznał? Ja znałam ją w dzieciństwie z bliska, teraz widuję bardzo rządko i ma ona dla mnie wiele uroku — nie tylko już jako poetka, ale jako kobieta. Ci, którzy z nią żyją, są pełni uwielbienia dla niej.

Pełna szacunku i przyjaźni, pozdrowienia Obojgu Państwu przesyłam.

El. Orzeszkowa

List ten półtora dnia na biurku moim przeleżał, więc dopisać mogę, a czuję tego potrzebę, że w tej chwili wracam znowu z teatru. Widziałam komedię Szewczenki Nazar Stodoła i utrzymywać nie przestaję, że ta scena do żadnej innej pod słońcem podobną nie jest. Żadnych reguł, forma pierwotna jak nowonarodzone dziecię, z akcją Bóg wie co dokazują — a jednak wszystko to jest śliczne, szczere, pełne wdzięku. Gdy się to dziecię rozwinie — jaki to będzie mąż!


22 II [18]88

Był u mnie niedawno p. Bohuszewicz i czytał mi świeżo przez siebie napisaną po białorusku bajkę, długą, pełną fantazji, śliczną. Piękny to talent. Polskie poezje jego są słabe, ale białoruskie, wedle mnie przynajmniej, znakomite. Trzeba by było z całej siły zachęcać go do pracowania w tym kierunku.


26 IV [18]88, Grodno

Przyszła mi w tych dniach na myśl uwaga, którą śpieszę podzielić się z Szanownym, Panem. Wisła jest pismem tak niezbędnym, tyle korzyści ogółowi pod przewodnictwem Pana obiecującym, pierwszy jej tom pod tym przewodnictwem wyszły tyle zawiera zajmującej i nauczającej treści, iż niezmiernie zasmucającą jest rzeczą ten mały wzrost prenumeraty, o którym mi Szan[owny] Pan w liście swym wspomina. Nie wiem, czy słusznie, ale mniemam, że wina obojętności ogółu w przeważnej części spaść tu musi na prasę dziwnie obojętnie traktującą wszelkie poważniejsze zjawiska w literaturze. Mam u siebie kilkanaście pism polskich i po wyjściu z druku Wisły spodziewałam się w każdym z nich znaleźć wyczerpującą jej ocenę, która by publiczność o jej celach i wartości oświadomiła[!]. Raz jeszcze za optymizm zgromić siebie musiałam. Z wyjątkiem Kraju, w którym rzecz była nieco obszerniejszą, choć także wcale nie taką, jak potrzeba, wszędzie indziej same wzmianki, mniej więcej pochwalne, ale nic szerokiemu ogółowi nie tłumaczące, do niczego nie zagrzewające. Ogół zaś każdy, a nasz dla bardzo zrozumiałych przyczyn więcej niż każdy, musi być nauczanym i zagrzewanym, co, jak mi się zdaje, jest prostym i bezpośrednim zadaniem prasy, która, gdy go nie spełnia, staje się maszyną przeznaczoną tylko do zapychania głów ludzkich głupstwami i kieszeni wydawców pieniędzmi. O takiej Wiśle trzeba by pisać wszędzie obszernie: dlaczego powstała, czego, nauczać będzie, i — warunek konieczny: trzeba by pisać ciepło, do uczuć trafiając, nie tylko do rozumu, bo uczucia jeszcze są, jak mi się zdaje, ważną sprężyną psychiczną społeczeństw i mogą być, gdy trafnie, używanej ważnym środkiem wychowawczym. Może nie mam słuszności, ale jeżeli ją mam, to czy nie byłoby podobna wpłynąć w tym kierunku na prasę, popchnąć trochę i panów wydawców, i panów krytyków, a uczynić to za pomocą jakichś wspólnych narad, przedstawień, programów itp.? Nie mówię już nic o smutnej pozycji autorów, którzy po napisaniu czegoś, co im wiele czasu i pracy kosztowało, do czego przywiązują wagę artystyczną czy społeczną, czy naukową, zamiast poważnych rozbiorów, z których czegoś nauczyć by się mogli i z których też ogół dowiedziałby się o tym, co uczynili, otrzymują same wzmianki albo milczenie w niczym im nie dopomagające i żadnego zadowolenia ani żadnej moralnej nagrody nie przynoszące. Są to rzeczy, z którymi każdy u nas piszący pogodzić się musi i w tej dziedzinie jak w prawie wszystkich innych, praktykować iście ascetyczne wyrzeczenie się. Ale kiedy idzie o prace zbiorowe, tak ważne i. poważne, jak np. Wisła, których istnienie samo zależy od srebrnej mowy albo złotego milczenia dziennikarskich wołów — może by pomyśleć o daniu im jakichś ostróg przez zgromienie czy obudzenie, czy nie wiem już co... w ogóle o sposobach nic nie wiem, wiem tylko, że z przyjemnością wylałabym na nich z beczkę zimnej wody, aby z tego omdlenia ich ocucić!

Proszę o przebaczenie, że tak szeroko się rozpisałam, ale to przedmiot, który mi zawsze leżał na sercu, a teraz z powodu Wisły uczułam go stokroć silniej. Pieśni szlacheckich jeszcze nie posyłam, bo chcę je przesłać razem ze statystyką szlachty w gub[erni] grodzieńskiej, którą z dwóch źródeł zebrałam, ale która naturalnie opracowania potrzebuje. Pracować zaś przez ostatnie dwa tygodnie absolutnie nie mogłam z powodu bardzo przykrego wypadku w domu moim zaszłego. Jedna z mieszkających u mnie osób (nie Marynia na szczęście, bo byłabym zrozpaczoną) tak nieszczęśliwie przy upinaniu firanek spadła ze stołu, że straciła władzę w nodze i doświadczała strasznych bólów, które kazały lekarzom domyślać się zgniecenia nerwu albo pęknięcia wzdłuż kości w okolicy kłębu. Rzecz prosta, że mając w domu tak poważną chorobę, a przed oczami ciągłe czyjeś męczarnie o zajęciu się żadnym ani pomyśleć mogłam. Obie z Marynią byłyśmy całe oddane chorej. Przerażała nas także myśl, że nie będziemy mogły wyjechać na wieś, jeżeli lekarze' stwierdzą złamanie kości i absolutną nieruchomość chorej na bardzo długo nakażą. Wieźć ją byłoby w takim razie nie podobna i również nie podobna tu samą na obcej opiece pozostawiać. Na szczęście dziś, ale dziś dopiero, medycyna zadecydowała, że złamania nie ma i zgniecenia zapewne także nie ma, tylko ma być rozciągnięcie nerwu, które czas dość długi chorej chodzić nie pozwoli, ale kalectwem stanowczym nie grozi i przewiezieniu jej na wieś nie przeszkadza. Będzie jeszcze z tym wiele utrudzenia i przykrości, ale nieszczęścia już nie ma i — po raz pierwszy od dwóch prawie tygodni wzięłam pióro do ręki, aby z Szanownym Panem porozmawiać.

Kiedy powyżej opisany wypadek mię zaskoczył, pisałam cóś na kształt dramatu w trzech częściach na tle starogreckim. Pierwszą część napisałam, zaczęłam drugą i zmuszoną jestem dalszą pracę nad tym odłożyć do pory spokojniejszej. Zresztą, na wiosnę leniwszą bywam zazwyczaj niż w innych porach roku. Znużenie po zimie wśród czterech ścian i nad biurkiem spędzonej czuć się daje i słońce nieprzezwyciężenie na zewnątrz domu ciągnie.

Kiedy też Państwo na letni odpoczynek Warszawę opuszczą? Czy mogę spodziewać się prawdziwej radości zobaczenia Państwa w progach moich, tu czy w Miniewiczach? W tym drugim miejscu kółeczko nasze zwiększonym zostanie przez osiedlenie się państwa Kamieńskich, którzy już od dzierżawczyni ziemię swoje odebrali i stale na niej osiadają. Cieszę się z tego bardzo i dla nich, i dla siebie, bo letnie miesiące będą mi teraz jeszcze przyjemniejszymi niż dotąd.

Z głębokim szacunkiem i przyjaźnią dłoń Pana ściskam.

El. Orzeszkowa


4 VIII [18]88, Miniewicze

Przed parą dniami Miniewicze ucichły znowu, a zarazem przestaliśmy widzieć słońce. Pogoda znowu chmurna, wietrzna, dżdżysta; niewiele, zdaje się, tego roku korzystać nam wypadnie z dobrodziejstw natury ukazującej oblicze tak prawie surowe i smętne jak w zimie. Może za to w braku pokus z tej strony pisanie w cichym pokoju żwawiej pójdzie.

Chciałabym, aby tak było, bo za trzymiesięczne już próżnowanie, a szczególniej za nienapisanie niczego do drug[iego] n[ume]ru Wisły, czuję wstyd i zgryzotę. Jakkolwiek doprawdy próżniactwo to jest mimowolnym, przymusowym zupełnie, bo z braku odpowiedniego usposobienia pochodzi. Zawód pisarski ma tę bardzo złą stronę, że praca w nim niestałą być musi, od woli nie zależącą, a przerwy w niej do przebycia są ciężkie. Szczęśliwym był Kraszewski, który mógł pisać zawsze! Gdyby mi jaka wieszczka trzy żądania spełnionymi bmające sformułować kazała, jednym z nich byłoby najpewniej posiadanie takiej możności.


27 VIII [18]88, Miniewicze

Szanowny i Drogi Panie

Wysyłam dziś dla Wisły trochę o ludziach i kwiatach znad Niemna. Lękam się, czy ten artykulik nie przyjdzie już za późno, a także czy nie będzie zbyt długim, bo od pierwszego daleko jest obszerniejszym. Niech Szan[owny] Pan raczy z nim uczynić, co tylko zechce: do następnego zeszytu zostawić, przeciąć, skrócić itd. Posyłka zawiera trzy rzeczy: rękopis w kopercie, zielnik i razem z zielnikiem egzemplarz j a c i c y, o której w artykuliku piszę. Zwracam na niego uwagę Szan[ownego] Pana, bo jest to drobiazg nadzwyczajnie delikatny i przy rozpakowywaniu może się skruszyć, a byłoby może rzeczą pożądaną, gdyby jaki naturalista umieścił przy nim w Wiśle odpowiednią naukową nazwę. Roślin w zielniku jest 84; to wszystko, co tego lata zebrać mogłam, ale oryginalność niektórych nazw i wiadomości o czynionych z rzeczy tych użytkach wynagradzają nieco szczupłość liczby. Białoruskie nazwania wypisane są w rękopisie z takimi odstępami, aby przy nich polskie i łacińskie umieścić była można. Niezmiernie wdzięczną będę Szan[ownemu] Panu, jeśli u kogo z botaników te ostatnie dla zbiorku mego zdobędzie. Na rok przyszły trzeba będzie poszukiwania te posunąć o milę i parę mil dalej, tam gdzie grunt trochę inny trochę inną rodzi florę; bo ten kątek już zdaje się być wyczerpanym. Myślę także o napisaniu odezwy do pań wiejskich na Litwie, aby w różnych stronach kraju zgromadzały wiadomości o botanice i medycynie ludowej i mnie przesyłały je do odpowiedniego obrobienia. Może choć kilka znajdzie się chętnych do tej roboty, a w takim razie złożyć by się mogła rzecz dość poważna. Tak mi się zdaje; czy się nie mylę?

W parę tygodni po wyjeździe państ[wa] Chmielowskich mieliśmy znowu gości miłych. Odwiedzili nas i kilka dni przepędzili z nami państwo Józefostwo Kotarbińscy. Od ich wyjazdu cisza zapanowała w Miniewiczacłi. Wzięłam się też nareszcie do pracy i po skończeniu tej, którą dziś Szan[ownemu] Panu wysyłam, nowelę dla krakowskiego Światu pisać zaczynam. Zabawimy tu prawdopodobnie do połowy września st[arego] st[ylu].

Jeżeli zamiar Pana podróży do Sztokholmu urzeczywistnionym będzie, zasyłam dla tej wycieczki najlepsze życzenia. Oby sprawiła ona Panu jak największą sumę przyjemności i korzyści!

