Krzyżacy 1410/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Krzyżacy 1410
Podtytuł Obrazy z przeszłości
Pochodzenie Skany na Commons
Data wydania 1882
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz J. Berger
Miejsce wyd. Warszawa
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
Tom I


I.


Zachodzące słońce jaskrawo oświecało czerwone mury Malborgskiego zamku, a raczéj trzech zamczysk rozłożonych na wzgórzu, z którego na błonia nad Nogatem widok się szeroki rozlegał. Godzina była gdy się wszystko ku spoczynkowi i domowi zbiera; ludzie z pól, podróżni z gościńców do gospód, bydło i konie z paszy, ptastwo nawet z żeru do gniazd przylata. W ulicy, do górnego zamku wiodącéj, pełno téż było ludu rozmaitego, cisnącego się ku wnijściu i wychodzącego z grodu na miasto.
Szum i wrzawa wielka panowała w ciasnéj bramie pełnéj wszelakich postaci, między któremi i najświetniejsze rycerskie i najuboższe żebracze o siebie się ocierały. Słychać było wrzask knechtów torujących rycerzom drogę, i parskanie koni, i wart wołanie, i piskliwe głosy żebrzących nad drogą.
Nieopodal pod murem, nad którym się wznosiła ściana kościoła Panny Maryi, z olbrzymim wizerunkiem Matki Boskiéj na tle złotem wysadzaném, siedziało rzędem żebractwo, zawodząc pieśni wieczorne. Dzwony odzywały się po kościołach na modlitwę, po zakonnych murach na godziny, na służbę, na braci i rycerzy.
Każdy z tych dzwonów miał swój głos, po którym go poznawali swoi i mówił co innego, a inaczéj. Jedne śpiewały przeciągle i długo, drugie urywanemi dźwięki rozkazująco wołały, inne się modliły, zwolna rozkołysane, rozmarzone, jakby pieśnią wieczorną. W słonecznych promieniach pomarańczowych krasne mury Malborga, ex lutho, z błota zbudowanego, rubinowemi barwy, szatą purpurową okryte jaśniały. Zdawało się, jakby cegła z któréj je wzniesiono, ze krwią była mięszana, w krwi maczana i krwią oblana. Ostre szczyty z wązkiemi oknami pięły się do góry, a na gzémsach ich ślizgały się błyski światła, jak sznury złote, i w błonach okien w ołów oprawnych, odbijało się słońce, jakby z nich biły płomienie.
Wspaniały to był a straszny widok tego zamczyska, o wieczornéj porze, z temi krwawemi ścianami, napół w cieniach, pół w płomieniach, i kto nań spojrzał, zadrżéć musiał nad potęgą zakonu, który z namiotu dorósł do takiego grodu i z obozu rozlał się na państwo zdobyte.
Czuć tu było wielką potęgę i siłę.
Wszystko olbrzymio wyglądało: mury ciągnące się i piętrzące ogromnemi ściany, obraz Maryi całą zajmujący kościoła połać w złocistéj niszy, baszty, bramy, ganki, kościoły, porosły wysoko, a sam lud, co zapełniał gmachy, potężny téż był i doborny. Rycerze na koniach, cali okuci w żelazo, dobrani z rodu, co w puszczach germańskich wyhodował się do walki z dzikiemi zwierzęty. Konie pod nimi ciężkie i roztyłe, blachami przyodziane, do nich téż były podobierane. Knechty co jechali za panami, równali im miarą, psy co za niemi biegły, do wilków były podobne, siłą, siercią i wzrostem.
Pieszy lud téż z zamku i do zamku płynący, wszystek co po sukniach białych z półkrzyżami poznać go było można za pół-braci, rosły i silny, a butny i rozbujany, rozpędzał ubogą czeladź na ziemi téj zrodzoną, na niewolnika wyglądającą. Ustępowano im z drogi prędko, bo knecht każdy łacno sobie radził pięścią i kijem. Ani krzyknąć było wolno obitemu, kiedy go pan chłostał. A roiło się temi pańskiemi płaszczami białemi dokoła zamku, bo z różnych stron do nowego mistrza przybywali posłańcy, i rycerze, i komturowie konwentów, i miejskie gromady, i książęcy posłowie, i goście niemieccy z nad Renu, z Szwabii, Frankonii, Luzacyi, Saksonii, Bawaryi i całego germańskiego mrowiska.
Ale dla wszystkich było dosyć miejsca na zamkach, w górnym i średnim i po wszech tych gmachach piętrzących się na górze, nie licząc lochów i podziemi drugie tyle, w których téż nie jeden gość się mieścił pod kłodą.
I nigdy oddawna nie było na Malborgskim zamku tak ludno, bo nikomu tajno nie było, że się na wojnę zabierało. Jagiełło upominał się ziemi Dobrzyńskiéj, a Witold Żmudzi, i choć Witolda Zakon prawie był pewien, przecież tyle razy się na nim zawiódł, iż ostrożność zachować musiano; choć Krzyżacy mieli wszech książąt niemieckich pomoc i zasiłki kupione i obiecane; choć króla Zygmunta téż zapłacić przyrzekli; choć król polski i brat jego sami niemal stali przeciw nim, nikogo z sobą nie mając: trzeba było sposobić się by ich pokonać, z niemałym trudem i zachodem. Po całéj więc przestrzeni ziem zakonu szli gońce, aby zamki oprawiać, zewsząd przynoszono wieści co nad granicami słychać, żywność, prochy, konie, zbroje i działa ściągano. Szły o pokój rokowania, ale go nikt nie był pewien..
Nowy mistrz po Konradzie obrany, brat jego Ulryk, starym był wojakiem, choć człowiekiem młodym, bo począł wcześnie za Konrada Wallenroda wyprawy swe i u boku jego walczył nieustannie; walczył komturem w Baldze, gdzie nigdy spokoju nie miał, a marszałkował potém zakonowi, aż do zgonu brata.
Żołnierz był to więcéj niż wódz, prędki, gorączka, butny, do gniewu i porywu skory, a potęgą zakonu nakarmiony tak, iż w nim duma płomieniami wzbierała. Nieprzyjaciela takiego naprzeciw siebie miéć, zakonem trzęsącego i miłością jego uzbrojonego, z Niemiec jako ze śpiżarni ciągnącego ludzi i żelazo, niebezpieczném było.
Codzień szły listy z Malborga i Kursory na zachód, aż nad Ren, i nawoływały po zamkach rycerstwo niemieckie na spokojne Słowian ziemie, które się z garści zakonu wymykały;—codzień téż z gdańskiéj wieży widać było nowych przybyszów, poczetami ciągnących na łowy krzyżackie przeciw Litwie, Rusi i Polsce.
Dlatego i w téj godzinie wieczornéj gorącego dnia lipcowego, gwarno tak było w bramach i około murów, a na zamku ino rżenie koni było słychać, i chrzęst zbroi i brzęk żelezców u boku rycerzy.. i rzucanie zbrojami, które padając chrzęszczały. Właśnie Komtur z Tucholi na zamek jechał, Henryk von Schwelborn, i drogę torować kazał knechtom, bo ludu przy sobie nie lubił, a o lada kogo otrzéć się nie ścierpiał. Siedział na bachmacie ogromnym, we zbroi i płaszczu na ramię zarzuconym, w szyszaku, którego przyłbicę podniósł, a twarz mu z niego marsowa patrzała, z czarnym wąsem i brodą jak wiecha, z brwiami rozbujałemi krzaczysto,—z czerwonemi i wydatnemi usty, jakby krwią niestartą nabrzmiałemi.—I odgadnąć było łatwo, po co z Tucholi do mistrza śpieszył, bo go wszyscy znali, że Jagiełły i jego narodu niecierpiał, a mawiał odgrażając się, iż krewby jego pił ze smakiem, i mówiąc to, śmiał się białemi zęby, jak wilcze ostremi. Chciał téż wojny i na nią namawiał, i cieszył się, że ją miéć będzie, bo zdawała się nieuchronną.
A gdy w bramę wjeżdżał ze czterema rycerzami za sobą i dziesiątkiem knechtów, z drugiéj strony chciał się w nią wcisnąć ubogi jakiś człowiek, nie młody, o kiju, którego z czarnéj długiéj sukni trudno poznać było co za jeden miał być: pątnik, ksiądz, żebrak czy sługa pański. A że wchodząc stary nie ustąpił Komturowi, bo go nie widział, pchnięto go tak i przyparto do muru, że koń Komtura nogą mu przygniótł stopę, aż krzyknął, za co płazem miecza po karku od samego Schwelborna dostał.
I podniósł nań oczy stary, aż się źrenice ich spotkały z sobą, a było wejrzenie starca, mimo boleści tak promieniste i potężne, że się Komtur żachnął i namarszczył, zdziwiony, by ubogi człek śmiał tak patrzéć na niego. Starzec się przecie i marsa tego nie uląkł, oko w oko mierzył Henryka, który go zwolna mijał, a ręką jedną jakby z szyderstwa raczéj niż z pokory, czarną czapeczkę przystającą mu do głowy podniósł i ukazał wśród siwych włosów okrągłe znamię tonsury, dając znać, iż kapłanem był.
Przez ramię nań patrząc Komtur, dojrzał tego znaku i butno się rozśmiał, jakby rzec chciał: — Cóż mi to, żeś ty kapłanem, jam rycerzem zakonnikiem najmożniejszego w świecie bractwa i szydzę sobie z twéj tonsury i kapłaństwa!
Starzec zwolna czapeczkę nałożył, a ręką chudą za stopę zranioną się uchwycił i postawszy chwilę, kulejąc, zwolna pociągnął w głąb zamku który zdawał się znać dobrze, bo się do infirmeryi o drogę nie pytał.
Lecz żeby tam dojść, dziedzińce górne przebywać było potrzeba i bramy wewnętrzne, a tu téż ścisk gorszy niż w ulicy, zgiełk straszniejszy panował.
Stały przez knechtów trzymane konie z pozwieszanemi łbami, czekając, aż im stajnie ukażą, zwijali się posługacze i czeladź klasztorna, wyładowywano wozy, staczano beczki, przejść było nie łatwo nawet jednemu człowiekowi, bo gawiedź popychała i rzucała jak piłką tym, co jéj wpadł w drogę, szczególniéj, gdy płaszcza na sobie białego nie miał.
Staruszek z nogą zranioną tak ubogo wyglądał z kijem białym, który niósł w ręku i torebką skórzaną przez plecy, że go ciury nawet poszanować nie chcieli: popychano biedaka, lecz dał sobą pomiatać z pokorą i słówka nie rzekł i ręki nie podniósł. Komtur zsiadał z konia właśnie, gdy kulejąc nadciągnął stary, spojrzał nań z ukosa i jednemu z braci powołać go do siebie kazał.
Młody zakonnik podbiegł parę kroków ku podróżnemu, słowa nie mówiąc, za ramiona go chwyciwszy, nie opierającego się popchnął przed sobą do Komtura, który stał na stopniu u wchodu, dobywając z kalety pieniądz, jaki chciał jako jałmużnę dać skrzywdzonemu.
Gdy go postawiono przed Komturem, starzec powtórnie odkrył głowę i nakrył ją zaraz, a oczy podniósłszy, ciekawie patrzał. Znać ta twarz na Schwelbornie uczyniła wrażenie, bo pieniądz już trzymając w palcach, stał, a wpatrzył się w nią z podziwem jakimś, jakby jéj zrozumiéć nie mógł. W istocie téż owemu pięknemu obliczu staruszka zdziwić się było można, tak ono od wyszarzanéj podróżnéj sukni ubogiéj odbijało dziwnie, taki święty spokój błogi rozlany był w pięknych rysach bladéj jego twarzy. Srebrnym włosem okolona, biała, jasna, uśmiechała się łagodnie, z oczu mu biły jakby promienie do głębi sięgające, i stał jak gołąb’ przed jastrzębiem obok Komtura, z pychą nań patrzącego z góry.
— Mości księże, na Mszę Świętą za powodzenie oręża Komtura z Tucholi!
— Bóg zapłać!—cicho odpowiedział ksiądz—będę się modlił!
— Zkądże idziecie? z daleka?
Ksiądz się trochę zawahał.
— Tak: z daleka, z daleka—ze Szlązka idę.
— A dokąd?
— Do cudownego obrazu Najświętszéj Maryi Malborgskiéj! I wskazał ręką ku kościołowi, na którego ścianie jaśniała olbrzymia owa postać Maryi—przy kaplicy Świętéj Anny.
Komtur popatrzał nań: nic nie rzekł, odwrócił się i w krużganki się puścił do W. Mistrza.
Starzec potrzymawszy na dłoni pieniądz, schował go nie śpiesząc, a raczéj wsunął niedbale do torebki; potém, że mu zbolała noga więcéj dolegała, ciężéj jeszcze o kiju począł iść ku zamkowi dolnemu, gdzie była infirmerya i gospoda dla podróżnych. Tu już daléj puściejsze były dziedzińce, acz i tu się kręciła czeladź, bo się do wieczerzy w wielkim refektarzu miało, a gości było dosyć, których Wielki Mistrz u swojego stołu téż przyjmował pocześniéj. Więc baryłki z miodem i piwem gdańskiém czarném toczono, a gąsiory zielone z winem, nieśli drudzy oburącz i misy cynowe, które ledwie dwóch dźwignęło. I śmiała się służba do zakazanego owocu, bo sama się szklanką cienkuszu obchodzić była zmuszoną. Staruszek zwolna sunął w dół ku infirmeryi, aby się Szpitalnikowi stawić i o nocleg go prosić—ale i do tego dostęp nie był łatwy. Pachołkowie stali u drzwi, przez których o posłuchanie musiano się zgłaszać, ci brali imiona podróżnych i nieśli je do niego, a odpowiedź przynosili.
Dwóch tam o framugę opartych ziewało, gdy się ksiądz zbliżył i pokłonił.
— Ksiądz jestem—rzekł—pielgrzym z ziemi szlązkiéj, do Panny Maryi, pobożny, stary, skaleczony, o nocleg proszę.
Jeden z barczystych knechtów przypatrzył się starcowi i milcząc niechętnie odszedł. Słychać było niekiedy podwoi stuknięcie i milczenie po niém. W chwilę wyszedł pachołek i ręką księdzu wskazał, aby za nim ciągnął. Po kilku schodach, na każdym z chorą nogą odpoczywając, zwlókł się stary w korytarz sklepiony i wgłębieniem w murze, wpuszczono go przez drzwi do małéj izdebki, a z niéj do obszernéj, jasnéj, sklepionéj izby, w któréj na wygodném krześle z poręczami, o poduszkach i podnóżku siedział nie młody, bardzo otyły mężczyzna, z twarzą obrzękłą i czerwoną. Drzémał może nie dawno, bo jeszcze miał pół śpiącą postawę i ręce splecione trzymał przed sobą wygodnie.
Ksiądz się od progu skłonił.
— Zkąd? co? jak? po co?—odezwał się jakby bez myśli, siedzący w białéj sukni Szpitalnik.
— Ksiądz, pielgrzym, Szlązak, do cudownego Malborgskiego obrazu: proszę o gościnę.
Szpitalnik jedną ręką potarł się po głowie.
— W sam czas, bo wieczerzę podadzą, prosimy. Nikomu w imię Maryi i Świętego Jana żądającemu, nie odmawia się odpoczynku.
Wtém spojrzał na posadzkę, na któréj stał gość. Miejsce to gdzie jego noga spoczęła, oznaczała plama ciemna, noga stała w kałużce krwi, która z niéj płynęła.
— A to co?—zawołał zdziwiony Szpitalnik.
— Przypadek! Niech będzie na chwałę Bożą, że cierpię i że mi dozwolił choć kropelkę krwi wylać.
— Cóż ci się, Ojcze, stało?—rzekł Szpitalnik, widocznie krwią zaniepokojony, a może więcéj plamą, na jasnéj posadzce.
— Moja wina.. pośpieszyłem się we wrota, gdy rycerze jechali.. Konie ich nawykły tratować nieprzyjaciół, więc się i swoim od nich dostać może.
— A idź-że, Ojcze, idź, niech ci w szpitalu najprzód nogę obejrzą i obwiążą.
Klasnął w dłonie, gruby pachół ociężale sunąc się, przybył.
— Zaprowadź Ojca do szpitala, niech mu nogę opatrzą, do wieczerzy posadzą i nocleg naznaczą...
Pokłoniwszy się nizko Szpitalnikowi, poszedł za przewodnikiem ksiądz w milczeniu. Niedaleko téż miał do drzwi szpitala, w których kilku braci widać było stojących. Tym go oddał posłany. Nie pozdrowiwszy go nawet, pokazali mu drzwi do izby. Jeden z posługaczy, któremu pachołek rozkaz oddał, zbliżył się do siadającego na ławie. Milcząc do nogi się schylił, a gdy ją już w ręce miał wziąć, spojrzał staremu w oczy i z cicha krzyknął.
Stary na ustach palec położył. Obejrzał się i dał znak, aby milczał.
Trzymając w rękach drżących nogę starca, przyklęknąwszy, z wlepionemi w niego oczyma, braciszek szpitalny zdawał się osłupiały. Ksiądz mu się uśmiechał dobrotliwie i łagodnie.
Krew tymczasem na podłogę ciekła. Ujrzawszy ją, dopiéro żywo wziął się do rozwiązywania staruszkowi nogi braciszek. Skórzane obuwie proste, sznurami przywiązane, łatwo zdjąć było, i szmaty, któremi stopa obwinięta, były całe krwią zbroczone.
Pytające oczy zwrócił braciszek, obaczywszy zduszone palce, z których podkowa końska krwi dobyła.
— Koń nastąpił, bo Pan Bóg chciał, abym pocierpiał. Przyłóżcie, bracie, wody, a przeżegnajcie ranę, nic nie będzie.
— Mój Ojcze, wy tutaj? pieszo? a toć oczom nie wierzę..
— Pątnikiem idę, ślub uczyniwszy, do Malborgskiéj N. Panny: co za dziwo.
— Sam jeden?
— Z Bogiem!.. z Aniołem Stróżem...
— W waszym wieku?
— Najbezpieczniéj: ubogiego starca chyba koń zaczepi, ludzie mu złego nie zrobią, pominą...
Westchnął ksiądz, braciszek spuścił głowę, rozwiązał nogę i tuż do wielkiéj dębowéj skoczył szafy, któréj oba skrzydła otworzył. Zapach z niéj wyszedł od ziół suchych i mocnych korzeni a leków, orzeźwiający i miły. Na półkach stały słoje i flaszki, leżała bielizna i płachty.
Prędko się uwinął braciszek, i wody utoczywszy z dzioba sterczącego w ścianie na wielką misę glinianą, począł nogę ostrożnie obmywać, ocierać, potém ją z lekka hubą leśną obłożył, aby krew zatamować i płachtą starannie okręcił. Znalazł się sukna kawał, by ją okryć po wierzchu.
— Bóg-że ci zapłać, mój Franku!—odezwał się ksiądz—a gdy do domu powrócę, powiem waszym, żeście tu zdrowi i w świętéj służbie.
Stary westchnął, a braciszek mu przerwał:
— Nie mówcie o mnie ni słowa nikomu, ani gdziem jest, ani co czynię: niech o mnie pamięć zaginie.
Zamilkł smutno.
— Świętéj służby nie macie się co wstydzić,—dodał kapłan—lepsza ona pewnie, niż owa na koniu i we zbroi, z pychą w sercu i krwią na rękach. Ta krew, którąś ty swoje ręce zmazał dla miłości mojéj, nie plami cię przynajmniéj, i na duszę nie spadnie.
Braciszek popatrzał nań i drugie westchnienie z piersi mu się wyrwało.
— Mój Ojcze, w infirmeryi dzwonią do stołu, ja was poprowadzę, rękę podam, posadzę: potrzebujecie pokrzepienia.
— Dzień cały w ustach nic oprócz wody nie miałem—rzekł kapłan—alem wigilię chciał pościć.
— Toć już i słońce zaszło—dodał, rękę podając Franek.—Chodźmy!
Wyszli tak z izby szpitalnéj. Nieopodal znowu o kilkanaście kroków był refektarz infirmeryi.
Stół zakonny rycerzy i braci, wedle reguły ich nader był skromnym, w infirmeryi tylko więcéj i lepiéj, chorym, gościom, pielgrzymom, przybyszom, starcom i tym, co wygody lubili, dać było wolno. Tu się często i zdrowy wprosił aby zjeść smaczniéj i więcéj, bo w infirmeryi nie zbywało na niczém: króle i książęta jeść tu mogli...
Refektarz był długi, jak wszystkie izby sklepiony, a ogromny stół wzdłuż ustawiony, na nogach krzywych, środek jego zajmował.
Z jednéj strony oświecały go wązkie okna od dziedzińca, z drugiéj szafy stały, stoły do naczyń, i okiennicami opatrzony otwór, którym misy z kuchni obok podawano.
Na ścianie wnijściu przeciwnéj, na podstawce z muru wystającéj, stał posążek drewniany N. Panny Maryi, malowany i złocony, a poniżéj podobny Ś. Jana. Złocone téż wstęgi około nich się wijące, zawierały napisy stosowne.
W lewo pomiędzy oknami, mała ambonka, dawniéj służyła lektorowi, który czasu obiadu Pismo święte i legendy czytywał. Teraz już w infirmeryi, oprócz błogosławieństwa i modlitwy, więcéj nic nie czytać było we zwyczaju. Lichtarze u ścian nie pozapalane jeszcze, z rogów jelenich, miały przygotowane świece, które w nich tkwiły.
Gdy staruszek na próg wszedł, refektarz już był pełen, a zwijało się w nim tyle i tak różnych ludzi, że się zrazu jakby nieco wylękły, u drzwi zatrzymał. Do jedzenia jeszcze czas nie był przyszedł, a że stary stać nie mógł, braciszek go na ławie posadził, nieopodal ode drzwi, bo daléj iść namówić nie mógł. Oczy wszystkich zwróciły się zaraz ciekawie na ubogiego pątnika.
Byłby i on téż zaprawdę miał się w czém rozpatrywać, gdyby ciekawym był różnobarwnéj téj zbieranéj drużyny.
U stołu już siedziało kilku rycerzy zakonnych, stary jeden i zgrzybiały, kaleka drugi bez ręki,—trzeci, któremu otyłość bezmierna chorobą się stała i odpoczynek nakazywała. Było jeszcze dwóch, co się może chorymi czynili, aby lepiéj zjeść za oczyma. Oprócz zakonników, siła było podróżnych, znać z rycerskich orszaków przybyłych książąt i baronów; byli i klerycy, a pisarkowie różni, i posłańce z Niemiec, i mieszczanie. Więc choć zcicha niby rozmowy się wiodły, a gwar był jakby woda szumiała w strumieniu. A wśród tego szumu prysnął czasem śmieszek, jak kiedy się fala o kamień rozbije.
Ów otyły rycerz, choć nikt jeszcze nie jadł, z za pasa noża dobył i z bochenka chleba leżącego przed sobą krajał sztuki grube, smarował je masłem, i chciwie pożerał. I tak był zajęty tą sprawą, że nie widział, jak na niego ze wszech stron patrzano, bo już był połowie bochna podołał i mógł śmiało cały pochłonąć, sądząc z łapczywości, z jaką się raczył.
Księżyna z nogą chorą, nie mieszając się z gośćmi innymi, sparty na białym kiju, z boku na ławie siadłszy, czekał ażby misy przyniesiono. Braciszek szpitalny stał przy nim, ażeby mu rękę podać. Wtém jeden z rycerzy, słusznéj postaci, chudy, blady, zbliżył się do siedzącego i coś pomówiwszy z braciszkiem, a nie dowiedziawszy się może co chciał, zwrócił się do starca.
— Zkąd Bóg prowadzi?
— Ze Szlązkiéj ziemi.
— Dobra ziemia—odparł rycerz—rodzi ona mężnych szlachciców, których tu dosyć mamy, ino ją polskie plemię zachwaściło... bo tam tego jeszcze dość...
Starzec głowę podniósł.
— Po Bożemu, jedno plemię nie lepsze od drugiego, wszyscyśmy chrześcianie, krwią Zbawiciela odkupieni.
Rycerz ramionami ruszył.
— Czy chrześcianami są, i o tém wątpię—dodał,—a że tu na polskiéj ziemi swéj króla poganina plugawego mają, to pewna. Ale niedługo mu rogów przytrzemy.
Nie mówił nic ksiądz.
— Cóż po drodze słyszeliście? boście to przez kraje jego iść musieli.
— A cóż mogłem słyszéć, od kościoła do kościoła idąc i po drodze się modląc?—rzekł staruszek—po kościołach dzwony, a po drodze słońce, pył i burze spotykałem.
— Przecież tam, słyszę, na gwałt się do wojny z nami sposobią?
— Mnie o pokoju mówiono—odparł ksiądz.
— Niech nas Bóg od niego uchowa—porywczo zawołał rycerz—stokroć lepsza wojna niż taki pokój, jaki my mamy, w czasie którego we zbroi musimy stać, a dzień i noc czuwać.. Raz z tymi rozbójnikami skończyć potrzeba.
I temi wyrazy nie skłonił staruszka do rozmowy; wtém się wszyscy ruszyli, bo misy z rybami niesiono, i zapach imbiru, a szafranu po izbie się rozniósł. Zajmowano tedy miejsca skwapliwie, a kto mógł, co najbliżéj misy. W pośród gwaru odczytano benedykcyą. Staruszek się w szarym końcu pokornie umieścił.
Szpitalny braciszek pozostał, przysiadłszy na ławie, aby księdza odprowadzić, gdy się posili. Jedli z razu wszyscy w milczeniu, potém się po sobie rozglądać zaczęli. Jeden ze starych rycerzy, który ręką przeciętą w boju nie władnął, przysiadł się późniéj do pielgrzyma, ciekawie mu się przyglądając. Był to człek chudéj, pociągłéj twarzy, z policzkami zapadłemi, oczu wysadzistych, ze skąpym zarostem na brodzie, a że zęby zjadł, szczęki mu zapadały dziwnie, co wyraz nadawało rysom szyderski i niemiły.
Przyglądał się staruszkowi bardzo pilnie, a gdy ryby zjedli i drugie danie przyniesiono, trącił go, wpatrując się, i spytał:
— Gdzieś jam was widział?
— Być może—odparł stary,—dużo po świecie się chadzało, w różnych miejscach bywało; a no, nie pomnę..
— I ja nie—mówił zakonnik, trąc czoło,—a przysiągłbym, że kędyś spotkaliśmy się, i to nie tu na naszéj ziemi, ale na obcéj.
— Bywaliżeście gdzie dawniéj?—zapytał stary spokojnie.
— Wiele po Niemczech, Czechach, Łużycach, Szlązku, Polsce, Litwie i Rusi, ba i nad Renem, u Szwabów i Frankonów.
— Na Szlązku moja ojcowizna—odpowiedział kapłan.
Zakonnik ciągle się wpatrywał i dumał podparty na łokciu, w pamięci szukał widocznie czegoś.
— Nie bywaliście kiedy z Witoldem u nas?
— Nie—rzekł ksiądz—na jegom dworze nigdy nie gościł.
— A na Jagiełłowym?—podchwycił zakonnik.
Ksiądz chwilę zamilczał.
— Młodszym będąc, lat temu wiele, pisarzem bywałem przy biskupie krakowskim, gdy innego brakło.
Rycerz wargę zagryzł.
— Widzicie, tośmy pewnie na jakim zjeździe dla rokowania spotykać się musieli. Ależ teraz w ich służbie nie jesteście?
— Bogu służę, a nikomu więcéj—rzekł staruszek.
Zakonnik zamyślony w misę począł patrzéć i milczał czas jakiś, ale chwilami staruszkowi się przypatrywał.
— To dziw, żeście właśnie pod te czasy, gdy my się na wojnę zbiéramy z Jagiełłą, przybyli tutaj...
— Cóż mnie wojna obchodzi?—mówił stary—nie żołnierz jestem... prócz Chrystusów.
— Boćby was posądzić łacno, żeście tu podpatrywać nas przyszli?—mruknął zakonnik.
Stary spojrzał zdziwiony i rozśmiał się.
— Ksiądz jestem...
— My sami zakonnicy jesteśmy - odparł ze śmiechem także krzyżak,—przecież gdy trzeba, na zwiady się puszczamy. Jam téż nieraz przebrany na dworze królewskim z Czechami gościł!!
— Wasz zakon wolny jest—rzekł ksiądz—więcéj dziś żołnierzami, niż mnichami nazwać się możecie.
— Jakto dziś?—podchwycił krzyżak—alboż się co u nas zmieniło?
Ostatnie słowa urażony rzekł wyzywająco. Staruszek oczy spuścił, namyślać się zdawał.
— Uderzcie się w piersi, pamiętacie czasy dawniejsze... Zaprawdę, zaprawdę, urósł zakon w potęgę, ale potęga z sobą niesie pychę, a pycha wszystko złe.
Zakonnik się podparł łokciem i nasrożył.
— Ostre słowa, a w żywe oczy!—zawołał.
— Za oczymabym ich nie mówił, lecz owszem bronił was—łagodnie ciągnął stary.—Widzicie siwe włosy moje i choć ubogą, ale duchowną odzież. Nie godzi mi się kłamać, gdy wyzywacie, abym mówił.
— A no, milczę.
Czas jakiś potém trwało w istocie milczenie. Przy stole wiła się rozmowa pomiędzy wszystkimi, otyły zakonnik kufle wypróżniał, sapał, a pot ociérał.
— Wojna więc—rzekł ktoś z drugiego końca—a jeśli wybuchnie, znamy Mistrza naszego, nie poprowadzi on jéj miękka ręką i na żarty: walka być musi o życie lub śmierć. Z jednéj strony król rzymski, Węgrowie, my z drugiéj... Kto wié, po jakiéj książę Witold stanie... Jagiełło gardło dać musi, w Krakowie pokój zawrzemy!
— Amen—dołożył drugi.
— Myśmy zawsze grzeszyli tém, żeśmy się za rękaw komuś ciągnąć dali, a nieprzyjaciela szczędzili! Wyprosił papież, król, cesarz, układaliśmy się i cierpieli, a buta tego poganina rosła...
— Za pozwoleniem miłości waszéj—przerwał powolnie stary ksiądz, na którego wszyscy oczy zwrócili. Nie sądzę ja, kto praw a kto winien, bo to nie moja rzecz, ale co do króla Jagiełły, prawda każe powiedziéć, że chrześcianin jest i gorliwy wielce. Nie ma dnia, by choć późno, mszy świętéj, a czasem dwóch i trzech nie słuchał, na łowy nawet z sobą duchownych wozi, piątki suszy i modli się na kolanach.
Niektórzy się śmiać poczęli, inni wybuchli gniewem.
— Cóż to za jeden? Polak?—poczęli pytać.
— Szlązak jestem...
— E! pół-Polaka!—mruknął któryś ze wzgardą.
— Po cóż Jagiełły bronicie?
— Nie Jagiełły, ale prawdy bronię.
— Jako żywo, ńie jest to prawda—wyrwał się któryś z za stoła.—Z nieboszczykiem Konradem W. Mistrzem kilka razy jeździliśmy na granicę z królem na rozmowę. Widziałem go z blizka. Obyczaje ma pogańskie, a wiecie dlaczego w lesie nadewszystko siedziéć lubi? aby się wężom modlił i pod staremi dębami zabobony swoje odprawiał. Samem widział, jak wychodząc z rana z namiotu słomki łamał, rzucał i wkoło się okręcał, czyniąc gusła jakieś.
— A no tak! takci jest!—potwierdzali drudzy, patrząc w księdza, który milczał.
— Cóż wy na to?—podchwycił sąsiad.
— Przy swojém stoję—rzekł stary—chrześcianinem jest.
— A myśmy chyba u was poganie!—zaśmiał się jeden ze starych.
— Nie wiem—odparł spokojnie pielgrzym.—Krzyż przecie na piersiach nosicie, a wierzę, iż go i w sercu macie.
Zamruczano za stołem.
— Co za jeden ten przybłęda? zkąd?
— Pielgrzym. Kapłan ze Szlązka.
— Coś mu z ust źle słychać—szepnął jeden z braci—Jagiełły broni...
Wstał cichaczem któryś z za stołu i bocznemi drzwiami się wysunął.
Rozmowa ciągnęła się daléj, a oczyma milczącego starca mierzono. Mrok się robić poczynał i świece w lichtarzach rogowych pozapalano. Niektórzy kuflami się zabawiali.
Staruszek więc wstał, ręce złożył i nie czekając benedykcyi, a modlitwy, sam pocichu stojąc, modlić się zaczął.
Spojrzano nań z ukosa, jakby mu za złe wzięto, iż pobożnością swoją drugim chciał dawać naukę.
Z końca stołu starszy się ozwał:
— Należało poczekać z drugimi na modlitwę.
— Słaby, stary i skaleczony jestem—zawołał kapłan—proszę o pozwolenie bym na spoczynek mógł odejść.
Chciał się z ławy wysunąć, gdy sąsiad go po ramieniu ręką uderzył: stary zachwiał się i usiadł.
— Czekaj, Ojcze wielebny—dodał śmiejąc się—nim pójdziecie ztąd, musicie miéć z kimś chwilę rozmowy...
Szyderski uśmiech słowom tym towarzyszył. Staruszek nie odpowiadając nic, pozostał w miejscu: oczy wszystkich zwrócone były na niego. Spozierali niektórzy na drzwi, gdy te się otwarły, a w nich dwóch ukazało się knechtów z halabardami w rękach.
Siedzący obok księdza, uśmiechając się, wskazał starcowi na nich.
— Pójdziecie z nimi—rzekł, klepiąc go po ramieniu—a nie zapomnijcie co ciekawego powiedziéć o królu Jagielle.
Szpitalny braciszek zobaczywszy knechtów Wielkiego Mistrza, pobladł nieco, popatrzył na księdza, który już kija postawionego w kącie szukał, i wysunął się z refektarza.
Kulejąc szedł w milczeniu staruszek, pomiędzy knechtami przez podwórze, nazad do średniego zamku, gdzie były izby dostojnych rycerzy i kapituły zakonu. U ganku wchodowego przez pachołka zameldowano do W. Mistrza, że przyprowadzono nakazanego pielgrzyma.
Wyszedł w białym habicie mnich z twarzą ogoloną, duchowny, i pokazał drogę przez krużganki i korytarze do wnętrza.
Po sklepionéj komnacie niewielkiéj, przechadzał się w ubiorze rycerskim mężczyzna słusznego wzrostu, pięknéj twarzy, z oczyma czarnemi, bystremi.. gdy księdza wpuszczono. Stanął zobaczywszy go i mocno wpatrywać się w niego zaczął.
Postawy był pańskiéj, a choć oznak na sobie żadnych dostojeństwa nie miał, oprócz łańcucha złotego na piersiach, a na palcu pierścienia, poznać było łatwo, iż wysoki urząd w zakonie musiał piastować. Z dumą patrzał, z wysoka i z wielką wzroku potęgą.
— Nie doniesiono mi fałszywie—odezwał się po chwili—i ja sobie przypominam, żem was przy królu, albo Witoldzie widywał?
— Przy pierwszym raz tylkom pisarski urząd czasowo sprawował—odparł ksiądz—a drugiemu nigdy nie służyłem.
— Nie zapierasz więc?—żywo podstępując rzekł mężczyzna.
— Prawdy zapierać się nie mogę.
— Więc i reszty jéj dopowiedziéć powinieneś—dodał zakonnik.—Kto cię tu posłał?
— Mnie? posłał?—spytał stary—mnie? A któż i po coby mnie miał tu posyłać?
Uśmiechnął się wzgardliwie rycerz.
— Wiecie kto jestem—spytał.
— Domyślam się w Was najwyższego mistrza Zakonu...
— Nim téż jestem... w moim ręku życie wasze... Mówcie prawdę całą, kto was tu szpiegiem posyła?
Ksiądz położył znak krzyża na piersiach.
— O, panie mój!—zawołał—suknia moja kapłańska świadczyć za mnie powinna. Dlaczego posądzacie mnie?
W. Mistrz rozśmiał się, ręką potrząsając, jakby nakazywał milczenie.
— Macież nas za tak prostodusznych, abyśmy uwierzyli? Wojna się zbliża... wy co do orszaku króla należeliście, a pewnie należycie, potajemnie przybywacie na zamek, wkradacie się do niego i ja mam uwierzyć, że to z nabożeństwa, lub dla zabawy czynicie?
Począł się śmiać. Starzec zamilkł.
— I ja mam was wypuścić na swobodę, abyście im zanieśli o nas wieści, a może i o innych zamkach i wojskach naszych... W istocie chytry król dobrze sobie wybrał posła. Któż na starca i kapłana zważa? Ale my mamy dobre oczy i podejść się nie dajemy.
— Mistrzu—rzekł stary—nie będę mówił nic na moją obronę. Stoi oto krzyż Chrystusów z wizerunkiem Zbawiciela podle was, złożę wam nań przysięgę, żem niewinny.
— Po co mi przysięga i krzywoprzysięztwo, gdzie wina jawna, a występny schwycony na uczynku? Przyznajcie się lepiéj, powiedzcie kto was posyła, powiedzcie gdzie król i wojska jego... skruchą się wykupicie.
— Ja idę ze Szlązka, a modlę się przez drogę, nie wiem nic—jęknął staruszek.—Za świadka niewinności méj biorę N. Pannę Maryą, do któréj obrazu ciągnąłem.
Spuścił głowę staruszek, sparł się na kiju i dokończył, jakby sam do siebie:
— Stań się wola Twoja...
— Jeśli po dobréj nie zeznacie woli—rzekł Mistrz—znajdzie się u nas kat, i łoże, i cęgi i sznury i rószt... nie czekajcie, abym ich użył.
— W ręku Boskiém życie i zdrowie moje, czyńcie co wola wasza, a pomnijcie, że Bóg jest na niebie, co pomści niewinnego.
— Na sąd Boży mnie wyzywacie?—zaśmiał się Mistrz—wy... robak jeden.
— Kapłan...—przerwał stary z godnością.
Mistrz Ulryk począł się przypatrywać starcowi, który pod groźbą nabiérał powagi i majestatu.
Nie był to już ów przed chwilą zgięty i pokorny starowina, przed powagą Mistrza schylający głowę: czoło podniósł i oczy wlepił śmiało w Ulryka.
— Ślę cię do więzienia i na męki—odezwał się Mistrz..
— Panem jesteś — rzekł kapłan—czyń.
Stali oba milczący, mierząc się oczyma; przez chwilę Mistrz się zdawał zachwianym.
— Przebaczę wam, jeśli mi powiecie co czyni król, gdzie obóz? gdzie Witold? Idą-li Szlązacy i Czechowie, a Morawianie na pomoc? Ile chorągwi zaciężnych?
Oburzył się stary i poruszył.
— Mistrzu!—zawołał, podnosząc rękę do góry—czyń ze słabym co chcesz... Nie króla Jagiełły i jego chorągwi, nie księcia Witolda z jego Rusinami i Tatary obawiać się masz. Ja ci powiem o innych nieprzyjaciołach daleko niebezpieczniejszych, którzy Zakon zwyciężą i obalą.
Mistrz stanął osłupiały.
— Nie wojska te, ale niebieskie zastępy wyjdą przeciw wam, z Archaniołem Michałem, jak niegdyś przeciw zbuntowanym aniołom. Zabiją was nie strzały nieprzyjaciela, ale grzechy wasze...
Ulryk nie otwierając ust, słuchał zdumiony.
— Tak— ciągnął staruszek, poruszając się coraz więcéj.—Chrześciańskim zowiecie się zakonem, a ducha Chrystusowego nie macie... a pychę szatańską. Nie pogany wojujecie, ale potęgi się dobijacie i bogactw dla siebie; nie w pokorze i posłuszeństwie żyjecie, ale w zbytkach i zniewieściałości, nie w miłości, ale w nienawiści i zatargach. Grzechy wasze są wrogami co was pobiją.
Nie mówiąc nic, Mistrz w dłonie uderzył, zakonnik ukazał się w progu.
— Oddać tego kaznodzieję knechtom!—zawołał. Trzeba poszanować suknię kapłańską. Ptaszek to drogi i niepospolitym duchem zagrzany, nie można go wrzucić do lada ciemnicy... należy uczcić... jak należy... Wszak wolny sklep Witoldowy? tam gdzie siedział pan jego, niech sobie staruszek odpocznie. Wygodnie mu tam będzie i bezpiecznie...
Mówił z szyderskim wyrazem, gdy knechty pokazali się już w progu, a za nimi oczekujący wcześnie klucznik z trzosem u pasa.
— Dać mu sklep Witoldów—dodał Mistrz—wszak to nieopodal kościoła, będzie się mógł modlić, dzwonów słuchając.
— Bóg zapłać—rzekł staruszek, kijem się podparł i wyszedł.
Knechty go z dwóch stron między siebie wzięli, szydząc, przodem klucznik stąpał, oglądając się niekiedy. Wyszli w podwórze, w którém ciemno już było i pusto. Gmachy stały czarne i wszędzie prawie ognie były pogaszone, gdzieniegdzie tylko z poza błon błyskało mdłe lampy światełko. Na czarném sklepieniu niebios spokojnie gwiazdy połyskiwały.
Z nogą okaleczoną starzec ledwie się powoli mógł poruszać, więc knechty popychali go i ciągnęli, bo ich klucznik wyprzedzał. Tak się zbliżyli nieopodal od Gdańskiéj wieży, kędy było do lochów wnijście, piekarni i kuchni i spuścili się kilka schodów w głąb. Klucznik wprzódy lampkę zapalił w izbie u strażnika. Mury podziemia grube i nie okryte niczém, ponuro wyglądały... straszniéj jeszcze okowane, ciężkie drzwi żelazne, drągiem zaparte, w których za kratą małe na zawiaskach widać było okienko.
Klucznik choć ogromną dłonią jedną i drugą, pochyliwszy się i naparłszy sobą, cisnął je, nie mógł poruszyć, aż knecht pomógł i na wrzeciądzach zardzewiałych odchyliły się drzwi, a za niemi ukazało się wnijście wązkie, w prawo i lewo dwie komórki ciasne, pewnie dla straży. Tuż naprzeciw drugie drzwi blachą okute otwiérał już stróż i sam poprzedził pielgrzyma, rozpatrując się w zatęchłym sklepie.
Była to izba napół w ziemi, o jedném oknie, zewsząd grubemi drewnianemi balami obita, które żelazne pasy do muru przyciśnięte trzymały... Z takichże balów łoże usłane, nagie, ceglana posadzka zimna, kurzawą i ziemią zasypana, nie było więcéj nic.
Klucznik się obejrzał, bo ani dzbana z wodą, ani słomy na posłanie nie było.
— Na noc i tak dobrze—mruknął.
Ksiądz znużony, już był na łoże przypadł, nie prosząc o nic, nie mówiąc nic, spuściwszy oczy, modlił się. Knechty popatrzali nań ciekawie, spojrzał nań i stary klucznik, poczém do drzwi powrócili wszyscy; ostatni wyszedł stróż i na rygle drzwi spuścił jedne i drugie. Ciemności otoczyły starca i nierychło trochę nocnego mroku dojrzał u góry, w oknie kanciastém.
— Bogu niech za wszystko będą dzięki—szepnął składając znużone członki na deskach.
Gdy z pokorą więzień szedł na spoczynek, w izbie Wielkiego Mistrza gwar jeszcze panował i powiększył się po uprowadzeniu staruszka.
Oprócz Ulryka Jungingen, znajdował się tu komtur z Tucholi przybyły, Schwelborn, W. Szpitalnik, który pielgrzyma przyjmował i Wielki komtur, Kuno von Lichtenstein. Na stole widać było kubki srebrne i szklanne ponalewane winem i misę pełną migdałów, rodzenków i fig. Wielki Mistrz siedział zamyślony, inni się przechadzali, a rozmowa była żywą.
— Zaraz z oczów tego chytrego węża wyczytałem—mówił W. Szpitalnik—że nie pobożność go tu przyprowadziła.
— Aleć to jawna, że darmo się nie wlókł—gwałtownie dodał Schwelborn;—koń mój téż czuł w nim wroga, gdy mu nogę zdusił w bramie.
— Jagiełłę trzeba znać—rzekł Ulryk—i cały ten ród litewskich Kunigasów... którym nigdy wierzyć nie można. Dawnoż to Witold, gdyśmy gródek nad Dubissą wznosili, drzewo nam ze swych puszcz wozić kazał i własnych cieślów przysyłał w pomoc?
— Może dlatego, aby mu oni donieśli, kędy do gródka wnijście będzie łatwiejsze—szydersko dorzucił Schwelborn.—Jadowite żmije.
— Starego szpiega jutro na łoże wziąć, a pociągnąć go sznurami dobrze, żeby mu stawy powyskakiwały: wyśpiewa wszystko.
— Szpieg, to jawna!—mówił Lichtenstein W. komtur—czy się przyzna, czy nie, wątpić o tém nie można. Pełne są ich gródki nasze i miasta... tak, że żebraków nie pytając nawet wieszać każę, bo w ich łachmanach zdrada chodzi...
— Lada dzień wybuchnie wojna, i to są znaki, co ją poprzedzają zawsze—przerwał W. Mistrz—zatém w gotowości być musimy na pierwsze hasło do boju. Z Czech i Morawy do Polski pociągnęły pułki zaciężne. Na Mazowszu trzebią dla wojsk drogi po lasach. Król z Witoldem i mazowieckimi panami nieustanne zjazdy mają.
— Bogu niech będzie chwała! Bogu chwała!—wybuchnął Schwelborn—przynajmniéj moje miecze raz się krwią ochrzczą, co je dla nich dawno chowam! Wojna! tośmy téż gotowi... Komturowie wszyscy na zawołanie czekają, w Chełmińskiéj ziemi po zamkach patrzą tylko na blankach i czatują, rychło pierwsza łuna się ukaże: skoczym do boju weseléj, niż chłopi do tańca!!
— Daj to Boże—rzekł W. Mistrz—bo o pokoju mówić już nie ma co... ani się go spodziéwać. Miecz musi rozstrzygnąć.
— I krew—dodał Schwelborn.—Niech się to raz skończy i niech nas rozgrodzą pustynie.
Mistrz Ulryk westchnął.
— Wszystko kładziemy na szalę—rzekł—ważym wiele!
— Bóg z nami!—wołał Lichtenstein—Bóg Zastępów z nami. Myśmy tu przodownicy wiary i światła... barbarzyństwo to raz wytępić potrzeba i ziemię przez papieżów i cesarzów nam daną, do nas należącą, krwią naszą zbroczoną, zająć bezpowrotnie. Z ludu tego nie ma się co dobra spodziewać. Uparty jest i dziki, wyniszczyć go; niech przyjdą nasi z Niemiec i zaludnią na nowo kraj... Lepiéj nam tu będzie, niż gdzieindziéj na piaskach i wydmach; tu ziemia obiecana, mlekiem i miodem płynąca, Niemców jéj tylko potrzeba, a zakwitnie. Ta dzicz na wieki dziczą pozostanie.
Ulryk westchnął znowu.
— Prawdą jest co mówicie—dodał—a przecież tyle jest żałob i skarg na nas, że zamiast chrzcić, tępimy ludzi, iż do nowych powodów dawać nie należy.
— Cóż nam te krzyki szkodzą, co one nas obchodzą?—zawołał Schwelborn.—Ego te baptizo in gladio! najbezpieczniejsza rzecz, bo już apostazya niemożliwa, a duszyczka zbawiona.
Rozśmieli się wszyscy, oprócz Mistrza.
— Losy wojny niepewne—szepnął.
— Byle wojna! byle raz wojny doczekać—krzyknął Schwelborn, wyciągając ręce do góry—byle wyjechać w pole, reszta się dokona.—Mogąż oni przeciwko nam się utrzymać? Cóżto to Witoldowe wojsko: dzicz z pałkami, napół naga, Tatary i Ruś, u których żelaza brak nie już na piersi, ale w ręku nawet... Lepiéj zbrojne wojsko Jagiełły, lecz i tego się nie zlękniemy... Są na nie sposoby!
Lichtenstein zbliżył się do W. Mistrza.
— Pewnie, że żadnemi gardzić nie można—rzekł cicho. Do Czechów i Morawian posłać trzeba; choć językiem mówią podobnym do Polaków, ale z Niemcami żyją i bracą się. Są między nimi tacy, których zyskać można... Niech się zaciągać dają... Owszem. Przyjdzie do boju, niech stają do szeregu, a jak walka się rozpocznie na dobre, będą wiedzieli co czynić.
Wszyscy potakująco głowami ruszyli.
— Toć rzecz właśnie spełniona—rzekł Mistrz półgłosem.—Do Jana Sarnowskiego, który zaciężną chorągiew Czechów i Morawian prowadzi, posłano, i zgoda z nim stanęła: albo przeciw nim się obróci, lub wcale bić się nie będzie.
Cichém mruczeniem objawili wszyscy, że się dobrze stało.
— Przeciw takiemu nieprzyjacielowi, jak Jagiełło, wszystkie środki dobre—mówił Mistrz,—bo i on nie innych używa. Przeciwko poganom téż dopuszczono jest szukać wszelkich sposobów, aby z tego plugastwa ziemię oczyścić, a co są innego ci ludzie, co przeciw krzyżowi śmią walczyć, jeśli nie poganie?
— Od pogan gorsi—zawrzeszczał Schwelborn—bo się przybierają w szaty chrześcian, aby im szkodzili. Z poganina chrześcianin być może, z tych ludzi nic nigdy dobrego.
Tak gwałtownie się unosząc i wykrzykując, siedzieli długo, aż Mistrz wstał. Godzina była późna, żegnać się więc poczęli, i mistrz pozostał sam, pachołków wołając, aby mu do snu łoże przygotowano.
Obok komnaty, w któréj się narada i owa gwarna odbywała rozmowa, była sypialnia Mistrza, niby cela zakonna, ale po książęcemu strojna i w zbytkowne opatrzona wygody. Tu szaty zwierzchnie ściągnąwszy, Ulryk miał już odprawić służbę, gdy pacholę szepnęło mu słowo jakieś, i Mistrz się płaszczem narzucił, choć w twarzy widać było, że nierad to czynił.
W progu pierwszéj izby, którą tylko co opuścił, stał w sukni zakonnéj człowiek wstrętliwéj twarzy, z kosém wejrzeniem, zacierając ręce i wcześnie schylając głowę pokornie.
Sposób w jaki Mistrza witał, nie byłby się dozwalał domyślać w nim jednego z dostojników Zakonu. Był to wszakże podskarbi Thome von Merheim, słynący z przebiegłości mąż, nie wiele mówny, skryty, lecz wpływu nie małego u wszystkich używający. Nie lubił go W. Mistrz, bo się ich charaktery nie godziły z sobą, bo rycerskim był pierwszy, drugi wężowym; lecz ulegać musiał, doświadczywszy owocu rad jego.
Merheim łysy był, brodę miał rzadką, zęby żółte i popsute, cerę oszpeconą czerwonemi plamami.
Cała jego postać odrazę budziła.
— Słowo mam rzec — szepnął, zbliżając się,—a Miłość Wasza wysłuchać mnie musisz, bo sądzę, że nie bez wagi będzie i nie bez pożytku.
— Późna godzina—rzekł Mistrz.
— Innéj nie mamy—mówił z naciskiem Merheim—we dnie was ludzie odrywają i po dniu jawne sprawy załatwiać należy, a nocą tajemne. Wiem, że wy wolicie na nieprzyjaciela do rycerskiego brać się oręża, że w was wstręt budzi, gdy się do podstępu uciekać trzeba, ale my nic opuścić nie możemy. Ze słabości nieprzyjaciela korzystać, to rozum cały.
Mistrz zdawał się znudzony, siadł obwijając się płaszczem.
— Mówcie—rzekł cicho,—Sarnowskiego wedle rady waszéj kupiono. Czegóż więcéj chcecie?
— Toć nic jeszcze—mówił trąc ręce Merheim,—mały zysk i niepewny. Lepszą wam radę daję. Mamy naszych u dworu Jagiełły: znać go trzeba. Ciągnie on, królowę Annę zostawiwszy w Nowym Korczynie, nie z wielką pono ochotą, ale party przez swoich i widząc, że nie uniknie wojny. Podejrzliwy jest i zazdrosny, do miłostek skłonny, zabobonów pełen, czemu nie korzystać z tego?
— Cóż nam po tém?—spytał Mistrz niechętny.
— Wiecie, że ową świątobliwą niewiastę Jadwigę, pierwszą żonę swą, przecież podejrzywał! Anna Cylijska nie piękną jest, ale jeszcze młodą, czemuby na nią podejrzenie zręcznie rzucone być nie miało?
— Ale cóż nam po tém? co nam po tém? powtarzam—odezwał się Ulryk.
— Jakto? Żarzewiem go piec będzie głupia zazdrość,—mówił rozogniając się Merheim,—porzuci obóz, wojsko, wojnę, a poleci pilnować małżeńskiego łoża.
— A jakże podejrzenie to zrodzić się ma?—spytał Ulryk.
— Trzeba kogoś, coby je rzucić umiał, a nikt lepiéj tego nie dokaże nad kobietę... Cóż powiecie, gdyby mu czar zadała, albo i napój jaki... a myśmy się pozbyli nieprzyjaciela, aby na chwałę Bożą pracować spokojnie?
Ze wzgardą popatrzał Mistrz na śmiejącego się podskarbiego.
— Ciemno mi to jakoś, i powiem prawdę, brudno i czarno wygląda—odparł Mistrz;—z orężem w ręku walczyć, a życie i gardło dać, to rozumiem, ale tak...
— Boć to nie wasza sprawa—pośpieszył podskarbi,—ani wam się godzi mieszać do tego. Idzie o to, abyście przyzwolenie dali: podejmie się tego za grzechy swe kto inny...
— Czego?—zapytał Mistrz.
— Całéj roboty... wyboru ludzi, bez których się nie obejdzie, pokierowania siecią, aby ryba wpadła, wyciąganiem na brzeg, i reszty.
Zamachnął ręką.
— A cóż mi po tém, choćby go nawet nie stało?—zawołał Mistrz niechętnie,—ażali tam niema wojownika Witolda i mazowieckich książąt, i rycerstwa i wojewodów?
— Lecz wodza odjąć w chwili walki, albo go spoić i głowę mu zawrócić, małaż to rzecz?—mówił Merheim. Tu o losy Zakonu idzie! Miłość Wasza znasz jedno: w pole iść i bić się, ale w polu różnie bywa. Obiecują się nam wszyscy, a wielu z nich dostoi? Król rzymski Zygmunt na dwóch stołkach siedzi; Węgrzy wojnę zapowiedzą, a nie wyjdą, inni się pochowają. Ma Zakon siły, lecz czy równe tym, z któremi walczyć będzie? ja nie wiem. A to wiem, że gdy szala nie doważa, rzucić na nią czy flaszkę z napojem, czy kobietę, czy szatana, byle na naszą przechyliła się stronę, powinność każe zakonna.
Zamyślony głęboko siedział Mistrz, jakby ważył słyszane słowa.
— Czemużeście tu nie byli przed godzinami kilku—ozwał się,—a nie słuchali, co mi tu jakiś starzec rzucał na głowę? Burzyła się dusza moja, słuchając, i kazałem go zamknąć do sklepu, a słów jego zapomniéć nie mogę, bo czy Bóg przezeń mówił, czy on sam, słowa to były wielkie i jak ołów a kamienie na duszę padały. Mówił—tu Mistrz wstał poruszony—mówił, że Zakon ginie grzechami własnemi, bo krzyż ma na piersi, nie w sercu... Któż wié, czy nie wojują przeciw nam winy nasze?
Ironicznie począł się uśmiechać podskarbi.
— Dla Zakonu — zawołał — grzech chętnie wezmę na duszę moją! Zakon... dla mnie i dla Waszéj Miłości winien być wszystkiém. Grzeszny dziś, jutro może stać się czystym, a przy życiu go utrzymać, zmusza obowiązek i przysięga. Co po tém, gdy zginiemy święci? Ja grzech na duszę biorę, powtarzam, będę gorzał w piekle, ale Zakon ocalić trzeba.
— Któż wam mówi, że Zakon zginąć może?—zapytał Mistrz zdumiony.
— Nie łudźmy się—zniżywszy głos dodał podskarbi,—niech drudzy potęgę Jagiełły a Witoldową umniejszają i w nią nie wierzą, my między sobą obliczmy się. Ściągnąwszy do ostatniego komtura i knechta, przeciwko Mazurom, Litwie, Żmudzi, Smoleńszczanom, Rusinom i ich sprzymierzeńcom, jest nas zamało. Mówią, słomiane to rycerstwo, a nasze żelazne; ale dwudziestu słomianych żelaznego obalą. Zakonowi grozi zguba, ja go ratować chcę, choćby duszę zatracić.
— W zgubę nie wierzę!—przerwał Mistrz.
— Wierzcie w niebezpieczeństwo, a dozwólcie mi ratować się, jak umiem. Co szkodzi, jeśli garstką łez, strumień krwi można oszczędzić.
— Byle nie błotem!—rzekł Ulryk.
— Choćby kałem—sprzeciwił się podskarbi.—Chcecie czterdzieści tysięcy złotych dać Zygmuntowi, aby im wojnę zapowiedział? Weźmie on je, ale wojny nie zrobi. Dacie Sarnowskiemu za zdradę, weźmie i was zdradzi, a ja mu szatana podeślę, i ten mi się lepiéj sprawi, niż króle i wodze. Zwinie się Jagiełło ukąszony, zamęt mu u łożnicy, w namiocie, w obozie zgotują, nie licząc tego, że nam donosić będą o każdym jęku królewskim.
Mistrz kilka kroków odstąpił milczący. Podskarbi śmiał się.
— Już od was nie proszę nic, prócz kiwnięcia głową, możecie o niczém nie wiedziéć, od wszystkiego ręce umyć i brzydzić się nawet tém, bylem ja wiedział, żem nie samowolnie postąpił.
— Pochwalam wielce gorliwość waszą, buduję się nią—odezwał się Mistrz—lecz bracie mój, ten Zakon, który ocalić chcecie, plamę na białym płaszczu miéć będzie.
— Sprawiemy mu płaszcze nowe—zawołał Merheim szydersko.
Wyciągnął ręce obie ku Ulrykowi, który się ku sypialni cofał, i na progu stanął zamyślony.
— Byliście kiedy na łowach?—zapytał powoli.
— Jakto?
— Bywaliście na łowach?—ciągnął Mistrz.—trafia się często na nich, że niedźwiedź człeka weźmie pod siebie, nadbiegną strzelcy ratować, pali niezręczny obrońca, lub puszcza pocisk i ubija człowieka miasto niedźwiedzia. Bracie mój, bodajeście owym kusznikiem nie byli.
— Gdybym nim był — chłodno rzekł podskarbi—nie strzelałbym, a na swe miejsce zręczniejszego posłał.
— Stoicie przy swojém?—spytał Ulryk.
— Z żelazną wolą.
— Macież owe narzędzia, których użyć chcecie, w gotowości?
Merheim pokorną przybrał postawę.
— Znajdą się — rzekł cicho.
— Jakto? i... niewiasta?
— Choćby i niewiasta—przełknął, błyskając oczyma podskarbi.
— A pomocnicy?
— Ci już w miejscu, na dworze, przy królu; tych pewien jestem: płacę ich i trzymam cyrografami na uwięzi.
Zdumiał się Mistrz Ulryk, ramiona mu się poruszyły.
— Jeszcze jedno powiedziéć wam muszę — rzekł cicho. — Jeśli się powiedzie, wiedziéć nie chcę; jeśli się noga powinie, a rozgłosi, zaprę, przeklnę, ukarzę...
— Jak najsurowiéj: więzieniem, sądem, śmiercią — dokończył Merheim. — Ja inaczéj tego nie rozumiem.
I skłonił głowę z pokorą wielką.
— Zakon przedewszystkiém, sława Zakonu, dobro jego, całość. W ogień zań pójdę, a jak widzicie, i w błoto.
— W błoto! — machinalnie powtarzał Jungingen — aby rzeczono: ex lutho Marienburg.—I głowę spuścił na piersi.
Podskarbi skłonił się, wpół zginając, chciał odejść już i cofał się w tył, schylony, ręce złożywszy na piersiach, gdy Mistrz go odwołał raz jeszcze.
— Król w podróży? gdzie i jak możecie znaléźć środki?
— To są moje tajemnice — uśmiechnął się Merheim — wasza rzecz walczyć, moja kopać dołki pod ziemią. Nie chcieliście o niczém wiedziéć, i lepiéj żebyście nie wiedzieli. Zrzucicie brud wszelki na mnie, a zasługi na siebie weźmiecie.
Mistrz ruszył ramionami i zamilkł, lecz z twarzy widać mu było, że nie bardzo chętnie i jakby zmuszony, przystawał.
— Miłość wasza — rzekł Merheim pocichu, zbliżając się do niego — mieliście dowody mojéj miłości i poświęcenia dla Zakonu; uwierzycie, że i teraz dla miłości jego wszystko poświęcę. Walczyć w polu piękna i wielka rzecz, ale trzeba by ktoś w domu i poza obozem posiłkował. Z nimi wojna nie jedném żelazem prowadzić się powinna: musimy chytrość przeciw przebiegłości ich postawić. To moja rzecz. Wy tém sobie rąk nie kalajcie...
Bił się w piersi, nalegając, a patrząc w oczy Mistrzowi, jakby zezwolenia jego tylko czekał i dopraszał się.
— Dobrze — rzekł Ulryk zamyślony— czyńcie co należy, co widzicie potrzebném, zdaję na was i odpowiedzialność i zasługę. Zwolnijcie mnie téż od przykréj sprawy, którą także wam powierzyć potrzebuję. Doniesiono mi o szpiegu na zamku... kazałem go uwięzić i w Witoldowym sklepie osadzić.
— Dobrzeście uczynili.
— Sumienie mnie gryzie, duchowny jest i na krzyż chciał przysięgać, że złych nie miał myśli.
— Znamy się na przysięgach! — podchwycił podskarbi.
— Zdaję indagacyą i los więźnia na was. Rozumiecie mnie!! Czyńcie z nim co zechcecie. Nie powiem nic, gdy go uwolnicie, ani zaprzeczę, gdy go na czas wojny zamknąć każecie.
— W Witoldzie kazaliście go osadzić? — zapytał podskarbi — honor wielki dlań, i zadobry loch dla starego łotra. Wezmę go jutro na męki: musi wyznać wszystko.
— Z mękami nie śpieszcie — przerwał Ulryk — człek mi się zda nie bardzo winnym, choć i ja go sam i drudzy na dworze Jagiełły pisarzem widzieli, czego się nie zapiéra.
— Trzebaż lepszego dowodu, z czém tu i od kogo przyszedł? — zaśmiał się podskarbi. — Powiesić i rzecz skończona.
— Ksiądz jest!
— Choćby biskupem był! — gorąco odparł podskarbi.—Najniebezpieczniejsi to ludzie, którzy tę suknię noszą, co im bezkarność zapewnia. Lecz bądźcie spokojni, że z niego dobędę co potrzeba i jak należy się obejdę.
— Po ludzku i jako zakonnik postąpcie — odezwał się Ulryk poważnie — proszę was. Człowiek ten poruszył mnie śmiałą mową swoją. Nikczemni ludzie pełzają i modlą się, on gromił i nie dawał się złamać: szanuję go...
— A! — przerwał podskarbi — zuchwalstwo téż niewinności nie dowodzi; zostawcie go mnie: dam rady i znajdę środek dobycia z niego złym lub dobrym sposobem prawdy.
To mówiąc, kłaniał się pokornie Merheim, a Mistrz ku sypialni dążył. Lampka dogasała wieczorna przy klęczniku, gdy Ulryk wszedł, westchnął, rzucił się przed obrazem na kolana, ręce złożył i głowę na nich oparłszy, dumał czy modlił się, Bogu tylko było wiadomo...

