Liście opadają

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Wazow
Tytuł Liście opadają
Podtytuł Idylla jesienna
Pochodzenie Wybór nowel
Data wydania 1904
Wydawnictwo Drukarnia
A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Anc
Źródło skany na Commons
Indeks stron
Liście opadają.

IDYLLA JESIENNA.

Zwiędłe i pożółkłe liście akacyj zwisały ciężko na gałązkach, poruszanych zlekka wietrzykiem jesiennym; topole ogołocone już z liści, białokore brzozy płonęły w swej złocistej szacie, kędzierzawe tuje z poszarzałą zielonością, ciemno-zielone jodły, te dzieci wąwozów górskich, wichrów i zimna, sterczały milcząco na przerzedzonych murawach; gdzieniegdzie ptaszki, ukryte w gałązkach, rzucały krótkie i żałosne tony w samotną ciszę, jakby żegnały coś, co było, a czego już niema, minioną gęstwinę i cienie, słodki szmer zefirów, ciepłe promienie słońca, które im ogrzewały skrzydła i miłość.
Zamyślony mijałem kręte i milczące aleje, pomiędzy złoconemi i przerzedzonemi liśćmi, które pozwoliły zapuścić wzrok w głębię parku, tak samo pożółkłą i przejrzystą, osieroconą przez swoje dryady, które wyobraźnia wytwarzała sobie w zielonych gęstwinach; doszedłem tak do jeziora, otoczonego wieńcem ciemno-zielonych jodeł i brzóz białych złoto-listnych.
Kilka żab, spłoszonych mojemi krokami, skoczyło w wodę, ostry plusk doszedł moich uszów, metalowe żółwie na swych trójkątnych wysepkach wyrzucały w głębię przejrzystą łukowate, złociste strumienie wody, ku wielkiemu zdziwieniu gipsowego bożka heleńskiego, stojącego wpośród bukietu trzciny, obecnie zwiędłej.
Naokoło ławeczki usiane złotemi liśćmi brzozy stały osierocone, nie oczekując na nikogo. Szum listków na gałązkach, monotonny i smutny, jedynie ożywiał ciszę i rozlewał słodką melancholię w zadumanej naturze.
Usiadł na ławeczce niedaleko białego bożka heleńskiego, pod złocistemi liśćmi brzozy. Przedemną rozpościerał się daleko park cichy i głuchy, cudowny w swym tonie szaro-złocistej jesieni. Trawiaste aleje puste. Milczenie i pustka. Gdzieś, daleko pomiędzy drzewami mignie postać ludzka i znika — to stróż ogrodnika. Hen, tam, w górze rysuje się półkulisty dach obserwatoryum. Podobny do mauzoleum...
Na widnokręgu — Witosz. Wznosi on ku niebu swój olbrzymi grzbiet śnieżny, przygniecony, przypłaszczony, jakby pod ciężarem świata niewidzialnego. Wzrok mój nie mógł się oderwać od niego, od tego symbolu wielkości, pełności i wieczności. Ostre, skaliste urwiska, sine osypiska, rozpostarte na jego barkach lasy, pomalowane na ciemno-żółto z odcieniem brunatno-czerwonym, głębokie przepaście, poszarpane skały, ogołocone miejsca, wąwozy rysowały się i odcinały z cudowną wyrazistością w oświetleniu łagodnych promieni jesiennego słońca, wynurzając się stopniowo z mnóstwa ruchomych, białych, wełnistych obłoczków o srebrzystych brzegach. Jakież to cudne!
Siedziałem i patrzyłem.
Żółwie metalowe wyrzucały z dźwiękiem kryształowe strumienie w jezioro, w którem stał biały bożek heleński wśród trzcin zwiędniętych. Ten plusk podobny był do pieśni, a pieśń ta dźwięczała bardzo melancholijnie.
— Przemija, przemija, przemija — mówiła ona — przemijają kwiaty, przemija piękność, sława, miłość... Natura wzdycha i złociste liście płaczą za swemi poprzedniemi pieśniami i za wieczornemi zefirami. Uleciała barwność kolorów, słodycz aromatów, harmonia żywych dźwięków, radość i poezya młodości.
I ta pieśń dźwięczała melancholijnie.
— Zwiędło, poszarzało wszystko — mówiła ona — przemijają wdzięki natury, nadchodzą śniegi. Gdzie się podziały tajemnicze, miłosne drżenia przyrody? Upajające pieśni życia gdzie są? Marzenia są teraz pełne smętku, a porywy bez życia.
I ta pieśń dźwięczała bardzo melancholijnie.
Słuchałem jej w milczeniu i z uwagą, jakby głosu wychodzącego z głębi tajemniczej. I biały bożek heleński słuchał także milcząco z wysokości trzciny zwiędłej.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Iwan Wazow i tłumacza: Józefa Anc.