Z jednostajną zawsze niecierpliwością kilku słów od Pana oczekując, od domowych moich pełne szacunku ukłony, a od siebie słowa najszczerszej przyjaźni przesyłam.

El. Orzeszkowa


25 II [starego stylu? 18]89, Grodno

[...] wczoraj z rana odbył się bardzo cichy ślub Maryni z panem Maks[ymilianem] Obrębskim.


21 XII [18]91, Grodno Szanowny i Drogi Panie

Po zapakowaniu rzeczy do skrzynek i zamówieniu mieszkania w Hotelu Europejskim dowiedziałam się wczoraj od moich miłych i szanownych gości, 'że stawiennictwo moje w Warszawie przestało być potrzebnym. W tej zmianie, której uległa najbliższa przyszłość moja, za największą stratę poczytuję to, że nie będę mogła, jak sobie obiecywałam, spędzić wkrótce kilku zawsze dla mnie nieocenionych chwil w towarzystwie i w domu Szanownego Pana i Jego rodziny. Jest jednak rzecz druga, żywo mię obchodząca i którą poważam się serdecznie polecić łasce i przyjaźni dla mnie Pana, w które niezachwianie wierzę. Pani Marrene żądała przyzwolenia mego, aby jako motyw zaszłej zmiany wobec rozbudzonej zawsze w podobnych wypadkach ciekawości publicznej przytaczanym być mogło moje dobrowolne cofnięcie się w chwili ostatniej od stawienia się na otrzymane wezwanie. Są przyczyny, dla których w sposób żaden przystać na to nie mogę i które, mam nadzieję, opowie Szanownemu Panu zupełnie wyczerpująco pan Korzon. Prośba zaś najgorętsza, którą do Szan[ownego] Pana zanoszę, jest ta, abyś Pan raczył kółku łaskawych na mnie. osób zakomunikować list załączony, jako też wstawić się, aby wyrażone w nim życzenie przyjaźnie uwzględnionym i spełnionym zostało. Pewien niepokój o zdrowie swoje i swoich doświadczany, z którym miałam niedarowaną nieostrożność zwierzyć się w liście prywatnym, nie powinien, być interpretowanym przez głos publiczny jako lękliwość innego wcale gatunku i znaczenia. Daleka niezmiernie od mniemania, że należą mi się jakiekolwiek, choćby w rozmiarach najszczuplejsze, hołdy, mam prawo prosić najusilniej o nieczynienie mi ujmy, na którą z tej strony nie zasłużyłam niczym.

Pewna, że w Szanownym Panu znajdę najlepszego obrońcę interesów moich, z ufnością składam je w szlachetne i przyjazne dłonie Jego łącząc przy tym wyrazy najgłębszego szacunku i niezmiennej, najserdeczniejszej przyjaźni

El. Orzeszkowa


28 XII. [18]91, Grodno

Szanowny i Drogi Panie

Szczerze i chętnie wyznaję, że w wypadku wiadomym zawiniłam przeciw stoickiej cnocie powściągliwości, którą jednak przez całe życie praktykować usiłowałam. Za mało znać jeszcze przebywałam w szkole Zenona z Elei i Seneki. Należało mi w milczeniu i cierpliwie czekać wyjaśnienia się rzeczy niezrozumiałej, przyjąć raczej na siebie to, czego przyjęcia żądano, niż najmniejszym choćby słowem zranić lub obrazić tych, którym winnam wdzięczność. To prawda; lecz z drugiej strony byłam zranioną w jednym z najdroższych uczuć swoich, w uczuciu nieograniczonego zaufania do najszlachetniejszych i najlepszych spomiędzy wszystkich mi znanych serc i to niech będzie jeżeli nie. uniewinniającą, to tłumaczącą pobudką paru zbyt prędko napisanych słów. Jeżeli słowa te sprawiły Warn, w pierwszym rzędzie Panu, najlżejszą choćby przykrość, z całego serca żałuję i przepraszam.

Poseł mój opowiedział, co i jak było, więc nad szczegółami sprawy rozwodzić się nie będę. Jedno tylko dodam: odproszenie w przeddzień daty oznaczonej i w obecności ośmnastu osób przyjaznych mi, lecz zawsze obcych, dokonane w sposób prawie nie motywowany i prawie pierwotnie prosty, nasunęło i mnie, i paru obecnym przypuszczenia natury najdziwniejszej. Przypuszczałam, że rozeszła się o mnie po Warszawie jakaś potworna plotka, że może ktoś z niechętnych rzucił na mnie potwarz, wobec czego i aż do sprawdzenia wstrzymaliście się z wyrządzęniera mi zaszczytu najwyższego. Mówię: plotka i potwarz, bo jakkolwiek popełniłam najpewniej w życiu niejeden błąd, nie popełniłam takiego, który okrywa hańbą, ani takiego, o którym byście przedtem nie wiedzieli. Byłam więc bliską wyobrażania sobie — i paru poważnych przyjaciół moich podzielało to wyobrażenie — że stałam się w oczach Waszych i ogółu, więcej jeszcze ogółu niż Waszych, ofiarą czegoś zupełnie szpetnego. Jakże wobec takiej niepewności i nieświadomości samej istoty rzeczy wydać mi się musiało żądanie, abym nieprzybycie na wezwanie motywować pozwoliła uczutą przeze mnie bojaźnią! Psychiczny moment był bardzo ciężkim i nie zdołałam śród niego zastosować się całkowicie do przepisu ulubionych mistrzów moich: „Znoś i powściągaj się!" Jeszcze raz gorąco i szczerze powtarzam: żałuję i o przebaczenie proszę! Teraz parę słów o najbliższej przyszłości. Myślę, że Szanowny i Drogi Pan uwierzy szczerości mojej, bardzo zresztą naturalnej, że po wyjaśnieniu się rzeczy jedynym żalem, który pozostał we mnie, jest żal nad tym, że nie postąpiłam sarna w tym wypadku tak, jak byłoby najlepiej, i że dla Pana, dla wszystkich najszanowniejszych i najłaskawszych przyjaciół moich mam w sercu tylko to, co było w nim od dawna: szacunek, przyjaźń, wdzięczność i zaufanie. Bez cienia cieniu więc jakiejkolwiek urazy czy podobnego temu uczucia zrobiłam postanowienie niejechania już tej zimy do Warszawy. Raczcie wierzyć, że jest mi to zupełnie niepodobnym dla dwu przyczyn: naprzód z powodu okoliczności wiadomych każda największa nawet przyjemność i radość byłaby mi zatruta obawą o narażenie Was choćby i na lekkie przykrości, tym więcej że nikt przewidzieć ani określić nie może, do jakich granic przykrości te sięgnąć by mogły. A gdybyż, gdybyż nieszczęście chciało, abym była choćby niewinną przyczyną czyjegokolwiek smutku, jakichkolwiek strat! Czyż mogłabym kiedy pocieszyć się i przebaczyć sobie, że zgodziłam się niejako na nie, wiedząc o ich możliwości? To jedno, a drugie: jestem istotnie, naprawdę fizycznie bardzo przybitą i zachwianą. Po przebytej niedawno chorobie swojej i swoich, po kilku dniach ostatnich, których wrażenia i myśli wstrząsały mię do głębi, a które przeżyłam w sposób niewypowiedzianie ciężki, czuję się tak słabą, że z rana z trudnością i z walką tylko wstaję na nogi, że nawet list ten zaledwie pisać mogę. Ogarnęło mię uczucie niewypowiedzianego zmęczenia fizycznego i takiego rozdrażnienia nerwów, że każdy szelest, choćby lekki, sprawia mi wielką przykrość. Panuję nad tym fatalnym usposobieniem, jak tylko mogę, starając się, aby nie dało się ono w sposób przykry uczuć najbliższemu otoczeniu memu, ale do większych jakichś trudów, do podróży, całodziennych rozmów, wieczorów, wizyt, absolutnie nie mam siły. Wątpię, aby wkrótce rzecz ta zmieniła się na lepsze, bo zima nie jest porą uzdrawiającą, a gdybym nawet trochę ozdrawiała, jeszcze, do puszczenia się na wycieczkę, sporo sił potrzebującą, miałabym ich za mało. Więc proszę serdecznie i gorąco, nie poczytajcie mi za złe, jeżeli tej zimy nie podziękuję Warn w samej Warszawie za wszystko, coście dla mnie robili, za te najlepsze uczucia i czyny, którymi osypaliście mię nad wszelkie zasługi i marzenia moje, które na zawsze pozostaną mi przed samą [sobą] dobrym świadectwem i z których wspomnieniem żyć i umierać będę. Chcę być posłuszną Warn bezwzględnie i bezwarunkowo, lecz w, tym jedynym wypadku — nie mogę. Raczcie wierzyć w to, proszę gorąco.

Natomiast najżywszą radością, jakiej doświadczyć mogę, najświetniejszym obejściem rocznicy, o której raczyliście pamiętać, byłoby dla mnie zobaczenie Was w skromnych progach swoich.

Drogi Panie, ogromnym jest dla mnie zmartwienie[m] to niezdrowie, które Pana dręczy i którego ja znowu pierwszą jestem przyczyną. Lecz może szczęśliwe losy zasądzą, że minie ono rychło i że będę miała szczęście uścisnąć wkrótce dłoń Pana tak od dawna mi przyjazną, tu, gdzie zawsze przybycie Pana było i będzie witanym jak jeden z rzadkich, czystych i jasnych promieni życia!

Spełnienia tej mojej prośby serdecznej, a tymczasem paru słów nadziei, że spełnioną ona być może,.oczekiwać będę niecierpliwie. Dziś, jak od lat wielu i niezmiennie, podpisuję się całym sercem wdzięczną i oddaną Panu.

El. Orzeszkowa


9 II 1892, Grodno

Drogi Panie

Dziś zaledwie obudzonej wręczono mi list Pana i było to dla mnie najmilsze, jakie być może, powitanie dnia. Dziękuję! Dotąd jeszcze drżę od wzruszenia wspominając chwilę, w której Pan, Pan właśnie, czytał mi słowa na pergaminie wypisane i które już po wielokroć odtąd przeczytałam znowu. Nie, nie mogę spełnić żądania Pana, aby parę słów tyłka do Niego dziś napisać, muszę pisać długo, bo pełną jestem ech tak niedawnej przeszłości, które przemocą wydzierają się ze mnie, a spomiędzy których to, o którym wspomniałam, najpotężniejsze i najpełniejsze uroku. Ten pergamin jest po prostu moim skarbem, który dotąd nie spoczywa jeszcze w pysznym swym schronieniu, bo. go ciągle noszę i przy sobie kładnę nie mogąc zdecydować się na rozstanie się z jego widokiem. Po prostu jestem szczęśliwą. Może potem nadejdą znowu jakie bóle i troski albo przypomną się minione, ale teraz nie w sobie nie mam oprócz szczęścia. W tym już mieści się i odpowiedź na zapytanie o mogę zdrowie, które mię do głębi znowu rozrzewniło. Dawno już nie czułam się tak zdrową i silną; może to jeszcze wielkie rozbudzenie nerwów, a może ta cudowna woda lecząca, o której mówią bajki. Po wyjeździe Państwa kilka godzin jeszcze spędziłam na miłej pogadance z pp. Lewakowskim i Bohuszewiczem, z których pierwszy okazał się wielkim znawcą i miłośnikiem — nie zgadłby Pan pewnie czego? — oto zasuszanych kwiatów. Sam się tym zajmuje niekiedy i robótki nasze oglądał z zajęciem, które wielce naszej miłości własnej pochlebiło. Następnie panowie ci wyjechali do Wilna, a domowe kółko nasze z jedynym gościem, ale dość bliskim, panem Roszkowskim, rozpatrywało przez cały wieczór wszystkie te cudowności, których jestem szczęśliwą właścicielką: więc prześliczną tekę malarzy, album nauczycielek, będące prawdziwym artystycznym cackiem (oj, nie mylę się chyba dostrzegając w napełniających je rysunkach zza dobrej i przyjaznej rączki Lucyny Kotarbińskiej] większą, męską malarską rękę pana Miłosza!), rysunki Stachiewicza, z których parę przynajmniej wydało się nam arcydziełami ołówka, adresy, pomiędzy którymi częstochowski jest wspaniałym... Do północy i za północ godziny nam spłynęły na tym przypatrywaniu się i zachwycaniu — ale przez czas ten cały pergamin mój nie opuszczał mię ani na chwilę — przez Pana wręczony i przeczytany, to w skarbnicy mojej klejnot najdroższy. — Cóż więcej? Wczoraj chata moja wróciła do zwykłej swej postaci. Wieśniacy rozjechali się także, z wyjątkiem Kamieńskiej i jej dwóch córek, które nie są gośćmi. Cicho — zabrałam się do pisania listów, z których ten pierwszy. Przykrości żadnych ze strony wielbicieli talentu nie było i pewno nie będzie, jakkolwiek dochodzą nas wieści, że całe miasto gwarzy o tym, co się u mnie za zawieszonymi oknami działo. Domyślają się, odgadują; paru „wielbicieli" już o to dwu panów do mego najbliższego otoczenia należących zapytywało. Ale nic z tego nie wynikło i najpewniej nie wyniknie.