∗             ∗

Nazajutrz rano, w kościele Panny Maryi na jutrznią dzwoniono, a z braci zakonnéj mało kto ciągnął do chóru, w którym kilku mnichów stanęło do godzin, gdy podskarbi otulony płaszczem, klucznikowi kazał iść z sobą do Witolda.
Blady był, pogrążony w myślach i pozór przybrał dobrotliwego człowieka. Klucznik wziął z sobą knechta, aby pierwsze drzwi z zawias poruszyć i poszedł posłuszny.
Gdy i te i drugie się otwarły, a podskarbi krokiem cichym wszedł do sklepu, rozpatrując się w ciemnościach, znalazł staruszka na modlitwie klęczącego. Wkrótce jednak powstał, ręką się opierając o ziemię, bo na nodze dobrze jeszcze oprzéć się nie mógł i na wchodzącego nie patrząc prawie, usiadł na swém twardém łożu. Twarz jego zdradzała ból i wielkie znużenie, po nocy spędzonéj na łożu jak kamień twardém, bez garści nawet słomy pod głową
Po chwilce podskarbi się zbliżył doń z politowaniem i współczuciem, ręce złożywszy i głowę chyląc na piersi, odezwał się głosem łagodnym:
— Cóżto za nieludzkie obejście! nawet posłania żadnego nie przyniesiono!!
Ksiądz nie mówił nic.
— Jestem jednym z braci zakonnéj...— dodał — szanuję wielce duchownych. Przypadkiem dowiedziałem się, że Waszą Wielebność tu zamknięto, pewnie przez jakąś omyłkę. Wyprosiłem u klucznika pozwolenie widzenia się, może w czém pomocnym być potrafię.
To mówiąc, przysiadł także na drewnianém siedzeniu.
— Dziękuję wam — odparł staruszek — będę czekał na los, jaki mi zgotowano.
— Ale cóż za powód, że was tu zamknięto?— przerwał podskarbi. — Nasz Wielki Mistrz, mąż szlachetny, ale prędki i gorący jako żołnierz. Omyłka zapewne zaszła.
— Sądzę, że omyłka, bo mnie zamknięto jako szpiega, a tym nie byłem nigdy — odezwał się ksiądz, skracając rozmowę.
— Ale cóż w takie czasy burzliwe zmusiło Waszą Wielebność tu przybywać, i to jeszcze od polskiéj granicy?
— Idę ze Szlązka; celem moim ślub dokonać, który uczyniłem: pomodlić się u obrazu Maryi i rodzinę odszukać.
— Czasy są ciężkie! — westchnął podskarbi — wszyscy się podejrzanemi stają.
— Miałem i drugi cel, którego nie zapieram — dokończył ksiądz — szukałem śladu zagubionego od dawna, siostry, która przed laty za mąż poszedłszy, mówią, że się do Prus wyniosła. O tém nie wspomniałem Mistrzowi, bo to dla mnie cel był poboczny.
— A ta siostra? — badał Merheim.
— Właśnie o nią dopytać się chciałem. Z mężem swym, który Nosek się zwał, do Prus się wyniosła.
— A! Noskowa! — mruknął zakonnik, uśmiechając się.
— Wiedzielibyście co o niéj?
— Znają Noskowę w Toruniu wszyscy, zna ją i Mistrz — rzekł podskarbi — to wam jednak nie wiele pomoże. Brat za siostrę nie odpowiada, siostra bratu za porękę niewinności służyć nie może.
— Mianożby istotnie mnie podejrzywać tak ciężko?— mówił stary.
— Cóż chcecie? Są to czasy takie, czasy, w których się my własnych ludzi obawiamy, a cóż dopiéro obcych?
Zamilkł nieco i wtrącił:
— A dawnożeście ze dworu Jagiełły uwolnieni?
— Lata upłynęły, jakem go nie widział — rzekł stary.
— Ale go znacie?
— Nie zapiéram się.
— Nieprawda, że poganin i gadzina jest zła? — dodał Merheim.
Była chwila milczenia, uśmiechnął się stary.
— Król, a pan chrześciański jest — rzekł — pobożny, dobroczynny i miłosierny. Nie wierzcie baśniom. Zachował może pamięć pierwszéj wiary i gusła jakie, ale w Chrystusa wierzy i innego Boga nie zna.
— U nas mówią inaczéj.
— Ani dziw: i nieprzyjaciel jest, i wy zdala go tylko widzicie, albo raczéj słyszycie o nim.
— To prawda — odparł podskarbi szydersko — i tak samo nie dziw, gdy my was nie znając, bierzemy za szpiega.
— Nie mówię téż nic, kapłańską się suknią składam.
— A cóż świadczy, że i ona nie jest wdzianą dla niepoznaki tylko?
Obruszył się ksiądz.
— Któżby śmiał ją sobie przywłaszczać? — zawołał — chybaby Boga w sercu nie miał?
— Są w świecie i tacy, co Go nie mają — dołożył Merheim. — Dlatego, wielebny Ojcze, na oczyszczenie was z tego, cośby potrzeba więcéj nad gołe słowo.
— Słowo kapłańskie, więcéj nie mam nic — cicho szepnął stary.
Milczeli. Twarz Merheima powoli coraz surowszego nabiérała wyrazu.
— Dawnoście tę siostrę widzieli? — zapytał.
— Tak dawno — uśmiechając się smutnie odezwał stary — że ona mnie może nie poznać, a ja jéj.
Podskarbi głową pokręcił.
— Dziwnie się źle dla was rzeczy składają — rzekł — żal mi bardzo. Radbym wam pomógł, a nie ma sposobu? Lecz posłuchajcie, cóżby zresztą w tém tak złego było, gdybyście królowi waszemu usłużyć chcieli? do tego się przyznać można... a zarazem... usłużyć Królowi Niebieskiemu, który jest Panem nas wszystkich... tamtą służbę porzuciwszy...
Popatrzyli na się, staruszek zdawał się nie rozumiéć wykrętnéj mowy, lub nie chciéć pojąć, czego od niego żądano.
— Nigdym nie kłamał — odezwał się po namyśle — i nigdy Chrystusowi Panu naszemu służyć nie przestawałem. Królowi zaś Jagielle do niczegom się nie zdał, stary jestem, modlę się i rodziny szukam, abym ją przed śmiercią pożegnał.
Podskarbi się zawahał, wstał, powiódł ręką po czole, potém zatarł dłonie.
— Ojcze wielebny, bolałoby mnie bardzo, gdybym się od was nic w dobry sposób dowiedziéć nie mógł. W. Mistrz człowiek sprawiedliwy, ale groźny i surowy, nuż cię na męki wydać każe? Wy ich nie wytrzymacie.
— To pewna! — westchnął stary i zamilkł.
— Lepiéj więc wyznać prawdę i zakonowi służyć, który sługi swe po królewsku opłacać umié.
— Prawdę mówiłem i mówię ją, służby zaś moje chyba Bogu się przydadzą: ludziom one nie wiele warte.
Przechadzał się ciągle podskarbi.
— Więc pani Noskowa, siostra wasza? siostra?— spytał.
Jeśli Barbara jéj imię i ze Szlązka ona rodem jest... Gdzież mieszka? w Toruniu?
— W Toruniu, i wiedzie się jéj wcale szczęśliwie, ale do was, mój Ojcze, wcale niepodobna, bo Zakonowi duszą oddana.
— Poświadczy więc za mną — rzekł ksiądz.
— A jak ona, co was lat tyle nie widziała, świadczyć może? Nie mogliżeście się odmienić od tego czasu? Wy nie wiecie, jak ją znajdziecie, ona téż nie wié, czémeście się wy stali.
— Ludzie się tak nie zmieniają.
— Gorzéj księżyca! — zaśmiał się Merheim. Nie macie innego środka, Ojcze, trzeba lub wyznać wszystko, albo... bardzo mi was żal...
Wsparty na ręku, nie odpowiedział stary ani słowa; zdawał się modlić.
— Przebaczcie mi — mruknął podskarbi — prowadzić was muszę, gdzie mi kazano...
Stary poszukał kija opartego o ścianę, nałożył swą torebkę na plecy, czapeczkę na głowę i stanął w gotowości do wyjścia. Ręce jego białe, wychudłe, drżały ze znużenia, oparte na kiju. Z ukosa zmierzył go okiem podskarbi i do drzwi kroczył.
Dwóch knechtów stało w korytarzu, pomiędzy dwojgiem drzwi żelaznych, do sklepu Witolda wiodących, z halabardami w ręku, z mieczykami u pasa, w płaszczykach z półkrzyżem.
Nie mówiąc nic do nich, spojrzał tylko i ręką wskazał podskarbi przejście na lewo, którém sam poszedł przodem. Wychodzącego staruszka dwaj pachołkowie wzięli pomiędzy siebie. Zamiast wynijść z gmachu po schodach, Merheim puścił się długim gankiem podziemnym, sklepionym, gdzieniegdzie z lewéj strony oświetlonym małemi okienkami kraciastemi. Kilka razy zwrócił się on i za nim idący w prawo i lewo, ciemnemi przejściami, aż doszli do drzwi okutych, od których żelazny drąg odwalony leżał przy murze. Zagłębione w grubéj ścianie, miały zawieszony krzyż czarny na sobie.
Zbliżał się do nich podskarbi, gdy się otwarły, i przed nimi ukazała się izba sklepiona ogromna, na dwóch potężnych słupach wsparta, które ją na dwie części dzieliły. Naprzeciw wnijścia ogromny długi stół pokryty suknem czarném, jak katafalk wyglądał. Na nim stał krucyfiks wielki, a dokoła siedziało w sukniach zakonnych kilku ludzi. Jeden bez brody, duchowny, służył im za pisarza i książkę długą a wązką miał przed sobą.
W lewo, po dwóch schodach schodziło się w drugą część sali, niżéj położoną i słupami oddzieloną, między któremi balasy stały czarne.
Ksiądz nie zwrócił nawet wejrzenia w tę stronę, patrząc na ów trybunał, który miał przed sobą, a byłby mógł strwożyć się w duszy, gdyby tam padło jego oko... Za rozsuniętą zasłoną widać było poniżéj ogień rozpalony na szerokim kominie, w którym cęgi i sztaby żelazne się piekły. Przy nich stało ludzi kilku z zakasanemi rękawy, barczystych, silnych, dzikiéj twarzy. Na ziemi leżały grube liny i sznury, daléj stało jakby łoże drewniane z dziwnie powprawianemi śruby, i siedzenie nakształt drewnianego konia. Od sklepienia zwieszały się liny z kółkami. Sprzęt różny, niepodobien do opisania, zalegał wszystkie kąty téj izby strasznéj, zadymionéj, ciemnéj, wystawiającéj jakby piekielną jakąś komorę.
Pachołkowie w istocie szatanów mieli twarze: nizkie czoła, oczy wbite w głowę głęboko, i uśmiechy stworzeń, które się cieszą, gdy męczyć mogą, a naigrawać się.
Nie potrzeba było patrzéć długo, ażeby w tych przygotowaniach domyślić się tortury, bez któréj żaden prawie ówczesny nie obszedł się trybunał.
Podskarbi zasiadł na ławie z boku, jakby świadek obojętny. Główne miejsce zajmował człowiek stary, przygarbiony, w czapeczce na uszy naciśniętéj, z usty zapadłemi. Przyłożył rękę do oczu i nim się odezwał, długo wpatrywał się w starca. Poprawił potém stojący krucyfiks i zwrócił go Chrystusowém obliczem do przybyłego, który stał na kiju oparty.
W téj chwili duchowny cichym i słodyczy pełnym głosem poczynał badanie. Stary odpowiadał spokojnie, ciągle na kiju sparty i nogę chorą wyciągając niekiedy. Nazwisko, wiek, stan, powód podróży, opowiedział tak samo jak przed innymi. Cisza panowała w sali i oprócz jego głosu i pryskania ognia w komnacie, a szelestu szat, gdy się ludzie poruszali, nic słychać nie było.
— Czego chcecie odemnie? — odezwał się wreszcie — dlaczego podejrzéwacie kapłana i starca? Oto wizerunek Zbawiciela, na niego wam przysiądz mogę, że jestem niewinnym. Niczyim szpiegiem nie byłem, nikt mnie nie słał, z modlitwą szedłem tylko.
Sędziowie spoglądali po sobie.
— Na kim podejrzenie ciąży, iż źle czyni, ten i źle przysiądz może — odezwał się stary sędzia. — Zaklinam was, mówcie prawdę, a nie zmuszajcie nas do tego, co was na ciele, a nas na duszy boléć będzie.
Ręką wskazał na niższą salę. Kapłan zwrócił oczy na nią powoli, lecz nie zdawał się ulękniony: wlepił je w ludzi i narzędzia męczarni długo.
Pachołkowie ruszyli się nieco, żelazo jakby dla postrachu zatrzeszczało; starszy z nich wyjął sztabę rozpaloną z ognia i rzucił ją na kamienie, aż iskrami wkoło sypnęła. Milczeli wszyscy.
— Mówcie — rzekł sędzia.
— Nic do powiedzenia na moją obronę nie mam.
Sędzia ręką skinął ku pachołkom i ruszyli się po schodkach ku górnéj sali, jak gdyby zabiérając się do staruszka przystąpić: on stał nieruchomy.
Podskarbi się podniósł z ławy.
— Proszę za nim — rzekł — dajcie mu czas do rozwagi i namysłu lepszego.
— Chyba do modlitwy i spowiedzi — dodał ksiądz.
Pachołkowie zatrzymali się na schodach.
Obwiniony zwrócił się do siedzącego duchownego, który pióro trzymał.
— O spowiedź proszę.
Ten głową potrząsł. Sędziowie spoglądali po sobie, zdziwieni wielkim starca spokojem. Zdawał się modlić i myśléć tylko o duszy.
— Chwila wam dana upływa — przebąknął sędzia stary, ręką drżącą wskazując klepsydrę stojącą na stole, z któréj piasek zsypywał się powoli.
Nie było odpowiedzi. Merheim przystąpił do księdza i żywo począł mu coś szeptać na ucho. Stary miał oczy w ziemię wlepione i nie odpowiadał już nic.
Czekano jeszcze. Jeden z siedzących przewrócił klepsydrę. Sędziowie zdawali się wahający i niepewni. Starszy z nich spoglądał na Merheima, który ramionami ruszając, na swoje miejsce powracał.
— Raz ostatni, w imię Chrystusa wzywam was do wyznania prawdy — odezwał się stary z za stołu.
— Jużem ją rzekł — obojętnie wyjąknął ksiądz.
Była jeszcze chwilka oczekiwania, poczém wskazał ręką z za stołu ku pachołkom sędzia. Ruszyli się oni wszyscy z pośpiechem groźnym ku obwinionemu, który czekał na nich nieporuszony. Pochwyconego za ręce, z których kij upadł mu na podłogę, wleczono ku schodkom. Nie opierał się wcale, nie obejrzał ku sądowym i nie prosił o litość.
Ściągnięto go w dół i tu starszy począł z niego zdzierać suknię wierzchnią. Pod nią ukazała się na ciele włosiennica i pasek kolczasty, który go w pół obejmował, cisnąc i tak już wycieńczonego wiekiem i znużeniem. Na widok tych dobrowolnych narzędzi męczarni, pachołkowie zatrzymali się; sędziowie szeptać zaczęli: jakaś obawa ich ogarnęła. Podskarbi żywo coś w ucho mówił sędziemu. Wtém przeze drzwi wchodowe wpadł prędko w zakonnéj sukni chłopak, który wczoraj w szpitalu posługiwał podróżnemu. Cały zdawał się w ogniu i przejęty obawą; oczyma najprzód rzucił ku lewéj stronie, gdzie księdza rozbierano, a upewniony iż męka nie poczęła się jeszcze, rzucił się przed sędzią na kolana.
— Przychodzę na świadectwo — zawołał nagle. — Ja znam od dzieciństwa Ojca Jana, jam patrzał nań i na jego życie... święty człowiek jest! Nie dopuszczajcie się na nim gwałtu... jedna kropla téj krwi niewinnéj zacięży na szali Bożéj, ja się zań ofiaruję na próbę, na mękę, na przysięgę gotów.
Mówił, jakby napół nieprzytomny, z pośpiechem gorączkowym, wciąż się oglądając na księdza, to na trybunał, i drżąc ze strachu.
— Człowiek to Bogu i modlitwie oddany cały, jakżeby mógł myśléć o zdradzie, służyć mocarzom ziemskim!
— Przecie służył im! — zawołał podskarbi — sam to zeznał.
— I to co zeznał prawdą jest — mówił braciszek — ale niewinną, a co rzekł to święte, bo nigdy w życiu ust kłamstwem nie skalał.
Złożywszy ręce, jak do modlitwy, braciszek klęczał. Z dolnéj sali starzec nań patrzał, jeszcze będąc w rękach katów i łzy mu ciekły: podniósł nieco palce błogosławiąc zdala swojego obrońcę.
Z twarzy Merheima i zasiadających u trybunału widać było, że im niemal w niesmak i nie w czas przyszło to świadectwo. Naradzali się.
Skinął podskarbi na pachołków, ażeby księdza puścili. Jeden z nich podniósł z ziemi zrzuconą suknię, którą staruszek drżąc wdziewał napowrót.
— Do jutra! — zawołał sędzia uroczyście. — Odprowadzić go do więzienia.
— Pozwolicie mi, abym z nim szedł? — rzekł braciszek.
Żądanie zdało się dziwném. Nic nie odpowiadając, skinął podskarbi na braciszka, aby do drzwi się cofnął.
Wypuszczony z rąk oprawców ksiądz, z trudnością się po schodach wdrapał do górnéj sali i przykląkł, aby podnieść kij na podłodze leżący. Dwaj knechci mieli go odprowadzać, gdy Merheim zbliżył się ku niemu.
— Macie czas... Zakon miłościwy jest, jak na zakonników przystało... winniście mu wdzięczność.
Wzruszony starzec nie mógł, czy nie chciał odpowiedziéć nic. Wiedziono go już do drzwi, wtém podskarbi knechtów ręki skinieniem odprawił.
— Chodźcie ze mną — rzekł — nie do więzienia, lecz abyście spoczęli. Chcemy wierzyć, żeście niewinni, a ufamy, że nam sprzyjać będziecie. Siostrę macie w Toruniu, pojedziecie do niéj pod strażą. Czegóż więcéj pragnąć możecie?
Ksiądz głowę uchylił.
We drzwiach, stojącemu jeszcze braciszkowi, obrońcy, oddał go podskarbi, poszeptawszy mu na ucho. Uradowany chłopak podał staremu rękę i z synowską czcią a miłością powoli z nim korytarzami wyszedł na światło dzienne.
Dziedzińce jak wczoraj pełne były, a może gwarniejsze jeszcze. Posiodłane konie czekały na zakonników i rycerzy odjeżdżających do Święcian, Tucholi, Balgi, Torunia i Elbląga. Tłum sług zwijał się koło nich. Wyprowadzano działa i z wozów zsypywano kule kamienne. Z kościoła słychać było śpiewy pobożne, dzwony biły na wieżach, a słońce letnie w całym blasku oświetlało obraz ten ożywiony.
Około infirmeryi wstrzymał się braciszek, aby dostać klucz od osobnéj celi, do któréj miał zaprowadzić staruszka.
Weszli znowu w korytarze sklepione, a z nich do izby, z któréj się widok na szeroką, zieloną okolicę nad Nogatem otwierał. Cela była przestronna i opatrzona we wszystko, co pielgrzymowi potrzebném być mogło. Chłopak okno otworzył, biegając prędko, stołki poprzysuwał, dzban porwał by wody przynieść, księdza posadził, i uśmiechając mu się radośnie, wybiegł dla dalszéj posługi. Stary dziękował mu ręką i wzrokiem; pomimo mocy duszy przybitym był i znękanym, mówić mu było ciężko. Osłabł téż nic nie jedząc od wczoraj i pierwszą kroplą wody tu dopiéro zwilżywszy usta. Zwrócił przez okno wzrok na wesoły kraj, na żyzne łąki, na dalekie osady... pomyślał może co z nich uczyni wojna i pożoga, i oczy mu się łzami zwilżyły.
Po téj nocy niegościnnéj nastąpiło przyjęcie inne, jakby dla zatarcia jéj pamięci. Braciszek szpitalny śpieszył z polewką, niósł potrawy, znalazł kubek wina, aby starca posiłkiem odżywić. Na to do skromnego życia nawykłemu, nie wiele było potrzeba.
Jeszcze miski stały na stoliku przed nim, gdy wszedł podskarbi z twarzą weselszą.
— Ojcze mój — rzekł — do siostry chcieliście jechać do Torunia. Wóz dla was przygotowano, ja téż tam jadę, wszystko więc po waszéj woli. Nie miejcie do nas żalu, czasy są ciężkie, losy Zakonu zawisły od tych godzin, w których się ważą przygotowania wojenne; my nie dla korzyści swéj, ale w sprawie Chrześciaństwa pracujemy i troskamy się.
— Bóg dobréj sprawie pomoże — odparł stary — a wam politowanie wasze nad wiekiem i nieszczęściem zapłaci.
— Więc w drogę! — dodał podskarbi — ja na koń niebawem siadam, wy na wóz.
Nagła ta zmiana w usposobieniach z trudnościąby się wytłómaczyć dała, gdyby nie dziwny zbieg okoliczności, który staruszka potrzebnym czynił dla Zakonu.
Merheim już napół odziany do podróży, zapukał do celi Mistrza. Wpuszczono go natychmiast.
Ulryk właśnie odprawiał komtura Grudziądzkiego, który na gród powracał, gdy podskarbi stanął w progu.
Po wyjściu jego zostali sami, Mistrz posępnie spoglądał na uśmiechniętego Merheima.
— Jadę do Torunia — rzekł z pośpiechem podskarbi. — Patronowie Zakonu czuwają nad nim, wszystko się składa jak najpomyślniéj, nawet to co nam się groźném zdawało. Stary ksiądz co nam się podejrzanym wydał, gdy go na męki brać miano, znalazł świadka i obrońcę, niewinnym się być zdaje. Co dziwniéj, jest bratem osoby — dodał Merheim, — którą mam na myśli podesłać ku królowi, aby mu słabą głowę zawróciła do reszty. Ksiądz mi się przyda, aby jéj towarzyszył w podróży i od napaści ochronił. Nie zdradzi nas, bo o Bogu i niebie myśli, włosiennicę nosi i paskiem kolczastym się opina. On téż nic wiedzieć nie będzie. Niewiasta wybrana nie jego siostrą, ale szatana byćby mogła... Tém lepiéj.
Śmiał się Merheim, Mistrz nie dobrze zdawał rozumiéć nawet... ruszył ramionami.
— Wasze to sprawy, bracie — rzekł — pomnijcie tylko, że zbytnia przebiegłość często zawodzi.
— Gdy jéj Bóg nie pobłogosławi — dodał podskarbi — a ja na Jego pomoc rachuję.
— I ja téż — westchnął Mistrz — a ta jest najpewniejsza obrona i puklerz nasz! Gdybyście niewiast nie używali, stokroćby było lepszém — szepnął Ulryk.
— I trucizna lekarstwem stać się może — dokończył, skłaniając głowę podskarbi.
— Amen — zamknął Mistrz. — Jedźcie z Bogiem.
— Z Bogiem zostańcie.
Wkrótce potém orszak złożony z kilku zakonników, towarzyszących Merheimowi, wyruszył z bramy Malborgskiego zamku, a wśród niego szedł wóz, na którym siedział staruszek, odmawiając pacierze.
W początkach już XV wieku, Toruń liczył się do najpiękniejszych miast w Prusach, szczęśliwém i wdzięczném położeniem swojém. Piętrzące się mury zamku jego, mnóstwo ceglanych domków czerwonych, co doń przylegały i otaczały go (których barwa poszła u nas potém w przysłowie), okrywały piękny brzeg rzeki, już naówczas winnicami z Niemiec sprowadzonemi i ogrodami wesołemi zasadzony. Z pomiędzy nich wyglądały dworki mieszczan, a sam gród warowny z wieżami kościołów, przedstawiał się wspaniale. Stara ta polska osada, pod panowaniem niemieckiego zakonu przybrała wprawdzie fizyognomię niemiecką, lecz część jéj ludności i mieszczaństwa, nawet charakteru swego pierwotnego nie straciła.
Na ówczesnym zamku, który do najważniejszych obronnych grodów się liczył, przebywali często i Wielcy Mistrzowie i wielcy dostojnicy zakonu. Tu się odbywały wojenne narady, tu skupiały siły ku obronie zagrażanéj więcéj od innych, ziemi Chełmińskiéj.
Handel téż i rzemiosła kwitły, a niemieckich przybyszów ze wszech stron siła ciągnęło i osiadało. Lubili tu rycerze zakonni na zamku przebywać dla wczasu, bo choć poufalsze obcowanie z ludźmi, a zwłaszcza piękniejszą połową rodzaju ludzkiego, najostrzéj było regułą zakonną wzbronione, tak że rozmowa nawet z kobietą za występek liczyć się była powinna: już naówczas nie rachowano się tak ściśle z dawną regułą zakonną, a po folwarkach i szpitalach krzyżackich pełno było tak zwanych pół-siostr zakonnych, w białych habitach z półkrzyżem (T) na ramieniu, których bytność była niezupełnie między pół-bracią i bracią usprawiedliwioną. Po miastach zaś nie pilnowano ściśle stosunków zwłaszcza starszyzny, która czyniła co chciała. Pozwalało sobie czasem duchowieństwo krzyżackie sarkać na skażone obyczaje, ale to się raczéj stosowało do knechtów i służby, niż do rycerzy, którzy tu byli panami, a księżom w ogóle mało swobody dawali i niewiele okazywali uszanowania.
Choć sami zakonnikami się zwali, Krzyżacy obchodzili się ze swém duchowieństwem surowo. Księża skromne bardzo mieli stanowisko Ojców duchownych, rzadko ich do narad przypuszczano, rzadziéj do tajemnic i ważniejszych czynności Zakonu. Klasztorom zaś innéj reguły wcale się pod panowaniem krzyżackiém nie wiodło: podejrzliwie na nie patrzano. Zwłaszcza dóbr i posiadłości nabywać i przyjmować zapisy wcale było zakazaném. Kilka domów Dominikanów i Franciszkanów, dosyć ubogich, naliczyć zaledwie było można w ziemiach podbitych: tuliły się one po miastach z pokorą.
Reguła zakonna, w początkach bardzo ścisła, w czasie wypraw i wojen ciągłych, przy napływie świeckich gości, zupełnie się była rozprzęgła. Po domach, czasu pokoju wydzwaniano do chóru; ale mało kto na modlitwy wspólne chodził, każdy się miał czémś złożyć, byle od obowiązku uchylić.
Przez szpary na to patrzano, gdy rycerz konia dobrze trzymał, rynsztunek miał w porządku, a na wyprawach zalecał się męztwem i przebiegłością. Przez szpary téż i na uczęszczających do domów panów mieszczan, choćby w wieczornych godzinach patrzano. Trudno-bo było z dobrego żołnierza miéć razem dobrego zakonnika.
Rynek miasta Torunia wyglądał już bardzo pocześnie, a przyczółki jego kamienic z pięknéj cegły foremnie powznoszone, jak kościołki gotyckie niemal wyglądały. Jedną z najprzedniejszych była naówczas kamienica zwana „pod Jeleniem,” bo miała nade drzwiami, w futrynach z szarego kamienia wyrzeźbioną dosyć nieforemnie głowę o dwóch rogach. Mieszkała w niéj i handel swój prowadziła wdowa, pani Noskowa, kupcowa bogata, z córką jedynaczką — obie niewiasty piękne i wielce wzięte u ludzi, choć obcy różnie o nich mawiali.
Sama pani Barbara mogła miéć naówczas lat do czterdziestu, ale gdy w złocistém czółku naszywaném perłami, w bindach i manelach, w półszubku z popielic lub kun szła do kościoła, niktby jéj więcéj nad trzydzieści nie dał, tak wyglądała świéżo i powabnie. Trochę otyłości nic jéj nie wadziło, bo białą była jak alabaster, a rumianą jak róża, i z twarzy nawet świeży puszek młodości zdawał się jeszcze nie starty. Ząbki jak perełki, nosek maluśki, trochę zadarty, włos złotawy bujny, rączka pulchna biała, czyniły ją dziwnie powabną dla męzkiego oka. Gdy przez rynek szła, od najmłodszego do najstarszego wszyscy ją oczyma gonili. A choć była tylko kupcową i mieszczanką, nosiła się górą gdyby wielka pani, z głową podniesioną, wejrzeniem śmiałém i nie dała się lada komu zbić z tropu, bo i w głowie nie źle było.
Nie śmiał jéj nikt nawet dopytywać gdzie i za kim była? i dlaczego się wdową zwała? choć tego męża nikt nie zapamiętał, ani mógł co o nim powiedziéć. Zapewne i ten nieboszczyk musiał u ludzi mieć zachowanie, które żona wzięła w spadku, bo się wysokiemi protekcyami cieszyła; poważali ją wszyscy: nikt zadrasnąć nie śmiał.
Raz przed laty dziesiątkiem, gdy niejaki Szpot, sąsiad jéj o mur, prowadził się był z panią Noskową, a poszło aż do magistratu i prawa, musiał ją potém jak niepyszny przepraszać, bo go omal z miasta nie wyświecono.
Znano téż wdowę, że była bardzo majętną i na złocie siedziała, a co o jéj dostatkach opowiadano, wiarę niemal przechodziło. Nie było domu zamożniejszego i lepiéj nad ten urządzonego.
Choć sama pani Noskowa była jeszcze wcale piękną, a gdyby palcem tylko kiwnęła, swatałoby się do niéj ludzi bez miary, kupców, burmistrzów i ławników; niczém wszakże była jéj piękność przy córce, która dosyć naówczas pospolite, spieszczone imię Ofki nosiła. Podobna do pani matki jak dwie krople wody, przechodziła ją stokroć świeżością, urokiem i ptaszęcém weselem. Taż sama białość płci i rumieniec, ten sam nosek miała odrobinę zadarty, usteczka z korali i ząbki perłowe, ale jak laleczka z pudełka wyglądała wiosenno i jasno. Matka, choć wesołość lubiła, umiała powagę zachować; Ofka o tém nie myślała, żywą była, wietrzną, zepsutą pieszczotami i psotnicą ze zbytku.
Matka rady sobie z nią dać nie mogła, a że ją jednę miała i kochała mocno, nie bardzo znać karciła i dziewczę na urwisa wyrosło. Wszystkie plotki miejskie ona pierwsza wiedziała, znała wszystkich i znali ją wszyscy; nie wahała się zaczepić nikogo, a ostrego jéj języka obawiały się nawet kumoszki starsze i poważni ludzie. Wszystko jéj przecie dla matczynych kufrów i dla jéj piękności błyszczącéj, uchodziło bezkarnie.
Dziewczę na miejscu nigdy usiedziéć nie umiało i chwili. Jeśli nie stała we drzwiach, a nie było jéj w sieni, pewnie wyglądała oknem, a gdyby je matka przed nią zamknęła, znalazłaby sposób choć na dach się wdrapać, lub z poza muru ogrodowego na ludzi patrzéć i zaczepiać ich. Matka była może zbyt zrazu pobłażającą, ale potém nieraz z płaczem niemal mawiała, że jużby ją i przykuwać darmo, boby się urwała i postawiła na swojém.
Płoche to było, wietrzne, śmiejące się, zalotne, śpiewające, ruchliwe, a niezmiernie przebiegłe. Umiała daleko więcéj niż pani matka, która jak inne kobiety naówczas, nigdy się czytać nie uczyła, a choć i ona z papierem do czynienia nie miała nigdy, mówiła po niemiecku jak niemka i to wszystkiemi mowy, jakie się na krzyżackiéj ziemi spotykały; mówiła po polsku, od niańki wyuczyła się po litewsku, a byli tacy co utrzymywali, że gdy umyślnie po łacinie mówić zaczęli, aby się przed nią ukryć, ona i łacinę zrozumiała.
W jéj główce co raz posłyszała, to na wieki uwięzło. Bystrość téż miała wielką w poznawaniu ludzi, tak że w oczy człowiekowi popatrzywszy, wiedziała wnet jak do niego mówić i jak się z nim obchodzić. W początkach się młodzież do bogatéj Noskównéj tłumnie zlatywała, przez matkę, przez znajomych stręczyli się jéj nieustannie ludzie; ale dziecko kapryśne i zaufane w sobie, bawiło się z każdym jak kot z myszą, a w końcu każdego ząbkiem lub pazurkiem drasnęło. Szli tedy precz gachy z uszami spuszczonemi, narzekając, a dziewczę się śmiało. Czysty to był szatan z téj dziewczyny.
Gdy kto poważny do domu się zjawił, sędziwy człek, baron, książę, o których nie było wówczas trudno, bo ich Niemcy w gościnę Krzyżakom dostarczały, Ofka umiała się ułożyć, że poznać ją było trudno: minkę nastroić, siedziéć spokojnie, mówić poważnie, śmiech w sobie wstrzymać, oczy spuszczać, tak że brano ją za trusię i niewiniątko.
Nic ją nie kosztowało w jednéj godzinie czterykroć być i trzpiotem i pobożną, i urwisem i niewinną dzieweczką.
Do domu pani Noskowéj mnóstwo ludzi uczęszczało, już to z powodu handlu — bo trzymała zamorskie towary, wina, przyprawy, cukier i co do kuchni a piwnicy było potrzeba (od niéj téż zapasy dla Malborga i innych domów czyniono) — już dla jéj gościnności wielkiéj i stosunków z innemi krajami. A gdy kto chciał listy słać, albo nakazać, lub pieniądze wyprawić, przez Noskową było najłatwiéj i najbezpieczniéj. Sam téż W. podskarbi Zakonu, często jéj pośrednictwa używał. Wdowa się na piśmie i na rachunkach nie rozumiała napozór, ale pamięć miała osobliwą i rozum bystry. Ona sama kierowała wszystkiém z pomocą jednego starego domownika, który się zwał Wolfem, a był człek siwy, przygarbiony, i dla głowy nagiéj, czapki ciepłéj nigdy nie zrzucał, nawet w kościele. Oprócz kamienicy od Rynku, mieli przypiérające do niéj składy wielkie, gdzie zawsze win, korzeni i wszelkiéj zamorszczyzny pełno było, a beczki i baryły stały jak brogi. Tam szafran co go gdzieindziéj na szczypty ważono, kamieniami leżał na składzie.
A gdy przyjmowała u siebie Noskowa, to nie po mieszczańsku, ale niemal po książęcemu. Ptasiego tylko mleka brakło. Gdy zaprosiła gości, muzyka być musiała i najdowcipniejsi trefnisie z miasta, a śmieszkowie i błazny, by kompanią zabawili. Naówczas téż obyczaj był taki i po dworach, że się uczta, biesiada, przyjęcie, wesele bez błaznów obejść nie mogło. Błazeńskie rzemiosło tak dobre było jak drugie. Każde miasto swoich trefnisiów miało, zamawiano ich na zebrania, pojono, karmiono i bez zapłaty nie odeszli, a często i datków wyłudzili co od gości. Obiad bez trefnisia nie smakował i pełnym nie był, rychléj się bez pieczystego był obszedł.
Wprawdzie pani Barbara nie wyprawiała często takich szmausów kosztownych, ale gdy do tego przyszło, wiedzieli ludzie co to u niéj znaczyło. Występowały wówczas srebra zamiast cyny, weneckie szkła i najprzedniejsze gliniane misy — szafranu, imbieru, gwoździków, nie żałowano tak, że na ulicy je słychać było. Wino pijano grzane z cukrem i korzeniami, że się dusza radowała.
Nie dziw, że na taką wdowę, która za mąż nie idąc rady sobie dawać umiała i bez pomocy niczyjéj się obchodziła, pletli ludzie zazdrośni niestworzone baje: ona o nich albo nie wiedziała, lub nie dbała o nie. Mówiono téż o Ofce rozmaicie: ani ona, ani matka głowy tém sobie nie suszyły.
Raz tylko, gdy przyjaciel pana Szpota zbyt począł językiem szermować, niewiadomo z czyjéj naprawy czterech pachołków z kijami, nocą w ulicy go napadli i na kwaśne jabłko stłukli, powtarzając: — „Trzymaj język za zębami, chcesz-li cały być.” Tych co bili, nikt nigdy potém wyśledzić nie mógł, a razy na grzbiecie owego przyjaciela przepadły. Musiał je parę tygodni smarować, póki się wylizał, i milczał odtąd ostrożny.
Gdy się zaczęło zbiérać na wojnę, któréj końca zawsze trudno przewidziéć, ostrożna pani Noskowa wcześnie pono swe baryłki ze złotem i srebrem dała do lochu na zamku do przechowania, bo i u W. podskarbiego Zakonu, i u komtura nowo osadzonego, pana Jana von Sayn, miała wielkie łaski.
Chociaż komturowie na zamku odmieniali się często, wszyscy z kolei w wielkim mieli szacunku panią Noskowę.
Inni téż dostojnicy, przybywając do Torunia dla spraw Zakonu, gościli często w jéj domu, i nie było w tém nic dziwnego, gdyż ona zapasy sprowadzała kuchenne i piwniczne, a przez nią téż chadzały pieniądze za granicę i mnogie były z W. podskarbim rachunki.
Wkrótce po przyjeździe swym na zamek, podskarbi Merheim, wozy pozostawiwszy w murach, sam nad wieczorem udał się do kamienicy pod Jeleniem.
Niemiłą tę i niepiękną postać zdala zoczywszy Ofka, która swym zwyczajem we drzwiach czatowała na przechodniów, klasnąwszy w dłonie pobiegła do pani matki. Rzuciła jéj tylko słowo:
— Podskarbi się wlecze!!
Sama zaś pobiegła się przybrać coprędzéj. Choć Krzyżak był stary i brzydki i wstrętliwy, a zakonnik w dodatku, dziewczę nawet przed nim chciało wystąpić z całą swą krasą.
Matka zerwawszy się z krzesła, poszła téż do zwierciadełka włosy przyczesać, krezki poprawić i łańcuch dobywszy z szufladki, zarzuciła go sobie na szyję. Siadła potém w krześle z podnóżkiem i czekała nań w paradnéj izbie.
Mogła się ona paradną nazwać, gdyż rzeczywiście była wspaniale przybraną. Sklepienie malowane w gałęzie zielone, złocone grona i figury świętych, unosiło się nad izbą w kształtne łuki pogięte. Ściany okrywały opony wzorzyste, a gdzie ich nie było, stały szafy z drzewa misterną robotą, na nich konwie i naczynia srebrne, pozłociste, cynowe i kamienne. Stół w pośrodku okryty był kobiercem smyrneńskim, szkatułkami z bursztynu i hebanu i różnemi bawidełkami niewieściemi, między któremi kołowrotek mały z różanego drzewa stał do zwijania jedwabiu, lub dla przypomnienia, że pokój był niewieści. Od sklepienia spuszczał się pająk mosiężny, świecący, wyginany, cały we floresach i gałęziach.
Gdzie było spojrzéć, coś pięknego i kosztownego znalazło oko dla zabawy. Przez otwarte napół drzwi widać téż było sypialnią z łożem, a kotarami barwistemi, przy niém mosiężne misy do umywania i konewki, i kubki przedniéj roboty.
Ledwie pani Noskowa siadła, pogładziwszy włosy i poprawiwszy łańcucha, gdy drzwi się otwarły i podskarbi wszedł, rozglądając się dokoła.
Na powitanie jego powstała z poszanowaniem wdowa i na swoje go siedzenie zaprosiwszy, sama na niższym stołku nie prędzéj miejsce zabrała, aż on go jéj wskazał. Uśmiechała się wdzięcznie do obrzydłego zakonnika, który téż to się uśmiechał do niéj, to marszczył i zamyślał, jakby mu nie łatwo do słowa przyjść było.
Oczy jego biegały tymczasem dokoła.
— Cóż nam Miłość Wasza przynosisz? — ozwała się wdzięcząc wdowa — pokój, czy wojnę? Tu u nas ludzie co dzień mówią inaczéj, a są tacy co przysięgają, że król Jagiełło już z wojskami na granicy stoi.
— Nie trzeba ludzi straszyć, ani popłochy siać, sławetna pani Barbaro — odezwał się zakonnik, — o królu gdzie jest nie wiemy, idzie ku nam to pewna, wojna za pasem nieunikniona, lecz Zakon nie ma się czego lękać. Zakon potężny jest!
Noskowa w rączki uderzyła i głową z ramienia na ramię wahając, milczała chwilę.
— Dla nas wojna — rzekła — straszne słowo! dla żołnierza wesołe, kupcowi groźne. Co my poczniemy?!
Nie odpowiadając wprost na to, podskarbi oczyma powiódł po komnacie, zajrzał do sypialni i antykamery.
— A gdzie Ofka — spytał cicho, przymrużając oczy. — Nie ma jéj tu? bo to ciekawa wiewiórka, gotowa się gdzie w kącie zaczaić, a mamy z sobą, moja pani, różnych rzeczy do mówienia wiele, o czém nie koniecznie jéj wiedziéć potrzeba.
Usłyszawszy to, poszła pani Noskowa dosyć lekką stopą, mimo dobréj tuszy, obejrzéć sama wszystkie kąty, za córkę bowiem ręczyć nie śmiała, a raczéj mogła chyba ręczyć, że gdy się sposobność nadarzy, figla spłata, a gdy szept usłyszy, podkradnie się i podsłucha.
— Nie, jeszcze jéj niéma — odezwała się uśmiechając i siadając naprzeciw podskarbiego,— ale tylko co nie widać: pewnie włosy trefi!
— Korzystajmy z tego i mówmy, moja jejmość—rzekł schylając się podskarbi.—Nie potrzebuję was pytać czy sprzyjacie Zakonowi? jesteśmy pewni, że jako siostra służycie mu wiernie, i służyć będziecie daléj.
— Wszakżem i przysięgą i dobrodziejstwy związana—zawołała Noskowa.
— Dlatego z wami tajemnic nie mamy, ufamy wam i gdy trzeba idziemy do was wprost, jako siostrze mówiąc: to uczynić potrzeba...
— Rozkazujcie, miłościwy panie! rozkazujcie, byle sił nie przeszło.
Spojrzała badawczo wdowa na strasznego zakonnika, który wciąż się uśmiechał do niéj żółtemi zęby i sinemi wargami.
Już miał rozpocząć dalszą mowę, gdy z drugich drzwi ukazała się Ofka, wystrojona jak do kościoła na święto: włosy rozpuszczone, od których woń damasceńskiego olejku różanego się rozchodziła, z wianuszkiem zielonym na skroni, w rękach białych niosąc srebrną misę, a na niéj owoce świeże i suszone, i wina flaszę i kubek.
Szła piękna podczaszyna wiedząc, że jéj z tém do twarzy, przechylając główkę, usteczka składając, ręce wystawiając na okaz całe w pierścieniach i manelach, nóżkę z pod sukni ukazując obutą w niebieski trzewiczek ze sznurówką i chwastami złotemi. Suknia na niéj jedwabna składała się pasem podpięta w fałdy świecące, a na szyjce przesuwały się łańcuszki i korale i bursztyny. Potrząsała główką, jakby jéj włosy zawadzały; lecz w istocie, ażeby szyjkę tę białą lepiéj na podziw światu odsłonić. Korale, łańcuchy i bursztyny służyły tylko, aby kość słoniową téj toczonéj szyjki jaśniejszą czyniły.
Podskarbi zobaczywszy ją, w niemém osłupieniu jakiś czas patrzał na dziewczę, oczu od niéj oderwać nie mogąc. Przystąpiła do stołu, niziutki czyniąc pokłon; wyprostowała się i owe dary zakonnikowi podała z uśmiechem. Matka tymczasem mały stoliczek wziąwszy ze strony, sama go przed Merheimem ustawiła; na nim tacę umieściły bezpiecznie, aby Krzyżak sobie gospodarzył, jak chciał. Wiedziano pewnie, iż łakocie lubił.
Zrazu jednak więcéj się wpatrywał w Ofkę, niż w owoce i ręką sięgnąwszy machinalnie do flaszki, trzymał ją nieporuszoną. Rozglądał się do zbytku ciekawie w téj świeżo rozkwitłéj różyczce, która się czując na oku, z radości i dumy płonęła i uśmiechała się.
— Królewski kąsek!—szepnął niedosłyszanym głosem, a raczéj zamruczał podskarbi.
Wtém matka jéj coś na ucho szepnęła: Ofka skłoniła się jeszcze raz wdzięcznie i jak ptaszek uleciała.
Zakonnik siedział zadumany.
Czego taka kobieta, gdyby rozum miała, dokazać nie może?—mruczał sam do siebie.
— Pani Barbaro!—odezwał się głośniéj—przyszła godzina wreszcie, że Zakonowi za opiekę wywdzięczyć możecie... posłuchajcie mnie. Czasu wojny, kobiety wiele mogą, bo na nie nikt nie patrzy...
Noskowa się zarumieniła.
— Słucham was—rzekła.
— Co uczynicie dla Zakonu—ciągnął podskarbi—to zaskarbicie sobie u Boga i u niego. Czasy są niezwyczajne i do sposobów się trzeba niezwykłych uciekać.
Pochylił się zakonnik niemal do ucha pięknéj wdówki, która z natężoną uwagą i błyszczącemi oczyma słuchała.
— Pani siostro! — rzekł zasłaniając się ręką—musimy do Polski słać listy ważne... Nie mamy ich komu powierzyć, mężczyzn plondrują i wieszają, trudno się nawet żebrakowi tam przebrać... Kobiety nam do tego potrzeba. Rozumiécie?
— I mnie chcecie z listami słać do Polski?—przerwała Noskowa, ręce mimowoli załamawszy.
— Niéma się czém trwożyć—mówił Merheim,—najprzód glejt miéć będziecie, potém to żeście niewiastą, daléj wasz wdzięk niepochlebiając, który ludzi rozbraja, potém zręczność waszą... w ostatku i... przewodnika dobrego, o którym wam powiem późniéj.
Wdowa patrzała mu w oczy z natężeniem.
— Czy ja temu podołam?
— Któż, jeśli nie wy?? Słuchajcie mnie, bo o wielkie rzeczy chodzi. Z chytremi ludźmi chytrze poczynać potrzeba. Oręż orężem, a głowa więcéj jeszcze od niego znaczy... Nam wiedzieć trzeba o obrotach nieprzyjaciela, miéć kogoś swego tam... Wasz wyjazd nikomu dziwnym się nie wyda: polskiego jesteście rodu, do swoich wracacie. Dlaczego teraz? spyta kto?—A no, rzecz jasna! Losy wojny niepewne, nuż wtargnie Witoldowa dzicz pod Toruń, do Torunia.., nie chcecie córki i siebie na łaskę tatarską oddawać, wolicie w Polsce przesiedziéć burzę spokojnie.
Uśmiechnął się.
— Nie prawdaż? Czyż nie uwierzy tu każdy łatwo, że wy ową śliczną jagódkę chcecie w bezpieczném miejscu miéć? Co dziwnego, że się tam przy jakim dworze przytulicie?
— Przy jakim-że dworze?—spytała ciekawie Noskowa.
— Przy książęcym, u Mazowieckich! pod opieką księżnéj Aleksandry Olgierdównéj—dodał uśmiechając się podskarbi.—Wszak miejsce dobre? Tam o wszystkiém wiedziéć będziecie, a ztamtąd nam donosić.
— Siebie to ja nie żałuję—rzekła Noskowa,—z Ofką biéda: o! z tém dziewczęciem i siedzieć trudno i jechać niebezpiecznie. W oko to każdemu wpadnie, a samowolna, co jéj do głowy przyjdzie, zbroić gotowa.
— Hm! hm! — mruknął podskarbi—a no, ją téż użyć można, byle umiéć! Ona z pod serca każdemu dobędzie tajemnicy, przed nią wyśpiewałby człek grzech śmiertelny. Jedna taka Ofka na świecie. A rozumu jéj nie brak.
— Gdyby tyle statku miała!—westchnęła matka—ale to ogień i siarka!
— Drugich ona spali—począł śmiejąc się podskarbi,—a jéj się nic nie stanie. Strachu o nią nie mam i wy miéć nie powinniście, raczéj o tych, co się z nią spotkają.
Noskowa sparłszy się na dłoni, milcząc rozmyślała.
— Ciężka sprawa, ciężka!
— A cóż lekkiego, gdy wiele jest warte. Złoto ciężkie téż, bo drogie. Słuchajcie mnie dobrze. Listy są pilne, dla Zakonu ważne: nikomu ich nie powierzymy, ino wam.
— Dalekoż je wieźć?
— Na Mazowsze—dodał Merheim,—do siostry Jagiełłowéj, która nam od całéj rodziny więcéj sprzyja, choć nie zawsze wyjawić to może. Jéj listy oddacie, a sami pozostaniecie na dworze.
To mówiąc, wina sobie nalał w kubek i podnosząc go, zawołał:
— Zdrowie wasze, pani Barbaro! zdrowie wasze i ślicznego kwiatka, któryście wyhodowali: niech kwitnie na waszą pociechę. Zdrowie wasze, pani siostro!
Noskowa schyliła się nizko, trochę zmieszana. Znać było, że odmówić nie śmiała, a podróż jéj nie bardzo szła w smak. Cóż miała czynić?
— Daj Boże tylko, aby się nam udało przerznąć szczęśliwie—rzekła—w taki czas wojenny, dwie baby same, gdzie żołnierstwa obcego stek, a ludzi co ni życia, ni czci nie poszanują.
— Nie będziecie sami! Zaraz o przewodniku, mężu duchownym... mówić będziemy, a na ochronę przecież dwudziestu zbrojnych pachołków przy glejcie, to aż nadto.
— Zkądże ich wziąć?—zawołała Noskowa—teraz i o ludzi trudno.
— Znajdą się, znajdą!—mówił śmiejąc się Merheim—po zamkach u nas zbierze się takich niepozornych, a mądrych chłopaków łatwo, płaszcze pozrzucają, kubraki szare włożą, z polska po litewsku mówić będą, a na Krzyżakach psy wieszać! I cóż potém jéjmość winna, gdy oni łajdaki po jednemu uciekać do nas zaczną i przynosić on niéj ciche słowo?
Począł się śmiać, patrząc na Noskową.
— Wojna, moja siostro—mówił—ma swoje prawa, nam trzeba wiedziéć o wszystkiém, nawet jak się król prześpi i czy mu się jego Perun nie przyśnił. Tymczasem na dworze księżnéj Aleksandry będzie siostrze jako w raju, za to W. Mistrz ręczy, i ja... Któż wié jakiemu kniaziątku Ofka w oko wpaść może? Czemu nie? Nieprawdaż?
— A co mi po tém? choćbym za nią faskę złota dała, to jéj nie weźmie do ołtarza—zawołała Noskowa.
— E! z faską złota... siostro miła, biorą oni i nie takie różowe kwiatki, jak ona. Przez Ofkę jéjmość wszystko wiedziéć możesz, co zechcesz, przez nią wnijść choćby do króla. A! gdyby poganinowi zawróciła głowę.
— Tego ani sobie, ani jéj nie życzę—rzekła Noskowa, — paść na ludzką zazdrość i języki, Boże uchowaj!
— Wiecznie tam z nimi żyć nie będziecie, wojna się skończy, wrócicie do domu, a co było... w wodę!! Dla Zakonu wy tam potrzebni, i wiele uczynić możecie: takich oczów czworo za dziesięcioro męzkich stanie.
Noskowa wahać się jeszcze zdawała.
— Musi się tak stać, jak mówimy—kończył podskarbi żywo,—wiozę wam rozkaz W. Mistrza, a nad bezpieczeństwem waszém czuwać będziemy, boście dla nas drogą. Listy ważne; jeśli posłowie króla Zygmunta nic nie uczynią, aby wojnę zwlec, nim nam posiłki nadejdą większe z Niemiec, może to wyrobić na bracie księżna Aleksandra. Ona niedaleko będzie drogi i obozu Jagiełły, dojedzie do niego lub on do niéj. Będziecie króla pewnie widzieli.
— Nie ciekawam go oglądać—odezwała się Noskowa.
— Owszem, zobaczcie go i opiszcie nam przez posła każde słowo, każdy fałd na jego czole. Niechby stary i Ofkę zobaczył, ma holofernesowskie passye, a z niéj byłaby Judyta!
Podniósł ręce do góry, potém popatrzał na zmieszaną kupcowę i z kubka sączył wino powoli.
— Cicho! — oglądając się zawołała Noskowa — a nuż dziewczyna to posłyszy, gotowa oszaléć. Jéj tylko tego trzeba, żeby się głowa zawróciła. W niéj gasić trzeba ciągle, nie rozżarzać! nie chciejcie nieszczęścia mego!
— Szczęścia chyba! — przerwał Merheim — całeby Chrześciaństwo za bohaterkę ją sławiło, gdyby od chytrego ocaliła je wroga.
Noskowa oglądała się niespokojnie, palce trzymając na ustach. Zakonnik śmiał się.
— Nie miejcie obawy — rzekł — tymczasem o listy idzie i o wieści: pachołków my wam dobierzemy...
Rozmowa cała toczyła się pocichu, a niedaleko od napół przymkniętych drzwi sypialni. Ani Noskowa, ani Merheim nie spostrzegli, że dziewczę, które podawszy wino i owoce ustąpiło, potém się, suknię unosząc, podkradło za drzwi przymknięte i podsłuchiwało. Nie wszystkie może słowa matki pochwycić mogło, ale to co podskarbi mówił głośniéj nieco, łatwo jéj było podsłuchać. Noskowa i podskarbi milczeli, gdy szelest sukni dał się z za drzwi słyszéć i Ofka śmiejąc się, a w ręce klaszcząc, nastraszywszy matkę, wpadła do izby.
Stanęła naprzeciw niéj, z kolei na zakonnika patrząc, i na nią.
— Pani matko!—zawołała—wszystkom słyszała! Wiem wszystko i serce mi skacze. Pojedziemy, matuniu, pojedziemy.
Noskowa strwożona i gniewna, z groźną twarzą obróciła się do córki, dawała jéj znaki, by milczała. Podskarbi śmiał się pełen radości.
— Otóż to mi niewiasta! to mi Judyt—krzyknął—to mi wierna sługa Zakonu! nie lęka się nic, gotowa w ogień i w wodę. Bóg ci to zapłaci!
— A! ja? choć jutro na koń i w drogę!—ozwała się wesoło.—Matuś! w drogę! Ja dotąd nie byłam nigdzie, jak raz w Malborgu u Matki Boskiéj i w Tucholi! Ja się tu już duszę w tych murach, za któremi świata nie widać! Pojedziemy wspaniale, po książęcemu, dwudziestu pachołków zbrojnych dokoła, po pańsku, i na dwór książęcy do sławnéj księżnéj, Jagiełłowéj siostry. Za to warto W. Mistrzowi nogi całować!
Podskoczyła, w ręce białe klaskając.
— Na koń! w drogę! Konia się nie boję, żołnierstwa nie lękam, a szeroki świat zobaczyć, to rozkosz! matuniu! Książąt, królów, księżne, baronów, dwory, zamki...
Z ukosa spoglądała na podziwiającego ją Merheima, który za nią gonił oczyma.
— O listy—szepnęła—nie macie się co obawiać, założę je za sukienkę, a nożyk zawsze u pasa noszę; gdyby mnie kto śmiał tknąć: zabiję!
To mówiąc, ręką uczyniła ruch, jak gdyby istotnie w serce kogo ugodzić miała.
— Na głowę moją! to królowa ta dziewczyna! to delicye! — krzyknął wstając podskarbi — ona wszystko od pół słówka rozumié, a niczego się nie lęka. Nie ma lepszego posła nad nią.
Noskowa z pewną dumą podniosła się, zapomniawszy o niebezpieczeństwie, pochwyciła ją za głowę i pocałowała w czoło. Dziewczę całowało ją po rękach.
— Jedziemy, matusiu, jedziemy, a zobaczycie, że nas aniołowie poprowadzą bezpiecznie i koń w drodze nie utknie. Nikt nam nic uczynić nie będzie śmiał! Póki jesteśmy na ziemi Zakonu, tośmy Niemkinie, wyjedziemy za granicę do Polski — Polki jesteśmy. Ja nawet umiem takie piękne polskie zawodzić pieśni, że się ich odsłuchać nie można.
Cała już nadzieją téj jazdy rozpłomieniona, Ofka nie wiele zważając na dostojnego podskarbiego, latała po izbie, we wszystkich zwierciadełkach przypatrując się sobie.
— Widzicie, siostro Barbaro—rzekł w końcu Merheim—że dziewczę się podróży wcale nie zlękło, a wybyście jéj obawiać się mieli? Zatém rzeczy ułóżmy wszystkie na razie, aby nic na jutro nie zostało. Dwudziestu pachołków wam przyślemy, za których ręczymy. Z tutejszych nie weźmiemy żadnego, aby się nie wydało, że zrzucili habity. Sprowadzimy ich z Balgi, Elbląga, Grudziądza, a zwiążemy mocną przysięgą. Wy woźników i kolebkę znajdziecie w domu. Trzeba téż szat i ochędóstwa białogłowskiego wziąć podostatkiem, aby mieć czém na dworze książęcym wystąpić. Glejt i listy wam przywiozę, lecz o listach dusza żywa wiedzieć nie powinna, a doręczyć ich nie można nikomu innemu, krom księżnie saméj, i tak, by świadków przy tém nie było. Podarki dla niéj Mistrz przyśle; one nigdy sprawy nie psują: z gołemi rękami nawet chłop do sądu nie chodzi.
Podskarbi nalał sobie nowy kubek i oglądał się, Ofka chciwie go słuchała.
— Dajcie-no drugi kubek dla pani matki—rzekł—niech kropelkę choć z cukrem wypije: to jéj ducha pokrzepi.
Wnet zakręciła się Ofka i przybiegła ze szklaneczką wenecką przezroczystą, po któréj bokach, jak nici, białe żyłki szkła się kręciły.
Podskarbi nalał trochę wina, jéjmość ze stojącéj miseczki cukru wzięła kawałek, i z nim zasłaniając się ręką, wina odrobinę wysączyła leniwo.
— Wszystko tedy dobrze—mówił Krzyżak,—a jeszcześmy jednéj rzeczy nie tknęli: zaraz o niéj pocznę. Bądźcie tylko dobréj myśli, bo wam niespodzianą jednę, a miłą nowinę przyniosę... zobaczycie.
Noskowa spojrzała jakoś zadumana i posępna, a Ofka uprzedzając jéj odpowiedź, ozwała się prędko:
— Niech Wasza Miłość nie zważa, że matusi tak zrazu smutno. Ona tak zawsze w początku na rozum bierze, ale potém i sama będzie rada! Jak na wóz siądziemy, a w pola wyjedziemy szerokie... w świat! rozraduje się jéj dusza! Ona tego jeszcze nie widzi, a ja już mam wszystko przed oczyma. Lasy szumią, pola się złocą, obłoki białe ciągną skrzydlate, rzeki wrą... konie rżą... a my lecim coraz daléj, w świat! w świat!
Krzyżak słuchał rozradowany, matce się téż oczy zaśmiały
— Teraz — rzekł — niech Ofka idzie sposobić się do podróży, my jeszcze mamy pomówić dwa słowa.
— Których mnie słyszeć nie wolno? — śmiejąc się przerwało dziewczę. Niech Wasza Miłość będzie pewna, że ja się ich domyślę, nie słysząc... więc idę.
Ukłoniła się nizko i znikła.
— Jeszcze jedna sprawa — rzekł podskarbi, — a téj nie wiem jak tknąć.
Obrócił się ku wdowie.
— Macie jaką rodzinę? myśmy nigdy o żadnéj nie słyszeli?
Zdziwiona mocno, ruszyła się wdowa z siedzenia.
— Rodzinę? — powtórzyła marszcząc czoło — rodzinę? Jam o niéj, ona o mnie zapomniała! Nie wiem, wymarli może; nigdy się nikt nie zgłosił, jam téż nie mogła... Miałam jednego przyrodniego brata, z jednego ojca, a nie jednéj matki, ten młodo pono z domu wyszedł i zakonnikiem, albo księdzem został.
— Niewątpliwa więc rzecz — rzekł podskarbi — iż widzieć go będziecie.
Noskowa podskoczyła przerażona niemal tą wiadomością.
— Zkądżeby się u Boga wziął? tu? on? — powiedzcie, proszę. Nie wiedziałam, że żyje i gdzie się obraca.
Ja go wam przywiozłem — rzekł zakonnik — lecz posłuchajcie... Przybył z Polski, podejrzywano go, iż wysłanym został przez króla, u którego sługiwał. Zdaje się człowiek świątobliwy. Jego weźmiecie za towarzysza podróży, bezpieczniéj z nim będzie. Pomnijcie jednak, że i brat nawet o tajemnicach Zakonu wiedzieć nie ma: przestrzeżcie córkę, by milczała.
Kupcowa słuchała coraz więcéj zdziwiona i niema prawie, tak ją ta wiadomość wzruszyła.
— Gdzież jest? gdzie jest? — spytała niespokojna.
— Tu, na zamku!
— Tu? brat? Któż mówił, że on jest bratem moim?
— On sam.
Noskowa zamilkła.
— Dziwne zrządzenie Boże?
— Tak dziwne i dla Zakonu pomyślne. Dla bezpieczeństwa podróży waszéj, jakby naumyślnie Bóg go zesłał. Jemu niech będą dzięki. Przyjmijcie starego jak brata, ale milczcie przed nim, jak przed obcym: on o niczém wiedziéć nie ma, ani o listach, ani o poselstwie waszém. Ofce zamknijcie usta.
— Dziewczę ma rozum, dość dlań pół słowa: nie lękajcie się.
— Przyślę go tu, lecz czyńcie, jakbyście nawet nie wiedzieli o nim i nie mówili nic ze mną.
Podskarbi położył palce na ustach.
— Siostrą jego jesteście — dodał — ale i siostrą w Zakonie, a kto w naszą wszedł rodzinę, ten innéj nie ma...
Noskowa skłoniła głowę. Niespokojna przeprowadziła do drzwi Merheima, który szepnąwszy jeszcze słów kilka, w ciemnych schodach kamienicy zniknął.

∗             ∗

Mrok już był w izbie i dwie sługi przyszły ze świécami zapalonemi.
Noskowa wróciwszy do drzwi, padła na siedzenie i nieruchoma siedziała na niém, podparłszy głowę na ręku. Cicho było dokoła, tylko oddalony głos Ofki, która jakąś śpiewkę na górze nuciła, szturmując do kufrów i już sposobiąc się w drogę, dochodził przytłumiony uszów wdowy.
Wspomnienie tego nieznanego prawie brata, wywołało całe pasmo dawno grobową ziemią przysypanych pamiątek rodziny i domu.
Siedziała pogrążona w nich, gdy w korytarzu szelest i kroki oznajmiły czyjeś przybycie. Knecht zamkowy otworzył drzwi i wpuścił starca w wyszarzanéj sukni, idącego o kiju. Ręka jego u wnijścia zaraz szukała kropielnicy, któréj naówczas w żadnym nie brakło domu: przeżegnał się. Oczy jego zdziwione po wspaniałém toczyły się mieszkaniu, stąpał z obawą, czuł, że jego ubóstwo dziwnie na tle tych dostatków wydawać się musiało.
Noskowa zwolna wyszła ku niemu i patrzała milcząca. Twarz starca obudziła w niéj dawno zatarte wspomnienie rysów ojcowskich. Wstrzęsła się cała, jakby widmo ujrzawszy z grobu powstałe.
Ksiądz oparł się na swym kiju i zdało się, że słowa wyrzec nie śmiał.
Wpatrzył się w twarz gospodyni.
— Barbaro! — rzekł stłumionym głosem — dzieckiem cię pamiętam... ty mnie nie możesz... brat Jan jestem z Zaboru. Pomnisz Zabór, dworek nasz... ojca?...
Głos mu osłabł. Noskowa patrząc długo, coraz mocniéj wzruszona, zaryczała wielkim płaczem niewieścim i do nóg mu się rzuciła. Ksiądz na ramionach jéj ręce drżące położył, i całując w głowę, płakał także.
Na tę scenę niemą, śpiewając weszła, a raczéj wbiegła Ofka i ujrzawszy matkę klęczącą przy nieznajomym starcu, stanęła jak skamieniała. Nie mogła pojąć, ani co się stało, ani kto był ten człowiek, który zakonu sukni nie miał na sobie, a jak żebrak wyglądał.
Wtém matka przeczuła ją raczéj, niż zobaczyła i zawołała:
— Ofka! stryj twój! brat mój! klęknij, niech cię pobłogosławi.
Staruszek się odwrócił nieco, a ujrzawszy dziewczę śmiejące się jeszcze weselem, które nie miało czasu znijść z jéj twarzy, uśmiechnął się do niego dobrotliwie i łagodnie.
— Bóg Abrahamów i Jakóbów niech wam błogosławi i będzie z wami, na wieki wieków Amen.
Urok głosu odbił się w sercu płochego dziewczęcia, z rozrzewnieniem przypadło rękę starca całować.
— Chodźcie, chodźcie — odezwała się podnosząc Noskowa i biorąc pod rękę księdza Jana — pewnie spoczynku potrzebujecie, widać to po waszéj twarzy.
Uśmiechnął się staruszek.
Piechotą do Malborga, do Matki Boskiéj idę, z naszego Szlązka... o jałmużnie — zaczął mówić usiadłszy. — Aż do progów kościoła anioł mnie stróż prowadził. Przyjmowano po klasztorach, noclegowałem po plebaniach, ludzie karmili dobrzy, jałmużnę miałem nieproszoną. Takem się dowlókł aż do wrót. Tu mnie nieszczęście spotkało. Koń nogę mi zdusił, alem był gościnnie przyjęty..
— A! w Malborgu — zawołała Noskowa — pielgrzymom tylko spoczywać, a używać.
Staruszek nie zaprzeczył.
— Dobrzy byli, miłosierni — mówił daléj — póki zły duch im nie podszepnął, że z Polski szpiegiem być mogę.
Wdowa pobladła.
— Gdyby nie miłosierdzie Boże, byłbym wydany na męki.
Ofka krzyknęła z oburzenia i strachu.
— Czas wojny, straszna na ludzi godzina — ciągnął staruszek spokojnie — oni niewinni, ja raczéj, żem listu i świadectw nie miał..., jak gdyby czasu pokoju. Bóg jednak chciał obronić sługę swego, znalazł się w szpitalu chłopak, co poświadczył za mną; odwołałem się i na was, siostro kochana. Przysłano mnie tu, i dzięki im winienem tylko, że was widziéć mogę, a pobłogosławić.
Opowiadanie księdza oniemiło kobiety.
— Wszystko to jak sen przed oczyma mojemi — poczęła mówić Noskowa. — Jakież to szczęście dla mnie!
Staruszek z obawą poglądał po mieszkaniu bogatém, a oczy jego padły potém na wyszarzaną suknię własną.
— Widzę, że Bóg wam w dobrach ziemskich szczęścił — rzekł powoli — jam się nie dobijał o nie. A mąż wasz?
— Owdowiałam już oddawna — cicho odezwała się kobieta — sierotą zostałam z tém dzieckiem, ale Bóg się opiekował nami.
Tak rozpoczęła się rozmowa, której Ofka, ciekawa wszystkiego, przysłuchiwała się, zmarszczywszy czoło. Starzec ten tak ubogi i wynędzniały, pociągał ją jak zagadka, któréj nie mogła zrozumiéć. Wpatrywała się i wsłuchiwała w niego z podziwem i niepokojem. Płoche stworzenie czuło się pierwszy raz w życiu pokonaném, onieśmieloném jakąś siłą, któréj nie pojmowało. Chciała odejść i nie mogła. A gdy staruszek począł zcicha opowiadać o sobie i życiu swém usiadła w nogach jego, by słowa nie stracić.
Tak zszedł wieczór. Przygotowano izbę wygodną po skromnéj wieczerzy, bo innéj przyjąć nie chciał, obie kobiety zaprowadziły go do gościnnéj. Ksiądz Jan prosił o łoże twarde, o pokrycie proste, i nic więcéj. Musiano zrzucić posłanie i zsunąć kotarę.
Ofka sama posługiwała milcząca, a matka wydziwić się nie mogła jéj posłuszeństwu i skromności. Gdy kobiety wysuwały się z izdebki, ksiądz Jan na twardą podłogę kląkł do modlitwy.
— Matuś! — szepnęła Ofka na ucho wdowie — mnie się tak zdaje, jakby Święty Franciszek przyszedł do nas w gościnę. Ja mu nie dowierzam, on gotów w nocy do nieba ulecieć! To człowiek święty, ale ja się go boję. Zimno mi, gdy nań patrzę; zdaje mi się, że czyta w méj duszy i wié wszystkie grzeszne myśli moje.


∗             ∗

Trwały jeszcze pozorne rokowania około pokoju z Krzyżakami, Jagiełło ociągał się z rzuceniem ostatnich kości, trwożąc się nie tyle potęgą Zakonu, jak intrygami jego i opieką króla Zygmunta, a zapowiedzią wojny od węgierskich granic. Wprawdzie Zygmunt mówił cicho, że wojnę wypowié, ale jéj nie rozpocznie, a mimo to usiłował Witolda odciągnąć na swą stronę i oderwać od przymierza z Jagiełłą. Możnaż było wierzyć tak dwoistéj polityce? Nikt nie wątpił, że wojna, a wojna krwawa i stanowcza, wybuchnąć musi.
W całym kraju przysposabiano się do niéj i ściągano pod chorągwie. Rycerstwo całe albo na koń już siadło, lub gotowało się wyruszyć z domów. Mnóstwo nawet tych, którzy po za granicami szczęścia, albo nauki rycerskiéj szukali, i ci, którym się tam dobrze działo, rzucali przy dworach urzędy, nadane majętności, a z ludem do domu spieszyli.
Wszędzie czuć było i widać nadchodzącą wojnę. Gościńcami i szlakami, drożynami leśnemi, ciągnęli rycerze i zaciężne pułki, roty i poczty, wozy za sobą ciągnąc, ciurów i gawiedź niezbędną. Po rzekach opatrywano brody, gotowano mosty, a po puszczach, kędy dróg nie bywało, tylko ścieżyny kręte a ciasne, spędzone gromady w pień stare waliły drzewa i zasiekami spychały je na boki, czyniąc nowe dla wojsk królewskich gościńce. Wszędzie ruszał się lud, gromadziła wrzawliwie szlachta, a przed chatami i dworami stały smutne z założonemi rękami niewiasty, lub tuliły dzieci, myśląc co wojna przyniesie, patrząc czy lasy, schronienie ostatnie daleko.
Gdzieniegdzie z rozpoczętemi żniwami, śpieszył lud rankami i nocami księżycowemi, aby się prędzéj ze zbożem do brogów uprzątnąć; bo gdzie żołnierz i koń głodny nadszedł, a chorągiew popasem lub noclegiem stanęła, już potém nie było czego szukać w polu. Kręcili się posłowie i kursorowie na zwiady wysyłani za językiem na rubieże, a po grodach nad granicą u Krzyżaków pilność była wielka, bo szpiegów co chwila łapano. I nie nowiną było w polu na dębie zobaczyć wiszącego człowieka, lub świeżą na rozdrożu gałęźmi nałożoną mogiłę.
Z puszcz królewskich ogromne zapasy solonego mięsa, łosiny, dziczyzny, rogaczów nabitych wcześnie puszczano z wodą, aby wojsku żywności dostarczyć; wozy téż długiemi sznury ciągnęły zapasy wojenne, wlokąc je do obozowisk królewskich.
Nad granicami zwłaszcza niepokój był najwidoczniejszy — tu się wszystko gromadziło i spływało: jedni by wtargnąć gdy godzina uderzy, drudzy by odwetu nie dopuścić, bo nieprzyjaciel ogniem za ogień, a mieczem za miecz płacił. Tu każdy zameczek musiano opatrzéć i uzbroić, aby na przypadek i z małą garścią wielkiém męztwem mógł się obronić.
Z miasteczek i wsi ludność na wozach ściągała mienie swe do gródków, cisnęła się pod mury i za mury, wioski zostawiając na łaskę Bożą, a nie spodziewając się chat swych zobaczyć, bo nieprzyjaciel szedł ogniem, szedł mieczem, a gdzie żelaza nie miał na kim stępić, głownię podrzucał. Kędy przeszedł, nie zostawało nic, tylko ziemia czarna i zgliszcza siwe.
Po wszystkich kościołach nakazane były modlitwy, duchowieństwo ducha zagrzewając przemawiało, niewiasty łamały dłonie, rycerstwo błogosławiono na wojnę. Dzieci patrzały zdala i śmiały się zbrojom błyszczącym.
Choć wojna przeciw niemieckim rycerzom nie była nowością dla Polski, zawsze ten krzyż czarny na mniszym a rycerskim płaszczu, jakąś trwogę obudzał, aby walcząc przeciw zakonnikom, z krzyżem Chrystusowym się nie wojowało.
Miał téż zakon niemiecki w sąsiednich krajach przyjaciół mnogich i pół-braci i współ-bratów jawnych i tajemnych, którzy sieli jak mogli wątpliwości, a potęgą Zakonu straszyli, i Bożą pomstą za rycerzy Maryi.
Mówiono, że na hasło z całéj Europy ściągnie się tam rycerstwo co najdzielniejsze, a Polska mu jedna ze swojém nie sprosta. Rzym i Cesarstwo było z Zakonem i za Zakonem. Chciwe łupieży Rittery z całych Niemiec, wychylali się ze swych burgów, stojących na czatach nad gościńcami, śpiesząc na zawołanie Wielkiego Mistrza, a spodziewając się obfitéj zdobyczy.
Nie łudzono ich ani odpustami, ani świętością wojny krzyżowéj, ale daleko ponętniejszemi honory i obietnicami łupów. Zakonu los obchodził Niemcy całe, bo nie było kątka w Germanii, któryby tam kogoś ze swoich nie wysłał: brata, stryja, krewniaka.
Najsłynniejsze imiona na spisach Zakonu świeciły: Lichtensteinowie, Zollerny, Saynowie, Hatzfeldowie, Salzbachy, piastowali najwyższe w Zakonie dostojeństwa. Ziemie, które Zakon trzymał, były kolonią niemiecką i zdobyczą dla przyszłych osadników, darem cesarskim i papiezkim. Ci co swojéj własności bronili, wydawali się napastnikami, a napastnicy pokrzywdzonymi.
Wieściami o bałwochwalstwie pogan litewskich, żmudzkich, ba! polskich, karmiono Europę, która naówczas tyle wiedziała o tych krajach, co dzisiaj. Jagiełłę wszędzie malowano jako poganina, a Witolda nie odróżniano od Tatarów, których zaciągi miał pod sobą.
Zakon zwlekał walkę stanowczą, i możeby był ją odłożył do innéj chwili, bo czuł, że ona o losach jego przyszłych rozstrzygać może; lecz nie mniejsza obawa panowała w Jagiełły obozie, bo i tu przegrana nieobrachowane za sobą ciągnęła skutki.
Niemiecki świat, mieczem prący ku wschodowi, miał się zetrzéć z obrońcami ziem słowiańskich od napływu germańskiego plemienia; wojna rozstrzygnąć miała, czy zaborcze hufce poprzebierane za mnichów, zagarną ziemie aż do Herodotowych białych ciemności.
Świeżo ochrzczony poganin lękał się, by mu nie zadano, iż walczy przeciw Chrześciaństwu. Dlatego może i dla przejednania Boga, którego mniemane sługi miał wojować, Jagiełło po drodze nabożnym był jak zawsze, albo nabożniejszym jeszcze.
Jechał król z Nowego Korczyna ze dworem na Stopnicę do Słupi, jak na wojnę przystało z niezbyt gromadnym, przecież królewskiemu dostojeństwu odpowiednim orszakiem. W Koronie już on naówczas nie królował, zdawszy namiestnictwo swéj władzy ks. Mikołajowi z Kurowa, arcybiskupowi gnieźnieńskiemu, sam zostawszy wodzem, a żołnierzem tylko... Przeto i dwór bezmała składał się z samych ludzi rycerskich, z wyjątkiem panów pisarzów, kapelanów i duchownych, których do nabożeństwa, pism i listów potrzebowano, bo król sam jak wiadomo, czytać ni pisać nie umiał. I służyło mu to dobrze, bo gdy mu co zarzucano, tłómaczył się skromnie, iż tyle tylko wié o sprawach, co mu ludzie powiedzą, choć wiedział o wszystkiém lepiéj od wszystkich.
W Słupi u stóp góry, dwór na noc stanąwszy, rozłożył się po miasteczku i po za niém obozem, bo orszak królewski i chorągwie ciągnące z nim, pomieścić się w domach nie mogły.
Wiedziano już w otoczeniu pańskiém, że nazajutrz pieszo pójdzie Jagiełło na Łysą górę, jak ślubował, i tam dzień na modlitwie spędzi. A nie dawniéj jak czterdzieści lat temu, taż sama Litwa jeszcze, klasztor i kościół ten splondrowała! Dziś przychodziła się modlić. Wysłano do mnichów, by z nabożeństwem byli gotowi.
Nazajutrz, że dzień obiecywał się upalny bardzo, o brzasku ruszyło się wszystko, co królowi towarzyszyć miało, a oprócz czeladzi przy obozie nikt nie został. Szli za panem wszyscy na Łysą górę. A był to widok uroczysty, owego długiego orszaku duchownych i rycerzy, żołnierstwa i czeladzi, ciągnących pieszo, za kapłanem, który drogę wskazywał, czytając modlitwy i zawodząc ze śpiewakami pieśni nabożne. Kto Jagiełły nie widział wprzódy i nie znał, nie byłby go pewnie za króla wziął, zobaczywszy skromnie idącego wśród daleko strojniejszych panów, co mu towarzyszyli.
Jagiełło naówczas już nie młody, nie miał rysów twarzy, ani postawy majestatem uderzającéj. Znać w nim było wszakże puszcz litewskich wychowańca, nawykłego do obozowania pod gołém niebem, spoczywania w niepogodę pod dębami, a spędzania całych miesięcy w lesie, nie zajrzawszy pod dach i nie skosztowawszy miękkiego łoża.
Mąż był wzrostu średniego, tuszy nie wielkiéj, smukły i dość zręczny. Głowę miał małą, podłużną, nieco już łysą, osadzoną na szyi długiéj i żylastéj; twarz płci ciemnéj uderzała najwięcéj dwojgiem oczu czarnych, małych, żywych, niespokojnych i biegających. Zdawały się one badać każdego i chciéć pochwycić wszystko.
Z ust trudno było coś czytać, oprócz łagodności i dobroduszności, która łacno się mogła w gniew gwałtowny a krótki zamienić. Naówczas zacinały się usta, oczy błyskały, żyły wzdymały na skroniach i król strasznym się stawał. Takim bywał najczęściéj na łowach i w gromadce dworskiéj, a gdy do ludzi występował, hamował się i sypał chętną dłonią złoto, byle pokój okupić. Na ten dzień uroczysty, król, który zimą w kożuchu prostym chadzał, a na posłuchania płaszcz brał szary, odział się swoją zwykłą szarą aksamitną suknią dostatnią, z pod któréj jedwabny taftowy żupanik widać było, z pasem szerokim czarnym, obramowanym, jedwabnicą brunatną ujętym. Na nogach miał czechczery sukienne ciemne, a w ręku czapeczkę szytą złotem. Za nim na obronę od słońca, Nowek, sługa pański, niósł zapaśny kapelusz słomiany, jedwabiem podszyty, aby król włożył gdy zechce.
Za nim długim szeregiem szli rycerze i panowie, dowódzcy, marszałkowie, podskarbiowie, krajczowie i wielka siła dworzan, sług, urzędników, pacholąt, czeladzi.
Z obu stron drogi stał tłum pospolity, mieszczaństwo ze Słupi, włościanie ze wsi okolicznych, żebracy ze świata całego, z wyciągniętemi rękami. Królowi do kalety podawał garściami grosze podskarbi, a on ręką własną jałmużnę dzielił cisnącemu się ubóstwu. Cała góra roiła się ludem.
Napół rycersko, pół księżo wyglądał dwór pański, bo w nim kleryków i duchownych dość było. Szlachta na ten dzień prawie cała zbroje ciężkie złożyła, przy szablach i mieczykach idąc, z czapkami zamiast hełmów w ręku, aby ramionom i głowom dać spocząć nieco. A szli wszyscy w porządku wielkim, z processyą, bo ksiądz przodem niósł krzyż srebrny i odziany był w komżę a stułę. Na kilkoro stai od kościoła wyszło duchowieństwo całe przeciwko królowi i we dzwony uderzono. Niesiono chorągwie kościelne i relikwię ową, któréj Litwa uwieźć nie mogła. Tę spotkawszy król, przyklęknąwszy ucałował i ciągnęły tłumy wprost do kościoła. Do zachodu słońca klęczał potém na wezgłowiu, modląc się i ciągle rozdając jałmużny, a gmach ledwie mogący pomieścić dwór pański, stał oblężony ludem do mroku.
Dwór téż, naśladując pana, a skarbiąc sobie łaskę i błogosławieństwo Boże, o głodzie przetrwał dzień, późnym dopiéro wieczorem nadążywszy do miasteczka, aby się przed snem posilić. Czekały stoły niewykwintnie zastawne z mięsiwem, rybami i warzywem a plackami. Król oprócz wody, innego nie używał napoju, dla rycerstwa stały kadzie i konwie z piwem: miód się ledwie gdzie pokazał. Noże i łyżki mieli wszyscy przy sobie i z jednéj misy jedli. Mięsiwo i ryba z ladajaką przyprawą starczyły na zabicie głodu. Poczém jak kto stał, legł gdzie mógł, nie szukając innego posłania nad wojłok, siodło i siano. Nieopodal konie rżały, co było najmilszą dla żołnierza muzyką. Nie wszyscy namioty mieli i nie każdy rozbijać je kazał.
Na niebie gwiazdy się posiały, gdy król z izby wyszedł, w któréj siedziéć nie lubił i na podsieniu na ławie przypadł, rozpatrując się po okolicy.
Wtém Zbiszek z Oleśnicy, jeden z pisarzy królewskich, wielce od niego lubiony, nadbiegł z pokłonem i uśmiechem na twarzy, który się u niego rzadko widzieć dawał, bo mimo wieku młodego surowości był i powagi wielkiéj. Król nań grubym swym głosem zawołał, pytając, coby za wesołą nowinę niósł i czego się tak spieszył?
W istocie Zbiszek miał co zwiastować, dowiedział się bowiem pierwszy, iż panowie, którzy byli służbę króla rzymskiego i węgierskiego porzucili, aby do swojego pana powrócić, nocowali niedaleko i nazajutrz się Jagielle do boku stawić mieli. Między nimi byli Zawisza Czarny z bratem Farnrejem, Sulimczycy, Kalski Różyc, Wojciech Malski Nałęcz, Puchała Wieniawczyk, Janusz z Brzozogłów i wielu innych. Wiedziano już, że ich król Zygmunt zatrzymać pragnął i łaskami łudził i groźbami straszył; przecież nie złamał, ani znęcił, bo porzuciwszy dobra i skarby, precz poszli przebojem do swoich, zasłyszawszy o gotującéj się wojnie.
Rozradowała się twarz pańska i uśmiechnęła, a miał to za wyraźny znak łaski Bożéj i owoc modlitwy, że mu teraz o nich znać dano.
Inny z dworzan oznajmił téż, iż księżna Aleksandra, siostra Jagiełły, wielce mu ulubiona, drogę chce zabiedz, aby go widziéć i miéć z nim rozmowę. Spodziewał się téż książąt Mazowieckich obu, Janusza i Semiszki (Ziemowita), którzy z ludźmi nadciągnąć obiecywali ku Kozienicom pod Czerwieńsk, gdzie dla wojsk cieśle i budowniczowie niewidziany most na łyżwach budowali, któremu, kto go nie widział, wierzyć nie chciał.
Późną godziną król na rozmowie spędziwszy czas, szedł do przygotowanéj łożnicy, gdzie nań słudzy Borowiec, Czochal, Jurad i Nowek dla ściągnięcia szat czekali. Izbę dla króla w domu burmistrza obrano wprawdzie najlepszą, przecie mało co od tych jakie po wieśniaczych bywają dworach pokaźniejszą. Podłogę wysypano tatarakiem, łoże świeżém sianem i skórami łosiemi usłano. Tu miednice mosiężne i konwie do umywania stały, daléj leżały szaty i kożuch, co go nigdy nie odstępował i drobny sprzęt podróżny. Para świéc woskowych w lichtarzach srebrnych, ciężkich, nieco izbę oświetlała. W progu legła czeladź na straży, a w sieniach pacholęta i słudzy.
Nazajutrz król choć się obudził do dnia, bo w miasteczku wrzawa była od rycerstwa, które przychodziło i odjeżdżało, wywczasował się, poufalszych tylko przypuszczając do siebie, wedle zwyczaju, gdy Dobek znowu panów z Węgier zwiastował, że już się zbliżają, a oprócz nich posłów księcia słupskiego, szczecińskiego i meklemburskiego.
Książęta ci napół, jeśli nie całkiem już zniemczeni, niechętnie tu byli widzianymi. Miano ich w podejrzeniu, że posłów ślą, ale szpiegów, którzyby o siłach donieśli, choć się z pomocą i posiłkami ofiarowali. Słońce się jeszcze nie było dobrze podniosło, gdy wesołe okrzyki oznajmiły o przybywających, Zawiszach, Malskim, Puchale, Brzozogłowie i innych. Wyszedł król sam na ich spotkanie. Orszak téż był, na którym mile oko spocząć mogło i dusza mu się radowała. Jechali z pocztami świetnemi, wszyscy we zbrojach jasnych i pozłocistych, poprzepasywani wstęgami krasnemi, na koniach silnych, w rynsztunku pełnym, z mieczami kowanemi srebrem i złotem.
Gdy zatoczyli przed Jagiełłą, co było rycerstwa i dworu wybiegło się im przypatrywać. Zsiedli wszyscy z koni, i z Zawiszą na przedzie, przyszli się do kolan pańskich pokłonić, których Jagiełło z niewymowną radością przyjmował, gości karmić i poić rozkazując. A jako był do datku ochoczy, gdyby był tyle zamków podoręczu miał, ilu go rycerzy witało, dałby pewnie każdemu po jednym.
Wnet za nimi, ale znacznie nędzniejszym pocztem, przyjechali zapowiedziani posłowie książątek, którym z oczów zaraz źle patrzało.
Meklemburski, starzec z siwą brodą, a miną lisią, mówił za innych.
Królowi wyniesiono na podsienie siedzenie pokryte i tak ich tu przyjmował w szaréj opończy i słomianym kapeluszu, kazawszy rycerstwu strojnemu stanąć dokoła.
Poseł foremnemi słowy oświadczał od książąt, iż gotowi byli królowi posiłkować przeciw Krzyżakom; na co z polecenia Jagiełły, podkanclerzy Klemens (z Moskorzowa) odpowiedział, że za dobrą ich wolę król książętom dziękuje uprzejmie; lecz że już przy pomocy Bożéj sam się zebrał z ludem swym i litewskim i ruskim, więc bodaj czy nie byłoby zapóźno.
Meklemburski szeroko prawił o potędze i o wielkich przygotowaniach Zakonu, jakby trwogę siać pragnął, dowodząc, że posiłkiby nie zawadziły, bo i Zakonowi z Niemiec ciągną drudzy. Na co Klemens podkanclerzy odpowiadał, iż jakkolwiek krzyżacka potęga wielka, Boża jest jeszcze większa, a jeśliby do obozu książęta ich miłoście przybyć raczyli, gdziekolwiek króla zastaną, bodaj już na pobojowisku, rad im będzie.
Posłów potém marszałkowie u stołu swego przyjmowali i podejmowali hojnie z polecenia króla, a ci podochociwszy sobie, odzywali się z różnemi mowy i przekąsy, ale na odpowiedziach téż nie zbywało.
Nie dano się im bardzo rozpatrywać po obozie, ani na zapytania odpowiadano chętnie, ale ich do następnego dnia znosić musieli, dopóki się obdarzonych nie pozbyto. Dostał każdy po kożuchu pokrytym i po kubku pozłocistym, aby precz jechali.
W Sulejowie król już miał około siebie mało nie wszystkie siły swe, oprócz Wielkopolanów i Mazurów, którzy się z nim mieli połączyć dopiéro nad Wisłą. Tam téż nadciągnąć mieli Czesi z Morawianami, Sokoł, Sarnowski i inni z zaciężnym żołnierzem, taborami, wozy, działami i żywnością, którą różnemi drogi wieziono ku Czerwieńskowi.
Wszystko dotąd składało się bardzo pomyślnie, Jagiełło téż był dobréj myśli, chociaż przypadały nań i dnie posępne, w które mało mówił, a przystęp doń nie był bezpieczny. Rycerstwo szło duchem wielkim, pieśni zawodząc, mieczami brzękając, zbrojami świecąc, a rano i wieczorem gromadząc się na modlitwy. I gdzie obóz przystanął, kapliczny namiot rozbijano, aby służba Boża nie ustawała. Król mszy codzień słuchał, nim na koń siadł.
Dziesięciodniowe zawieszenie broni dozwalało wojskom nie śpiesząc, dociągać do samych granic krzyżackich.
Nie było prawie w tém ciągnieniu ani przypadku, ani szkody: co dziwna, gdzie taki tłok ludu orężnego z różnych stron ściągnionego i prawie obcego sobie. W Sejmicach tylko nade stawem, gdy namioty rozbijać właśnie zaczęto i o posiłku myśléć, burza napadła wojska sroga. Był to dziań sobotni i właśnie się rybami raczyć miano, bo ich było podostatkiem, gdy w namiocie Dolka z Oleśnicy, który ze swoimi przy misie ryb siedział, piorun padł na samą misę, ryby ze szczętem spalił i zniszczył, tak, że ich nic nie zostało, nikogo z siedzących nie tknąwszy. Za cud prawdziwy poczytano, iż się na wielkiéj trwodze skończyło.
Na ŚŚ. Piotra i Pawła ciągnęło wojsko do Kozłowa nad Bzurą, tam niedzielne świąteczne razem odprawując nabożeństwo.
Niepokojono się nieco, wieści od Witolda oczekując, gdy goniec od niego do Jagiełły przybył, że ze wszystkiemi siłami swemi stoi nad Narwią, nie śmiąc się przeprawić przez nią, w obawie, aby go nieprzyjaciel nie zaskoczył z tyłu, lub z boku. Zaczém mu chorągwi kilka zaraz dla obrony posłano.
Ciągnęło tak wojsko daléj do Kozienic, gdzie ów sławny most dlań budowano, na owe czasy osobliwy i niewidziany. Był to pierwszy tego rodzaju do przeprawy użyty, a tak mocny, iż po nim nietylko wojsko całe, ale działa i kule kamienne i wozy z żywnością bezpiecznie przeprawiać się mogły na przeciwny brzeg do obozu, kędy Czechowie kunsztem swym tabory ustawiali.
Tu dano znać królowi o Witoldzie, naprzeciw którego ze świetnym pocztem jechał Jagiełło na powitanie i prowadził go do owego mostu, umocowanego kobylicami ogromnemi u brzegów i obwarowanego strażą.
Rycerstwo całe wysypało się niemal dla widzenia Witolda. który sam miał postawę pańską i orszak piękny, ale wojska jego, szczególniéj Tatarowie, dziko wyglądali, szli niesfornie i uzbrojeni byli licho.
Rycerstwo Jagiełłowe w żelazo okute, uzbrojenie miało przedziwne, kopie długie i daleko sięgające; u Tatarów i Litwy oręża i zbroi było zamało, kopie lekkie i krótkie, a lud szedł tłumnie, kupami i hałaśliwie. Dopiéro się to miało późniéj w chorągwie i szeregi wedle wzrostu i siły uporządkować i ustawić.
Tu tedy wraz wojska oba poczęły zwolna przez most przeciągać, chorągwie ze starszyzną na czele, lub jak na processyi w porządku... i zaraz na drugim brzegu namioty rozbijano. Tu téż zaraz obok królewskiego pierwszy wielki namiot na kaplicę przeznaczony ustawiono, w którym chór był i wszystko czego kościelny wymaga porządek.
W święto Nawiedzenia N. Panny Maryi, jechał król do Czerwieńska do klasztoru na nabożeństwo, ze znaczna częścią rycerstwa swojego. Tam nań czekał Jakób biskup płocki.
Msza dla wojska, które się w kościele pomieścić nie mogło, odprawiała się na wzgórzu przed murami, u ołtarza umyślnie ustawionego, obok którego téż i kazalnicę wzniesiono dla biskupa, kobiercami obwieszoną.
Z niéj Jakób biskup miał po polsku do tłumów zgromadzonych przemowę, przekonywając tych, którzyby jakową trudność w sumieniu miéć mogli, iż wojna przeciwko Zakonowi niemieckiemu sprawiedliwą była i tysiącznemi krzywdy, a przeniewierstwy i chciwością ich nienasyconą, wywołana.
A był ów biskup Jakób człowiekiem nietylko uczonym z ksiąg, ale natchnionym i wymownym, tak że gdy za krzywdy o pomstę do Boga wołać zaczął na Niemców, szmer się stał i okrzyki, jakby wnet kto żyw biedz chciał i wojować z nimi. Słuchali wszyscy poruszeni mocno i szable w pochwach brzęczały, bo po nich niecierpliwie uderzały dłonie. Nie jeden co ostygłym tu przyszedł, gorącym powrócił.
Tu także na obozowisku pod Kozienicami a Czerwieńskiem, posłowie panów węgierskich, którzy pokój niby mieli układać między Jagiełłą a Krzyżakami, z Torunia jadąc, przysłali polaka Dobiesława Skoraczewskiego, z prośbą, aby im król dzień na posłuchanie naznaczył. Żądania krzyżackie były im już bowiem wiadome, chcieli posłyszéć królewskie.
Gdy Dobiesław do obozu przybył i oznajmił się, król wraz z księciem Witoldem naradzał się, jakąby dać odpowiedź. Oba oni znali doskonale Niemców i Zakon, a wiedzieli dobrze, że rokowania te do niczego doprowadzić nie mogły. Nie chciano ich jednak odrzucać, ażeby nie mówiono, iż chciwymi byli wojny, a pokojem pogardzali.
Zaniósł więc podkanclerzy Dobiesławowi odpowiedź, iż król następującą sobotę i niedzielę na posłuchanie naznacza, ale miejsca ukazać nie może, bo wojsko daléj ciągnąć musi stanowisk pewnych wyznaczonych niema.
Skoraczewskiego polaka, który przy Jagielle znajomych wielu miał, a w obozie pokrewnych, z Torunia wyprawiono i dlatego, ażeby się w wojsku rozpatrzył, a opowiedział jak je znalazł.
Gotowi do wyjazdu, czekali jeszcze w Toruniu na wysłańca panowie węgierscy Mikołaj Gara i Scibor ze Sciborzyc. Na zamku ich komtur ugaszczał z W. Mistrzem. Gdy o Dobiesławie znać dano, że wrócił, zbiegło się co żyło, słuchać co powié i co z sobą przynosi.
Komturów i starszyzny na zamku było wielu, wszyscy czekali odpowiedzi, gdzie króla zastał, i z jaką siłą i z jakiém sercem?
Skoraczewski, który całe dwa dni w obozie przebył, a miał czas się wszystkiemu dobrze przypatrzéć, rzekł, że król Wisłę przeszedłszy, stał już pod klasztorem w Czerwieńsku.
Zdumieli się wszyscy, ale uwierzyć nie mieli ochoty. Skoraczewskiego podejrzywano o kłamstwo.
— A książe Witold?—zapytał Mistrz—czy się już z królem połączył?
— Tego właśnie samego dnia, gdym ja do obozu przybył, nadciągnął z licznym, dobrze uzbrojonym i silnym zastępem — rzekł Dobiesław.
Na to uśmiechnął się W. Mistrz, a za nim i inni śmiać się zaczęli.
— W Witoldowém wojsku — rzekł — więcéj ludzi do łyżki, niż do zbroi!
— W. Miłość mi przebaczy—mówił Dobiesław—oczom moim wierzyć muszę. Lud dobry, odziany porządnie i wygląda na dzielnych rycerzy.
Na to jeden z komturów wyrwał się:
— Lepiéj my ich od waszmości znamy, bośmy z nimi nieraz do czynienia mieli: policzyćbyśmy mogli i ludzi i konie.
— Lecz — wtrącił W. Mistrz — powiedzcież nam co jeszcze o tym sławnym moście, który mieli na powietrzu zbudować.
Zaczęli się inni śmiać, most miano za bajkę.
— Widziałem i most—rzekł Dobiesław,— nie w powietrzu wprawdzie, tylko na wodzie zbudowany bardzo misternie. Wolno kto chce szydzić z niego, ale całe wojsko przeszło przezeń suchą nogą i wozy po nim przeprowadzano w oczach moich, a most ani się ugiął pod ich ciężarem.
Za przykładem W. Mistrza śmiać się znowu poczęli Krzyżacy, podejrzywając już coraz bardziéj Dobiesława o kłamstwo i przesadę przez miłość dla swoich. Wielki Mistrz odwrócił się od niego i poszedł do siedzącego Scibora, któremu szepnął cicho:
— Wasz poseł bajki nam prawi do prawdy niepodobne. Posyłaliśmy tam od siebie ludzi wiary godnych i przynieśli nam oto pewną wiadomość, iż król Jagiełło po nad Wisłą się błąka, probuje przeprawy przez rzekę, próżno szukając brodu; że wielu potracił ludzi, którzy potonęli w Wiśle, usiłując ją przepłynąć, Witold zaś stoi nad Narwią i przejść jéj także nie może.
Pomimo, że W. Mistrz mówił z cicha, usłyszawszy to Skoraczewski, uniósł się gniewem, bo szlachcicowi kłam zadano.
— W. Miłość zadajesz mi fałsz—zawołał — opowiedziałem wszystko, jak widziałem naocznie. Raczcie ze mną kogo ze swoich wyprawić, a w ciągu trzech dni dowiodę i przekonam, że praw jestem i że tak jest jak donoszę.
Mistrz się odwrócił.
— A nam to na co potrzebne?—spytał. — Ani słać, ani na nowo badać nie mamy ochoty. Okaże przyszłość, kto z nas lepiéj wiedział. Wy jako polak mówicie, wynosząc potęgę swojego króla, którego my wcale się nie lękamy.
Stanęło na tém.
Wielki Mistrz zaufany był w siły, w sposób prowadzenia wojny Zakonu i w zasoby. Mało co potém nadbiegł posłaniec od komtura ze Swiecia. Co przyniósł tajono ściśle, lecz wyrozumiéć było łatwo, że nic dobrego. Wojna się pod złą wróżbą rozpoczynała. Janusz z Brzozogłowy, starosta bydgoski, właśnie pierwszy na swą rękę wojnę rozpoczął. Natychmiast po wyjściu rozejmu zebrał garść ludzi i z nią puścił się pod krzyżacki zamek Świecie. Gdy łuny dokoła zaświeciły niespodzianie, uderzono na gwałt w grodzie; Krzyżacy siedli na koń i sądząc, że z małą jakąś garścią mają do czynienia, rzucili się śmiało w pogoń.
Tego właśnie chciał starosta. Uciekający napozór żołnierze, wciągnęli pogoń w zasadzkę uczynioną w miejscu dobrze osaczoném. Wszystkich Krzyżaków wybito lub do niewoli pobrano. Oprócz knechtów i czeladzi, samych braci pięciu do niewoli się dostało. Przestraszony o los zamku W. Mistrz, posłał liczniejszą załogę i zwołał rycerstwo z całego powiatu na jego obronę. To było pierwsze spotkanie i pierwsza wróżba, któréj Krzyżacy nie wzięli do serca.
Przypisano to nieudolności komtura i przypadkowi, zemsta tylko rozbudziła się w sercach.
Król Jagiełło w pochodzie między Czerwieńskiem a Żochowem, radosną tę odebrał nowinę.