Ktoś z moich najbliższych mówił mi, że z ust Pana słyszał życzenie posiadania na papierze dwu moich skromnych przemówień w tym dniu dla mnie na zawsze pamiętnym. Otóż tak było, Nie wiedząc i zaledwie w przybliżeniu domyślać się mogąc, co mię spotka, kto i jak mówić do mnie będzie, do przemówienia pierwszego nie przygotowywałam się wcale spuszczając się na uczucie i okoliczności, które mi podyktować miały odpowiednie do nich mniej więcej słowa. Było to więc improwizowane, wytrysnęła z samego serca pod natchnieniem chwili i może w pamięci dosłownie nie pozostało, o tyle jednak pozostało, że z ominięciem albo zmianą jakichś wyrazów złożę to natychmiast i w tym liście jeszcze Panu prześlę. Z przemówieniem dłuższym jest inaczej. Do tego przygotowałam się nawet bardzo starannie, ale W myśli tylko, i na papierze go nie składałam; że jednak w pamięci zapisywałam porządnie, więc i teraz znajduje się tam ono co do słowa. Przepiszę to jak najrychlej i Panu przyślę. Nie śmiałabym nigdy uczynić tego sama przez się, ale powiedziano mi, że jest to Pana życzeniem. Może to omyłka tego, kto mi to mówił; lecz wolę narzucić Panu rzecz choćby nieżądaną, niżeli nie przesłać jej w wypadku, gdyby Pan chciał ją posiadać.

Czuję, że strasznie nieporządnie list ten piszę i o przebaczenie proszę. Jeszcze mi wre i śpiewa w głowie i sercu tak, że o porządnym pisaniu marzyć nie podobna, a z pisaniem do Pana na uporządkowanie się wewnętrzne czekać nie chciałam.

O paru rzeczach pragnę i potrzebuję nieco obszerniej porozmawiać z Panem, ale odkładałam to; do listu następnego, jeżeli Pan pozwoli tak często obarczać siebie listami. Teraz przecież muszę koniecznie prosić Pana o radę w przedmiocie, o którym uwiadomi Pana załączony list p. Jelinka. Co ja mam z tym zrobić? Czy życzenie pana J[elinka] możliwym jest do spełnienia i czy spełnić je należy? Czy Pan czytał tę polemikę? Ja ją czytałam i zdaje mi się, że istotnie czeska literatura, a szczególniej Vrchlicky doznali od „Cześnika" niejakiej krzywdy. Ale ujął się już za nimi p. Grabowski. Czy więcej jeszcze trzeba co czynić?

Gdybym sto lat pisała, nie opisałabym swoich dla Pana uczuć, więc i nie próbuję czynić tego, a tylko mocno, długo, ze łzami w sercu i oczach rękę Pana ściskam.

El. Orzeszkowa

Sobota 10 grudnia 1892 r., Grodno

[...] jutro puszczam się w podróż [...] w Warszawie przepędzę poniedziałek, może wtorek.


25 IX [starego stylu 18]93, Grodno [...] jutro już odjeżdżam stąd do Grodna.


13 XI [18]93, Grodno

Jak tyle razy od lat tylu dziękuję Szanownemu i Drogiemu Panu za mnóstwo rzeczy: za dzień z Panem spędzony, który przeminął w czasie zbyt szybko, ale w pamięci mojej nigdy nie przeminie, za piórko wyborne, za miłą znajomość z bardzo miłą i piękną kuzynką Pana, która nie wydała mi się obcą, bo z powierzchowności jest do Pana podobną. Piórkiem piszę ciągle, odkąd je otrzymałam; jest miękkie, łagodne, samo prawie posuwa się po papierze i gdyby narzędzie tworzyć mogło mistrza, pisałabym nim same arcydzieła.

Nie mogąc pisać arcydzieł, takim nawet piórem, bazgrzę powiastkę, dość mierną zapewne, ale która zajmuje mię bardzo. Wykonanie będzie moje, więc najpewniej i wielce niedoskonałe, ale osnowa jest śmiałą, świeżą, pod innymi piórami nie. wyszarzaną i to dla mnie. jej wdzięk stanowi. Z powodu tej powieści mam do Pana prośbę. Potrzebuję do niej paru mazurków Szopena; czyli naturalnie słów do ich śpiewania, i kilku jeszcze piosenek polskich z oper czy kompozycji dobrych twórców muzycznych, ale koniecznie polskich. Wybiorę z nich zapewne kilka strof zaledwie, ale potrzebuję mieć z czego wybrać — do sensu. Gdzie mogłabym dostać to wszystko; nut nie potrzebuję, tylko słów, ale nie mam pojęcia, czy to; się znajduje gdziekolwiek bez nut i kogo o to prosić? Niech mię Szanowny Pan nauczy, jak mam tej potrzebie czy temu wymysłowi powiastki mojej zadość uczynić? I jeszcze prośba: potknęłam się o pewną trudność czy niepewność językową. U nas tu mówi się pospolicie: „kryć dach" — w znaczeniu: „robić dach". Czy to jest poprawne i czy można powiedzieć: „siedział na przezroczystym wiązaniu z krokwi kryjąc dach na stodole". A jeżeli nie „kryjąc", to jak? Szukałam w Lindem, co się robi z dachem, gdy go się robi? — i nie znalazłam. Udaję się do Pana.

Dwa bieguny ogromnie się nie podobają krytyce warszawskiej. Już były o nich trzy śmiertelne recenzje: w Gaz[ecie] Warszawskiej, w Głosie i w Kurierze Warsz[awskim]. Ostatnia, p. Jeske Choińskiego, najśmiertelniejsza, mieści się wprawdzie w jednej trzeciej felietoniku, ale zawiera bardzo wiele, między innymi rzeczami to, że jestem bardzo gadatliwa i mam styl ohydny. Wszyscy zresztą widzą w tej powieści romans, nic, tylko romans, ja zaś pisząc ją właśnie o romansie najmniej myślałam.

Z serdecznym uściśnieniem dłoni gorące słowa szacunku, przyjaźni i wdzięczności przesyłam.

El. Orzeszkowa


30 XI [18]93, Grodno

Najserdeczniej dziękuję Szanownemu Panu za teksty i wiadomość o wyroku. Pierwsze są bardzo ładne i zawierają kilka strof dla moich zamiarów stosownych, z drugiego jestem bardzo zadowoloną, bo nie tylko wyprowadza mię z kłopotu, ale czyni zadość memu uczuciu sprawiedliwości. Mam żal do p. Bohusz[ewicza], że niespodziewanym odjazdem z Warsz[awy] pozbawił mię szczegółów tej sprawy, i o przesłanie mi ich przy zręczności śmiem prosić Szanownego Pana bardzo serdecznie.

Powieść moja postępuje i mam nadzieję, że skończę ją przed nowym rokiem. Ze smutkiem, widząc jej niedostatki, którym zapobiec, gdybym nawet umiała, nie mogę, jestem nią przecież zajętą bardzo żywo. Przedmiot jest tak nowy i wielostronny, że potrzebowałby jak największego pogłębiania, ale zarazem tak drażliwy dla cenzury, że można tylko traktować go szkicowo. Szkicuję tedy, mówię półsłówkami, kreślę linijki cieniutkie i często urywam je w połowie. A bon entendeur salut! Plastyka postaci szczególniej źle na tym wychodzi; czasem rozpacz mię ogarnia, ale bronię się od niej myślą, że trzeba do końca stać na wyłomie, jak podobna i z czym podobna.

Czy doszły do Warsz[awy] echa świeżej historii wileńskiej z Ostrobramą, uczniami gimn[azjałnymi], kuratorem eta, która tu sprawia emocję wielką we wszystkich sferach? Ciekawą jest istotnie, ale przypuszczam, że już Panu wiadomą; jeżeli nie, przy zręczności opiszę.

Ze Lwowa otrzymałam w tych dniach wezwanie do napisania prologu dla mającego otworzyć się w tym mieście teatru ludowego. Zadanie bardzo zaszczytne i ponętne, ale wątpię, czy się na nie odważę, głównie dlatego, że nie wiem wcale, jak się te rzeczy robią. Jednak, może... mam myśl, tylko znowu niełatwą do sformułowania.

Z tysiącem najlepszych pozdrowień dla Obojga Szanownych Państwa łączę wyraz przyjaźni wiernej i wielkiej.

El. Orzeszkowa

P. S. Byłabym nieskończenie wdzięczną Szan[ownemu] Panu za adres p. Glogera, który obdarzył mię swymi pięknymi książkami, któremu też podziękowanie winnam, nie wiedząc dobrze, dokąd je wysłać.

[Wśród winiety z suszonych kwiatków:] Fais ce que dois, advienne ce que pourra.


11 II [28] 94, Grodno

Serdecznie dziękuję Szanownemu Panu za wszystko, co otrzymałam. Z wiadomości łaskawie udzielonych przy pierwszej możności skorzystam w sposób odpowiedni; piosenek także mam już dosyć. Brzózka w sposób szczególny przypadła mi do myśli.

Dziś rozstałam się, może na długo, z biedną Marynią Obrębską, ciężko i bodaj niebezpiecznie chorą, która pojechała leczyć się do Warszawy. Piętnaście lat przeżyłyśmy, a co więcej, przepracowałyśmy razem; tworzy to łącznik silny. Jestem bardzo zmartwioną.

W ogóle ta zima nie przechodzi mi ani pomyślnie, ani przyjemnie. Sześć tygodni miałam takiej zawieruchy z przyczyn różnych, że pisać wcale nie mogłam. Od dni dziesięciu jednak piszę znowu i już skończyłam Australczyka. Okazała się przecież konieczność własnoręcznego przepisania i zarazem poprawienia, trochę przerobienia tej powieści, co zajmie jeszcze około dwóch miesięcy czasu. Ale może powieść będzie nienajgorsza.

Od p. Leopolda miewam teraz wieści bardzo rzadkie. Nie pisał już do mnie od czasów niepamiętnych. Zapewne pochłaniają go projekty wsi i kamienic. Nie chcę go odrywać od nich i także nie piszę do niego.

Przeczytałam w tych dniach Mechesów Gawalewicza i byłam szczerze ucieszoną. Nie przypuszczałam, aby ten karmelkowy pisarz mógł tak zmężnieć i ładnie dojrzeć. Nie ma tam wysokich wzlotów artystycznych ani filozoficznych, ale jest plastyka wyborna, werwa niepospolita, myśl społeczna zdrowa, dobra i dobrze pogłębiona. Za to Rodzina Połanieckich jest czymś tak dziwnym u autora Trylogii i Bez dogmatu, że prawie się nie chce wierzyć, aby to było tego samego pióra. Dziwnym zaprawdę fluktuacjom ulegają zdolności twórcze!

Wczoraj koncertowała tu panna M[aria] Wąsowska. Z powodu choroby i wyjazdu Maryni musiałam odmówić sobie słyszenia jej pięknej muzyki.

Pełne szacunku i serdecznej przyjaźni pozdrowienia przesyłam.