∗             ∗

Wojsko ciągnęło lasem i zaroślami, dzień był skwarny, król uznojony i posępny jechał z głową okrytą na powolnym koniu, który miał nogi zdrowe i chód lekki, co rzadko razem się łączy.
Opodal nieco, konno i pieszo, szli i jechali dworscy, rycerze i panowie, rozmawiając pocichu. Zdala słychać było pieśni, które Witoldowi Rusini zawodzili, wytrwać bez nich długo nie mogąc w milczeniu. Las ledwie wolny wietrzyk poruszał, pogoda obiecywała się na dzień cały. Gdziekolwiek źródło lub studnia znalazła się na drodze, rzucało się do niéj co żyło i wysączano ją do dna. Nie jeden konia wprzódy pojąc, sam potém kropli już nie dostał, ale koń był pierwszy u żołnierza. Niektórzy, po borze, przypominając lata młodsze, dojrzéwających jagód szukali, by niemi zwilżyć usta spalone, inni grzybami napełniali hełmy, aby je upiec na noclegu. Łamanemi gałęźmi opędzano od much zmęczone rumaki.
Zdążano już ku granicom, gdy w pośród gościńca, gdzie się drogi krzyżowały, a za pogańskich czasów stały bożyszcza na słupach, na których miejscu późniéj powznoszono figury i krzyże, ujrzał Jagiełło podniósłszy oczy, widok szczególny, a że bojaźliwym był na białogłowskie czary, spotkania i wszelkie uroki, zrazu konia zatrzymał, zżymając się.
W dąbrowie u rozstaju widać było rozłożony dosyć szeroko obóz, zapalone ognie, rozstawione stoły, rozbity namiot, wyładowane wozy, około których zwijało się więcéj niewiast, niż mężczyzn. Na gałęziach kilku dębów rozpięta ogromna opona różnobarwna, osłaniała proste z opiłków zbite stoły i ławy na pieńkach wymoszczone. Niektóre z nich przysłaniały wschodnie kobierce.
Przodem przed tém gospodarstwem leśném, z chlebem i solą na pozłocistéj misie, stała kobieta średnich lat, słusznego wzrostu, silnéj budowy, poważnéj postawy, w ciemne szaty ubrana, z białą na głowie zasłoną.
Twarzy była już nie pięknéj i zmarszczkami wczesnemi zoranéj, ale ślady piękności i siły w niéj się zachowały. Uśmiechała się zdala do króla, który konia wstrzymawszy, przeciwko czarom możliwym usiłował się na wszelki wypadek obwarować, spluwając dokoła i złamane słomki, które zawsze przy sobie nosił, przez głowę koniowi rzucając na gościniec.
Jechał téż za królem dworzanin Waśko i szedł pieszo podkoniuszy Hanusz. Obrócił się Jagiełło ku nim, wskazując ręką na obóz i pomrukując, aby się dowiedzieli, ktoby to był, co go chciał niespodzianą uczcić gościną. Waśko konia spiął, kilkanaście kroków pośpieszył naprzód, i popatrzywszy tylko, nie pytając nikogo, do stojącego króla zwrócił nazad, z twarzą rozjaśnioną, wołając:
— Kniażna Aleksandra Olgerdówna Siemiszkowa (Ziemowitowa).
Im chmurniejszą zrazu twarz był uczynił Jagiełło, tém się teraz rozśmiał weseléj, koniowi popuścił cugli, ale nim do miejsca dojechał, zsiadł i z wielką czułością siostrę poszedł witać.
Grubym swym głosem, który im weselszym był, tém silniéj brzmiał, począł jéj czynić wyrzuty, że go tą niespodzianką nastraszyła. Ale tuż, zrzuciwszy nakrycie z głowy, na ławie siadł i o wodę do swoich zawołał, bo jéj nikomu oprócz podczaszych, podawać mu nie było wolno. Nadjechał téż i ks. Witold, który się witał i obok miejsce zabrał.
Księżna z licznéj rodziny dwóch tylko synów z sobą miała, ale kobiecy dwór bardzo liczny, który w téj chwili z za namiotów, drzew, krzaków i za wozów stojących dokoła wyglądał, ciekawie się przypatrując przeciągającym rycerzom i stojącemu orszakowi pańskiemu. Szło bowiem wojsko chorągwiami daléj ku Żochowu, a ze dworu tylko i przybocznéj straży cokolwiek przedniejszych zostało przy królu i Witoldzie.
Rozchodząca się woń pieczonego mięsiwa i kuchennych przypraw, nie jednemu wygłodniałemu wyrwała westchnienie. Król był jak zawsze, siostrze niewymownie rad, mając do niéj z lat młodych przywiązanie szczere.
Dwóch jéj chłopaków, którzy mu do nóg upadli, po głowach i policzkach poklepał, a oczyma téż z ukosa, ostrożnie i ku białym paniom w głębi stojącym spozierał. Znano go z tego, że do niewiast miał słabość do najpóźniejszego wieku. Dwór księżnéj krył się niby wstydliwie, na prawdę jednak radby się był pokazał i bliżéj napatrzył rycerzy.
Szmer słychać było i śmieszki za oponami, a ciągnący żołnierz oczyma ścigał równie pożądliwemi piekącą się zwierzynę i chowające niewiasty. Jagiełło jął stojącą księżnę wypytywać o rodzinę jéj liczną, każdego wymieniając po imieniu, śmiał się rad i czekał, aż mu co jeść podadzą. Wtém nagle oczy jego biegające niespokojnie, zatrzymały się i utkwiły w miejscu jedném, oderwać się od niego nie mogąc.
U wnijścia do namiotu stało dziewczę, strojne, piękne, uśmiechnięte, z kwiatkami powtykanemi we włosy, śmiało patrząc w oczy królowi, jakby się nic majestatu jego nie ulękło. Wielka piękność i świeżość téj twarzyczki nie samego tylko króla uderzyła: Ks. Witold, a daléj nieco stojący dwór, oczy w nią mieli wlepione. Było coś wyzywającego i niepokojącego w tém zjawisku leśném, które jakąś boginię puszcz litewskich przypominało.
Król zcicha szeptał: „Ragana!” i znowu rzucał słomki dokoła siebie, ale oczów oczarowanych oderwać od niéj nie mógł.
Ks. Witold wreszcie przystąpiwszy do księżnéj Aleksandry, spytał kogoby to z sobą przywiozła?
— Czarownicę jakąś macie, która ludzi oczyma pęta — rzekł śmiejąc się.
Księżna odwróciła się i postrzegła dziewczę.
— Dowiecie się co za jedna — odpowiedziała — nie należy ona do mojego dworu, w gościnie u mnie z matką i wujem, a spotkałam ich właśnie, gdym tu w drogę jechała.
Jagiełło przysłuchiwał się ciekawie, patrzał i spluwał coś szepcząc.
— Dziwnie piękna — ciągnęła daléj księżna — a co więcéj dziwnie śmiała, wesoła i mądra, więcéj niż na dziewkę przystało. Od wczoraj mi cały mój dwór zbałamuciła.
Na tém się przerwała rozmowa, gdyż na stół właśnie przynoszono misy z polewką i mięsiwa dymiące parą, a wkoło zwijały się kobiety księżnéj i pachołkowie, najprzód stół zastawiając w pośrodku przed królem.
Nie tknął jednak Jagiełło nic, dopóki mu jego podczaszy z podróżnéj skrzynki nie dobył kubka, misy, noża, łyżki, do których nikomu się dotknąć nie było wolno, oprócz niego i nikomu królowi do stołu posługiwać, oprócz tych, co byli do osoby jego przywiązani.
Gdyby przypadkiem, czy umyślnie, ktokolwiek ruszył kubek pański, lub łyżkę, jużby ich król więcéj nie użył, tak się czarów obawiał i złych ludzi. A kiedyż więcéj mógł się ich lękać, jak przed tą wojną, któréj był głową, czując, żeby go Krzyżacy zgładzić byli radzi?
Zasiadł ks. Witold opodal naprzeciw, księżna przy bracie, rycerstwo, kapelan i kilku duchownych w końcu i przy drugim stole. Podczaszy przyniósł miednicę, nalewkę i tuwalnię królewską, wszyscy dokoła ręce umywać zaczęli, aż wstał kapłan i błogosławieństwo odmawiał, którego wszyscy stojąc słuchali pobożnie. Siedli potém, ale nikt do misy nie sięgnął, póki król nie począł jeść i nasyciwszy głód, nie posunął jéj od siebie.
Wszczęła tedy księżna Aleksandra cichą rozmowę, o czém jeśli nie o wojnie a Krzyżakach? Jagielle wiadomém było, że książęta Mazowieccy sąsiedztwem zmuszeni, w stosunkach byli z Zakonem, a Mistrzowie krzyżaccy zawsze sobie łaski i względy księżnéj, jako siostry króla, skarbić starali. Szły często podarki z Malborga do Płocka i Warszawy, posyłano je téż ztąd do Torunia i Malborga, wraz z przyjacielskiemi listy. Mówiono, że księżna Aleksandra potajemnie Zakonowi sprzyjała. W Płocku wiedziano o Krzyżakach i ich obrotach lepiéj częstokroć niż w Krakowie i Wilnie.
Szli teraz książęta Mazowieccy razem z królem na wojnę, bo inaczéj począć nie mogli; lecz więcéj niż ktokolwiek życzyli lub walnego zwycięztwa, coby nieprzyjaciela na wieki złamało, albo uniknienia wojny, za którą pomstą straszną grożono.
— Idziemy więc na tę wojnę — szeptał Jagiełło — niechętni, przymuszeni, bo pokoju sprawiedliwego nie chcą i nie dadzą; idziemy w Bogu ufając i w dobroci naszéj sprawy.
Westchnął, a księżna powtórzyła za nim to westchnienie.
— Zawsze wojna jest nieszczęściem — odpowiedziała — cóż dopiéro z takim nieprzyjacielem, który ma stu jawnych, a dwustu potajemnych sprzymierzeńców i przyjaciół, i tysiące kunsztów nam nieznanych. Sami się Panem Bogiem zasłaniają!
— Wiem-ci ja co ta wojna znaczy — rzekł Jagiełło — albo trzeba ich wywieść precz, lub głową nałożyć. Nie chciałem jéj i nie chcę. Czemuż nie przyjmą słusznych warunków? Ja tylko tego co nasze pragnę... Któż wié, ażali gdy panowie węgierscy nadejdą, nie ułoży się coś i daj Boże, aby się ułożyło, jeśli jeszcze czas po temu. Ale cóż słychać z tamtéj strony? co od nich?
— Właśnie mi wieści kobiety te z Torunia przywiozły, uciekając i szukając schronienia przed wojną.
— Jakie kobiety? — spytał król.
— Te, o które Witold pytał, a wy na nią patrzaliście, bo dziwnie piękną jest.
— Cóż mówią? co mówią? — poczęli król i Witold.
— Któż wié, czy one co wiedzą i czy nie rośnie im w oczach potęga Zakonu? — mówiła księżna. — Przygotowania wielkie i straszne być mają, jakby nie na wyprawę szli, ale na zawojowanie krajów naszych. Z zagranicy, z Niemiec, z Anglii, płyną goście niepoliczeni z orszakami łuczników, kuszników, rycerzy. Ściągają działa, kule, prochy. Najemny żołnierz z nad Renu, ze wszystkich ziem niemieckich, z Czech i Morawy nieustannie przybywa.
— Czechów i Morawian i my mamy dosyć — odparł król — dwom Bogom służą.
— Byle obu nie zdradzili — wtrącił Witold — boję się najemników, co się na cudzéj ziemi, za cudzą sprawę dla chleba biją: zły to żołnierz.
— Mówcie — rzekł Jagiełło — co więcéj? Gotowi oni tam?
— Wszystko w poruszeniu: na zamkach, po grodach, w powiatach, osadzają załogi knechtami, mało co zostawując rycerzy: co żyje ciągnie ku granicy zastępy ogromnemi. Najdzielniejsi komturowie i sam W. Mistrz na czele.
— I nie trwożą? — spytał Witold.
— Odgrażają się tylko — mówiła księżna.
— Mistrza tego znam zdawna — przerwał Witold — jeszcze za Wallenroda czynniejszym był od niego. Rycerz mężny, dzielnego serca, ale pycha wielka. Jeśli go co zgubić ma, to chyba gorączka i porywczość.
— My Bogu ufamy! — dokończył król. — Nie tajna nam potęga Zakonu, ale mężnych ludzi i u nas sporo, a z zagranic coś się téż zebrało.
Westchnął król pochmurniawszy, zawołał na podczaszego, aby wodę podano, ręce chciał myć, jedzenia mając dosyć.
Drudzy w końcu stołu dopiéro byli mięsiwa rozbiérać zaczęli, pozostali dłużéj nad niemi, noże odpasawszy i krając każdy sobie.
Wstał tedy Jagiełło i uszedł z siostrą na stronę nieco, a tuż znowu z poza namiotu ukazała się twarz uśmiechnięta dziewczęcia i obok siwa głowa staruszka, na którą król popatrzywszy z uwagą, uderzył się w czoło.
— A ten kto jest? — zapytał wskazując.
— Duchowny, który kobietom tym towarzyszył w drodze, krewny ich.
— Ja go znam — żywo dodał Jagiełło — jam go kędyś widział? Był między pisarzami moimi. To ksiądz Jan!!
Skinął ręką, ksiądz poruszył się, ale przybliżyć jeszcze nie śmiał, sądząc, że nie jego wołano; powtórzył król wezwanie ręką, i dopiéro się stary wychylił prędko, idąc do ucałowania ręki pańskiéj.
Weselszą twarzą witał go król.
— A witajże, witajże — zawołał — już was to dawno widać nie było? Coście czynili? gdzie bywali, co czynicie i jakeście się tu dostali?
— Sądzę, że mnie chyba Bóg tu wysłał, abym miał to szczęście jeszcze raz królewskie oglądać oblicze, bom się ani spodziewał tu być, ani nawet śmiał pragnąć.
— A no mów, księże Janie — dodał król — zkąd? jak?
— Wprost z Malborga i Torunia jadę.
— Po dobréj woli? — rzekł król zdziwiony.
— Pielgrzymowałem do N. Panny pieszo, a razem siostry szukałem straconéj. Wzięli mnie za szpiega Krzyżacy i uwięzili, chcąc dać na męki. Cud Boży od śmierci uchronił, z siostrą razem uchodzimy z Torunia.
— A prawda to — wtrącił król żywo — że tam taka burza na nas się zbiera?
— Nie wielem widział — odparł ks. Jan. — Kobiety moje, które tam mieszkają, więcéj o tém wiedzą, ale jako niewiasty, tyle tylko, że się tam wszelka siła zbiera i gniew, a zaciętość wielka.
Popatrzał nań król.
— Cóż wy mówicie, księże Janie? co wy nam wróżycie.
Twarz starca zadumana, jakby od lampy w piersiach płonącéj, ożywiać się i rozjaśniać zaczęła; mienił się natchniony, a w oczach rosnął.
— Ziemskich spraw wiem niewiele — zawołał — rozumiem je mało. Przeszedłem pielgrzymując znaczną część ziem Zakonu, stawałem po ich zamkach, patrzałem na życie, dziwiłem się temu Zakonowi, z krzyżem chodzącemu wszędzie, a pogańskiego ducha i pychy!! Nigdy Bóg dumnym, a ufającym sobie nie daje długiego zwycięztwa. Cieszyć się im dozwoli, aby ich więcéj jeszcze poniżył i zgniótł. Kto z Bogiem w sercu idzie, zwycięży. Oni się Bogiem posługują, a nie Jemu służą.
Księżna słuchając pobladła nieco i spuściła głowę, zdawała się nie rada téj mowie.
— Potęga Zakonu wielka — odezwała się — a nie wszyscy w nim źli są i zepsuci: nie bronię ich, lecz się lękam. Za nimi papież rzymski, za nimi król Zygmunt, cesarstwo i Niemcy całe; za nimi skarbiec ich i nauka jaką mają, i lud rycerski.
— A z nami będzie Bóg! — odparł ksiądz. — Na czyjej-że ziemi siedzą, dlaczego sobie ją przywłaszczają? Nędza i niewola ludu podbitego, na którą patrzałem, woła o pomstę nad niemi.
— Mój Ojcze — przerwała księżna — nie podżegajcie króla do wojny, lepiéjbyście go ku pokojowi skłaniali.
— Bóg świadek, nie do wojny zaczepnéj kuszę, bom kapłan Boga pokoju — odezwał się ks. Jan — ale do obrony ducha dodaję, a mówię czém mnie sumienie natchnęło.
Spuścił głowę z pokorą i umilkł: na twarz księżnéj wystąpił rumieniec.
— Posłuchajcie co mówią te kobiety — odezwała się żywo — wszak-ci to siostra ks. Jana.
— Siostra wasza? — wtrącił król — rad posłyszę.
Zwrócili się ku namiotom. Ksiądz za królem szedł. Księżna skinęła na stojącą obok Noskowę z córką i kazała jéj przystąpić.
Rozkaz ten zrozumiała téż Ofka, jako jéj dotyczący i niechcąc saméj puścić matki, zdążała za nią ku królowi, który na idące kobiety, strojne i bogato przybrane, ciekawém spozierał okiem. Obu piękność czyniła na nim widoczne wrażenie, jednakże, choć siostrze księdza Jana i jéj córce, przystępu do siebie bliższego nie rad był dozwolić i cofnął się kilka kroków, dając poznać, by zdaleka stanęły.
Z równą ciekawością wdowa i córka jéj w króla się wpatrywały. Noskowa pochyliła się nizkim ukłonem, który Ofka powtórzyła za nią.
Piękne dziewczę przybrało poważny pozór twarzyczkę niewinną, oczy jéj tylko strzelały niepohamowane.
Stały tak milczące, nie śmiejąc przemówić pierwsze, gdy Jagiełło zagadnął:
— Cóż się tam u Krzyżaków dzieje? wielki wybór na wojnę?
— A! — łamiąc ręce poczęła Noskowa — ludzie mówią, że nigdy jeszcze takiego nie pamiętają. Co żyje ciągnąć musi. Co dzień nowe poczty przybywają z Niemiec. Siła ogromna. Pola około zamczysk, jak mrowiem okryte orężnemi ludźmi, zbrojownie wszystkie otwarto i wypróżniono. Zaklinają się i przysięgają, że nie włożą do pochew mieczów, dopóki nie zwyciężą i w Krakowie nie zawrą pokoju.
Jagiełło pobladł nieco.
— Kobieca to mowa — wtrącił ksiądz Jan. — Powtarzacie co na rynku w Toruniu słyszeliście.
— W. Mistrz — dodała, jakby nie słysząc Noskowa — pała gniewem wielkim, o pokoju i słyszéć nie chce.
Jagiełło milczał. Ofka przypatrywała się, ksiądz po chwili dodał:
— Bóg wielki, Bogu ufać i serca nie trwożyć.
— Tak się czyni — dodał Jagiełło cicho.
— Ja do stóp W. Królewskiéj Mości schylam się — dodał ks. Jan — o pozwolenie wolnego przejazdu i schronienie siostrze mojéj.
— Pójdźcie do pisarzów, znacie ich, niech glejt wydadzą, niech jadą kędy chcą.
Skłoniła się Noskowa. Król popatrzywszy długo, dał im znak, by odeszły. Ofka obejrzała się raz jeszcze za siebie i pobiegła za matką.
— Dziewczyna osobliwa — szepnął Jagiełło — coś nieczystéj siły ma w oczach.
Ks. Aleksandra ramionami ruszyła.
— Dziecko to jest — zamknęła.
Konie królewskie już czekały, sam na sam pozostawszy z bratem, księżna go daléj jeszcze uprowadziła pod drzewa, gdzie ich nikt podsłuchać nie mógł.
— Trwożę się — rzekła mu — nie można przed ludźmi pokazywać obawy, aby im serca nie odejmować, ale w mojém jest przerażenie wielkie. Zewsząd dochodziły nas do Płocka wiadomości o przygotowaniach Zakonu nadzwyczajnych. Nigdy tyle nie wysypali złota, nigdy tylu nie sprowadzili ludzi, tylu nie rozesłali szpiegów i posłów. Mają wszystko i wszystkich za sobą.
Jagiełło słuchając westchnął.
— Wiem o tém — dodał — i nie mniéj od was się trwożę, ale ludowi memu własnéj obawy wszczepiać nie chcę. Cóż począć? Panowie się na pokój nie godzą, Krzyżacy sami go nie chcą.
— Owszem oni go pragną — odezwała się księżna, dobywając papier z pieczęcią z za sukni i oglądając się wkoło. W. Mistrz pisze do mnie.... nie chce przelewu krwi chrześciańskiéj.
Oczyma prawie przerażonemi spojrzał król na list i cofnął się.
— Kto go przyniósł? — spytał.
Księżna pomilczała nieco, wahała się powiedzieć prawdy, a kłamać nie chciała.
— Ksiądz nic o tém nie wié — rzekła cicho, — kobiety te sekretnie mi go oddały.
Widać było, że król się wahał, chcąc list zabrać i tknąć się go obawiając; obrócił oczy, zdala stał Zbiszek z Oleśnicy: skinął nań. Gdy nadszedł, pochylił mu się do ucha. — Weźcie list do siebie i nie okazujcie nikomu.
Zręcznie bardzo księżna papiér podała przybyłemu, król znowu dał mu znak do odejścia. Jagiełło był poruszony.
— Czemuż nie przyjmą warunków, jakie im panowie moi podają? — rzekł zniżając głos — ja cofnąć się nie mogę! jam zmuszony, ja poniewoli idę, bo miary dopełnili. Chytry Zakon wciągnął nas w tę wojnę, pewien zwycięztwa.
— Nakłaniajcie do pokoju, królewskie słowo wiele znaczy — mówiła księżna — jeszcze jest czas, jeszcze dla układów rozpoczęcie wojny przeciągnąć można.
— Wojna się już rozpoczęła pod Świeciem — odparł król cicho.
Księżna ręce załamała.
— Nasi zwyciężyli — dodał Jagiełło — lecz cóż znaczy jedna porażka i to pierwsza. Mówią, że to wróżba dobra, ja ją mam za nieszczęśliwą.
— Jestżeś pewnym Witolda?
Król z pod oka spojrzał, i nie odpowiedział nic.
— Nie jest-że on z nimi w zmowie?
— Będą czuwać nad nim — krótko dorzucił Jagiełło.
— Wisi nad nami miecz, który nas wszystkich zgładzić może — mówiła księżna — zwycięzcy nie przebaczą nikomu, najadą Polskę, zniszczą Mazowsze, złupią Litwę, w perzynę obrócą wsie i miasta.
— Alem ja nie wyzwał i nie chcę wojny, ja pragnę pokoju — powtórzył król oglądając się i ocierając pot z czoła — jam go dziś zawrzéć gotów. Czemuż odrzucają słuszne warunki?
— Więc zwlekać trzeba, zwlekać do ostatniéj godziny.
Konie zaczynały rżeć, a rycerstwo siadać, ruch wszczynał się na rozstajach.
Król téż spojrzał niespokojnie dokoła i wyciągnął rękę na pożegnanie.
— Losy wojny — rzekł głosem przejętym — nieodgadnione. — Kto wié, czy nie ostatni raz się widzimy. W duszy mam złe przeczucia, nic mi ich odjąć nie może. Módlcie się za mnie.
Ks. Aleksandrze nie mniéj poruszonéj, łzy płynęły z oczów, schyliła się do ręki brata, który ją ściskać począł milczący. Wszystek dwór księżnéj wysypał się z namiotów i obozowiska, patrzéć na rozstanie i odjazd dworu.
W gromadce kobiet stała Ofka z oczyma, jakby rozognionemi, któremi rzucała po wszystkich, drżała z jakiéjś niecierpliwości.
— Co ci, szalona dziewczyno? — szepnęła matka czując jéj poruszenia.
— Co mi jest? — na ucho poczęła mówić Ofka. — Oto-bym z nimi na koń siadła. Dałabym rok życia, dałabym dwa, żebym mogła pojechać w tym orszaku.
Noskowa odwróciła się aż strwożona i zlekka trąciła ją po twarzy.
— Milczałabyś nieszczęśliwa — odezwała się niespokojna, aby kto nie usłyszał, co ci się po głowie roi?!
— Siedziéć za piecem i nie widziéć co tam będzie! A! to nie do wytrzymania — powtarzała tupiąc nogami Ofka.
Właśnie królowi konia prowadzono. Koniuszy strzemię podawał, księżna szła aż do miejsca, zkąd wyruszyć miano, to łzy ocierając, to ręką śląc pożegnanie. Witold już na koniu siedział. Zaledwie Jagiełło spiął się na siodło, dwór pobiegł téż do swych koni i każdy co najśpieszniéj cugle zgarnąwszy, strzemienia nogą szukał, a drugi i bez niego na grzbiet koniowi skoczył. Zawrzało i zatętniało w tym tłumie, bo niektóre konie w las niosły, inne się spinały, kąsały się dzikie i biły między sobą, dopóki silną ujęte dłonią, nie przyszły do porządku.
Ruszył tedy cały dwór, ustawiwszy się jak wprzódy, żegnając czapkami i głowami księżnę i dwór jéj, który coraz daléj występował na drogę.
Już czoło kolumny ciągnęło lasem, a za niém Jagiełło z Witoldem, dworscy, wojewodowie, rycerstwo, daléj konie, kolebki pańskie i wozy, i psy myśliwskie, i czeladź, i ciury.
Księżna zadumana stała z chłopakami swemi nade drogą, aż przeciągnęło wszystko i znikło w oddaleniu, a ksiądz Jan modląc się, żegnał ich długo krzyżem, który trzymał w ręku.
Naostatek umilkło w lesie i wozy księżnéj ładować do powrotu zaczęto. Noskowa téż z córką cofnęła się na bok ku swoim ludziom i koniom, stojącym daléj nieco w zaroślach. Tegoż wieczora zapowiedziany był wyjazd do Płocka. Kazano się toruńskiemu orszakowi Noskowéj do niego gotować, gdy ks. Jan przyniósł wiadomość nową, że księżna Aleksandra spocząć pragnie i noc w lesie spędziwszy, o brzasku dopiéro w dalszą wyruszyć drogę.
Jakoż wkrótce potém zwolna mrok padać zaczął, a ludzie się obwarowawszy od dzikiego zwierza i wszelkiéj napaści wozami, konie wziąwszy we środek, sposobili się do spoczynku. Małe ogniska zostały tylko niedogaszone.
Rozstawione straże pilnowały obozu noc całą.
Dzień się robił, i ludzie koło koni chodzić zaczynali, gdy od namiotu, w którym nocowała Noskowa, krzyk się dał słyszéć i płacz niezmierny. Wszyscy pobiegli dowiedziéć się, co się dzieje. Z rozpuszczonemi włosy, ledwie obrzuciwszy się odzieżą, z lamentem wielkim biegła wdowa do księżnéj namiotu.
— Córki mojéj nie ma! córkę mi porwano! — wołała.
Ruszyło się co żyło szukać śladów dokoła. Ks. Jan osłupiały z załamanemi stał rękami; młodsi na koń skoczyli, rozbiegając się na wszystkie strony. Nikt nie mógł pojąć, w jaki sposób od matki przy któréj spoczywała, nie rozbudziwszy jéj, mogła się dać porwać. Znikła zabrawszy część odzieży, a co więcéj znikła znaczna część złota, w które wdowa na podróż opatrzoną była i znikł sam dowódca straży z Torunia dodanéj, człek stary, siwy, ponury, milczący, ale z wierności swéj znany i ten któremu najwięcéj ufano.
Domyśléć się więc było już i matce saméj łatwo, że nie siłą pochwyconą została, ale po dobréj uszła woli. Dlaczego? dokąd? niepodobna było odgadnąć, przypominała sobie tylko Noskowa wczorajszy jéj wykrzyk, gdy dwór ruszał i rycerstwo, i padła na posłanie zalewając się łzami.
Nie było już mowy o czém inném, tylko o pogoni; ruszyli ludzie księżnéj i kilku z Toruńczyków, a obóz zwinąwszy, księżna rozkazała jechać do Płocka, dokąd Noskowa i ks. Jan za nią dążyć musieli.

∗             ∗

Im bardziéj zbliżano się ku granicom, tém surowiéj pilnowano porządku w ciągnieniu, a te tysiące ludu zbieranego po całym kraju i poza granicami utrzymać w karności i ładzie, nie łatwém było. Straże swoich własnych i od swych stawiać musiano, a karać bez litości niesfornych. Nie było noclegu prawie, na którymby mogiła nie pozostała zamordowanego w waśni, lub na drzewie nie zawisł winowajca bez pogrzebu. Ludzie się między sobą nie znali, i językiem a mową ledwie porozumiéć mogli. Obce twarze w tym tłumie ukazywały się nieraz, a opowiadały, że zbłąkały się od innych chorągwi. Zjawiali się ochotnicy zaciągający się na drodze, nadążali opóźnieni. Poza samém wojskiem wlokło się samopas idących ludzi wielu, niby doń należących, w istocie jak krucy czatujących na zdobycz jaką, lub złą sprawę.
Choć wojsko się trzymało chorągwiami i ziemiami, coraz w nich nowe jawiły się twarze.
Rankiem w Żochowie, gdy hasło do zwijania namiotów otrąbiano, a w królewskiéj kaplicy dzwonek się dał słyszéć, z którym zakrystyan chodził do mszy wołając, właśnie pan Andrzéj z Brochocina miał już zbroję wdziewać, którą mu pacholę podawało, gdy w otworze namiotu zjawiła się postać zupełnie mu nieznajoma. Był to młodziutki chłopak niepocześnie ubrany, ale bardzo pięknéj twarzy, lekko zaledwie uzbrojony, który z panem Andrzejem mówić pragnął, trochę zakłopotany i jakby czémś strwożony.
Brochocki Prawdzic był mąż stateczny, nie pierwszéj młodości, zawołany wojak, który więcéj życia spędził w obozach, niż w domu, gdzie gościem bywał. Prawy żołnierz, choć we dworze żonę i dzieci zostawił na Bożéj opiece, choć gospodarstwo całe téż więcéj Opatrzności zdał, niż włodarzowi, ducha był niezłomnego i wesołéj twarzy. Śmiało mu się oblicze, bo czuł, że się do granic zbliżali, gdzie się ciągnienie owo ciężkie zakończyć a wojna rozpocząć musi.
Cała szlachta z jego ziemi uważała go niemal za wodza, bo im wszystkim przodował doświadczeniem i męztwem, a przebiegłością wielką. Postawy był prawie olbrzymiéj, kościsty, silny, twarzy krągłéj, bladawéj, oczu i włosów czarnych, ust rumianych, nieco wydatnych, a zarosły jak żubr, że mu tylko z brody i wąsów czerwone wargi uśmiechnięte, a po nad niemi oczy wypukłe i ogniste świeciły. Rubaszny był jak żołnierz i do żartu ochoczy.
Obaczywszy chłopaka, który się kręcił w progu namiotu, zapytał go raźnie:
— A co ci to? czego chcesz?
— Mam poufne słówko do Miłości Waszéj.
— Miłość moja zbroję wdziewa — zawołał pan Andrzéj — trąbią na konie, gdy masz mówić, mów a śpiesz.
Stojący w progu wskazał na pacholę, które pan Andrzéj wypchnąwszy z namiotu, w kaftanie jak był zbliżył się do młodego przybysza.
— Mów! — rzekł krótko.
— Uciekłem od matki, aby się do wojska zaciągnąć — rzekł chłopiec rumieniąc się — przyjmijcie mnie do pocztu waszego.
Rozśmiał się Brochocki, rozpatrując w przybyłym. Wziął go za ramiona i potrząsł nim.
— Swierszcz jesteś — zawołał — gdzie ci to zbroję nosić: zgniecie cię na miazgę. Tfu! pdobniejszy do dziewczyny, niż do żołnierza. Wracaj do pani matki i gęsi paś: lepiéj zrobisz.
Chłopak zakwitł jak wiśnia i do ręki Brochockiemu się rzucił.
— Mój panie! mój ojcze! ja muszę iść na wojnę.
— To cię znój, głód i niewczas zamorzy. Gdzieś musiałeś się chować w pierzynie, jeszcze ci nie czas. Probuj konia i kopii doma, a na przyszłą wyprawę...
Chłopcu się aż łzy z oczów potoczyły, lecz raczéj z gniewu, niż ze smutku. Podskoczył w głąb’ namiotu za Brochockim.
— Wy mnie musicie wziąć! — zawołał — to darmo.
— Cóżeś ty za jeden? zkąd? utrapienie jakieś? — śmiejąc się pytał pan Andrzéj.
— Nie mogę powiedzieć — odezwał się przybyły. – Mam ochotę do wojny i rycerskiego rzemiosła. Imię mi Teodor, a jeśli chcecie nazwiska... to z Zaboru.
Ruszył ramionami napastowany.
— Cóż ty myślisz, jak stoisz, bez zbroiczki, z mieczykiem, jak na ptaszki w pole iść! A konia masz?
— Koń jest, zbroję kupię i co trzeba.
— Kupisz? toś u pani matki grosza szarpnął: widzisz niegodziwcze.
— A cóż było począć? przecież to nie kradzież?
— Szalona pałka! — rzekł przypatrując mu się pan Andrzéj i obrócił go kilka razy we drzwiach namiotu. — Do czego się to zdało? Siły żadnéj, chrząszcz... w pierwszym lepszym ścisku, swoi cię zduszą: i na dziewczynę wyglądasz, jak Bóg miły.
Chłopiec się czerwienił.
— Gdybym chciał ulitować się nad tobą, na coś ty się mi zdał? niańki jeszczeby dla waszeci potrzeba. Sam jeden jesteś? — dodał Brochocki.
— Mam starego sługę.
— Dwie gęby więcéj? a tu i tak często nie ma co jeść!
— Ja się wyżywię sam.
— Matczynym groszem — śmiał się Brochocki — to mi zuch.
Wtém zatrąbiono po raz drugi. Pacholę nadbiegło oznajmując, że obóz się ruszać zaczyna i że na chorągiew niedługo przyjdzie koléj.
Brochocki więc co żywiéj poszedł zbroję wdziewać, lekką, jakiéj do pochodu używano. Myślał, że chłopaka się pozbył, ale ten stał uparcie u namiotu.
— Mój ty Teodorku! — krzyknął — czy jak cię tam zowią, ruszaj zkądeś przyszedł, ja cię nie wezmę. Dlaczego chcesz do mnie przystać, kiedy tu tylu innych jest, co cię chętnie razem z pieniędzmi wezmą.
— Nie pójdę od was — rzekł chłopak — jak wola wasza, już-ci mnie nie odpędzicie. Wlec się będę choćbyście bili. Na pierwszegom was trafił, Opatrzność Boża. Tak sobie rzekłem, że gdzie mnie oczy zaniosą — zostanę.
— Prawdziwe utrapienie! — zawołał Brochocki — idź-że ty mi!
— Nie pójdę! — krzyknął śmiało Teodor.
Brochocki już zbrojną ręką zamierzył się uderzyć go po plecach, ale mu się go żal zrobiło. Byłby mu nieochybnie połamał kości, bo chłopię było mdłe i delikatne.
Splunął więc.
— A więc na koń, do licha! — rzekł nagle — jedź za mną, ale pamiętaj żem surowy, i to pomnij, że jeśli ci się co złego przytrafi, o co łatwo, sameś chciał.
— To wiem — rzekł Teodor całując go w rękę — niech się dzieje wola Boża: jadę za wami. Nie zważajcie żem licho wybrany, kupię sobie napatrzywszy co potrzeba.
Ponieważ namiot zbiérać było potrzeba i czeladź się zwijała około reszty rzeczy, wyszli więc na pole. Tu gotowało się jak w garnku, roiło ludem, zamęt był zwyczajny przy wyruszaniu i żegnaniu obozu. Krzykliwe głosy, i śmiechy, i klątwy latały w powietrzu. Brochocki postrzegł opodal stojące dwa konie. Odgadł, że należały do przybyłego i poszedł je zobaczyć. Przy jednym z nich stał z siwemi wąsami stary sługa. Konie były tłuste, ciężkie i silne.
Pan Andrzéj na starego począł gdérać.
— A po coś to dziecko do ucieczki posiłkował? hę? a godziło się to?
— Niech pan próżno doń słów nie szafuje — rozśmiał się chłopak, — ani jednego nie zrozumié: Żmudzin jest.
Kukutis! — mruknął Brochocki — doskonale się do pary dobrali: jedno dziecko, a drugi niemy starzec. I na mnie to licho spaść musiało. Szczęście jeszcze, że ich karmić nie trzeba.
Na chłopaka, który konia dosiadał dosyć niezgrabnie, co stało dokoła patrzało: tak dziecinną, a raczéj kobiecą miał twarz.
Śmieli się niektórzy, markotno się zrobiło panu Brochockiemu i splunął.
— Jeszcze mnie kto oczernić gotów, że dziewkę za pacholę przebrałem! — mruknął. — Tegoby jeszcze trzeba, żeby o tém jéjmości doniesiono, toby mnie z domu miotłą wygnała za powrotem.
Wojsko z obozowiska ruszało, siadł i Brochocki na koń, już się nie bardzo troszcząc przybłędą: ani nań spojrzał do wieczora. Wieczorem nie spytał o niego, myślał, że się to albo gdzie zgubi, lub nastraszywszy drapnie do domu. Aliści nazajutrz rano chłopak się zjawił u namiotu. Wyglądał nieco inaczéj, bo już i zbroiczkę miał, i hełm lekki, i wszystko co żołnierzowi mieć przystało, a twarz znać sobie czémś umył, że mu zciemniała znacznie i kobiecéj téj białości nie miała.
Obejrzał go Brochocki wkoło i nie rzekł nic.
— Gdzieżeś to waszeć zdobył tak naprędce? — spytał późniéj.
— Ludzi tu siła — odparł chłopiec — każdy ma zbroi podostatkiem zapaśnéj, a nie wszystkim grosza staje: kupić tu łatwiéj, jak w mieście.
— Aby było za co! — wtrącił Brochocki śmiejąc się.
Choć sam pan Andrzéj na chłopaka niezbyt łaskawém patrzał okiem, w poczcie, do którego się tak trafunkowo przyczepił, przyjęli go towarzysze zrazu obojętnie, a drugiego, trzeciego dnia umiał się im podobać; młodość téż jego jednała mu serca: słowem, że go polubiono bardzo i choć go zwano i prześmiewano dziewczyną, przyjaciół miał we wszystkich. Wesołością, dowcipem i chętną szczodrobliwością najwięcéj sobie ludzi przyciągnął. Sypał pieniądze garściami koło siebie, poił i karmił, tak że mimo nieznanego nazwiska, mieli go za jakieś przebrane i utajone książątko.
Brochocki na to zdala patrzał, nic nie mówiąc; prawdę rzekłszy, nie było tam czasu lada czém się zajmować, bo wojna stała za pasem: wszystkim do niéj serca biły i wszyscy pytali się w duchu sami siebie, czém się ona skończy.
Na owe czasy, gdy z kilku tysiącami ludzi przedsiębrano wyprawy dalekie, przygotowania z obu stron były olbrzymie; łacno było przewidziéć, że na małéj utarczce skończyć się nie może.
Dwie potęgi zetrzéć się miały, na które cały świat zwracał oczy.
Żaden z sąsiednich krajów nie mógł wojska tak ogromnego wystawić, jakie z sobą Jagiełło prowadził. Sześćdziesiąt tysięcy rycerstwa szło z Polski saméj, czterdzieści i dwa wiódł Witold z sobą ze Żmudzinami i Rusią, na czterdzieści tysięcy liczono Tatarów, a zaciąg z Czech, Morawy, Węgier i Szlązka przechodził dwadzieścia.
Prawie sto tysięcy było pieszego ludu, reszta lekkiéj konnicy i ciężko uzbrojonego rycerstwa. Sześćdziesiąt ciężkich dział wlokło się za tą olbrzymią siłą.
Nie można było obrachować wojsk krzyżackich, nie dorównywały one jednak sprzymierzonym Jagiełły, chociaż przechodziły je niewątpliwie rynsztunkiem, wprawą i ładem. Trzydzieści i kilka tysięcy miał mistrz zaciężnego ludu z zagranicy, doskonałych wojsk niemieckich i pocztów gościnnych; – ale potrzebował obsadzić wielką przestrzeń granic, pozostawić w zamkach załogi i czuwać nad ogromną rozległością, nie wiedząc zapewne, zkąd nieprzyjaciel wtargnie. Dawniejsi sprzymierzeńcy książęta Mazowieccy i wielu innych, wypowiedzieli wojnę Zakonowi; a groźba króla węgierskiego i Inflantczyków przeciwko Witoldowi, nie bardzo Jagielle była groźną.
Wojska z Żochowa ciągnęły zaraz daléj ku granicom, które były już blizko, pojedyńcze oddziały wyskakiwały potajemnie na łupieże i pożogi. W wojsku z wyjątkiem Tatarów i części Litwy, którą w karności utrzymać było trudno, panował porządek surowy i powaga wielka na duchu. Dzień każdy zaczynał się od nabożeństwa, każdy niém kończył; pobożne pieśni rozlegały się po obozie i osiwiałych rycerzy klękających po dniu znojnym ze swoim ludem do pacierzy, widziéć było można wszędzie.
Zdawało się to niezmiernie dziwić młodego przybysza, który inaczéj sobie życie obozowe wystawiał. Często niedaleko od namiotu pana Andrzeja, przy którym się mieścił z pocztem jego, rozbijano drugi dla biskupa Wojciecha z Kraszewa Jastrzębca (poznańskiego). Poważny starzec gromadził zaraz lud, zagrzewając do modlitwy.
— Zaprawdę — mówił wesoły chłopak do towarzyszów — u was w obozie, jak w klasztorze, a zakonne rycerstwo krzyżackie pewnie się tak nie modli i tak ściśle godzin jak wy nie pilnuje.
— Za to nas w czambuł poganami nazywają! — odpowiedzieli śmiejąc się towarzysze.
Trzeciego dnia stary sługa, którego z sobą ów młokos przyprowadził, z noclegu zniknął. Nie można wiedzieć było czy się gdzie zabłąkał, i zwadziwszy został zabity, o co nie było trudno, czy zatęskniwszy do domu uszedł. Chłopak nie zdawał się tém bardzo dotknięty, drugiego sobie ciura nająwszy, aby mu około konia chodził.
— Stary Żmudzin — rzekł do towarzyszów — zanudził znać, że nie miał się z kim rozmówić; może do domu drapnął, a innego mi w swe miejsce przyśle.
A że nie było komu już pieniędzy, które z domu zabrało pacholę pilnować, Teodor zaniósł je Brochockiemu, prosząc by je przechował. Trzos był ciężki, i pan Andrzej poważywszy go na dłoni, rozśmiał się
— Opatrzny z waszeci chłop — rzekł — matusię dobrze skrobnąłeś, ale tego na wyprawę nie będzie nadto, gdy konie zaczną zdychać.
Stanął obóz pod Jeżowem, gdy dano znać, że Węgrowie przybywają o pokój traktować. Rozeszła się wieść po wojsku błyskawicą, a że Teodor był ciekawy wszelkiéj nowości, wyprosił się z drugimi popatrzéć ku królewskim namiotom.
Wojsko zalegało przestrzeń tak ogromną, że jéj okiem objąć nie było można. Królewskie obozowisko stało na boku wzgórza, gdzie i kaplica i Witoldów namiot i pisarze pańscy, i co przedniejszego się gromadziło.
Wjechali panowie węgierscy, wiodąc z sobą Szlązaka Jerzego Gersdorfa, który u Krzyżaków gościł, a miał polecenie rozpatrzéć się w wojskach i sile Jagiełły.
Teodorek z towarzyszami podskoczył ku drodze, kędy panowie jechali, ale Gersdorfa zoczywszy cofnął się rychło i za innych skryć usiłował.
Poczęli zeń żartować, że się brody Ściborowéj uląkł. A co dziwniejsza, Szlązak ów zobaczywszy chłopaka, jak osłupiały stanął. Pomimo, że się chłopię zasłonić starało, podjechał ku niemu, wpatrując się bacznie.
Z początku się to zdało dziwném towarzyszom, lecz Teodorek im szepnął, że Gersdorf znał jego rodzinę i zamyśliwszy się postąpił odważnie naprzeciw. Węgierscy panowie szli do namiotu króla, Szlązak pozostał z oczyma w chłopaka wlepionemi.
Naostatek zbliżył się ku niemu.
— Zkąd wy, z przeproszeniem? — spytał — i co za jedni?
— Z pocztu pana Andrzeja z Brochocina — rzekł chłopak, uśmiechając się — dlaczegoż to pan pyta?
— Twarz mi się waścina zbyt podobną do znajoméj wydaje, ale małoż to do siebie podobnych?
— A pewnie — rzekł chłopak podchodząc do Gersdorfa i przeprowadzając go ku namiotom. — Z pozwoleniem Miłości Waszéj, do kogoż to we mnie widzicie podobieństwo?
Gersdorf się rozśmiał.
— Nie mogę wam tego powiedziéć, bobyście się młody rycerzu, pogniewali na mnie.
Gersdorf był człek chytry i przebiegły, z oczów mu to patrzało; udawał towarzysza obojętnego panów węgierskich, a oczyma chciwie na wsze strony rzucał, więc téż rad był może, iż chętnego młokosa złapał, aby z niego co wyciągnąć.
Chłopak równie zdawał się z tego zadowolniony, jak to u młodzieży nie nowina, byle świeżą zabrać znajomość.
Rozmawiając odeszli nieco od stojących kup, co się ciekawie przypatrywały wjazdowi posłów.
— W. Miłość, panie Gersdorf — rzekł żwawo chłopiec, gdy dosłyszanemi już być nie mogli.
— A zkąd o mém nazwisku wiecie? — spytał zdumiony Szlązak.
Teodor się uśmiechnął figlarnie.
— Gdzieś tu w tłumie mi ktoś je powiedział, W. Miłość ciekawi pewnie jesteście naszéj potęgi. Jak mrowia nas tu. Wszakci do króla nie pójdziecie, chodźcież za mną.
— Dokąd? — zapytał Szlązak.
— Niedaleko — rzekł chłopak wskazując wzgórze — z wierzchołka téj wyniosłości będziecie mogli, jeśli nie policzyć, to choć okiem objąć ten lud, który idzie z nami. Myślicie, że drugie tyle będą go mieli Krzyżacy?
Gersdorf milczał niedowierzająco. Chłopak, który się już z obozem zapoznał, powiódł go między namiotami, sunąc się przez lud i konie, przeciskając zręcznie, aż na sam wzgórza wierzchołek. Tu dla upałów nie rozbijano namiotów, więc przestrzeń znaczna dosyć, piaskiem i jałowcami okryta, pustą była. Stanęli na niéj tak jak sami.
Widok jaki się z góry przedstawiał, najbardziéj oswojonego z rycerskiemi pochody i wojnami, mógł wprawić w zdumienie.
Było to jedyne miejsce może, z którego rozlane na niezmiernéj płaszczyznie obozy obejrzéć było można. Równina ku stojącym w dali lasom ciągnęła się jak okiem sięgnąć i jak wzrok sięgał, cała była ludem usłana. Gersdorf ręce załamał.
Widać ztąd było tabor królewski, Mazurów, obozowisko Tatarów i Rusi; namioty, szałasy, ognie, pasące się konie, utkwione w ziemię spisy ze znakami, wiechy, złożone w kupy długie kopie polskiéj jazdy, całe sznury wozów z kulami, żywnością i zapasami.
Gersdorf obrócił się w drugą stronę, i zewsząd ujrzał to niezmierne mrowisko okalające górę, z którego głuchy szmer, kiedy niekiedy okrzykami przerywany się unosił.
W ogromnéj dali widać było kupy konne, które się rozbiegały ku lasom i nikły w pyłu tumanach.
Kilka krzyżów błyszczących wetkniętych nad namiotami, oznaczały kaplicę króla ogromną, Wojciecha z Kraszewa biskupa poznańskiego i innych chorągwi. Majestatyczny widok ten dwukroć stotysięcznego ludu, stojącego niemal już na granicy dla obrony swéj ziemi od najazdu, zamknął usta Gersdorfowi. Stał osłupiały.
Towarzyszący mu chłopak przerwał nagle milczenie głosem drżącym.
— Nie pytajcie mnie — zawołał — ani kto jestem, ani co tu robię, ani się domyślajcie nawet; dosyć wam wiedziéć, żem życie i cześć stawił, aby Zakonowi służyć.
— Zakonowi! — zawołał Gersdorf cofając się — co mówisz?
— To co słyszycie: wy także mu służycie — dodał żywo chłopak — Dlategom was tu pierwszego przywiódł, abym wam tę potęgę ukazał. Słyszałem, że W. Mistrz lekko ją sobie waży, iż ją tłumem nędznym nazywa. Patrzcież dobrze, byście mu sprawę zdali.
Gersdorf podwójnie zdumiony, i widokiem i mową, przyjść do siebie nie mógł.
— To nie zwykła wojna, co się kończy grabieżą i spaleniem kilku wiosek — podchwycił Teodor, — to szarańcza co leci na ziemie Zakonu i źdźbła na nich nie zostawi.
Gersdorf się wstrząsł.
— Ale kto ty jesteś chłopcze?
— Na co ci to wiedziéć? — smutnie się uśmiechając dodało pacholę — zanieś tam wieści, które już i z innych stron odebrać musiano? Ale czy im Zakon uwierzy? Policz oczyma ile to tu tysięcy ludu? jaka to nawała stoczy się na krzyżackie kraje. Macież wy tyle, aby stanąć przeciw nim murem?
Szlązak wciąż patrzał oczyma chmurnemi.
— Naszych stu zakonnych braci — dodał — popędzi tych tysiące: zbroi nie mają, żelaza im braknie i... serca!
Chłopak się począł śmiać, ręką wskazał na prawo, gdzie się zwijała i warczała dzicz tatarska.
— Tam może! — rzekł — to dzicz, ale chciwa łupu i mnoga, a tu — odwrócił się w lewo ku rycerstwu polskiemu, którego zbroje świeciły na słońcu — i serca, wierzajcie mi, są, i koncerze i zbroje.
Dziwna ta rozmowa pacholęcia, któremu się coraz baczniéj przypatrywał Gersdorf, byłaby się dłużéj przeciągnęła, gdy na wzgórze nadbiegli ludzie z pocztu Brochockiego i otoczyli Szlązaka i Teodora.
— Tam — rzekł jeden — szukają was, Miłościwy panie, na obiad do króla, do którego i panowie Węgrowie proszeni.
— A traktowanie? — spytał Gersdorf.
— W wojsku słychać, że król je kilku słowy odprawił; więcéj nic nie chce jak zwrotu ziemi Dobrzyńskiéj i Żmudzi, a za ubytki co Zygmunt przysądzi.
Zamilkł Gersdorf, skinął swojemu towarzyszowi ręką i począł schodzić ku namiotom królewskim.
Młodzież na wzgórzu pozostała, ciesząc się wojsk widokiem, w których ruch wielki panował. Szczególniéj na prawém skrzydle u Witolda kręcili się ludzie, bo ich ze zmieszanych kup dobiérano i ustawiano w szeregi, dzielniejszych na przodzie, słabszych za nimi. Rozdawano znaki, do których się kupić mieli i zdala widać było na tykach rozwijające się różnobarwne chorągwie, malowane w bramy, pogonie i słupy. Każdą z nich witał lud okrzykiem, który się po obozie rozlegał.
Jeszcze stali na pagórku, wpatrując się w ten widok, gdy już obiad się znać w namiocie Jagiełły skończył, i wszystko z niego ciągnęło na toż samo wzgórze. Chciał król, nie tając swéj potęgi, pokazać ją panom węgierskim. Główny wódz tych sił szedł w szarym swym płaszczu i kapeluszu ze słomy, wydając się pośród orszaku jednym z ostatnich; ale na twarz jego, gdy wstąpił na wzgórze i objął oczyma okolicę, wystąpił rumieniec i uśmiech.
Węgrowie oba i Szlązak w ponurém milczeniu stali.
Stał téż nieco opodal miecznik krakowski Zyndram Maszkowiec, herbu Słońce, jeden z najdzielniejszych rycerzy i dowódzców, który króla w dowództwie samego zastępywał. A gdy obejrzeli wkoło obozowisko, skinął nań Jagiełło, dając mu znak. Małego wzrostu, ale krzepki i wejrzenia bystrego człek, ledwie postrzegł rękę króla wzniesioną do góry, wnet z pagórka schodzić zaczął. Poniżéj stali z różnych chorągwi ludzie, trębacze i oboźni. Zyndram powtórzył ów znak i naraz ozwały się najprzód u stóp góry, a potém daléj i daléj po obozie całym, jakby głosy sobie podając, trąby i bębny na trwogę...
Wszystka ta fala głów ludzkich, jak morze wiatrem nagle wzdęte, poruszyła się, zakipiała. Widać było kupy biegnące do koni i rozpierzchłe tłumy zbijające się w szeregi, w górę podniesiono znaki, co żyło skupiało się przy nich. Zagrzmiały hasła ziem i rodów, gwar ogromny rozniósł się po powietrzu.
Był to znak na trwogę dany, aby Węgrom pokazać, jak téż to wojsko, które Krzyżacy hałastrą zwali, ładu i porządku pilnować umiało. Jagiełło stał i nie upłynęło kilku pacierzy, gdy u stóp wzgórza poczęły przeciągać już w ściśnionych szeregach chorągwie, witając króla. Mogli Węgrowie napatrzéć się zbroi i hełmów, i kopij i mieczów, rozlicznych znamion, i rosłego a barczystego ludu, idącego z dzielnością wielką.
Przeciągały tak jedna po drugiéj chorągwie i pułki, a posłowie milczeli.
Ścibor miął w ręku długą brodę.
Gersdorf wyciągał palce, które mu w stawach trzeszczały.
— Najjaśniejszy Panie! — ozwał się wreszcie, skłaniając głowę przed Jagiełłą — widzimy już jak wielka jest twoja potęga, i że jéj się lekceważyć nie godzi; niechże ona ku chwale krzyża obróconą będzie, a nie przeciwko niemu! Godziż się ją słać na Zakon Chrystusowy?
— A godziż się Zakonowi Chrystusowemu zabiérać cudze ziemie? — odparł król krótko. — Jam człowiek prosty, ale mi codzień kapłani Ewangelią czytają; nigdzie w niéj nie znalazłem, aby Zbawiciel nietylko nakazywał, ale dozwalał najeżdżać spokojne kraje i krew niewinną rozlewać.
Zamilkł Gersdorf i inni. Słońce zapadające już jaskrawo oświecało najwspanialszy widok, który raz w ciągu wieków ziemia ogląda. W milczeniu uroczystém stał król posępny niemal.
Pomimo własnéj jego potęgi, tajemnicza, nieobliczona Krzyżaków moc, trwożyła go jeszcze. Nie wierzył sobie, w świeżo nawróconém sercu budziła się trwoga, aby Bóg chrześcian nie mścił się za tych, co się zwali dziećmi Jego.
Długo trwało wojska ciągnienie, aż znużony król, i dwór i posłowie, poczęli schodzić ku namiotom.
Był to dzień niedzielny i w kaplicach na nieszpór dzwoniono, chórem odzywały się pieśni do N. Panny.
Na całą noc spiesząc puścili się posłowie, którym dano osłonę aż do granic.
Nazajutrz rano zwinięto obóz, który stać nie mógł, ani czekać, i tabory sunęły ku Będzinowi nad Wkrę. Tu się okazało, jak niezmiernie trudno jest tłumy utrzymać w karności, gdy je wojenny szał ogarnie. Witoldowi Tatarowie po swojemu rozpuścili zagony, mordując, paląc i niszcząc, bo im ktoś podszepnął, iż tę ziemię trzymali Krzyżacy. Wygnane z wiosek pożarem i mordem kobiety, wpadły z jękiem do obozu: poruszyły się serca.
Ks. Mazowieccy, do których owa ziemia należała, podnieśli krzyki i narzekania; poszedł do króla biskup Wojciech, zbiegło się rycerstwo oburzone, grożąc, że pójdzie precz do domów, jeśli dzicz nie zostanie pohamowaną. W obozie stał się rozruch groźny. Biskup Jastrzębiec dla zbiegłych niewiast i dzieci namiot swój odstąpił, inni nieśli im chleb i słowa pociechy, pognano zaraz z rozkazu Witolda za rabusiami, uwolniono jeńców i obdarzonych do domów odprawiono.
Tu biskup Wojciech nie chcąc więcéj patrzéć na obraz zniszczenia i mordów, jako mąż pokoju pożegnał króla i wojsko, któremu aż do granic towarzyszył i nazad ku domowi zawrócił.
Widok tłumów zbiegłych ze wsi okolicznych, króla zaniepokoił. Spadła wina na Witolda i jego niesforne chorągwie, a w koronnym obozie nie prędko ukoiło się oburzenie.
Wojska wkroczyły za Będzinem w ogromną puszczę, która granic broniła. Nietknięty ten las odwieczny, cieniem swym przysłonił od upału i dał wytchnąć nieco. Tuż leżała rubież krzyżacka, i gdy się dęby rozstępować zaczęły, a pola i kraj ukazał nowy, król jadący z Witoldem, widocznie wzruszony konia zatrzymał. Jeszcze kroków nie wiele, a rozpocząć się miała wojna z nieprzyjacielem chytrym, ostrożnym i wytrwałym.
Przed nimi rozwijała się równina wielka, zieleniejące pola pokryte gdzieniegdzie zaroślami, i łąki.
Wodzowie i dwór skupił się cały przy Jagielle: była to chwila uroczysta. Drożyna ledwie dostrzeżona dzieliła od nieprzyjacielskiego kraju. Rycerstwo hełmy wznosiło do góry z okrzykiem. Stały w szykach chorągwie i tu dopiéro podniosły się nad niemi rozwinięte godła i znaki.
Każdy z wodzów stawał na czele przy chorągwi, kapłani w komżach święcili je. Chorążowie wznosili je do góry, a rycerstwo klękało do modlitwy.
Królowi Jagielle podano chorągiew wielką z orłem. Wzruszony łzy miał w oczach, powtarzając za kapłanem słowa, które razem z nim w téj chwili wojsko całe odmawiało.
. . . . „W imię Twoje, Boże, w obronie sprawiedliwości i narodu mego, chorągiew tę podnoszę. Ty, litościwy Boże! racz być obrońcą i pomocą mnie i ludowi mojemu, a krwi chrześciańskiéj niewinnie przelanéj nie na mnie racz poszukiwać, ale na tych, którzy obecną wojnę wzniecili i dotąd ją podniecają.”
Gdy po odmówionéj modlitwie wstało rycerstwo, zanucono Bogarodzicę. Sto tysięcy ust śpiewało ją i zagrzmiała jak głuchy grom po dolinie, płynąc ku krzyżackiej ziemi.
Razem z innymi stanęło pacholę pana Brochockiego blade i wylękłe niemal. Spojrzeli nań towarzysze, a pan Andrzéj widząc twarz zmienioną, i przypisując to znużeniu, ulitowawszy się chłopięciu, sam się zbliżył ku niemu.
— Co waszeci jest, młode rycerzątko? — zapytał — jeśli ci serca zabrakło, czas nazad do boru, dziecko moje. Dotąd szliśmy krajem swoim, od dziś wchodzimy w nieprzyjacielski; nie ma tu już żartów, a kto siły nie czuje, albo męztwa, lepiéj pod strzechę, niż na srom.
Teodorek się zarumienił i z bladego jak mur, stał się czerwonym jak wiśnia.
— Sromu nie uczynię — zawołał — ni sobie, ni wam, ale gdy zagrzmiało wojną i śmiercią, pomyślałem o krwi, która się lać będzie i serce mi się ścisnęło.
Dziko spojrzało chłopię na pana Andrzeja, który nie wiele na oczy jego zważał. Poklepał go po ramieniu.
— Słyszę, że ci aż dwóch sług znowu przybyło? — zapytał — czy przywieźli ci dobre słowo od matki?
Teodor milczał chwilę.
— Matka nie wié o mnie — rzekł — ludzi mi nadesłał stary mój, co ztąd uszedł.
— I znowu słyszę takich, co się z nikim rozmówić nie umieją, a do kata, na Niemców wyglądają.
Chłopak zamilkł. Wojsko z tą pieśnią i okrzykami ciągnęło daléj, a tu już niczém niepowściągnione, chciwe oczekiwanych łupów tłumy Witoldowe, rozlały się znowu po kraju.
Na noc stanęły wojska pomiędzy dwoma jeziorami, na piaszczystém błoniu pod Ludborzem, a gdy słońce zaszło i mrok gęsty osiadł na ziemi, zdala na ciemnych niebiosach ze wszech stron poczęły się roztaczać łuny krwawe. Wojna słała przodem swe gońce: paliły się wsie krzyżackie.
Niekiedy przygasały te ognie, to unosiły się i kłębiły dymami czerwonemi ku górze, i zdawało się wśród milczenia nocy słyszéć jęki i płacze.
Nocy téj młode pacholę nie spało.
Siadłszy przed namiotem, z oczyma wlepionemi w pożarne łuny, skamieniałe przetrwało do późna. P. Andrzéj obchodził swoją chorągiew, gdy dostrzegł chłopca, który zadumawszy się, nie widział swojego dowódzcy. Brochocki stanął i wlepił w niego oczy długo, aż zbliżywszy się, po ramieniu uderzył. Przestraszony porwał się z iskrzącemi oczyma Teodor i poznawszy starego stanął w milczeniu.
— Co ci to dziś jest? — zapytał nadchodzący — wojna ci już nadojadła widzę, nim się poczęła? Nie w swoję się rzecz wdałeś, dzieciaku. Spać do namiotu!
I chłopak zniknął, wsunąwszy się szybko za płócienną ścianę.
Lecz nocy téj połowę obozu téż snu nie skosztowało, a ranek wielkim się rozruchem zwiastował. Tatarska dzicz wyrwała się była przodem, aby piérwsze łupy pochwycić. Dodnia przyszła wieść do Zyndrama Maszkowskiego, któremu król zdał nad całém wojskiem władzę, że Tatarzy okrutnych gwałtów dopuszczali się w okolicy. Rabowano kościoły, znieważono hostyę, trupami dzieci i niewiast zasłano gościńce; na przebudzenie Jagielle przyszli zwiastować pobożniejsi rycerze, iż w wojnie takiéj, obawiając się pomsty Bożéj, służyć nie chcą. Król pobladł załamując ręce. Posłano do Witolda. Zebrała się rada, niepokój wielki wszczął się po obozie. Opowiadano straszliwe dzieje nocy, a tuż nie poczuwając się do grzechu, nadciągać zaczęli Tatarowie, na postronkach lud okrwawiony, do siodeł i wojłoków poprzywiązywane wiozą kielichy i sprzęty kościelne. Jeden jechał w ornacie na ramiona narzuconym, na głowę włożywszy misę srebrną kościelną, inny omdlałą dziewczynę przewieszoną przez konia uwoził.
Na ten widok wrzask zgrozy się podniósł okrutny, obstąpiono Tatarów, przypadł Witold. Wojsko stało u skraju starego lasu, z którego kilka dębów osamotnionych tylko sterczało wśród obozowiska. Poruszenie rycerstwa było tak groźne i wielkie, iż je tylko doraźna a straszna sprawiedliwość uśmierzyć mogła.
Książe Witold podjechał sam z przyboczną strażą ku pędzonym i przestraszonym już wrzawą, jaka ich witała, łupieżcom. W mgnieniu oka ściągnięto ich z koni. Tłum rycerstwa otoczył hołotę drżącą; nie było rozpraw długich, bo Witold czuł, że na nim ciąży wina tych zbytków. Dwom najwinniejszym wystąpić kazał. Całe wojsko patrzało. Ściąć nie było ich komu, powiesić najnędzniejszy ciura nie miał ochoty, aby rąk nie pokalać.
Ogromna gałąź dębu zwisła nieco, stała nad ich głowami. Witold kazał im rzucić sznury.
— Na gałąź zbójcy! — zawołał.
Z pośpiechem niezmiernym dwaj Tatarowie z ziemi podnieśli sznury i wiązali już pętle. Witold stał.
— Prędzéj! — krzyknął podnosząc rękę.
— Prędzéj! – słyszysz? — powtórzył jeden z winowajców do drugiego — prędzéj! Widzisz jak kniaź gniewny. A nu prędzéj...
To mówiąc, pierwszy z nich pętlę założył na szyję, siadłszy na gałęzi, skoczył w dół i zawisł. W téjże chwili, drugi nie dając się wyprzedzić, sznur ściągnął, rzucił się – wisiał. Reszta leżąc na ziemi, błagała o życie.
Milczenie głuche objęło obozy.
Na ramiona towarzyszów spiąwszy się młody ochotnik, patrzał na ten obraz zarazem dziki, dziwny, śmieszny i okrutny; w chwili gdy winowajcy na sznurach okręcając się dogorywali, zakrył sobie oczy i jak nawpół omdlały osunął się na ziemię. Inni się śmieli.
Szczęściem, téj chwili słabości pacholęcia nie widział nikt, a chłopak mógł się znowu wcisnąć ukradkiem do namiotu, nie będąc postrzeżony.