El. Orzeszkowa


23 III [starego stylu 18]94, Grodno

Drogi Panie, dziękuję za list otrzymany wczoraj. Potrzebowałam bardzo słowa pokrzepiającego, bo jestem istotnie przygnieciona wrażeniami nad wyraz ciężkimi. Przez całą zimę nic innego nie widziałam i nie słyszałam dokoła jak choroby i śmierci dalsze, bliższe, bardzo bliskie. Żal mi ogromny naszego staruszka dobrego i kochanego, który był nierozłącznie z nami od lat 15-tu, to jest od powrotu swojego z Syberii. Oprócz tego mam jeszcze zmartwienie duże innej natury, którego opisem trudzić Pana nie będę. Ale smutki, straty, zawody najmniej spodziewane to nic nadzwyczajnego. Są w życiu każdym, muszą być w moim. Tylko na razie zebrało się ich trochę za wiele...

Mam jednak i pociechy, którymi pochwalę się przed Panem. Skończyłam i bardzo starannie wykończyłam dużego Australczyka, a potem napisałam niedużą, ale i nie bardzo małą Pieśń przerwaną. Australczyk posiada może niejakie zalety, ale też najpewniej i wielkie niedostatki, które spostrzegam nie umiejąc im zapobiec. Ale z Pieśni przerwanej jestem zadowoloną, jak bardzo rzadko bywałam z pracy swojej. Ta praca moja to dla świata drobnostka, mikrob, ale dla mnie skarb i szczęście. Gdy ją mam, nie mam prawa się skarżyć. Bieda w tym, że nie podobna mieć jej zawsze. Pisałam niegdyś do Pana i dotąd nie przestaję mniemać, że Kraszewski był najszczęśliwszym z ludzi, ponieważ miał dar pisania zawsze i ciągle. Ja tego daru nie mam. Miesiącami przesiaduję na mieliźnie i potem dopiero, nie wiedzieć od czego, maszyna dostaje rozpędu, leci! Teraz tak leci, że zamierzam rozpocząć w tych dniach jedną jeszcze powiastkę i skończyć ją, jeżeli nic nie przeszkodzi, do Wielkiejnocy star[ego] st[ylu]. A na Wielkanoc st[arego] st[ylu] może zapłacę sobie za zmartwienia długie i pracę pilną wycieczką do Warszawy. Ogromnie tego pragnę, ogromnie czuję potrzebę wydobycia się choć na chwilę z atmosfery grobowej i z osamotnienia towarzyskiego i umysłowego, o którym wyobrażenia stworzyć sobie nie może nikt, kto takiego nie zaznał. Ale przestrasza mię jarmark tamtejszy. Dla takiego gwaru, ruchu, mówienia gorączkowego, ogromnego mam za mało sił, a szczególniej przyzwyczajenia. Chciałabym spędzić tam kilka dni w towarzystwie kilku, co najwyżej kilkunastu osób. Ale czy to podobna? Czy podobna cel ten osiągnąć bez obrażenia osób wielu, których nie chcę i nie mam prawa obrażać? Zdaje mi się, że nie — i że przyjdzie mi w rezultacie ostatecznym wyrzec się tej wycieczki, której jednak bardzo pragnę i potrzebuję.

Nagadałam tyle o sobie, że list cały zapełniłam tym przedmiotem marnym. Długo i silnie ściskam ręce Pana — z jakimi uczuciami, czyż opisywać trzeba?

El. Orzeszkowa


6 IV [18]94, Grodno

Szanowny Panie

Nie umiem wypowiedzieć uczucia wdzięczności obudzonego we mnie zaproszeniem Szan[ownych] Państwa, niezmiernie miłym, bo pochodzącym od Was, dla których przede wszystkim chciałabym dni parę przepędzić w Warszawie. Jeżeli tylko ważne jakie przeszkody nie staną na drodze moich chęci, skorzystam z dobroci i uprzejmości Waszej, Szanowni Państwo, i na ruskie święta zjawię się w Hotelu Francuskim, aby znajdować się w sąsiedztwie Waszym jak najbliższym.

Tymczasem kończę jeszcze pracę zimową, piszę nowelę Brat, którą może przywiozę p. Chmielowskiemu, a tamtą drugą dla Tygodn[ika] Ilustrowanego.

W domu mam zmartwienie ciągłe: chorobę ciężką Maryni Obrębskiej w połączeniu z okolicznością inną, natury także smutnej, tyczącą się tych przyjaciół moich, o której ustnie Panu powiem. Jest przecież i okoliczność pocieszająca. Przed dwoma laty wzięłam do domu dziewczynkę ładną, dobrą, miłą, bardzo biedną, bo należącą do kategorii tzw. podedukowanych, i przez te dwa lata sposobiłam ją do zdania egzaminu na dyplom nauczycielski. Pracowała dziewczyna jak galernik, ale teraz właśnie, od tygodnia, zdaje egzaminy w tutejszym gimnazjum męskim z powodzeniem wielkim, nawet świetnie. Stąd radość wielka jej, rodziców jej i ciotki, a niemniejsza moja.

Szanownej żonie Pana przesyłam podziękowania serdeczne za to, że chce mieć mię przez dni parę częstym gościem domu swego. Raczcie Państwo wierzyć w moje serdeczne i wdzięczne Warn oddanie.

El. Orzeszkowa


5 V [18]94, Grodno

Nie mogę powściągnąć pośpiechu, z jakim pragnę przesłać Szanownym Państwu podziękowanie najserdeczniejsze za spędzone w Ich domu godziny miłe, drogie i pamiętne. Wycieczka do Warszawy obdarzyła mię zapasem dobrych wrażeń i wspomnień, z którymi miesza się żal nad tym, że dłużej trwać nie mogła. Wczoraj wieczorem kilka razy myślałam o tym, że w tej porze tam Lutnia śpiewa i że raz jeszcze nie ziściło' się marzenie moje znajdowania się na jej zbiorowym występie. Ale od losu zbyt wiele wymagać nie można. Dał mi kilka dni prawdziwie orzeźwiających, niby wiązkę kwiatów otrzymaną przeważnie z rąk Waszych, Szanowni Państwo. Raz jeszcze serdecznie dziękuję.

W domu znalazłam wszystko tak, jak pozostawiłam, i dziś już zabieram się do roboty, którą wykonać muszę jeszcze przed wyjazdem na wieś. Poprawianie kopii rękopisów przeznaczonych dla tłumaczów rosyjskich i niemieckich, korespondencja itd. Czekał tu na mnie zeszyt Rus[s]koj Myśli z rozpoczętym artykułem o powieściach moich pióra pani Cebrykowej. Początek zapowiada rzecz obszerną i wyczerpującą; najprzyjemniejsze to, że pisaną w duchu przyjaznym dla nas.

Dzisiejszy Kurier nie przyniósł nam z Warszawy wieści niepokojących. Mamy więc nadzieję, że pogoda towarzysząca odjazdowi naszemu trwała dzień cały.

Znalazłam tu list p. Kubali ze Lwowa z wezwaniem do przyjęcia udziału w zjeździe pisarzy tam odbyć się mającym. Zdaje mi się, że podróż ta będzie mi niepodobną, ale myślę o małej pracy, która ją jako tako zastąpi, do której też zabiorę się zaraz po osiedleniu się na wsi.

Z szacunkiem głębokim sercem oddana

El. Orzeszkowa

Pp. Edmundowi i Mieczysławowi przesyłam ukłony najprzyjaźniejsze.


19 IX [18]94, Grodno

Za dowód pamięci, który pochodząc od Szanownego Pana przejmuje mię zawsze radością i wdzięcznością, dziękuję serdecznie. Już było mi bardzo tęskno do wiadomości o Panu i miałam chęć wielką pisać prosząc o nie, ale nie wiedziałam, dokąd list wysyłać. Te, które teraz otrzymałam, byłyby pocieszającymi, gdyby nie uparta choroba p. Wandy, nad którą boleję ogromnie. Należy jednak mieć nadzieję, że lekarze znakomici i sam czas, przy młodości i nie nadwerężonych jeszcze siłach, koniec jej położą, czego życzę najserdeczniej i pragnę gorąco.

O wystawie lwowskiej miałam kilka sprawozdań świadków naocznych, najobszerniejsze od p. Wit[olda] Wrocławskiego, który mię tu parę razy odwiedził. Z radością słuchałam o niektórych szczegółach dowodzących życia niezgasłego i starań usilnych o jego utrzymanie i spotęgowanie. Wielkimi zaprawdę muszą być siły organizmu, który tak długo i na sposoby przerozmaite udręczany trwa i jeszcze czyni cóś dla przyszłości!

Myśmy tu także nie zmarnowali lata. Miałam aż do dni ostatnich liczną gromadkę młodzieży, która używając powietrza, Niemna, lasu uczyła się zarazem wiele i zawzięcie. Przeczytaliśmy mnóstwo rzeczy, pomiędzy innymi zaś ciekawy przez zestawienie szereg studiów o trzech wieszczach naszych: Chmielowskiego, Małeckiego i Tarnowskiego. Potem przyszedł na stół Korzon, zrazu ostatnie jego dzieło o Tad[euszu] K[ościuszce], a potem rozdziały z Dziejów wewnętrznych. Oprócz tego różne studia i szkice, dawne i nowe. Wszystko to czytywaliśmy, dopóki pogoda piękna trwała, pod starymi drzewami patrząc na wstęgę Niemna rozwijającą się u stóp wysokiego brzegu pod ciemnym pasem borów.

Od paru tygodni chłody i słoty dokuczać nam zaczęły; trzeba też myśleć o wyruszeniu do miasta, na zimowe leże, jakkolwiek, co do mnie, chętnie i zimę przesiedziałabym na wsi, ale w domu wynajętym i nie urządzonym odpowiednio nie podobna.

W pierwszej połowie lata napisałam nowelę pt. Wielki, którą posłałam Echu Muzycznemu, i mały obrazek z natury dla Tygodn[ika] Ilustrow[anego]. Potem nic już nie pisałam, bo bajki dla dzieci rozpoczętej nie dały mi skończyć różne przeszkody wewnętrzne i zewnętrzne. Teraz mam zamiar i chęć wielką zabrać się znowu do pracy i zapewne uczynię to wnet po rozgospodarowaniu się w domu miejskim.

W Ruskiej Myśli było (w lipcu) sprawozdanie z Upominku, bardzo pięknie i przyjaźnie napisane przez wydawcę redaktora, p. Ławrowa. W tymże piśmie, w trzech numerach, pani Cebrykowa rozbierała moje powieści. I tym jeszcze podzielić się muszę z Panem, że Meir Ezofowicz w szacie niemieckiej otrzymał w Chicago na wystawie prac kobiecych medal odznaczenia, który jednak wziął z sobą do Europy wydawca lipski (czy drezdeński), Minden, i czy przyśle mi go? — nie wiem.

Pieśń przerwana jest drobnostką błahą i oklepaną; lękam się sądu Pana o niej. Trochę lepszą — jak mi się zdaje — rzecz drukować będzie Ateneum pewno w paźdz[ierniku] pt. Bracia. Australczyka Kraj drukować zacznie po N[owym] Roku.

Czy tej jesieni łaskawe dla mnie losy nie skłonią Pana do wycieczki w strony wileńskie, co sprowadziłoby nieunikniony przejazd przez Grodno?

Tysiąc słów szacunku głębokiego, przyjaźni i pozdrowień najserdeczniejszych.

El. Orzeszkowa


13 X [18]94, Grodno

Ja to z całego serca dziękuję Szanownemu i Drogiemu Panu za uwzględnienie prośby mojej i życzliwe przyjęcie młodego medyka wiedeńskiego. Pisałam już, że oddawał on nam w Wiedniu przysługi znaczne; teraz znowu przez ciąg kilkotygodniowego pobytu w Poniemuniu był naszym miłym towarzyszem i lektorem stałym, co niemało znaczy, bośmy w tym roku wprost zaczytywali się przeważnie w dziełach pp. Korzona i Chmielowskiego. Mniemam przecież, że przysługi wszystkie odpłaciłam z lichwą ułatwiając mu poznanie Szanownego Pana i spędzenie kilku chwil w miłym domu Państwa. Pisał też już do mnie z Wiednia p. Stabiszewski chwaląc się względami doznanymi w Warszawie i opisując czar, który na niego miasto to wywarło.