∗             ∗

Jeszcze leżało wojsko na granicy, król zdawał się ociągać; czuł że wszystko ważył: koronę, życie, kraj.
Codziennie wysyłani szpiedzy donosili, że krzyżacki obóz stał w pogotowiu nad Drwęcą, że siła w nim była niepoliczona, że wszystkiemi językami ziemi mówił z całego świata pościągany żołnierz krzyżacki, że ze wszystkich grodów co było dział pościągano, że kul kamiennych leżały góry, że brzegi rzeki ostrokołami obwarowano. Siano zawczasu w wojsku trwogę. Nie można było dośledzić, kto wieści przynosił, kto je po wojsku rozsypywał, a z każdym dniem rosły baśni o niezmożonéj potędze Zakonu. Mówiono o przysłanych z Jeruzalem relikwiach wielkich, które im zapewniać miały zwycięztwo.
W wieku tak wiary pełnym, przerażała więcéj ta siła nieobliczona, ta niebieska potęga, niż tysiące zbrojnego ludu. Jagiełło dumał posępnie, ale nie czas było się cofać, ani wahać.
Pokój był niemożliwy i sromotny, należało zginąć, lecz trzeba było walczyć. Witold, który Krzyżaków znał dobrze, dodawał serca.
Następnego rana do namiotu pańskiego zwołano radę. Komu nad tym ludem, jakiego te ziemie nie widziały, dać dowództwo? Słynęli naówczas Czesi i Morawianie z umiejętnego ciągnienia i zakładania obozów, król niemal pragnął oddać jednemu z nich dowództwo naczelne.
Słońce wschodziło, gdy z namiotów swych wpół zbrojach poszli na zawołanie przedniejsi panowie, a na czele ich książe Witold najdzielniejszy i najwprawniejszy ze wszystkich w wojnie z Krzyżakami, z którymi to się bił, to przyjaźnił od dzieciństwa.
Lecz Witold do rady i do zarządzania takim ludem nie chciał się jąć: miał dosyć, by swoich utrzymać i nimi dowodzić. Szedł tedy za księciem Zyndram Maszkowski, miecznik krakowski, człek mały, szpakowaciejący, silny i bystrego wejrzenia, na którego już wszyscy niemal jak na wodza patrzyli.
Szedł Krystyn z Ostrowa, kasztelan krakowski, żołnierz niepośledni i człek powagi wielkiéj, i Jan z Tarnowa Leliwita, z rodu, który się sławił rycerską sprawą i jéj jednéj pilnował, ale w radzie téż głową najmędrzym sprostał; i Sędziwój z Ostroroga wojewoda poznański, do dowództwa nawykły, i Mikołaj z Michałowa Sandomirski i Mikołaj podkanclerzy mąż do pióra, rokowania i rady w zawikłanych sprawach zdolny, i marszałek królewski Zbigniew z Brzezia i Piotr Zaprzaniec z Pieskowéj Skały, podkomorzy krakowski.
Kołem stanęli około króla, który siedział na stołku jeszcze, bez zbroi, a frasobliwą miał twarz, jaką prawie przez cały ciąg wyprawy zachował.
Powitał ich Jagiełło ręką.
— Posłaliśmy — rzekł — raz ostatni zapytać panów węgierskich, ażaliby była jaka pokoju nadzieja; pojechał Piotr Korcbog, ale żeby przywiózł co dobrego, wątpię.
— Miłościwy Panie — wtrącił Jan z Tarnowa — najgorszą-by nam uczynił przysługę, gdyby pokój zwiastował. Teraz, gdyśmy się na wojnę wybrali jako nigdy jeszcze, raz skończyć potrzeba. Cóż po pokoju, który oni złamią, gdy im będzie dogodniéj?
— A jednak, z krzyżem walczyć nie chcę — odezwał się król.
— I z krzyżem my się bić nie będziemy, ale z Niemcem, a to jest wróg przysięgły rodów słowiańskich, których ziemię zajął, wytępił z niéj ludzi i tępić ich nie przestanie, dopóki żyw.
Jagiełło ręką milczenie nakazał.
— Radźcież, waszmość, ilu was tu jest — rzekł — bo ja na moją głowę losu tych wojsk brać nie chcę. Radźcie i prowadźcie.
— Nie łatwo to — odparł Zyndram — ale porządku trzeba i surowości.
— Stoimy już niemal przed nieprzyjacielem — wtrącił Sędziwój.
— Czuć go, jeśli nie widać! — rzekł Witold. — Dotąd szliśmy własną ziemią i godziło się dać trochę swobody ludziom, teraz-by ona była zgubną.
— Nie ma ładu, gdzie nie ma głowy jednéj; dziesięć rozkazów, gdyby najlepsze były, zamęt sprawią: jednego trzeba, aby wiódł i rozkazywał. Temu ja władzę zdam chętnie.
Spojrzał na stojących, wszyscy téż po sobie patrzyli, ale każdy drugiego oczyma wskazywał.
— Zdaniem waszém, czyjéjże tu dłoni cugle zwierzyć! — zawołał król i popatrzał na miecznika krakowskiego.
Wszyscy zgodnie téż oczy zwrócili ku Maszkowskiemu.
— Tak jest, dał dowody, że rozumié sprawę: niech rozkazuje — rzekł król rękę ku niemu wyciągając.
Chciał się wymawiać miecznik, ale mu słowa rzec nie dano.
— Rozkaz pański! — rzekł Jan z Tarnowa — usłuchać go i milczéć trzeba!
— Jednéj tu głowy zamało, by wszystkiemu podołała — odparł Zyndram — ja nie wodzem, ale panów Rady ręką prawą będę.
— Słusznie — rzekł Jagiełło — niech wszyscy radzą, niech jeden wykonywa.
— Ks. Witoldowi to przystałoby — odezwał się Zyndram.
— Nie — odrzekł Witold — panowie koronni złém-by na mnie okiem patrzyli, a ja mam dosyć moich bojarów, by ich w ryzie trzymać.
— Radźcie nie zwłócząc — rzekł król.
— Pierwsza rzecz — zawołał Zyndram — ład.. jeszcze go nie mamy. Trzeba surowe rozkazy po wojsku otrąbić, aby nikt nie śmiał samowolnie ruszyć z obozu, ani się na swą rękę wyrywać, dopókiby hasło nie było dane, gdy marszałek Zbigniew z Brzezia chorągiew królewską podniesie.
— Trąbi i hasła daje komu się zamarzy — przerwał Jan z Tarnowa — niechże tego nadal nie będzie, niech nie śmié nikt oprócz trębacza królewskiego dawać znaku.
— Nie może być, aby jedno trąbienie starczyło — mówił Zyndram — troje trąbienia ustanowić należy. Na piérwsze zagranie o świcie, a choćby i nocą na trwogę, aby się wszyscy mieli do koni i zbroi; na drugie niech siodłają konie i zwijają namioty, a za trzeciém hasłem rycerstwo w gotowości ma być do ruszenia.
Na to się wszyscy zgodzili.
— Nikt z nas tych pruskich ziem nie zna lepiéj — dodał Zyndram — nad W. kniazia Witolda, który je stokroć wszerz i wzdłuż przerzynał.
— Alem pamięci nie pewien i sobie nie wierzę, gdzie o powodzeniu dwustu tysięcy ludu idzie — odezwał się Witold — trzeba przewodników.
— Tych mamy — rzekł Zyndram — wcześnieśmy się o nich postarali.
— Co zacz są? — spytał Jagiełło.
— Prości ludzie: Trojan z Krasnego stawu i Jan Grünwald, wójtowie parczowscy, oba z Prus rodem.
— Niech ich tu przyprowadzą — rzekł Jagiełło — często z oczów ludzkich więcéj się dowiedzieć można, niż z powieści.
Poszedł tedy Zyndram do płotka w namiocie i uchyliwszy go dał znać służbie królewskiéj, aby onych Prusaków przywiedziono.
Cicha rozmowa wiodła się między panami, gdy podniesiono zasłonę i dwóch z prosta ubranych, w kapotach, mężczyzn z ogorzałemi twarzami z długiemi włosy, wprowadzono przed króla. Ci od tego poczęli, że do nóg mu upadli.
Zaczął im tedy mówić podkanclerzy ks. Mikołaj o wielkich obowiązkach jakie na siebie brali, o wielkiéj zasłudze, lub wielkiéj winie, na jakie zarobić mogli.
— Żadnemu z was chleba na starość nie zabraknie — odezwał się król — byle służba wierną była.
— Miłościwy panie, a ojcze — rzekł śmielszy Trojan — obaśmy, Janusz i ja rodem z tych krajów, oba je znamy, przeszedłszy nieraz pieszo, tak że każdą rzeczułkę i ścieżynę, i bór i kałużę po nocy znaléźć możemy; a resztę Bóg miłościw zrządzi.
Kazano im tedy zaprzysiądz zaraz na krzyż i Ewangelią przed ks. podkanclerzym na wierne służby, co téż uczynili, i w gotowości być dniem i nocą dla wskazywania drogi. Tu obradzono i obmyślono téż dalszy pochód ku Drwęcy, bo nikt już ściągać dłużéj nie chciał, dla samego żywienia tak wielkiéj wojsk liczby, co nie łatwo przychodziło.
Kędy przeciągnęły te tłumy, końskie zęby i kopyta nie zostawiły ani trawki, studnie stały suche, a żywności naokół kęska-by nie znalazł. Więc w imię Boże iść, a wojnę rychło kończyć było potrzeba. Król jeden jeszcze się na panów węgierskich oglądał; w innych gorzały już dusze do boju.
Tego dnia na noclegu pacholę królewskie, jeden z najulubieńszych jego, Janko Dobrek, który od dni kilku, dochwyciwszy się wody, zgrzany zachorzał mocno, w gorączce wielkiéj na noclegu zmarł, z żalem wszystkich. Sam Jagiełło dowiedziawszy się o tém, za złą wróżbę znowu to wziąwszy, wielce był markotny. Jankowi mogiłę usypano za obozowiskiem i biały krzyż naprędce wystrugany na niéj zatknięto.
Poszedł tedy Jagiełło sam oglądać poczty i ludzi, szczególniéj co przedniejszych chorągwi, kiedy już ruszać miano i wszyscy na koniach siedzieli. Zdala widzieć wojsko niczém jest, jak mrowie wygląda i bucha życiem; lecz z blizka oglądać, w oczy zajrzéć, w twarze i czoła, dopiéro po nich ducha poznać i wróżyć można o wojnie. Tego chciał Jagiełło, a wielu téż z rycerstwa radzi byli pana bliżéj powitać i słowo od niego posłyszéć.
Tak się rozpatrując nadszedł król do pocztu pana Andrzeja z Brochocina, którego dawno i dobrze znał, a liczył go do tych, którym najwięcéj ufał. Stali ludzie jego dobrze zbrojni i dobrani, młodzież dziarska, a między nimi krył się i ów Teodorek z Zaboru, znać wstydząc się swojéj młodości. Ale trafiło się tak, że drudzy ustępując obnażyli go i królowi w oczy wpadł, schować się nie mogąc.
Zdumiał się czegoś bardzo Jagiełło zobaczywszy go i splunął.
— A tegoś-to zkąd wziął? — pytał wskazując na chłopca.
— Ten mi się, Miłościwy panie, przyplątał sam, ochotnikiem, a radbym się go był pozbył, ale się odpędzić nie dał. Dzieciak to i do niczego, w wojnie się chyba przyuczy.
— Zkąd-że jest?
— Ani go dopytać.
Skinął p. Andrzéj, aby z konia chłopak zsiadł i do stóp królewskich przyszedł, choć król mu się do siebie zbliżyć nie dał.
Rad nie rad zsunął się chłopak z konia i stanął zarumieniony.
— Osobliwsze podobieństwo — odezwał się Jagiełło — albo niegodziwe czary. Spytajcie go, czy siostry nie ma?
Pytanie to posłyszawszy pacholę, szybko odparło, iż siostrę ma i że do niéj wielce jest podobnym, a siostra jego na dworze księżnéj Aleksandry Mazowieckiéj pod tę porę być musiała.
Dopiéro się król uspokoił i uśmiechnął, a w chłopca dziwny jakiś duch wstąpił, iż zamiast nieśmiało stać, Jagielle w oczy wprost z natarczywością dziecinną patrzał.
— Zginie to gdzie marnie w ciężkim pochodzie — rzekł p. Andrzéj — ale samo sobie winno, gdy mu się przedwcześnie rycerzem być zachciało.
— Do domu wracać zapóźno — odezwał się chłopak śmiało — może mi we zbroi za ciężko, a w lada służbie nie miło; lecz gdyby król pan miłościwy, w miejscu Janka przy swéj osobie raczył mi dać przytułek, wierniebym służył.
Wszyscy się temu zuchwałemu żądaniu i prośbie niezmiernie zdziwili: spojrzał Brochocki, inni uśmiechali się. Król zdawał nie rozumiéć zrazu, dopiéro gdy mu Brochocki powtórzył śmiejąc się to życzenie, jakby namyślać się począł.
Na dwór królewski nie łatwo dostać się było niewypróbowanemu; myśleli więc, iż Jagiełło zbędzie go niczém, gdy popatrzywszy nań bacznie, odezwał się:
— Odeślijcie go marszałkowi, szkoda dziecka, jeśli z niego co może urosnąć.
Skłonił się do stóp pańskich, niepomiernie uradowany chłopak, na konia skoczył, na ludzi swych mrugnął i zajechawszy za szereg, a pożegnawszy dowódzcę, który go téż rad się pozbywał, pośpieszył do dworu królewskiego.
A że już obóz miał się ruszać do dalszego pochodu, marszałkowi się przedstawiwszy pacholę za dworem, który nań cały koso patrzéć poczynał, w milczeniu ciągnęło, od Ludborza o mil dwie ku jezioru wielkiemu Rupkowu i Kurzętnikowi.
Lipcowe upały i spieka, która w tym roku zdawała się większą niż innych lat, wielce pochód utrudniała.
Mdleli ludzie i padały konie od znoju. Zbroi nikt w pochodzie dźwignąć nie mógł, bo żelazo i przez kaftany piekło. Wieszano więc je na koniach, składano na wozy, a innym i suknie ciężyły, i koszuli było zanadto. Gdy się nad wieczorem ukazało jezioro, do onéj wody śpieszyło wszystko, konie i ludzie, jak do zbawienia. Lecz tu już samopas iść, ani się bezpiecznie wyrywać nie godziło. Krzyżacy stali w niewielkiéj odległości nad Drwęcą, tak, że na drzewo wlazłszy dostrzedz już było można obozy i ostrokoły.
Ledwie namioty u jeziora rozbijać zaczęto, gdy p. Brochockiemu, który był tylko co z konia zsiadł, dał znać jeden z jego ludzi, że Krzyżacy nieopodal konie pławią i że tam już garść ochotnika na nich się zbiera.
Nie zważając więc na surowe rozkazy, napowrót konia, zbroję wdziawszy, dosiadł pan Andrzéj i puściło się cwałem co było gorętszych, tak że ich już ani wołanie, ani trąba wstrzymać nie mogły. Król tylko co był rozdziewać się począł, gdy się to stało. Rycerstwo, które samo nie zdążyło do harcowników przyłączyć się, powłaziwszy gdzie kto mógł patrzało, lecz tuman kurzu wprędce kupkę tę oczom zasłonił. Drudzy téż jeść siedli i spoczywać.
Słońce zaszło było i upał nieco ustawał, gdy nagle krzyk i trąbienie na trwogę, cały spoczywający tabor jak piorunem poruszyło. Jak to bywa w zgrai wielkiéj, gdzie niewiele widać, a z ust do ust podaję sobie słowo, każdy doń coś swojego przyczyniając, gruchnęło: — Krzyżacy!
Konie były rozsiodłane, ludzie porozbierani, kto jak stał, dopadłszy miecza tylko, w mgnieniu oka prawie siedział już na swoim; ale zamęt wszczął się niewysłowiony, który mrok pomnażał: swoich nie rozpoznawali swoi, trącano się i łajano, nim starszyzna ład krzykiem i trąbą wprowadziła.
Król téż jak stał w białym żupaniku, z namiotu wyszedł, dopytując co się działo i rozsyłając gońców na wsze strony. Nikt dobrze nie wiedział, co było przyczyną popłochu. Od strony tylko krzyżackiéj wielki pyłu i kurzawy kłąb się wznosił, który się napastniczém wojskiem wydawał.
Dopiéro w chwilę przybieżono królowi dać znać, iż Brochocki z innymi na konie przedniéj straży krzyżackiej napadłszy, rycerzy z nich zwaliwszy, pięćdziesięciu ich zabrał i prowadził. Zmieniła się tedy trwoga w radość, a p. Andrzéj ze swemi konie przed namiot prowadził, jako pierwszą zdobycz na nieprzyjacielu. Cieszono się z niéj pomiernie, bo nie tyle konie warte były, ile popłoch mógł zaszkodzić przedwczesny. Lecz co się stało, przyjąć trzeba było za dobre.
Wybiegł z królewskimi dworzany świeżo do służby zaciągniony Teodorek, a ktoby go był widział, jak się owym koniom przypatrywał i oczyma wodził po tych co je przywiedli, łacniéjby się w nim żalu i gniewu, niż radości domyślił.
Tu znowu radzono w nocy, jak sobie począć wypadało. Czekano na powrót Korcboga, lecz już w pokój nikt nie wierzył, od obozu dostano języka, iż nad Drwęcą przeprawy broniąc, Krzyżacy ostrokoły pobili i z za nich mogli się ostrzeliwać; postanowili więc wodzowie i przewodnik Trojan, aby z pod Kurzętnika wrócić do Ludborza i ztamtąd próbować wkroczyć, kędy mniéj się obrony spodziewano.
Nocą wyszły szpiegi na wsze strony. Obóz się uciszył i legł, straże tylko przednie jedne i drugie czuwały dokoła i ludzie do trzymania porządku wysadzeni.
Wieczorem spodziewano się z powrotem Korcboga, ale go nie było, ani żadnéj innéj od Węgrzynów wieści.
Jagiełło ze zwłoki wnosił, ażali do pokoju się nie skłonią; drudzy Boga prosili, ażeby im rozumu tego nie dał.
W falach jeziora odbijały się gwiazdy i cisza była dokoła uroczysta, a wązki pas ziemi dzielił dwa obozy uśpione, które lada godzina jak dwa lwy spiąć się miały i walczyć o śmierć lub życie.


∗             ∗

Po drugiéj stronie Drwęcy, na błoniu szerokiém rozłożony był wspaniały obóz Krzyżaków. Na uboczu panując innym, wznosił się namiot Wielkiego Mistrza, nad którym powiewała chorągiew z krzyżem jego podwójnym; na innych godła niemieckich książąt, baronów i szlachty, która przybyła w pomoc Zakonowi. Nieco opodal wozy z działami leżały jak wał straszny, paszczami zwrócone ku granicy.
Po nad rzeką widać było naprędce rozszczepionemi palami, które białym rdzeniem świeciły, obwarowane brzegi. Tu chodziły straże, jak na blankach murów zamkowych.
W namiocie Mistrza Ulryka, o godzinie rannéj, on sam tylko i podskarbi się znajdował. W twarzy rycerskiéj Mistrza, pomimo, że go jeszcze nic zaniepokoić i zburzyć nie mogło, malowało się zniecierpliwienie, gniew i rozdraźnienie. Chodził krokami wielkimi myśląc. Podskarbi stał wpatrując się w niego.
— Straszą nas tą potęgą napróżno — zawołał Ulryk — znam ją, nie lękam się jéj. Liczbą mnie chcą przerazić: ona tylko popłoch, zamięszanie i ofiary powiększy. Kości rzucone.
— Tak, i rozegrać się trzeba z nimi — dodał podskarbi.
Zbliżył się do Mistrza.
— Wczoraj powrócił nasz od Sarnowskiego, słowo jego uroczyste mamy, że się Czesi bić nie będą. Chcieliśmy skłonić ich, aby oręż obrócili na Jagiełłę, w chwili stanowczéj, ale się na to nie zgodzili. Dosyć, że miecza z pochew nie dobędą.
— Jesteście Sarnowskiego pewni? — zapytał Mistrz.
— Pieniądze wziął — uśmiechnął się podskarbi — i gdyby zdradzić nas miał, byłby się targował o napaść na Polaków, a przecie jéj nie przyrzekł. Wnoszę więc, że co obiecał, spełni.
Tu podskarbi jeszcze bliżéj do ucha W. Mistrza przystąpił.
— Tatarowie pierzchną — rzekł mrugając oczyma. — Wszyscy wodzowie ich kupieni, kilkunastu powiesić kazał Witold: łacno nam przyszło ich zyskać. W Witoldowém wojsku mamy swoich pełno, którzy pierwsi tył podadzą i innych za sobą pociągną.
Z tego kilkadziesiąt tysiącznego tłumu, noga na placu nie pozostanie. Ludzie do rzucenia popłochu dobrani najsprawniejsi, hasło dane; lewe nasze skrzydło w pogoń tylko poszedłszy, tył królowi zabierze, a z dwóch stron osaczony, zginie marnie!
Zatarł ręce podskarbi.
— Nie rachuję na króla Zygmunta, ani na węgierskie obietnice, ale na to cośmy sami złotem naszém i rękami zgotowali. To pewniejsze. Nie dosyć na tém — kończył podskarbi uśmiechając się — w obozie króla, w jego namiotach, koło jego osoby mamy ludzi naszych, pacholęta, służbę, cudzoziemców kupionych i ponamawianych; mamy ich u boku Witolda, mamy u książąt mazowieckich. Któż wié — dodał — jeśli dla ocalenia Zakonu, zadać będzie potrzeba co w napoju... i na to się ręce znajdą... Wojsko bez wodza, mąż bez głowy, trupem jest.
Wielki Mistrz zadrżał, ale nie odpowiedział nic.
— Ja wierzę w męztwo nasze i w relikwie świętych.
— I ja téż — dorzucił skwapliwie podskarbi — ale to mi nie przeszkadza pracować i zabiegać.
Ruszył z lekkimi ramionami. Rozmowa przerwała się, gdyż komturowie i dostojnicy Zakonu schodzić się poczynali.
Namiot, około którego stojące straże, nikogo obcego nie wpuszczały, napełniał się coraz przybywającymi na radę zakonnikami. Wszyscy komturowie dowodzący oddziałami, byli przytomni.
Ulryk zagaił radę.
— Posłowie króla Zygmunta do pokoju nas skłaniają — rzekł — straszą nas Jagiełły potęgą, przesadnie malują to wojsko złożone z niesfornego ludu. Prawda, że tłuszcza ta zalega przestrzeń wielką, lecz nie wiemyż ich uzbrojenia i siły?
Wtém Lichtenstein W. komtur przerwał:
— Wieziemy z sobą relikwie jerozolimskie — rzekł — one za sto tysięcy ludu starczą, z niemi niezwyciężonymi jesteśmy. Pierzchnie ta ciżba i padnie, a naszém będzie staraniem, aby ich noga nie uszła do domu, aby nie było komu zanieść wieści o klęsce! Dość tych rokowań o pokój!
— Dość — zawołał Schwelborn.
— Naród dziki, barbarzyńce, nie znają umiejętności walczenia — rzekł komtur Głuchowski — co tu liczba znaczy? Działa nasze, relikwie nasze, broń nasza, przyjaciele... umiejętność wojenna: wszystko nam taką wyższość daje nad nimi, iż gdybyśmy w stu na tysiąc mieli walczyć, obawy miéć się nie godzi. Byłoby to zwątpić o Bogu, o sobie i o wszystkiém co za nami stoi, a co panuje światu! O papieżu i cesarzu... Wojna!
— Wojna! — powtórzyli wszyscy komturowie, prawie jednogłośnie.
Dwóch starców na stronie milcząc stało: byli to komturowie von Wende Gniewski i Hazfeld Nieszawski. Mistrz spojrzał ku nim.
— A wasz głos? — spytał.
— Co znaczą dwa głosy — odparł von Wende — milczéć wolę.
Odwrócili się ku niemu inni, szczególniéj Schwelborn z gniewem i niecierpliwością.
— Wy więc inaczéj trzymacie?
— Tak jest — rzekł Wende — radzę pokój, bo czuję zgubę.
Krzyk oburzenia powstał. Wende się cofnął, zakładając ręce na piersi. Mistrz spojrzał groźno.
Wrzawa i spór byłyby może natychmiast powstały, gdyby zakonnik wchodzący nie oznajmił, iż posłowie węgierscy pilno się posłuchania i ostatecznéj domagają odpowiedzi, dłużéj na nią czekać nie mogąc.
— Stoją przed namiotem.
— Wpuścić ich — zawołał Mistrz.
Komturowie poglądając po sobie, rozstąpili się, Wende i Hazfeld stanęli na boku.
Wszedł Gara i Scibor ze Sciborzyc, który choć zamieszkały na Węgrzech, jak imię jego oznaczało, pochodzenia był polskiego. W. Mistrz uroczyście w tém otoczeniu całéj rady przyjął posłów Zygmunta.
— Po odpowiedź przychodzimy — odezwał się Gara — a radzibyśmy ażeby była pomyślną dla nas i dla wszystkich. Skłońcie serca wasze do pokoju.
W. Mistrz nie mówiąc słowa, wskazał na marszałka Zakonu, który wystąpił naprzód.
— Zgodzilibyśmy się na pokój — rzekł — gdyby go od nas zawczasu żądano, gdyby Jagiełło nie na granicy stojąc z wojskami, wymódz go na nas pragnął. Jakże mówić dziś o pokoju, gdy wojna już jest rozpoczętą, część krajów naszych złupiona, łuny i zgliszcza i krew o tém świadczą. Nigdy żaden z panujących nie śmiał się targnąć na Zakon z takiemi siły, z taką zaciętością, a wy żądacie byśmy pokrzywdzeni przyjęli pokój, jaki nam narzucają? Zawrzemy pokój, ale wprzódy pomścimy się orężem za łupieztwa, mordy i krzywdy. Wzajemnych naszych sporów i zatargów nikt nie może rozstrzygnąć, ani próżne słowa, ani choćby cesarska powaga, tylko oręż i wojna.
Spustoszono ziemie nasze: krwią niech za to zapłacą.
Gara słuchał tych słów w pośpiechu i gorącości wyrzeczonych, z widocznym bólem i smutkiem.
— Losy wojny niepewne — rzekł. — Krzywdy z obu stron poniesione zdajcie na rozjemców, przyjmijcie pośrednictwo króla rzymskiego, sprobujcie innych środków, nim się odwołacie do oręża.
Wrzawa i głosy zewsząd się odzywające, nie dały mówić posłowi, który umilkł. Nieopodal stał milczący Wende.
Na niego spojrzawszy Gara zapytał:
— Wszyscy, więc i wy, pałacie tą żądzą boju i zemsty?
— Ja, nie — odparł komtur Gniewski spokojnie. Jestem stary, pamiętam wojen wiele, wiem co krwawa wojna znaczy, umiem cenić błogosławieństwa pokoju; dlatego pragnę, abyśmy zapomniawszy krzywd naszych i ofiarując je Bogu, zdali się na układy. Ileżto razy stojące naprzeciw siebie zastępy, mądre słowo wstrzymało i przejednało? Życzę pokoju! życzę! — powtórzył śmiało.
Krzykiem go zagłuszono.
Tettingen, komtur elblągski i Schwelborn, przypadli z podniesionemi pięściami do starca.
— Trzeba ci było, stary niedołęgo — zawołał — siedzieć w domu i chorych pilnować; do wojnyś się nie zdał: po coś tu przybył?
Wende stał spokojnie niewzruszony.
— Przybyłem, abym z innymi walczył, gdy każą i padł gdy potrzeba — rzekł głosem wielkim. Rada moja była zdrową radą, pokój przenoszę nad wojnę; powtarzam, iż póki jest choć słaba nadzieja uniknięcia krwi chrześciańskiéj przelewu, układy wolę, niż rwanie się do broni. Tak jest, pokój radzę, pokoju pragnę, ale jeśli Bóg zawyrokuje inaczéj, stanę mężnie i zginąć potrafię; patrzcie wy, byście z placu nie pierzchnęli, mimo waszego junactwa.
Tettingen wstrząsł się cały i kłótnia groziła, gdy stary Scibor ze Sciborzyc, dotąd milczący, mówić zaczął.
— I ja — dodał — starym jestem żołnierzem, walczyłem całe życie nie lękając się wojny: przecież nie odrzuciłbym pokoju, gdy jest możliwy.
W. Mistrz obrócił się ku niemu z szyderskim pół-uśmiechem.
— W waszych ustach tłómaczy się ta mowa — rzekł ironicznie — Polakiem jesteście, wiemy, że rodzina wasza z Kujawskiéj ziemi pochodzi; mówicie za swoimi, bo się o swoich lękacie: ale ani Zakon, ani ja, nie zgodzimy się na pokój haniebny, nożem na gardle wymożony. Nie! nie!
Scibor się usunął nieco.
— Zdaje mi się — odezwał się — że nie dla Polski, ale dla was samych życzyłem dobrze, i życzę: nigdy się nie godzi chrześcianinowi zgody i pojednania odtrącać.
— Pozwólcie — odparł Ulryk ciągle szydersko — że i my téż coś o obowiązkach chrześciańskich wiedzieć musimy.
— Wychwalacie wszyscy potęgę Jagiełły — przerwał W. komtur — znamy ją! wiemy z czego urosła i co waży; ale wy nie znacie potęgi Zakonu, który po całym świecie rozciąga swe sieci, który od Jerozolimy sięga do Marienburga i za Dźwinę, który ma w Niemczech tysiące sprzymierzeńców, w królach obrońców i opiekunów, w Najwyższym pasterzu głowę swoją. Z potęgą Zakonu żadna inna mierzyć się nie może. Niech Jagiełło drży: ziem zabranych raz i zawojowanych w imię krzyża, wydrzéć sobie nie damy, a za krzywdy, musi nam nowemi ustępstwy zapłacić.
Merheim przyklasnął, inni wtórowali. W. Mistrz dodał w końcu:
— O pokoju mowy już niéma i być nie może, o czém inném radźmy! Król Zygmunt winien nam opiekę i pomoc: przyrzekł ją...
— Tak — odparł Gara — lecz przysługa jaką wam wyświadcza, warta odwzajemnienia. Król potrzebuje téj summy, o którą prosił.
— I wypowié wojnę królowi polskiemu? macież listy wypowiednie? — spytał Mistrz.
— Mamy je — odparł Gara.
— Radzibyśmy je widzieli — dodał Mistrz.
Scibor nieco się zżymnął.
— Wasza Miłość tyle nam przecie wiary dać może, iż co opowiadamy w imię króla Zygmunta, fałszem nie jest. Mamy listy wypowiednie i polecenie wysłania ich naówczas, gdy czterdzieści tysięcy czerwonych złotych wypłacone nam będą.
Mistrz się uśmiechnął.
— Znaczna summa dla Zakonu — odparł — ale cześć nadto wielka, że możemy nią służyć królowi, byśmy się o nią targowali. Zapłacimy więc tu zaraz dwadzieścia, tyleż oczekuje na was w Gdańsku.
Podskarbi dał znak przyzwolenia.
— Byleśmy listy mieli, pieniądze oczekują gotowe — dodał potrząsając pękiem kluczy u pasa.
— Rzecz więc skończona — rzekł Gara.
— Lecz listy widzieć musimy! — odezwał się Mistrz — abyśmy ich siłę mogli ocenić.
Gara i Scibor spojrzeli po sobie i poszeptali: ostatni wyszedł z namiotu.
— Idę — rzekł u drzwi — Piotra Korcboga do króla odesłać, a listy wam do odczytania przynieść. Z czémże Korcbog odjedzie?
— Z wojną! z wojną! — okrzyknęli tłumnie komturowie, podnosząc ręce — niech zapowié walkę krwawą.
— Upokorzymy tego dumnego poganina — zawołał Schwelborn — z nim i z jego rodem jaszczurczym niéma nigdy walce końca; raz potrzeba téj hydrze łby poucinać do ostatniego. Nienawistne plemię bałwochwalców bez czci i wiary!
Niektórzy wtórowali Schwelbornowi, inni milczeli. Mistrz chodził niespokojny. Po chwili wszedł Scibor i Korcbog z nim, niosąc szkatułkę.
Korcboga tego Krzyżacy, choć musieli przyjąć w obozie, równie jak Scibora ścigali oczyma niechętnemi. Byłto człek niepozorny z twarzy, ale wielkiego serca, milczący i wytrawny; mało się więc odzywał i wdawał, co zwiększało niechęć ku niemu.
— Panie Pietrze — odezwał się doń Scibor — już dłużéj czekać tu na co nie macie, pokoju nadzieja znikła; nieście więc od nas królowi wyraz żalu, żeśmy nic uczynić nie mogli.
— Niémamy czego płakać! — szepnął Piotr.
Uśmiech jego i obojętność, do najwyższego stopnia oburzyły Krzyżaków, którzy go dumnemi oczyma ścigali.
— Tak jest — zawołał marszałek Zakonu, zbliżając się do szlachcica. — Powiedz królowi swojemu, że mu niesiemy wojnę, a z nami Bóg!
Wskazał na krzyż swój na płaszczu wyszyty.
Korcbog zlekka się pokłonił, nic nie odpowiadając i ścigany oczyma przytomnych, wyszedł zwolna z namiotu.
Panowie węgierscy pozostali już tylko dla otrzymania haraczu przyrzeczonego, nie wdając się więcéj w żadne o pokój układy. Tém pilniéj zaś stali przy odebraniu summy całéj, że dla nich przyszłość Zakonu była dosyć wątpliwą. Wojna na jaką się zanosiło, obiecywała wyczerpać niezmierne skarby, o jakich u Krzyżaków opowiadano. Powszechne naówczas chodziły wieści, iż jedna z krągłych wież Malborgskiego zamku była nasypana złotem, które tam korcami i worami wyładowywano. Sami może zakonnicy szerzyli te wieści, dla dania wyższego jeszcze pojęcia o potędze Zakonu, niż ona była w istocie.
Cała starszyzna złożona z najsłynniejszych rodzin niemieckich, dumna, uważająca się za przedstawicielkę potęgo Cesarstwa i Chrześciaństwa, lekce sobie ważyła tłum zbierany rycerstwa, z którego szydzić należało do najlepszego tonu.
Starcy tylko, którzy nieraz już w walkach spróbowali się z Jagiełłą i Witoldem, niektórzy komturowie nadgraniczni, lepiéj znający Polskę, innego byli przekonania. Wende komtur Gniewski, miał za sobą wielu innych; lecz ci wszyscy milczéć musieli, aby się na zarzut tchórzostwa nie narazić.
Drugiego dnia, gdy Scibor ze Sciborzyc zabierał się do przyjmowania przyrzeczonych pieniędzy, około południa wpadł jeden z braci z twarzą rozjaśnioną i począł panów węgierskich prosić, aby do namiotu Mistrza Wielkiego szli, gdyż ma im ciekawą zwiastować nowinę.
To powiedziawszy, uszedł, jakby unikał, ażeby go więcéj nie dopytywano.
Zdziwieni mocno pośpieszyli Gara i Scibor do niezbyt odległego Mistrza namiotu, ku któremu téż w téj chwili komturowie płynęli pośpiesznie, jakby zwołani także.
Gdy weszli, u wchodu zastali wcale niepoczesną figurę, z czapką w ręku. Był to mężczyzna w kubraku szarym, butach do kolan długich, przy lichym mieczyku, chudy, blady, szyi wyrosłéj, twarzy przeciągłéj, pomarszczonéj i głowy wygolonéj. Z pozoru za Polaka wziąć go było można i był nim w istocie; zwał się Korbacz, a dość o nim powiedziéć, że za donosiciela służył Krzyżakom, a nie on jeden w tych obowiązkach zostawał, bo ich było téż więcéj, jak Prusaków w usługach polskich. Tak samo Piotr Swinka, chorąży Dobrzyński, przed samą wojną poszedł do Krzyżaków i walczył z nimi przeciwko swoim, przez zemstę osobistą, któréj szukał. Korbacz stał u drzwi, gdy weszli Węgrzy.
W. Mistrz podszedł kroków kilka na ich spotkanie i wskazując na człowieka, zawołał:
— Posłuchajcie oto tego człowieka — Polak przecież jest i nie od dziś go znamy. Zobaczycie co się stało z ową Jagiełłową potęgą!
— A cóż się z nią stać mogło? — zawołał Scibor zdziwiony.
— Mów, mości Korbacz — dodał Mistrz.
Stojącemu u drzwi znać i tak już język świerzbiał, postąpił kilka kroków naprzód, rozglądając się po zgromadzeniu.
Na wszystko święte zaręczyć mogę, że prawdę szczerą powiadam, jako mi miły Bóg — rzekł szepleniąc i śpiesząc. — Przez dni kilka chodziłem napróżno, szukając obozu polskiego. Naostatek dostałem języka, że z pod Ludborza, nad jezioro Rupkowskie pociągnęli. Ja za nimi. Ja mogę wnijść wszędzie gdzie chcę, bo mam i w obozie wielu dobrych przyjaciół i znajomych. Aliści pod Rupkowem jak na dłoni, tylko ślady! gdzie? co? niewiadomo. Pole stratowano do szczętu, jak zajrzéć, tu i owdzie garnki pobite, słoma rozsypana. Kołek z ziemi sterczący, do którego konie wiązano; daléj koni trzy zdychających, jeden kulawy co się pasł na chudéj trawie i stos kul kamiennych porzuconych.
Co się stało? niewiadomo: poszło wojsko całe bez wieści, dokąd? nikt nie wié. Szedłem tedy tropami, aż do rozstajnych dróg; daléj, wszędy ślady i w prawo i na lewo i na prost: porozdzielali się widać, aby śpieszniéj do domu zdążyli.
Rozśmiał się Korbacz, łyskając oczyma.
— Jak Bóg miły prawda, w tył, nazad uszli.
Uderzył się w piersi złożonym kułakiem. — Niéma już ani jednego.
— Ha! — przerwał Mistrz tryumfująco — nie mogło inaczéj być. Nie ulękliśmy się my ich, musieli się oni nas zlęknąć. Jagiełło zna potęgę Zakonu, nie wymodlił pokoju i uszedł sromotnie przed zemstą potajemnie.
— Ścigać ich! — zawołał Schwelborn — na koń i w pogoń.
— Tak jest — dodał marszałek — całą siłą na uchodzących się rzucić i stłuc na miazgę. Ścigać ich!
Wende przytomny ramionami ruszył.
— Zastanówcież się, a lekkomyślnością nie podwajajcie złego, które pycha rodzi! Zkądże pewność, że uszli! Ruszyli z obozu, cóż ztąd! Nie mogliż pójść gdy my tu stoimy, z siłą całą na nasze bezbronne niemal zamki i miasta. Mogą być pod Malborgiem, gdy my pójdziemy ścigać ich na Mazowsze.
Mistrz stanął uderzony tą myślą.
— Gdzie zaś! gdzie? — przerwał Korbacz — toćby kupy kul nie zostawiali, gdyby daléj wojować chcieli?
— Ma słuszność! — zawołali inni — ale są ptacy, co zawsze muszą smutne nucić pieśni i złowrogie wieszczby!
— Radziłbym wieszczbą nie gardzić — dodał Wende — bodajbyśmy dopiéro po klęsce z naszego nie wyszli obłędu. Mówię co każe sumienie: czyńcie co chcecie.
Oddalił się.
Panowie węgierscy odeszli, zwołano radę. Wieczorem już zwijano namioty i wojsko ruszało ku zamkowi Bratyan, gdzie się obozem położyć miało. Panowie węgierscy oczekujący wypłaty przyrzeczonych pieniędzy, jechali z W. Mistrzem.
Ztąd dopiéro z orszaku ich wysłany został Frycz z Reptki, Szlązak, do Jagiełły, z listy wypowiedniemi króla Zygmunta, choć nie wiedziano dobrze, gdzie go z niemi miał szukać.
Dnia 10 lipca, Frycz opuścił zamek Bratyański i na los się zdawszy, jechał, wywiadując o Jagiełłę.


∗             ∗

Gdy po zniknięciu Ofki, za księżną Aleksandrą do Płocka jechać przyszło nieszczęśliwéj Noskowéj, zrazu jéj służba namówić nie mogła, aby na wóz siadła. Leżała na ziemi płacząc i narzekając, bo do córki była acz nierozumnie przywiązaną, jak do życia. Było to dziecię jedyne, pociecha serdeczna, nadzieja. Miłością tą zbytnią popsuła Ofkę i nie widziała tego, bo dotąd nigdy samowola dziecka do tego stopnia nie doszła. Rozumem i bystrością o wiele prześcigając matkę, dziewczę umiało z nią uczynić co chciało i co chciało jéj wmówić i narzucić. Wielu téż spraw a stosunków swawolnicy nie wiedziała pani Barbara; dla siebie i dla niéj nie będąc zbyt surową, na wiele wybryków patrzała przez szpary.
Ucieczka dopełniała miary.
Czuła matka nieszczęśliwa, iż winną była pobłażania zbytniego i gdyby nie ono, nie ważyłaby się nigdy Ofka na krok tak szalony.
Nie pojmowała dokąd uciec nawet mogła, a lękała się o cześć jéj i życie, gdyż domyślała się, że nie gdzieindziéj, jak za wojskiem i z płochą myślą szpiegowania a pomocy panom swym, dziewczę ulecieć musiało.
W takiéj sprawie, dziewczynie, która łatwo poznaną i zdradzoną być mogła szło o życie. W myśli téj utrzymywało ją zniknięcie współczesne najstarszego z orszaku, najprzebieglejszego z dodanych jéj knechtów. Zabrane pieniądze na podróż, świadczyły téż, że Ofka na losy niebezpieczne puścić się musiała.
Płakała więc matka, nad sobą samą najwięcéj i nad słabością swoją. Ksiądz Jan jéj nie opuszczał pocieszając jak mógł, sam téż strapiony wielce i niemal zawstydzony tą ucieczką, która całą rodzinę w oczach ludzi sromem okrywała. Któż się mógł domyśléć pobudek innych, nad płoche i dziewczynie właściwe.
Dwór księżnéj Aleksandry mówił cały, że za rycerzem jakimś, dawszy się zjednać, zbiédz musiała. Ani już wśród niechętnych dłużéj tu trwać było można. Dobrotliwie pocieszała matkę księżna, przecież znać było, że sromowi jaki to i dla dworu jéj czyniło, nie była rada.
Noskowa wśród łez i rozpaczy sama nie wiedziała co poczynać daléj z sobą, gdy dojechawszy do pierwszego popasu, ksiądz Jan jéj powiedział po namyśle, że byle miał o czém i jak, do obozu polskiego nawróci i Ofki szukać będzie, choćby mu przyszło od jednego do drugiego pacholęcia cały obóz przetrząsnąć.
— Pójdę choćby do króla — rzekł — poproszę go, aby otrąbić kazał o zgubioném dziecku; przecie je tam odszukamy, jeśli jest, a gdzież indziéj być może?
— Wiek-że ja gdzie ją oczy i szaleństwo poniosło? — odezwała się łamiąc ręce matka — któż zgadnie co się dzieje w téj głowie? Wychowało się to niemal trzymając sukni zakonników, nauczywszy się Zakon szanować i wszystko dlań święcić. Nie wątpię, że poszła mu służyć? ale jak? Czy do obozu polskiego na szpiega, czy do Torunia, aby donieść co widziała? — mogęż zgadnąć?
A! byle przy życiu była! Moja to wina — płakała Noskowa — mój grzech. Rycerstwo jéj dzieckiem zawróciło głowę.
Po długich jękach i radach, nie było już nic innego do czynienia, tylko przyjąć księdza Jana ofiarę, który do Krzyżaków powtórnie jechać już nie chciał, ale obóz polski obiecywał przeszukać.
Litość go wielka nad siostrą przejęła, która z żalu spowiadała mu się z całéj swéj przeszłości, a jak zazwyczaj w nieszczęściu wielkiém, przyznawała się do win, któreby inaczéj taiła nawet przed bratem.
Z boleścią wysłuchawszy tych zeznań, ale z chrześciańskiém pobłażaniem, ksiądz Jan postanowił do drogi się sposobić. Domyśliwszy się jednak co za jedni byli pachołkowie, dodani Noskowéj z Torunia, żadnego z nich z sobą wziąć nie chciał. Litując się nad nim i kobietą, księżna Ziemowitowa dwóch ludzi swoich księdzu dodała i konia którego potrzebował. Noskowa go opatrzyła pieniędzmi, a wyjeżdżającemu rzuciwszy się jeszcze do nóg ze łzami, wyprawiła go zapłakana, rada, że choć próbę jakąś do odzyskania dziecka uczynić mogła.
Zawrócił więc starzec nazad tą drogą, która do gościńca wojskowego wiodła.
Kraj był pusty zupełnie, bo ludzie przed wojskami pierzchali wszędzie w lasy głębokie, uprowadzając trzody i unosząc mienie; ale bez języka obejść się można było, bo ślady pochodu wszędzie jeszcze widoczne zostały. Mimo burz i deszczów lipcowych, zbita końskiemi kopytami ziemia, mogiły i kopce, pogaszone ogniska, gdzieniegdzie szkielet koński, który wilki ogryzły do białych kości, prowadziły lepiéj od człowieka. Gdziekolwiek wojsko leżało, widoczniejsze jeszcze po niém znać było spustoszenie i resztki noclegów. Nie jeden trup czekał pogrzebu, na który czasu niestało, ledwie przysypany gałęźmi; potłuczone czerepy, pogubione rzemyki, poszarpane płachty, leżały po polach. Kopane pod namioty i na ogniska jamy, stały nie zasypane. Bezpiecznie więc idąc tak torowaną drogą, ks. Jan coraz świeższe znajdował znaki.
Na całym tym obszarze żywéj nie spotkali duszy: wioski stały pustkami. Nad wieczorem stada ogromne kruków zrywały się z po nad lasów i widać je było ciągnące w tę stronę, kędy wojsko ciągnęło, jakby już czuły żer i trupy. Ludzie towarzyszący ks. Janowi, patrzyli na lecące ptaki i żegnali się przelękli, szepcząc, co to oznaczać miało.
Niekiedy wśród pola, na padłym koniu siedziała ta czarna chmura, a za zbliżeniem się jeźdźców, podnosiła spłoszona nagle i zwijała, kłębiła, wrzeszczała, nim się w powietrze podniosła.
Drugiego dnia, jadący poczuli woń spalenizny, którą przesiąkła była ziemia i lasy. Zdala siniały po nad puszczami obłoki dymów, a nocą czerwone łuny odbijały się w górze na chmurach. Wiatr, który czasem powiał od granic, niósł z sobą gorzki zapach pożarów. Powietrze od skwaru duszne, stawało się od niego do oddychania ciężkiém: do ust gorycz przylegała.
Poza granicą, gdzie Tatarowie dopuścili się krwawych łupieży, ślady ich były straszniejsze. Z popalonych wsi resztka ludu ocalonego, okaleczona, okrwawiona, opalona, ściskała się około ognisk i szałasów, nie mając dachów, pod któremiby przytulić się mogła.
Zdala słychać było jęk głodnych dzieci, które matki, na rękach kołysząc, uspokajały. Z blademi twarzami ludzie kopali korzonki i szukali ziela, aby głód nie zaspokoić, a oszukać i stłumić.
Przybywszy pod Kurzętnik i Rupkowskie jezioro, ks. Jan i tu tylko znalazł obozowisko puste. Byłby się z cofającemi napowrót wojskami spotkał, gdyby do Ludborza niedojeżdżając, Mazury dodani, puszczą krótszéj drogi znajoméj nie wybrali, wymiarkowawszy, że wojsko ciągnęło nad Drwęcę. Jagiełło cofał się napowrót, gdy wieczorem, ze znużonemi końmi, nadjechał ks. Jan do Kurzętnika, a że ludzie się obawiali do miasteczka zaglądać, obrali więc nocleg nad jeziorem wśród łóz, z których jaki taki szałas sklecić było można.
Też same ślady, jakie tu oglądał pruski posłaniec, poszedł o zmroku opatrywać ks. Jan, usiłując się domyśléć, gdzieby mu daléj jechać należało. Zdało mu się téż, iż u ludzi w poblizkiéj mieścinie, może języka zasięgnąć, nie narażając się na niebezpieczeństwo, od którego suknia kapłańska broniła. Przechodząc pieszo pole, zbliżał się już ks. Jan do miasteczka, które niemal opuszczoném mu się wydawało, gdy naprzeciw siebie postrzegł wybiegających kilku konnych.
Byli to wysłańcy krzyżaccy, którzy dla niepoznaki białe swe płaszcze pozrzucali. Widząc ich dążących ku sobie, ks. Jak zatrzymał się, pewien, że jakąś garść Jagiełłowych żołnierzy spotyka i radując się im w duszy. Nie strwożył się bynajmniéj gdy go otoczyli i w mgnieniu oka pozsiadawszy z koni, zbliżyli się do bezbronnego.
Pierwsze słowo, z którém się odezwał przodujący téj garści Niemiec, wywiodło księdza z błędu. Umiał dosyć mowy ich, aby się z nimi porozumiéć.
Na zapytanie zkądby i po co dążył, ks. Jan odpowiedział prawdę całą, iż szukał wojska polskiego.
Śmiech radosny wyrazy te powitał, wnet jeden pochwycił go za ramię, krzycząc, że szpiega pojmali.
Wpadłszy w ich ręce, nie było się już co ani tłómaczyć, ani opierać; na piersi spuściwszy głowę, ks. Jan nie odpowiadając nic, dał z sobą czynić co chcieli.
Odgrażali się go wieszać; powiedział im, że był księdzem. Powitali knechci śmiechem to zeznanie, zaręczając, że u nich i księży wieszano.
Kazał jeden z jezdnych, ręce skrępowawszy ks. Janowi, siąść na koń, a sam się za nim uczepił. Do obozu jeszcze stojącego nad Drwęcą nie było daleko, pokłusowali więc Krzyżacy ze zdobyczą swoją.
Mazury zdala w łozach, widząc co się stało, a zasłabi będąc, aby odbić mogli, przypadli w krzakach i zaczajeni siedzieli w nich, dopóki kupka ludzi z oczów im nie znikła.
Ratując siebie, gdy noc zapadła, konie połapawszy co się nad stawem pasły, nazad uszli w lasy, niosąc złą wieść o pojmaniu księdza, który sam sobie los swój był winien.
Tymczasem ze zdobyczą swą knechty do obozu zdążyli, dając z za rzeki znać o sobie, aby ich łucznicy nie powitali z za ostrokołów jak nieprzyjaciela. Poszły wpław konie, a ludzi na podaném czółnie wraz z księdzem przeprawiono. Najbliższym był namiot marszałka i do niego téż nagrody się spodziewając, przywiedli związanego księdza pachołkowie. Właśnie z namiotu wychodził podskarbi, gdy bystre jego oko w mroku jeńca spostrzegło. Zbliżył się, knechty ze śmiechem opowiadali, jak im wpadł w ręce. Poznał go natychmiast podskarbi.
— Nieszczęście was jakieś ściga, mój klecho — zawołał — jakimże sposobem mogliście znowu popaść w ręce nasze?
— Opowiem wam wszystko — rzekł ks. Jan — témbardziéj, że siostra moja pod opieką Zakonu zostaje, i że się to więcéj jéj niż mnie tyczy.
Merheim natychmiast księdzu ręce kazał rozwiązać i z sobą go poprowadził do namiotu. Tu staruszek usiąść już musiał, bo stać zmęczony nie mógł.
Wieść o jeńcu wnet wielu innych Krzyżaków napędziła do namiotu. Coraz to nowy zaglądał do drzwi i wchodził, tak, że się tłok stał wielki dokoła. Chciano się dowiedziéć coś o wojsku i o królu, o których ks. Jan tyle wiedział co i oni. Zamilkł więc, dopókiby nie rozeszło się zbiegowisko i nie pozostał sam z podskarbim. Dano mu się nawet posilić trochę, aby mógł lepiéj opowiedziéć o sobie i swych przygodach.
Nie było co taić, począł więc od spotkania z Jagiełłą i wojskami. Merheim nie miał czasu dopytywać o liczbę i siłę.
— Siostrzenica moja — rzekł — córka Barbary Noskowéj, dziecko szalone. Po przejściu wojsk w nocy, z jednym sługą znikła. Matka jest w rozpaczy, domyśla się, że stawiąc życie, poszła przebrana szpiegować w obozie.
Podskarbi zdziwiony przyskoczył do księdza.
— Możeż to być!
Jedno spojrzenie dowiodło mu, iż ksiądz Jan kłamać nie mógł.
— Tak, to zawsze była dziwna i samowolna natura, dziecko niepohamowane, gotowa była to uczynić.
— I pójść na zgubę oczywistą! — dodał ks. Jan.
Merheim nie zdawał się podzielać tego zdania. To poświęcenie dla Zakonu cieszyło go.
— A Wasza Wielebność jedziesz ażeby ją odszukać i matce przyprowadzić? — zapytał.
— Nie inaczéj.
— Do obozu polskiego? — dodał podskarbi.
— Tak jest.
— Dziewczyna, jak mówicie, wzięła z sobą starego knechta?
— Tego, który dowodził ludźmi.
— To się jéj nic nie stanie! — rozśmiał się podskarbi. Nie widzę potrzeby odrywać jéj od dzieła, które może z wyższego uczyniła natchnienia. Kto wié gdzie jest? kto wié co zamierza?
Merheim nie dokończył.
— Wy się z nami zostać musicie, albo gdzie na zamku przesiedziéć: do obozu was puścić nie sposób.
— Przecie nikomu szkodzić nie mogę?
— Ani wy, ani ja o tém wiedzieć nie możemy — odrzucił Merheim — dziewczę do takiego kroku nie rzuciłoby się bez Bożego natchnienia. Któż wié! Cuda się dzieją!
— Miejcież litość nad matką! ona z niepokoju umiera.
— Na litość już nie pora — odezwał się podskarbi. — Czas wojny i sądów Bożych. Rodzą się Judyty.
Ksiądz Jan zadrżał.
— To słabe dziecko.
— Nie, to bohaterka biblijna! — zawołał Merheim — ani się godzi stawać jéj w drodze? Wy więcéj pewnie dla Jagiełły niż dla nas macie miłości i chęci, chcielibyście ją oderwać, a jego ocalić: ja pragnę, aby była Judytą.
Ks. Jan zamilkł patrząc przerażony na podskarbiego.
— Niech Bóg uchowa by nią była: sama myśl zgrozą napełnia. Któżby ją jéj mógł poddać. Sama nie zrodziłaby się w jéj dziecinnéj głowie.
Uśmiechnął się podskarbi.
— Mógł się znaleźć taki, który myśl w młodą rozżarzoną głowę i serce rzucił. Nie inaczéj tłómaczę ucieczkę, a widzę w tém palec Boży, iż was zbłąkanych los oddał w ręce nasze, abyście spełnieniu tego co przeznaczone nie stawali na przeszkodzie.
Nie śmiał już się odezwać stary, ręce obie zanurzywszy w dłonie. Podskarbi zmienił zaraz rozmowę, dopytując o wojska Jagiełły.
— Nie widziałem z nich wiele — odparł ksiądz — a to com widział, straszném mi się wydało i groźném.
— Dla was ono niém być mogło, nie dla Zakonu — przerwał podskarbi — a król?
— Król jest dobréj myśli...
— I dlatego uciekł, jak nam donoszą — rozśmiał się podskarbi.
— Jeśli tak jest, po cóż wam rąk Judyty — odparł ks. Jan — kiedy sam wasz postrach dostateczny.
— Aby poganin drugi raz tu nie powrócił — zakończył podskarbi.
To mówiąc wyszedł z namiotu, i posłał zaraz sługi, które starego księdza uprowadziły pod strażą.
Mistrz, którego natychmiast uwiadomił podskarbi, słuchał opowiadania z niesmakiem, lecz uwięzienie księdza pochwalił.
— Wszystko to baśnie są — odezwał się — drugi raz łapiemy go w podejrzeniu szpiegowstwa; nienależy puszczać ztąd, ażeby po raz trzeci chwytać nie trzeba było. Dla mnie rzecz jawna, iż chytry klecha splótł baśń niedorzeczną, aby kark swój od stryczka ocalić.
Zesłać do Gilgenburga, niech go tam do lochu posadzą.

∗             ∗
Polskie wojska pod Działdowem już leżały, ominąwszy ostrokołami obwarowane brzegi. Nigdzie jeszcze większego spotkania nie było, oprócz zasadzki na Świeczan i harcu u jeziora Rupkowskiego. Okrążono wojska Krzyżaków, którzy śladów jeszcze nieprzyjaciela nieświadomi szukali.

Po ciężkich dniach pochodu w lipcowe upały, rycerstwu spocząć trzeba było: chorych wielu w obozie, konie wychudzone, znękani ludzie musieli odetchnąć przed stanowczą boju godziną, która się téż tuż zbliżać zdawała.
Powrót mimo Ludborza, nowego trudu kosztujący tyle, przedsięwzięto za radą Korcboga, który od panów węgierskich przybywszy z oznajmieniem o wojnie, dobrze krzyżacki obóz opisał i trudność w przebyciu Drwęcy, którą wyżéj suchą nogą przejść było łatwo. Dodał on królowi otuchy, gdyż sił Zakonu nie znajdował strasznemi, a o niezgodzie komturów i nieładzie między obcymi gośćmi szeroko prawił, bo miał się czas im przypatrzéć.
Za Działdowem pod Wysokie nadbiegł do obozu Frycz Szlązak, od Węgrów wysłany z wypowiednim listem króla Zygmunta, przez Krzyżaków kupionym tak drogo.
Wzięły go przednie straże i najprzod powiodły do marszałka Zbigniewa, przed którym nie taił Frycz z czém jechał i co wiózł.
Szlązak był, pół-niemiec, trochę polak, człowiek, który spełna nie wiedział, kogo miał kochać, a komu źle życzyć. Ciągnęło go czasami w jednę, to znów w drugą stronę, i tak się życie kołysało. Źle wszakże Jagielle nie życzył w téj chwili, bo mu duma białych płaszczów dojadła, równie jak węgierskim panom.
Marszałek Zbigniew, jak skoro się dowiedział co niósł, usta mu zatulił.
— Chcesz-li u króla łaskę miéć i podarek przystojny — rzekł — nie głoś-że coś przywiózł. Gdyby się po obozie rozniosło, że nam wojnę wypowiadają, nie jednemuby ducha zabrakło i trwogaby go ogarnęła. Po cóż macie nam szkodzić? Królowi panu oddacie jutro listy wypowiednie i poselstwo wasze sprawicie.
Zgodził się Frycz milczéć, tém więcéj, że dwojakie miał zlecenia, bo król Zygmunt na tę wypowiadaną wojnę wcale się nie myślał wybiérać.
Nazajutrz rano po mszy świętéj, którą kapelan Jagiełły, Jarosław proboszcz kaliski odprawiał, wezwano Frycza do namiotu, gdzie tylko książe Witold i rada wojenna zgromadzoną była.
Nie miał Jagiełło we zwyczaju nawet na uroczystości występować, przyjął więc posła siedząc na klocu pokrytym skórą i w letniéj odzieży dla skwaru.
Opowiedział Frycz urzędownie to, o czém wiedziano dobrze, jako starania panów próżnemi były, jak się mistrz Ulryk wszelkiemu rokowaniu o pokój oparł, jako orężem i wojną chciał rozstrzygać.
— Gdy Zygmunt król węgierski, od którego panowie moi poselstwo sprawują, jest Rzymskiego państwa namiestnikiem, a niegodzi mu się Zakonu krzyżackiego, podlegającego rzymskiemu cesarzowi, w tém niebezpieczeństwie odstępować: przeto z rozkazu panów węgierskich, składam W. Kr. Mości list wypowiedni, w którym się po stronie Mistrza i Zakonu oświadcza, a wojnę W. Kr. Mości wypowiada.
Jagiełło list przyjął nie mówiąc słowa, Witold i rada nie rzekli téż nic. Rozmowa nie ciągnęła się daléj, a wychodzącemu Fryczowi, Zbigniew marszałek przypomniał obiecaną tajemnicę, którą on zachować znowu przyrzekał.
Król dworzanina za nim posłał, aby Frycza po stole do niego wezwano. Ugościł go marszałek sam i z oka nie spuszczono, ażeby się gdzie niepotrzebnie nie wygadał.
Z południa wprowadzono go znowu do Jagiełły, a byli już sam na sam. Frycz ujęty przez marszałka, z owego strasznego herolda wojny, stał się bardzo dobrym służką, pokłoniwszy się do kolan.
— N. Panie — odezwał się cicho co mi kazano mówić publicznie, tom powiedział rano, a no to nie wszystko.
— Cóż więcéj? — spytał król, patrząc mu w oczy.
— Panowie moi polecili mi rzec jeszcze — dodał — że list wypowiedni dobrze zapłacony, bo Krzyżaków czterdzieści tysięcy czerwonych złotych kosztował, dla postrachu rzucony jest, ale na ten kawał papieru zważać nie ma co, bo wojny z niego nie będzie.
— Uśmiechnął się Jagiełło.
— Ani król Zygmunt, ani Węgry o niéj nie myślą, a złota potrzebowaliśmy... Strachy to są próżne, N. Panie — mówił daléj — widziałem ja obóz krzyżacki i widzę ten, a zaprawdę myślę, że po téj stronie waga będzie i zwycięztwo. Zbiérany tam lud, dużo głów, ładu mało, a buty wiele; przy pomocy Bożéj otrzymacie zwycięztwo, z którego myślę, że i król Zygmunt nie bardzo smucić się będzie. Moim panom, N. Panie — rzekł w końcu — ich zachodów za złe miéć nie będziecie, bośmy się nie o co innego, tylko o pieniądz starali, o Zakon nam wcale nie szło i nie idzie, ani go tak bardzo kochamy.
Wysłuchawszy téj mowy król, począł pytać Frycza o to co widział w obozie.
— Połowy tego ludu nie mają co Wy, N. Panie — rzekł Szlązak — wiele po zamkach rozproszyć musieli.
— A ducha jakiego są? — pytał król.
— Nigdy go oni nie mienią — mówił Frycz — zawsze u nich jeden: pychą żyją i pychą zginą.
— Amen! — dodał Jagiełło — bodaj tak było jak mówicie.
— Że tak będzie pewniśmy wszyscy, bo kto zbyt sobie ufa i szczęściu swojemu, zawsze zawiedziony bywa.
Po krótkiéj rozmowie, obdarzonego sowicie, bo Jagiełło do rozrzutności był wspaniałym, odprawił król żegnając do jutra.
Frycza zaraz przejął marszałek i znowu go ugaszczał, czuwając nad tém, żeby się z listem nie wygadał. Nazajutrz rano znowu go król powołał, nie z własnéj myśli, ale podkanclerzy i Witold poddali, ażeby jeszcze z Fryczem mówił, coby życzył, aby Zygmuntowi doniesioném zostało.
Jagiełło począł mu wymawiać, jak niegodziwie Zygmunt względem niego postąpił, dla złota na powinowactwo i przymierze nie zważając, co innego obiecując zrazu, a inaczéj czyniąc.
Wymawiał król gorzko zawiedzioną nadzieję swą i oddane w czasie wojny tureckiéj Zygmuntowi posługi, a naostatek dokończył tém, że Bogu ufa i wyrokom Jego sprawiedliwym.
Frycz wiedząc, na co mu to mówiono, wysłuchał żalów nie odpowiadając na nie.
Posłuchanie téż nie długo trwało, bo ranek był wielce uroczysty dla całego wojska. Duchowieństwo czując zbliżanie się godziny, w któréj nie jednemu życie położyć przyjdzie, ten dzień przeznaczyło na obchód wielki. Całemi szeregami rycerstwo przystępowało do spowiedzi i komunii: król, wodzowie, wszyscy niemal do ostatniego pachołka, oprócz jednéj dziczy tatarskiéj niechrzczonéj. Chodzili księża po klęczących w szeregach żołnierzach, rozdając Przenajświętszy sakrament. Spowiedź odbywała się pod gołém niebem i pod namiotami oblężonemi niemal od ludu, bo każdy chciał być gotowym na śmierć i z Bogiem się przejednać.
Obóz przedstawiał obraz wspaniały i piękny, bo na ten dzień panował w nim spokój, zgoda i cisza. Frycz się dziwował temu, czego w krzyżackim nawet nie widział i dobrze wróżył. Jak sam król, tak i cały dwór jego, wszystek w kaplicy nadwornéj spowiadał się także. I nowy więc dworzanin, który się wprosił między pańskie sługi, musiał pójść z innemi.
Od tych kilku dni, jakie spędził przy królu, trochę się mu tu polepszyło. Wołał go kilka razy Jagiełło i do różnych drobnych posyłek używał, a że się zręcznie i dobrze sprawiał, okazał, iż rad był z niego. Chłopak był jakby strwożony i milczący. Nie bardzo się téż tu swobodnie poruszać było można, bo starszyzna w srogiéj ryzie trzymała, a kroku po dobréj swéj woli nie można było uczynić: szło wszystko po wojskowemu i ostro strzeżono porządku.
Pacholę z niezmierną ciekawością przypatrywało się królowi, z czego się drudzy wyśmiewali. Zdawało się śledzić każdy ruch jego, każde chciéć posłyszéć słowo, każdą myśl odgadnąć. Kilkakroć król je słowem zaczepił żartobliwém, bo był okrom polowania, wielce łagodny, a niekiedy dobréj myśli, choć chmurnéj twarzy. Pierwszych parę dni tego nowicyatu przebywszy, Teodorek już coraz śmielszym być zaczynał, a dziwny téż jakiś umiał wpływ wywierać na tych, co go otaczali.
Towarzysze zrazu wyśmiewali go, drudzy pozbyć się go radzi, wyrządzali mu przykrości i chcieli zrażać od służby, ale się im to nie powiodło. Jednych rozbroił dowcipem, drugich pokorą, innych śmiałością, naostatek cierpliwością, tak że mu w końcu pokój dano, zważywszy, że król coraz nań lepszém poglądał okiem. Chłopak téż umiał sobie jednać przyjaciół tym środkiem wszechmogącym, którym Krzyżacy pozyskali króla Zygmunta. Do posługi był niezmiernie ochotny, byle módz coraz bliżéj się docisnąć, wszystkiego dotknąć i ciekawość nienasyconą nakarmić. Słuchał rozmów, podkradał się pode drzwi, wypytywał.
Szczęście, które mu służyło we dworze, znać się nie rozciągało do tych, których miał przy sobie, i którzy jego koni dozorowali, bo z tych jeden znowu uszedł, i, jako stary, niewiedziéć gdzie się podziawszy, dopiéro trzeciego dnia na zmęczonym koniu powrócił, a tłómaczył się tém, że się na pastwisku zabłąkał, szukając straconego konia, którego nie rychło mógł odzyskać.
W tym zamęcie ciągłym i przy tylu sprawach ważniejszych, nikt prawie na to nie zważał.
W sam dzień Ś. Małgorzaty z rana jeszcze odprawiwszy nabożeństwo, zatrąbiono do pochodu... Wojsko wypoczęte ruszyło raźnie, wedle wskazówek Trojana ku miasteczku i zamkowi Dąbrownu.
Dzień był niesłychanie skwarny i widocznie zbierało się na burzę, którą wszyscy prorokowali; ku północy leżały ciężkie nieruchome chmury po nad lasami: najmniejszy wietrzyk powietrza nie chłodził. Przyszło wojsku wlec się w spiekotę, szczęściem niezbyt długo, gdyż przed wieczorem pokazała się równina, a wśród niéj ogromne jezioro dąbrowskie, wśród którego sterczały na kępie wzniesione wysoko muru zamku, opasanego dokoła kurtynami, na których wieżyce i rondele gdzie niegdzie rozstawione były, jakby na straży. Zdala już widziéć było można mnogi lud, który na blanki wybiegał i roił się na bramach, po grzbietach murów. Zamek wyglądał silny i poważny, jakby urągał sobie z potęgi, która przeciwko niemu kroczyła. Nie było wcale zamiarem króla ani wodzów zamek ów zdobywać, aby w pobliżu będącemu nieprzyjacielowi nie dać hasła do napaści i nie narażać się na wycieczkę z jednéj, a nacisk z drugiéj strony, o pół mili więc za Dąbrownem rozłożył się obóz u jeziora.
Stało się jednak, czego nikt w świecie przewidziéć nie mógł. Jak skoro rycerstwo zaczęło się rozkładać u brzegów jeziora, ruch się wszczął na zamku; podniosły się żelazne brony we wrotach, opadł most zwodzony i garść zakonników stanowiąca załogę, wystąpiła na spotkanie.
Widząc nieprzyjaciela prawie o staje, p. Andrzéj Brochocki, który zbroję miał składać, zadumał się, przyszli doń drudzy. Nie pytano rozkazów.
— Co oni nam pod nosem kiwać będą? — zawołał Brochocki — a my cierpiéć i patrzéć będziemy, jakbyśmy tego nie rozumieli?
Inni téż poczęli wołać:
— Dać im naukę...
— Na ochotnika, komu świerzbi dłoń! — krzyknął Brochocki. — Przecież nie grzech poharcować.
W mgnieniu oka zebrała się kupa spora jezdnych i ruszyli ku Krzyżakom.
W obozie gdy ich zobaczono jadących, co najmniéj dziesiąty, który konia pod ręką miał, siadł nań i daléjże sznurem za tamtymi. Krzyżacy stali przed zamkiem, a już od nich pierwszych dolatywały obrzydłe klątwy i łajania, jakiemi zawsze lubili szafować. Na przodzie starszy w białym płaszczu, dwie pięście wystawiwszy przeciwko jadącym, śmiał się i wrzeszczał.
Nie mogąc wstrzymać się, ochotnicy z Brochockim na czele, padli jak piorun z kopiami na nich, i stało się zamieszanie ogromne. Krzyżacy nie wytrzymali uderzenia: zwinęli się. Kilku z koni spadło, dla ciężkich zbroi podnieść się nie mogąc.
A tuż za pierwszą garścią z obozu, druga biegła i trzecia i dziesiąta, z okrzykiem, hukiem, pieśnią, śmiechem. Król, który nierychło zobaczył, że samopas wszystko szło, kazał trąbić, posłano z rozkazami, lecz już nie było sposobu ludzi utrzymać. Rzucali namioty, rozłożone ognie, jadło, sprzęty. Niektórzy bez zbroi ledwie hełm upiąwszy, z jedną szablą lecieli. Na grobli wyprzedzali się, parli, spychali niemal do wody, aby coprędzéj dobiedz, gdzie się już na dobre ścinano. Białe płaszcze, z których kilka na ziemi konie stratowały, pędziły w odwrocie ku bramie, Polacy za nimi. Most zwodzony ledwie zdążono dźwignąć, gdy garść z Brochockim u fossy stała. Daléj już nie było sposobu iść, a wracać po małéj utarczce, gdy się ledwie pokosztowało walki, nikt nie chciał. Napływało ludzi coraz a coraz więcéj z obozu. Pomiędzy nim, a miasteczkiem cała droga była zalana tłumami konnych i pieszych.
Napróżno Zyndram Maszkowski, Zbigniew z Brzezia, Krystyn z Ostrowa, stanęli na gościńcu hamując; wszyscy byli głusi: omijano ich i pędzono ku zamkowi.
Tu się nie na żart walka poczęła. Ludzie z końmi i pieszo powskakiwali w jezioro, które było niegłębokie, ale grzązkie, trzymając się za ręce, popychając, pchając drapali na wał pod mury. Niektórzy drabiny już z obozu nieśli, inni siekiery, toporki i samopały. Mrowię to obsiadło zamek dokoła. Poznali dopiéro zakonnicy i mieszkańcy, że się tu naprawdę do szturmu zbiérało. Poczęto z murów dawać ognia, a z wieżyc i blankowania ciskać kamienie. Tyle to tylko pomogło, że gorzéj jeszcze rozpłomieniło. Młodzież zaklinała się, że nie odstąpi od zamku, aż go zdobędzie.
Sam król bardzo niespokojny, zdala na to poglądał i wielce był markotny; posyłał ciągle od siebie, aby porzucono szturm; ale kto pojechał, to go już nie było widać: połowa niemal obozu była pod zamkiem. Widziano od namiotu Jagiełły, jak się jedni drugim spinając na ramiona parli do góry, jak walono w mury siekierami, młotami i stawiano kobylice i drabiny. Miasteczko stało całe w dymach od strzałów, a że powietrze było spokojne, obwinięte niemi było jak szarym całunem. Huk nieprzyjacielskich dział rozlegał się po okolicy, a razem ogromny wrzask zdobywających, którzy sobie nim serca dodawali.
Słońce zachodziło. Jagiełło patrzał z założonemi rękami, stojąc milczący. Za nim w dali co pozostało z jego dworu, i ów nowo zaciężny dworzanin z Zaboru, na którego bladéj, to rumieniącéj się twarzy, dziwne zdawały się przebiegać uczucia. Drżał cały, czy z żądzy boju, czy ze wzruszenia, któremu oprzéć się trudno na widok zaciętego boju, a było tam na co patrzéć, gdyż nigdy może obronnego zamku takim nagłym napadem nikt się wziąć nie pokusił.
Tysiące rycerstwa pięło się na mury. Krzyżacy nie wiedzieli, z któréj bronić się strony, bo nie było najniedostępniejszego zakątka, któregoby szturmujący nie zajęli. Niestało więc rąk do miotania pocisków i wrzątku, niestało dział wymierzonych w jedną tylko stronę, na obronę wszystkich.
Na murach widać było lud, kobiety, tłum spędzony niebezpieczeństwem i broniący się rozpaczliwie.
Nagle wśród zdala dochodzącéj wrzawy, rozniósł się okrzyk piorunujący. Z murów zaczęli niknąć ludzie i uciekać, w bramie błysnął płomień. Dąbrowno było zdobyte. Żołniérz jeden konny wysłany od bramy przez Brochockiego, przyniósł tę wiadomość do obozu.
Pan Andrzéj był jednym z pierwszych co wpadli, bramę wyrąbawszy, do miasta. Z drugiéj strony przez wyłom zrobiony w murze sypnęła się téż garść Wielkopolan. Wrzawa ucichła, wieczór nadchodził, a wojska wracającego widać jeszcze nie było. Dąbrowno pełne było ludu z całéj okolicy i pełne bogactw i żywności, które tu chciano przechować.
Żołniérz rozwścieczony obroną, na Krzyżaków rozżarty, nic nie oszczędził. Zaczęło się gospodarstwo wojenne w mieścinie tak przepełnionéj ludem obojéj płci, iż niewolnika brano tysiącami. Niektórzy posłali po wozy swe, inni się opatrzyli w nie w miasteczku, ładując łupami.
Napróżno pan Andrzéj Brochocki chciał powstrzymać i ład jakiś wprowadzić: jak go nie było w napaści, tak nie mogło być w rabunku. Brał co kto pochwycił i zarwał, rzucano z okien domów na ulice kosztowny sprzęt, srebra, odzież drogą; zapasy do życia, beczki z napojami wytaczano z piwnic: słowem powstał chaos, jękiem tylko mordowanych krzyżackich knechtów i płaczem niewolnika przerywany. Na zamku Brochocki ze swoją garścią działa gwoździł i około broni a skarbcu się zawijał. Krzyżaków co go bronili, do nogi niemal wybito, lub rannych pobrano w niewolę. Obchodził właśnie izby puste, gdy jednę znalazł zamkniętą. Żelazny drąg i kłódka drzwi zapierały. Powołał więc ludzi, aby odbić je, nie wątpiąc, iż tam skład jaki znajdzie. Zdziwionym był bardzo, pustą, sklepioną widząc izbę, a w niéj na klęczkach modlącego się księdza. Przypadli doń porywczo niektórzy, ale ich Brochocki odepchnął.
Staruszek był siwy i po sukni poznać się dawało, że do zakonników nie należał. Gdy doń przemówił p. Andrzéj zdziwił się niepomału słysząc go odpowiadającego po polsku i oznajmującego, że był więźniem przez Krzyżaków na drodze pochwyconym.
Był to ksiądz Jan, którego tegoż dnia właśnie przywiedziono tu i zamknięto, a który sądząc, że wybiła dlań ostatnia godzina, gotował się już na śmierć.
Po krótkiéj rozmowie, bo na dłuższą w zamęcie tym czasu nie było, Brochocki puścił go do obozu, dodawszy dla bezpieczeństwa jednego z towarzyszów, który już dobrze zaopatrzony, bo był dopadł jakichś ładownych kufrów krzyżackich, do namiotu rad powracał.
Tymczasem i część rycerstwa rozjuszona i czeladź obozowa plondrowały jeszcze po mieście, a jak wprzódy grobla i gościniec pełne były tych co zdobywać chcieli, tak teraz wozy i ludzie i konie obładowane zalegały groblę i drogę. Pędzono powiązanych sznurami jeńców, mężczyzn, kobiety, knechtów krzyżackich, niemieckich osadników i wrzawa pomiędzy zamkiem a obozowiskiem nie ustawała, choć noc już nadchodziła.
Wśród tego plondrowania, czy z umysłu, czy wypadkiem zarzucony ogień padł na składy siana i paszy pod zamkiem i w jednéj chwili buchnął płomień ogromny, szerząc się na wszystkie strony. Zdobywcy z czém kto mógł uciekać musieli, bo w ścieśnionéj mieścinie, ogień po suszy i upale z przerażającą szerzył się szybkością.
Z obozu widać już było tylko czarne grube mury, w łożysku ognistém stojące, przez których okna i otwory buchały płomienie szukając pastwy.
Ogromne kłęby krwawego dymu wiły się nad nieszczęśliwém gniazdem. Spadały dachy, ogień wyskakiwał z wieżyc, waliły się sklepienia i po chwilowém przygaśnięciu, znowu podnosiły się ognie, żrąc co jeszcze do strawienia znalazły.
Przez całą tę noc przyświecała łuna pożarna obozowi Jagiełły i przez całą niemal nikt nie zasnął. Targowica stała się ze spokojnego taboru, w którym nikt nie mógł utrzymać porządku. Wieziono, niesiono, dzielono łupy, a wśród namiotów resztka niewolnika, bo więcéj padło na miejscu przy pierwszéj napaści, niż ocaliło życie, jęczała na ziemi leżąc, nie wiedząc jakie ją losy czekały.
Towarzysz ks. Jana, ocalonego przez Brochockiego, zaprowadził go do swoich namiotów, gdzieby starzec mógł spocząć. Dano mu się czém orzeźwić, lecz nie nawykły do podobnych widoków starzec, z oczyma wlepionemi w płonące miasteczko siedział jak osłupiały. Nie o sobie myślał, tylko o losie ludu tego i o marném życiu człowieka, przeszedłszy po stosach trupów, które zawalały podwórza i bramy.
Z północy dopiéro powrócił Brochocki uznojony, okrwawiony, opalony, bo i bił się i ratował i ład chciał utrzymać, gdzie już żadnéj starszyzny nie znano. Rzucił się na posłanie, które mu czeladź wcześnie przygotowała; odpiąwszy zbroję, leżał jak kłoda ze znużenia. Dopiéro księdza zobaczywszy, który posłania nie miał i przypomniawszy kto był, począł wołać na sługi, aby mu podle niego rzucili słomy i kobierzec dla spoczynku.
— Gdzieżeś się to wybrał tak bezbronny, pod te ciężkie czasy, gdy nam i z bronią nie bardzo tu bezpiecznie? — począł pytać leżąc Brochocki.
— Nie po dobréj woli, ale z musu — odparł ks. Jan.
— To się rozumié, bo dla ciekawości niktby pono tego się nie podjął — rzekł pan Andrzéj — choćby jak baba ciekaw był nowych rzeczy. I zkądże to Pan Bóg prowadzi?
— Od księżnéj Aleksandry Ziemowitowéj jechałem, gdziem siostrę zostawił — mówił daléj ksiądz. — Uwierzyć trudno co mnie prowadziło. Płoche dziecko nam uciekło, którego szukając, puściłem się za obozem.
— Jak? co? — spytał powstając Brochocki zaciekawiony.
— Wstyd powiedzieć, ciężko się przyznać — cicho począł duchowny znowu — ale W. Miłości poczciwie i pobożnie z oczów patrzy, winienem mu życie, taić nic nie będę. Jestem Szlązak, król Jagiełło mnie zna, bom swojego czasu pisarzował przy nim, około listów będąc używanym. Widziałem go oto i teraz, gdy na wojnę szedł, i dobry pan poznał starego sługę... Ale jam duchowny i sługa Boży, a dziś jeno o zbawieniu myślę, rzeczami ziemskiemi mało się zajmuję. Siostrę miałem w Toruniu na krzyżackim chlebie wyrosłą. Dostałem się do niéj, a z nią i siostrzenicą potém zjechaliśmy na dwór księżnéj Aleksandry. Ta to siostrzenica nam zbiegła! — westchnął ks. Jan. — Dziewczyna z głową zapaloną, z nienawiścią w sercu do wszystkiego co nie krzyżackie i co Zakonowi nie służy. Po co uszła? nie wiem, a że pewnie nie z dobremi zamiarami dla króla... nie wątpię. Szaloną ratować chciałem, jeśli jeszcze ratunek możliwy...
— Dziewczyna? — podchwycił Brochocki — a z kimże, jak i kiedy od matki uciekła?
Ksiądz dnie rachować począł.
— Jakże wyglądała? — spytał p. Andrzéj.
Opisał ją staruszek o ile umiał i mógł, a gospodarz porwał się z pościeli.
— Osobliwszy traf! — zawołał — bo do mnie się tu był przybłąkał chłopiec, bardzo do dziewczyny podobny, właśnie w téj saméj dacie. Nie wiecie jakie konie zabrał z sobą?
— Owszem, mówiono mi, że pod starym sługą, którego z sobą uprowadziła, był bułany.
— To ją mamy! — klaskając w dłonie począł Brochocki, śmiejąc się. — Prawdziwa łaska Boża, że w czas się to odkryło. Dziewczyna nazwała się Teodorkiem z Zaboru.
— A bośmy my z Zaboru — podchwycił ksiądz — to ona! nie ma wątpliwości: gdzież się znajduje?
— Wprosiła się między pacholęta królewskie — rzekł Brochocki.
— Na miłość Bożą, chwili do stracenia nie ma; jeśli do króla się dostała, gotowa na wszystko i choć Bóg strzeże pomazańca swego — zawołał powstając ks. Jan — idźmy, zapobieżmy, pochwycić ją trzeba.
— Nie ma się tam tak dalece czego lękać — rzekł Brochocki. — Choćby ochotę miała popełnić co, pilna tam straż około osoby pańskiéj. Więc choćby jutro, zawsze czas. Dziś noc, mój Ojcze, a ja ledwie w sobie tchu odrobinę czuję, takem się u Dąbrowna zhasał.
— Więc pójdę sam do namiotów królewskich, wskażcie mi drogę! — zawołał ksiądz, składając ręce.
— Was niedopuszczą straże po nocy, ani nawet do płotu, który pański tabor otacza. Daremna to rzecz, króla téż na żaden sposób straszyć się nie godzi, bo ma i tak dosyć na głowie.
Ksiądz się wyrywał, Brochocki choć niechętnie wdział kubrak i czapeczkę, aby z nim iść. Miecza już nawet nie przypasując, obuszek tylko chwycił, aby całkiem bezbronnym nie być, i wyszli z namiotu.
Noc już była ciemna, na północy w ławie chmur strasznie błyskało, w prawo płonęło jeszcze Dąbrowno, a księżyc się z chmur dobywał.
W obozie gwarno i huczno i tłumno, jak za dnia było... trudno się przecisnąć.
Wozy i łupy wszędzie przejścia tamowały, a do królewskich namiotów był téż spory drogi kawał. Dobili się do nich wreszcie, choć Brochocki nieraz obuszkiem sobie drogę musiał torować. Około płotu i wozów, które zwykle otaczały nadworne namioty, trzeba było stanąć. Marszałka Zbigniewa mały namiocik stał u wnijścia, a on sam, w koszuli przed nim, bo tylko co był z konia zlazł, naupędzawszy się za tymi, co z Dąbrowna się jeszcze wlekli i po drodze dokazywali z jeńcami.
— Co WMość tu robisz? — zapytał marszałek Brochockiego — pewnie ze skargą jaką; ale ja nic już dziś poradzić nie mogę: rycerstwo wzięło na kieł, i bodaj czy nie wy, miły panie, temu winniście. Byliście jednym z pierwszych?
— Nie ostatnim, to pewna — odezwał się Brochocki. — Co się stało, źle się nie stało. Krzyżakom strachu napędzim.
Spojrzał marszałek na stojącego księdza i zbliżył się prędko.
— Cóż was tu przywiodło, ks. Janie? — zawołał — wszakci to dawniśmy znajomi.
Brochocki mu pomógł.
— Jest od kilku dni przy królu JMci chłopak Teodorek z Zaboru, który u mnie z początku w poczcie służył. Za nim to my z księdzem przyszliśmy.
— Był! był, ale go oto właśnie w czasie téj napaści na Dąbrowno niestało. Wymknął się z drugimi bez zezwolenia i do téj pory nie powrócił. Mogło go coś złego spotkać, lub się z innymi zabałamucił: dość, że go niéma. Król go polubił, parę razy pytał o niego! posyłałem za nim.. nie wiem co się stało.
Brochocki zmilczał, spojrzał na księdza, jakby mu dawał znać, żeby nie mówić więcéj.
— To się pewnie z ciekawości gdzie zatrzymało — rzekł — a no pora późna i czas-by spocząć: ja księdza z sobą zabiorę. Gdyby chłopię wróciło, niech WMiłość raczy mu o nas nie wspominać. Zbiegło to od rodziny pokryjomu, będzie się obawiać strofowania.
— E! król go obroni! — rozśmiał się marszałek Zbigniew. — Chłopak zręczny, roztropny i usłużny. Bardzo nam na rękę, że zastąpił tego, co z febry jakiéjś zmarł.
Ks. Jan ani mógł, ani chciał mówić więcéj; tak był zmieszany i przybity, zakłopotany i nieszczęśliwy tém, że milczéć musiał i tajemnicę w sobie chować, iż twarz jego zmieniła się boleścią i niepokojem.
Odeszli.