Przed trzema dniami dopiero wróciłam ze wsi i w miejskiej chacie swojej znalazłam czekający na mnie list Pana. Była to dla mnie radość i dobra wróżba na rozpoczynającą się zimę. Osłodziło też żal, który uczuwam zawsze rozstając się ze wsią. W tym roku zwłaszcza wczesne przymrozki uczyniły roślinność jesienią dziwnie i niezwykle piękną. Lasy, ogrody, nawet pola wprost pałały od barw świetności niesłychanej. Były to kobierce, kolumny, najfantastyczniejsze kształty i wzory ze złota, purpury i brązu odcieni wszelkich. Brzegami Niemna wszystko to odbijało się w wodzie, co czyniło ją szlakiem roztopionych metali, połyskliwych, zmiennych, często cichych jak jeziora albo te zwierciadła ze złota lub stali, których używały starożytne strorjnisie rzymskie. W dodatku, świetność tę łagodziły i razem urozmaicały bardzo obfite pajęczyny babiego lata, mlecznie białe, ze ściernisk, które oplatały, czyniące warsztaty tkackie bogiń czy wieszczek. Ale cała ta feeria już się skończyła. Teraz cztery ściany pokoju zamkniętego>, za nimi turkot uliczny, na biurku dwie palące się świece i to tylko... że piszę do Pana, co także, wzięte od początku swego do tej chwili, jest jedną z feerii wielce rzadkich, którymi życie opłaca za swoją stałą ciemność.

Jeszcze nie zabrałam się do żadnej roboty pisarskiej, ale mam nadzieję, że stanie się to wkrótce. Tematów do pisania mam w głowie sporo. Który wybiorę na początek — jeszcze nie wiem.

Wiadomość o chorobie Pana u końca listu znaleziona niepokoi mię ogromnie. Dlatego słówka odpowiedzi na list ten oczekiwać będę niecierpliwie, a jeżeli go nie otrzymam wkrótce, zaatakuję p. Meyeta, aby mi doniósł o zdrowiu Pana.

Teraz prośba bardzo serdeczna. Mam tu dziewczynkę, pannę Ejśmontównę, szesnastoletnią, posiadającą zdolności umysłowe bardzo niezwykłe i, co ważne, poparte niezwykłą także wytrwałością, energią i powagą charakteru. W tym roku skończyła tutejsze gimnazjum; przez dwa lata jeszcze uczyć się będzie języków obcych w domu moim razem ze znaną Panu Stasia Gorzkowską. Ale na potem marzę dla niej o drodze naukowej, do której, wedle mnie, jest bardzo sposobną. Ma zamiłowanie do nauk przyrodniczych. Niechby uczyła się medycyny. Do progu uniwersytetu doprowadzę ją własnym staraniem i kosztem, ale na przebycie lat uniwersyteckich pragnęłabym wyjednać dla niej jedno ze stypendiów rappelswilskich. Czasu na staranie się o nie mam dużo, całe dwa lata; lecz jak, gdzie, u kogo mam się starać, nie wiem i Szanownego Pana o wskazówki proszę. Racz mi Pan ich nie odmówić, bo idzie mi bardzo o rezultat pomyślny i chciałabym zabiegać o to jak najwcześniej.

Wyrazy szacunku i pozdrowień najserdeczniejszych dla szanownej żony Pana i państwa Wasilewskich.

Serdecznie i wiernie oddana

El. Orzeszkowa


6 XI [18]94, Grodno

Od dawna już powinnam była podziękować Najszanowniejszemu i Drogiemu Panu za obietnicę wyjednania w czasie odpowiednim stypendium uniwersyteckiego dla mojej małej, bo tak zwę tę śliczną, rozumną, szlachetną dziewczynkę. Nie jest to żadna z panien Ejśmontówien tak zw[anych] z Radziwonowicz, gdyż te są dość majętnymi i w wypadkach podobnych nie potrzebowałyby zapomogi. Moja mała jest córką adwokata Ejśmonta, jedną z pięciorga dzieci wychowywanych z trudem wielkim w rodzime wprost ubogiej. Matka jej, Klimaszewska z domu, jest moją przyjaciółką od dzieciństwa i była spokrewnioną ze mną podwójnie: przez ojczyma mego i przez Orzeszków. To dziecko wykwitło w tej rodzinie jak roślina dziwnie bujna i piękna, bo w dodatku do wszystkiego powierzchowność nawet ma pełną wdzięku. Pragnę bardzo ułatwić jej drogę do przyszłości wysokiej umysłowo i moralnie. Teraz, po skończeniu gimnazjum, uczy się zapamiętale trzech języków, z których jeden łaciński, i wyższej matematyki. Stasia — jeżeli Najszanowniejszy Pan tę drugą małą pamiętać raczy — w tych dniach otrzymała z okręgu naukowego wileńskiego patent nauczycielski i chociaż obecnie domu mego nie opuszcza, ma w nim na przyszłość oparcie i pewność uczciwej pracy zarobkowej. Są to moje pociechy i uciechy. Nie dobroć bynajmniej — jak to Pan określa — jest mi pobudką do tych starań i zabiegów, lecz czysty egoizm. Bez nich i bez pracy pisarskiej życie byłoby nie wiedzieć do czego podobnym i nie wyobrażam nawet sobie, jakbym je przenieść mogła.

Co do tej pracy, jeszcze po powrocie ze wsi nie zabrałam się do niej, lecz lada dzień już to uczynię, bo para tematów gwałtownie wyrywa się z głowy i napędza do pisania. Ale w paru tygodniach ostatnich miałam trochę kłopotów i zajęć nadprogramowych, które mię do biurka nie dopuszczały. Z podpisu mego na tym liście odgadnie Pan okoliczność w życiu moim zaszłą. Nikomu w świecie nie wyjaśniłabym jej pobudek z otwartością zupełniejszą i zaufaniem bardziej nieograniczonym niż Panu. Lecz nie chcę, nie śmiem utrudzać Pana zwierzeniami obszernymi, a wierzę mocno, że nie posądzi Pan, aby wśród tych pobudek znajdowały się nieszlachetne. Powinnam była i moralnie musiałam to uczynić, oto wszystko. Zresztą, nic się nie zmieniło ani w sposobie życia mego, ani w jego treści i celach. Mieszkam nawet tam, gdzie mieszkałam przedtem.

O uroczystości szopenowskiej czytałam w dziennikach z radością spotykając w opisach i wymienianiu osób uczestniczących drogie mi imię Pana. Z tego źródła dowiedziałam się naprzód — bo potem donosił mi i pan Meyet — że zdrowie Pana wróciła do stanu zwykłego. Myśmy tu także wszyscy mniej więcej zdrowi. Grodno jest wstrząśnięte ostatnimi wypadkami publicznymi. Ze zmieszaniem trwogi i nadziei wpatrujemy się w wielki znak zapytania.

Tysiące najlepszych słów i pozdrowień dla Pana i Jego rodziny.

Sercem oddana wiernie

El. Orzeszkowa-Nahorska


1 XII [18]94, Grodno

Dziękuję najserdeczniej Szanownemu i Drogiemu Panu za pochwałę dla Pieśni przerwanej, która dodała mi bodźca do pracy dalszej. Słabe wyobrażenie mam zawsze o wszystkim, co wychodzi spod pióra mego, i jest to przyczyną, dla której często opuszczani ręce i tracę czas w bezczynności. Nieraz już w takich porach zwątpienia o sobie słowa Pana podnosiły mię na duchu, dźwigały ze zniechęcenia i krzepiły ufność do sił własnych. Stało się tak i teraz. Doprawdy, ja bardzo wiele Panu zawdzięczam i nawet nie wiem, czy komukolwiek na świecie więcej niż Panu.

Jako drobniutki dowód wszystkich moich uczuć najlepszych dla Pana poważyłam się napisać małą przedmowę do zbioru nowel moich pt. Z pomroku (może Melancholicy), w której ten zbiorek poświęcam Panu i zarazem zwierzam się przed Panem z niektórych myśli swoich. Wszakże Pan pozwoli mi to uczynić? Przesłałam tę przedmowę — raczej list otwarty do Pana — panu Meyetowi z prośbą, aby go Panu zakomunikował, co zapewne w tych dniach uczyni.

Żyjemy tu w prawdziwej gorączce oczekiwania, nadziei i niepokoju, chciwie chwytając wieści, którymi napełniło się powietrze. Mieszkańcy Warszawy są zapewne szczęśliwsi od nas, bo lepiej poinformowani o tym, co dla każdego z nas jest osią, około której obracają się wszystkie myśli, pragnienia i trwogi.

Tymczasem napisałam Babunię, drobiazg, który posłałam do Tygodn[ika] Ilustrowanego, a w tych dniach zamierzam zabrać się do pracy większej. Mam teraz zajęć więcej niż kiedykolwiek, ale nie o wszystkich pisać mogę i to mi smutno, bo chciałabym dzielić się z Panem wszystkimi wrażeniami, pomysłami i zatrudnieniami życia. Ale przecież mam nadzieję, że tej zimy w jakikolwiek sposób będę mogła ustnie porozmawiać z Panem. Teraz przesyłam tysiące najlepszych słów i pozdrowień.

Sercem oddana

El. Orz. Nah.


18 XII [18]94, Grodno

Najszanowniejszy i Drogi Panie

Sposób, w jaki Pan przyjąć raczył skromną dań, którą złożyłam niezmiernemu szacunkowi niemu dla Pana i dawnej już przyjaźni naszej, przejął mię radością serdeczną. Rzeczy zawsze się tak składają, że w każdym wypadku wdzięczność jest po mojej stronie i ja Panu pozostaję dłużną. Wiem z pewnością, że długów moich względem Pana nigdy niczym spłacić nie będę mogła,'ale jest to ciężar, którego zrzucić bym z siebie nie chciała. W uczuciu wdzięczności dla kogoś bardzo szanowanego i miłego jest cóś uszczęśliwiającego.

Jak nieskończenie cieszyć się będziemy, jeżeli obietnica odwiedzenia nas w czasie Świąt nadchodzących spełnioną zostanie! Może nie będzie niepodobnym, abyśmy, tak jak przed kilku laty, przełamali się opłatkiem wigilijnym? Owa przedkilkuletnia wigilia tak uroczo i trwale zapisała się w pamięci mojej, że pragnę gorąco jej powtórzenia. Pragnę też mówić z Panem więcej niż kiedykolwiek. Powstała przecież pod niebem naszym rzecz z dawna niesłychana i niewidziana — nadzieja! Kto wie? Może ciężka dłoń Nemezydy dziejowej zsunie się z głów naszych? Może droga katakumbowa kończy się wraz z pokoleniem, które nią szło i tym jednym pocieszać się ma prawo, że idąc w ciemnościach doniosło aż do ich końca iskrę mu powierzoną? Będą pewno w przyszłości czyny świetniejsze, dzieła potężniejsze, postępy większe — lecz żeśmy spełniali robotę najcięższą i żeśmy byli pracownikami najsmutniejszymi ze smutnych, tego nam chyba przyszłość jeszcze nie zaprzeczy. A może jeszcze ta jasność, której brzeżek na ciemnym niebie spostrzegamy — jest złudzeniem? Jednak wśród pogłosek, które tu obiegają, są aż zdumiewające swoją wagą i niespodzianością. Czemużby nie? Znanymi są niespodzianki losu i dziejów.

Przechodząc do maluteczkich spraw moich dzielę się z Panem przyjemnością wielką, którą sprawia mi, jak go tu żartobliwie nazywają, mój uniwersytet. Obszernie o tym pisać nie mogę, ale zajęcie to nowe dla mnie i pełne wdzięku. Jest ich 14; cały ogródek; młodziutkie, spragnione umysłowych prac i rozrywek, których tu nie mają, są prawdziwymi poddankami mojej myśli. Korzystają widocznie i nie tylko umysłowo. Szkoda, że nie mam współpracowników, ale pomimo starań ani jednego tu znaleźć było nie podobna. Oprócz tego piszę. Po Babuni, o której wspominałam w liście zeszłym, napisałam Ogniwa mające wejść w serię noweli tak zuchwale ofiarowanych Panu, a tak nieskończenie łaskawie i mile przyjętych.

Wiadomość o tym, że syn Pana pisać zaczął dla druku, zajęła mię ogromnie. Który ta z synów Pana i w jakim kierunku pisze? Jak zdrowie pani Wandy, którą pozdrawiani serdecznie, dla żony Pana łącząc wyrazy pełne uszanowania głębokiego. Wszyscy moi ukłony najprzyjaźniejsze zasyłają Szanownym Państwu. Co do mnie, nie chcę dziś żegnać Pana inaczej jak słowami: do prędkiego zobaczenia!

El. Orz. Nah.


25 XII [18]94, Grodno

Za list i obietnicę przybycia do nas na wieczerzę wigilijną najserdeczniej, najgoręcej dziękuję. Ciesząc się nadzieją ustnej, długiej rozmowy z Najszanowniejszym Panem dziś łączę tylko do podziękowania uściśnienie dłoni pełne czci i przyjaźni wiernej.

El. Orzeszkowa-Nahorska


17 I [18]94 [!1895], Grodno

Nie potrafię wyrazić, jak bolesnym był mi zawód doznany, a więcej jeszcze przyczyna jego: choroba Najszanowniejszego i Drogiego Pana. Cóż robić? Może kiedykolwiek los wynagrodzi mi stratę, którą poniosłam. Oby tylko zdrowie Pana przyszło jak najrychlej do stanu najlepszego! To najważniejsze.

Święta mieliśmy strasznie zatrute przez cios dotkliwy dla uczuć osobistych i społecznych. W osobie dra Kościałkowskiego, który zmarł nagle 21 grudn[ia] st[arego] st[ylu], tutejsze kółko polskie utraciło jeden z bardzo nielicznych, niestety, filarów swoich, jedną ze swoich chlub. Był to W całym znaczeniu tego wyrazu — mąż sprawiedliwy i patriota dobry, dla mnie przyjaciel dawny, od lat 20-stu towarzysz tutejszych smętnych dni, współrobotnik... Ubywa nas tu, zastępców nie ma. Zbierają plony na niwach odległych, radzi z żeru; tu coraz puściej i szarzej, bo jeżeli kto zrezygnuje się pozostać albo osiąść — to tylko szary. Ktokolwiek zaś jest albo wyobraża sobie, że jest czymś barwniejszym — idzie na żer w strony odległe. Zdaniem moim, objaw to smutniejszy nad wszelkie oscylacje polityczne — u góry. Myśmy tu nie stracili jeszcze całkowicie nadziei, że mogą zajść zmiany na lepsze, bardzo tylko stopniowo. W każdym jednak razie, złym czy dobrym, sami dźwigać się musimy i powinniśmy, a tego bardzo mało.

Byłoby rzeczą pomyślną, gdyby ktokolwiek przyjechał tu zająć miejsce pozostawione przez zmarłego. Lekarzy Polaków było tu tylko dwóch (oprócz wojskowych), obaj ludzie starzy. Teraz pozostał jeden. Reszta — wszystkich około 40-stu — Żydzi i Rosjanie. Gdyby przyjechał z Warszawy lekarz inteligentny, dobrych chęci, mógłby egzystować i oddać przysługi społeczne tam, gdzie najpotrzebniejsze. Może Szan[owny] Pan rzuci o tym słowo w kole swoich znajomych.

O sobie nic nowego napisać nie mogę. Święta i śmierć ta przerwały na czas jakiś lekcje bardzo lubione przez nas wszystkie. Ale znowu rozpoczniemy je za tydzień. Napisałam dwie noweli , zaczęłam trzecią. W tym tylko bieda, że po prostu nie mam gdzie drukować pism moich. Nikt o nie nie prosi, nikt ich nie chce. Czuję się zbyteczną prasie warszawskiej. Niemniej pisać będę i chować do szuflady.

Pełne szacunku i najserdeczniejsze pozdrowienia — sercem oddana

El. Orz. Nah.


15 II [18]95, Grodno

[...] dziś czuję się trochę lepiej.


17 IV [18]95, Grodno

Najszanowniejszy Panie

Wczoraj otrzymałam od p. Meyeta wiadomość, która wstrząsnęła mię głęboko, że Pan zastosował do siebie jeden z ustępów wiadomego listu i posądził mię o złośliwość bardzo malutką, wobec łączących nas stosunków i ich natury prawie występną. Piszę natychmiast, nie dlatego aby usprawiedliwiać się, ale aby stanowczo oświadczyć: nie było w życiu moim ani jednej takiej chwili, w której bym miała dla Pana złą myśl w głowie lub złe uczucie w sercu; nie było też takiej, w której bym złego postępku względem Pana nie poczytała za winę odbierającą mi szacunek w oczach własnych. Ustępu w liście, o którym mowa, nie stosowałam specjalnie do nikogo; gdybym stosowała go do Pana, popełniłabym rzecz nie tylko występną w oczach moich, lecz także bezsensowną. Tacy ludzie, jak Pan, przynoszą społeczeństwu swemu chlubę i pożytek na każdym miejscu świata tego, Warszawa nie należy do miejsc najweselszych, a wielostronne korzyści, jakie dla niej wynikają z obecności Pana, wydawały mi się zawsze i wydają nieocenionymi. Rzecz była taką, że p. Meyet przesłał mi echa głosów warszawskich bardzo niesprawiedliwych i ubliżających; uczułam się skrzywdzoną i rozżaloną, dałam się unieść wrażeniu temu, napisałam obronę zbyt żywą i długą, żałuję, żem ją napisała, bo milczenie byłoby wszechstronnie lepszym; ale jeżeli zgrzeszyłam przez brak taktu czy refleksji, to tylko względem własnej godności swojej — o Panu pisząc list ten nie myślałam, ogromnie daleka od zaliczania Pana do grona tych, którzy mię krzywdzili. Owszem, byłam i jestem pewną, że nie mam przyjaźniejszego nad Pana obrońcy.

O przejściu bolesnym, które spotkało Pana przed kilku miesiącami, dowiedziałam się ze strony. Z Warszawą nie łączą mię żadne bliskie stosunki. Oprócz p. Meyeta nikt stamtąd do mnie nie pisuje, p. Meyet zaś wspomniał o tym w jednym z listów swoich tak niewyraźnie, żem wcale nie pojęła ani rzeczy samej, ani jej doniosłości. Traf zrządził, że ktoś z tutejszych znajomych moich był w czasie owym w Warszawie i powróciwszy opowiedział mi rzecz zaczerpniętą z pogłoski wraz z dodatkiem, iż twórcą owej plotki gazeciarskiej był p. Piltz. Jak serdecznie obeszła mię ta sprawa, składam Panu dowód w postaci załączonego listu p. Piltza, którego zapytałam kategorycznie, o ile krążąca o nim pogłoska jest prawdziwą, bo jeżeli jest prawdziwą lub jeżeli jej nieprawdziwości udowodnić mi nie zechce, stosunki moje z nim i z Krajem powinny być uważanymi za nie istniejące. Odpowiedź jego przesyłam. Do Pana nie pisałam nie mając najmniejszej możności dowiedzenia się całkowitej prawdy o samym fakcie, tym bardziej o usposobieniu Pana względem niego i mówienia o nim.

Teraz długą już i w przędzy życia mego złotą nić stosunków nas łączących zostawiam w ręku Pana, aby ją Pan według woli i chęci zerwał lub przedłużył. O jedno tylko proszę; chciej Pan wierzyć, że cześć moja dla wysokich przymiotów umysłu i charakteru Pana nie wygaśnie nigdy, że za wszystko, co mi, Pan okazywał i co Pan dla mnie uczynił, na zawsze pozostanę wdzięczną i że — jakąkolwiek będzie odległość, którą Pan pomiędzy nami ustanowi — nie przestanie Pan być dla mnie jednym z niewielu najdroższych w świecie ludzi.

El. Orzeszkowa-Nahorska


23 V [18]95, Grodno

Byłabym, już od dawna wynurzyła Najszanowniejszemu Panu wdzięczność moją niezmierną za darowane mi kilka godzin, gdyby nie uparta newralgia, która często nie pozwala mi pióra w ręku utrzymać, a także upały nieznośne, sprawiające bóle głowy. Dziękuję serdecznie za wszystko, za odwiedzenie mię, list i troszczenie się o książki, względem których pragnęłam tylko zasięgnąć światłej rady Pana, nie śmiąc myśleć, aby Pan osobiście trudzić się chciał tą sprawą. Skoro jednali to się już stało, ż podziękowaniem najgorętszym przyjmuję ten nowy dowód dobroci Pana dla mnie i postaram się o okazję, która by mi książki zapowiedziane w liście ostatnim przywiozła. Wątpiąc przecież, czy znajdę ją przed rychłym wyjazdem Pana z Warszawy, proszę p. Meyeta w liście dziś wysyłanym, aby książki te wziął od Szan[ownego] Pana i u siebie zachował aż do znalezienia się sposobności przesłania ich do Grodna.

Co do jubileuszu Świętochowskiego, przyjdzie mi podobno wyrzec się z żalem ogromnym przyjęcia w nim udziału czynnego przez napisanie artykułu do książki zbiorowej. Jestem naprawdę chorą i znużoną. Może nie znać tego po mnie, gdy ożywia mię i na chwilę uzdrawia przyjemność przebywania w towarzystwie Pana; usiłuję zresztą nie dzielić się z tymi, których kocham, małymi nędzami życia. Lecz istota rzeczy taką jest, iż kto wie, kiedy i czy kiedykolwiek pisać jeszcze będę. Przyczyny są przede wszystkim fizyczne, lecz także i moralne, o których długo by mówić czy pisać trzeba — a zapewne nie warto. Zdaje mi się, że zawód mój autorski jest skończonym. Może zresztą kiedyś... cóś jeszcze... ale teraz, w czasie najbliższym z pewnością nie napiszę nic. Żałuję tego, ponieważ idzie o autora, dla którego mam uwielbienie rzetelne — cóż robić jednak? „Dźwięk wypadł z lutni życia". Trwał i tak dość długo.

Nie podziękowałam Panu za napis najmilszy w mojej księdze pamiątkowej (z Hamleta). Czynię to teraz. Ten napis raduje mię i rozrzewnia; patrzę na niego często jak na promyk wybłyskujący z pomroku.

Życzenia najlepsze, wyrazy czci najszczerszej, prośbę o pamięć przyjazną przesyłam.

Sercem oddana

El. Orzeszkowa-Nahorska


8 VI [18]95, Poniemuń

Dawno nie pisałam do Najszanowniejszego Pana i daje mi to prawo obarczenia czasu Jego kilku słowy. Mam też nadzieję, że list mój znajdzie jeszcze Pana w Nałęczowie.

Od 3-ch tygodni jestem już na wsi, pogodę mamy piękną, noce księżycowe cudne, kilka słowików w ogrodzie, kukawki w pobliskim lesie na polach, pomimo suszy, kwiatów dużo i zboża dość piękne. Jak zwykle cieszę się wsią i naturą, tylko nie jest mi wcale dobrze ze zdrowiem. Rozmaite rzeczy nerwowe dokuczają mi i siły odbierają. Dlatego ze smutkiem wielkim wyrzec się muszę wzięcia udziału w zbiorowej książce jubileuszowej pana Świątochowskiego. Smutek mój jest tym większy, im większe i rzetelniejsze uwielbienie wyznaję i czuję dla pisarza tego, im więcej też sprzyjam mu jako człowiekowi. Ale nie mogę myśleć teraz o pracy jakiejkolwiek w stopniu najmniejszym. Być może, iż to przejdzie, a gdyby nie przeszło — trudno! — wszakże wszystko koniec swój mieć musi!

Jeżeli otrzymam słówko odpowiedzi — co uszczęśliwiłoby mię nad wyraz — proszę bardzo serdecznie o objaśnienie mię, jak tłumaczą się na jęz[yk] polski słowa: fief, serf, suzerain. Znaczenie ich rozumiem zupełnie, tylko nie znam terminologii polskiej systemu feodalnego.