∗             ∗

Świtało zaranie, gdy dwaj jeźdźcy na koniach okrytych pianą i znużonych, wydobywszy się z lasu, ujrzeli przed sobą zamek Bratyan i pod nim leżący obóz krzyżacki.
Jeden z podróżnych, młody chłopak z rozognioną twarzą i pałającemi oczyma, drugi stary i znużony, powstrzymali nieco konie, ażeby im dać odetchnąć.
W obozie, około którego chodziły i stały straże, wszystko się spać zdawało. Wcale on różnie od polskiego wyglądał. Mniejszą daleko przestrzeń zajmował i jednostajniejszy miał pozór; namioty były kosztowniejsze i lepiéj pozaciągane: wszystko tu z cudzoziemska urządzone, bogatsze, więcéj ku wygodzie obmyślone było.
Przyjmując gości z daleka, Zakon musiał, oprócz niekiedy dawanych honorowych stołów i biesiad królewskich, w codzienném téż życiu myśléć by nikomu nie zbywało na wygodach, a ci co ofiarowali się walczyć za Zakon, nie żałowali go, i wiedząc o bogactwach, wymagali więcéj niżby w domu mieli. Zwłaszcza obozem leżąc, cudzoziemskiéj gawiedzi nastarczyć nie było można przysmaków i napojów.
Beczki wina i miodu musiały jeździć za obozem wszędzie i kuchnia téż, która na owe czasy sławną była, bo do niéj co najdroższych przypraw i zamorskich płodów nie żałowano.
Nęciło to rycerzy, co na swych burgach kwaśném piwem, przegniłém sercem i baraniém a krowiém mięsem żyjąc, tu się odpasywali na krzyżackim chlebie. Nie tyle téż było kaplic u zakonników w obozie co ognisk, około których od rana rożny się obracały.
Dymiło około kuchni jednych, gdy obóz jeszcze cały spoczywał.
Dwaj jeźdźcy postawszy chwilę, posunęli się zwolna ku straży, która na koniu drzémiąc, stała nieopodal. Podbiegł starszy prędzéj nieco, prędko się z nią rozmówił, i gdy mu knecht wskazał kopią namioty pod murami, poczęli obaj jechać daléj.
Wnet téż i do obozu dotarli, a choć zdala sennym się on wydawał, chyba nie oddawna zasnął. Przebywali właśnie tę część jego, w któréj Niemcy z Łużyc, Misnii i z Frankonii mieli swe stanowisko. Po niektórych namiotach, choć dzień szarzał, świeciło się jeszcze od nocy, bo żołnierze w nich w kości grali i pili. W jednym z większych, dla starszyzny przeznaczonym, płotek u wnijścia był podniesiony, na ziemi leżało kilku nierozdzianych rycerzy w kaftanach, którzy dopiéro pozasypiali. W głębi kufle gliniane i cynowe wypróżnione i konwie powywracane, świadczyły czém się zabawiano do rana. Chrapanie głośne dawało się słyszéć z pod namiotu, w którym już o mroku tylko nogi leżących i porozrzucane płaszcze i rozsypaną broń widać było.
Lampka dogorywała na stole okrytym kobiercem, z którego misek i resztek jadła nie miano zdjąć czasu. Sfora psów myśliwskich wałęsała się szukając kości, i gryząc się, a rozszczepić nie mogąc, o każdą znalezioną.
Młode chłopię zmarszczywszy brew spojrzało z konia na to pobojowisko nocne i westchnęło, a potém się całe wstrzęsło.
Jechali daléj ku innym namiotom. W jednym stał w habicie zakonnym staruszek mnich i na różańcu się modlił. Popatrzył na jadących i obojętnie do wnętrza powrócił.
Nareszcie przeprowadzający sługa na namiot jeden wskazał i z konia zsiadł. Młodszemu rękę podać musiał, bo o swéj sile zmęczony zléźć nie mógł, a potém się zatoczył, na nogach ledwie się utrzymawszy.
Przed wskazanym namiotem wbita była chorągiew z kluczem, w polu czerwoném. Knechci pobudzeni już się snuli. Poczęto szeptać z nimi, a jeden uchyliwszy płotka, do namiotu się wśliznął.
Po chwili głowa szkaradna, trędowata, plamami okryta, wyjrzała i skryła się.
Przybyły podróżny oparłszy się o wbity pal dębowy, z oczyma zamkniętemi odpoczywać się zdawał. Nie trwało to długo, bo taż sama głowa, ale z nią i cała postać podskarbiego Merheima wychyliła się z namiotu.
Zdawał się zdumiony wielce wpatrywać w młodego przybysza, na którego twarzy malował się cichy smutek i srom.
— Ofka! — zawołał podskarbi — czy mam oczom mym wierzyć?
Pacholę palec położyło na ustach i śpiesznie weszło do namiotu za podskarbim.
— Cóż się stało z tobą? jakeś się tu dostała? gdzie matka? zkąd jedziesz? do czego to przebranie? byłaś w ich obozie?
Jedno po drugiém począł rzucać pytania Merheim.
— Co to jest? — dodał w końcu — dlaczegoś uciekła?
— Jadę wprost z obozu Jagiełły, do któregom się dostała — zawołała przebrana Ofka. — Utkwiła we mnie ostatnia rozmowa. Judytką być zapragnęłam, a zostałam pacholęciem przy królu tymczasem.
— Przy królu! — powtórzył podskarbi — ty jesteś heroina! Mów! mów... coś widziała? z czémże jedziesz?
— Ostatnia rzecz, którąm widziała, to była hańba nasza i klęska! — zawołała Ofka. — Zdobyty Gilgenburg, złupiony! spalony! Krwi strumienie się lały, trupów stosy ogień pogrzebał, jeńców tysiące nabrali.
Merheim cofnął się przerażony.
— To być nie może! Gilgenburg! warowny, na jeziorze, obsadzony tak mocno...
— Wzięli go we dwie godziny! — zawołała Ofka. — Napadli jak szarańcza, dziś to już gruzów kupa! Wojsku nikt nie nakazywał szturmu: przyszło kłaść się obozem, ochotnicy pobiegli; odwoływano, nie pomogły rozkazy króla; jak szaleni leźli na mury, padali z nich, po trupach cisnęli się drudzy: nie pomogły działa, wrzątek, kamienie. Wzięli gołemi rękami zamek krzyżacki! Cóż będzie, gdy inne działami i całą siłą napadać zechcą?
Podskarbi stał niemy, blady, a twarz krzywiła mu się bólem i gniewem niewysłowionym.
— Gilgenburg wzięty! Gilgenburg spalony! — mruczał pocichu.
— Porzuciłam dwór, króla, wszystko, aby przynieść wam przestrogę.
— A panowie węgierscy? a wypowiedzenie wojny Zygmunta? — przerwał Merheim — wszak mu list przynieśli?
— Tak, i za zasłoną słuchałam co mówił Frycz — odparła Ofka — kłaniał się królowi, zaręczając, że wojny nie rozpoczną żadnéj, że bać się niéma czego, że im szło o dostanie pieniędzy dla Zygmunta, a nie o sprawę Zakonu.
— Podli zdrajcy! — krzyknął Merheim — czytaliśmy to z oczów Scibora, niecierpią Zakonu. — A zaciążne Czechy idą z nimi? — pytał podskarbi.
— Jak najwierniéj, i jak najmocniéj rachują tam na nich, a Sarnowski jednym z dowódzców.
Uśmiechnął się podskarbi.
— Jakież ich siły? — spytał/
— Któż je policzy? tysiące, tysiące... ludzi bez końca, pułków bez liku, chorągwi jak gwiazd na niebie. Ćma, chmura: ja nie wiem.
— Pogańska dzicz! — mruczał Merheim.
— Mylicie się — smutnie przerwała Ofka — nie wiem co w sercu ich, ale na ustach nieskończone modlitwy. Kilka dni temu całe rycerstwo szło do spowiedzi i ołtarza. Król codzień mszy najprzód słucha. Pierwszą kaplicę rozbijają w obozie, ostatnią ją zwijają...
— Faryzeusze! — zawołał podskarbi — czynią to dlatego, by świat im pogaństwem nie rzucał w oczy. Któż temu uwierzy?
Zamyślił się głęboko.
Dziewczę znużone i podróżą i opowiadaniem pobladło i musiało się oprzéć o pal namiotu. Dostrzegł tego podskarbi.
— Idź — rzekł — spocznij, w zamku jest siostra Gertruda, do niéj zajdź, znajdziesz ją przy infirmeryi.
Ofka posłuszna powoli wysunęła się z namiotu i pieszo poszła ku zamkowi. Dzień już był biały, przysłoniła więc sobie twarz, aby snujący się knechtowie ją nie poznali. Tak dostała się przez bramę na podwórze zamkowe, obejrzała po niém i spytawszy tego co jéj towarzyszył o infirmeryą, udała się do drzwi wskazanych.
Mieszkanie siostry Gertrudy stało jeszcze zamknięte, potrzeba było pukać do drzwi zaryglowanych, nim je otworzono. Okienko zakratowane we drzwiach odemknęło się najprzód, ukazała się w niém twarz żółta z oczyma czarnemi, zaburczała coś zobaczywszy mężczyznę i po chwili otworzono podwoje łając i gdérząc.
Kilka słów w ucho szepniętych złagodziło siostrę Gertrudę, która oczyma wielkiemi patrzała na przybysza i milcząc wskazała mu drzwi.
Po dwóch schodach weszły do ciemnéj izby sklepionéj. W głębi jéj stało łoże okryte nędzną pościelą, z krzyżem nad niém i N. Panny obrazkiem. Na stole w jedném oknie nożyce, płótno, okrawki sukna i różnych gałganów, leżały stosem. Naprzeciw nizki piec z kafli zielonych, na nogach cienkich, zastawiony był garnuszkami, słoikami i talerzami. Kilka flaszek zatkniętych kłakami stało na podłodze. Z otwartéj szafy przy téjże ścianie widać było szufladki z ziołami i lekarstwy. Nieład i zaniedbanie panowało w lichéj izdebce.
Siostra Gertruda w białym habicie z półkrzyżem, stojąca przed Ofką, była kobietą lat około pięćdziesięciu, a z twarzy, ruchu i postawy, podobniejszą do mężczyzny, niż do niewiasty. Twarz zżółkła, pomarszczona, okryta była ciemnym włosem rzadkim i brodawkami, w ustach coś niemiłego, złośliwego, na czole zmarszczki, brwi zrosłe ciemne, jak jedna kresa nad oczyma, czyniły ją do onych czarownic podobną, o których lud w baśniach mówi.
Ofka nie mówiąc nic, szukała oczyma gdzieby usiąść.
— Dajcie mi gdzie spocząć, bo padnę — rzekła — nie wiem ile mil zrobiłam konno, nie jedząc nic.
— A cóż cię niosło? co? i to jeszcze przebraną bezbożnie? — gniewliwym głosem zawołała Gertruda, podsuwając jéj stołek drewniany.
— Jesteście siostrą Zakonu i pytacie? A cóż innego mogło mnie prowadzić, jeśli nie jego sprawa?
Popatrzyły na siebie.
— Tyś zamłoda na takie usługi! — mruknęła siostra — tobie się w głowie pali!
— Nie uczcież mnie, proszę, a przyjmijcie! — żwawo zawołało dziewczę — źle czy dobrze, com zrobiła, moja rzecz, a wasza jak przykazał podskarbi, dać mi spocząć wygodnie.
— Wygodnie?? — zaczęła głową trząść i namyślać się. — Nie bój się, tu ja ciebie nie zostawię, u mnie dla takich miejsca niéma.
Smutnie uśmiechnęła się Ofka.
— Siostro Gertrudo, bądź-że grzeczniejszą, bo gdy do Torunia wrócę, a od matki zażądacie balsamu lub olejku, to wam nie przyślę.
— Co? od jakiéj matki?
— Jestem córką Noskowéj!
Siostra Gertruda baczniéj się jéj zaczęła przypatrywać.
— I puściłaś się w tym wieku na takie przygody? Cóżci to źle w domu było?
— Siostro Gertrudo! — odezwała się Ofka — jeść daj, pić i spocząć, a potém ci powiem wszystko!
Tym wdziękiem uśmiechu i mowy, którym czarowała kogo chciała, Ofka złagodziła siostrę Gertrudę. Pomruczała jeszcze i wzięła klucze.
— Gdzieś niedaleko od siebie dajcie mi kątek.
— Znajdzie się, znajdzie.
Znowu tedy schodki zejść trzeba było i w korytarzu drzwi szukać do izby, która jak cela klasztorna, ale czysta i świeża wyglądała. Było w niéj łóżeczko, stół, dzbanek, misa, a z okna widok na obóz krzyżacki, który gwarnym być poczynał.
Ofka rozdziewała się co żywiéj i padła na posłanie. Gertruda popatrzyła, zamknęła ją na klucz i odeszła.
Merheim śpieszył do namiotu W. Mistrza, który tylko co wdziawszy suknie, łańcuch i wszystkie oznaki swojego dostojeństwa, zbierał się radę zwoływać. U namiotu stał ten sam Korbacz nieszczęsny, oparty na długim kiju i z twarzą bardzo posępną.
Po podskarbim Ulryk domyślił się złéj wieści, a że tylko co jakąś niedobrą odebrał, wstrząsł się i stanął postrzegłszy go, czekając już na to, co przeczuwał.
— Co niesiecie? złe? nieprawdaż? — odezwał się głosem pełnym dumy i ironii.
— Jeszcze niéma nic tak złego, ażeby mistrz Zakonu miał prawo narzekać. To, co się stało, musi być bodźcem tylko... Gilgenburg wzięty i spalony.
Mistrz zdawał się nie czuć doniosłości nowiny, lub jéj nie rozumiéć: stał nie dając znaku po sobie.
— Mów daléj — rzekł.
— Jagiełło idzie na inne zamki i pustoszy nasz kraj.
— To wiem.
— Zygmunt zdradził.
— Tegom się domyślał, pieniędzmi się kupuje zwykle tylko nowych nieprzyjaciół.
— Jedną ręką podali list wypowiedni, a drugą dłoń z zaręczeniem pokoju.
— Cóż więcéj jeszcze?
— Tego dosyć, ażeby działać, aby wyjść z téj bezczynności, w któréj stoimy.
— Masz słuszność, panie podskarbi — odezwał się Ulryk — nie chcieliśmy pokoju, musimy więc prowadzić wojnę...
— Nie stojąc i nie czekając.
— Idziemy dziś — odezwał się Mistrz — zastąpimy mu drogę: los rozstrzygnie o przyszłości.
— Ja nie wątpię o niéj! — zawołał Merheim.
— Ani ja! Z małym wyjątkiem, Zakon, jako jeden mąż wyrzekł: wojna! Bóg mógł go tylko natchnąć. Dlatego nie boli mnie wzięcie Gilgenburga, ani zdrada Zygmunta. Zakon można znękać, ale go zabić nie potrafi nikt. Odrodziłby się w innéj sukni, z innym znakiem, pod inném hasłem... z tym samym duchem. Zakon jest nieśmiertelny. My możemy paść wszyscy: on – nigdy.
— Amen — szepnął podskarbi.
— Kto przywiózł wam te wieści?
Merheim przystąpił bliżéj i mówić zaczął pocichu. Czoło Mistrza sposępniało, nie rzekł słowa; z pewnym wstrętem słuchał tajemniczego opowiadania, które mu widocznie było przykrém. Merheim mówił z zapałem: on przyjmował to zimno.
— To nie są moje sprawy — zakończył — jam wódz, jam żołnierz, nie znam innego nic. Idę, walczę, a Bóg uczyni ze mną co zechce. Dla mnie rozstrzyga oręż.
— Nie zawsze — szepnął Merheim — czasem ziarnko piasku...
— A zawsze... wola Boska — rzekł Ulryk. — Natychmiast obóz zwijać każę, dziś jeszcze idziemy przeciwko nim; daléj pożogą i zniszczeniem posuwać się im nie damy. Staniemy murem... bitwa rozstrzygnie!!
Ulryk mówić dłużéj nie chciał, chociaż Merheim zdawał się pragnąć rozmowy; wyszedł do drzwi namiotu, aby przywołać dowódzców, pilno mu już było iść.
Stał uchyliwszy zasłonę, gdy Schwelborn przypadł w jednéj sukni, bez okrycia głowy, z wściekłością w twarzy, rozogniony, oszalały.
— Wiecie co prawią po obozie? — krzyknął. — Nie zacząwszy wojny, jesteśmy pobici? Nie dobyliśmy miecza z pochew, a krew nasza się leje; zamki się palą, skarby nasze łupią... i my to cierpiéć będziemy? my cośmy przyjęli wojnę, a nie chcieli pokoju??
Oczy zaognione wlepił w Mistrza z wyrzutem, za nim przypadali drudzy.
— Prawdaż to co głoszą? Gilgenburg wzięty, spalony? — wołał W. komtur.
— Srom i hańba! — wyrzekał inny — ponieśliśmy klęskę pod Świeciem. Kawał kraju pustką, Gilgenburg w popiołach, a my stoimy i patrzym...
Wielki Mistrz blady i poruszony stał, nic nie mówiąc; cisnęli się do namiotu komturowie i wielcy dostojnicy.
— Prowadź nas! rozkazuj! — odezwał się marszałek — inaczéj w Marienburgu bronić się przyjdzie.
— Powołać radę — rzekł Ulryk.
Rozruch się stał w całym obozie, jeden Mistrz zachował krew zimną i nie zdawał się wielce poruszonym.
Dwóch braci posłano po namiotach, aby zwykła wojenna rada się schodziła, i prawie w téj saméj chwili, kto jak stał odziany, czy na wpół ubrany, zdążał do namiotu. Na wszystkich twarzach znać było gniéw, oburzenie, wściekłość; milczano wszakże, półsłowami ulgę czyniąc zburzonym uczuciom.
Wielki podskarbi pozostał także w namiocie.
Ulryk stał zamyślony u stołu; gdy liczba zebranych była dostateczną do zagajenia, odwrócił się posępny i zamyślony.
— Wiecie wszyscy — rzekł — że Jagiełło niespodzianém najściem zdobył Gilgenburg i leży obozem nad jeziorem, chcąc się posuwać daléj; nie mamy co czynić, tylko stanąć przeciw jego wojskom i stoczyć bitwę, która o losie Zakonu stanowić będzie.
— Chyba o losie Jagiełły! — przerwał Schwelborn szydersko.
— Jednemu Bogu wiadomo o czyim — dodał Mistrz.
— Mieliżbyście zwątpić? — podchwycił marszałek.
— Nie wątpię, ale z każdą chwilą się przekonywam — mówił Jungingen — żeśmy nieprzyjaciela zalekko cenili; trzeba to wynagrodzić wysiłkiem potężnym. Od bitwy zależy nietylko potęga, ale może byt Zakonu.
Głośnym śmiechem mowę tę powitało kilku komturów.
— Prowadźcie nas! idźmy! — zawołali — zobaczymy tę potęgę. To stado, nie wojsko. Jagiełło stary i bezsilny, Witold nieszczery..., lud do rabunku, nie do boju: stratujemy ich pod kopytami naszych koni.
W wytartéj sukni, przepasany starym pasem, siwy, zgarbiony, pomarszczony, na uboczu stał zakonnik milczący i słuchał tych odgróżek i wrzawy.
Nie mieszał się do rady, nie występował naprzód: znać było, że co innego czuł i myślał. Oparty na mieczu, zwracał głowę ku mówiącym i chwytał każde słowo; niekiedy ostrzyżoną głowę gładził ręką, jakby od niechcenia.
Był to najstarszy wiekiem ze wszystkich braci, który najdawniejsze pamiętał czasy: zwano go Albrechtem Hoymem. Sprawiał on po kilkakroć urzędy różne w Zakonie, ale na żadnym długo dla surowości swéj nie ostał się. Zastępował komturów, dowodził strażami, dawano mu naczelnictwo zaciężnych; naostatek dla nieustannych skarg, choć poczestne miejsce zachował, jako prosty zakonnik, tylko bił się i małym pocztem dowodził. Szanowali go wszyscy, ale unikał każdy, gdyż nie pobłażał nikomu. Surowy zachowawca reguły zakonnéj, nie szemrał na nic, gdy go nie pytano; lecz wezwany, nikogo nie miał na względzie. Gdy głosy na pochód zbiérać zaczęto, przyszła koléj na Albrechta Hoyma, a W. Mistrz więcéj przez wzgląd na wiek, niż dla zbadania myśli jego, spytał:
— Cóż wy sądzicie, bracie Albrechcie?
— Co ja myślę? — niemal ironicznie, z głębokim smutkiem, głosem jeszcze silnym począł Hoym — chcecie wiedziéć całą myśl moją? Powiem ją. Jesteśmy pomiędzy swoimi. Zostaniemy pokonani, pobici, złamani, i nie Jagiełło ani Witold nas zwycięży, lecz własne winy nasze i grzechy. Mówimy o Zakonie? gdzie jest Zakon i reguła? Suknie z nich zostały tylko. Wszystko idzie samopas: nikt nie spełnia co wszyscy powinni. Gdzie są godziny nabożeństwa i gdzie posty, i wstrzemięźliwość i pokora? ja ich nie widzę. Czyni każdy co chce. Po zamkach dzieją się zgorszenia! Zakonnikami przestaliśmy być, a jako zbiérany z całego świata żołnierz, nie wieleśmy warci. Wiązała nas reguła święta, surowość obyczaju, karność Zakonu, pokora, posłuszeństwo i pogarda śmierci... gdzie one dziś?
— A! bracie Albrechcie — przerwał chmurząc się Schwelborn — dość tego, dosyć: twoje kazanie słyszymy oddawna przy każdéj okoliczności. Gdy nieprzyjaciel na karku, nie czas się spowiadać i zabiérać do pokuty: rąbać trzeba.
— A bez pokuty ręka ci uschnie — odparł Hoym — bez miłości Chrystusa miecza nie dźwigniesz, nienawiść nie starczy, nienawiść nie da zwycięztwa.
Niektórzy się uśmiechali, inni patrzyli z politowaniem: Mistrz zdawał się nierad, że wywołał próżne słowa.
— Ale w czémże znajdujecie złamaną regułę? — zapytał.
— Zadługoby było wyliczać — odparł spokojnie stary wojak — od odzieży, jadła, mowy, aż do modlitwy, zmieniło się wszystko. Dawniéj do kobiety mówić nie było wolno, dziś z nią po całych dniach, a może i nocach zabawiać się, nikt za grzech nie ma; stół zakonny był prosty, dziś jest wykwintny; nie miał nikt własnego nic, habitu, grosza, rodowéj pieczęci, ani woli własnéj w niczém: dziś każdy nosi co mu się podoba, zbiéra, gromadzi, rozdaje, a żyje byle za mury się wybrał, jak świecki człowiek. Dlatego Zakon słabnie, pada i lada burza go obali.
— Nie! — zakrzyczał marszałek — nie! To, na co wy narzekacie, stary bracie puhaczu, wróżbiarzu złego, było zawsze i zawsze będzie. Gorsi nie jesteśmy od drugich.
— Cóż? lepsi? — spytał zimno, w oczy mu patrząc stary.
Zmieszał się nieco Lichtenstein.
— Nie przypisuję sobie tego, żebyśmy doścignęli pierwszych tych, co na téj ziemi krzyż zatknęli; lecz..,
— Zapewne, że późno dziś naprawiać, co lata popsuły — dodał Hoym — lecz jeśli wyjdziemy cało, kajajmy się! bracia, pokutujmy!
Cicho było w namiocie, niektórzy zdawali się znudzeni; śmieli się inni odwracając: stary Albrecht postrzegł to, westchnął i zamilkł.
Milczeli téż długo wszyscy.
— Aby pozyskać siłę Chrystusową — dodał jakby sam do siebie — trzeba naśladować Chrystusa Pana i jego trzymać się nauki. Zakon nasz począł od szpitalu i miłosierdzia, a skończył na zaborach i rzeziach. Chrzcimy krwią, nawracamy mieczem: od miecza zginiemy!
To rzekłszy, jakby dla uspokojenia sumienia, nizko głowę skłonił przed Mistrzem, przykląkł zlekka, reszcie braci oddał pokłon i wyszedł powolnym krokiem.
Choć nikt się nie chciał przyznać do tego, wystąpienie starca uczyniło wrażenie, jak wyrzut co się odezwał w sumieniu. Czuł każdy, iż wiele prawdy było w słowach surowego rycerza. Ulryk przeszedł się dokoła stołu, podniósł głos, jakby ustęp ten nie należał do rzeczy, i rzekł głosem stanowczym:
— Natychmiast wyruszyć potrzeba, czekałem posiłków jeszcze, rachowałem na zwłokę, liczyłem na króla Zygmunta, który miał wpaść od granicy węgierskiéj, na Inflanty, że wtargną na Litwę... chciałem nieprzyjaciela wciągnąć w głąb’ kraju, aby go zeń nie wypuścić... zmuszacie mnie, a raczéj wypadki zniewalają iść i stanowczą stoczyć bitwę. Stanie się więc. Męztwo trzeba podwoić, bo siły nasze małe są i słabsi jesteśmy od Jagiełły.
Zaczęto mruczeć.
— Nie wedle liczby waży się żołniérz! Co znaczy liczba? siła nasza w rycerskiéj wprawie i sercach!
Mistrz nie odpowiedział.
— Otrąbić do pochodu! ruszamy!
Na to hasło komturowie rzucili się ku drzwiom, niektórzy z okrzykami i po obozie rozległ się natychmiast odgłos trąb i wołanie: — Do koni! Z hałasem ściągano namioty.
Zaciężny żołniérz jeszcze zażywał wczasu nad stołami i konwiami, gdy hasła się rozeszły; kto więc co pod ręką znalazł zabiérał, wypijał, chował, a czeladź śpieszyła siodłać i troczyć.
Z pośpiechem zdawna niepamiętnym zabiérano się wyruszyć. Chorągwie około południa już się na błoniach pod zamkiem ustawiać zaczęły. Chmurne i przeciągającemi obłokami okryte niebo, osłaniało nieco od spieki słonecznéj, ale powietrze było duszne i ciężyło na piersiach ołowiem.
Zwinięto i namioty, pod któremi gości przyjmowano, i mistrzowski, i co tylko zabrać się dało, wozy ładowano co żywiéj. Schwelborn zajadły miał ich kilka pełnych sznurów i pęt, odgrażając się, że je na jeńców polskich gotował.
Wspaniałym i uroczystym pochodem ruszało wojsko krzyżackie, zamiast modlitwy, okrzykami wojennemi i odgróżkami brzmiąc całe.
Szła przodem wielka chorągiew Zakonu, z krzyżem czarnym i złotym, na którym w tarczy złocistéj widny był orzeł czarny. Pod nią jechał sam Wielki Mistrz, najdostojniejsi panowie, dwór Ulryka i jego czeladź, zbrojna przepysznie i strojna jak do okazu, nie do walki.
Tu świeciły najpiękniejsze szmelcowane zbroje, najmisterniejsze szyszaki, najkosztowniejszy oręż, najbielsze płaszcze i najbielsze twarze. Mistrz na piersiach miał łańcuch z relikwiarzem jerozolimskim, który był uważanym jako Palladium i siła Zakonu.
Za nim szła mniejsza chorągiew W. Mistrza, proporzec jego, pod którym znajdowała się szlachta pruska, najemni rycerze niemieccy i zbiérana drużyna płatna. Piérwsze szeregi błyszczały i tu zbroją i rynsztunkiem i ludzi doborem, ale w dalszych dojrzéć było można takich, co szli na wojnę więcéj, aby jeść, niż aby się bić, i obładowani bez miary, oglądali się raczéj na wozy, niż na chorągiew.
Chorągiew W. marszałka z krzyżem czarnym, złożona była z Franków, gdyż i on sam z Frankonii pochodził, a ludzi miał dobranych do boju; po niéj szedł ze swoją Konrad książe na Oleśnicy, pod znakiem czarnego orła szlązkiego, ze Szlązakami, między którymi siła była, co lepiéj po polsku, niż po niemiecku mówili.
Jerzy Gersdorf, Szlązak, niósł chorągiew św. Jerzego z białym krzyżem, w polu czerwoném. Była to jedna z najprzedniejszych, pod którą się tylko ci garnęli, co z placu nigdy nie ustępowali i znamieniowi swemu hańby uczynić nie dali. Gersdorf był między nimi jednym z najprzedniejszych, żołniérz prawy, bo od dzieciństwa zbroi nie zdejmował i wojna była jego rzemiosłem. Chorąży ziemi Chełmińskiéj, Mikołaj Renysz, głowa Jaszczurczego związku, niósł chorągiew białą z czerwoném, z krzyżem czarnym i wiódł szlachtę chełmińską i mieszczan; za nim postępowali komturowie, każdy na czele swoich, potém chorągwie biskupstw, znaki miejskie, znaki najemnych pułków z rozmaitemi godłami, naostatku czeladź, ciury i działa, wozy z kulami, prochem, żywnością, namiotami, beczkami wina i piwa, zapaśnym orężem i t. p. Tych liczba niemal tak była wielka jak wojska i osobny obóz stanowiła.
Z chorągwią swą wystąpił téż między dostojnikami podskarbi Merheim, lecz miejsce jego zajął namiestnik, któremu ją do prowadzenia powierzył, sam pozostawszy na zamku dla spraw, które chciał dopilnować...
Z okna swéj celi Ofka, przebudziwszy się po krótkim spoczynku, gdy trąby jedna po drugiéj odzywać się zaczęły, postrzegła ustawiające się szeregi i zabiérające do pochodu wojsko. Niespokojna poprawiła nieco swego męzkiego stroju i czekała, aby jéj znać dano co czynić miała.
Ten niepokój, który ją był ogarnął na widok wojsk Jagiełły w lesie, wrócił, gdy ujrzała wojska krzyżackie, które policzyć niemal mogła i zmierzyć mniejszą ich siłę. Znużona i złamana drogą, duchem czuła się znowu silną, a gniéw przeciwko tym, co śmieli stawać do boju z Zakonem, wybuchał znowu w jéj sercu. Nie czuła się już jednak zdolną do posługi jakiéjkolwiek, bo chwila, w któréj oręż miał wszystko rozstrzygać, zbliżała się. Stała jeszcze w oknie zadumana, spoglądając na odciągające chorągwie, to dumna niemi, to trwożąc się gdy je liczyła; kiedy siostra Gertruda z posępną swą twarzą, obwiązana fartuchem, weszła niosąc na misce jedzenie. Ciekawą znać była tego przebranego dziecięcia, na które patrzała z oburzeniem i zgrozą, bo podawszy jadło, stanęła naprzeciw Ofki, jakby do rozmowy.
— Cóż? za wojskiem pociągniesz? ty, niewstydnico jakaś? — mruknęła, nie mogąc się wstrzymać.
— Nie wiem, siostro Gertrudo: uczynię co mi każą.
— A któż ci to kazał bezbożnie się tak przebiérać i kryć płeć swoją? — spytała siostra.
— Musiało to być na coś potrzebne, a pewno nie jest i nie było miłe — odparła Ofka — ale kto kocha Zakon, ten dla niego nawet czci i sławy nie żałuje.
— Wygadana! wygadana! — zamruczała Gertruda — to nie dobre téż! dziewczyna lepiéj robi gdy milczy.
Ofka spojrzała na starą i nie obrażona wcale, rozśmiała się.
— Siostro Gertrudo — spytała — a wyście zawsze byli starą, czy téż może kiedy młodą?
— Słuchajcie, co za żmija! — odparła siostra. Byłam młodą i piękną jak ty, a może piękniejszą, alem się nigdy za mężczyznę nie przebiérała, bo to obraza Boża!!
— A w którym roku życia wstąpiliście do Zakonu, siostro Gertrudo? — mówiła Ofka, jedząc i figlarnie mierząc ją oczyma.
— Będziesz ty mnie brała na spytki! Patrzajcie ją? Hm! Miałam męża, zostałam wdową, poszłam służyć Zakonowi!
— Dawno to temu? — mówiła Ofka nie zważając na kwaśną minę siostry.
Na to pytanie nic już nie odpowiedziawszy, zbiérała się wynijść ze swym gniewem Gertruda, gdy w progu ukazał się podskarbi.
Na widok jego spokorniała bardzo siostra i ręce złożywszy, stanęła u ściany.
— Siostro Gertrudo — rzekł — nie gorszcie się wcale ubraniem tego dziewczęcia; z dobréj woli dla Zakonu poświęciła się... szanować to trzeba, a uczyńcie jéj wyprawę na drogę, jakiéj zażąda... Proszę i żywo.
Rzuciwszy okiem na Ofkę śmiejącą się, wyszła siostra co prędzéj.
Podskarbi zbliżył się do niéj.
— Na koń! i napowrót do obozu, do króla! — zawołał.
— Jakto? — spytała Ofka zdumiona — a jeśli mnie spytają...
— Spytają pewnie, powiesz co chcesz... żeś się zbłąkała. Cóż dziwnego?
Podskarbi się obejrzał i przystąpił do stolika, z za sukni dobył krągłą bańkę złotą, którą otworzył. W środku jéj była druga szklanna, zamknięta korkiem złotym i osznurowana.
— Widzicie — rzekł — ten pektoralik? możecie go sobie włożyć na szyję i nosić go... stanie on w pewnym razie za sto szabel i za sto samopałów. Gdyby wam, Zakonowi... groził kto... a bronić się było potrzeba... w obronie życia, życie odebrać prawo pozwala. Rozumiecie mnie?... Jest to włoski elixir cudowny. Kropla do kielicha wina wpuszczona, uwalnia od nieprzyjaciela... Rozumiecie mnie... Weźcie dwóch ludzi swoich, lub innych, a wracajcie do obozu, do służby. Nie mówię więcéj nic: któż przewidziéć może, co wypadnie?
Spojrzał na dziewczę, które pobladło, strwożyło się, wahało, potém rękę drobną wyciągnęło po bańkę, którą podskarbi zamknął; Ofka chwyciła sznur jedwabny, na którym zawieszoną była i szybko zarzuciła na szyję. Nie odpowiedziała ani słowa: oczy jéj błysły.
Podskarbi wstrzymał się chwilę.
— Nie macie potrzeby pamiętać, kto wam to cacko dał... mogliście je znaleźć na drodze.
Oczy Ofki i jéj bystre spojrzenie świadczyły, że zrozumiała.
— Jedźcie do obozu — dodał — wojsko nasze ciągnie powoli, ja także idę z chorągwią moją. Wy możecie wyminąć je i wyprzedzić. A stanie wam na podróż siły?
— Mam nadzieję! — poważnie odezwała się Ofka, zmieniwszy głos i wyraz twarzy, jakby dumną była z posłannictwa, które na nią wkładano.
— Niech Bóg dobrym zamiarom błogosławi! — dokończył podskarbi. — Jedźcie nie zwlekając. Kobietą będąc, zawstydziliście teraz nie jednego mężczyznę i rycerza. Zakon o waszych zasługach będzie pamiętał.
To mówiąc wyszedł Merheim, bo w podwórzu pacholę i konie nań czekały. Tu jeszcze rozrządził wyprawą młodego żołnierza, jak go nazywał, i siadł, aby dognać swoją chorągiew. W pół godziny późniéj, ścigana groźnemi oczyma siostry Gertrudy, Ofka dosiadła podanego konia i śmiało rzuciła się na wskazaną jéj drogę, którą wojsko wyminąć miała.


∗             ∗

Nazajutrz po zdobyciu Dąbrowna, dnia czternastego lipca, nie można było ruszyć z obozu, w którym noc ostatnia tyle zasiała nieładu. Kupami stali spędzeni jeńcy, leżały stosami łupy, ludzi wielu było rannych, innych nawołać od pogorzeli i rabunku nie było podobna. Zyndram Maszkowski doniósł Jagielle, iż wojsko znowu do porządku doprowadzić trzeba, a dowódzcy zajęli się zwoływaniem rozproszonych, rozdziałem żywności i zapasów, jakie się im dostały.
Spalone téż miasteczko, choć wygorzało prawie do szczętu, wiele w niém po lochach, sklepach i dołach zostało żywności, którą gardzić się nie godziło. Wysłano wozy i co wstrzemięźliwszą czeladź ze starszyzną, dla zabrania z pogorzeli co się ocalić dało.
Sam Jagiełło wyszedł zdala spojrzéć na ów tłum kilkotysięczny biednych jeńców, którzy spędzeni jak bydło, siedzieli płacząc na ziemi i zawodząc żałośnie. Wielu z nich żon, dzieci i ojców niestało, których trupy leżały na pogorzeliskach. Z boku oddzielnie widać było białe poszarpane płaszcze krzyżackie, rozbrojonych zakonników, a przy nich braci zakonnych, szlachtę okoliczną i żołnierzy.
Za poradą duchownych i z własnego natchnienia król nakazał natychmiast, aby wydzieliwszy przedniejszych jeńców, mających pozostać w niewoli, resztę mieszczan, ludu, kobiet, dzieci, natychmiast odpuszczono wolno.
A że niewiast było wiele, a obawiano się od ciurów wojskowych napaści i zniewagi, otrąbiono po obozie w imieniu króla, ażeby pod gardłem nikt się nie ważył puszczonych zaczepić, zatrzymać, ani im krzywdy czynić.
Natychmiast w obecności Jana z Tarnowa i Krystyna z Ostrowa, powiązanym sznury rozerznięto, innym kazano się do gromady zebrać i iść naznaczonym szlakiem, wymijając obóz. Dla przeprowadzenia zaś dodano starszego żołnierza i dowódzców kilku. Ci co po wczorajszéj rzezi życia nie byli pewni, sądząc, że w pień wycięci zostaną, z radością wielką i błogosławieństwy obóz opuszczać zaczęli. Zakonnicy krzyżaccy na boku stojący, w większéj części ranni i pobici srodze, gdy do nich marszałek podjechał, choć z niedobrą wieścią, ale ze słowem ludzkiém, ani głowy podnieść, ani się odezwać, ani odpowiadać chcieli. Znać było z nich, że śmierci wyglądali i woleliby ją może od sromu i niewoli.
Gdy marszałek odjeżdżał od nich, jeden z zakonników, który miał rękę przeciętą, drugą wyciągnął pięścią grożąc i odezwał się goniąc za nim słowem:
— Nie cieszcie się, ani tryumfujcie! kawał muru mogliście napaść i zdobyć niespodzianie, ale w polu gdy się spotkacie z nami, będziecie musieli zapłacić sowicie za krzywdy nasze, wy i wasz król i wszyscy co wam do tego niecnego pomagali dzieła!!
Ani za złe można było wziąć rozżalonemu tych słów, i marszałek do serca ich nie biorąc odjechał. Owszem posłano przedniejszym jadło z kuchni królewskich, które oni wyrzuciwszy, chleb suchy jedli, nie wiedzieć zkąd go dostawszy.
Zajadłych tych nieprzyjaciół wśród wojny puszczać nie godziło się, więc choć ciężarem wojsku byli, powiązanych zatrzymać musiano.
Cały ten dzień, jak poprzednie skwarny, upłynął na porządkowaniu, które z południa dokończono, ludzi od miasteczka ściągnięto, i dopilnowano, ażeby wcześnie na swych miejscach spoczęli, a na zaraniu gotowi byli do pochodu. Dowódzcy objeżdżali namioty, szałasy i stanowiska, nikomu się błąkać nie dając; pogaszono ognie z wieczora i straże czuwały, żeby się nikt wyrywać nie mógł na swą rękę do swawoli. Już nad wieczorem, gdy się to działo, w stronie północno-zachodniéj nieba zaczęły się gromadzić chmury, które stały od dni kilku jakby nieruchome: zdawało się, że burza i deszcz przyjdą, aby powietrze odświeżyć.
Wszedł jednak księżyc w pełni, i chmury za lasami, choć w nich znowu błyskało, osiadły. W obozie nastała cisza wielka i uroczysta, bo po wczorajszéj walce i znużeniu, żołnierz odpoczywał snem kamiennym. Nie wielu tylko czuwało, około namiotów królewskich i na czatach u krańców obozu.
Do tych, którzy nie spali, należał téż Bartosz, pleban kłobucki, kapelan Jagiełły, odmawiający długo modlitwy, a późniéj z niepokoju jakiegoś dusznego, nie mogący zmrużyć oka. A że w namiotach gorąco było nieznośne, wyszedł siąść przed niemi, ażeby powietrzem wolném odetchnąć.
Księżyc już się był znacznie podniósł na niebie, po którém rozsiane jak wełna rozstrzępiona przebiegały, a raczéj płynęły obłoczki. Były one tak przezroczyste i lekkie, iż mało co blasku miesięcznego odbierały. A gdy w twarz księżycową zapatrzył się modląc ksiądz Bartosz i myślał, coby za przyszłość czekała to wojsko śpiące i spoczywającego króla, — obraz dziwny zjawił mu się na tarczy księżyca.
Białe obłoczki wsunęły się na nią powoli i widział pleban kłobucki, jak jeden z nich przybrał postać rycerza z królewską koroną na głowie, drugi mnicha z krzyżem, albo plamą na płaszczu czarną...
Nie wierząc oczom swym, coraz mocniéj wpatrywał się w te cienie pleban, ale postacie nie znikały; jęły się owszem za barki i zdawały walczyć i pasować z sobą, aż król ów obłoczny obalił mnicha i roztopiły się owe postacie, a uleciały...
Przejęty widzeniem ks. Bartosz, modlił się w zachwyceniu jakiémś, upatrując w tém wróżbę szczęśliwą, gdy w téjże chwili nadbiegł doń niedaleko stojący żołnierz, pytając czy widział na niebie zjawisko?
Spostrzegli je i inni czuwający w obozie, a chociaż nikomu na sercu nie zbywało, dodało to otuchy, równie jak wzięcie Dąbrowna.
Już się na świt brało, gdy straże stojące opodal w zaroślach, usłyszały tentent i wkrótce zjawili się naprzeciw nich trzej jeźdźcy. Zatrzymano ich. Jeden najmłodszy opowiadał się jako dworzanin króla, zabłąkany czasu napadu na zamek, co mu dwaj drudzy łamanym językiem poświadczali. Wszyscy napowrót do obozu chcieli, lecz straż baczna, do oboźnych i nocnéj warty ich odesłała. Tu zatrzymano ich aż rozedniało nieco, a gdy z królewskiego dworu zawezwany podkomorzy, poświadczył, iż młodego we dworze królewskim widział i znał go dobrze z twarzy, puszczono dopiéro, aby szli się przed starszymi tłómaczyć.
Właśnie się obóz miał ruszać i zwijać, i zamieszanie z każdą chwilą rosło większe, gdy trzej jeźdźcy nadążyli do namiotów królewskich. Chmura, która noc całą stała napozór nieruchoma między zachodem a północą, podniosła się nagle i wiatr szalony po nad obozem ją przenosił. Płótna namiotów porwane nim miotały się szeleszcząc i rwąc sznury, obalały się stojące, obalone wlokły po ziemi, tumany kurzu otaczały plac cały... rżenie koni, krzyk ludzi, wycie gwałtownego wichru zamąciły na chwilę ze snu budzący się lud. Ofka ze swymi konnymi podjeżdżała ku taborowi króla, gdy za cugle jéj konia porwał silną ręką mężczyzna ogromnego wzrostu i pochwyciwszy ją wpół, z siodła zdjął jak pióro, stawiąc drżącą i przelękłą na ziemi.
Groźnych czarnych oczów dwoje, wlepionych w nią, dały poznać dziewczynie, iż powinna się była tłómaczyć. Stał przed nią pan Brochocki. Ofka chciała mu się zrazu wyrwać, lecz dłoń jego ani drgnąć słabemu nie dała dziewczęciu.
— Dokąd? zkąd? — zawołał grzmiącym głosem.
— Wracam... zabłąkałem się...
— Wrócisz najprzód do mnie! — rzekł Brochocki — przy królu miejsce zajęte... Ani słowa! iść i słuchać.
Ludzie, których z sobą przywiodła Ofka, popatrzyli przerażonemi oczyma na nią, na siebie i pozostawszy, korzystając z zamieszania, jakie wiatr wzniecił w obozie, zniknęli. Dziewczę trzymając konia za cugle, same za ramię ujęte przez Brochockiego, musiało iść przodem. Przecisnęli się tak wśród powywracanych namiotów i tłumu, który niesione burzą suknie łapał i chwytał. Namiot pana Andrzeja leżał téż na ziemi, bo pale złamał wiatr. Około niego ujrzała z przestrachem Ofka stojącego księdza Jana.
Staruszek ujrzawszy ją, ręce do góry, jakby Bogu dziękując podniósł.
Na twarz dziewczęcia wystąpił rumieniec gniewu, wstydu i przerażenia. Chciała uciekać, lecz Brochocki nie puszczał jéj, doprowadził aż do księdza i śmiejąc się postawił ją przed nim.
— Otóż jest zbieg, burza go przyniosła — zawołał.
Zbieg stał pomieszany, lecz i stryj ks. Jan niemniéj był odzyskaniem skłopotany, ani nagle ją ujrzawszy wiedział, jak sobie ma począć. Nie chciał wydawać tajemnicy, aby obłąkanéj wstydu nie czynić; czuł, że puszczona na wolność użyje jéj pewnie na złe, lub przynajmniéj do ucieczki: nie śmiał się cieszyć, nie mógł łajać.
— Mój Ojcze — rzekł Brochocki, poniekąd odgadując myśli jego — w obozie są prawa i zwyczaje. Kto raz samowolnie uszedł, ten pod strażą zostać musi, dopóki się sprawa jego nie rozpozna i kara nie domierzy. Dziś nie czas ani badać, ani karać; lada chwila, żeby tylko ten szalony wicher się uśmierzył, ruszać trzeba; nieprzyjaciel niedaleko: co tu z nim robić?
Obrócił się do Ofki.
— Trochę mnie znacie, ale może nie spełna: człowiek jestem takiego serca, jak ręki. Oboje żelazne. W pochodzie rodzonego brata nie pożałuję, a nieposłusznemu łeb utnę: rozumiecie mnie?
— Tnijcie! — zawołała Ofka — a żywo.
To mówiąc, przechyliła głowę i nastawiła szyję białą. Brochocki i ks. Jan spojrzeli po sobie, mówiąc oczyma:
— Co z tym szatanem poradzić!
— Gdzieżeś był? — zagrzmiał ogromnym głosem Brochocki.
— W lesie, zabłąkałem się.
— Kto ci pozwolił od dworu?
— A kogóż inni pytali gdy szli na zamek? — zapytała Ofka.
— Toś i ty tam był?
Dziewczę zarumieniło się mocno.
— Tak jest.
— Fałsz jest! — zawołał pan Andrzéj — jam tam pierwszy był i byłem ostatni, i wszystkich widziałem co byli. Gdzieś była?
Ofka zamilkła, popatrzyła w oczy panu Brochockiemu.
— Wasza Miłość wiecie od mojego stryja, kto jestem. W oczach jego jam winna. Tnijcie mi głowę, mówić nie będę, bo nie chcę.
Do innych trosk z dziewczęciem, przybywała i ta, ażeby się król o całéj sprawie nie dowiedział, i nie tłómaczył jéj sobie czarami jakiemi, coby mu frasunku w przede dniu walki co chwila spodziewanéj dodało.
— Licho ją tu w tę złą godzinę przyniosło! — odezwał się sam do siebie Brochocki — złapał żołnierz Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma.
Ks. Jan stał milczący, on mniéj jeszcze wiedział co miał czynić ze zbiegiem. Mierzył oczyma dziewczę, które zrozumiawszy że o nią byli w kłopocie, odzyskiwało odwagę i przytomność.
Stała wpatrując się w księdza naprzemiany i w pana Andrzeja. Ostatni straszniejszym się jéj nierównie wydawał. Znać było z nasępionych rysów jego twarzy, iżby się na wiele ważył, gdyby litości nad księdzem nie miał.
Gdybym wierzyć mógł słowu, kazałbym ci za sobą i z pocztem moim iść, ale cię wolną z oczu spuścić nie można.
— Każcie spętać! — odezwała się dziewczyna zuchwale.
— Dałbym cię między krzyżackich jeńców, gdyby mi cię żal nie było, do téj hałastry mieszać — zawołał Brochocki.
— Chętnie pójdę z tą hałastrą! — zawołała Ofka.
— A ja także do nich mogę się schronić — głową dając znak potakujący, rzekł ks. Jan. — Najwłaściwsze tam dla nas miejsce.
Brochocki więc czasu nie mając do stracenia, bo się ludzie szykowali, a Witoldowe prawe skrzydło dawno już było ruszyło, zawołał na czeladź i kazał Ofkę z księdzem odprowadzić do jeńców, z poleceniem temu co ich wiódł, aby na nią mieli oko.
Dziewczę szydersko się uśmiechnąwszy, milczące poszło za przeprowadzającymi: ks. Jan dążył za nią. Obóz cały był w ruchu. Wiatr gwałtowny nie ustawał. Nadbiegający dworscy dali znać, że król koniecznie mszy św. chciał słuchać przed ruszeniem, a kapliczny namiot od wiatru obalony, ustawić się nie dawał: ani pale, ani sznury nie mogły go w miejscu utrzymać.
Jagiełło stał przy swojém, Witold wreszcie nadbiegłszy, radził, by czasu nie tracąc, posunąć się daléj, a na wypoczynku, gdy wicher nieco przepędziwszy obłoki ustanie, nabożeństwo odprawić. Niechętnie zgodził się na to król i trąby po raz trzeci odezwały się do pochodu.
Wśród szumiącéj więc suchéj burzy, obłoki żeglujące mając nad głową, ruszyły się zastępy ze śpiewem pobożnym z obozowiska, z myślą wesołą, z przeczuciem jakiémś powodzenia.
Wszyscy tego dnia mieli nadzieję widzenia nieprzyjaciela, o którym w blizkości wiedziano, nikt się jednak starcia nie spodziewał.
Dwie długie mile, zaroślami i polami sunęły się chorągwie, aż ku wsi Rudzie i Grünwaldowi, gdzie wśród gąszczów i gajów, gdy wiatr znacznie był zwolniał, zatrzymać się kazano.
Wojsko rozkładało się u stóp pagórka nad jeziorem Lubnem, a na wierzchołku jego śpiesznie rozbijano namiot kapliczny. Ks. Bartosz ubierał się do mszy św., dwór czekał na nabożeństwo, król się go domagał. Słońce zaczynało znowu przezierać z za rozbitych obłoków. W chwili, gdy Jagiełło z konia zsiadłszy, pieszo zmierzał ku namiotowi, wielkim pędem nadbiegł zziajany Hanko, szlachcic z pod Chełma, Ostojczyk. Z twarzy mu patrzało, że wieść niesie: król stanął czekając.
— Z czém idziesz? — zawołano — co się stało?
— Krzyżacy tuż! stoją już o kilkanaście kroków od obozu pod wsią Grünwaldem.
— A ileż ich tam jest? — spytał Jagiełło.
— Nie widziałem więcéj nad jedną chorągiew — rzekł Hanko — bom z doniesieniem śpieszył, Najjaśniejszy Panie!
Za Hankiem ujrzano w pędzie lecącego Dersława Włostowskiego Okszę.
— A wielu ich tam? — powtórzył król, zwracając się ku niemu.
— Jam widział dwie chorągwie!
Na tém wszakże nie było końca, ujrzano trzeciego, który zwiastował pięć chorągwi, czwarty więcéj jeszcze, inni wreszcie powiadali, że cała siła Krzyżaków w szyku bojowym stoi gotowa do walki!
Jagiełło wysłuchał ich, przeżegnał się i wszedł do kaplicy. Ks. Bartosz stał właśnie u ołtarza i msza święta się rozpoczęła.

Koniec tomu pierwszego.



Tom II


Krzyżacy byli już o kilkoro stai od obozu polskiego, gdy ich straże postrzegły... i Hanko pobiegł do króla. W mgnieniu oka rozeszła się wieść po całém wojsku: Nieprzyjaciel tuż! i w mgnieniu oka zaczął się lud, choć nie wołano jeszcze, do boju szykować. Czeladź powłaziwszy na drzewa, które na polu stały, mogła z nich dojrzéć lepiéj, nietylko szyszaków i proporców, z za krzaków i zarośli wyglądających, ale całych zbroi, szyków i taboru, który stał pod wsią Grünwaldem.
Litewskie wojsko na prawém skrzydle sam Witold natychmiast sprawił, nie czekając rozkazów i kazał mu się nieco naprzód dla wygodniejszego posunąć stanowiska. Zyndram Maszkowski biegł do swoich chorągwi. Jedni co byli zbroje dla skwaru poodpinali, drudzy co je wieźli i nieśli, poczęli co żywiéj okrywać się niemi. Wiele kopij było na wozach, więc i po te śpieszył kto w Boga wierzył, bo serce wielkie mieli wszyscy do spotkania z Niemcami, a ochotę i niecierpliwość niezmierną.
Dziwnym cudem, wśród pośpiechu tego zamieszanie się nie wznieciło, a nieprzyjaciel, który wcześniéj na stanowisko przyszedł i dawniéj był w gotowości, gdyby naówczas na nieprzygotowanych i na niewiedzących prawie o nim, uderzył, niewątpliwieby był zadał klęskę.
Ale w obozie krzyżackim cicho było: nieruchome szeregi czekały. Jagiełłowe zaś wojska choć bardzo szybko pod wzniesione chorągwie gromadzić się zaczęły, nie miały rozkazu do poruszenia się naprzód.
Król wszedłszy do kaplicy, spokojnie słuchał mszy świętéj, którą ksiądz Bartosz odprawiał z wielką gorącością ducha. Dwóch dworzan króla zbrojnych do mszy służyło. W głębi namiotu stali pisarze, duchowni i kilku starszyzny, nieodstępujących króla: reszta przebiegała szeregi i leniwych nagliła do pośpiechu.
Na twarzy króla nie widać było nic oprócz powagi, jaką wyrażała chwila, którą wszyscy czuli stanowczą; blady był nieco, czoło miał zasępione, ręce złożył i gorąco zdawał się modlić duchem, choć usta jego się nie poruszały.
Przy podniesieniu upadł król na kolana i głową dotknął aż do ziemi. Właśnie kielich ksiądz do góry uniósłszy, trzymał go w rękach, gdy Witold wpadł w chrzęszczącéj zbroi i zbliżył się ku Jagielle.
— Bracie! — zawołał — czas wielki! wychodź! Należy radzić, trzeba uderzyć: jeśli im damy pierwszym począć, biada nam, zginęliśmy.
— Daj mi się modlić! — odparł Jagiełło. — Bogu dnia pierwociny należą.
Witold postawszy chwilę, wybiegł zniecierpliwiony. Przed namiotem stała cała rada wojenna, oprócz Zyndrama.
— Na miłość Boga! — zawołał Szafraniec — a jużby dość było nabożeństwa. Czas płaci, czas traci! Króla gwałtemby wyciągnąć z kaplicy, bo jest o czém inném myśléć. Lada chwila uderzyć mogą.
— Król nie odejdzie z kaplicy, dopóki mszy nie wysłucha — zawołał Witold — żadna go siła nie weźmie: to darmo.
Ruszył ramionami Szafraniec.
— Tak samo jak teraz z modlitwą, będzie z bitwą — przerwał Zbigniew z Brzezia — myślmy, aby się król nie naraził. Obstawić go należy i nie puszczać, bo go potém utrzymać będzie trudno, gdy raz się do boju puści, a nie jego rzecz bić się, tylko rozkazywać.
— Tak, głowy strzedz należy — zawołał podkanclerzy — wszystko przewidziéć. Któż wié, jak bitwa wypadnie?
— Po ludzku co rozum dyktował uczyniło się — mówił marszałek — rozstawione są po drodze poczty i konie, na wypadek nieszczęścia, aby choć król cało wyszedł, póki my piersiami zasłaniać go będziemy.
— Ja już dłużéj pozostać tu nie mogę! — zawołał Witold bijąc zbrojną ręką po żelazie, w które się cały odział — ja muszę śpieszyć do moich.
To mówiąc, wszedł powtórnie do kaplicy. Msza święta, którą kapelan zwolna odprawiał, jeszcze się nie kończyła. Nadchodziła komunia. Jagiełło pochylony bił się w piersi. Witold szepnął mu:
— Bracie! gore! wojsko potrzebuje widziéć cię: śpiesz.
— Nie odejdę bez krzyża i błogosławieństwa — mruknął Jagiełło niecierpliwie. — Czyńcie co chcecie, władzęm zdał...
— Ależ to księżowska rzecz się modlić! — Zawołał Witold.
— I królewska — dodał Jagiełło spokojnie.
Zrozpaczony niemal wyrwał się Witold z kaplicy. Chorągwie widać było ustawiające się do boju. Z poza krzaków, gwałtowny wicher, który nie ustawał i niósł w oczy Krzyżakom pył i piasek z pod koni, powiewał silnie proporcami nieprzyjaciela, które z za zielonych gąszczy przeglądały.
Szmer jak mruczenie strumienia słychać było w szeregach zakonników: odmawiano modlitwę przed bojem. Całym chórem odzywały się niekiedy zakonnym trybem wygłaszane Responsoria.
Ze strony polskiéj jeszcze się nie odezwała Bogarodzica, wojsko w milczeniu czekało na wodza, ten i ów modlił się pocichu. Wódz modlił się téż, leżąc pochylony na ziemi.
Witold wziął za ramię Zyndrama Maszkowskiego.
— Mieczniku, chodź ze mną; Janie hrabio z Tarnowa, idźcie proszę: razem może więcéj u króla zyszczemy. Mnie nie słucha, przypisując mi krew zagorącą.
Weszli wszyscy po trzeci raz do kaplicy. Ksiądz składał dopiéro naczynia ofiarne, nie wyrzekł jeszcze: „Idźcie, ofiara spełniona,” nie odczytał Ewangelii ostatniéj. Jagiełło klęczał pochylony i zatopiony w modlitwie.
Jan z Tarnowa zbliżył się do ucha jego.
— N. Panie, wszyscy was błagają, pośpieszcie stanąć na czele naszém. Krzyżacy już gotowi, a nie godzi się by uderzyli pierwsi.
— Nie godzi mi się bardziéj jeszcze odejść bez błogosławieństwa — odpowiedział król. — Nie pójdę, nie pójdę!
Zdawało się, że ks. Bartosz jakby naumyślnie powoli bardzo mszę czytał, powoli wymawiał słowo każde, obracał się zwolna, zamyślał i stawał modląc duchem. Jagiełło téż schylony bił się w piersi i jęczał, jakby z grzechów spowiadał, choć tegoż rana spowiedź już odbywał.
Naostatek wstał król.
Dworscy już przygotowaną trzymali zbroję. Posępny jak zawsze, ale dziwnie spokojny, postępował z kaplicy ku krzakom, w których mu siedzenie naprędce zgotowano, dla uzbrojenia. Miał król na sobie kaftan i spodnie suknie, ino blach brakło. Pacholęta rzuciły się natychmiast rzemyki i sprzączki opinać.
Zbroję na ten dzień przygotowano lekką, ale z najprzedniejszéj stali i pozłocistą. W pośrodku jéj świecił krzyż. Napierśniki, nagolenniki, naramienniki, wszystko było jednakie, roboty przedziwnéj i piękne, gdyż rycerz do boju iść musi jako na uroczystość największą, a tam gdzie się święci krew i życie za sprawę Bogu miłą, sercu drogą, obchodzi każdy dzień swojego kapłaństwa, dzień ofiary, do któréj przystępuje w białéj szacie.
Wszystko téż co otaczało króla błyszczało, wdziawszy najdroższe rynsztunki. Na tarczach widać było stare rodowe znamiona: Topor, Leliwę, Podkowy Jastrzębców, Gryfy Jaxów, Nałęcze krwawe, Róże, Strzały i Lemiesze. Tak samo na hełmach unosiły się dlatego, by widne były zdala żołnierstwu godła herbowne: Kanie Jastrzębców, Pióra, Trąby, Gryfy. Niektóre z nich złocone połyskiwały świetnie, inne czarnym okryte szmelcem, inne barwami różnemi malowane, służyły za chorągwie i jak chorągwi strzedz ich musiano.
Błyszczały na niektórych pasy rycerskie, inni jeszcze na nie zarabiać dopiéro musieli, Na zbrojach co kto miał droższego zawiesił: relikwiarz, obraz, łańcuch, krzyż, bo się nikt dla bezpieczeństwa z dostojnością nie taił, ale owszem, jak najświetniéj pragnął wystąpić. Niektórzy poodziewali się w stare żelazne siatki od stóp do głów i pobrali lekkie tarcze, aby lżéj im było harcować z nieprzyjacielem; inni konie nawet mieli zbrojami poosłaniane, bo konia każdy strzegł jak siebie.
Szły więc rumaki w stalowych okryciach i nałebkach, a chrapały bój czując, bo koń żołnierski zapalał się jak on do bitwy i nieraz nieprzyjacielskiego gryzł gdy dopadł.
Zbroi różnych tyle niemal było co ludzi, każdy się odziewał jak chciał i mógł, sam o swe bezpieczeństwo dbając i kopii sobie a drzewca lekkiego i mocnego dobiérał. Niektórzy mieli łuki na plecach i strzały, inni po obu stronach siodła miecze proste i krzywe. Tarcze były płaskie i dziobate, żelazne i skórzane od nich nie gorsze.
Dla króla kilkoro stało koni gotowych. Szyszaka jeszcze nie kładnąc, siadł Jagiełło nie patrząc na pierwszego co się nastręczył i jechał.
Jeden z dworzan niósł hełm biegnąc za nim, drugi, Zbigniew Czajka, złoconą włócznię królewską.
W orszaku króla, z małym proporczykiem pańskim, jechał Mikołaj Morawiec z Kunoszówki Powała. Pozostali przy nim Ziemowit Mazowiecki siostrzan, Fedko kniaź i Zygmunt Korybut synowcowie, podkanclerzy Mikołaj, Zbiszek z Oleśnicy Dębno, Jan Mężyk, Czech Żoława i wielu komorników.
Witolda już utrzymać nie było można, bo konie zmieniając, nieustannie szyki przebiegał.
Jemu i wielu innym zdało się wszystko straconém, wojsku jeszcze nie otrąbiano hasła, król zwłóczył i lada chwilę Krzyżacy uderzyć mogli; Jagiełło tymczasem na wzgórze jechał, zkąd cały obszar przez oba wojska zajęty widać było dość dobrze. W prawo sterczały nad gąszczami różnobarwne chorągiewki litewskie i ruskie, które najwięcéj naprzód wysunięte były.
Po twarzach panów rady i Zyndrama Maszkowskiego znać było jak boleli nad zwłoką; lecz Jagiełły niczém do pośpiechu skłonić nie było podobna. Jechał zwolna i jakby z obojętnością, pewny zwycięztwa, czasu nie mierząc wcale. Coraz obijały mu się o uszy naglące prośby dowódzców: zdawał się ich nie słyszéć.
Gdy się to działo, chorągiew z trzechset Czechów najemnych złożona, ku tyłowi posunięta stała. Tu właśnie za nią jeńcy krzyżaccy trzymani byli pod strażą, między którymi Brochocki Ofkę kazał umieścić, a za nią ks. Jan poszedł. Że dziewczęciu dodano dla straży starego żołnierza, który pod Dąbrownem rękę miał kamieniem z murów puszczonym zgniecioną, ks. Jan, który ani mógł, ani chciał teraz czynić jéj wyrzutów, spoglądając zdala na szykujące się wojsko, gorąco począł się modlić. Oczy jego od tego widoku przygotować do walki oderwać się nie mogły. W całym obozie zdawał się jeden duch panować: rwał się żołnierz, szarpały niecierpliwie konie, a wiatr dmący z tyłu, chorągwiami naprzód miotał, jakby niemi drogę pochodu wskazywał.
Trębacze królewscy stali gotowi, przy ustach trzymając trąby swe, a znaku nie dawano.
Z obozu téż krzyżackiego nic słychać nie było, oprócz chrzęstu zbroic i rżenia koni.
Stary żołnierz z ręką przewiązaną, który miał Ofki pilnować, nie mogąc iść z drugimi, duszą przynajmniéj był z nimi. Gorzały mu oczy, otworzył usta i spiąwszy się na osmoloną kłodę, starał się dojrzéć swéj chorągwi, którą musiał opuścić.
Nie bardzo się troskał o chłopaka oddanego w dozór, bo wiedzał dobrze, iż takiéj chwili ujść nie może. Ofka korzystając z tego, dawno się rozglądnąwszy już, gdzie stali, najrzała Czechów, których chorągiew tuż prawie czekała. Wiedziała ona, że między nimi byli tacy, co przyrzekli, iż bić się nie będą. W sercu jéj ta potęga nieprzyjaciela, któréj widziała i czuła przewagę, obudzała gniew, który łzami tryskał z oczów. On to ją skłonił do niebezpiecznego a śmiałego kroku, który z zuchwalstwem niewieściém spełnić postanowiła.
Dowódzca Czechów nieco wysunąwszy się naprzód, stał niedaleko.
Dziewczę obejrzawszy się i postrzegłszy, że ją nie śledzą, pomknęło ku niemu.
Z konia swego spojrzał dowódzca na słabe pacholę z ciekawością. Twarzy mu z pod hełmu niewiele widać było.
— Hej! — zawołała Ofka — dobry będziecie mieli taniec, miłościwi panowie. O! zaprawdę! nie łacna to rzecz, drugi podobny zobaczyć; po obu stronach was Czechów przynajmniéj równa siła, brat z bratem walczyć będzie i brat brata zabijać! Rozkosz na to patrzéć, jak się rzezać będziecie.
— A ty zkąd o tém wiesz, chude ptaszę? — zawołał Czech.
— Alboż nie widzicie, że do jeńców należę, że choć ciało moje tu, serce moje tam!
Wskazała ku Krzyżakom.
— Wiem ja — dodała, i więcéj jeszcze — wiem i to, żeście wzięli złoto i przyrzekli i poprzysięgli, iż się przeciwko krzyża bić nie będziecie!
Wstrząsł się dowódzca i zbroja na nim chrzęsła, zdawało się, że za miecz pochwyci. Obejrzał się dokoła, czy kto go nie słucha.
— Któż ci mówi, że my się bić będziemy? — rzekł cicho.
— A po cóż stoicie w szeregach, po co w oczach nieprzyjaciela je zwiększacie?
Zmilczał zagadnięty, głowę spuściwszy, potém popatrzał na szczebioczącego chłopca.
— Zkądeś ty? — zapytał.
— Z dworu Wielkiego Mistrza! — odparło śmiało dziewczę. — Zakon mocen i silny jest, i pomścić się potrafi. A kiedyż wam łatwiéj ujść, jeśli nie w téj chwili gdy wojsko całe w szeregu oczekuje hasła, gdy nikt was gonić nie będzie śmiał, ani mógł? Dlaczego nie korzystacie z tego. Droga wolna, odźcie precz ztąd! Idźcie jakeście dali słowo.
Czech uskoczył z koniem w bok ku swoim. Ofka została w miejscu, patrzała tylko nakazującym wzrokiem. Zdawało się, że Czesi obradowali między sobą, zebrała się ich kupka i żywo rozprawiać poczęli. Jeden konia w tył nawracał, drugi parł naprzód. Trwało to dobrą chwilę, gdy Ofka ujrzała, że Czesi ruszają nie pytając nikogo i ciągną w tył niepostrzeżeni.
Dumna tém co się jéj zdawało dziełem własném, uskoczyła wnet na dawne miejsce.
W istocie garść ta ze trzychset ludzi złożona, wprzód jeszcze nim otrąbiono hasło, poczęła uchodzić i odbiła się na kilkaset kroków, gdy Mikołaj podkanclerzy postrzegł ją w pochodzie.
Domyślając się zdrady, podbiegł co żywiéj.
— Co czynicie! co to jest? ustępujecie w chwili bitwy?
Dowódca zmieszał się.
— Żołdu nam nie wypłacono! — krzyknęli niektórzy.
— Fałsz to jest — z oburzeniem przerwał ks. Mikołaj — kłamstwo i zdrada! Wiem, że żołd z góry otrzymaliście na rękę, ale podli najemnicy cofacie się przed niebezpieczeństwem. Jeśli nie odebraliście żołdu, dlaczegóź nie żaliliście się przed królem, przed nami? a dopiéro gdy hasło dać mają do boju, zajęcze serca w tył was niosą. Idźcie — dodał podkanclerzy z gniewem — idźcie, na takim żołnierzu nie zależy nam nic; lecz jeśli was dognają, a w pień wysieką jak zdrajców, słuszny to będzie żołd za podłość waszą.
Słowy temi wstrzymani Czesi, stanęli. Niektórzy głośno krzyczéć zaczęli i na dowódzcę się rzucać z mieczami dobytemi, inni chcieli go bronić. Zmieszała się chorągiew cała i zwinęła w kłąb, który chwilę zdawał się chciéć między sobą bój rozpocząć, aż większa jéj część napowrót konie zwróciwszy ku obozowi biedz zaczęła, a kilku co oporni byli, za większością ciągnąć musieli, choć nie radzi.
Mikołaj podkanclerzy śpieszył téż do króla, choć ani jemu, ani nikomu z otaczających o Czechach mówić nie chciał. Król w otoczeniu panów poglądał jeszcze z góry na szyk bojowy. Na prawém skrzydle u Witolda ruch się już poczynał, w środku chorągwie nieruchome jeszcze, czekały ostatniego hasła.
Na samym przodzie szła wielka chorągiew ziemi krakowskiéj, najwspanialsza ze wszystkich i najdzielniejszém rycerstwem obsadzona, żołnierz stary, wyćwiczony, chłodny, a niezłomny. Sam wódz wszystkiego wojska ją prowadził, słoneczny pan, jak go tam zwano (bo w tarczy miał słońce złote) Zyndram z Maszkowic. Niósł znak Marcin Półkozic z Wrocinowic i tu stało czoło rycerskie, dziewięć jako jeden mężów, z którymi o pierwszeństwo nikt walczyć nie mógł; Zawisza Czarny z Garbowa, Floryan Jelitczyk, Domarat Grzymała, Skarbek z Góry, Paweł Niesobia, Jan Nałęcz, Staszko Sulima, Jaxa Lis.
Chorągiew gończą prowadził pan Andrzéj z Brochocic, w któréj téż mężowie byli dzielni i poczty doborowe; daléj szła nadworna, także obsadzona rycerstwem najlepszém, potém Świętego Jerzego z takiém samém znamieniem jak krzyżacka, pod którą szli Czesi, Sokół i Zbisławek, ale nie ci co z pola uchodzili; za nimi chorągwie ziem i rodów, bo nie było ani jednego szlacheckiego godła, coby chorągwi swéj tu nie miało.
Na końcu szła zbierana drużyna zaciążnych Gniewosza z Dalewic, podstolego krakowskiego, a było ich wszystkich pięćdziesiąt sowicie osadzonych, pięćdziesiątą pierwszą wiódł Zygmunt Korybut, czterdzieści z okładem Witold z bojarami swemi.
Na samo spojrzenie, linia bojowa jak ława ludzi żelazem okutych, kopiami najeżona — groźną była i zdawała niepożytą. Na wszystkie strony, kędyś okiem rzucił, błyszczała stal, chrzęszczało żelazo, ale głosów ludzkich słychać nie było prawie; szmer ledwie cichy jak modlitwa, unosił się po nad tym tłumem, którego serce biło oczekiwaniem.
Wedle rycerskiego zwyczaju, król który już na koniu siedział, począł młodzież wybraną na rycerzy pasować. Zbiegło się ich i napraszało wielu tego zaszczytu, gdy inni mocno byli przeciwni całemu obrzędowi, nową za sobą pociągającemu zwłokę. Nie odbywał się téż jak z innych razach z ceremonią rycerską, ale z pośpiechem wielkim, tak, że ledwie król mieczem dotknąć miał czas, a było tego dosyć. Pas już opiął kto mógł i miał, a śpieszył do szeregów, aby go ochrzcić w boju.
Wojska chociaż się nie widziały jeszcze, bo zarośla, szeregi jedne drugim zakrywały, czuły się wzajem i oczekiwanie to niecierpliwość, a zajadłość mnożyło. Pod wsią Grünwaldem, gdzie Krzyżacy daléj się podsunęli, już kilku wytrzymać nie mogąc, wybiegło na harce i skruszyli pierwsze kopie, ale ich starszyzna pohamowała, czekając, aż król sam da znak do boju. W niektórych szeregach stojąc długo, poczęli się domagać hasła, ale ich do milczenia zmuszono. Król zdawał się ociągać. Myśli jego trudno było odgadnąć, być może, iż pragnął zaczepki dla uspokojenia sumienia, być może, iż natchnienie jakieś miał godziny i chwili.
Siedząc na koniach, podawało sobie rycerstwo żelazne dłonie, przysięgając: — umrzéć, lub zwyciężyć.
Napróżne były nalegania na Jagiełłę, nie odpowiadając na nie, poglądał, liczył, ważył, rozchmurzał się, zdawał ożywiać i znowu bladł i serca zdawało mu się braknąć. W istocie nie na męztwie zbywało, lecz świetnego tego rycerstwa żal mu było, jako kwiatu wybranego, który mógł paść pod kosą. Dać znak do boju, było to dać wyrok śmierci na tysiące i mogła wzdrygnąć się dusza.
Wyrywające się już wreszcie z szeregów bliższych wołania o hasło, niecierpliwe i błagające ręce, które wyciągano zewsząd ku królowi, skłoniły go, że do siebie najprzód Mikołaja podkanclerzego powołał. Nie zsiadając z konia, raz jeszcze odbył spowiedź i otrzymał rozgrzeszenie.
Podprowadzano mu wierzchowca dobranego z tysiąca na ten dzień umyślnie. Koń był dzielny, a uchodzony, cisawéj maści, z niewielką, ledwie dostrzeżoną łysinką na czole.
Już w siodle, król nareszcie o szyszak, który dworzanin trzymał przy nim, zawołał. Złocony był cały, a srebrny ptak ze skrzydły rozpostartemi z korony nad nim się unosił. Już go w ręku trzymał król.
— Panie podkanclerzy — rzekł — zabierzcie z sobą pisarzy, duchownych, czeladź bezbronną i co jest dworu do oręża niezdatnego, a prowadźcie ich do taborów i tam na mnie czekajcie.
W istocie nalegali panowie i Witold, ażeby król, który za dziesięć tysięcy ludzi stał, do boju się nie mieszał i w obozie bezpieczny pozostał. Obawiano się go, znając, iż jak z razu powolnym był, tak późniéj poczuwszy ogień w sobie niczém się już hamować nie da. Król dla spokoju słowo dać musiał, iż na uboczu zostanie, ale tego na sobie wymódz nie pozwolił, aby gdy rycerstwo walczyć będzie, on nie widząc nawet, nie wiedząc nic, zakryty i osłonięty miał stać.
Wysławszy podkanclerzego z obietnicą, iż i sam nadciągnie, wcale przyrzeczenia tego dotrzymać nie myślał.
Szyszak brał, aby go na głowę włożyć, gdy komornicy, którzy się z podkanclerzym odejść zabierali, poczęli wołać, że od Krzyżaków idą posłowie. W istocie zdala już widać było dwóch heroldów, których trębacz wiodąc, wyprzedzał.
Szli odziani zwyczajem wysłanników, z tarczami, jeden z godłem króla rzymskiego, orłem czarnym w polu złotém, drugi z tarczą książąt Szczecińskich, gryfem na białém polu.
Każdy z nich niósł w ręku miecz obnażony, bez pochew, a że oświadczyli, iż do króla w poselstwie idą, wiedziono ich na pagórek gdzie stał Jagiełło.
Odwołano więc co rychléj Mikołaja podkanclerzego i dwór, aby ich okazaléj przyjąć. Stanęli obok króla we zbrojach, Ziemowit młodszy, Jan Mężyk, Zolawa Czech, Zbiszek z Oleśnicy, Bogufał kuchmistrz koronny, Zbigniew Czajka niosący włócznię, Morawiec z proporcem, Daniłko, który strzały za królem nosił, a że Witold już około swoich był, bez niego się obeszło.
Heroldowie niemiecką mieli butę w twarzy i znać po nich było gniéw, z którym szli, pychę i jakąś pogardę. Nie bardzo téż nizki pokłon oddawszy królowi, ten co z cesarskim orłem niósł tarczę, począł mówić po niemiecku. Jan Mężyk, który język ten rozumiał, musiał go Jagielle tłómaczyć.
— Najjaśniejszy Królu! — rzekł herold cesarski — Wielki Mistrz pruski Ulryk, tobie i bratu twemu, śle przez nas heroldów swoich, te dwa oto miecze w pomoc do zbliżającéj się walki, abyś opatrzony w nie, żywiéj wystąpił z ludem twym, nie ociągając się do boju. Nie chowajcie się w tych gajach i zaroślach, prosimy na otwarte pole.
Jeżeli W. Kr. Mości miejsca za szczupło dla rozpostarcia sił swoich, gotów W. Mistrz ustąpić nieco, byle walkę przyśpieszyć. Daje wybór miejsca, stańcie gdzie się podoba, byle nie zwlekać bitwy.
W chwili gdy herold to mówił, a Mężyk tłómaczył, znać umyślnie wojsko krzyżackie poruszyło się nieco i dało wolniejsze pole naprzeciw na strzał mały stojącemu.
Wprawdzie w starych obyczajach rycerskich zachodniéj Europy, takie przed bitwą wyzwanie na rękę bezprzykładném nie było — i być może, że ociąganie się Jagiełły powód do niego dało. Zuchwały ton, z jakim heroldowie niemal szydersko wyuczoną mowę powtórzyli, oburzył wszystkich. Królowi widomie krew uderzyła na bladą twarz, ale się rychło pohamował; inni klęli po polsku, czego Niemcy nie bardzo rozumieli, choć z miny domyślić się mogli.
Podane miecze wyciągnąwszy rękę, Jagiełło ujął spokojnie, oddając je komornikowi, co stał przy nim; pokraśniała twarz zbladła i z oczów, które ku szykom obrócił, łzy się mu rzuciły obfite.
Nikogo się nie radząc, po krótkim namyśle powołał do siebie Mężyka i mówić począł natchniony, z powagą prawdziwie królewską.
— Dzięki Bogu, w wojsku naszém na orężu nie zbywa, nie potrzebujemy go od nieprzyjaciela pożyczać, ale w pomoc dobréj sprawie, przyjmuję w imię Boże i te dwa miecze wasze, chociaż je wrogowie łaknący krwi mojéj i narodu mego przysyłają.
Tu król coraz bardziéj wzruszony, jakby na modlitwie oczy w górę podniósł.
— Do tego Boga sprawiedliwego, który dumnych upokarza, do Maryi Matki Jego, do patronów naszych świętych ucieknę się z prośbą i modlitwą, aby na wrogów mych tak dumnych i bezbożnych, którzy niczém się ubłagać nie dają, ani do pokoju nakłonić, ale krew lać pragną, szarpać nasze wnętrzności i miecze tępić na karkach bliźnich, gniéw swój obrócili. Ufam Bogu, że mnie i lud ten osłoni, że nie dopuści, abyśmy ulegli przemocy wroga, u którego dopraszałem się pokoju, a nawet w téj chwili na sprawiedliwych warunkach nie odrzuciłbym go jeszcze; jeszczebym rękę cofnął, choć mi Pan Bóg przez was zsyła w tych mieczach dobrą wróżbę zwycięztwa. Wyboru miejsca i pola bitwy nie żądam, ale jak na chrześcianina przystoi, Bogu polecam. Co Bóg naznaczy, przyjmę. Zuchwalstwo wasze on ukarze, on na tém oto polu, na którém stoimy, zetrze potęgę Zakonu i upokorzy jego dumę. Pomoże Bóg!!
Za królem ozwali się wszyscy głosem wielkim: Pomoże Bóg!!
Słowo to jak iskra piorunowa poleciało aż w szeregi i odgłosem swym obiło się o hufce krzyżackie.
„Pomoże Bóg!”
Nadzwyczajną moc ducha okazał król w całéj téj chwili, nie dając się unieść ani gniewowi, ani zbytniemu poruszeniu, ani zabobonnéj obawie.
Z cierpliwością bezprzykładną, obrócił się jeszcze modląc, do podkanclerzego:
— Heroldów zdać Dziwiszowi Jelitczykowi. Wszyscy do obozu!.. Wytrąbić hasło, w Imię Boże!
To mówiąc, nałożył król, przeżegnawszy się, szyszak na skronie i gromadka dworska objęła go i otoczyła dokoła.