Książek, które Najszanowniejszy Pan pożyczać mi raczy, nie otrzymałam jeszcze, ale w tych dniach przyśle mi je p. Meyet przez nastręczającą się okazję. A może niektóre z nich są najłaskawiej nabyte przez Szan[ownego] Pana dla mnie. W takim razie proszę o przysłanie cyfry tego najmniejszego z moich długów względem Pana.

Wyrazy szacunku, przyjaźni i wdzięczności.

El. Orzeszkowa-Nahorska


11 VII [18]95, Poniemuń (Grodno) Najszanowniejszy Panie

Jeden tylko dzień spędziłam w Warszawie, co chwilę wspominając i uczuwając nieobecność Pana, tak już przywykłam do okazywanej mi tam zazwyczaj Jego dobroci i przyjaźni. Ale myśl o zakłócaniu letniego spoczynku Pana ani o tym, aby Pan miał umyślnie dla mnie przybywać do Warszawy, nie przyszła mi do głowy, bo byłaby zuchwałą, a ja przeciwnie, choruję prawie na nieśmiałość i małą ufność w siebie i obudzane dla siebie uczucia ludzkie. Przyjechałam była do Warszawy dlatego, aby orzeźwić się trochę widokiem Bene nati na scenie i zarazem zasięgnąć rady lekarskiej prof. Baranowskiego?. Harde dusze wcale ładnie wyglądają jako utwór dramatyczny, z wyjątkiem zakończenia, które jest melodramatem w najgorszym stylu, i prawdziwie komicznej pieśni drwala, który w chłopskiej siermiędze układając W lesie sążnie drzewa tryluje jak operzysta pierwszej wody, uczenie, długo i szeroko. Ale wystawa bardzo ładna, kilka głównych ról wybornych (szczególniej Frenkiel, Czaki i Trapszowa), całość pełna werwy i malowniczości. Pisałam do p. Sarneckiego z propozycją, aby przerobił nowelę Pieśń przerwana na krótką bluetkę sceniczną. Ciekawam też, czy myśl ta przypadnie mu do smaku. Zresztą, Warszawa była tak upalną i nużącą, że nazajutrz po przedstawieniu Har[dych] dusz uciekliśmy z niej i tego samego dnia wieczorem byliśmy już w domu, na wsi.

Na wsi jest bardzo ładnie, pogoda sprzyja prawie ciągle, robimy częste wycieczki po Niemnie, łodzią lub łodziami, do pobliskich lasów i jarów. Mam w tym roku w ogrodzie szczególnie piękne kwiaty, prawdziwy przepych barw i woni, co mi sprawia dużą przyjemność. Są też i żywe kwiaty, cztery dzieweczki spędzające tu wakacje, zawsze błękitne i różowe, czytające, grające, pływające, chichocące... Jest też student jeden i dwóch małych chłopczyków — gromadka liczna, której Poniemuń daje odrobinę zdrowia fizycznego, a zapewne i moralnego.

Z pracą moją za to dzieje się źle zupełnie. Nic nie robię i nic nie mogę robić. Listy nawet pisuję z trudnością. Może to przejdzie, lecz w tej chwili czuję w sobie jakieś zniszczenie, wyczerpanie, zaniknięcie samych nawet chęci. Prof. Baranowski zapisał mi kurację od wyczerpania nerwowego i złego działania mięśni sercowych. Za wyjaśnienia w kwestii feudalizmu serdecznie dziękując piszę się jak zawsze pełną szacunku głębokiego, starą i wierną przyjaciółką Pana.

El. Orz. Nah.

P. S. Szanownej żonie Pana pozdrowienia pełne szacunku, córce i synom ukłony najprzyjaźniejsze przesyłam. Ogromnie żałuję, że nie mam i nigdzie tu dostać nie mogę Wędrowca, aby przeczytać pierwszą pracę literacką syna Pana. Ale jest to. pismo, które się nigdy nie odzywało, do mnie, z którym nigdy nie miałam stosunków i którego nigdy nie widuję. W ogóle okoliczności tak się złożyły, że istnieje w Warszawie zaledwie 3—4 pisma takie, w których prace swoje, drukować mogę. Mam nadzieję opowiedzieć kiedy Panu przyczyny tego faktu dość ciekawego i który był powodem kilku słów użalenia się w liście ostatnim. W rzeczy samej użalać się na cokolwiek w tym kierunku nie mam prawa, tylko naprawdę stosunki autorów i wydawców nie są u nas arcyprzyjemnymi i czasem wyprowadzają z cierpliwości. Raz jeszcze zapisuję się w drogiej mi pamięci Pana.

El. Orz. Nah.


13 IX [18]95, Poniemuń

List Szanownego Pana był dla mnie radosną niespodzianką. Byłam pewną, że Pan jest już we Włoszech. Chociaż znowu, z drugiej strony, smutno mi niezmiernie, że zamiar Pana nie został jeszcze uskuteczniony i to dla tak dotkliwej przyczyny, jak pogorszenie się stanu zdrowia pani

Wandy. Z głębi serca przesyłam życzenie jak najszybszego powrotu do zdrowia córki Pana, a potem rychłej i najprzyjemniejszej podróży po krainie cudów sztuki i natury.

Za wpisanie imienia mego w poczet współpracowników Głosu najserdeczniej dziękuję. Pomijając nadzieje społeczne i literackie, budzone przez każdy nowopowstający organ pracy, już to tylko, że pismo wychodzić będzie pod przewodnictwem osoby bliskiej Panu, czyni mi je sympatycznym i w najwyższym stopniu zajmującym. Nieskończenie też rada będę służyć mu pracą moją, gdy tylko zacznę znowu pracować; dotychczas bowiem, dla przyczyn rozmaitych, pogrążoną jestem w bezczynności prawdziwie opłakanej. Mam jednak nadzieję, że w jesieni w mieście, przy drzwiach i oknach szczelnie pozamykanych, wezmę się znowu do roboty, a wtedy pierwszą myślą moją będzie stać się w mierze możliwej użyteczną Głosowi.

Teraz pomimo pory roku dość późnej natura ciągnie jeszcze na zewnątrz, do słońca, powietrza, pola, roślinności zaczynającej okrywać się szatą królewską z purpury i złota. Dnie są piękności czarującej, pogody smętne, lecz ciche i promienne jak dogasające marzenia życia. Zabawimy też jeszcze na wsi dwa lub trzy tygodnie, po czym tyleż prawie czasu zajmie mi urządzanie nowego domu i przyzwyczajanie się do ścian nowych. Może przy końcu października uda się mi rozpocząć pisanie do którego stęskniłam się ogromnie. Bardzo natrętnie ciśnie mi się do głowy dramat trzyaktowy osnuty na starciu się pierwiastku dobra, czystości moralnej, altruizmu, z nowymi kierunkami antyetycznymi, jakimi są tak zwane: dekadentyzm, indywidualizm (nadczłowiek Niet[z]schego), pesymizm, modernizm itp. Mam kilka postaci, jak mi się zdaje, bardzo znamiennych i dość nowych, sytuację dramatyczną i rozwiązanie, w którym pierwiastek etyczny wychodzi spod wozu boga śmierci, Schiwy, który go przejechał, okryty ranami, lecz nie zdruzgotany, owszem, tryumfujący tą mocą nieśmiertelną, która istnieje w nim samym. Mówiłam o tym pomyśle z p. Kotarbińskim, który odwiedzał mię z żoną i siostrą tego lata. Jako aktor zna się na tym i sam pomysł pochwalił, a techniczną stronę, na której znać się nie mogę, poprawić i urządzić przyrzekł. Może to już za późno stawić pierwsze kroki na nowej drodze, ale pierwszy zarys tego dramatu od dawna mam już w głowie, tylko brakowało mi zawsze śmiałości do niego przystąpić. Teraz spróbuję. Ośmieliło mię powodzenie Hardych dusz, które są moją robotą, ułożoną na scenę i niezgorzej do niej przypadającą. Jeżeli Szanowny Pan będzie na dzisiejszym przedstawieniu tej sztuki, byłoby dla mnie wielką korzyścią i radością otrzymać zdanie Pana o niej.

Deotymy poemat, raczej początek poematu o Sobieskim czytałam. Istotnie, rzecz bardzo piękna i pragnąć wypada, aby autorka mogła doprowadzić ją do końca.

Tyle naopowiadawszy Panu o sobie i swoim kończę wyrazami szacunku najgłębszego i przyjaźni wiernej.

Serdecznie oddana

El. Orzeszkowa-Nahorska


1 XII [18]95, Grodno Najszanowniejszy i Drogi Panie

W prawdziwej rozpaczy, że nie mogę natychmiast spełnić obu życzeń Pana, pocieszam się tylko nadzieją, że trochę później spełnię je niezawodnie. Kiedy upływa ostateczny termin pisania dla książki Świętochowskiego? Na nieszczęście, zaczęłam przed miesiącem pisać powieść dużą, z osnową powikłaną, z charakterami, których rysunek potrzebuje całego wytężenia umysłu i wyobraźni. Przerwać jej nie mogę, tym bardziej że z powodu innych zajęć i obowiązków piszę daleko powolniej niż dawniej. Jednak gdy tylko napiszę choć połowę, dojdę do takiego punktu, na którym znajduje się już pewność, że rzecz do końca dobiec będzie mogła, uczynię przerwę dla napisania paru kartek do książki wiadomej. Uczynię to z. chęcią tym gorętszą, że talent i zasługi Świętochowskiego cenię bardzo wysoko. To samo stosuje się do noweli dla Głosu, o której w pierwszej chwili możliwej gorliwie myśleć będę. Tymczasem proszę Szanownego Pana o oświadczenie państwu Wasilewskim, obok pozdrowień uprzejmych, najlepszych chęci moich służenia ich pismu.

W jednym z ustępów listu Pana wyczytałam miłą nad wyraz obietnicę przybycia do Grodna. Gdyby się to stać mogło w dzień wigilii świątecznej, odświeżyłoby to w pamięci mojej jeden z najszczęśliwszych momentów kilku lat ostatnich. Zdaje się, że i pan Leopold ma intencję wybrać się do Grodna w tej samej porze. Pragnę już bardzo pomówić z Panem o wielu rzeczach, inne opowiedzieć, w innych jeszcze rady Pana zasięgnąć. Nim to nastąpi, cieszę się, że choć listownie mogę przesłać Panu serdeczne słowa zawsze jednostajnych i wiernych uczuć szacunku głębokiego i przyjaźni — jako też od nas tu wszystkich pozdrowienia i ukłony najprzyjaźniejszie.

El. Orzeszkowa-Nahorska


2 II [18]96, Grodno

Spóźnione, ale serdeczne podziękowania przesyłam Szanownemu Panu za książki, list zawsze mnie miły, nade wszystko za kilka godzin darowanych mi w Grodnie. A jak zwykle i od dawna bywa pomiędzy mną i Szan[ownym] Panem: zaraz po dziękczynieniach prośba. Me pamiętam, a potrzebuję teraz już o tym wiedzieć, ile licząc na franki wyniesie stypendium rappelsw[ilskie] najłaskawiej przyrzeczone Jadzi Eysymont[t]ównie? Opłata stu frank[ów] miesięcznie za mieszkanie i utrzymanie trochę mię przeraża. Jest to dziewczynka zupełnie uboga, a ja wątpię, czy będę mogła wiele dodawać do sumy stypendialnej. Wdzięczną będę za wiadomość, ile ta ostatnia wynosić będzie.

Nowelę dla książki p. Święt[ochowskiego] napisałam i wysłałam pod adresem p. Meyeta z prośbą, aby ją Szan[ownemu] Panu zakomunikował. Jeżeli znajdzie się chwila wolna, racz Pan przeczytać tę rzecz niedużą. Jeżeli okaże się potrzeba czegoś w innym rodzaju, napiszę znowu, a byłabym ogromnie rada otrzymać od Pana w paru słowach zdanie o Sam na sam.