∗             ∗

Nie dopuścili panowie Rady, aby król z którąkolwiek walczył chorągwią, choć się tego Jagiełło usilnie domagał. Osobny mu orszak złożono i osobne a bezpieczne, choć nie dalekie od szeregów wyznaczono miejsce, bo daléj się odsunąć nie dał: tego na nim wyprosić nie było można.
Na hasło pierwsze królewskiego trębacza, które powtórzyli inni po chorągwiach, długo wstrzymywane szeregi zadrżały, ruszyły się, proporce zaszeleściały i z obu stron zarazem puściły się zastępy zbrojne w dolinę.
Mikołaj podkanclerzy szedł wedle rozkazu królewskiego do taboru, gdy pisarze, których za sobą prowadził, poczęli go wstrzymywać prośbami:
— Czyż nie dozwolicie nam popatrzéć! wszakci starcia takiego, sił takich, walki, drugi raz oko ludzkie nie rychło zobaczy. Stańmy tu!
Stanął więc podkanclerzy i dał się zatrzymać nieco na uboczu młodzieży i duchownym, w istocie bowiem, w owym wieku dwukroć stotysięczny zastęp, walczący z sobą, mający rozstrzygać o losach mnogich ziem i krajów, drugi raz nigdzie nie wystąpił, ani z obu stron żadne może rycerstwo takim duchem bojowym zagrzane nie było.
Gdy na całéj długiéj linii bojowéj ruszył się lud z obu stron na koniach ciężkich, w zbrojach cały, zdawało się, że ziemia drży pod nim. Tumany kurzawy podniosły się z pod kopyt, lecz silny wicher rzucił je na Krzyżaków. Chrzęst zbroi, okrzyki, tysiące głosów nucących bojową „Bogarodzicę,” wystrzały z dział z obu stron, zlały się w straszliwy jakiś grzmot zniszczenia.
A gdy na całéj linii téj w dolinie tysiące kopij rozpiło się o tysiące zbroi i młoty żelazne uderzyły po hełmach, huk i łoskot rozszedł się na kilka mil wkoło. Z trwogą usłyszeli go mieszkańcy po lasach i siołach. Były to dwie siły: ludzka i Boża, ścierające się z sobą, aby w potokach krwi wykwitła sprawiedliwość i pomsta nad grzesznikami.
Król i cały orszak jego patrzał osłupiały.
Żaden z szeregów nie został złamany, popadały konie, obalili się ludzie, ale ściśniony tłum na ciałach ich walczył zażarcie, z gniewem, z wściekłością niewysłowioną...
Gdy las włóczni potrzaskanych zawalił ziemię, młoty i siekiery i miecze poczęły kuć po zbrojach.
Szczęk jakby olbrzymiéj kuźni, zmieszany z krzykiem bólu i tryumfu, zgonu i zemsty, to wstrząsał powietrzem, to na chwilę przycichał, aby z wzmożoną siłą się powtórzył.
Nawała Jagiełłowych chorągwi, które puściły się z góry, była tak silną, że pchnęła nieco zastęp białych rycerzy; lecz nie złamano szeregu i każdy z wojowników miał przeciwko sobie zbrojną rękę i żelazną ścianę. Konie chwyciły się za grzywy i wizgiem zwierzęcym wtórowały ludzkiemu.
Dla patrzących zdala, te tysiące, które sprzęgła namiętność do śmiertelnéj walki, wystawiały obraz zgrozy przerażający. Duchowni poklękali modląc się, słabsi zamknęli oczy, by nie widziéć tego obrazu, radzi zatulić uszy, aby ryku tego nie słyszeć.
Nie byli to już wojujący ludzie. Cały ten wał ruchomy wydawał się potworem jakimś z ciała i żelaza złożonym, wijącym się we wściekłych z sobą samym zapasach.
Tu pod oczyma króla, kwiat rycerstwa stawił czoło najprzedniejszemu z całéj Europy zebranemu i dotrzymywał mu placu boju, cześć czyniąc swoim znakom.
Inaczéj poszło z czterdziesto-tysiączném wojskiem, które prowadził Witold. Szybko stanęło ono do boju, uderzyło raźnie; ale o żelazny mur i kopie krzyżackie rozbić się musiało, zachwiało i nie wytrzymało ciosu. Tu uzbrojenie było niedostateczne. Bojary i kniaziowie prowadzili lud silny, ale mało zbrojny i wcale do boju rycerskiego nie nawykły. Kopie były krótsze i słabsze, nie dościgały więc nieprzyjaciela, gdy ten już swojemi parł i gniótł piersi.
Jeszcze wojska Jagiełły nie ustępując kroku, zciąwszy się z Krzyżakami trwały w walce mężnie, gdy główne szyki Zakonu zwróciły się ku Litwie. Wiedział Ulryk, że tu słabszy znajdzie opór. Szeregi, w których pierwszymi ustawiono najdzielniejszych i najlepiéj zbrojnych, zachwiały się i cofać poczęły.
Tu więc wytężono usiłowania, aby oskrzydlić wojsk resztę. Tatarzy, którzy w pierwszéj tylko napaści są straszni, pierzchać poczęli wedle obyczaju swego, ciągnąc za sobą pułki Witoldowe. Napróżno sam książe zastępował z tyłu pierzchającym i zmuszał ich do boju powracać; popłoch jaki się wszczął, niczém nie mógł już być pohamowany. Jeden po drugim uchodziły oddziały całe, ginęły chorągwie, złamany szyk dawał Krzyżakom przystęp, tak że Witold zrozpaczony, sam własnych ludzi zabijał, nie mogąc ich opamiętać.
Jedni Smoleńszczanie dotrzymali placu, reszta pociągnięta przykładem Tatarów, z częścią Polaków nawet, ku lasom uciekać zaczęła, a Krzyżaków oddział znaczny, sądząc, że już otrzymali zwycięztwo, w pogoń się puścił za uchodzącymi, siekąc i mordując po drodze.
Z pagórka, na którym stał Jagiełło, widać było z jednéj strony walką upartą, z drugiéj klęskę mogącą za sobą pociągnąć niepowetowane straty.
Tumany kurzu uchodzące ku lasom, znaczyły drogę rozpierzchłych pułków Witoldowych.
Chwila to była straszliwa, w któréj męztwa i nadziei, nawet Jagielle, ufającemu w pomoc Bożą, zabrakło. Zakon zdawał się odnosić zwycięztwo, hufce jego z prawéj strony wybiegłszy za Litwą, okalały już wojsko. Trwoga ogarnęła tych co przy królu stali.
Pod wielką chorągwią, jak mur stali towarzysze Zawiszy Czarnego i Zyndrama; tu było serce wszystkich: tu albo mogła podźwignąć się jeszcze nadzieja, lub zrodzić rozpacz. W chwili gdy król i stojący przy nim zwrócili oczy na wielką chorągiew, którą niósł chorąży krakowski Marcin z Wrocimowic, pochyliła się ona, zachwiała, zwinęła i znikła. Jęk dał się słyszéć w orszaku królewskim. W niewielkiéj odległości, jakby tryumfująca, powiewała wspaniale chorągiew Mistrzowska z krzyżem czarnym i złotym.
Gdy Jagiełło oczy zamknął, aby tego sromu nie widziéć, okrzyk dał się słyszéć wkrótce; otworzył je i ujrzał znowu krakowski proporzec wyprostowany nad hełmami rycerzy. Kupka ta, która stała około chorągwi, jakby chwilową jéj stratą zagrzana do nowego wysiłku, rzuciła się z niepohamowaną potęgą naprzeciw stojącym Krzyżakom. Przez chwilę sparły się zbroje i piersi, łamały hufce i gięły szeregi, aż białe płaszcze padać i uchodzić zaczęły. Chorągiew Mistrza obalono, proporzec Jagiełły ścigał już uciekających. Reszta wojsk zagrzana przykładem, z okrzykiem cisnęła Krzyżaków tracących serca i głowy. Zwycięztwo przechylało się na stronę Jagiełły.
W téj chwili właśnie, ci co ścigali uchodzącą Litwę, wracać zaczęli z jeńcami, łupem i pieśniami zwycięzkiemi, przychodząc na plac, gdy wojsk reszta szła w rozsypkę. Musieli więc rzucić swych więźniów i tabor, śpiesząc w pomoc braci.
Na chwilę czeskie pułki zaciężne i niemieccy goście wstrzymali pogoń i przedłużyli walkę... znowu los bitwy zdawał się niepewnym.
Jagiełło patrzał. Kilkakroć niecierpliwy zrywał się do boju i chciał iść z drugimi, bezczynność go męczyła; krzyczał i w miejscu konia swego męcząc, ludzi rozpychając, napróżno chciał losy wojska podzielać. Dworzanie chwytali konia i zastępowali mu drogę.
Walka jeszcze zacięta trwała w dolinie, gdy szesnaście chorągwi krzyżackich stojących z boku i nie mających udziału w bitwie, rozwinęło się nagle, i część ich postrzegłszy orszak królewski na wzgórzu, skierowała się ku miejscu temu. Widoczném było, iż wiedzieli o Jagielle i pochwycić go chcieli.
Postrzegłszy to król, krzyknął na Zbiszka z Oleśnicy:
— Bież po chorągiew nadworną, niech ciągną a żywo, przecież i my bezczynni nie będziemy!
Chorągiew ta stała w blizkości na rozkazy króla.
Zbiszek zadbiegł, wołając na nich, aby szli Jagiełłę osłaniać, gdy przeciwko niemu wyskoczył z szeregów Mikołaj Kiełbasa Nałęcz, z przedniéj straży i szablę nawet nań podniósł.
— Czyś ślepy! — krzyknął doń — a toć nieprzyjaciel na nas wprost idzie, a ty chcesz, żebyśmy walkę rzuciwszy biegli króla obraniać? Szalony! precz! A toćby była ucieczka sromotna z placu! Tego król nie może chciéć. Wracaj zkądeś przyszedł, pókiś cały!
Zbiszek, który był już w pośrodek chorągwi wpadł, wypchnięty i złajany, musiał się nazad cofać i powracać. Lecz nim się to stało, w dolinie do reszty koronne chorągwie Krzyżaków zgniotły i z placu spędziły.
— Najjaśniejszy Panie! — zawołał Zbiszek powracając — wszystkie rycerstwo zajęte bitwą, nikt już słuchać nie chce; drudzy do blizkiéj walki się gotują: rozkazy dawać darmo. Do innych chorągwi niéma co biegać, bo w zgiełku i wrzawie nikt nie posłyszy hasła i nikt go nie posłucha. Nie mam co począć!
Król się na Zbiszka namarszczył, lecz nie było rady; dla bezpieczeństwa zaraz, aby oczów nie ściągać, kazano mały proporczyk, który był rozwinięty, ściągnąć i schować. Stanęli ludzie gotowi na wszystko. Staż przyboczna otoczyła króla końmi i sobą, chcąc go zakryć od oczów, bo hełm i zbroja go zdradzały, a Krzyżacy téż dobrze znali Jagiełłę, tak że z postawy go mogli się domyślić.
Najgorzéj było z samym królem, który nierad téj niewoli, wyrywał się coraz, za włócznię swą chwytał, konia bódł, aby się przedrzéć przez ludzi, a im walka bliższą była, tém więcéj się zżymał.
Zolawa Czech widząc to i lada chwila czując, że im się król wyrwie i puści, pochwycił za cugle cisawego trzymając, aż Jagiełło zniecierpliwiony, rohatyny końcem go trącił.
— Puść, dyable jakiś — krzyknął — puszczaj, bo muszę iść!
I byłby im się wyśliznął, gdyby razem wszyscy nie poczęli prosić i błagać, ażeby życia swego nie ważył. Książęta Ziemowit i Korybut stanęli przed koniem.
— Bij, królu, a choćbyś i zabić miał, nie puścimy cię.
Inni toż powtórzyli: król mrucząc, z gniewu opamiętał się, choć zrazu był rękę podniósł, jakby siłą się chciał przebijać.
Gdy się to działo w kupce ze strażą przyboczną, z walczących blizko szeregów wyrwał się Niemiec, złotym pasem rycerskim opięty, w białéj jubce, cały okryty zbroją, z pod wielkiéj chorągwi pruskiéj, i puścił się na wzgórze, wprost na króla.
Siedział na dzielnym koniu bułanym, okrytym już pianą i pokrwawionym; schylił się na siodle, włócznię do boku wziął i pędził. Dopiéro go naciérającego już niemal postrzeżono.
Owych szesnaście chorągwi stało nieopodal, patrząc, równie jak wojska, które bliżéj były, i niebezpieczeństwo w jakiém król był dojrzawszy, boju nawet na chwilę poprzestały.
Jagiełło włócznię téż podniósł i stał niewzruszony naprzeciw, kazawszy swoim ustąpić, rad, że się nareszcie zmierzy z nieprzyjacielem.
Zbiszek z Oleśnicy stał właśnie z boku, ale jako pisarz, bezbronny niemal, chwycił tylko kawał złamanego drzewca na pobojowisku i to w ręku trzymał; ale nie mogąc dopuścić, ażeby na króla nędzny jakiś ciura śmiał się porywać, gdy już miał kopią ugodzić Jagiełłę, z boku go owém drzewcem z całych sił uderzył i zwalił z siodła. Spadła z czoła przyłbica od szyszaka, gdy się staczał, a Jagiełło włócznią w samą głowę go ugodziwszy, zranił, nie chcąc dobijać.
Lecz nim miał czas zawołać, aby go życiem udarowano, straż nadbiegła i w mgnieniu oka zuchwalca na śmierć zasiekała.
Odciągnęły piesze ciury trupa, aby go na boku obedrzéć ze zbroi i odzieży.
Zbiszek stał skromnie z boku, choć królowi życie ocalił, jakby nic nie uczyniwszy, i wstydząc się swéj gorącości tylko, gdy drudzy z orszaku poczęli go sławić i wynosić.
Jagiełło, który go zawsze wielce lubił i oddawna przy sobie miał, odezwał się téż uśmiechając:
— Należy się Wam pas rycerski, a Bóg widzi i coś więcéj odemnie, o czém nie zapomnę!
Ale Zbiszek się skłonił i rzekł:
— Najjaśniejszy Panie! ja do żołnierzy Chrystusowych należéć chcę, nie do tych, co za świeckich walczą panów.
— Lepszą część obrałeś sobie — odezwał się Jagiełło — ale gdziekolwiek cię znajdę, pamiętać o Was będę.
Zaledwie ów napastnik legł, który na króla godził, owe szesnaście chorągwi stojących z boku, postrzegłszy klęskę swoich w dolinie i śmierć tego, który się wyrwał z szeregów, poruszyły się do odwrotu. Dowódzca, który na białym koniu siedział, począł kopią dawać znaki i wołać: Herum! herum!
Ze stanowiska Jagiełły nie tylko widać, ale słyszéć ich było można, tak blizko już byli. Stała w prawo chorągiew wielka królewska wracająca z boju po złamaniu nieprzyjaciela, właśnie gdy owi nadciągali ku téj stronie; a że się tu już świeżych sił krzyżackich nie spodziéwano, nie poznano idących, témbardziéj, że mieli miasto ciężkich kopij, któremi wszyscy prawie Niemcy byli zbrojni, lekkie włócznie do rzutu, sulice takie, jakie nosili Litwini.
Wzięto ich więc za Litwę i wahano się, czy uderzyć.
— Niemcy! — wołali jedni.
— Litwa — zaręczali drudzy.
Poczynano się spierać, a tymczasem stali wszyscy dopuszczając ich bliżéj coraz. Dopiéro Dobiesław z Oleśnicy, aby mitręgi nie było, kopią przyparłszy do boku, puścił się ku nim sam jeden.
Widok był prawdziwie rycerskiego popisu, gdy Dobek z takiém sercem na harc wystąpił.
Był ledwie w pół drogi, a tuż z szeregów niemieckich, jeden z dowódzców puścił się, konia spiąwszy, przeciwko niemu i lekką swą włócznią podbiwszy mu kopię, przez głowę ją przerzucił. Gdyby nie to, cięższa ale dłuższa Dobkowa włócznia, byłaby Krzyżakowi w szyszak trafiła: szczęściem głowy uchylił.
Kopię straciwszy Dobiesław, musiał sam, przeciw kilkuset za słabym będąc, konia zawrócić i do swoich biédz nadaz. Gonił go jeszcze Krzyżak, póki konia kopią nie uderzył i nie okrwawił, poczém do swoich się cofnął. Nie było już wątpliwości, kogo przeciw sobie miały polskie chorągwie, ruszyły więc, choć znużone, na świéżych z okrzykiem i ochotą.
Tu pod oczyma królewskiemi powtórzyła się bitwa raz jeszcze, równie zawzięta i krwawa. Stały zrazu jak mur chorągwie nie napoczęte i świéże, długo cisnęli je i parli, póki złamać zdołali, Zawisza, Maszkowski i przednie owo rycerstwo. Niedostał i ten ostatni szyk, a wszyscy niemal nie chcąc uchodzić, walcząc do tchu ostatka, jak stali w miejscu, pozabijać się dali. Zmniejszał się ten hufiec, malał, rosła kupa trupów pod nogami, w ostatku i ci co najmężniéj walczyli z rozpaczą, padli.
Reszta chorągwi, które się były rozpierzchły, uciekła w lasy i na pobojowisku zostali tylko jęczący ranni i ci co już nigdy powstać nie mieli. To pole z rana jeszcze świéżym i mężnym ludem zarosłe, przedstawiało najokropniejszy widok zniszczenia, jaki oko ludzkie i serce mógł dotknąć. Pomimo okrzyków dogorywających rycerzy i zwycięzców, ciszą nazwać było można tę chwilę po rannym grzmocie i huku.
Z wyżyny, na któréj stał król, obraz ten tryumfem się wydawał; w dolinę zszedłszy, okropnością był i zgrozą.
Nikt jeszcze rozmiarów odniesionego tryumfu rozliczyć nie umiał, otrzymano plac, zmuszono wroga do ucieczki, lecz zwycięztwo nie wydało się z razu tak zupełném, tak stanowczém, jak się późniéj okazało. Jagiełło Bogu dziękował, coraz się o czémś dowiadując nowém, a niespodzianém.
Kopidłowski Drio przyprowadził Jagielle owego Jerzego Gersdorfa, który chorągiew Ś. Jerzego krzyżacką, we czterdziestu z nią zostawszy, oddał, rzuciwszy się na kolana przed nim, o życie prosząc. Czech Jost z Salen przywiódł pojmanego Konrada księcia Oleśnickiego; Skarbek — księcia Kazimierza Szczecińskiego. Co chwila ciągniono kogoś, a tłum wielki w obozie i wozach pruskich plondrował, zabierając łup niezmierny.
Panu Andrzejowi Brochockiemu, który w pierwszym szeregu walczył, przyszło pod koniec do potykania się z rycerzem, co go tarczą swą znęcił. Miał bowiem na niéj niemal to samo znamię, którego używali Prawdzice Brochoccy. Puścił się więc nań i dwa razy kopiami się na siebie zmierzyli, nie mogąc ani ich strzaskać, ni z siodeł się wysadzić.
Za trzeciém spotkaniem, Brochocki, który siłę miał olbrzyma, rzuciwszy kopię, uchwycił za ramię przeciwnika i ściągnął go z konia.
Tu dobywszy miecza, bronić się jeszcze chciał obalony, gdy na piersi mu siadłszy, p. Andrzéj go do poddania się zmusił. Gdy słowo od niego wziąwszy, z ziemi go już podnosił, opadła przyłbica rycerzowi i twarz się odkryła młodzieńcza, jak na Niemca nie brzydka, z oczyma bystremi i wyrazem nie wstrętliwym.
Razem z jeńcem podniósł téż Brochocki i tarczę jego, pilno się jéj przypatrując, co zacz była, że godła jego przypominała. Spytał go kto był, ale zrazu z pobitego słowa dobyć nie mógł. Dopiéro do obozu go prowadząc, dowiedział się, że to był hrabia Dienheim, kędyś z nad Renu, gdzie na zameczku w skale jako drapieżny sokół się gnieździł. Wziął go więc z sobą, a miał tego przyczynę, bo mu owe Dienheimy obce nie były, choć więźniowi się z tego spowiadać nie chciał. Uratował mu tém życie, bo innych wielu Niemców, z którymi ani się rozgadać, ani do ładu przyjść nie było można, wojsko pobiło na placu, ani ich puścić mogąc wolno, ani się nimi chcąc obarczać.
Ks. Jan przez cały czas owéj utarczki, modląc się z podniesionemi rękami, jako arcykapłan, ze łzami do Boga wołał, aby zwycięztwo dał dobréj sprawie; wreszcie znużony samym widokiem tym, padł jako stał na ziemię bezsilny i niemal bezprzytomny.
Ani mógł na powierzoną mu Ofkę zważać, ni téż by ją powstrzymał, gdy po odejściu Czechów, do jeńców krzyżackich z pod Dąbrowna pobiegła.
Stary żołniérz co nad nią miał dozór, wpatrzywszy się w pobojowisko, tak się walką tą, którą przed oczyma miał, przejął i rozgorączkował, że choć ranny, do najbliższéj uszedł chorągwi, w miejscu nie mogąc ustać. Pod koniec zwłaszcza tych zapasów śmiertelnych, wszystkich opanowała owa wściekłość bojowa, dla któréj człek w końcu o sobie, o życiu i o wszystkiém zapomina.
Ciury i czeladź bezbronna z kijami i drągami, bez mieczów i zbroi, cisnęła się na plac i napadała rycerzy niemieckich, których już męztwo i duch był odbiegł, z jakim rano występowali.
I jako króla samego Jagiełłę, ledwie drogę mu zaparłszy wstrzymać mogli dworzanie jego i bratankowie, tak innych nie powściągnęło nic od udziału w bitwie.
Na wszystkie strony ścigano uciekających, których jasne zbroje świecące przy zachodzącego słońca promieniach, zdradzały. Na wszystkie strony widać było hufce pierzchające i gonitwy za niemi.
Ogromna moc ludu w taborze i wozach pruskich gospodarowała.
W tym zamęcie, gdy się późno obejrzał ks. Jan i Ofkę chciał znaleźć, napróżno o nią pytał i o strażnika jéj, nikogo już w swém miejscu, ani wieści o nich nie mogąc dostać. Sądząc więc, że ucieczka byłaby niepodobną i że skuszona ciekawością zabiegła może gdzie dla patrzenia na to straszne widowisko, pozostał w miejscu, czekając co los zdarzy.
Król jeszcze był ze wzgórza nie zjechał, ani téż ruszyć mógł, co chwila nowych jeńców i wiadomości otrzymując. Niesiono i wieziono chorągwie, kładnąc mu je pod nogi. Nieopodal od pobojowiska w Kruczym lesie, kędy czekając na trupa moc wielka czarnego ptastwa wszystkie drzewa była obsiadła, jakby z dalekich ziem na żer dążyła wcześnie poczuty, znaleziono siedm chorągwi krzyżackich w ziemię wetkniętych, przy których oprócz kruków, innéj straży nie było.
W obozie wielką moc beczek z winem zrazu wojsko znużone odbiwszy, kto czém miał czerpiąc, kołpakami, rękawicami, hełmami, piło, gdy Zyndram Maszkowski obawiając się, aby wojsko upojone, siły straciwszy nie rozprzęgło się, beczki wszystkie rozbić i wino wytoczyć kazał. Działo się to na wzgórzu nad pobojowiskiem, tak, że rzeka owego wina, płynąc po krwawych trupach, ze krwią zmieszana, wylała się jak potok saméj krwi na łąki Tannenbergu i powieść ztąd między ludzmi urosła, iż tu krew poległych strumieniami się toczyła.
Słońce już było nad zachodem, gdy po raz piérwszy od rana i od owéj ucieczki sromotnéj, którą odbolał tak srodze, nadbiegł Witold winszując Jagielle wygranéj tak wielkiéj.
— Bogu dziękujmy — rzekł król — nie nasza to sprawa, a Jego
Witold ledwie mówić już mógł ze znużenia, a Jagiełłę, który od ciągłego krzyku ochrypł zupełnie, ledwie posłyszéć było można. Kazano zwoływać rycerstwo, lecz rozhukanego żołnierza od ścigania i od plondrowania wśród poległych trudno było odciągnąć.
— Zwycięztwo wielkie — zawołał Witold — ale dla mnie ono tém większe, żem dwóch moich zaciętych wrogów w ręce dostał: Salzbacha i Schumberga, dwóch psów niegodziwych, którzy na owym zjeździe nad Niemnem u Kowna, niepoczciwymi językami mnie i matkę moją znieważyli. Mojąbym urazę przebaczył, matczynéj nie mogę, a łby ich paść muszą.
To była pierwsza myśl Witoldowa po zwycięztwie — zemście dogodzić, ale mu Jagiełło nie dopuścił tego.
— Nie pozwolę — rzekł — pastwić się nad zwyciężonymi, dosyć za swe mają. Drugi raz ich pokonajmy ludzkością, a łaskawością. Dość Bożéj kary i chłosty nad nimi.
Nie odpowiedział nic Witold, ale mu oczy gniewem nabrzmiały.
Z pogoni wreszcie wojsko wracało, i ruszać kazano, jako kto stał, zabrawszy z obozów zdobytych co się dało ocalić, opuszczając pobojowisko trupem stutysięcznym usłane. Skwar, który jeszcze dopiekał, widok tych ciał bez pogrzebu leżących, a nie mogących być pogrzebionemi, zmuszał daléj ku Malborgowi na noclegowisko się posunąć. Lecz daleko tak znużonego żołnierza wieść nie było podobna, tak że o ćwierć mili zatknięto obóz nowy.
Rozbito dla króla namiot, chociaż téj nocy ani on, ani nikt spoczynku nie miał. Przyprowadzano jeńców, znoszono jeszcze proporce, przychodzili z doniesieniami ludzie, a każda wieść nową pociechę niosła.
Zanim namiot rozbito, król z konia zsiadłszy i szyszak zrzuciwszy, jednego przy sobie mając Dobka z Oleśnicy, jak stał, na ziemi legł pod ożynowym krzakiem, dłużéj na nogach utrzymać się nie mogąc. Podesłano mu tylko liścia świeżego narwanego u jaworów, które blizko stały. Dopiéro po chwili dano mu znać, iż namiot był gotów, a król poszedł zbroję odpiąć i głosem, który ledwie dosłyszéć było można, o jedzenie poprosił.
Cały ten dzień na upale, wichrze, w znoju i boju, nikt nic nie miał w ustach, aż po zachodzie słońca dopiéro, poczęto sobie radzić, by głód doskwiérający zaspokoić.
A tuż chmury, które słońce było rozbiło u zachodu, zebrały się znowu i puścił się dészcz ulewny, który i na pobojowisku rannych resztę podobijał, bo ich ratować nie było można, a po skwarze nastąpił dojmujący chłód, przejmujące wichrzysko zimne. Rozbijano co żywiéj płótna, aby schronić się pod nie od ulewy, ogni nawet dla zwarzenia jadła trudno było zrazu rozpalić. Lecz w sercach pociecha wielka z tego zwycięztwa, za wszystko stała.
W królewskim namiocie mieniali się całą noc ludzie i opowiadania; każdy przynosił swoją przygodę, każdy miał coś do historyi dnia tego dodać. Widzieli niektórzy zjawiska w powietrzu nad wojskiem i jakby unoszące się nad niém postacie; drudzy cudownie życie ocalili, inni na nieprzyjacielu znaleźli bogate łupy. Kto co przedniejszego dostał, królowi niósł i składał, ale najprzedniejszym darem były niezliczone banderia, chorągwie i proporce krwią pobroczone, które ziemię u namiotu zalegały. W zaciętości, jaka po walce długo w sercach wrzała, wielu poległym zakonnikom długie ich brody mieczami porzezano i powiązano niemi jak sznurami chorągwie.
Pogoń co ścigała uchodzący oddział krzyżacki pod Wilgnowo, i która go tam rozbiwszy, dowódzcę pojmała, przyniosła głowę jego, bo mąż zdawał się znaczny, i chciano wiedziéć ktoby był.
Gdy za brodę czarną ująwszy ją, niósł Dobek do królewskiego namiotu ten ohydny znak zwycięztwa, napotkał na drodze ks. Jana, któremu ją okazał.
Poznał w niéj staruszek tego komtura, który mu w bramie malborgskiego zamku nogę skrwawiwszy, płazem, a późniéj groszem go nagrodził. Był to ów Schwelborn, co dwa miecze nosić przed sobą kazał, odgrażając się, że ich do pochew nie złoży, dopóki krwi się nie napiją. Wargi jego zbroczone teraz były, lecz własną.
Już późno w noc, gdy z pamięci liczono poległych, wszedł do namiotu Mszczuj Dunin ze Skrzynna, niosąc w ręku pektorał złoty z relikwiami świętych, na łańcuchu złotym.
— Najjaśniejszy Panie! — rzekł oddając mu go — większe zwycięztwo Bóg dał, niż śmieliśmy się spodziéwać. Noszenie to zdjął Jurga, towarzysz mój, z zabitego rycerza, który innym być nie mógł, tylko Wielkim Mistrzem Zakonu, Ulrykiem, bo są ludzie ci je u niego widzieli, a na płaszczu krzyż miał podwójny.
Słysząc to Jagiełło, załamał ręce wzruszony i potoczyły mu się łzy z oczów. Wziął relikwie i długo niemy trzymał je przed sobą.
— Tak Bóg pysznych karze — odezwał się w końcu. — Padł więc ten, co wczoraj marzył, iż zawojuje ziemie i królestwa i że nas w pęta zwiąże. Cześć i chwała Panu na wysokościach! cześć Ci Boże, coś dumnych zgniótł i miłosierdzie swe nad nami, a potęgę okazać raczyłeś. Imieniowi Bożemu niech będzie chwała!
— Amen! — szepnęli przytomni.

∗             ∗

Malborgski zamek znowu stał ozłocony promieniami zachodzącego słońca i krwawemi ścianami wznosił się, panując okolicy i miastu, ale dokoła jego panowała jakaś cisza złowroga. Nie był to spokój co zwiastuje dni długie wesela, ale owo milczenie przed burzą, które jest śmierci przeczuciem. Puściéj było niż kiedykolwiek: ani zakonnych płaszczów, ani pachołków i knechtów; bramy pozamykane, w dziedzińcach starcy sami i kaleki. Wszystko się wyniosło na obronę granic, na wojnę, na zamki i straże. Malborg zdawał się zostawiony sam sobie. Mała ledwie garść żołenierza trzymała straże po wrotach i murach. Kilku księży śpiewało w chórze godziny, kilku ze służby patrzało z wież, ażali gdzie nie dojrzy gońca na szlaku.
Co chwila oczekiwano jakiéjś wieści, a nigdy zwycięzkiego Zakonu bracia i służba nie trwożyli się tak i nie przeczuwali złego. Wiedzieli wszyscy, iż tam się ważyły losy dwóch krajów, lecz ileżto razy wyszedł Zakon zwycięzko z boju, albo go umiejętnie potrafił uniknąć? Nigdy taką trwogą nie biły serca jak teraz.
We wrotach pod kaplicą Świętéj Anny stał stary knecht na straży. Sparł się na halabardzie i zadumał, patrząc przed siebie osłupiałemi oczyma. Siwa broda wpół mu się zwinęła na ręku, a źrenice bezmyślne, nieruchome, wlepione trzymał gdzieś w dal, któréj nie widział. Na najmniejszy szelest drgał i oglądał się. Zaczęto dzwonić na wieczorną godzinę w kościele, zamruczał jakąś modlitwę i roztopiła mu się wprędce na ustach — o czém inném myślał.
Wtém, wlokąc się wzdłuż muru o kiju, kulawy, zgarbiony przysunął się żebrak i stanął przed nim. Nie rychło go zobaczył strażnik, a ujrzawszy nie zaraz przemówił.
— Słyszałeś burzę nocną??
— A któż lepiéj nade mnie, co śpię pod murem w dziurze? — odparł żebrak — całą noc szalone wyły wichry, piorun padał po piorunie, zdawało się, że ziemia spłonie i niebiosa się na nią obalą.
— Mury zamkowe drżały — rzekł strażnik — piorun padł w Gdańską wieżę i spłynął jak potok ognia po murze: czarna smuga po nim została. To nic dobrego nie wróży.
Żebrak spojrzał nań.
— Wicher i burza — rzekł powoli, z powagą wielkiego znawcy — wicher i burza, albo szatani duszę wielkiego winowajcy do piekieł niosą, albo na ziemi walka straszna i bój.
— Tak, walka, bój, bitwa. Wszystkie nasze i gościnne chorągwie poszły. Mówią, że Jagiełło uciekł przed niemi, a drudzy, że z siłą ogromną mieczem i ogniem kroczy na nas.
— Któż Zakon zmoże! — westchnął żebrak. — Kto takich panów potężnych, co na całym świecie mają braci i opiekunów, odważy się nawet zaczepić. Chorągwie już pewnie ścigają króla Jagiełłę i kraj jego pustoszą za karę.
— Wyszli całą potęgą, nas tu garść ledwie została, ale zamek nie potrzebuje obrony.
— A ktoby śmiał się nań targnąć! — odparł żebrak.
— Spaleniznę czuć w powietrzu — mówił żołnierz — tchnąć niéma czém, na mózgu cięży cóś jak ołowiem.
— To na burzę znowu! — odparł żebrak cicho.
— Poszli pod Bratyan, ale ztamtąd musieli pociągnąć daléj — mówił jakby sam do siebie strażnik. Od téj pory żadnéj wieści! żadnéj wieści!
— Musieli pociągnąć daléj — wtórował żebrak — to i nie rychło z łupami powrócą.
— Niechby choć bez nich a cało! — ciągnął stary. — Źle uczynili, że pokoju nie chcieli. Słali posłów o pokój, czy my mało ziemi mamy!? było przyjąć. Wiodło się długo, a nuż się noga obśliźnie!
— Toby był koniec świata — mruknął żebrak. — Najświętsza Panna Marya nasza i Święty Jan Patron nie dopuszczą.
Strażnik wzdychał.
Zdala tentent posłyszeli i zwrócili się oba. Na nędznym koniu jechało bose chłopię w koszuli, bez czapki, poganiając szkapę prętem. Zoczywszy strażnika w bramie, przychyliło się nizko z pokłonem i minęło. Nie był to posłaniec, był to pastuszek biédny, co z pola powracał.
— Żadnéj wieści! — powtarzał machinalnie strażnik.
Wtém nadszedł mnich krzyżak, z rękami założonemi pod szkaplerz, krokiem powolnym. Stanął przed strażnikiem.
— Przybył kto? — spytał.
— Nikogo nie było!
— Żadnéj od naszych wieści?
— Niéma nic: cicho.
— Czegoś niespokój ogarnia. Na ołtarzu dziś świéce gasły same, napróżno je zapalano: zły znak.
— Widziałem ogromne stada kruków ciągnące tam! — wskazał ręką — za naszymi: i to znak nie dobry.
— Niech Pan Bóg złe odwróci — szepnął mnich — modlić się trzeba.
Pokiwali głowami, żebrak stał i milczał.
— Nie chciałem ja to mówić — odezwał się cicho — bo nie warto, ale sen miałem brzydki, gdym po burzy usnął... Śniło mi się, żem widział w polu dwieście płaszczów z krzyżami leżących, po których dzicz pląsała.
— Sny się naodwrót tłómaczą — odezwał się strażnik.
Znowu tentent się dał słyszéć: obejrzeli się wszyscy. Na koniu pianą okrytym, z włosami rozpuszczonemi, bez okrycia na głowie, jechał młody chłopak szalonym pędem. Jechał i patrzał w niebo na chmury, jak nieprzytomny, a konia smagał; koń go niósł sam nie kierowany, leciał do bramy i na wszystkie cztery nogi, chcąc się wstrzymać, padł przed nią. Chłopię młodziuchne co siedziało na nim, zsunęło się z siodła i omdlałe padło.
Mnich, strażnik i żebrak podbiegli ratować. Znużony znać poseł ów, leżał bez czucia na ziemi. Piękna twarz okryta była bladością śmiertelną.
Konia poznał zaraz po okryciu stróż, że należał do jednego z braci, co wyszli z wojskiem, chłopca nikt nie mógł poznać. Mnich długo się w niego wpatrywał, mruczał cóś i zdziwiony i przestraszony stał pochylony nad nim.
— Gdyby nie strój męzki! — rzekł do siebie — powiedziałbym, że Noskowéj córka: tak do niéj podobny. Czysto kobieca twarz i włosy nie po męzku; ale cóżby robiła w tym stroju, na koniu, i...
Żebrak zaczerpnąwszy wody, przyszedł twarz omdlałego pokropić, któremu krew ze skroni ciekła.
Strażnik dzwonił w bramie, aby kogo ze służby od infirmeryi przywołać. Chłopak się ocucił, obejrzał, westchnął, chciał porwać i upadł z jękiem znużony.
Wszyscy z trwogą jakąś i przeczuciem nań patrzyli, nikt się o nic nie śmiał zapytać. Domyślili się, że od wojska przybywał. Wreszcie się zerwał i zawołał:
— Kto starszym został na zamku? kto dowódzcą?
— A kimże tu kto ma dowodzić! — zapytał stary żołnierz — przecie ludzi niéma, bo wszyscy wyszli.
Wskazał ręką.
Przybyły ręce załamał.
— Zkąd jedziecie? — zapytał strażnik.
— Zkąd? nie wiem! zkąd? ztamtąd gdzie pole trupami usłane, gdzie krew się leje potokiem, gdzie chorągwie krzyżackie leżą stosami, gdzie nieprzyjaciel się weseli, gdzie ostatnia dla nas wybiła godzina!
Krzyknęli wszyscy.
— Szalony! zmysły postradał.
Chłopiec jakby sam do siebie mówił ciągle:
— Cały dzień trwała walka zacięta, zabójcza, okropna; jak pioruny biły młoty o zbroje, jak lwy bili się zakonni, jak stado wilków głodnych wpadli wrogowie, i jak burzą zmietli wszystkich. Niéma wojsk krzyżowych, niéma! Wybiła ostatnia godzina, wybiła!
Załamał ręce i płakał, potém się zerwał chcąc iść, ale siły go opuściły i osunął się pod murem na ziemię.
Do kupki, która się wprzódy była zebrała, przybywali coraz nowi słuchacze, ale nikt uszom wierzyć nie chciał: chłopca miano za obłąkanego strachem boju.
Wtém na koniu rycerskim, lecz pokrwawionym i odartym, ukazał się jakby drugi poseł.
Był to wieśniak bosy, odarty, w koszuli i spodniach, podpasany słomianym sznurem. Twarz jego opalona, jeno promieniała dzikim szałem, niby tłumioną radością. Białe zęby śmiały mu się w ustach szeroko otwartych, ręką machał nad głową konia tak znużonego jak pierwszy.
Strażnik poznał rumaka brata Kuno ze Szlązka i ręce załamał.
Wieśniak dopadł pod mur, stanął i z konia się zsunął, niby z rozpaczą bijąc w ręce, ale udanéj téj żałości urągały się oczy jego i usta.
— Sądny dzień! — zawołał — wszyscy polegli, pobite pany nasze wielmożne, pogruchotane zbroje złote. Krucy się pasą na ciałach dostojnych! Sądny dzień Boży!
Przytomni marszcząc brwi słuchali i stali przerażeni, słowa nie mówiąc.
Stróż, jakby ocknąwszy się nagle, zatrąbił w róg, zadzwonił w dzwon na trwogę. Co było na zamku pozostawionych ludzi, zbiegło się ku bramie patrzéć na leżące chłopię i na wieśniaka, który krzyczał, rękami rozkrzyżowanemi machając.
— Króla Jagiełły ino nie widać! kto mu zaprze drogę! Niéma wojsk, niéma ludzi; co życie zbawiło, to po lasach się tłucze. O, sroga klęsko! takie sławne pułki, tacy piękni rycerze, taki lud rosły i silny, taka krew pańska, tyle żelaza i złota... wszystko to przepadło, trupy leżą nagie, nieprzyjaciel łupami wozy ładuje.
W bramie skupiało się coraz więcéj ludu, aż ukazał się zakonnik na kiju sparty. Był to dawny komtur Elblągski, mąż niegdy sławny i dzielny, z jedną nogą uschłą. Należał on do Rady, ale na wojnę nie chodził.
Namarszczony słuchał krzyku chłopa, wyciągnął pięść ściśniętą i zawrzał ponsowiejąc.
— Milczeć! Dajcie go tu!
Porwano natychmiast wieśniaka, który się mało co opiérał.
Stary popatrzał na chłopię i kazał je téż na zamek prowadzić.
Za tymi dwoma szło wszystko co żyło, rozciekawione i przelękłe.
Stary komtur dał znak, aby rozeszli się ciekawi i zatrzymali się pośród dziedzińca, gdy on sam wieśniaka i chłopię do refektarza wielkiego wiódł z sobą.
Lecz nie doszli do drzwi, gdy znowu zatętniało w bramie i krzyk się dał słyszéć: starzec głowę podniósł i o kiju zawrócił nazad do bramy.
Tu widok był nowy.
Leżący, zwieszony, przypięty do konia, znać bezsilny jechał rycerz zakonnik; płaszcz miał we krwi cały pobroczony i podarty, krew ciekła mu po zbroi, krew uchodziła z obuwia: biały koń zbluzgany nią, niósł go, dobywając sił ostatka. U bramy stanął, zachwiał się i padłby, gdyby go strażnik za cugle nie chwycił.
Rycerz się nie ruszył. Żebrak do niego przypadł: podniesiono mu przyłbicę, twarz była blada i martwa, krew się jeszcze sączyła z ran, poza zbroją zadanych, ale człowiek już nie żył. Żołnierz dojrzał dopiéro, iż trup był do konia przywiązany.
Słowa już nikt rzec nie mógł, bo wszystko zwiastowało klęskę.
Zdjęto ciało z konia, który chwiejąc się sam szedł w podwórze; dwaj knechci ponieśli zwłoki i położyli je w krużganku. Stanął nad niemi milczący komtur stary i wpatrzony jakby życie i czucie postradał.
Chłopię co pierwsze przybiegło, o mur oparte stało drżące. Po chwili skinął na nie zakonnik. Weszli do wielkiego refektarza, który stał pusty, ogromny stół długi zajmował środek jego, przy nim ciężkie ławy dębowe ciągnęły się ze stron obu. Ze ścian patrzały wizerunki świętych i napisy.
Kilka kroków od drzwi uszedłszy, zakonnik na krzesło padł; mimowolnie wychudłe ręce podniósł nad głowę i załamał je nad nią — milczał. Potém zwolna położył na piersiach znamię krzyża św. i odwróciwszy się do chłopca spytał:
— Gdzie nasi? gdzie wojska? gdzie W. Mistrz?
— Na polu leżą pod Grünwaldem.
— Kłamiesz!
— Bód świadek!
— Ten lud, tyle ludu, rycerzy??
— Tyle drugie było go ze strony Jagiełłowéj, ważyło się zwycięztwo i przechyliło na ich stronę. Sto tysięcy trupa leży na Grünwaldskiém polu. Stosy białych ciał. Nie został nikt, oprócz nikczemnych co uciekli.
— Wielki Mistrz, Ulryk? — pytał zakonnik.
— Padł na ostatku, gdy już nic nie było do czynienia, tylko umiérać.
Okrzyk stłumiony wyrwał się z piersi zakonnika.
— Wielki komtur? — pytał osłabionym głosem.
— Leży przy nim.
— Wielki marszałek? Wallenrod...
— Jest z nimi.
— Schwarzburg nasz szatny?
— Zginął śmiercią rycerską.
Zakonnik nie śmiał pytać, głowa mu opadła na piersi, wstał z siedzenia i padł na nie.
— Podskarbi Merheim?
— Zabity.
— Komturowie? komturowie? — począł, jakby litości domagając się, wołać starzec. — Helfenstein...
— I on i jego żołnierze wyginęli do ostatniego.
— Zkąd-że ty wiész?
— A! obchodziłem pobojowisko, patrzyłem, gdy odzierano trupy.
— Ippenburg?
— Zabity.
— Wobecke?
— Zabity.
— Hatzfeld?..
— Zabity.
— Milcz! milcz! — krzyknął starzec i z krzesła padł na kolana, a potém twarzą się na ziemi położył, ręce rozkrzyżował i szlochał wołając bezprzytomny:
— Boże! Boże! — cóżeśmy uczynili, czémeśmy zasłużyli, abyś nas dotknął tak srodze? Za co karzesz dzieci swoje, za co w proch i błoto cisnąłeś krzyż swój z nami.
Chłopię patrzało na leżącego, gdy w dziedzińcach rozruch powstał i wrzawa. Tentent nie jednego, ale kilkudziesięciu koni rozległ się w podwórzach. Nie towarzyszyły mu ani krzyki, ani wołania, ale milczenie ponure.
Zakonnik podniósł głowę i dźwignął się z ziemi, poszedł ku oknu. W dziedzińcach postrzegł braci zakonnych i płaszcze białe, i jakby ratunek ujrzawszy, Bogu dziękować zaczął.
Wtém na salę wszedł z bladą twarzą, ale męzką postawą, hrabia Henryk von Plauen, dawny komtur Świecia. Starzec poznawszy go, ze złamanemi rękami jak do modlitwy pośpieszył ku niemu.
— Bracie — zawołał — prawdąż to jest co nam przynoszą wieści... prawdąż to jest?
— Wszystko jest prawdą co złe, a złe przechodzi, co ludzki język powiedzieć może. Z potęgi Zakonu została garść niedobitków... my, kilku... Tryumfują, że Zakon w Prusiech zabili: jutro mogą być pod bramami! Ale Zakon żyje i żyć będzie, póki choć jeden z nas dech w piersi zatrzyma. Zakon żyje... do ostatniéj kropli krwi bronić się będziemy.
To mówiąc, obejrzał się na drzwi, któremi wchodzili przybyli z nim od granic zakonnicy.
Garść była szczupła, a nie wszyscy ożywieni tym duchem, co hr. Plauen.
Refektarz zapełniał się tłumem, płacząc cisnęło się co żyło.
— Kto płakać chce, do kościoła! — zawołał hrabia — módlcie się i płaczcie. Kto ratować pragnie, za mną na radę. Zamknąć bramy, postawić straże, obcych oddalić. Za mną, bracia!
Z powagą ruszył się Plauen, ciągnąc za sobą co pozostało braci, do sali radnéj, przy mieszkaniu W. Mistrza.
Gdy w podwórzach jęki słychać było i płacze, bo co chwila nowa wieść, nowy zbieg, nowéj klęski przybywało potwierdzenie, w sali radnéj ściągał już Plauen szczupłą garść pozostałéj braci, co z nim przybyła. Objął sam władzę nie pytając, czuł się zdolnym ją utrzymać.
Z posępną energią wskazał miejsca, wstał i począł mówić żywo.
— Z tych co poszli nikt nie wróci: ratunku musimy szukać w sobie. Zapowiedziano zagładę Zakonu, jeśli ten zamek wezmą; niemiecki Zakon braci Szpitalnéj w Prusach istniéć przestał. Malborga stolicy naszéj bronić musimy.
— Z czém? z kim? — spytał jeden.
— Choćby z garścią, do ostatka!! Malborga nie zdobędą.
Zmarszczył brew.
— Obronimy go. Miasto należy spalić, niech płonie, lud zagnać na zamek, on bronić go będzie. Dopóki drogi wolne, dziś, zaraz po ludzi słać na zamki i po zapasy.
— Ale Jagiełło jutro tu będzie — zawołał jeden — to próżne.
— Ani jutro! ani za trzy, ani za cztery dni — gwałtownie wybuchnął Plauen — wstrzymać go trzeba, musimy i wstrzymamy.
— Jakim sposobem?
Plauen zamilkł.
Nie rada to już była, ale pośpieszne rozkazy; dwóch starszych pozostawił przy sobie Plauen, resztę rozesłał.
W zamku, w mieście trwoga i popłoch były niewysłowione.
Nikt nie miał nadziei, aby ocalić się można, Plauen ją zachował jeden.
We trzech weszli do izby przyległéj.
— Nie czas płakać i trwożyć się, a rozpaczać. Rozpacz źle radzi, męzkiém sercem ratować się trzeba. Losy Zakonu w rękach naszych.
— Lecz cóż postawim przeciwko téj zgrai spędzonéj z całego świata, rozwścieczonéj zwycięztwem, głodnéj krwi naszéj. Nie mamy wojska...
— Powinniśmy miéć rozum i przebiegłość — rzekł Plauen. — Jagiełłę znamy wszyscy: pchnąć go trudno, a powstrzymać łatwo. Zabobonny jest, lęka się, aby go poganinem nie zwano za to, że przeciw krzyżowi walczy. Poślemy do niego. Zwłokę trzeba wyjednać. Są przy nim ludzie, co nie bardzo wielkiemu zwycięztwu będą radzi. Witold tam jest. Księżna siostra nam sprzyja; mamy duchownych. Czasu tracić nie godzi się. Ojca Marcina przywołać... ojca Marcina...
Ksiądz Marcin z innymi kapelanami i duchowieństwem stał w radnéj sali; przywiedziono go natychmiast. Był on rodem z Pomeranii, a niegdyś począł żywot zakonny w klasztorze Benedyktynów na Łyséj Górze. Ztąd późniéj dał się nakłonić na zmianę reguły i przywdzianie habitu z krzyżem. Nie młody był, mniszéj postaci, pokorny, cichy, ale wpatrzywszy się w twarz jego zamkniętą wyrazem pokory i spokoju, postrzegłeś przez siedm pieczęci, któremi była zawarta, życie co pod niemi krążyło. Oczy jego jasno, spokojnie, głęboko wciskały się w każdego, czytały nie dając się wyczytać.
Skłonił się w progu z pokorą.
— Jestem — rzekł.
Plauen się doń zbliżył.
— Ojcze! Zakon konający doprasza się u ciebie ratunku.
Nic na to nie odpowiedział O. Marcin, powiódł oczyma i nie wymówiwszy słowa, dał zrozumiéć, że sam na sam radzić pragnął.
Plauen wsunął się z nim do izdebki, wydawszy ostatnie rozkazy.
Siedli sam na sam.
— Nie mówcie mi co mam czynić — odezwał się ks. Marcin — Duch Święty mnie natchnie. Znam Mikołaja podkanclerzego co jest przy królu, trafię do Witolda, do duchownych. Wiem i czuję, co do czynienia mam.
— Jedźcie, idźcie, śpieszcie! — mówił Plauen.
— Zmienię suknie, wdzieję świeckie, będę zbiegiem, zostanę na chwilę Polakiem; Bóg przebaczy w dobrym celu użyty podstęp: niech zresztą spadnie to na sumienie moje.
— Na nas wszystkich — przerwał Plauen i zniżył głos. Wóz, weźcie wóz, weźcie złota ile chcecie; jeśli są sumienia przedajne, kupcie je; jeśli są trwożliwe, zastraszcie; jeśli są zawistne-podniećcie. Zasiejcie między nimi nieufność, obróćcie ich przeciwko sobie, zródźcie niezgodę. Skazani jesteśmy, niestety, na użycie tych środków, gdy innych nie mamy.
Marcin słuchał.
— Mówić mi nie potrzebujecie, w ostateczności drogi ratunku są jasne; widzę je: są jedyne. Chytrzy być musimy jako wężowie, bo z chytrzejszymi od wężów do czynienia mamy.
— Zakon winien ci będzie wybawienie; wstrzymajcie pochód na Malborg: ocalcie nas. Dziś, natychmiast, uciekajcie ztąd. Osłońcie swą podróż ucieczką; mówcie z nimi przeciwko nam, abyście ich ufność zyskali, ale czyńcie za nami.
Ks. Marcin mówiącemu dłoń położył na ręku.
— Dość — rzekł — nie wszystko przez usta przechodzić powinno. Co czynić, natchnie mnie Duch Święty.
Wstał z siedzenia.
— Księżyc po północy schodzi, przewodnika Polaka wiernego mi dajcie, wóz, konie: jadę.
Zwrócił się od drzwi.
— Na zamku wiedziéć mają, żem do Torunia wysłany. Nikt, wy i ja w tajemnicy.
Plauen głową dał znak potwierdzający.
— Złota! — zawołał — weźcie złota, ile zabrać możecie. Niecni posłowie króla Zygmunta wzięli go wiele za te szmaty zdradliwe, które listy wypowiedniemi nazwali. Nikczemni! Śmieli się z nich, dając je nam, śmiano się gdy je zanieśli Jagielle, a my wierzyliśmy w Zygmunta.
Ręce załamał. Ks. Marcin pokornie się skłonił i już wychodził krokiem śpieszniejszym nieco. W sali spotkał współbraci duchownych. Poczęto go pytać.
— Do Torunia jechać muszę — rzekł. — Bóg z wami: wrócę rychło.
Wyszedł. W godzinę potém, gdy się z celi swéj wysunął w czarnéj świeckiéj sukni kapłańskiéj, obwinięty płaszczem grubym, niktby go był nie poznał, tak potrafił się zmienić.
Wóz z ludźmi dwoma czekał w podwórzu. Księżyc z za chmur białych wysuwał się powoli, gdy na gościńcu sunął już zaprząg wiozący ks. Marcina, małemi drożynami w stronę, w któréj się wojska króla Jagiełły spotkać spodziewał.
Chłopak co pierwszy z wieścią o klęsce wpadł na zamek, zaledwie nieco spocząwszy w nim, wśród téj wrzawy i zamętu wyszedł niepostrzeżony za bramy. Tu stanął zamyślony, osłabły, zbiérając myśli i niewiedząc co czynić z sobą. To powracał ku wrotom, to się kierował ku miastu, oglądał się, ażali mu kto z radą i pomocą nie przyjdzie; lecz nikt nań już nie zważał.
Trwoga miotała całą ludnością Malborga: jedni już z miasta unosić chcieli życie i mienie, drudzy w rozpaczy latali bezprzytomnie. Coraz to nowe przynoszono szczegóły z pola bitwy, a coraz gorsze i smutniejsze.
Wiedziano już, że W. Mistrz, marszałek, komtur, szatny, podskarbi polegli przy pułkach swoich; że obok nich komturowie: grudziądzki, starogrodzki, engelsburgski, nieszawski, brodnicki, głuchowski, gniewski i inni wszyscy, oprócz trzech tylko: W. szpitalnika Zakonu, komtura gdańskiego i Balgi; dwóchset rycerzy, szściuset braci i knechtów, czterdzieści tysięcy ludu leżało na polu pod Grünwaldem. Cały obóz dostał się do rąk nieprzyjaciela.
Mówiono, że Jagiełło poprzysiągł zupełną Zakonu zagładę, że pochwytanych rycerzy ścinano, że na zamki posłano, by się poddawały na imię królewskie.
Najrozmaitsze uczucia dzieliły lud i mieszkańców w części sprzyjających Krzyżakom, lub nienawidzących ich panowania. Potajemnie cieszyli się nie jedni, lecz jawnie trwożyli wszyscy. W wojnie winny i niewinny pada ofiarą.
Owo chłopię stało jeszcze u wrót, gdy ulicą pod zamkiem idące ukazały się dwie niewiasty. Była to żona burmistrza i niezamężna jéj siostra, obie dobrze znane Noskowéj, a przebrane to chłopię nie kim innym było, tylko zbiegłą z placu i rozszalałą z bólu i trwogi Ofką.
Ciekawe niewiasty ostrożnie najprzód zbliżyły się ku chłopcu, którego strój podróżny zdradzał, że niedawno przybyć musiał zdaleka. Oprócz tego straż w bramie wskazała go im, aby się czegoś dowiedziéć mogły.
Burmistrzowa, sławetna pani Schütz, średnich lat niewiasta, pięknéj tuszy, przedziwnie wykarmiona na białych bułkach, strojną była jak na jéj stan przystało. Innym paniom mieszczkom prawo zabraniało nosić wiele kosztownych ozdób i maneli, ale żona urzędnika pozwolić ich sobie mogła. Na szyi więc i piersiach, łańcuszków złotych było co niemiara i czółko szyte złotem na głowie. Skromniéj nieco przybrana siostra Gizella, sutą miała suknię, pasem na biodra podciągniętą, aby się po ziemi nie wlekła.
Obie jejmoście trwożliwie się zbliżyły do chłopca, który zrazu się cofał przed niemi, gdy pani Schütz krzyknęła, wpatrzywszy się w niego.
— O Jezu miłosierny! gdybym nie wiedziała, że zacna Noskowa więcéj nad jedną córkę dzieci nie ma, lub gdybym ją posądzać śmiała, powiedziałabym, że to Ofki brat, lub, co się nie godzi, ona sama w męzkiéj sukni. Czy mnie oczy mylą!
Gizella ręce załamała patrząc. Obie zdawały się tak strwożone, że przemówić nie śmiały, gdy nagle Ofka odzyskując męztwo, przybliżyła się do Schützowéj.
— Nie dziwcie się i nie przestraszajcie — rzekła — okropne rzeczy się dzieją, okropne téż widoki muszą znosić oczy. Zgroza to, żem w męzkiém ubraniu, sama!
— To Ofka! Ofka! — zawołały obie.
— Cicho, najłaskawsza pani Schützowa, a jeśli pozwolicie, pod opiekę się waszą oddaję.
— A matka wasza? o dziecko moje!
— Matka daleko, daleko... Pozwólcie mi iść z sobą? Spocząć u was chwilę?
— Gdzież kto dziś potrafi spoczywać — przerwała burmistrzowa — chodź z nami, chodź. Wprawdzie, gdyby mnie mój Schütz, choć w tak niespokojny czas, pod wieczór spotkał z takim młokosem, mógłby się pogniewać. Na jakiego ty ślicznego wyglądasz chłopca!
— A! czemuż choć brzydkim nie jestem! — zawołała Ofka — tak mi cięży ta płeć moja!
Krzyknęła słysząc to bluźnierstwo pani burmistrzowa i pociągnęła z sobą Ofkę. W ulicy nikt na nie przechodzące nie zważał. Niewypowiedziane panowało zamieszanie. Stary Schütz, małżonek jejmości, znajdował się na zamku przy Plauenie; ludność jak zburzone morze falami płynęła i odpływała ku murom. Wozy ciężkie wlokły się ku miastu i z miasta, konni przebiegali co chwilę, maleńkie kupki knechtów pospiesznie zewsząd już gromadziły się ciągnąc do twierdzy. Ubogi lud cały niemal wyległ na rynki i na gościńce, czując, że ciężar tych klęsk nań całym, jak zwykle spadnie ciężarem. Wszystko to tworzyło obraz ruchomy, smutny i przepowiadający coś straszniejszego jeszcze.
Burmistrzowa gorejąc ciekawością wiodła z sobą Ofkę. Niedaleko ratusza stał dom pana Schütza. Pokaźniejszy od innych, zbudowany był wszakże na sposób miejscowy z cegły i drzewa. Na murach jego w rozmaite linie przecinające się z sobą zarysował się szkielet drewniany budynku, którego górne piąterko nieco wyskakiwało w ulicę, a pod niém szerokie okna i drzwi zajęte były przez sklepy. Nad jednym z nich wisiały olbrzymie nożyce, oznaczające postrzygacza sukna, nad drugim dwie mosiężne miednice, wypolerowane jak złoto, służyły za szyld balwierzowi.
U niego już paliło się światło i tłum ludzi rozprawiał gwarnie, a przez pół otwarte okno buchały głośne mowy i patetyczne narzekania.
Po schodach, których poręcze pięknie były rzeźbą i słupkami ozdobne, weszli do izb pani Schützowéj. Ofka zaledwie się tu dostała, upadła na pierwszém krześle, twarz tuląc w dłoniach.
— Dziecko moje, napij się cokolwiek, to cię orzeźwi — zawołała burmistrzowa, niosąc trochę wina w kubku. — Jakżeś bo porwać się mogła i dać przebrać tak niegodziwie.
— Miłościwa pani — rzekła Ofka, jakby przebudzona — już o tém mówić zapóźno jak się to i dlaczego stało! Ogarnął mnie szał jakiś, zapomniałam, że kobiece miejsce u kądzieli, myślałam, że Zakonowi przydam się na co i służyć mu potrafię.
— A jakże ty mu służyć mogłaś? bijąc w dłonie — przerwała Schützowa — ani siły, ani głowy.
— Alem serce miała i mam, kochana pani — odezwała się Ofka. — Znać miałam tych nieszczęść przeczucie.
— I matka cię puściła?
— Nie pytałam się matki.
— Oszalało biedactwo! — z litością przemówiła Schützowa, a siostra powtórzyła to za nią — oszalało. — I gdzieżeś ty się plątała?
— A! pani moja — krzyknęła Ofka — tam byłam, gdzie żadna kobieta nie śmiałaby była wejrzéć, na tém pobojowisku okropném, wśród téj bitwy, od któréj serce martwiało: patrzałam, płakałam i wściekałam się z gniewu na słabe ręce moje.
Kobiety stały przy niéj oniemiałe.
— Wzięto mnie jak w niewolą w obozie Jagiełły, stryj ksiądz szukał zbiegłéj i pochwycił. Wśród bitwy wyrwałam się im, pachołek co był ze mną podał mi konia. Chciałam widząc tę klę skę straszną pierwsza tu o niéj oznajmić, poleciałam sama nie wiedząc co czynię. Jeden sługa zdążał za mną, padł pod Malborgiem z koniem i nie wstał.
Mówiła i oczy się jéj paliły.
— Słabe są niewiasty! tak, ręki do boju nie mamy, ale wytrwać możemy więcéj niż ono... głód, skwar, znój, męczarnie, gdy serce rozkazuje. Zakon ratować trzeba! Zakon ratować!
— W imię Ojca i Syna! Ofko moja! — przerwała burmistrzowa — aleć to nie nasza sprawa. Modlić się, bardzo dobrze, ale cóż więcéj? tu żelaza trzeba i dłoni.
— A! nie! — krzyknęła Ofka — żelazo się skruszyło, dłonie ścierpły na wieki: trzeba przebiegłości, rady, zdrady, chytrości...
— W głowie się biedaczce pomieszało — mruknęła pani Schützowa.
Ofka przestała mówić.
— Pani moja — ozwała się po długiém milczeniu, którego kobiety przerwać nie śmiały — gdybyś widziała ten bój, tę rzeź, ten cmentarz, albo-by ci serce pękło, lub-by wezbrało taką złością, nienawiścią, zemstą jak moje.
— Lecz możeż to być, jest-li podobna, aby W. Mistrz, jego wojsko tak potężne...
— Śladu po niém nie ma — zawołała Ofka — padli rycerze mężni. Ostatni Mistrz Ulryk wyjechał do boju ze swojemi pragnąc paść i szukając śmierci. Wszyscy dali się wybić do nogi, nie pozostał nikt, a rannych dokłuli nieprzyjaciele.
Ofka oczy sobie zakryła, kobiety szlochać zaczęły; posypały się zapytania jedne po drugich, a każdéj niemal odpowiedzi płacz towarzyszył.
Noc nadchodziła, w mieście nikt nie myślał o spoczynku. Schützowa w trwodze zaczynała być o męża, który z zamku nie wracał: zapalono światło. Ofka przechadzała się po izbie zadumana.
— Cóż ty teraz myślisz z sobą? — spytała pani Schützowa.
— Nie wiem, dziś kątek mi dacie do spoczynku: pomyślę. Siedzieć u krosien nie mogę: któż wié co pocznę jutro.
Jeszcze rozprawiały, a noc była już późna, gdy do izby, zrazu nie zdejmując czapki, wtoczył się poważny Schütz. Zobaczywszy młokosa w domu poufale obcującego z kobietami, widocznie się zgorszył nieco i na żonę spojrzał zdziwiony. Ta mu ruszeniem ramion odpowiedziała.
— Niéma tu co się taić — rzekła — toć przecie córka pani Noskowéj z Torunia.
— Syn chyba? — rzekł burmistrz.
— Córka — potwierdziła żona.
Schütz się nieco skłonił z lekka, ale mu coś tak na sercu ciężyło, że nawet ta osobliwsza przygoda nie mogła go ani zdziwić, ani w nim obudzić ciekawości. Westchnąwszy siadł za stół, ręce obie złożył i twarz w nie zanurzył. Żona położyła mu dłoń na ramieniu łagodnie, usiłując go rozbudzić. Nic to nie pomogło, dumał... a gdy dłonie w końcu rozwarł, postrzegły kobiety po męzkiéj twarzy płynące cicho dwie strugi łez, których nie ukrywał.
— Niewiasty — zawołał — zbierajcie dopóki czas, co droższego macie, żegnajcie dom spokojny. Nieprzyjaciel idzie, zamku bronić potrzeba... miasto-by mu za przytułek służyło, a tego nie możemy ocalić. Sam jutro pod własny dom podłożę pochodnię, niech z dymem idzie Bogu na chwałę.
Burmistrzowa krzyknęła z boleścią wielką. Gizella poczęła płakać. Ofka stała i patrzała na Schütza, który łzy już ocierał.
— Nie ma czasu na lamenta! zbierać co można, na zamek musimy wszyscy. Żywa dusza nie pozostanie w mieście, gruz i popioły znajdą, niech się niemi karmią. Bogu na chwałę mienie nasze.
— Jakto? ratusz! kościół, miasto całe!
— Wszystko — powtórzył Schütz — czas wam daję do jutra... Noc! przez noc wiele zrobić można. Wozy zaprządz i ładować!
— Nasz dom! nasz dom! — wołała burmistrzowa — ja go już nie zobaczę. Nasz dom!
— Cicho! — tupiąc nogą dodał Schütz — aby ludziom dodać serca, pierwszy weń ogień podłożę!