Wracam teraz do powieści przerwanej przez Święta i pisanie noweli. Zaczynam spostrzegać, że nie trzeba mi już rozpoczynać rzeczy dużych rozmiarów. Trochę mi już brakuje sił fizycznych. Niegdyś mogłam pisać sześć godzin jednym tchem tracąc miarę czasu, teraz po dwu godzinach składam pióro ze znużenia. I nie jest to właściwie znużenie myśli lub wyobraźni, ale wprost fizyczne, objawiające się trudnością w oddychaniu, bólem rąk (nawet lewej), jakąś niemocą nieprzezwyciężoną. Po skończeniu więc tej powieści, dwutomowej, którą piszę, prawdopodobnie ograniczę się do nowel większych lub mniejszych. Cóż dziwnego! Tout passę, tout lasse. A przecież to już 30 lat tego bazgrania...

Ogromnie zmartwiłam się wieścią o chorobie pani Wandy i pogorszonym zdrowiu Pana. Pisał do mnie o tym p. Leopold. List Pana pocieszył mię tym, że wszystko jest już lepiej.

Wyrazy czci i przyjaźni od nas oboj[g]a.

Szczerze oddana

El. Orzeszkowa-Nahorska


11 IV [18]96, Grodno

Najszanowniejszy. Panie

Przez odjeżdżającego dziś do Warszawy małego gimnazistę przesłałam parę książek, za których łaskawe pożyczenie dziękuję najserdeczniej. Po wiele razy przepraszam, że nie dołączyłam Wron i kruków, ale jako rzecz bardzo piękną dałam do przeczytania wielu osobom z kolei, a na koniec jednej, która chwilowo jest nieobecną w Grodnie. Za dni kilka książka ta wróci do mnie i skorzystam z pierwszej pewnej okazji, aby ją Najszanown[iejszemu] Panu zwrócić. Są w tej książce rzeczy nie tylko piękne, ale wprost przepyszne; jest nie tylko talent, ale miejscami prawdziwe mistrzostwo pióra. Wdzięczną jestem Panu za możność poznania tej pierwszorzędnej zdolności pisarskiej.

Ponieważ jesteśmy w dziedzinie literatury, więc poważę się zapytać, czy Pan czytał nowelę Ostoi w Kur[ierze] Codzien[nym] pt. Doktor Faust? Jeżeli tak, jakie zrobiła na Panu wrażenie? Na mnie bardzo ujemne. Bardzo piękny przymiot pisarski Ostoi: jędrność, zmieniać się zaczął w prawdziwie rebusowe znaczki i kruczki. Zalatuje od tej noweli dekadentyzm, jeżeli nie treści, to formy. Coś też bardzo dziwnego wydrukował niedawno Głos, ów Dzień-Widmo Pietkiewicza. Pisałam do Pana, że staję się staroświecką, i tak jest rzeczywiście, bo takich modernistycznych cudactw żadnym sposobem zrozumieć ani admirować nie umiem. Dla mnie, zupełnie po staroświecku, pisanie bez jasności myśli i wyrażeń jest brednią. Przy czytaniu Dnia-Widma ciągle plątał mi się w myśli śty Jan Ewanelista na wyspie Patmos.

Święta przeszły nam cicho, w kółku najbliższych, okraszone wielką przyjemnością sprawioną przez odwiedziny pana Korzona. Mam konieczną potrzebę przesłania temu niedawnemu, miłemu gościowi memu słów kilku, a nie posiadam nawet podejrzenia, jakim jest jego warszawski adres. Dlatego śmiem najserdeczniej prosić o przesłanie p. Korzonowi załączonego liściku, a z tą prośbą łączę drugą — o przebaczenie, że Pana utrudzam.

Jesteśmy w tych dniach głęboko zasmuceni ciężką chorobą wieloletniego przyjaciela naszego i wielce zasłużonego patrioty, p. Jana Kamieńskiego. Jeszcze żyje, ale wedle zdania lekarzy, nie tylko dnie, lecz prawie godziny jego są policzone. Ubywa nas tu, coraz ubywa, a zastępcy — niestety! — nad Wołgą i Amurem!

Jeżeli Szan[owny] Pan otrzyma odpowiedź od pana Bukowskiego, wdzięczną będę za uwiadomienie mię o jej treści.

Od nas tu wszystkich, najspecjalniej ode mnie, wyrazy szacunku najgłębszego i przyjaźni wiernej przesyłani, a całej szanownej rodzinie Pana pozdrowienia pełne najlepszych uczuć.

El. Orzeszkowa-Nahorska


22 IV [1S]96, Grodno

Najszanowniejszy Panie

Przez jadącą do Warszawy sąsiadkę [z] Grodna posłałam dwa rozdziały Argonautów, które zapewne już znajdują się w ręku Pana. Teraz za tą bazgraniną goni prośba najserdeczniejsza o napisanie mi w kilku słowach, jak się Panu ten fragment wyda i czy ci dekadenci w nim (Marian Darwid i baron Emil) mają trochę prawdy, krwi i natury? Papa Darwid jest szefem argonautów, których w powieści kilku. Znajduje się też w niej i panna dekadentka. Niech Pan raczy nie trudzić się odsyłaniem tych szpargałów pocztą; znajdę okazję i przyślę ją po nie do Pana. Powieści tej napisałam prawie półtora tomu i — stanęłam. Zmęczyłam się. Pracowałam tej zimy wiele i różnostronnie. Mam nadzieję, że skończę na wsi, dokąd wyjadę w połowie maja azjatyckiego:.

A jakimi są zamiary na lato Szanownego Pana? Kiedy opuści Pan Warszawę i dokąd naprzód?

Jesteśmy pod smutnym, ciężkim wrażeniem śmierci Kamieńskiego. Prawie nie chce się wierzyć, że już go więcej nie zobaczymy. Bawią właśnie u nas dwie jego córki, kochane biedactwa w żałobie, spłakane i zgnębione.

Martwi mię szczerze choroba p. Swiętochowsk[iego] — obyż minęła jak najprędzej! — a cieszy niezmiernie uznanie okazane mu przez więcej niż cudzoziemca, bo wroga. W ogóle wysoki szacunek, którym cieszy się tam literatura nasza, jest kroplą balsamu w czarze trucizny. Zawsze to tryumf, najlepszy, bo duchowy i odniesiony quand meme. Jeżeli cokolwiek pociesza mię i trochę we własnych oczach podnosi, to to, że w malutkiej mierze bazgranie moje przyczynia się do tego tryumfu. Będę nieskończenie wdzięczną Szan[ownemu] Panu za przysłanie mi kopii listu Swięt[ochowskiego] do owego pana Ldowa.

Przed parą dniami wywołał w grodzieńskim towarzystwie żywą emocję przejazd rektora uniwersytetu krak[owskiego] p. Stan[isława] Smolki. W drodze do Wilna zatrzymał się na dzień jeden tutaj z żoną i córką, odwiedził mię, a potem byliśmy kilka godzin razem w jednym ze znajomych domów. Wiele miałabym do powiedzenia Panu o stoczonych rozmowach i ogólnym wrażeniu tej wizyty — ale pisać trudno. Powiem tylko, że młodzież skłonna do ciekawości i entuzjazmu, gdy idzie o magnificencję naukową, a zwłaszcza krakowską, rozeszła się z nosami pospuszczanymi, jak to mówią, na kwinty. Zawód był wielki. Co do mnie, nie czułam się rozczarowaną, bo z góry nie spodziewałam się być oczarowaną, jednak niektóre rzeczy przeszły nawet moje nieoczekiwanie.

Za książki najmocniej i najgoręcej dziękuję. Bardzo mi były użyteczne, ale teraz już nie są potrzebne. Przepraszam, że Kruków i wron (prześlicznych!) jeszcze nie odesłałam. Uczynię to bardzo wkrótce. Bibliotekę Warsz[awską] z artyk[ułami] o Kalewali, których potrzebowałam, przysłał mi p. Leopold i napisał, że są własnością Pana. Teraz więc nie wiem już, do kogo ten drugi tom może należeć, i w pierwszym liście napiszę do p. Leop[olda], aby Szanownego Pana od niego uwolnił.

Zapraszały mię bardzo mocno różne panie, abym tej wiosny przyjechała do Krakowa i miała tam odczyt na nowopowstające gimnazjum dla kobiet. Myślałam, że będę mogła pojechać i warunkowo przyrzekłam. Ale teraz właśnie wypadł warunek niepomyślny: po prostu nie czuję się na siłach, zima zmęczyła mię, pisanie i uczenie wyczerpało. Zmuszoną jestem uwiadomić te panią że nie przyjadę teraz — ale prawdopodobnie w jesieni.

Wyrazy najszczerszej czci i stałej przyjaźni od nas wszystkich, a najspecjalniej ode mnie, serdecznie i zawsze Panu oddanej.

El. Orzeszkowa-Nahorska


3 V [18]96, Grodno

[Prośba o przetłumaczenie na język łaciński wyrażeń „nie cali umarli" i „nie caliśmy umarli"...] zdaje mi się, że „nie cały umrę" — non omnia [sic] moriar.


30 VIII [18)96, Poniemuń

Szanowny i Drogi Panie

List Pana sprawił mi radość większą jeszcze niż zwykle. Nie mogąc doczekać się upragnionych odwiedzin i nie mając o Panu żadnej wieści już zaczynałam niepokoić się, czy co złego na przeszkodzie nie stanęło. Serdecznie wdzięczną jestem za pamięć i za trwanie w zamiarze odwiedzenia mię. Nie umiem też wypowiedzieć, jaką przyjemnością będzie dla mnie poznanie pani Z[ofii] Kowerskiej. Talent jej cenię wysoko, wdzięczną jestem za śliczny artykuł jej pióra w Upominku. Tylko korzystając z pozwolenia śmiem prosić, aby wielkie święto przybycia Pana i wysoce sympatycznej współtowarzyszki pracy spotkać mię mogło, gdy już będę w miejskim moim siedlisku. Pobudki prośby mojej są takie. Wcześniej niż zwykle w tyto roku wieś opuścimy, bo za parę tygodni zrobi się już tu zimno w mieszkaniu, od czego zawsze ktoś choruje i niepokojem zaprawia powrót do Grodna. Przy tym Stanisława, który wciąż niedomaga, wyprawić zamierzam do warszawskich lekarzy, gdy tylko z wycieczek powrócą. Te ostatnie dnie tutaj będą porą przedwyjazdową, więc trochę nieporządną i kłopotliwą. Gdy tylko zaś osiedlę się i uporządkuję w Grodnie, natychmiast zawiadomię Pana o tym i zacznę z utęsknieniem, z antycypowaną wdzięcznością drogich moich gości oczekiwać. Nastąpi to najdalej około połowy września star [ego] st[ylu].

Całe prawie tegoroczne lato zeszło mi marnie; dla różnych przyczyn byłam do pracy niesposobną. Teraz piszę — ale rzecz niewiele wartą. P. Antoni Wodziński (romansopisarz francuski ze Służewa w gub[erni] warszawskiej) zażądał ode mnie rozmaitych wiadomości, z których mógłby nakreślić studium o mojej osobie i pisarskiej pracy dla Nouvelle Revue, której jest stałym współpracownikiem. Ogromnie nie lubię tej autobiograficznej roboty, alei zdawało mi się, że odmawiać nie powinnam, więc ją spełniam. Jeżeli Szanowny Pan posiada jakie dokładniejsze wiadomości o p. Wodzińskim, będę za nie bardzo wdzięczną.

Z Reyue des Revues znowu redaktor Finot (podobno Żyd warszawski) nagląco żąda studium o kobiecie polskiej. Zabiorę się do tego po ukończeniu notatek dla p. Wodz[ińskiego]. Do Argonautów wrócę w jesieni — jeżeli wrócę.

Zresztą, nic nowego. Lato kłoni się ku zachodowi i dla mnie — dobrze czyni. Od dość dawna zima jest moją ulubioną porą roku, bo daje więcej ciszy, skupienia i więcej sprzyja pracy — najlepszemu, może jedynie dobremu składnikowi życia.

Od wszystkich moich najgłębsze ukłony, ode mnie wyrazy zawsze wiernej i szczerej czci i przyjaźni.

El. Orzeszkowa-Nahorska


30 XI [starego stylu] 1896 Nahorski mourut soudainement.

Nahorska