∗             ∗

Po nocnéj burzy i słocie, wypogodziło się niebo i obmyte zaświeciło słońce nad pobojowiskiem wczorajszém.
Szerokie pole między Grünwaldem i Tannenbergiem, gdzieniegdzie zaroślami, krzakami i pojedyńczemi drzewami okryte, nosiło na sobie ślady walki zaciętéj, która się na niém odbyła.
Nie było prawie stopy ziemi nie zoranéj kopytami końskiemi, na któréjby się złomek zbroi, skruszone i podruzgotane kopie, lub trupy nie walały.
Drzewa nawet ucierpiały w tym boju, kule poobłamywały gałęzie, które leżały na ziemi; krzaki zmięte i poduszone wbite były w nią, a słota nocna, która uniosła z sobą krwi ślady, mułem i piaskiem pookrywała ciała i szmaty odzieży.
Ciury od wojsk włóczyły się jeszcze, szukając łupu i zbierając na pobojowisku co się żywym na coś przydać mogło. Porozbijane hełmy, w których stała woda deszczowa, służyły wróblom za naczynie do napoju. Na blizkim lesie krążyło stado kruków, które odlatywało za zbliżeniem się ludzi i powracało na żer obfity.
Tymczasem z rozkazu Jagiełły szukano ciał rycerzy poległych. Wybrani jeńcy, pod przewodnictwem chełmińskiego szlachcica Bolemińskiego, szli od jednéj kupki ciał do drugiéj, mistrza i komturów szukając.
Ciała ich nie były rozpierzchłe po polach, lecz wałem jako stali, leżały w miejscach, gdzie walczyli.
Żołnierska czeladź już je była poodzierała ze zbroi kosztownych i odzieży; bo płaszcz Mistrza królowi odniesiono w nocy, mógł więc tylko poznać z twarzy ten, kto znał za życia Krzyżaków.
Wkrótce téż Bolemiński schyliwszy się, w gromadzie trupów, które go przykrywały sobą, poznał Ulryka, choć mu na znak i pamiątkę jak innym, czeladź już brodę obcięła.
Leżał z rozbitą piersią i z raną na czole, znać po spadnięciu szyszaka otrzymaną. Nieopodal znalazły się zwłoki marszałka Wallenroda, komtura Lichtensteina i wielu innych przedniejszych, które obwinięte w całuny, poniesiono i położono przed królewskim namiotem.
Dzień to był uroczysty i dla rycerstwa całego świetny, ale nie wesoły, bo w obec tych tysiąca poległych, żaden się nie mógł nawet zwycięztwem, co tyle żywotów ludzkich kosztowało radować, a kto pobojowisko widział, temu po niém wspomnienie na życie całe zostało.
Tyle tam było do czynienia naówczas, iż nie dziw że na pobojowisku zostać kilka dni postanowiono, choć Brochocki i wielu gorętszych domagało się na Malborg iść natychmiast, dopókiby Krzyżacy nie opamiętali się po klęsce.
Gdy słońce wyżéj się podniosło, już z ciałami pobitych uczyniono porządek i złożono je przystojnie, czekając pogrzebu. Król sam wniósł, aby ciało Ulryka, wielkiego marszałka i komtura do Malborga odesłać, i wóz na to, oraz sukno purpurowe do nakrycia przeznaczył.
Wiele do czynienia było z resztą trupów, które na pobojowisku grzebać musiano, z rannemi i jeńcami. Krzyżackich i polskich rycerzy wespół pogrzeb zarządzono przy kościołku w Timbargu, gdzie ks. Jan zajął się obrzędem i nabożeństwem.
Z Polaków, choć wielka liczba padła, znaczniejszych rycerzy ledwie dwunastu zabrakło.
O świcie król kazał sobie podać konia, i z ks. Witoldem a Mazowieckiemi, wespół z Zyndramem Maszkowskim, który rozpowiadał o bitwie, objechali raz jeszcze pobojowisko.
Stawali na niém często, bo ilość ciał i ogrom trupa w wielu miejscach przejazd trudnym czyniła, a i po nieprzyjacielskich trupach, król depcąc je, jechać nie chciał. Kołować więc musiano.
Gdy słońce się podniosło, namiot wielki kościelny ustawiono na wzgórzu, zewsząd, oprócz poza ołtarzem, podpiąwszy ściany, aby otaczające wojsko Ofiarę świętą widzieć i w niéj uczestniczyć mogło. U trzech ołtarzów razem odprawiały się msze, które czytali kapelani królewscy.
W około kaplicy pozatykane drzewca z mnóstwem zdobytych chorągwi nieprzyjacielskich dziwnie piękny widok czyniły, lekkim wiatrem poruszane. U głównego ołtarza podkanclerzy czytał mszę o Maryi Pannie, drugą ks. Bartosz o Duchu Św., trzecią wtóry kapelan króla o Trójcy Przenajświętszéj.
Pod mniejszemi namiotami na ustawionych mensach czytano msze żałobne za dusze poległych.
Rycerstwo po wczorajszym dniu, choć na wielu zbrojach znaki kopij widać było świeże, choć wiele tarczy pokaleczonych miało na rękach, choć nie jednemu hełm się na głowie nie trzymał dobrze, wystąpiło jak na święto i do popisu, odczyściwszy żelaztwo i dobywszy co kto miał najlepszego: pasy złocone, bindy farbiste, łańcuchy i miecze co najozdobniejsze.
Zaraz po ukończoném nabożeństwie, którego całe wojsko słuchało, wiódł król przedniejszych panów za sobą pod wielki namiot, w którym zastawione były stoły do uczty. Ta choć królewską nazwać się mogła dla tych co w niéj uczestniczyli, przepychem się wcale nie odznaczała, a prostą raczéj była i niewykwintną, acz krzyżackie wozy dostarczyłyby do niéj wyszukańszych zapasów. Pieczone mięsiwa, polewki, placki, piwo, miód i wino na stołach ustawiono. Brał kto chciał i jak mógł. U osobnego stołu na podniesieniu siedział Jagiełło, mając obok siebie Witolda, Mazowieckich książąt i bratanków.
Jako pan łaskawy i ludzki, kazał téż do stołu wezwać pobranych w niewolą Konrada ks. Oleśnickiego i Kazimierza Szczecińskiego, którzy się wcale do uczty być wezwanymi nie spodziéwali, a gdy ich przywiedziono, nie czynił im nawet wymówek żadnych, ani się okazał gniewnym, litując się nad ich upokorzeniem. Oba oni siedzieli wprawdzie u stołu, lecz się nie odezwali, ani jedli, bo oczy na nich zwrócone ich piekły.
Resztę tego dnia nie poświęcono téż odpoczynkowi, wielką bowiem ilość jeńców należało spisać i rozporządzić nimi, aby wojsku ciężarem nie byli. Król zasiadł pod namiotem na krześle, gdzie mu każdy jeńców swych przedstawiał, a potém szedł z nimi do pisarzów, których kilkunastu za stołami siedziało i spisywało ich, wedle ziem, do któréj należeli, osobno Prusaków, Chełmnian, Inflantczyków, Czechów, Morawców, Szlązaków, Bawarów, Misniaków, Austryaków, Nadreńczyków, Szwabów, Fryzów, Łużyczan, Turyngów, Pomorzan, Szczecinian, Kaszubów, Sasów, Frankończyków, Westfalów, bo z tak różnéj drużyny składało się owe wojsko krzyżackie po całéj werbowane Europie. Najwięcéj wszakże pospolitego ludu było ze Szlązka i Czech.
Trudno ich w pętach było trzymać, lub wieść za sobą, więc odebrawszy oręż, musiano ich zobowiązać przysięgą, że się na Św. Marcina w Krakowie stawią przed sędziami i na rycerskie słowo ich puścić niemal wszystkich. Marszałek Zbigniew z Brzezia i podkomorzy krakowski Szafraniec, słowo od nich odbiérali.
Gdy przyszło do tego stawienia jeńców, przywiódł téż kupę swoich Andrzéj Brochocki, a między innymi i tego hr. Dienheim, który w tarczy godło jego nosił, młodego człeka, ale buty niezmiernéj i dzikiego. Tego, że nawet w niewoli się z nim wadził i umysłu był niepokonanego, a pan Andrzéj cierpiéć nie mógł, iżby kto nosa przed nim zadziérał, chciał sobie pan Brochocki zachować.
— N. Panie! — rzekł — wszystkimi niewolnikami niech W. Kr. Mość rozporządza, jako wola i łaska, ale o tego jednego Niemczyka prosiłbym dla mojéj pociechy.
— A cóż z nim poczniesz?
— Nie wiem, może mi zbroiczkę będzie czyścił, ale muszę pacholę nauczyć pokory. Przytém nosi tarczę taką jak moja, musi być jakieś między nami powinowactwo.
Popatrzył król na chłopaka i ręką skinął, zaczém go sobie Brochocki prowadził osobno. A miał z nim kłopot nie mały, bo Niemiec słowa rycerskiego mu dać nie chciał.
Rozmawiali z sobą językiem łamanym, bo Dienheim po polsku, długo u Krzyżaków siedząc, gdzie różny lud bywał, cóś liznął, a pan Andrzéj niby po niemiecku umiał. Tyle się więc rozumieli, że gdy jeden drugiego łajał, złościć się na siebie mogli.
— Jakeś mnie wziął — mówił Dienheim — tak trzymaj; ażebym miał słowo dawać, tego nie doczekasz. Gdy będę mógł ucieknę.
— A ja gdy dogonię, zabiję.
— To się wié — mówił Dienheim.
— Spętać cię każę.
— Jeżeli u was, w waszém rycerstwie, pasowanego się wiązać godzi, rób co chcesz.
I tak po całych dniach się z sobą wodzili, ale Brochockiemu, gdy co do przełamywania miał, aż się czarne oczy świeciły.
Powiedział sobie, że go nie puści aż spokornieje.
Miał tedy w namiocie na załodze dwie gęby niepotrzebne, bo ks. Jana zatrzymał przy sobie i jeńca. Przed wieczorem tego dnia, gdy ks. Jan z pogrzebu w Timbargu powrócił, a Brochocki pod namiotem spoczywał, wszczęła się rozmowa o zbiegłym chłopcu, naprawdę o nieszczęśliwéj Ofce, któréj Dienheim się zrazu nie bardzo przysłuchiwał. Dopiéro gdy parę razy i nazwisko Noskowéj i imię Ofki wspomniano, począł ucha nastawiać.
Nie zaczepiał wcale w rozmowie nikogo ów więzień i milczał jak pień, chyba mu Brochocki gwałtem słowo z ust wyrwał, tym razem wszakże o Noskowę sam się zapytał ks. Jana.
— Albo ją znacie? — odparł stary.
— Bardzo dobrze, bom w Toruniu przy Saynie długi czas wojował i przy jego poprzedniku, więc niéma kamienicy i kąta, któryby mi był nieznany.
Coś mu ks. Jan na to rzekł krótko, gdy tuż o Ofkę począł pytać, coby się z nią stało, i coby to była za niezrozumiała jéj przygoda, o któréj zasłyszał.
— Patrzcie-no — rzekł pan Andrzéj — dziewczyna mu w oko wpadła, ani chybi.
Zrozumiawszy to Dienheim się zczerwienił i zamilkł. Po chwili jednak zagadnął znów ks. Jana, który mu pokrótce przygodę opętanéj owéj opowiedział i biedy jaką z nią miał.
Dienheim się zamyślił mocno.
— I nie wiecie co się z nią stało? — spytał.
— W czasie saméj bitwy wyśliznąć się musiała i przepadła.
Dienheim porwał się z pieńka, na którym u drzwi siedział, mocno poruszony.
— W téj zawierusze — rzekł po niemiecku do ks. Jana — łatwo się stać mogło, że ją gdzie jakie ciury ubiły.
Załamał ręce.
Brochocki nań patrzał, nie mówiąc nic.
— Znałem ja dobrze pannę Ofkę — mówił Dienheim — zawsze dziwnie była samowolną i śmiałą nad kobiecy obyczaj; nie było w Toruniu ani między mieszczkami, ani między szlachciankami tak pięknego i roztropnego dziewczęcia... istny kwiatek. Jeżeli, uchowaj Boże, zabita, choć chrześciański pogrzeb-by się jéj należał.
— A gdzież i kto jéj szukać będzie? — rzekł Brochocki.
— Poszedłbym ja — odezwał się jeniec.
— Tak — przerwał p. Andrzéj — abyś mi więcéj nie powrócił! Z tego nie będzie nic, słowa mi dać nie chcesz, to cię krokiem nie puszczę.
— Na ten raz słowo rycerskie daję, że powrócę.
— A to go zapiekło! — odezwał się Brochocki — a no lepiéjbym ja ci towarzyszył, pojedziemy razem; ksiądz będzie się tymczasem modlił.
Dienheim sam poszedł aby konie podano, pierwszy raz ofiarując się starszemu z posługą; przyprowadzono więc parę świeżych wierzchowców i siadłszy na nie, jechali na pobojowisko.
Król je właśnie powtórnie z ks. Witoldem objeżdżał, a Bolemiński go prowadził. Ale już mało co było do widzenia, oprócz miejsca i kul kamiennych, co się gdzieniegdzie głęboko w ziemię zarywszy, leżały, bo z ciał znaczna część była zabrana, a drugie spędzeni ludzie składając na wielkie kupy, ziemią właśnie przysypywali, aby wystawione na skwar, nie zrodziły moru i chorób
I ta płaszczyzna wprzódy równa, pokrywała się kopcami mnogiemi, wzdłuż jak stało wojsko wznoszonemi, na których, ledwie ludzie odeszli, krucy siadali, czując tam pastwę, którą im odebrano.
Nie wiele więc do czynienia miał Dienheim i Brochocki, bo do niektórych kup zajrzawszy i nigdzie nic podobnego nie widząc, a daléj już posypane kurhany, wprędce musieli do obozu powracać. Dienheim zamyślony jechał, ale już jakoś łagodniejszy. Począł do więc p. Andrzéj powoli spowiadać, najprzód po coby do Krzyżaków przystał i za nich wojował?
Przyznał się, jakby od niechcenia młody, że mu w domu ze starszym bratem na Burgu w Dienheim ciasno było, bo i brat go ciemiężył z prawa pierworodztwa i bratowę miał złą sekutnicę, dla któréj tam żyć nie mógł; przeto zbroję wdziawszy, jak mówił, na pogany z krzyżem poszedł.
— Na jakież u licha pogany? — spytał p. Andrzéj — gdzieś to ty ich widział, i gdzie oni tu są? My tu ich nigdzie nie znamy, krom prawowiernych chrześcian, jakiemi my i lud cały jest.
— Przecież głosił Zakon i powiada po dziś dzień, że na pogan potrzebuje oręża.
— A wyście tak nieświadomi rzeczy, że temu wierzycie? — dodał Brochocki. — Jeśli tu kto poganinem nazwać się mógł, to chyba ci sami, co nam to imię narzucali, bo pogańska to sprawa cudzą ziemię najeżdżać i cudze mienie łupić.
Na to hrabia nie odrzekł nic, głowę podniósłszy w górę, jakby rozprawiać o tém nie chciał. Brochocki téż mówić przestał ze swym jeńcem, którego nazad do namiotu poprowadziwszy, dobrym go sposobem namówił, że mu przecie słowo rycerskie dał, iż bez jego wiedzy i zezwolenia się nie oddali.
— Jeśli okupu odemnie wyglądacie — dodał — omylicie się srodze. Ani brat, ani bratowa grosza za mnie nie dadzą, raczéj cieszyć się będą, żem się w pęta dostał.
Roześmiał się Brochocki.
— Tego u nas obyczaju niéma, abyśmy szlachcic ze szlachcica okupy brali — rzekł — ale dogodzić swéj fantazyi każdy rad, a ja téż mam moją. Nosisz to samo godło na tarczy co i ja... musisz u mnie pogościć.
Z tém go już w namiocie zostawił, sam do króla idąc, gdzie się znowu ceremonia piękna odbywała. Bo gdy Jagiełło powróciwszy z pola przed namiotem siadł spoczywać, poszli wszyscy z Witoldem i ks. mazowieckimi i z ośmiu panami Rady wojennéj i przedniejszém rycerstwem dziękować mu za owo odniesione zwycięztwo.
Do tego powodem był ks. Janusz mazowiecki na Czersku i Warszawie, któremu się Krzyżacy dali we znaki, najazdami, gwałtami i więzieniem, jakie u nich cierpiał, zmuszony dźwigać kajdany. Pierwszy więc on na kolana padłszy, począł wielkim wołać głosem, dziękować Bogu i królowi za pomstę nad wiarołomnymi.
— Naddziad mój Konrad — mówił, — uwiedziony fałszywą ich pobożnością i udawaną pokorą, która w istocie była pogańską niecnotą, przyjął ich jak żebraków, przytulił, na to, aby te żmije odegrzane na naszém łonie, spuściznę jego grabiły, a w dumę i potęgę się wzbiwszy, własnych dobroczyńców prześladowały.
Poczém ofiarował się ks. Janusz z pomocą i służbą wierną królowi, a za nim i drudzy, nogi Jagiełłowe ściskając, dziękowali mu rozczuleni. Brochocki téż poszedł się przypatrywać obrzędowi temu, a Dienheim gdy się sam na sam z księdzem Janem pozostał, otwarciéj go począł rozpytywać o pokrewieństwo z Noskową.
Staruszek całą mu swą przygodę opowiedział, nie szczędząc wyrzutów przeciw samowolnemu dziecku, a dziwując się, iż mogło się na takie narażać niebezpieczeństwo.
Kto inny baczniejszy od ks. Jana, byłby to łacno wymiarkował, że jeniec więcéj niż litość dla dziewczęcia okazywał, bo wzdychał mówiąc o niém i oczy mu się wilżyły.
Tak się ten dzień dokończył, a następny téż w tém samém jeszcze miejscu się rozpoczął. Jak dzień, król wstawszy, ogromną moc ludu rozbrojonego, nieopatrznie na słowo puścił, odartych obdarzywszy odzieżą i żywnością na drogę, i cały ten tłum z przewodnikami poszedł ku Osterode, który później Krzyżacy na słowo nie zważając, nazad do pułków pozaciągali.
Nazajutrz już wojsko ruszyło się, aby od pobojowiska i powietrza się oddalić ku zamkowi Wysoki Kamień, który nie broniąc się poddał. Nie było téż komu przeciw takiéj liczbie go osłonić i spotkałby go los Gilgenburga. Otwarli więc bramy, zastępca komtura i garść jaka tam była poddając się królowi.
Tu gdy już późnym wieczorem obóz zataczano, a Witold szedł do swojego namiotu na spoczynek, dano mu znać, iż ksiądz, który uchodził z niewoli od Krzyżaków, czy téż z ich ziemi jechał, Polak rodem, mówić z nim pragnął.
Więc choć pora była spóźniona, do namiotu go przywieść kazał.
Człowiek był już nie młody, pokornéj twarzy i układu, który począł od tego, iż się opiece książęcia oddawał i przypominał mu, jakoby go w Wilnie miał, lub w Trokach widziéć.
Ks. Witold wprawdzie ani twarzy, ani człowieka nie pamiętał; lecz łaskawie go dość przyjął i pytać począł zkąd i za czém jechał?
Przyznał się ks. Marcin, że uchodził od Krzyżaków, skarżąc się, iż tam w ogóle świeckiemu i innemu zakonnemu duchowieństwu bardzo było ciężko żyć.
— Niestanie ich tu wkrótce — odparł ks. Witold, i inne rządy muszą nastąpić. Król Jagiełło wygna ztąd Zakon i sam te ziemie obejmie.
— Dałby to Bóg — odparł ksiądz — chociaż nam, którzyśmy na ich potęgę patrzéć nawykli, wydaje się to trudném wielce, nawet po zwycięztwie, jakiém Bóg królowi i W. Ks. Mości pobłogosławił.
— Mająż oni moc jaką jeszcze? Marienburg poddać się musi.
Ksiądz zamilkł.
— Nie wiem — odparł po chwili — lecz zamczysko jest mocne, a bez ludzi nie pozostało.
— Wszystko się nam poddać musi — dorzucił Witold tak jak dziś Hohenstein, tylkośmy przyśli. A oto i biskup Warmiński posły dziś do obozu wyprawił, o pokój prosząc i o oszczędzenie ziemi jego.
— I zapewne łaskę tę otrzymał? — spytał ks. Marcin spokojnie.
— Nie — rzekł książe — bo i poseł podejrzany i słowa, które przyniósł; lecz jeśli biskup sam przybędzie do obozu i królowi się podda z ziemią swą...
Ksiądz podniósł ręce obie do góry, jakby Boga sławiąc.
— Nieodgadnione — rzekł — wyroki Pańskie. Potęga króla Jagiełły rośnie, a nic jéj już teraz obalić nie będzie mogło. Wszystkie te kraje uledz mu są zmuszone.
Tu począł się rozszerzać nad wielkością Jagiełły, i mówił tak długo, aż na czoło ks. Witolda zmarszczkę wywołał, bo o nim ani wspominał. Zręczniéj jeszcze do niego się nie odnosząc, jako namiestnika królewskiego, prosił o wstawienie się.
Witoldowi twarz się zarumieniła.
— Ja namiestnikiem nie jestem, a nie zapominajcie, żem bratem jego i nad mojemi ziemiami taką mam moc, jak on nad krajem, w którym panuje.
Ks. Marcin posępnie zamilkł.
— Jeśli W. Ks. Mość nie jesteście namiestnikiem, przebaczcie mnichowi, który spraw świeckich nie zna i rozumu do nich nie ma: jeśli nie jesteście, to nim będziecie w przyszłości.
— Ja? — podchwycił Witold.
— A możeż to być, aby taka siła, jaką król Jagiełło uzyska, gdy Zakon obali i ziemie jego zabierze, dała się przy sobie ostać jakiéjbądź innéj? Wszyscy sąsiedzi namiestnikami zostaną, bo ich zawojuje, gdy Zakonu nie starczy.
Witold się doń żywo obrócił.
— Więcéj jest rozumu w twych słowach, niż wy go sobie przyznajecie — rzekł — ale pewnie nie z miłości ku mnie je wyrzekliście?
— W. Ks. Mość zrozumiész je jak zechcesz, jam biedny mnich, ubogi...
I skłonił się pokornie.
Ciągnęła się daléj rozmowa o Zakonie i o jego potędze, poczém ks. Witold zapewniwszy księdza Marcina o łasce swéj i obdarzywszy go, odpuścił. Ponieważ pisarze królewscy jeszcze zajęci byli, bo król nowych gońców wyprawiał, po pierwszych z chorągwią Św. Jerzego i listami do królowéj wysłanych, wskazano księdzu namiot dworski, aby tam z innymi duchownymi mógł spocząć. Uczynił to ks. Marcin, a że po polsku mówił dobrze i dawnym się Benedyktynem z Łyséj góry opowiadał, mile go tu przyjęto.
Starając się ze wszystkiemi poprzyjaźnić, ująć kogo mógł, począwszy od podkanclerzego, ofiarując téż posługi swe do pióra, jeśliby ludzi brakło, wnet się tu znalazł jak w domu i rozgościł. Nazajutrz już mszę świętą odprawiał w kaplicy dworskiéj i z księżmi, jakby oddawna znajomy, poufale obcował. Radzi mu zaś byli wszyscy, bo wiele umiał o Krzyżakach opowiadać, i zdawał się ich z duszy serca nienawidziéć.
Nazajutrz, gdy ten i ów dalsze ciągnięcie na Malborg doradzał i do pośpiechu naglił, ks. Marcin wymownie bardzo umiał dowieść, iż bynajmniéj śpieszyć się czego nie było, bo nieprzyjaciel spłoszony i wylękły i za miesiąc nowych sił zebrać nie potrafi, a wojsku po zwycięztwie wczas i wypoczynek się należał.
A że to i innym dogadzało, słowa więc ks. Marcina rozeszły się po obozie i wielce się do tego przyczyniły, iż postanowiono wolnemi kroki, a małemi dniami iść zabiérając zameczki po drodze, które król rycerstwu swojemu oddawał.
Popłoch w kraju był taki, iż się najwarowniejsze grody, nawet nie broniąc i nie probując ostać, jedne po drugich zdawały, niektóre nawet najprzód wysyłały posłów swych, dobrowolnie klucze śląc i prosząc o załogi.
Nie wojna to już była, ale pochód zwycięzki, który serca radował i podnosił.
Dawszy więc wojsku spocząć pod Wysokim Kamieniem, pociągnął Jagiełło nad jeziorem Husteńskiém, rozbiwszy obóz w niewielkiém oddaleniu od Morąga. Ks. Marcin téż, znać do czynienia nie mając nic, z pisarzami króla i kapelanami daléj ciągnął, przenosząc, jak mówił, bezpieczną tę podróż za obozem, nad puszczeniem się w drogę, po któréj rozproszonych jeńców, zbiegów i wszelkich ciurów, do napaści skłonnych, kupy się wszędzie włóczyły.
Tu pod Morągiem Witoldowy gniéw się wywarł na jeńców krzyżackich.
Byli pomiędzy nimi dwaj starsi komturowie, Salzbach i Szumberg, którzy niegdyś na zjeździe pod Kownem, niepoczciwemi słowy matkę księcia zelżyli. Gdy ich na placu wzięto pod Grünwaldem, chciał książę zaraz ich dać pościnać: Jagiełło się oparł. Wraz z innymi znakomitszymi brańcami prowadzono ich za wojskiem. Tu pod Morągiem stojąc, Witold gdy obozy objeżdżał, natrafił na siedzących na ziemi dwóch nieprzyjaciół swoich i konia zatrzymawszy, a podniósłszy rękę, zawołał na Salzbacha:
— Widzisz, dumny mnichu jakiś, dostało ci się na coś zasłużył: idziesz w moich pętach.
— Myślisz, że mnie to trwoży, albo odmieni? — odparł Salzbach — prosić ci się dlatego i kłaniać nie będę! Co mnie dziś spotkało, jutro może spotkać ciebie. Jest na Marienburgu Witoldowa jama, może czeka na dawnego mieszkańca.
Ostremi temi słowy rozjątrzony Witold, pobiegł zaraz do króla, zaklinając się, iż precz odciągnie, jeśli dumy tych ludzi nie ukarze.
Jagiełło zmilczał.
Tegoż wieczora, wyprowadzonych za obóz, Witold zdala na koniu stojąc, obu ściąć kazał. Poszli na śmierć milczący i głowy ich padły.
Ks. Marcin zdala na to patrząc pobladł, ręce złożył, ale nie rzekł nic.
Następnego dnia zbliżył się obóz do miasteczka i zamku Morąga, który mógł się bronić, bo i mury miał bardzo mocne i dokoła przepaścistemi otoczony był błotami i bagnami.
Posłał Jagiełło na rozpatrzenie położenia Andrzeja Brochockiego, który z sobą wziął garść żołnierza; lecz zaledwie na groblę wiodącą ku zamkowi wjechali, nad bramą ukazała się chorągiew biała i z wrót wyjechało kilku konnych, którzy zamek zdać ofiarowali. Tych zatrzymawszy, Brochocki zawrócił sam, aby wziąć u króla rozkazy. Król właśnie z konia miał zsiadać, gdy nadbiegł.
— Morąg się poddaje — zawołał pan Andrzéj.
Lice się rozjaśniło Jagielle.
— To go WMość sobie weź i w nim siedź — rzekł — a trzymaj się, abyś mi go nie puścił. Daję ci go w dzierżawę.
Skoczył pan Andrzéj z konia tą niespodzianą łaską uszczęśliwiony, aby nogi królewskie ucałować.
Nie był to pierwszy zamek w dzierżawę dany, gdyż Wysoki Kamień dostał się Dołędze Kretkowskiemu, a późniéj inne Mroczkowi z Łopuchowa i Wielkopolskiemu, który w tarczy miał Laski.
Musiał podziękowawszy panu zawracać Brochocki zaraz, poczet swój cały z sobą zabrawszy, aby zamek objąć. A była rzecz nie małéj wagi, nie zabrać co się dobrowolnie zdawało, lecz siedziéć wśród ziemi jeszcze niepodbitéj i utrzymać się.
Ci co królewskie wyrazy słyszeli, jęli panu Andrzejowi winszować; on choć się śmiał, a łaską nie gardził, niemal frasować się musiał: zamku bowiem nie znał, a z poddania się jego raczéj źle niż dobrze o nim mógł wróżyć.
Inaczéj się jednak okazało.
Gdy rozbroiwszy tych co naprzeciw wyszli i wysławszy ich, aby reszta złożyła broń, wjechał Brochocki po spuszczonym moście na zamek i jął się po nim i okolicy rozglądać, serce mu urosło. Zimową chyba porą, gdyby trzęsawiska mrozy strzymały, łatwiejszym mógł być do zdobycia; w lecie doń przystępu nie było dla bagien, a grobla łatwo rozerwaną i bronioną być mogła.
Załogi w Morągu szczupło się znalazło: dwóch zakonników, knechtów nie wielu i ochotnika z miasteczka.
Tych wszystkich, z wyjątkiem Krzyżaków, jako jeńców oddał p. Andrzéj do obozu, sam ze swoimi do nowego zabierając się gospodarstwa.
Było na murach i dział kilka i spichrze, a komory zapasów różnych pełne. Przeżegnał się na most wstępując Brochocki, ale poza siebie spojrzał smutnie, bo mu wojska i towarzyszów żal było.

∗             ∗

Nie zastał pan Andrzéj w Morągu, jak późniéj Mroczek w Pruszmorgu klejnotów i kosztowności, ani takich zapasów jak w Dzierzgowie w kilka dni potém Jagiełło; miał przecież czém łzy otrzéć po towarzyszach swych płacząc, gdy nazajutrz wojsko daléj pociągnęło. Na zamku urządzone było wszystko po krzyżacku, z pozoru ubogo i mniszo, rzeczywiście wygodnie i dostatnio. Obejrzawszy się po kątach, wszystkiego było dosyć: żywności w śpichrzach, choćby kilka miesięcy trzymać się przyszło, w składzie sukna dla żołnierzy podostatek, śpiżarnia obficie uposażona, w lochu kilka beczek wina i miodu, sprzęt wszelki. Gdy nazajutrz po zamku jeszcze chodząc, a kąty opatrując, świeżo zamazaną ścianę spostrzegł, i z zamurowania czegoś się domyślając odbić ją kazał, znaleziono téż grosza niemało, srebra, złota i klejnotów, a łańcuchów pięknych, które się na podarki przydać mogły. Miasteczko téż było niczego i tegoż wieczora przyszła się starszyzna pokłonić, coś niosąc na misach. Tym pan Andrzéj przez tłómacza zapowiedział, iż jak dla posłusznych i dobrych potrafi być ojcem, tak, gdyby w konszachty jakie z Krzyżakami wdawać się, a do niepokoju jakiego mieszać się chcieli, ukarać surowo potrafi. Poczém ukazał im na murach działa i dodał, że nieprzyjaciela się nie spodziewa, lecz na miasteczko je obrócić każe, gdyby mu nieposłuszném być chciało.
Nikt tam o tém nie myślał naówczas, gdyż zamki z kolei ogołocone z żołnierza, jedne po drugich się poddawały. Szło więc wszystko jak z płatka. Ludzie, których z sobą pan Andrzéj wziął, choć ich garść była nie tak znaczna, dobrani byli, doświadczeni i mężni, a starczyli na obsadzenie zamku, który raz zająwszy i straże ustawiwszy, spać było można spokojnie.
Wziął téż z sobą Dienheima Brochocki, a ks. Jan znużony drogą i nie wiedząc co czynić z sobą, zgodził się na to, by w Morągu odpocząć, pókiby o Ofce jakiéj nie powziął wiadomości. Dienheim się pewnie nie mniéj o nią i jéj los nad staruszka kłopotał, lecz zdawało się niepodobieństwem dostać języka, chyba w Toruniu, do którego sam ks. Jan nie wiedział spełna, jak teraz mógł się przebrać.
Byłato właśnie niedziela, gdy odciągające wojsko pożegnawszy, na zamek swój wrócił p. Brochocki. Poszedł więc do kaplicy, która przy zamku stała i pięknie była urządzoną, choć szczupłą, aby mszy świętej wysłuchać, bo z nią ks. Jan na niego czekał. Ludzie z załogi i Dienheim zebrali się téż w kaplicy na nabożeństwo, a do odprawienia go nic nie brakło, bo nie mieli czasu ruszyć zakrystyi Krzyżacy i wszystko było w pogotowiu.
Dienheim smutno przy drzwiach stanął i nie modląc się prawie, przypatrywał się téj dziwnéj losu zmianie, któréj pojąć nie mógł. Lat kilka wojując z zakonnikami, jako pół-brat, napatrzył się ich zamożności i nadziwił potędze: nagły upadek zdawał mu się jakby snem i niepodobieństwem.
Po nabożeństwie poszli znowu zamek oglądać, w którym, starym obyczajem, komórek, schówek, dziur, cel i różnych zatajonych izdebek było pełno. Wszędzie się jeszcze jakiś ślad życia znajdował i zamożności, a wiele rzeczy tajemniczych i niezrozumiałych, chociaż prawdopodobnie wywieziono i rozchwytano wiele, znalazło się i tak dosyć sprzętu, naczynia i broni.
Gdy obszedłszy mury dokoła, mieli powracać na górę, gdzie były komnaty dawniéj komtura i starszyzny, a dziś nowego dzierżawcy; Dienheim dostrzegł stojącego u dołu przy schodach człowieka, który się Brochockiemu do ziemi prawie kłaniał.
Gdy głowę podniósł, ujrzeli taką poczwarę, że rycerz co się nie zwykł był niczego w świecie lękać, o mało się przed nią nie cofnął.
Była to jedyna żywa pozostałość po Krzyżakach, człek mały bardzo, karłowaty, gruby, na krótkich nogach z ogromnemi stopami, z rękami długiemi, nadzwyczajnych rozmiarów dłoni i palców, z głową nad zwykłą wielkość rozrosłą, okrytą szczecinowatym krótkim włosem.
Twarz jego żółta, z nosem dużym i szeroko rozwartą gębą, w części okryta była takim samym zarostem twardym jak głowa, uciętym téż krótko i sterczącym ostro na brodzie, wąsach i policzkach. Odziany w kubrak szary, pasem skórzanym obciągnięty i chodaki mając sznurami poprzywiązywane, znać wydobył się z popiołów i pieca, bo cały był jeszcze osmolony.
Zobaczywszy go pan Brochocki, zapytał coby za jeden był.
Chociaż bardzo popsutym językiem, obżałowany powiedział, że był glockmeistrem przy zamku, że tu od dzieciństwa się wychował i że się zaczaił, aby w nim pozostać, i prosił, by mu wolno było nowym panom służyć, zwłaszcza, że nie z niemieckiego pochodził rodu.
— A może-bym się na co i przydał — dodał — bo ja tu wszystkie kąty znam i nieraz różne pełniłem obowiązki.
To mówiąc śmiał się.
— Byłem backmeistrem, i kornmeistrem i fischmeistrem, choć nigdy do Zakonu nie należałem i ani pół, ani ćwierć bratem nie byłem.
Ruszał ramionami, kłaniał się ciągle i z ogromnéj swéj stopy jednéj na drugą przechylał się, jakby na miejscu wytrwać nie mógł.
Brochocki namyśliwszy się, zostać mu przy kuchni dozwolił, zlecając rąbanie drew i noszenie wody.
Pokłonił mu się aż do stóp stary dzwonnik i dodał:
— Kiedy już W. Miłość tak miłosierną jest, to się chcę odwdzięczyć. Czy W. Miłość zna wycieczkę zamkową?
Wszystkie naówczas zamki, na wypadek ostatecznego niebezpieczeństwa, miewały urządzone, dobrze ukryte wycieczki, a właśnie téj na zamku Brochocki odkryć nie mógł: kazał ją sobie pokazać.
Ogromnemi krokami przodem poszedł dzwonnik do narożnéj wieży, w któréj był skład broni. W izbie tej na pierwszy rzut oka nic widać nie było.
W podłodze pod ławą ciężką uchylała się posadzka i wązkie schodki wiodły ztąd ciasném przejściem, aż do miasteczka, gdzie w ratuszowéj izdebce schodami się ono kończyło.
Wkupiwszy się tém odkryciem dzwonnik, powlókł się jeszcze za Brochockim, różne rzeczy opowiadając, aż do schodów znowu. Tu mu się polecił, oznajmując, że go dawniéj Krzyżacy zwali Pilzem, bo jak grzyb wyrósł na murze zamku i rodziców swych nie znał, a imię mu było Abel. Ukłoniwszy się do nóg, pozostał na dole.
Dienheimowi téż nie chciało się w izbie zamykać i zatrzymał się dla rozmowy z tą dziwną figurą, w któréj się domyślał skrytego przyjaciela, a może szpiega Krzyżaków.
Zawiązał więc z nim, albo raczéj usiłował zacząć rozmowę, oznajmując najprzód, że był jeńcem wojennym.
Nieufny Abel nie miał ochoty wdawać się w żadne stosunki zrazu, udawał, że mu śpieszno drzewo do kuchni przysposabiać.
Tymczasem jednak pilnie się przypatrywał Dienheimowi i słuchał co mu rozpowiadał, na większą część pytań jednakową zawsze dając odpowiedź, iż mało co, albo nic nie wié; znudziło to w końcu Dienheima, który na mury wszedł dla przechadzki i ztamtąd miasteczku się przyglądał smutnie. Ocalone od pożaru i grabieży, którymby nieochybnie uległo, gdyby zamek się był nie poddał, wydawało się ztąd dosyć zamożném i porządném. Życia w niém jednak mało znać było, bo się mieszkańcy z obawy załogi nowéj pochowali i siedzieli nie ukazując nawet w ulicach. Do studni w rynku, kiedy niekiedy wybiegłszy z domu, oglądając się dokoła, śpieszyła dziewczyna, zaczerpywała wody i uchodziła śpiesznie drzwi zatrzaskując za sobą. Gdy się tak po murach przechadzając dumał Dienheim, z miasta wyszły dwie zakwefione kobiety i drogą, która szła pod wałami zamku widać wynijść chciały za groblę, a może daléj w świat; ale żołnierz stojący na straży wstrzymał je i zawrócił, bo dnia tego jeszcze nikomu z miasta, ani kobiecie, ani mężczyznie oddalać się nie pozwalano, aby do innych zamków krzyżackich nie dano znać o nadciąganiu wojsk królewskich.
Kobiety, jak z ubioru wnosić było można, mieszczanki z Morąga, chciały śpiesznie powrócić nazad, gdy żołnierz im stać kazał, grożąc że strzeli, i czekać, ażby się z niemi wysłany kto nie rozmówił. Obawiano się, aby jakich listów nie niosły.
Chociaż kobiety miały zakwefione twarze, postać jednéj z nich, młodszéj jak się zdało, uderzyła mocno Dienheima. Głowę mając nabitą wspomnieniem Ofki, zdawał się w ruchach i postawie znajdować do niéj jakieś podobieństwo. Właśnie dano znać o tém panu Brochockiemu, gdy i Dienheim nadszedł, ofiarując się sam kobiety wybadać i przynieść o nich wiadomość.
Niewielką przywiązując wagę do tego wypadku, pan Andrzéj zgodził się posłać swojego jeńca.
— Najlepsza będzie rzecz — rzekł — przyprowadzić je tutaj, a ja się już sam z nich prawdy dowiem.
Kobiety niezmiernie przelękłe stały u murów, straż mając nad sobą z wymierzonym samopałem dla postrachu, gdy Dienheim nadbiegł.
Młodsza z nich odwróciła się nagle zoczywszy go i nie chcąc mieszać się do rozmowy, a starsza sama podeszła lamentując.
— Miłościwy panie — rzekła — cóż słabe kobiety złego wam uczynić mogą? Szłyśmy niedaleko do cudownéj figury się pomodlić za stawem.
Wskazała ręką. — Oto tam, gdzie te drzewa stoją.
— Iść dziś nikomu nie pozwolono — zawołał Dienheim, usiłując się ukrywającéj przypatrzéć. Ale ta zwróciła się twarzą osłoniętą ku stawowi, a była tak w chusty obwinięta, iż oprócz oczu nic z pod nich widać nie było.
Jeszcze to więcéj rozbudziło ciekawość Dienheima.
— Należałoby — zawołał — abyście poszły się tłómaczyć do dzierżawcy na zamek.
Kobiety się pomieszały: spojrzały na siebie.
— Ja tam mówić z nim nie potrafię — rzekła starsza — a co ja mu mam powiedzieć?
— Takie jest przykazanie jego — odparł Dienheim — alem ja sam jeńcem, żal mi was, a tych czyja siła, słuchać i szanować trzeba.
— No, to ja pójdę sama do niego; po cóżbym to dziewczę, córkę moją, między żołnierzy prowadzić miała? Ona sobie do miasta powróci.
Zrazu chciał się Dienheim upiérać przy swojém, ale go starsza kobiéta tak prosić zaczęła, że uległ i młodszéj odejść dozwolił. Przypatrując się jak żwawo nazad do miasta uchodziła, przypomniał sobie biegającą po Toruniu Ofkę i podejrzenie jego nie tylko się nie zmniejszyło, ale nawet urosło.
W czasie, gdy pod murem szli, a żołnierza wyminęli, Dienheim miał zręczność przybliżyć się do starszéj kobiety i szepnąć jéj:
— Jeżeli ta dziewczyna co wam towarzyszyła, z Torunia jest, co mi się zdaje, a nazywa się Ofka Noskówna, powiedzcie jéj, że wuj, czy stryj jéj ksiądz, który za nią goni, na zamku się znajduje; że w zamku dowodzi Brochocki; i że w niewoli jest ten, komu rok temu dała pierścionek, a w miesiąc go potém odebrała.
— Ale co się wam śni, miły panie — oparła się mieszczka — to córka moja Tekla, która nigdy w Toruniu nie bywała i nikomu pierścionków nie dawała.
Nie miał już czasu odpowiedziéć Dienheim, bo we wrota wchodzili, gdzie straż polska stała, a w dziedzińcu na schodkach Brochocki.
Mieszczanka weszła kłaniając się i tłómacząc.
Ostrożny pan Andrzéj kazał jéj przysięgać, że papieru nie miała i do Krzyżaków nie szła; zapowiedział groźno, że do trzech dni z miasta nikt się oddalać nie ma prawa i wylękłą odpuścił.
Dienheim ją wywiódł za bramę i dopiéro gdy żołnierzy minęła, powrócił na zamek. Ofka mu w głowie i sercu tkwiła.
Brechocki, który dosyć młodego chłopaka polubił i widział go coraz łagodniejącym, bo się Dienheim z nim obywszy, nie tak mu ostro stawiał się jak wprzódy, posługiwał się nim potrosze.
Wieczorem opatrzywszy mury i straże, kazawszy podnieść most i spuścić brony, zabrawszy klucze, gdy ognie były powygaszane, poszedł spać dowódzca i Dienheima do jego celi zapędził. Zdala na ciemném niebie świeciły łuny, nie dało to spać jeńcowi; paliło się gdzieś na siołach, którędy wojska ciągnęły.
Nazajutrz rano z nałogu, dzwonnik na jutrznią wydzwonił, choć do chóru nie było komu iść. Wdzięczen za to tylko był może ks. Jan, który zaraz do kaplicy na modlitwy pospieszył.
Nikt nie sprzeciwiał się staremu Ablowi, aby wedle zwyczaju godziny nabożeństwa wydzwaniał, śmiano się tylko z jego głupoty, iż tego rozumiéć nie chciał, że to już wcale nie było potrzebném, gdy na prymę, tercyą, sekstę, nonę, nieszpór i kompletę nikt nie chodził.
Tak był znać nawykł do starego porządku, iż co chwila do niego powracał machinalnie, wzdychając tylko, gdy przypomniał sobie, iż nie było nikogo z braci, coby regułę zachował.
Abel sam się ofiarował za sługę dla Dienheima i z rana do celi jego zapukał, misę niosąc z wodą i dzban cynowy. Ustawiwszy to, sam w progu się wstrzymał, oglądając dokoła, i chrząkał.
Spojrzał nań jeniec i zobaczył, że mrugał nań tajemniczo, śmiejąc się w sposób odrażający. Dał mu znak, ażeby przystąpił.
— Macie mi co powiedziéć?
— Nie — mruknął Abel — tylko tak, ot tak... od siebie. Jeżeli wam z zamku wychodzić wolno, czemubyście nie poszli na miasteczko, kiedy,.. hm... naprzykład dziś po południu.
To mówiąc, ręce w tył założył.
— Ot tak, ręce w tył założywszy, aby chodzić. Miasteczko czyste, ładne. Mogłaby was wczorajsza matrona zobaczyć, toby was zaprosiła: miód mają dobry.
Zniżył głos, pokłonił się śpiesznie i odpowiedzi nie czekając, oddalił się.
Dienheim zamyślił się; ciekawość go niezmierna paliła i już tylko czekał, prędko-li się popołudniowéj godziny dobije. Ledwie słońce wschodziło! Dzień wydać mu się musiał długim do nieskończoności.
Ks. Jan domagał się u Brochockiego, aby go odpuścił, chciał iść pieszo; ale dowódzca go wstrzymywał, raz, że duchownego miéć pragnął, powtóre, iż mu starca samego puszczać żal było. Ściągał więc, namawiając by czekał, aliści wiadomości jakiéj i języka nie dostaną.
Brochocki dowodził z pewném do prawdy podobieństwem, iż dziewczę szalone wmieszawszy się nieostrożnie w tłum walczący, poledz w nim musiało.
Dzień upłynął dosyć nudnie, bo na zamku nie było co robić. Opatrywano broń w arsenale, która była cała dla knechtów przeznaczoną, bo nic paradniejszego w zbrojowni nie zostało. Tę więc rozdawał pan Andrzéj między swych ludzi, którzy lżéj byli zbrojni.
Dienheim zażądał pozwolenia, aby mógł choć miasteczko obejrzéć, a że słowo był dał, Brochocki nie bronił.
— Proszę tylko waszmości — dodał — ani z mnichami, którzy tam może gdzie się jeszcze kryją, ani z babami mi się nie wdawaj: jedno i drugie niebezpieczne.
— A cóż Waszéj Miłości baby szkodzić mogą?
— Mnie one nic już, dzięki Bogu, nie zrobią, ale wam — odparł p. Andrzéj.
— Ja się ich nie lękam — śmiejąc się rzekł Dienheim.
— Dowiedziona to rzecz, że czary mają, a, jak słyszę, czarownic gorszych niéma i nie było nad pruskie.
Dienheim ramionami wzruszył.
Z południa tedy, wyszedł z zamku i tąż samą drogą, którą wczoraj kobiety przechodziły, rozglądając się powoli, niby dla rozrywki i przechadzki tylko, powlókł się ku środkowi miasteczka.
Porządne ono dosyć było i zamożne, a pod ten czas i ludniejsze niż zwykle, gdyż w niém z okolicznych wsi dużo się zbiegło wieśniaków, którzy się tu schronili. W ulicach jednak mało kogo spotkać było można. Mały ratusz wznosił się przy rynku; przypatrywał mu się właśnie Dienheim, gdy okno otworzyło się w domu nieopodal i wczorajsza znajoma powitała go. Była to niewiasta lat statecznych, znać dostatnia, ubrana czysto, we wdowim czepcu. Jeszcze się jéj nie miał czasu odkłonić, gdy skinęła, aby do niéj zaszedł, uprzejmie ręką zapraszając.
Wstąpił tedy ku drzwiom i na schody, a tu już na górze czekała go jéjmość i obiema rękami witała, wskazując izbę.
Wszedł tedy pokłoniwszy się jeniec.
Nie było to mieszkanie bogato przystrojone, ale téż nie biédne. Izba malowana, ławy i stołki do siedzenia, stół na toczonych nogach, stołków kilka z poduszkami, a na oknie trochę zieloności.
Prosiła go zaraz siedzieć, wzdychając i poczynając od użaleń nad ciężkiemi czasy.
— Przeszliśmy — rzekła — z pod panowania zakonników pod żołnierskie. Nie wiem czy lepiéj nam będzie. Z tamtymi się już człowiek obył i miał środki ulżenia sobie, a ci nowi, głodni, dadzą się we znaki; ale Bóg litościw, to nie długo potrwa.
Dienheim nie odpowiadał. Ciekawość go największa brała o wczorajszą tę mniemaną córkę jéjmości, lecz o nią pytać nie śmiał. Oczyma więc rzucał tu i owdzie: wdowa śledziła jego wejrzenia.
— I was wzięto w niewolą — odezwała się — Pan Bóg wié, kiedy się z niéj wydobędziecie. Słyszę, naszych panów, nawet komturów, dużo pościnali. Nie może być, aby Pan Bóg za to nie wziął zemsty.
Westchnęła.
Już Dienheimowi na niecierpliwość się zbiérało, gdy mieszczka uśmiechając się, poczęła:
— Zkąd-że to Waszéj Miłości przyszło wczoraj o jakąś Toruniankę mnie pytać? Czyście to pamięć tak wierną dla niéj zachowali?
— Gdyby ona choć w dziesiątéj części tak o mnie pamiętała, jak ja o niéj — zawołał Dienheim — ale to trzpiot dziewczyna. A gdzież córka wasza, Tekla? — dodał po chwili.
— Chcielibyście ją widziéć? a po co? — zapytała mieszczka. — Wy panowie, grafowie, żaden z was mieszczańskiéj córki nie weźmie, tylkobyście je bałamucili. Wszakże grafem jesteście?
— Tak, moja jéjmość — rzekł Dienheim — tylko grafstwo moje ani chleba mi nie da, ani mięsa: muszę go zarabiać mieczem i kopiją w służbie.
Począł więc, widząc, że się tu więcéj niczego nie doczeka, zbiérać się do wyjścia, gdy drzwi boczne się otworzyły powoli... jakieś jedno oko przez szparę zaczęło badać izbę i po chwili, w progu się ukazała Ofka.
Poznałby ją wszędzie Dienheim, bo był głowę dla niéj postradał, ale stanął osłupiały, tak zmienione znalazł to śliczne i świeże dziewczę.
Świeciły się jeszcze oczy, blaskiem większym może niż za dawnych swobodnych czasów, ale różowa twarzyczka pobladła, wpadły policzki, usta zsiniały. Patrzała nań smutnie. Weszła powoli z izdebki drugiéj, kłaniając mu się zdala.
— Poznaliście mnie, panie grafie — rzekła — a no nie wiem jak i po czém, bo i z odsłoniętą twarzą jam do siebie nie podobna. Patrzcież-no, patrzcie co się stało ze mną! Ot, jakem zbiédzona i nędzna.
— Jeśli prawda co mi opowiadano — odezwał się Dienheim — to tylko dziw żeście życiem nie przypłacili, bo w obozie was za zabitą miano i my z ks. Janem, wujem waszym, ciała waszego szukać jeździliśmy.
Uśmiechnęła się Ofka.
— Prawda — rzekła — puściłam się na szalone sprawy, ale jakże patrzéć było na to co się działo i nie rozpalić się gniéwem, a gniéwem pałając, z założonemi siedziéć rękami.
— A na cóż się to zdało, żeście siebie święcili, gdy daleko większe siły Zakonu ratować nie mogły? Padł on pod Grünwaldem.
— Zakonnicy, nie Zakon! — odezwała się Ofka — Zakon nie może paść! nie może i nie padnie! Wszystko się odmieni, Zakon ma złoto i opiekunów. Węgrowie pojechali do Gdańska po to złoto, które Zygmunta kupi. Najedzie ziemie Jagiełły, który na ratunek swojego kraju śpieszyć będzie musiał, a wówczas z całéj Europy zbierzemy żołnierza, najedziemy jego ziemię i pomścimy się za naszych braci!
Dienheim słuchał jak z coraz większym zapałem mówiła Ofka.
— Daj Boże, by tak było — rzekł — ale ja nie wiem, czy tak będzie: lada godzina Marienburg zabiorą.
— Nigdy! — odparła dziewczyna — Plauen już tam jest ze swymi ludźmi z nad granicy. Są tam ci, co zbiegli tego dnia nieszczęśliwego. Jagiełło się spóźni, i nie będzie go miał: nie będzie.
Nagle zwróciła się ku niemu.
— Mój wuj jest tu? — zapytała.
— Wstrzymuje go Brochocki.
— On na zamku panem?
— Król mu go dał dzierżawą.
Dziewczyna się zadumała.
— Musicie mi pomódz, abym się ztąd wydobyła — rzekła. — Zakon potrzebuje usługi od siostr równie jak od braci: ja tu pozostać nie chcę, nie mogę.
— O! — zawołał Dienheim składając ręce — gdybym słowa rycerskiego nie dał, uciekłbym sam z wami.
— A komużeście je dali? — zapytała Ofka.
— Temu, co mnie wziął w niewolą.
— Oni słowa nie trzymają — przerwała gorąco Ofka — im go téż niéma potrzeby dotrzymywać.
— Tak, ale słowo rycerskie sobie samemu zachować trzeba, kto się zniesławić nie chce.
Ofka popatrzała nań i siadła wskazując mu siedzenie. Mieszczka słuchała rozmowy z podziwem nad dziewczęciem i ustami otwartemi.
— Pomożecie mi do ucieczki? — spytała.
— Uczyniłbym to z serca, gdybym was jak dawniéj nie miłował — odezwał się Dienheim — nie mogę was wystawiać na daremne niebezpieczeństwo. Co myślicie? powiedzcie mi. Nie lepiéjże byłoby oddać się wujowi i powrócić do matki?
Z siedzenia się porwawszy, dziewczę dłonie białe załamało, spuściwszy je.
— A! tak! tak... wrócić do matki, kądziel prząść i śpiewać piosenki, i zaplatać włosy, i uśmiechać się do mazowieckich niedźwiadków. A tak! tak! — wołała — toby było najlepiéj. Alem ja siostra, ja do Zakonu należę, ja za niego krew dać powinnam.
— I cóż ta krew pomoże? — spytał Dienheim.
— Tam gdzie sto tysięcy ludzi nic nie uczyni, tam mały robak coś może, gdy wola Boża z nim.
Dienheim się roześmiał, a Ofka oburzyła.
— Mnie teraz nie do matki, do Torunia potrzeba; oni na nasze miasto najdą i gotowi je zabrać także: Toruń nie ma téj co Marienburg obrony.
— Na miłego Boga — przerwała dotąd w milczeniu słuchająca mieszczka — co wam téż w głowie? cóż wy potraficie, tam gdzie tyle i takich mężów, i taka mądrość i siła.
Ofka nie zdawała się ani słuchać, ani zważać na słowa mieszczki: przechadzała się po izbie.
— Złapałam się tu jak mysz w pułapkę — rzekła zamyślona. — Jechałam z Malborga do... nie wiem sama dokąd... ale miałam rozkazy, trzeba było uwolnić Salzbacha; byłabym go wyrwała z ich rąk... a tu mnie ta nawała na tym Morągu zachwyciła.
— Toć znak, że wam się wyrzec należy wszelkich myśli próżnych — odezwał się Dienheim — a wracać.
Ofka tupnęła nóżką, by zamilkł.
Twarz jéj posępna rozjaśniła się, uśmiechnęła, głos złagodniał.
— Grafie mój — zawołała — dam ci znowu pierścionek: daj mi wolność.
— A z pierścionkiem serce? — spytał Dienheim.
— U mnie z sercem i ręka chodzi! — rzekła wpół cicho — tyś graf.
— Będziesz żoną moją? — zawołał w zapale młody chłopak. — Nie mam z rodziny, tylko jednego brata. Wygnał mnie prawie z domu: ani posłuszeństwa, ani miłości mu nie winienem! Zbierzemy ludzi, zdobędziemy Dienheim; ja tam znam ścieżkę każdą: będziesz na Dienheimie królową.
— Z kądziałką w ręku, na pustym zamczysku! — rozśmiała się Ofka. — Nie, ja tego nie chcę. Widzicie, wy koło pieprzu i szafranu nie wytrzymacie w Toruniu, zbroi się wam zachce i harców, a ja na Dienheimie nie wytrzymam ze stadem gołębi i gromadą kruków na wieży.
Stał Dienheim milczący.
— Pół roku ty dla mnie, pół ja się będę męczył dla ciebie. Bóg świadek, ożenię się z tobą.
Mieszczanka słuchając, to sobie oczy zakrywała, to klaskała w dłonie, to się odwracała do ściany, to znowu zwracała ku dziewczynie i rycerzowi.
— Grafie mój! — zawołała Ofka — czy myślicie, że ja tak chcę być wielką panią? żeby mi kłóto w oczy, żem prosta mieszczanka; żeby mi pan brat okazywał wzgardę, a pani bratowa nienawiść?
— Ależ ja was za wszystkich miłować będę — rzekł Dienheim.
Rozśmiało się dziewczę, lecz bez czucia i radości.
— A! dobrze! ślubu dziś nie weźmiemy — poczęła żywo — a potém zobaczymy! Najprzód mnie ztąd uwolnić potrzeba.
— Dokąd?
— Do Torunia! do Torunia! — wołało dziewczę — ja tam być muszę.
— Lecz czy się tam dostaniemy? w tamtą stronę poszły wojska Jagiełłowe.
— Przekraść się trzeba, by je wyprzedzić.
Dienheim przestał mówić, widząc, że szalejącego nie przemoże dziewczęcia.
Mieszczka stała osłupiała. Nagle Ofka obróciła się do jeńca i pochwyciła go za ręce obie.
— Tyś mnie gotów zdradzić i wydać wujowi! — zawołała — tobie chodzi o żonę bogatą.
Dienheim się oburzył.
— Tak — rzekł — o żonę, ale nie o bogactwa twoje, i tych wyrzec się jestem gotów.
Znowu dziewczę w oczy mu popatrzało długo, i jakby wywarłszy swą potęgę na nim, rzekło śmiało:
— Jak ztąd uciekać? Droga jedyna prowadzi pod zamkiem, tamtędy nie można: schwytać nas mogą.
— Tak jest, tamtędy chodzić nie wolno.
— Przez błota i moczary? czółnem? wszak muszą być rybacy? wszak czółna się znajdą?
— A za moczarami i stawy? — zapytał Dienheim — tam kraj cały już Jagielle poddany; zamki w jego rękach: mogą nas pochwycić.
— Niech pochwycą — rzekła zamyślona — i toby nie było źle. Jagiełłoby mi przebaczył, wziąłby mnie znowu do dworu, bo mu pewno nie powiedzieli kto jestem... Trzeciego dnia wpuściłabym mu kroplę do puhara i Malborg byłby wolny.
Dienheim i mieszczanka milczeli z przerażenia, słysząc te wyrazy, które za szał brali. Ofka istotnie była jak nieprzytomną. Łamała ręce i chodziła po izbie.
— A! a! — rzekła — nie rychło wrócą nasze dobre czasy, gdy Zakon rósł i panował i sławił się; gdyśmy pod jego opieką siedzieli spokojnie, a nogą jedną stali na piersi Jagielle, drugą na brata jego głowie. Witold nas słuchał, Mazowieccy się nam kłaniali: Ulryk wszystko zgubił!
— I sam zginął — rzekł Dienheim — lecz, miłościwa pani, rozkazuj prędko, bo mnie na zamek wracać trzeba.
— Musisz mi do ucieczki dopomódz: do Torunia potrzeba.
Zgadzając się, skłonił głowę Dienheim.
— Ani dziś, ani jutro tego nie dokażę: trzeba szukać sposobów.
Mieszczka zbliżyła mu się nieznacznie do ucha.
— Abla się radźcie, wszak na zamku został: Abel poradzi.
Wielce zdziwiony Dienheim odwrócił się z uśmiechem niedowierzania; zdawało mu się szyderstwem, by człowieka, który na stworzenie bez mózgu wyglądał, miał się radzić.
— Ale to prosty i nie mądry człek! — zawołał.
— On? niemądry? — głową w lewo i prawo rzucając, poczęła mieszczka — ależ to najmędrszy był z nich wszystkich na zamku, choć na najgłupszego wyglądał. On! nie mądry? O, miłosierny Jezu! a któż nim będzie?..
— Tam go na zamku za Boże nie mają stworzenie — rzekł Dienheim.
— Tak potrzeba! — szepnęła mieszczka.
Chciał wychodzić, nawet dobrego nie dostawszy słowa, gdy Ofka pobiegła za nim ku drzwiom.
— Prędzéj — rzekła — potrzeba przyśpieszyć ucieczkę; wy ze mną, ale nie myślcie byście sami byli: mam sługę. Wy będziecie mi obrońcą, broń dostaniecie na zamku.
Zadumany, nic nie odpowiadając, wysunął się z domu Dienheim i znowu wolno się przechadzając, począł ku zamkowi zmierzać.
Zaledwie ostatnie domy zostawiwszy za sobą, na murach zobaczył Brochockiego, który znać upatrywał go czy nie uszedł, że tak długo nie wracał.
Razem z ks. Janem przechadzali się wzdłuż kortyn, a gdy Dienheima zobaczyli, zdala mu p. Andrzéj grozić zaczął.
Chłopak jednak szedł powoli, bo mu się w głowie kręciło, od szumu tych wyrazów Ofki, które słyszał, i wierzyć mu się im nie chciało. Znał on dziewczę dawniéj, ale nigdy je tak zapaloną siostrą Zakonu nie widział. Ważył więc w sobie, czy ma jéj pomagać do nierozsądnéj ucieczki, czy ks. Janowi o niéj donieść, aby ją wiózł do matki.
Ostatnie zdawało mu się rozumniejszém, gdyż żal mu było dziewczęcia, które za pół-obłąkane niemal uważał.
— W głowie się jéj pomieszało — mówił do siebie — i nie dziw, kto patrzał na ten bój, kto widział ten dzień, kto słyszał łoskot padających tysiąców i jęk konających rycerzy tylu, ten oszaleć może. Cóż dopiéro słabe serce kobiece i niewieścia myśl, co jutra nie widzi?
Tak dumając zbliżył się do wrót. Abel siedział wśród żołnierzy, w najlepszéj z nimi zgodzie, ze świeżéj słomy plotąc misternie kapelusz, a robocie téj z wielką ciekawością przypatrywali się odpoczywający ludzie, podziwiając jéj mistrzostwo.

∗             ∗

Wróciwszy do zamku, Dienheim się skrył, żeby go Brochocki nie wziął zaraz na spowiedź, któréj się obawiał i unikał, bo i kłamać nie lubił i prawdy powiedzieć sobie nie życzył. Chciał się namyśléć, co ma uczynić z sobą i z Ofką. Widok jéj całą dawną miłość jego, trochę ostygłą, rozżarzył na nowo; gotów był dla niéj na wszystko, a ważąc to, na co oszalałe dziewczę rzucić się chciało, obawiał się o nią. Myślał téż, że oddając ją matce, łaski jéj sobie zaskarbi. Z drugiéj znowu strony wiedział, że Ofka, która z niego jak z innych dworowała i szydziła, gotowa jest doń powziąć nienawiść, któréjby już ani matka, ani w świecie nikt przemódz nie zdołał.
Siadłszy tak w oknie dumał aż do wieczora, a że p. Andrzéj miał wiele do czynienia na zamku, rozpatrując się w swéj zdobyczy, bo mu król darował wszystko, nic nie przeszkadzało samotnemu rozmyślaniu.
Dopiéro późnym wieczorem wszedł do izby Abel, niosąc mu coś do jedzenia na misie. Milcząc postawił na stole i nie zaraz się oddalił. Sprzątał po izbie, choć nie było co porządkować. Przypomniał sobie Kuno Dienheim, że mu się z Ablem porozumieć radzono.
— Byłem w miasteczku — rzekł.
— Hę? — roześmiał się, patrząc nań bystro stary potwór i otwierając usta szeroko — piękne miasteczko, nieprawdaż? ale co to przeciw Malborga, Torunia i Elbląga! Wiem, żeście byli — dodał przechylając się po swojemu z nogi na nogę, — i siedzieliście długo, bom widział gdyście wyszli i wracali. Musiało się wam podobać? Stary miód najlepszy ma Paweł, a stare wino frankońskie u Möncha, a młoda piękna panna, co rycerzy chętnie przyjmuje... w rynku pod wiechą na górce...
— Nie byłem ani na miodzie, ani na winie, ani mi w głowie takie dziewczęta — rzekł Kuno.
— Przepraszam, bo to po młodych chodzi, — rozśmiał się Abel, — ale gdzieżeście byli, boć kościół i tu macie, a tam zamknięty we dnie.
Kuno spojrzał mu w oczy.
— Wiecie — rzekł — że jeńcem jestem i że biłem się dla Zakonu, któremu od lat kilku służę.
— A jakże! poznałem zaraz żeście nie z Polski. Oni inaczéj mówią i na koniach siedzą — rzekł Abel zbliżając się i podparł się na stole poufale.
— Mówiono mi, że z wami można się w złym razie poradzić, bo rozum macie.
Abel Grzyb aż podskoczył i okręcając się dziwacznie, aż ku drzwiom uszedł.
— He! he! — krzyknął — z téj beczki! Ja mam rozum! ja jestem proste chłopisko co w piecu lega: zkąd u mnie rozum się ma znaleźć?
Położył rękę na klamce.
— Kto wam mówił, że u mnie rozumu szukać, to zbójca co chce aby mnie umęczono! Gdzież wy byliście?
— Widzę, że ufności nie macie we mnie — odparł Kuno — na to radzić trudno.
— Młodzi jesteście — mruknął Abel, — u młodych serce i gęba otworem stoi.
Uderzył się szeroką dłonią po ustach, a oczyma wskazał na drzwi.
Dienheim widząc, że z nim nie łatwo do czego dojdzie, zamilkł.
Abel jednak zamiast wyjść, namyśliwszy się wrócił do niego i pochylając do ucha, spytał:
— Kto wam mówił o mnie?
— Wdowa Matiaszowa w rynku.
— A coście wy robili u niéj?
— Jest z nią moja dawna znajoma z Torunia.
— Wiem — mruknął Abel — Noskówna. To waryatka, ledwie ją w drodze nie pochwycili Polacy. Schroniła się tu z dészczu pod rynnę, i teraz ani naprzód, ani w tył. Niechże siedzi na pokucie.
— Właśnie, że siedzieć nie chce i nie może i wyrwać się pragnie.
Abel przystąpił bliżéj.
— To nie sztuka wyrwać się, a cóż z tego? dokąd? Do Torunia? Toruń już się poddać musiał, zamki się wszystkie poddają, bo Malborga jednego bronić trzeba.
Mówiąc to, Abel nie zdawał się ani smucić, ani rozpaczać.
— Cóżto, koniec Zakonu! zguba ostatnia..
Grzyb kiwał głową, oczy wlepił w stół i zbierając po nim kruszynki, które machinalnie niósł do ust, mówił jakby sam do siebie, nie podnosząc wzroku:
— Nie bójcie się, Zakon mocny jeszcze; ludzi zbierzemy, czasu potrzeba: zamki się wrócą. Stracimy dużo, ale Bóg łaskaw, Bóg łaskaw; ja jeszcze na godziny dzwonić im będę. Polacy, ja ich znam: tak, naród bitny, ale stać w miejscu nie lubi.
Rozśmiał się dziwnie.
— Wina i chleba będą mieli do syta, najedzą się, napiją, do żonek zatęsknią i pójdą precz!! Uchowaj Boże głodu a biédy, tobyśmy byli w niebezpieczeństwie, bo oni źli są gdy głodni i biją się jak lwy, kiedy boso i w utrapieniu na wojnę idą. A no my.. — uderzył się w czoło — damy im jadła i napoju po uszy, rozmiękną i nic z tego nie będzie.
Patrząc ciągle w stół i zbierając kruszynki, Abel śmiał się szydersko.
— W pierwszéj godzinie straszni, a potém!! potém i dziecko im da radę. Niemiec ma naturę inną: jego powalić można, da się wziąć, a powoli siłę odzyska i zwycięzcę za kark weźmie.
Zaczął Abel rękami wywijać na wsze strony.
— Z pomocą Bożą wyzwolimy się.
Kuno wstawszy, zbliżył się doń powoli.
— Pomożecie nam do ucieczki? — szepnął.
Odskoczył Grzyb, schwycił się, strzepnął.
— Ja? ja? niech Bóg uchowa! Komu trzeba pomagać, a sam sobie pomódz nie umié, tego ratować nie warto. Ja jestem prosty chłop, mówiłem wam, legam w piecu, z psami na podwórzu kości ogryzam, nic nie wiem; nic nie umiem.
Skłonił się i wyszedł szybko.
Nie wiele się z tego było można spodziewać. Kuno siadł znowu, ale go zawołano do pana Andrzeja. Poszedł jako jeniec rozkazom posłuszny.
Siedzieli oba z ks. Janem w komturskiéj izbie na rozmowie, a w progu zoczywszy Dienheima, p. Andrzéj zawołał zaraz, czemu nie przyszedł doń opowiedzieć się wróciwszy.
— Nie miałem z czém! — odparł kwaśno Kuno.
— A siedzieliście, do kata, długo! gdzie? z kim? — począł Brochocki.
— Włóczyłem się bąki strzelając — rzekł hrabia Kuno.
Rozmowa zaczęta w tym tonie dla obu nie dobrze wróżyła. Brochocki tęsknił za wojskiem i towarzyszami i zły był, Kuno Dienheim nie lepszy; przypomnieli sobie łacno jak się zrazu kłócili i koty darli. Poczęła się zwada z niczego. Od słowa do słowa, Dienheim słowo rycerskie odebrał i oświadczył, że chce być strzeżonym i jak jeniec traktowanym, a o łaski nie prosi.
Brochocki zagroził mu, że go do lochu posadzi, albo nawet w żelaza zakuć każe, bo do tego miał prawo. Harde hrabiątko drzwiami rzuciwszy poszło. Na tém się tego dnia skończyło.
Nazajutrz posłał p. Andrzéj do niego po słowo ks. Jana, Dienheim odmówił: kazano go do lochu wsadzić. Abel dostał polecenie wyszukać carceres i z kluczem w ręku przyszedł po jeńca, który nie mówiąc nic udał się za nim. Grzyb był zafrasowany wielce, ale w podwórze wyszedłszy, udawał stworzenie, które nic nie czuje, nie rozumié i czyni co mu kazano. Brochocki na schodkach stał. Żal mu się zrobiło znać drapieżnego młokosa, krzyknął więc na Abla: — Dać mu pokój! a straży tylko zlecił, aby go krokiem z zamku nie puszczała, i choć Dienheim ani mu dziękował, ani go słuchał, odezwał się po ojcowsku doń:
— Dobrze ci życzę, bo na tarczy wspólne godło nosimy, a może tam jaka kropla krwi u nas jest wspólna; ale musisz i ty ze mną być dobrze, lub biédy przycierpisz. Jam nie łatwy téż, gdy mi kto za skórę lać zechce.
Skończyło się na tém, że Dienheimowi z zamku się ruszyć nie było wolno, a on już i z celi swéj na złość nie wychodził i twarzy nie pokazywał.
Ks. Jan tylko do niego przez litość zachodził, skłaniając go do łagodności względem tego, co los jego miał w rękach.
Ale zacięli się oba, starszy i młody. Dienheimowi tylko na miasteczko się gwałtem chciało, a wypraszać się nie mógł i dać poznać, że go tam coś ciągnęło. Utrapienie było wielkie. Ofka mogła mu się wymknąć sama i z oczów stracić ją mógł na zawsze. Młoda myśl i serce w samotności rozgorzały. Trzeciego dnia wysunął się w podwórze. Brochocki żołnierzy swych męczył i mordował, nie mając kogo innego. Zoczywszy Dienheima począł mu prawić morały. Chłopak już milczał; to rozbroiło starego: złagodniał.
— Chodź do mnie na kubek wina — rzekł — mamy go dosyć, a pić nie ma z kim. Chodź, to ci powiem coś, z czego będziesz rad.
Nie dla wina, bo mu go Abel dostarczał co dnia, ale dla ciekawości Dienheim poszedł.
Stary pan Andrzéj był lepszym niż kiedykolwiek.
— Słuchaj WMość — rzekł, kubek mu podsuwając — za zdrowie wasze! Bądź ty sobie zły jak chcesz, a między nami jest coś we krwi, bo czuję, że mam do ciebie słabość. Biłeś się dobrze, nie winieneś żem ja silniejszy. Harda dusza w rycerzu powinna być, nie mam ci jéj za złe. Wiesz co, daj mi ino słowo, że do Brochocic się przystawisz, choćby za pół roku i że Krzyżakom służyć przez ten czas nie będziesz, puszczę cię wolno, czyń co chcesz... Za pół roku wojna musi być skończona. Mnie podobno król chce oddać Sztum jeszcze. Gdzie ja cię będę za sobą włóczył? Daj słowo, oddam ci miecz, zbroję, tarczę, wszystko, gotowem ci nawet coś na drogę dać, abyś bez grosza nie był.
Popatrzał mu w oczy mówiąc. Kuno się uczuł ujętym jego dobrocią.
Podał mu rękę.
— Jeśli będę żyw — rzekł — słowo rycerskie daję: stawię się.
— Kto to jeszcze wié — dodał śmiejąc się Brochocki — jak nie będę miał co robić, nazbieramy starych wyjadaczów i pójdziemy ci Dienheim zdobyć na bracie.
W ten sposób waśń się skończyła. Kuno był upokorzony i stał się łagodnym jak baranek.
Wypili po dwa kubki, rozprawiając jak to pod Grünwaldem było, bo o téj bitwie nigdy się dosyć nagadać nie było można.
— Wojować nie będę — dodał Kuno, — ale nie zaręczam, żebym się nie włóczył, żeby się dziełu rycerskiemu przypatrywać.
— Byle cię gdzie za tę ciekawość kula nie spotkała.
Uczuwszy się wolnym, tegoż dnia pobiegł Kuno do miasteczka. Ledwie się w rynku pokazał, Matiaszowa do niego ze schodów się spuściwszy, do drzwi wyszła, nawołując do siebie.
— Jest Noskówka? — spytał.
— Jest, ale mi szaleje — odparła mieszczka, — boję się z nią jakiéj biedy; po nocach się zrywa i chodzi senna a bredzi. Utrzymać jéj nie mogę.
Pędem wpadł na górę Dienheim. Znalazł Ofkę po izbie przechadzającą się z rozpuszczonemi włosami. Zaledwie się w progu ukazał, skoczyła doń pytając, czy wszystko do drogi gotowe.
— Najważniejsza rzecz gotowa, to, żem ja wolny — rzekł Dienheim, — pożegnam dowódzcę, który jest człowiek zacny.
Ofka mu przerwała.
— Tak? już ich zacnemi zowiecie?
Chciała się odwrócić od niego, lecz namyśliwszy się słuchała daléj.
— Konia dla siebie mam, jutro o szarym mroku jechać trzeba — dodał Kuno, — aby was nie poznano. Powiem, żem sobie dwóch ludzi zwerbował na służbę.
Ofka nie odpowiadając nic, do drugiéj izby wybiegła, natychmiast się do drogi sposobić. W chwilę była nazad wołając, aby jechać zaraz, dziś po nocy.
— Dokąd — spytał Kuno.
— Do Torunia — odparła żywo.
— Toruń się już bodaj poddał — rzekł Dienheim.
— To nie może być! — krzyknęła Ofka.
— Przekonacie się: pojedziemy.
Nie było rozmowy, dziewczę śpiewało, śmiało się, przeklinało i groziło, a nadewszystko śpieszyć chciało.
Napróżno o czulsze słowo i spojrzenie błagając, Kuno wreszcie przekonał się, iż tego dnia nie otrzyma nic, i przyrzekłszy przybyć o świcie, ruszył nazad do zamku. Tu musiał u wieczerzy siedziéć długo, i zapowiedziawszy, że z miasta dwoje czeladzi sobie zamówił, a nazajutrz do dnia wyruszy, późno w noc pożegnał Brochockiego. Na wyjezdném przypominając mu dane słowo, obdarzył go jeszcze pan Andrzéj, zalecając ostrożność i dawszy kartę od siebie, aby go po drodze kto nie pochwycił.
Siadł potém Kuno w celi swéj jak stał ubrany, tylko bez zbroi, aby drzémiąc czekać dnia, bo się zaspać lękał.
Już było późno w noc i bramy stały zamknięte, gdy drzwi skrzypnęły i stary Abel wszedł. Nie widział go prawie od pierwszéj rozmowy Dienheim. Ostrożnie zbliżył się do stołu, na którym lampka gorzała, dymiąc.
— A co! — spytał — jedziecie z Bogiem? Dokąd? do domu? Sami? nie?
Kuno wahał się z odpowiedzią, samo milczenie już było dostateczne dla Grzyba; po chwili dodał:
— Nie mówcie nic, już wiem. Z babami sprawa zła: dzięki Bogu, ja się nie potrzebowałem nigdy z niemi wdawać i brzydzę się niemi. Bądźcie ostrożni.
Namyślał się potém długo.
— Gdybyście gdzie naszych panów spotkali... — mruknął.
Dienheim w oczy mu spojrzał: świeciły się jak u kota.
— Cóż chcecie? — zapytał.
— A! nic! nic! tak, gdyby o Morągu mowa była, to cóż? powiecie, że Abel w piecu lega jak legał i popiołu w nim dosyć, jak było.
— Nic więcéj?
Ruszył ramionami stary.
— Gdybyście tylko to mojemi słowy powtórzyli, będzie dosyć.
— Wojowaliście pod chorągwią Krzyża naszego — dodał — i dla Krzyża Ś. należy się wam cześć i wdzięczność, ale my teraz żebraki ubogie.
To mówiąc, począł czegoś szukać za szarym kubrakiem i z dłonią ściśniętą, którą ciągle pod suknią trzymał, przybliżył się do Dienheima.
— W podróży i wilcy mogą zjeść — rzekł — i lada kto napaść; gdyby czasem od naszych było niebezpieczeństwo jakie, a słowem się nie można wykupić, pokażcie im to.
I prędko ściśniętą dłoń ogromną wyciągnął ku jeńcowi, oglądając się dookoła tchórzliwie. Z ręki na stół wypadł krzyżyk czarny prosty, na którym w środku była mała tarcza z jakiemiś znakami.
— Pokażcie: dosyć będzie tego.
I śmiejąc się, a nie czekając podziękowania, pośpieszył do drzwi, gdzie zabrawszy próżną misę i dzbanek, wysunął się coprędzéj.
O brzasku, zbroję przywdziawszy, Dienheim na koń siadł i do miasteczka pobiegł. Przed kamienicą już stały téż konie posiodłane, które w mroku dojrzał zdala, a nim się przybliżył, już na obu siedzieli jeźdzcy, którzy podbiegli ku niemu. Starszy, siwy już człek, stanął wraz za hrabią, a drugi jechał jako pocholę z tyłu. Twarzy mu widać prawie nie było, bo płaszcz miał nasunięty, niby od rannego chłodu. Samotrzeć więc jechali w milczeniu drogą pod zamkiem, około samych bram, gdzie się hrabia dał poznać i swobodnie daléj gościńcem pokłusowali. W końcu grobli stary dotąd milczący, wskazał na prawo, młody wyprzedził Dienheima, spiął konia i puścili się żywo nie bardzo utartą drogą. Ofka nie mówiła słowa, nie odwróciła twarzy i dopiéro po godzinie, koniowi dając folgę, zagadnęła, nie hrabiego, ale starego sługę, czy sądził, że drogi bezpieczne?..
Korzystając z tego, zbliżył się Kuno; popatrzała nań dziewczyna chłodno, roztargniona i konia pędziła daléj. Postrzegł się dopiéro jak nie wiele zyskał, i że go dziewczę za narzędzie tylko użyło; lecz więcéj się spodziewając w przyszłości i nie chcąc jéj opuścić, pociągnął daléj.
Stary przewodnik obyty był z wszystkiemi drogami, znał kraju każdy kątek, wiedział gdzie bezpieczniéj jechać nocą, gdzie dniem; do kogo wstąpić, z kim poszeptać cicho, w jakiéj chacie się spytać.
Kilka razy w ciągu podróży pospieszniéj przyłączali się do nich ludzie różni; stary dostawał języka, mówił pocichu z nimi: zdawał się znać wszystkich. Dienheim mógł się przekonać, że choć zamki się popoddawały, choć polskie oddziały krążyły po kraju, tajemne panowanie zachowali nad nim Krzyżacy. Głośno mówili wszyscy inaczéj, inaczéj pocichu.
Z niewiadomych dla Dienheima powodów, część dnia w lesie przestać kazano. Ofka legła pod dębem, jak stała do spoczynku, na lichym płaszczu, który jéj sługa podesłał, zamknęła oczy, i czy spała, czy udawała że śpi, rozmowy z nią prowadzić nie było sposobu. Stary sługa na straży pozostał, także dosyć milczący. Ile razy Dienheim chciał się zbliżyć do dziewczęcia, znajdował go zagradzającego mu drogę.
Drugiego dnia przybyli do jakiéjś zagrody. Był to folwark krzyżacki, skryty niedaleko od brzegów Wisły w takie gąszcza i zarośla, że tam się jeszcze obca nie dostała noga. Gospodarzyła w folwarku, nie zrzuciwszy płaszcza białego, siostra zakonna, Niemka, kobieta w sile wieku, ogromnego wzrostu, jasnych włosów, twarzy świeżéj, ale nie miłéj. Ta natychmiast wzięła Ofkę pod swoją opiekę, a gdy po kilku godzinach wypoczynku, dziewczę wyszło z jéj mieszkania, zdziwił się Dienheim, widząc ją w skromnéj sukni kobiecéj, z kapturkiem i zasłoną na głowie. Lecz jak gdyby strój ten śmiałości jéj dodawał, poczęła mówić swobodniéj.
Pierwszą rzeczą, o któréj się od niéj dowiedział Kuno, było, że konie musieli na folwarku porzucić.
— Znajdą się one w Toruniu — rzekła uspokajając go. — Ztąd popłyniemy czółnem, zbroję trzeba téż zdjąć, a rybaczą odzież włożyć.
Spojrzała ku słońcu; miało się ku zachodowi. Wyszła téż siostra Marta za nią i stary co im towarzyszył. Dróżyną między wierzbami błotnistą, wijącą się wśród łóz i trzcin, poczęli iść ku rzece. Wprędce błysnęły szerokie wody i ławy piasku nad niemi.
U wbitego pala kołysało się dosyć szerokie czółno, w którém siedziało małe chłopię w nędznym przyodziewku. Jak zajrzéć, nadbrzeże puste stało... Z przeciwnéj strony pojono stada, rybaków kilku zwijało się po wodzie w maleńkich jak liście czółenkach, szybując pośpiesznie, a na plecach trzymając więcierze.
Wyszedł naprzód stary rozpatrzéć się dokoła, a gdy dał znak, postąpiła za nim Ofka i Kuno. Chłopak ich wpuścił do czółna nie mówiąc słowa, odwiązał sznur, oparł się wiosłem o brzeg i odbił. Stary towarzysz leżał już na spodzie czółna i dawał znak Dienheimowi, aby się także na dnie umieścił. Jedna Ofka na ławie siedząca została. Wieczór był cichy i piękny, wiosła niepotrzebne; chłopak zręcznie sterował, siadłszy bokiem i wcale się nie ciekawiąc na obcych.
Łódż pędem strzały leciała daléj. Słońce zaszło, mrok padać zaczął, na brzegach zdala widać było porozpalane ognie; w oknach chat świeciły łuczywa, na zamkach gdzieniegdzie błyszczały szyby czerwonemi ogniami z wnętrzów: czółno leciało a leciało samym rzeki środkiem, stroniąc od brzegów, jakby nie chciało być widzianém. Po nocy trzeba było wprawnego oka, aby je dostrzedz mogło.
Ofka wsparta na łokciu, zadumana, oczyma tylko niekiedy badała brzegi i światła na nich. Mały chłopak, mimo ciemności, machinalnie, prawie niepatrząc, umiał znaleźć drogę.
Gwiaździsta noc zapadła, bez-księżycowa, czarna, milcząca, straszna wśród téj wód przestrzeni. Dopiéro gdy oko ludzkie od brzegów dojrzéć już ich nie mogło, podniósł się z głębi łodzi stary i Dienheimowi dał znak, że usiąść może.
— Nim dzień, dopłyniemy do Torunia — rzekł.
Ofka odwróciła się żywo.
— Niéma ich tam jeszcze — rzekła bijąc w dłonie — oni nie mogą być.
Chłopak, który całą drogę milczał, westchnął. Trącił go stary.
— Co ci to?
— Nic — rzekło chłopię — o kim mówicie, że go tam niéma?
— Wszak Krzyżacy jeszcze panami w Toruniu? — spytała Ofka.
— Nie — zawołał chłopak — naszych panów niéma, zamek się poddał, miasto obcy król wziął.
— Kiedy? — przerwało dziewczę — na folwarku nic o tém nie wiedzieli.
Chłopak zmilczał trochę.
— Może! — bąknął pędząc łódź daléj.
Stary kazał mu się wstrzymać. Ofka łamała ręce w rozpaczy. Łódź, którą szybko woda niosła, nie łacno było w miejscu osadzić. Chłopak się obejrzał, popędził na mieliznę i wiosłem sparłszy mocno, stanął.
Zaczęto go rozpytywać pospiesznie, ale z opowiadania jego, o jedném się tylko przekonać było można, iż rybacy tę wieść przynieśli. Ofka była w rozpaczy, stary dumał.
— Ha! — rzekł — zamek zajęty, to cóż? noc, trudno by cały brzeg był osadzony, znajdziemy miejsce do wylądowania. Winnica Henrykowa schodzi ku Wiśle, dostaniemy się przez nią do jego domu, a ztamtąd i do siebie.
Kuno nie mówił nic, lecz musiał téż myśléć co pocznie i gdzie się ukryje. Był na łasce Ofki, która jak najmniéj zdawała się troszczyć o niego.
Po długich szeptach, kazano czółnu odbijać znowu. Na rzece ukazała się łódka ze światłem. Byli to rybacy, co większe ryby na ogień brali. — Z ostrożnością zbliżono się do nich, stary stanął i zamamrotał niezrozumiałe jakieś wyrazy. Z łodzi mu odpowiedziano. Obie zbliżyły się do siebie. Przy świetle płonącego łuczywa, ujrzeli dwóch ludzi ogorzałych i odartych, zdziwionych nocném spotkaniem. Poczęła się rozmowa urywana, któréj Ofka przechylona słuchała. Z obojętnością ludzi, którzy się o los kraju wcale nie troszczą, rybacy opowiadali o zajętych zamkach.
— W Toruniu obcy król — rzekł jeden — a jakże! nowych panów mamy.
— Nam to wszystko jedno — śmiejąc się dodał drugi — kto będzie rybę jadł, byle woda była niewielka, a ryby dużo!
W milczeniu czółno znów skierowało się ku głębinie i pędziło z rzeki prądem. Wśród téj ciemności i ciszy, noc się zdała wiekiem. Kuno czuł przy sobie Ofkę, która nań okiem nie rzuciwszy, siedziała w ponurém milczeniu. Twarz jéj na przód zwrócona zdawała się szukać i wyglądać tych murów, do których się przedrzéć chciała.
Jeszcze się na brzask nie brało, gdy w dali ukazały się mury ciemne i wieże na niebie zarysowujące się czarno. Gdzieniegdzie jak gwiazdka błyszczało na nich okno i paskiem jasnym odbijało się na wodzie. Wysoki brzeg zielenią i drzewami osłoniony, powoli oczom się odkrywał. Łodzi zwolniono biegu. Ofka i stary jéj towarzysz stanęli w czółnie, chcąc rozpoznać miejscowość. Zwracano cicho ku brzegowi, nareszcie na znak dany chłopcu, który sterował, przybito do brzegu i stary z łodzi wyskoczył.
W téjże chwili czółno odbiło i zatrzymało się zakryte wierzbą nad brzegiem zwieszoną.
Ofka stojąc ciągle, patrzała niespokojnie w ciemności. Czekali chwilę w krzakach, nieco opodal dał się słyszéć szelest rozginanych gałęzi i syknięcie. Na znak ten przybiła łódka. Ofka wyskoczyła z niéj, Kuno za nią. Stary dał pieniądz chłopcu, który pod wierzbę zawinąwszy, do snu się zaraz na dno położył. Postrzegł Kuno, że się znajdowali w ogrodzie drzewy owocowemi zarosłym. Stary wiódł ostrożnie, pocichu wskazując drogę i tak wspinając się ku górze, doszli do płotu i furtki. O kilkanaście kroków stał dom, w którego podwórzu psy gwałtownie ujadać zaczęły. Znowu więc Ofka musiała zostać, a przewodnik iść przodem. Korzystając z téj chwili bez świadka, Kuno chciał się zbliżyć do niéj; lecz ledwie wymówił słowo, uczuł na ustach cisnącą jéj rękę, zmuszającą do milczenia.
Starego długo nazad nie było. Psy podwoiły szczekanie i ucichły. Słabe światełko przemknęło się poza oknami domu, skrzypnęły drzwi. Ofka biegła już. Stara kobieta otulając lampkę dłonią, czekała we drzwiach, a zaledwie przez nie weszli, zamknęła je za niemi. W sieni, w któréj się znaleźli, czekał stary przewodnik.
— Panów naszych na zamku niéma! — odezwała się stara głosem zniżonym — ale w mieście spokojnie, krzywdy nikomu nie czynią. Król, słyszę, zabronił surowo! Kasztelana posadził na zamku i załogę. Oni tam siedzą, piją i jedzą, a na miasto tylko we dnie się ważą. Mieszczanie im dostarczają co dusza zapragnie, aby cicho było licho.
Machnęła ręką matrona, otwierając drzwi drugie sieni od ulicy.
— Traficie łatwo na rynek.
Ofka drżąc, słuchała obojętnych wyrazów matrony z brwią namarszczoną. W ulicy już nie potrzebowała przewodnika, nie oglądała się téż na nikogo i biegła. Pusto i cicho było na mieście, a im się bardziéj ku rynkowi zbliżali, tém Ofka biegła prędzéj. Niekiedy oczyma zdawała się szukać zamku, to znowu wyglądać własnéj kamienicy. Stary kroczył za nią zwolna; Kuno zapomniany, śpieszył, aby go nie rzucono samego w obcém miejscu i pod bokiem nieprzyjaciela.
W rynku, do którego małą weszli uliczką, taka była pustka jak wszędzie. W dwóch domach tylko świeciło z otwartych okien, słychać było muzykę, hałas, wrzawę i śpiewy.
Cienie dziwne przemykały się na oświeconém tle komnaty. Ofka stanęła łamiąc ręce; patrzała gniewna i rzuciła się ku wnijściu zapartemu kamienicy pod Jeleniem.
Stuknięcie we drzwi, którego obawiano się powtarzać głośniéj, aby straży jakiéj nie zbudzić, nie pomogło nic. Z obawy nocnéj napaści nie otworzonoby im, choćby stokroć mocniéj tłukli. Stary przewodnik namyśliwszy się, z wielką zręcznością i siłą na mur od podwórza się wdrapał i zniknął. Przyparta do drzwi Ofka czekała za spuszczoną głową i ręką na klamce. Kroki we wnętrzu słyszéć się dały pośpieszne. Klucz okręcił się w zamku, drzwi uchyliły i dziewczę jak pijane wtoczyło się do znanego domu, o kilka kroków zaraz opiérając się o ścianę, bo sił jéj zabrakło. Stary Wolff w kożuszku i czarnéj czapeczce, dwie sługi, przewodnik wreszcie, wszystko to stało patrząc na nią zdumione. Kuno opodal pozostał w cieniu.
Wprędce Ofka przyszła do siebie, odwróciła się do Dienheima.
— Wolff wam da przy sobie mieszkanie — rzekła — dobranoc!
Oczy jéj przeleciały po nim wejrzeniem zimném i wspiąwszy się na schody pobiegła.
Nie był znać rad gościowi, milczący Wolff, który go do izby na tyłach zaprowadził i tłómacząc się nocą, a potrzebą ostrożności, zostawił samego z lampką i twardym tapczanem.
Mimo znużenia, noc tę spędził marząc i drzémiąc Kuno i nie zasnął aż nad ranem, gdy już w kościele Ś. Jana na pierwszą mszę dzwoniono.
Zbudziła go służąca, która mu gorącą polewkę winną przyniosła, ale w rozmowę żadną wciągnąć się nie dała. Spytana o panią, ruszyła ramionami i wyszła co prędzéj.
Dienheim więc został w kryjówce swéj, któréj okno wychodziło na czerwony mur nagi i wysoki. Nie widać było nic więcéj, oprócz odrapanych boków jego i ciasnego przejścia zarzuconego śmieciem.
W izbie stało kilka pak rozbitych i spora kupa sznurów leżała.
Po dzwonach kościelnych mierząc czas, doczekał się tu Kuno południa, zakłopotany wielce, co z sobą uczyni, gdy mruczący Wolff zajrzał do izby i nic nie mówiąc, ręką schody mu na górę pokazał.
Przez nie wszedł Dienheim do znanego sobie mieszkania, niegdyś tak wspaniale przybranego. Było ono teraz zmienioném wielce, gdyż nie zostawiono w niém tylko to, co się zabrać i sprzątnąć nie dało. Srebra, kosztowności, ozdoby znikły. Stoły i ławy nie pokryte, wyglądały nago i smutnie.
Ofka chodziła po téj izbie, ubrana bardzo starannie i tak pięknie jak za dawnych czasów.
Oczy jéj świeciły, twarz zdawała uśmiéchać; lecz coś ponurego, dzikiego, kaziło tę wesołość przybraną.
— Nie jestem gościnną, ani wdzięczną! — zawołała do Dienheima — ale ja tu teraz matunię zastępować muszę i dużo mam na głowie. Jest co robić, Jagiełłowi panowie na zamku, musimy tańcować przed niemi, służyć im i bawić.
To pierwsza rzecz niewolnicy jesteśmy. Gdym się tu znalazła znowu, zdaje mi się, żem straszny sen prześniła.
Kuno czule ku niéj spoglądał.
— Żal mi was — rzekła — ja dla was będę złą gospodynią; trzeba sobie innéj szukać gospody, ale ją wam Wolff znajdzie. Ja tu myślę...
— Wiecie co myślę? — dodała, zbliżając się doń, coraz cichszym głosem — będę panów polskich przyjmować, gościć, poić, bałamucić.
Kuno się zarumienił.
— Szczególniéj starszyznę — dodała — a któż winien, że czasem, przypadkiem, który z nich zachoruje.
Oczy jéj błysnęły.
— Trzeba się pozbyć téj szarańczy! — zawołała z wyrazem mściwym.
— Życzyłbym najprzód matce dać znać o sobie — rzekł Kuno cicho.
— To się już stało — odpowiedziała Ofka spokojnie. Matka ma glejt i powróci, a pomoże mi pewnie.
To mówiąc, przejrzała się w małém zwierciadełku, które na stole leżało.
— Prawda, miłościwy grafie — dodała z uśmiechem — zbrzydła mocno ta Ofka, zapadły policzki; wyglądam staro, ino oczy się trochę świecą jeszcze.
Westchnęła: Kuno żywo zaprzeczył.
— Piękna, najpiękniejsza Ofka nie przestała być czém była.
— Gdzie moja wesołość? mój śpiew? piosnki moje? ale gdzie dawne czasy spokojne. Obcy ludzie i strach a groza. Ale widziałeś wczoraj w oknach! są panie mieszczki co się bawią z gośćmi, i nam tak uczynić potrzeba. Plauen powiada, żeby ich dobrze przyjmować i niczego nie szczędzić, i poić i karmić na śmierć. Plauen ma rozum! On Zakon wyratuje. Oni Toruń opuszczą: tu dla nich powietrze nie zdrowe!
Wolff stary wszedł, kłaniając się i oznajmując, że misy były na stole. Nie było srebra, cynowe naczynia i glina, wszystko pochowano po lochach, ale kuchnia jak dawniéj dostatnia.
Przy obiedzie toczyła się rozmowa o zamku, choć Wolff na słowa jak na pieniądze był wielce oszczędnym. Przytomność jego przeszkadzała tylko hrabiemu do rozmowy, któréj on pragnął, a dziewczę zdawało się jéj unikać. Postanowił, gdy od stołu wstaną, zmusić ją do szczerszego pomówienia z sobą, ale Wolff siedział, nie ruszając się.
Dienheim wreszcie musiał o niém zapomniéć.
— Cóż mi pani więcéj każe? — zapytał. — Przybyliśmy szczęśliwie do Torunia: nie wiem co tu będę robił!
— Wiesz pan co? — rzekła Ofka — poznaj się z tymi co są na zamku, staraj się dowiedziéć ilu ich jest, jak zbrojni, co robią, co zamyślają; baw się wesoło: zdaje mi się, że więcéj tu do roboty nic niéma.
— Smutneby to było — odparł Kuno — gdybym się miał tylko bawić.
— Niech to się nazywa zabawą — ciszéj odezwała się Ofka — a może być z pożytkiem. Służyłeś Zakonowi, orężem ci nie wolno mu teraz pomagać, ale któż zabroni inaczéj? do zrobienia jest wiele.
To mówiąc spojrzała w oczy Dienheimowi, który milczał i znak jakiś Wolffowi dała. Ten przeżegnał się, od stołu wstał i wyszedł.
— Hrabio — odezwała się Ofka — chcesz mi być miłym? nie będziesz inaczéj, jak słuchając mnie i czyniąc to co ja robię. Służmy Zakonowi, on i ja wdzięczni ci będziemy. Ja tu pozostać muszę... wy moglibyście dostać się do zamku w Malborgu i zanieść im potrzebne wieści. Chcecie to uczynić?
Zawahał się Kuno, Ofka rzuciła nań oczyma i z uśmiechem podała mu rękę białą.
— Musisz iść ze mną, inaczéj się rozstaniemy — zawołała — będziesz mi miłym!! dam ci pierścień, gdy zasłużysz.
Dienheim wahał się jeszcze, ale ona już się mu do ucha pochyliła i szeptała; twarz jego okryła się rumieńcem.
— Zgoda — zawołał — szyję stawię dla ciebie, uczynię co każecie.
— Za dwie godziny — odparła Ofka żywo — przyjdźcie do mnie: znajdzie się ktoś co wam da do zaniesienia słowo. Musicie się dostać do zamku. Wieczorem w drogę.
To mówiąc podała mu rękę i ukłoniła się nizko, przybiérając postać zalotną; potém podniosła się żywo, uleciała i znikła.

∗             ∗

Niéma niebezpieczniejszéj rzeczy dla człowieka, dla ludzi, nad pomyślność.
W przeciwnościach potęgują się siły, uchodzą w szczęściu. Zawraca się głowa, przychodzi upojenie, mięknie serce, niknie energia, baczność się traci.
Wojsko, które zwyciężyło pod Grünwaldem, już inném przybyło pod mury Malborga. Do zwycięztwa szło w surowéj karności, przymierając głodem i cierpiąc w pochodzie; obciążone łupem, nakarmione obfitą żywnością zdobytą po zamkach, które się z kolei poddawały, nie straciło męztwa, lecz zaufało szczęściu.
Jagiełło, który szedł z pewną obawą przeciwko Zakonowi, niemal przerażony był zwycięztwem, mającém się odbić w całéj Europie skargami nań, aż przed tron papieża i cesarza. Wahać się zdawał, czy ma obalić tych dumnych mnichów, którzy odwoływali się do swych zasług, położonych w szczepieniu wiary i nawracaniu pogan.
W samém otoczeniu królewskiém zdania były wielce podzielone. Przy Witoldzie bawił ks. Marcin i codzień szeptał, że Zakon gotów ustąpić mu Żmudzi, byle nie pomagał Jagielle.
Codzień odważniejszy mnich powtarzał, że zwiększać potęgę, która ma go zgnieść, byłoby nierozumem. Na książąt mazowieckich wpływała księżna Aleksandra, obawiająca się późniejszéj zemsty Zakonu, a nie mogąca przypuścić, ażeby ta potęga runąć miała. Straszono już napadem Węgrów znowu. Tymczasem Jagiełło, niejako zmuszony znalazł się pod murami Malborga, który już miał czas jako tako się obwarować.
Nim nadszedł tu, Plauenowi nadciągnęły posiłki. Wszystko co uszło z placu bitwy, tu się schroniło.
Zaciążne kupki Niemców zbiérały się rozpierzchłe. Gdańsk przysłał czterechset ludzi od statków wpół zbrojnych, z toporami. Prawie cudem, cztery do pięciu tysięcy głów, mniéj więcéj zdatnych do boju, ściągnęło się w dni nie wiele. Do napaści było to niczém, na obronę starczyło prawie.
Wyższy zamek główny dostał sam dwa tysiące załogi; na średnim drugie tyle umieszczono, a z tysiącem poszedł stryjeczny Plauena obraniać przedmieść pod murami, do których się mieszkańcy malborgscy i siła ludzi z folwarków na nizinach schroniła.
Piętnastego Lipca rozstrzygnął los walkę Grünwaldską, a dwudziestego szóstego dopiéro część wojsk Jagiełłowych ukazała się pod Malborgiem. W jedénaście dni wiele się rzeczy uczynić może. Zdawało się, że ciągniono naumyślnie tak opieszale, aby dać czas wzmocnić się nieprzyjacielowi.
Plauen, który pochwycił w ręce wodze wypuszczone, więcéj niż jego poprzednik Ulryk stworzonym był do ciężkiéj sprawy, w któréj i energii, i przebiegłości i wytrwania cierpliwego było potrzeba. Wszystkie środki dlań były dobre: duma i pokora, męztwo i chytrość: z kolei umiał być tém, czém wypadki kazały. Wszystko poddawało się zwycięzkiemu Jagielle: ziemie, zamki, biskupi, niemal sam Malborg został jeden. Plauen jednak serca nie stracił. Poza sobą miał całe Niemcy, Cesarstwo i papieża i Europę, co jeszcze dla Krzyżowców czuła poszanowanie, choć warci go być przestali.
Gorącego sierpniowego wieczora, podróżny odziany jak człowiek nierycerski, z sakwami przytroczonemi do konia, z jednym mieczykiem u pasa, zbliżał się wolnym krokiem ku Malborgowi i przystanął na pagórku, z którego wszystkie trzy zamki i okolicę widać było. Niedaleko już polski obóz i chorągwie stały rozłożone szeroko.
Miasteczko, które niegdyś otaczało zamek i przytykało do niego, smutny wystawiało widok murów i kominów okopconych, zgliszczów pożarem zniszczonych. Stał tylko miejski kościół Św. Jana i ratusz nadpalony. Do szczątków tych przypierały szałasy licho naprędce przez wojsko poklecone, namioty napięte na kijach i budy z desek a gałęzi. Na wieży kościelnéj zamiast dzwonu, odzywało się działo na zamek wymierzone; inne na wysypanych jako tako pagórkach ustawione, kiedy niekiedy buchały więcéj dla wzniecenia przestrachu, niż uczynienia skutku. Leciały kule tam i sam, jak los nadarzył.
Trzema znaczniejszemi obozami leżały oblegające wojska pod murami, na których lud dosyć mnogi widać było. Na bramach téż stali ludzie z toporami i spisami do obrony i czujność zdawała się wielka. Od południo-zachodu leżał król z rycerstwem swém całém, od południo-wschodu Witoldowe wojsko z Tatary kręciło się po nad wyschłym Nogatem, gdyż spieki letnie wszędzie go w bród przejść dawały.
W obozach zdawało się życie i ruch objawiać wielki; rycerze harcowali dokoła murów; gromadki objeżdżały je dokoła; w niektórych namiotach poodsłanianych, aby wiatr je przechodził, widać było siedzących i ucztujących wesoło.
Wozy ze zwierzyną, rybami, beczkami, zajeżdżały pod dworskie namioty i wyładowywały zapasy obfite. Tam, gdzie na średnim zamku przystępniejsze były mury, polscy rycerze stali, słowy wyzywając krzyżackich, wzajem się łając i walcząc homerycznemi wykrzyki.
Czas to był rycerskich zapasów, gdy słowo ważyło i danego dotrzymywano nieprzyjacielowi, tak, że nie rzadkiém było widziéć wyjeżdżającego na harc pojedyńczo Krzyżaka i patrzących nań sędziów rozprawy, gdy się z wyzwanym potykał.
Podróżny długo patrzał na ten obraz, ozłocony promieniami słońca i zadumał się tak nad nim, iż się nie spostrzegł, jak go za ramię zcicha nadjeżdżający żołnierz pochwycił, krzycząc nań by stał, a nie ruszał się, chce-li być żywy.
— Coś za jeden? zkąd? po co? — począł wołać, jakby w pomoc sobie innych chciał ściągnąć.
Podróżny wcale nie zmieszany, dobył kawałek papieru i pokazał go żołnierzowi, który weń dłonią uderzył z pogardą.
— Co mi tam po téj szmacie! — zawołał — Coś za jeden? mów!
Z trudnością łamanym językiem począł się tłómaczyć młody człowiek, że jeńcem był na słowo puszczonym i że jako człek rycerskiego rzemiosła rad się przypatrzéć tak wielkiéj wojnie.
Żołnierz ledwie go znać zrozumiał.
— Czyimże byłeś jeńcem?
Podróżny wymienił Andrzeja z Brochocic, dzierżawcę na Morągu.
— Tém mi się nie wyłżesz — rozśmiał się żołnierz; — Brochocki już siedzi na Sztumie, bo mu go król pan nasz miłościwy puścił i jest w obozie. Niechże poświadczy, żeś nie szpieg krzyżacki.
Zrazu zdawał się tém zmieszany podróżny, lecz wkrótce namyśliwszy się, uspokoił.
— Dobrze, — rzekł — niech mnie prowadzą do niego.
Żołnierz, który stał znać na straży, obejrzał się, złożył rękę w trąbę i huknął ku szałasom nieopodal stojącym. Na to hasło wybiegło kilku w pół-zbrojach i popatrzywszy zkąd głos szedł, jeden na głowę włożył miskowaty hełm lichy, do ręki wziął toporek i pobiegł. Podróżny stał nieporuszony.
— Wojtek! — zawołał żołnierz — patrz mi na tego oto przybłędę, Niemiec jest, cuchnie mi Krzyżakiem; powiada i wyświadcza się papierem jakimś, że jeńcem jest p. Andrzeja z Brochocic. Owóż Brochocki tu jest, prowadź go i oddaj mu, niech z nim robi co chce, abyś mi go tylko nie opuścił. Jeśli uciekać zechce, siekierą w łeb najbezpieczniejsza rzecz; żadnéj z tém już biédy nie ma, tylko szaty zdjąć i kieszenie pomacać.
Poczęli się śmiać, a Wojtek konia podróżnego za uzdę wziąwszy, wiódł go do obozu, toporek na ramię założywszy, aby go pod ręką miał na potrzebę. A tu się już i namioty nade drogą poczynały i rycerstwa snuło mnóstwo.
Jedni jeszcze byli w zbrojach, tylko co wróciwszy z harców, drudzy w koszulach i pół-żupanikach, boso niektórzy co konie pławili, inni w rynsztunku pełnym jadący na swą koléj. Gwar, wrzawa i dobra myśl panowały w obozie. Psów zgraje uwijały się za kośćmi, beczki z piwem stały otwarte i czerpał w nich kto chciał. Gdzieniegdzie u ogniska warzył sobie ciur mięso, piekł słoninę, lub grzyby smażył, bo dostatkiem było wszystkiego. Po drodze zaczepił kto chciał prowadzonego, to konia klepiąc, to człeka jątrząc, to pięściami mu grożąc, ale Wojtek odpędzał ciągle, powtarzając, że jeńca do Brochockiego prowadzi. Imię p. Andrzeja starczyło, bo był w całém wojsku znany jako rycerz zawołany, król go téż lubił i drugą mu już dzierżawą dał Sztum. Puszczano jezdnego, choć nie bez naigrawania, a on się to czerwieniąc, to blednąc, wpatrywał i słuchał.
Gdy się tak przeciskali wśród namiotów, szukając najbliższéj drogi, dzwonek dał się słyszéć, wszyscy czapki pozrzucali i hełmy, niektórzy poklękali; Wojtek ustąpił w bok: postrzegli księdza w białéj komży, który szedł śpiesznie niosąc w ręku puszkę, pokrytą tuwalnią.
Był to ks. Jan, który do chorego spieszył, bo chwilowo z Brochockim tu przybywszy, wyręczał innych duchownych. Z głową spuszczoną, zamodlony biegł spiesząc i byłby nie widział stojącego na uboczu jeźdzca, gdyby ten go po chrześcijańsku nie pozdrowił łacińskiém:
Laudetur Jesus Christus!
Stanął ksiądz zdumiony, przeżegnał się i głosem cichym spytał:
— Co tu robił?
— Przypadek mnie przywiódł, a oto straż prowadzi do p. Andrzeja.
— Szukajcie go w namiocie ks. Jana biskupa kujawskiego — szybko rzekł ksiądz i daléj do szałasów podążył.
Żołnierze wskazali Wojtkowi ów namiot biskupa kujawskiego, nieopodal od królewskich stojący.
Poznać téż było można, że nielada kto w nim gościł, bo namiot jeden był przednią materyą wzorzystą czerwoną cały okryty, a tuż przy nim kilka pośledniejszych stało, w których służba się liczna krzątała.
Biskupi namiot tak był wspaniały, jak królewski, i tak koło niego ludno wyglądało, jakby się tam do majestatu cisnęli wszyscy. Rycerzy pięknie poubieranych stało przed nim kilkunastu, a w środku téż ich było pełno.
Stoły z desek pozbijane we dwa rzędy i ławy wspaniale okryte, dokoła obsiadali panowie. Na nich dzbanów srebrnych i pozłocistych widać było co niemiara.
Mężczyzna w fioletowéj czapeczce, do żołnierza więcéj, niż do duchownego podobny, w butach z ostrogami i przykróconéj pasem sukni, z twarzą wesołą i rumianą, z małą bródką i wąsem do góry podkręconym, rozmawiał u wnijścia do namiotu z kilku panami.
Tu już podróżny z konia zsiąść musiał, bo między nimi i pana Andrzeja dojrzał, który mu się przypatrywał zdala. Dopiéro, gdy na kilka kroków zbliżył się, poznał go Brochocki i podszedł ku niemu.
— A ciebie tu, hrabiątko nieszczęśliwe, co znowu przyniosło? — zawołał Dienheima zobaczywszy.
— Ciekawość — odparł Kuno, — ale mnie straże przed obozem za kołnierz ujęły, a papier z pieczęcią waszą despektu doznał.
— Co żołnierzowi do karty! — rozśmiał się rubasznie p. Andrzéj — mieli słuszność wielką, fałszywych i zdradliwych papierów na świecie więcéj niż ludzi. Ale cóż ty robić myślisz? Wszak ci nie wojować z nami?
Dienheim się zarumienił.
— To choć patrzéć na wojnę.
— I tego ci bodaj nie dadzą — odparł Sztumski dzierżawca, — chybabym cię tu komu w opiekę dał, bo cię smutny los spotkać może. Rycerstwo butne, a Niemca widoku niecierpi.
— Jeśli łaska wasza, dajcież mi opiekę — rzekł Kuno.
— Na dzisiejszą noc obaj u kujawskiego biskupa zostaniemy. Człek to jakich mało, bo Krzyżaków cierpieć nie może, a nam pomaga czém i jak umié. Karmi, poi, płaci i obdarza. Patrz-że nań, czy nie rzekłbyś, że żołnierz sam i do kopii stworzony?
To mówiąc, wskazał na stojącego przed namiotem, który palcem na zamki ukazując, coś rozprawiał i głośno dowodził.
Wziąwszy na swą rękę znowu jeńca, odpuścił Brochocki żołnierza co go przywiódł. Tuż namiot stał gościnny, który biskup dla pospolitego rycerstwa wystawić kazał; więc go za stół z innymi posadził Brochocki, a konia do swoich wziąć polecił. Znalazł się Dienheim w pośród wesołego towarzystwa, które go po rycersku przyjęło. Ten i ów boczył się na Niemca, lecz złego nie czyniono.
Rozprawy szły głośno o zamku, rychło się li on podda, i z któréj go strony lepiéj brać i jak wyłom uczynić.
Stary Gniewosz ze Trzcinny podniósł się markotny.
— Teraz wyłom trzeba robić, a gdyśmy przyszli, wszakci był gotowy; przez noc go musieli zawalić. Trochę wcześniéj i wyłomu nie potrzebowaliśmy, zamek był bezbronny i poddałby się jak drugie.
— Cóż o tém mówić co było? — przerwał drugi.
— Dla tego się to mówi — dokończył Gniewosz — że teraz wszystko po niewczasie, kto krzyżactwo zna. Teraz oni wodzić nas będą, o pokój prosić, ściągać; nas tu choroba przetrzebi, długie leżenie znęka, żołnierz się roześpi, i pójdziemy do domu z obiecankami.
Zakrzyczano starego.
— Ino co nie widać jak się poddadzą.
Gniewosz jakiémś pospolitém ich zbył przysłowiem. Śmiechu było pełno.
Tymczasem o zachodzie, ostatnie kule jeszcze z wieży od świętego Jana leciały na zamki, a za każdym strzałem, ci co wyżéj stali, szukali ich śladu i opowiadali gdzie padły. Inne działa poustawiane między Witoldowym obozem, przed murami i u tego miejsca gdzie na Wiśle most był, co go Krzyżacy spalili, rzadko się téż odzywały.
Począł już zapadać zmrok, gdy do namiotu, w którym siedział Dienheim, przypatrując się zamkom, nadszedł szukający go ks. Jan, ciekaw się dowiedziéć gdzie był i jak się tu dostał. Wracał od żołnierza, który jak wielu innych naówczas, z upałów i trudu, a zaniedbanéj rany, bo jéj komu opatrywać nie było, pożegnawszy świat, na wiązce słomy skończył.
Rad był temu znajomemu hrabia i wnet się doń przybliżył.
Zdało mu się téż, iż teraz obowiązku dopełni, a nikomu krzywdy nie uczyni, gdy oznajmi wujowi o losie siostrzenicy. Nie chciał i nie potrzebował się przyznawać, iż ją przeprowadzał z Morąga, ale pobytu w Toruniu taić nie miał potrzeby.
— Gdzieżeście bywali? — pytał ksiądz.
— Włóczyłem się różnie — odparł Kuno — dobrą wolą i przypadkiem dobiłem się aż do Torunia, zkąd wam może nie złą wieść przynoszę.
— Że go nasi zajęli, toć wiem — odparł ks. Jan.
— Wiedzą to wszyscy, ale, że panna Ofka już tam jest bezpieczną we własnym domu, po tylu przygodach, tegoście pewno ani wiedzieli, ani się domyślali.
— Bogu Najwyższemu niech będą dzięki! — odezwał się ks. Jan — to istotnie nowina niespodziana i przyjemna, za którą dziękuję wam. Ale jakże się tam dostała?
— Jak się dostała? — Wiecie — mówił Dienheim — że od niéj nie łatwo się co dopytać. Dosyć, że żywa i zdrowa, na matkę tam oczekuje.
— Spodziewam się, że w domu zamknięta, spokojnie wojenny czas przesiedzi — rzekł ksiądz. — Teraz siostrze tylko Noskowéj radbym dał wiedziéć, aby łzy osuszyła. Lecz, że o posły trudno, choć królewscy gońcy chodzą i kursorowie, pono samemu o kiju z pacierzem przyjdzie się do Czerska wybierać.
Tak dobrą tą nowiną, która uradowała staruszka, dzień się skończył. Nazajutrz z nią poszedł do Brochockiego ks. Jan, aby go pożegnać, zamyślając istotnie pieszo ruszyć w drogę. P. Andrzéj téż do Sztumu wracać musiał, który mu król dał, aby się na zamku obwarować.
Dienheima dla języka nie mógł komu innemu zlecić p. Andrzéj jak Szlązakom. Było ich dosyć razem z Czechami, pod chorągwią Jaśka Sokoła, Czecha, ulubieńca królewskiego, rycerza prawego i człeka wybornego, do którego téż Dienheima zaprowadził opiekun.
Jaśko Sokół rycerz i wojak był z rzemiosła, stary, porąbany, zbity, bo mało miał kości całych w ciele, przez tyle przygód przechodził. W polu i harcu zimném męztwem celował, a wielką i sławną zręcznością; gdy zbroję zrzucił, łagodny był, dobry, miękki i z kielicha żywota na wszelki sposób czerpać lubił.
Jaśko nie miał dawno żony, synaczków dwóch gdzieś daleko, rodziny żadnéj: namiot, trochę zbroi, wóz, nieco rycerskiego sprzętu i łupu, grosza trochę, składały całe mienie. Wałęsał się po świecie, służąc to cesarzowi, to królowi, to różnym książątkom, a wiodąc życie ciężkie a pracowite, nie dziw, że je sobie osładzał. Gdy przyszło się bić, spełniał obowiązek poczciwie, ale odpoczywając nie żałował téż sobie uciechy. I, jak to za owych czasów trafiało się często, Jaśko nie rozmiłowywał się na prawdę w niczyjéj sprawie; wszystko mu to niemal jedno było, kto weźmie górę, nie obrzydzał się Krzyżakami, nie kochał do zbytku Polaków, samego króla miłował za to, że był pan szczodrobliwy i dobry. Zresztą jedno mu było komu służy, byle żołd był sowity, strawy i napitku dla niego i ludzi dostatkiem, a wojna by szła szczęśliwie, bo to łup dawało i nagrody.
Jaśkowi Sokołowi wszystko było jedno, z Niemcem, czy z jakim innym obcować człowiekiem. Brochockiemu zawdzięczał nieraz dobre słowo u króla, Dienheima więc poufale po ramieniu poklepawszy, do namiotu i pod opiekę wziął.
U niego Kuno pozostał.
Pilno mu było spełnić to, z czém przybywał, a nie łatwo.
Chodził pod murami, bo tego nie broniono, szukając zręczności dostania się do zamku, a znaleźć jéj zrazu nie mógł. Widział wprawdzie niemal każdego dnia, jak oblegający, aż do zbytku rycersko się obchodząc z oblężonymi, wypuszczali starych, niewiasty, wpuszczali pod różnemi pozory przybywających, lecz się do nikogo jakoś przyplątać nie umiał.
Jaśko wieczorami wróciwszy od murów, gdy do namiotu przyszedł, a wyciągnął się, ręce pod głowę założywszy i kufel sobie narządziwszy przy barłogu, chętnie z Dienheimem gadał i poufaléj daleko, niż z innymi. Poznawszy go lepiéj nieco, począł się nawet przed nim wywnętrzać.
— Oni tego zamku nie wezmą, — rzekł jednego wieczora cicho, — Bóg wié, czy i to co pobrali utrzymają. Król jest wielkiego i dobrego serca, ale słaby: czynią z nim co chcą. Krzyżacy mędrsi od wężów, w obozie już gadają różnie. Większéj części się chce do żon i domów powracać. Króla straszą i modlą się, król stęka, wojsko choruje.
Westchnął. Było takich skarg dosyć, których Kuno chciwie słuchał.
Któregoś wieczora, Jaśko wróciwszy oznajmił, że komtur Plauen, który na Malborgu dowodził, króla o posłuchanie prosił nazajutrz. Dwaj heroldowie nad wieczór przybyli, i dano im odpowiedź, iż nazajutrz król go na rozmowę oczekiwać będzie.
Śmiała myśl przyszła Dienheimowi z wypadku tego skorzystać. Pomyślał sobie, iż łatwo do orszaku komtura przyłączyć się może, ukazawszy znak jaki miał i z nim dostanie się na zamek. Z niecierpliwością więc następnego dnia oczekiwał.
Jakoż z rana z dział ognia nie dawano i jakby rozejm był umówiony, wojsko zbrojno stojąc ku murom nie ruszało. Jagiełło nie chcąc daleko wpuszczać do obozu nieprzyjaciela, w towarzystwie księcia Witolda, Mazowieckich i innych książąt i panów rady, gdy na bramie zatrąbiono, stanął naprzeciw w świetnym orszaku.
Otworzyła się téż wprędce furta od wrót boczna i wyszedł nią Henryk Plauen w komtura płaszczu, wraz ze stryjecznym swym, kilku Czechami i Szlązakami i z kilku szlachty świeckiéj, co do zamku się schroniła.
Z wielką uniżonością zbliżył się do Jagiełły on i inni.
W téj chwili Kuno, który był z boku daleko zabiegł, uczynił zręczny zwrot, ażeby się mógł dostać za orszak krzyżacki, a że nikt nań bardzo nie zważał, bo wszyscy na komtura mieli oczy zwrócone, udało mu się szczęśliwie zajść i znak dać owemu orszakowi, iż potrzebuje wnijść do nich. Domyślając się jakiegoś poselstwa tajemnego, rozstąpili się szeroko ci, co z tyłu szli, a Kuno wsunął się pomiędzy nich zręcznie, oczekując już tylko szczęśliwego do zamku powrotu.
Tymczasem sprawiał Plauen swe poselstwo, jak mówiono, uniżając się i prosząc króla, ażeby Pomorską, Chełmińską i Michałowską ziemię wziął i jako należące do Polski zatrzymał, pruskie tylko kraje na poganach krwią i pracą Zakonu zdobyte, jemu zostawując.
Wysłuchał téj mowy Jagiełło spokojnie, inni téż ani przerywali mu, aż pierwszy Zbigniew z Brzezia, znać z rozkazu króla, zażądał, aby się nad tém naradzić mogli.
Stał już naumyślnie przyniesiony nieopodal namiot, do którego weszli Krzyżacy, nimby rada się zebrała i coś postanowiła. Kilku ze starszych zostało przy Plauenie, reszta wszyscy zgromadzili się pod innym namiotem, który do Jana z Tarnowa należał, dla obradowania nad tą Krzyżaków ofiarą.
Jagiełło dosyć był chętnym i skłonnym do przyjęcia warunków, lecz zaraz inni występować zaczęli, odzywając się, iż w tém było więcéj zdrady i podstępu i chęci zyskania na czasie, niż szczerości.
— Przyjdzie do zawarcia umów — odezwał się Mikołaj z Michałowa, wojewoda sandomierski, — ciągnąć będą, a gdy porę upatrzą, zerwą je. Idzie im o to, by z Niemiec posiłki czas mieli ściągnąć.
Sędziwój Ostroróg twierdził, że gdy tak uciążliwe dla siebie podają warunki, znać jeszcze gorszych się lękają, które sam zwycięzca będzie dyktował, gdy Malborg siłą opanuje, co rychło nastąpić musi.
Potwierdzili to inni, że twierdza podda się lada dzień, i że widząc to Krzyżacy tak pokornie się proszą.
Krystyn z Ostrowa i marszałek Zbigniew byli tegoż zdania, a choć król milczący inne miał przekonanie, ustąpił. Witold, nie rad się narażać rycerstwu polskiemu, zmilczał. Spytano go o zdanie, rzekł, że z królem trzyma i woli gliniany pokój, niż złotą wojnę, ale się przy swojém upierać nie będzie.
Żywe rozprawy skończyły się tém, iż marszałek Zbigniew z Brzezia poniósł imieniem króla odpowiedź Plauenowi, iż ofiara tego co jest własnością Królestwa za żadną nie może się liczyć ofiarę, iż należało najprzód Malborg zdać, jak się poddały inne zamki, warunków nie dyktować, a na królewską wspaniałość się spuszczając, spodziewać, iż Zakon, jak inne państwa niemieckie uczyniły, szczodrze opatrzy.
Plauen słuchał cierpliwie bardzo odpowiedzi, nie okazując ani zdumienia, ni gniewu, ni wzruszenia.
— Jest-że to ostatnie królewskie słowo? — zapytał cicho.
— Tak jest — odparł Zbigniew — jeśli żądacie szczerze pokoju, dajcie takie warunki, jakie się zwyciężcy należą.
Plauen pomilczał chwilę, skłonił nieco głowę.
— Miałem nadzieję — rzekł — iż król nad losem srodze dotkniętego ulituje się Zakonu. Pokorą przebłagałem gniew niebios, a waszego nie mogłem. Bóg więc uczyni co wola Jego, a mnie nie pozostaje nic nad to, bym się do ostatniéj krwi kropli bronił. Malborga nie zdam po dobréj woli, a ufam Bogu i Opiekunce Jego Matce Najświętszéj, że mnie z niego nie wygnacie.
Dumniejszym niż przyszedł, zawrócił Plauen nazad do wrót, a król dosyć smutny i przybity, do swojego namiotu.
W orszaku komtura szedł już osłonięty jego towarzyszami Kuno, tak, iż nikt tego nie spostrzegł. Serce mu wprawdzie biło, dopóki do furty nie doszli. Tu go popchnięto przodem i znalazł się w ciemném przejściu bezpiecznym o siebie. Znać o nim nie wiedziano i nie strzeżono się, gdyż usłyszał rozmowę, która pewnie dlań nie była przeznaczoną.
Plauena zatrzymał stary komtur idący za nim.
— Bracie Henryku — rzekł głosem poruszonym — Bóg się zaopiekował nad nami, ale wy, wy, jakżeście mogli na sumienie wasze brzemię takie brać i ustępstwo chciéć takie czynić, na które gdybyście już dostojność Wielkiego Mistrza piastowali, gdybyście z kapitułą radzili, a jeden głos padł przeciwny, jużby ich czynić się nie godziło!
Plauen odwrócił się do starego z wielkim spokojem.
— Bracie mój — rzekł — wiedzcie, żem to uczynił dlatego, iż ich znam i wiem, że im większą czyniłem ofiarę, tém pewniejszy być mogłem, że jéj nie przyjmą. Dzisiaj mamy za sobą to, że oni ją odrzucili. Nie śmiałbym im takiego nieść pokoju, gdybym nie wiedział, że w pychę się wbiwszy, odepchną go.
Plauenowi dano znać, gdy wchodzili w podwórze, o pośle z Torunia.
Zabrał go więc natychmiast z sobą na poufną rozmowę.
Na zamku teraz porządek wojenny panował surowy, a ludu było mnóstwo. Znaczniejsza część mieszczan malborgskich schroniła się i koczowała tu pod ścianami, lub po wielkich budynkach na składy przeznaczonych. Na mury wtaczano ciągle kamienie, które z posadzek, ze ścian, z rozebranych budowli ściągano. Ludzie z kolei mieniali się na blankowaniu i pilne mieli oko na wsze strony.
Daleko smutniejszym sobie stan wewnętrzny tego ostatniego niemal schronienia Zakonu wystawiał Kuno, niżeli znalazł w istocie. Plauen był spokojnym i mężnym. Dienheim odniósł mu co powiedziéć miał polecone.
— Nawzajem, jeśli Bóg dozwoli byście się dostali do Torunia, lub do którego z tych zamków, co się jeszcze trzymają, powiedzcie naszym, iż wcale odwagi ani nadziei nie straciliśmy. Mistrz Inflantski ciągnie ku granicy, chcąc się przedrzéć do nas; próżne to usiłowanie: oddacie mu listy, a jeśliby one przepadły, powiecie, by Witolda wyzwał na rozmowę. Oddamy mu Żmudź, niech króla opuści. Sprzedamy dobra w Czechach. Węgrzy napadną na granice polskie, bo Ścibora ujęliśmy osobno. Nie zabraknie więc ani grosza, ani posiłków, ani nadziei. Wytrwać tylko należy, a my na zamku, choćby głodem mrąc, do ostatniego chleba bochenka dotrzymamy.
Wydobycie się napowrót z murów daleko było łatwiejszém niż dostanie się do nich. Nocą straże blizko nie podchodziły ku zamkowi, otwartą więc na przekop furtą tajemną wypuszczono Dienheima, a że go nikt wchodzącego nie widział, gdy z przekopu dobywszy się ukazał późno w obozie i do namiotu Jaśka przyszedł, ledwie się go spytano kędy bywał. Wojsko wczasu wielkiego zażywało i do późna, zwłaszcza u przedniejszych; nieraz się zabawiano przy kubkach, nie trudno więc było i jemu o powieść jakąś, któréj Jaśko uwierzył.
— Gdybym był królem — rzekł — przyjąłbym oddawane ziemie; bodaj dzisiejszego dnia, kiedy nie pożałowali.
Już choć nazajutrz rad się był dobyć ztąd Kuno, pod pozorem, że o dwie mile do Sztumu do Brochockiego chce się dostać, nie było sposobu dnia tego ruszyć, gdyż zamęt był wielki. Szturmowano gwałtownie, a niezbyt szczęśliwie. Krzyżacy uzuchwaleni uczynili wycieczkę w biały dzień ku działom, przy których z kolei straż pełnili Wielunianie. Ci się jéj wcale nie spodziéwając, w koszulach prawie chodzili i oręże poodpasywali. Jak piorun wypadła kupka zbrojnych, która w mgnieniu oka zabrała dowódzcę od dział, kilka ich zagwoździła i nasiekłszy tych, co zbroi wdziać nie mieli czasu, uciekli. Choć im zaraz na kark wsiedli drudzy, niewielka z tego była pociecha, bo ogon tylko wycieczki schwycili, a jeńca odbić nie mogli.
Drugiego dnia, gdy już Kuno z obozu się ruszał, kula z zamku wypadłszy, trafiła w stojący niedogorzały mur kamienicy na miejskich zgliszczach. Właśnie od słońca szukając osłony, siedzieli tam w cieniu żołnierze z chorągwi Janusza księcia mazowieckiego, których mur ów padając, stłukł wielu na miazgę. Wszczynały się téż w obozie choroby, nie z niedostatku, ale ze zbytku pochodzące. Było żywności nadto, a miary u żołnierza niéma, padali więc jak muchy z feber i chorób wszelakich.
Kuno tego wszystkiego się napatrzywszy, sprawiwszy poselstwo, rad był się z obozu wydobyć, a że drogę miał ukazaną i ludzi, u których bezpieczny mógł znaleźć przytułek, miał więc nadzieję, że choć uśmiech od pięknéj Torunianki otrzyma w nagrodę.
Jaśko Sokół przeprowadził go za obozowisko wzdychając.
— Jedźcie z Bogiem — rzekł — żebyśmy i my mogli się prędzéj z pod tych murów wydobyć a w pole pójść nieprzyjaciela gnać, lub stawić mu czoło; dzień-byśmy ten błogosławili i godzinę, kiedyby hasło dano. Cięższa to pono sprawa stać a patrzéć, niż ruszając się a coraz nowego próbując, świat przechodzić.
Ks. Jana już téż nie było w obozie, gdy go Kuno opuszczał. Z dobrą myślą, na odpasionym koniu, bo na żywności nie zbywało, ruszył tedy daléj, wzdychając ku téj, dla której życie, a po trosze i sumienie ważył. Nie miał pono wielkich zgryzot, ani wstydu z tego rzemiosła, które pełnił naówczas nie on jeden, ale mnodzy świeccy i duchowni; jednak rycerskie słowo czasem się przypominało z wątpliwością, czy mu się nie sprzeniewierzył. Broni byłby do rąk nie wziął pewnie, a służyć tym orężem daleko potężniejszym, wcale się nie wahał. Sprawa krzyżacka wydawała się wielu naówczas jak jemu, sprawą cywilizowanego świata, dla któréj wszystko czynić było wolno, co bezkarnie było możliwém.

∗             ∗

Wincenty z Granowa, kasztelan Nakielski, siedział z ramienia królewskiego na zamku toruńskim, a miasto i mieszczanie silili się na zjednanie go sobie, ugoszczenie i przyjęcie. Słynęły naówczas toruńskie panie i z wdzięków i ze śmiałości swéj w obejściu, którą może panowaniu krzyżackiemu winne były.
Rycerstwo, które pan kasztelan przywiódł z sobą, równie jak on sam wczasu zażyć i dobréj myśli żądne było.
Na zamku, który Polacy zastali zaopatrzonym tak obficie jak wszystkie inne krzyżackie, życie się wiodło wesołe. Od nieprzyjaciela nie było się czego obawiać, bo zwycięzkie wojska urok jeszcze miały za sobą siły, z którą tu przyszły, przed którą wszystko padało na twarz w pokorze. Lada chwilę oczekiwano poddania się Malborga, a Gdańsk przyrzekł uroczyście, że tegoż dnia, gdy zamek główny będzie wzięty, i on swe bramy otworzy. Mało co pozostawało przy Zakonie. Można więc było spocząć po znoju rycerskim i popuścić pasa. Zdawało się jakby umyślnie te wszystkie zamki zdobyte, tak były zaopatrzone obficie, aby z nich każdy stał się dla Jagiełłowych Kapuą. Łupami ładowano wozy, dzielono je między czeladź obozową, obrazy, rzeźby, naczynia srebrne i złote wysyłano do Polski, a śpiżarnie karmiły żołnierza aż do zbytku, aż do rozpieszczenia.
Witold już skarżyć się poczynał na to, że lud jego nienawykły do takich rozkoszy, chorował ze zbytków i marł z dostatku; wypraszał się téż dlatego, aby znowu Tatarów swych i Litwę a Ruś na chleb i wodę odprowadzić do domów.
Pan Wincenty z Granowa, zawołany rycerz, który i poza granicami bywał i nie w jednym kraju kopie kruszył, bił się jeszcze dobrze, choć mu już na koń czasem siąść bywało przytrudno. Siadłszy jednak (we zbroi go podsadzano), trzymał się mocno i siekł zajadle. Dla swoich był dobrym bratem, kochali go téż, od króla począwszy aż do ciura wszyscy, za to nadto pozwalał pono i drugim i sobie. Pobożny, kajał się i spowiadał często, kościoły darzył, jałmużny sypał, ale broił na ten rachunek również nie skąpo. W polu, o suchym chleba kawałku wytrwać, popiwszy wodą, nie było dlań nowiną; za to gdy do misy i dzbana się przysiadł, rzadko mu kto podołał. Z bratem swym panem Mikołajem we dwóch zjadali o południu cielę całe, nie licząc tego, co się drobniejszego przytém znalazło. Nieckę gruszek między obiadem a wieczerzą przy szklanicach zmieść — było mu łatwo. Choć mówił sam, że siły nieco stracił, podkowy łamał lekko, co naówczas nie było dziwném, bo siostrzenica Jagiełły, panna w kwiecie wieku, także się w ten sposób zabawiała.
Homeryczne więc uczty sprawiano na kuchniach krzyżackich w Toruniu, a że tu na zagranicznéj przyprawie nie zbywało, smakowano wielce za stołem obfitym i wymyślnym. Młodzież podpiwszy nie wytrzymała bez skrzypka, kobzy i ladajakiéj muzyki; przy téj téż bez płci białéj taniec nie wesoły, musiano panie mieszczki zapraszać. Było tego w Toruniu dosyć, powdowiałych po żołnierzu, który padł pod Grünwaldem. Opłakawszy sieroctwo, młodsze myślały o życiu. Inne przez wielką politykę pragnęły ująć serca zwycięzców, nie było więc dnia bez uczty, a wieczora bez tanów. Nie było téż dnia bez waśni i sporu hałaśliwego, ale ten się przy kuflu załatwiał. W najgorętszym razie pan z Granowa pozywał przed się poróżnionych i godził skutecznie.
Życie więc tu upływało tak mile jak w raju, i mało kto do powrotu wzdychał, chyba młodą żonę zostawił i dzieciaki drobne. Z toruńskich mieszkańców wszyscy niemal pozostali przy domach i godzili się z przeznaczeniem. Ci, którym panowanie krzyżackie nie było do smaku, nowym bogom kłaniali się, jak biskup kujawski; inni godzili się z przeznaczeniem. Pana kasztelana Nakielskiego i jego rycerstwa łaski sobie zaskarbić szczególniéj starała się starszyzna. Pomimo, że dla swoich dobry był jak baranek i łagodny, to łamanie podków odzywało się w jego charakterze; sprzeciwieństwa nie lubił i łamał je téż bez litości. On, co żołnierza swojego, gdy go kamień z murów padający przytłukł, jak dziecko pielęgnował, jeńców krnąbrnych ścinać kazał i patrzał na egzekucyą gruszki jedząc z niecki, jak gdyby na igraszkę. Przytém ucztowanie szło swoją drogą, a karność i czujność się nie zaniedbywała. Na zamku szło wszystko aż do zbytku porządnie i pilne oko miano na ludzkie obroty.
Dwóch podejrzanych, przy których pisma jakieś znaleziono, pan kasztelan brevi manu powiesić kazał. Wydał potém ciała ich krzyżakowi wikaryuszowi przy kościele Ś. Jana i pochować je polecił przystojnie.
Obawiano się więc pana z Granowa, i może dlatego mu wspaniałe uczty sprawiano. Szczególniéj na nie silił się burmistrz Werder, któremu i o miasto szło i o siebie, aby obojga mógł oszczędzić. Werderowska kamienica nie ustępowała domowi pani Noskowéj. Wprawdzie i tu z razu przychowano kosztowności po lochach, gdy Toruń zajmowała załoga nowa, powoli jednak gdy się przekonano, iż rabunek żaden nie groził, wychodziło to nazad na stoły i do szaf, bo się chciano przed szlachtą z zamożnością mieszczańską pochlubić.
Werder był zarazem kupcem, znaczny handel prowadzącym z Flandryą i Anglią suknami i wyroby tkanemi, których Zakonowi dostarczał. Poważny to był mąż na oko, szczery i otwarty z pozoru, lecz niezmiernie przebiegły. Oszukać go nie mógł nigdy nikt, a mało kogo on w pole nie wywiódł.
Twarz miał tak otwartą, śmiejącą się, jasną, słowo tak obfite, iż zdało się każdemu, że wszystko co w sobie ma, wypatrzy i wygada. Nigdy wszakże nie powiedział więcéj niż chciał i był powinien. Werderowi z Zakonem dogodnie było, szczerze téż doń przywiązany w duszy, dla nowych panów zdawał się mimo to najszczerszym sługą. Kasztelan nakielski lubił go i ufał mu wielce, bo rozkazy jego spełniał w mgnieniu oka, a oprócz tego grzecznościami obsypywał.
Każdego dnia Werder był na zamku, czasem i po dwa razy, a niekiedy się z rycerstwem zabawiał, cum debita reverentia. W domu sama jéjmość, matrona poważna i trzy córki w kwiecie wieku, świeże, silne i hoże, tak śpiewały jak ojciec zagrał. Umiały być smutne i nieprzystępne gdy skinął, lub miłe i wdzięczące się, gdy tego była potrzeba. Były to piękności, których całym wdziękiem zdrowie i młodość; lecz rycerskiéj młodzieży, poprzybierawszy się bogato, stały za trzy gracye, zwłaszcza że humoru były wesołego i żarty lubić się zdawały.
Nie chował ich wcale Werder, chodziły i do kościoła i po ulicach, a pono nawet z ojcem i matką na zamku gościły. Uznał wreszcie burmistrz właściwém, kasztelana miéć u siebie i ucztę mu sprawić, co przedniejszych jego towarzyszów zapraszając.
Z mieszczaństwa nie było nikogo, a z kobiet tylko domowe, które się gospodarstwem zajmując do stołu nie siadały. Wybrano dzień niepostny, aby mięsiwem nakarmić razem i rybami.
Naprzeciw kasztelana i jego rycerzy wyszedł do pół rynku Werder, czapkę trzymając pod pachą i wprowadził do wielkiéj izby na dole, umyślnie przybranéj, obwieszonéj suknami, wysłanéj od progu szkarłatem. Wedle obyczaju, dwóch błaznów, choć niemieckich, stało w progu, by, jeśli nie mową, to ruchami szanownych gości rozśmieszać.
Stół był zastawiony choć na dwa razy tyle osób, misami jedna przy drugiéj, a po tém pierwszém daniu, jeszcze dwoje nastąpić miało. Konwi na stole z winami, miodami, więcéj było niż potrzeba. Zasiadło więc gwarno rycerstwo, a pan kasztelan na pierwszém miejscu. Dopiéro nadeszła jéjmość z córkami powitać go i zaprosić, aby jadł smaczno co Bóg dał. Werder téż nie siadając, nad stołem czuwał.
Gdy chłopcy wodę i ręczniki obnieśli dokoła, a ręce umyto, wszczął się szturm do mis okrutny, tak, że wkrótce gołe stały, a kości pod stołem (taki był obyczaj wówczas) leżało podostatkiem przy każdym.
Nalewano kubki, ochoczo zabawiali się wszyscy, ale gospodarz z tego mało co zrozumiał. Błaznowie wyprawiali trefne żarty na migi i miny stroili, aby gości rozśmieszać.
Przyszło drugie danie, potém i trzecie ze słodkiemi potrawy, i owoce domowe i obce, a wina téż nie skąpiono. Kiedy niekiedy z miską jaką w ręku, coś osobliwego zawierającą, albo Werderowa lub jedna z córek się zjawiała, a te oczyma przy stole siedzący jedli cmokając.
Panny były, prawda, rąk potężnych, kształtów dużych, rozrosłe silnie, ale świeże jak krew z mlékiem, a śmiejąc się, pokazywały rzędy zębów białych, jak perły w malinowéj ust oprawie. Przytomność ich rozweselała dziwnie rycerstwo.
Trwała biesiada do mroku niemal, lecz w ostatku już przy dzbanach tylko; trzy obrusy zdjęto z trzema daniami, ostatni, który został, szyty był misternie i najpiękniejszy. Na nim misy z migdałami, figami, rodzenkami i orzechy, z cukrem w kawałkach małych, imbirem i innemi łakociami, stały już tylko obok dzbanów i flasz. Rozweselone umysły odzywały się śmiechy i śpiewami.
Kasztelan zjadł i napił się tak obficie, iż trochę czuł potrzebę drzémki, ale ta go nigdy na długo nie napadała. Kilka razy oczy zmrużyć, dosyć mu było.
W drugiéj izbie siedziały panie, a była obszerna téż i do niéj wnijść nikt nie bronił. Więc młodsi radzi tam byli zajrzéć, do trzech panien burmistrzówien. Kasztelanowi téż myśl ta po drzémce przyszła i ruszył się z za stoła, a za nim kilku ochoczych, by pani Werderowéj podziękować.
Już na próg wchodzili, gdy, jakby ich co olśniło, stanęli wszyscy nie śmiejąc go przestąpić.
Pani Werderowa gospodarzyła jeszcze około dzbanków, wydając je służbie, trzy panny stały z boku, ale wydawały się teraz patrzącym na nie, jakby nagle pobrzydły i zgasły. W pośród nich stało strojne dziewczę, w sukni jedwabnéj z grubéj tkaniny, podpasanéj złocistym paskiem sadzonym, u którego wisiała złotem téż szyta torebka.
Suknia u góry wycięta, a bramowana bogato, obwiedziona była białym rąbków puchem. Na ślicznéj szyjce wspaniały łańcuch dwa razy się zwijał i spadał na piersi, ze zwieszoną przy nim balsamką rubinami sadzoną. Rozpuszczone włoski kręcone, świeciły jak jedwab, a mocniéj stokroć oczki figlarne i usta maluczkie, ściągnięte, z wyrazem dumy i szyderstwa. Z pod rękawów rozciętych i zwieszonych sukni, białe, przezroczyste, drugie, pospinane sznurkami złotemi, wystawały, obejmując maluczką rączkę, całą w pierścienie okutą.
Strojne to dziewczę nie miało a przynajmniéj nie zdawało się miéć lat więcéj nad kilkanaście, lecz śmiało patrzało, nie zlęknione, na wchodzących rycerzy, choć oni widokiem jego zdawali się rażeni. Pan z Granowa patrzał i patrzał, a nie miał odwagi iść daléj.
— Wygląda jak królewna! — rzekł do Dobka z Włoszowéj, który przy nim stał — ale któż to jest? Czy czwarta dziewka tego Werdera?
Skłonił się w téj chwili, wysuwający się z drugiéj izby burmistrz i tym językiem, jakim się był zwykł tłómaczyć, przedstawił Illustrissimo et Excellentissimo Domino... córkę kupcowéj, sąsiadki swéj, znakomitéj pani Barbary Noskowéj, szczególniéj sławiąc ją z tego, że językiem polskim mówić umiała.
Zaleciła się ona już, nim otwarła usta, samą swą powierzchownością rycerzom, którzy uwielbienia nie tając, jedni drugich do drzwi ciągnęli, aby to cudo wszyscy mogli oglądać.
Ofka stała tak, wystawiona na oczy ciekawe mężczyzn, wcale nie pomieszana, uśmiechając się z pewną dumą.
— Prawdziwy ogród różany! to wasze miasto Toruń — odezwał się kasztelan — takie u was kwitną kwiaty...
— A wy ten ogród nielitościwie depczecie — przemówiła Ofka, zbliżając się z pokłonem do kasztelana.
— Uchowaj Boże! — rozśmiał się kasztelan — grzechby był i wina okrutna; przyszliśmy owszem oczy i serca nim nacieszyć. Z niewiastami wojować nie myślimy.
Urywana rozmowa, do któréj ten i ów rad się był słówkiem wmieszać, poczęła się w małém kółku.
Ofka strzelała oczyma, a gdzie ten strzał padł, to do serca trafił. Werderówny podobały się tém, że wedle polskiéj pogadanki, wyglądały „jak łanie,” ta znowu, że do królowéj była podobną i pańską miała postać, a gdy usta otwarła, zdumiewała słowem swobodném i rozumném.
Oczarowani nią wszyscy, byliby stali, patrząc do jutra, gdyby piękny ten gość, ledwie się pożegnawszy, nie uciekł i nie schronił się gdzieś, w głąb’ domu. Posypały się pytania gradem, kto była i co za jedna. Werder rozpowiadał szeroko o zamożności, bogobojności, dostojności pani Noskowéj, stokroć więcéj niż sam o nich trzymał. A gdy po owéj uczcie rozeszli się goście i pan kasztelan na zamek powrócił, unieśli z niéj wspomnienie najżywsze owego niespodziewanego zjawiska.
Wielu się nadaremnie pozawracały głowy.
Było to w przeddzień powrotu pani Barbary Noskowéj, która na drodze się z ks. Janem spotkawszy, dowiedziała się o córce, i brata téż wziąwszy z sobą, szczęśliwie znowu pod Jelenia zawinęła.
Matka i córka długo się w objęciach trzymały, pierwsza nie miała siły wyrzutów czynić, druga czuła, że nigdy jéj do macierzy tak, jak teraz serce nie biło. Popłakały się obie. Poczciwy ksiądz wyprosił się zaraz i uszedł dla modlitwy i spoczynku. Z nim téż obu jéjmościom nie na rękę było. Żadne mniéj nie rozumiało się i nie godziło rodzeństwo. Ks. Jan Krzyżaków nie lubił, surowego był obyczaju mąż i cały w Bogu; Noskowa i córka jéj kochały Zakon jak siostry i na wszystko dlań były gotowe.
Matka nie ustępowała w tém córce, mniéj tylko miała odwagi.
Przy ks. Janie szczerze się nawet rozmówić nie śmiały, lecz gdy odszedł, nie mogły sobie nawzajem dość naopowiadać o wszystkiém. Noskowa płakała nad losem Zakonu, mając go za zgubiony; Ofka żyła nadzieją. Trwały szepty i narady do północy, aż się rozeszły w zgodzie, a córka, jak zawsze, nawróciła matkę i wpoiła jéj co chciała, nadewszystko to, że Polaków zdradą tylko i chytrością podejść można.
Doniosła téż o Dienheimie, za którym matka była zawsze. Uśmiechało się jéj owe grafstwo, choć się do tego przyznać nie chciała, choć niby niém pogardzała.
— Tyle dobrego — szepnęła Ofka — że teraz mi służyć musi, a jeśli głowę całą wyniesie, a wojna się skończy, znajdzie się czém go odprawić, lub... zobaczymy. Śpieszyć się niéma czego.
Kilka dni upłynęło; jednego wieczora zapukano do drzwi, Kuno na górze się zjawił, ale zastał matkę samą. Pani Barbara chłopca dosyć lubiła, a nawet oczyma doń strzelała, choć on tego nie zdawał się rozumiéć.
Kazała mu przy sobie siąść i wina przynieść. Ofka téż dowiedziawszy się o nim, zeszła z góry, nie zadawszy sobie pracy, przybrać się dla niego.
Porwał się Dienheim, zobaczywszy ją: przyjęła go zimno.
— Byliście w Malborgu?
— Tak jest — odezwał się Kuno — i w obozie królewskim i na zamku w Sztumie.
— Cóżeście przynieśli?
— Zlecono mi wiele, nie darmom głowę niósł, to dosyć.
Ofka się zarumieniła.
— Myślicie tu siedziéć?
— Gdy powrócę od Mistrza inflantskiego, do którego jutro ruszę.
— Malborg się nie podda?
— Ani się podda, ani go zdobędą... w obozie choroby. Rycerstwoby powracać rade, król znużony.
Słuchały kobiéty, a Kuno szeroko opowiadał po swojemu. Dorabiał się w ten sposób łask dziewczęcia, które o czém inném myślało. Noskowa wychwalała Dienheima, Ofka milczała. Próżno się o dobre słowo przymawiał.
— Śpieszcież do Mistrza, jeśli doń poselstwo macie — dodała w końcu — wypoczywać długo nie potrzebujecie. Teraz i godzina znaczy.
Chciał Kuno odwiedzić ks. Jana. Ofka za wychodzącym wybiegła, palce trzymając na ustach.
— Lepiéjbyś go nie widział — rzekła — lepiéjby nie widział was. Jego serce w polskim obozie. To święty człowiek, ale nie nasz.
Odprawiono więc hrabiego na dół, pod opiekę Wolffa, a nazajutrz dostarczono mu przewodnika, tego samego starego człeka, który Ofce towarzyszył, i z rana Kuno puścił się w drogę.
W kilka dni potém, w domu pani Noskowéj, takie same czyniono do uczty przygotowania, jak u Werderów. Trochę kobiecéj próżności było w tém, aby gorzéj się nie pokazać od burmistrza; więc między strachem wydawania się z bogactwy, któreby łakomstwo obudzały, a dumą kupcowéj, aby domowi honor uczynić, środek wybrano. Kasztelan nakielski przyjął zaproszenie z ochotą.
Przybrano dom, w co tylko było można, choć Wolff się obawiał i mrucząc przeciwił. Noskowa sama przywdziała strój najbogatszy i wszystkie swe najcięższe łańcuchy, najdroższe manele, tak, że z trudnością pod ciężarem tych klejnotów poruszać się mogła. Chciała być piękną, i istotnie byłaby zgasiła inne mieszczki, gdyby nie córka. Ofka na ten dzień przybrała się skromniéj, lecz z przemysłem wielkim. Stała u zwierciadeł, probując co jéj najlepiéj było do twarzy, zmieniała przybory, dodawała, darła: wreszcie gdy wyszła, z wianuszkiem różanym na skroni, matka się sama z radości i zazdrości razem zapłoniła.
— Ja będę dziś podczaszyną — zawołała — ja kasztelanowi naléwam! Wzrok jéj zaiskrzył się, oczy błysnęły i padły na balsamkę zawieszoną u szyi. Matka tych słów nie zrozumiała i pocałowała ją w czoło.
Uczty się zwykle owych czasów o południu poczynały, więc nim wydzwoniono u Ś. Jana godzinę, kasztelan już z zamku jechał z drużyną, wszyscy strojni w co kto miał najlepszego.
Noskowa w jedwabiach i łańcuchach, z czółkiem perłami szytém na głowie, czekała we drzwiach z córką i prowadziła gości na schody.
Pierwszego dnia dziwiono się Ofce, teraz poszaleli wszyscy, pierwszy pan z Granowa, który oczów od niéj oderwać nie mógł, a ona mu się téż sama wzięła służyć, kąski podawać i kubek nalewać. Inni szczęśliwi byli z wejrzenia Noskowéj, któréj wdzięki téż niepoślednie czyniły wrażenie na młodzieży.
Gdy u Werderów lekkie wino zrazu naléwano i głowy długo były swobodne, tu starym sektem uraczono tak gości, że przy pierwszém daniu sobie podchmielić musieli. Ochoczo téż niezmiernie biesiadowano, dziwiąc się tylko wielkiéj zamożności panów kupców toruńskich i wyszukanym przyprawom zamorskim, których drudzy domatorowie i z imienia nie znali.
Ofka służyła z pilnością wielką kasztelanowi, który sarninę i ryby tak żarłocznie zajadał, iż, gdyby nie wino, na najlepsze kąski pod koniec, jużby mu sił niestało. A przy każdéj misie naglono do picia, i wino było tak przednie, iż się samo do ust prosiło.
Pod koniec rycerskie pieśni chórem śpiewać zaczęto.
Kasztelan zmordowany, czerwony, pot z czoła uznojonego ociérał i rad był, gdy ostatnie danie z obrusem zdjęto, a pod spodem na podziw gości ukazał się jedwabny, którego brzeg perłami był oszyty.
Rycerstwo patrząc nań szemrało, że chyba do kościoła się godził.
Kubek po kubku wychylał z rąk Ofki kasztelan, bo go po korzennych przyprawach pragnienie okrutnie paliło... Już pod wieczór uczuł się z niepomiernego ucztowania jakoś koło serca nie dobrze, pożegnał więc gospodynie i całe z nim rycerstwo na zamek pociągnęło.
Aż do drzwi i za wrota nawet sama Noskowa odprowadzała, dziękując za cześć domowi jéj wyrządzoną.
Tak wszystko szczęśliwie się skończyło, z niemałą zazdrością Werderów, którzy w wystąpieniu Noskowéj chęć zaćmienia siebie upatrywali, a wkradnięcia się w łaski pana kasztelana.
Nazajutrz rano Ofka niespokojna, oka nie zmrużywszy w nocy, po tylu hałasach i zmęczeniu, wstała wprzódy niż matka i chodziła po domu wyglądając jedném to drugiém oknem w ulicę, ku zamkowéj stronie.
Kilku konnych przebiegło rynek, kilku pieszych z zamku i na zamek śpieszyło, z jakiémś pomieszaniem.
Gromadki mieszczan poczęły się tu i owdzie zbiérać, a ktoby był pilno na nie uważał, dostrzegłby łatwo, że ku oknom kamienicy Noskowéj ostrożnie wskazywali palcami. Lecz jak skoro kto z załogi ukazał się zdala, pierzchało wszystko. Cisza jakaś złowroga panowała w mieście.
Ofka widziała jak Werder pobiegł do zamku.
Rynek się wreszcie przywożącemi na targ zboże ludźmi i stającemi około wagi i miary miejskiéj wypełniać zaczynał. Ks. Jan wyszedł ze mszą do kościoła. Ofka została w domu, udając spokój, ale widocznie pomieszana i wzruszona.
Około dziesiątéj Werder się ukazał w rynku, idący od zamku ze spuszczoną głową. Spojrzał na kamienicę, zawahał się, oglądał i wpadł do niéj. Ofka chwyciła chustkę, któréj już od kilku miesięcy nie szyła i siadła jak do roboty.
Drzwi się otworzyły; wszedł Werder, ale z głową spuszczoną i posępny.
Stanął w pośrodku, jakby nie wiedział co pocznie: włosy gładził i wzdychał. Ofka rzuciwszy chustkę podstąpiła ku niemu.
— Nieszczęście się stało — rzekł zcicha.
Dziewczę pobladło.
— Kasztelan obżartuch... kto go wié, nadto jadł pewnie: coście mu wczoraj dawali? Zachorował; nicby nie było, ale księdza już sprowadzał; czuje, że nie wyżyje, tak go we wnętrznościach pali.
Spojrzał na Ofkę, któréj blade lice pokrył rumieniec.
— Jadł dużo, pił wiele — rzekła obojętnie — przecież drudzy to co i on jedli i pili, a zdrowi chodzą? Któż winien?
— Kto mu wino naléwał? — cicho odezwał się Werder — ciągle woła w chorobie, że go w winie otruto!
Ofka uderzyła w dłonie i brwi zmarszczyła strasznie.
— Ja samam wino mu naléwała! nie zapiéram — rzekła.
Na te słowa nadbiegła Noskowa z rękami załamanemi.
— Niepoczciwi ludzie głoszą, żeśmy wczoraj struli kasztelana! — krzyknęła z lamentem wielkim — niepoczciwi ludzie!
— Z nimi ani się kłócić, ani się całować — szepnął Werder — i tak źle i tak nie dobrze. Rady niéma. Kasztelan niezły był człowiek; kto wié, kogo po nim dadzą.
Jeszcze wyrazów tych nie dokończył, gdy we dzwony uderzono u Ś. Jana i wszyscy zamilkli osłupieni. Poznać było łatwo, iż dzwoniono po umarłym.
Ofce zrobiło się słabo; ujęła poręcz krzesła, zatoczyła się i siadła.
Werder postąpił do okna.
W rynku stała kupa ludzi z głowami ponachylanemi; opowiadali jedni, słuchali drudzy. Środkiem konnych kilku we zbrojach jechało zwolna do zamku z podniesionemi przyłbicami, z pod których twarze widać było posępne i groźne.
— Kasztelan musiał umrzéć — szepnął Werder.
— Czy wy płakać po nim będziecie? — ozwała się Ofka. Miły Panie! a toż cieszyć się chyba, że ich ubywa.
Przestraszona Noskowa łamiąc ręce chodziła po izbie. Wtém z kościoła wracający, w progu ukazał się ksiądz Jan blady i zmieszany wielce.
— Nieszczęście wielkie! — zawołał — i pocóż to na nasz dom spada!? Pan kasztelan umarł nagle, wołając ciągle, że został otruty. Wczoraj tu był na biesiadzie, o Boże mój! taka plama na nas! na dom ten!
— Szczęściem — odezwała się Ofka — nie on przecież sam u nas biesiadował, byli z nim drudzy a żyją.
Ksiądz załamał ręce w milczeniu. Werder stał osłupiały, Noskowa drżała, jedna Ofka odzyskawszy już przytomność, z twarzą zaognioną zdawała się raczéj rada temu, co się stało, niż strapiona.
— Wysłano już do króla — zawołał ks. Jan — na zamku popłoch niewypowiedziany. Jedni się odgrażają, trwożą drudzy: cóż my poczniemy?
— Nikt nie będzie śmiał na nas rzec słowa! — odezwała się Ofka — byleśmy my sami, trwożąc się do zbytku, nie dali im powodu.
Codzień umiérają ludzie, a przy biesiadzie śmierć za ławami chodzi.
I głową potrzęsła obojętnie.

∗             ∗

Szumiący gaj osłaniał nad brzegiem rzeki rozłożone naprędce obozowisko. Z wetkniętych u namiotów chorągwi obliczyć było łatwo, iż ich więcéj nad dwanaście nie było, ale uzbrojeniem swém wydawały, że je wybrano z najcelniejszych, które pod Zyndramem u Grünwaldu walczyły. Żołnierz to był stary, wyćwiczony i tak okuty żelazem, że cudzoziemskim i krzyżackim zaciągom mógł stawić czoło.
Pod innemi walczył lud równie mężny, ale pośledniéj opatrzony w oręż, o który naówczas nie było łatwo. Płatnerze domowi kuli wprawdzie ciężkie zbroje, lecz one i ramionom były do dźwigania nie łatwe i nie każdemu oparły się ciosowi. Przedni rycerz sposobił się za ostatni grosz w zbroję lekką a twardą, co się cięcia i pchnięcia nie lękała. Takiemi właśnie okryci byli ci, co u brzegu rzeki pod drzewy spoczywali, wysłani przez króla, pod dowództwem Witoldowém, aby przeciąć drogę Mistrzowi inflantskiemu Henrykowi, który z kilkuset przedniejszymi braćmi, w pomoc oblężonym śpieszył.
Witoldowe wojsko zasłabe było, ażeby temu doborowi Inflantczyków skuteczny opór stawić mogło. Szły więc Zyndramowe chorągwie, ciesząc się walką zawczasu.
Namiot ks. Witolda stał opodal na wzgórzu, a obok niego, w wykopanym dole naniecono ogień i czeladź obracała przed nim pieczeń sarnią na stół pański, aż z lasu ukazał się herold. Wojsko, które odpoczywało, gdy na skraju ujrzano konnego posła, powiewającego chustą, całe niemal się zerwało, bo nikt w blizkości nieprzyjaciela się nie spodziewał, a herold zdawał się go zwiastować. Na tarczy miał jakieś godła niemieckie rogate i szachowane, których nikt nie znał. Konia zatrzymał, pobiegł do niego od obozu starszy i długo czekano, nim nakoniec poprowadzono go do Witoldowego namiotu.
Samemu księciu wcześnie dano znać, stał więc w pogotowiu na przyjęcie.
Tu i owdzie w obozie odzywały się głosy niechętne, żeby zamiast bitwy nie przyszło do jakich układów. Szemrano, że kawał drogi napróżno odbyły chorągwie, gdy nie spotkawszy się z nieprzyjacielem, na heroldów trafiło. Zły to był znak.
Herold przed namiotem miał rozmowę z Witoldem, lecz jéj nikt słyszéć nie mógł. Dano potém posłowi przewodnika, aby sobie spokojnie nazad szedł, co téż nic nie znaczyło dobrego.
Ledwie skosztowawszy, co mu jeść podano, książę o konie wołał, żadnego z dowódzców polskich z sobą nie wziął, tylko dwóch swoich i czeladzi kilku i w las jechał.
To już było najgorszym ze wszystkich znaków. Po wojsku chodziła wieść, że na rozmowę był wezwany książę od Mistrza Hermana, który z Inflant ciągnął, a przeciw któremu wojsko było wysłane.
W istocie, o godzinę drogi, w miejscu odludném, czekał orszak Krzyżaków na ks. Witolda. Nie był on liczny. Wielki Mistrz, dwóch komturów, jeden duchowny, czeladzi i knechtów kilku.
Pozsiadawszy z koni, siedzieli pod dębami oczekując, gdy Witold się ukazał. Mistrz Herman pierwszy wstał. Mnich to był więcéj, niż żołnierz, mężczyzna słuszny, cienki, nieco pogarbiony, z twarzą i oczyma przebiegłości pełnemi. Gdy w gaju ukazał się Witold, który konia wstrzymał i zbierał się zsiąść z niego, Wielki Mistrz pośpieszył ku niemu, wyprzedzając i nadążył, gdy jeszcze jedną nogę miał w strzemieniu.
Z pokorą wielką skłonił głowę. Książę dumnie witał, lecz uprzejmie. Znali się z widzenia i ze sławy i z sąsiedztwa nie zawsze przyjaznego.
— Wasza Miłość i ja — odezwał się Herman — nie potrzebujemy świadków, ani słuchaczów rozmowy, Odejdźmy nieco, abyśmy swobodniejsi byli: spodziewam się, że długą nie będzie.
— Słucham was — rzekł Witold — choć nie wiem, czy już rozmowa na dobie, gdy oręż z sobą mówić począł.
— Na dobre słowa czas jest zawsze — mówił Mistrz z wielką łagodnością i przymileniem. Zaprzysięgliście więc zgubę Zakonu?
— Radzibyśmy być w zgodzie, ale... — począł Witold.
— Nie marnujmy słów — ciągnął Mistrz — króla Jagiełły sprawa a wasza, dwie są oddzielne, po co je łączycie? Mówię dla W. Miłości, nie dla króla. Mnożycie jego potęgę, aby wam więcéj ciężyła? Pomagacie jemu, gdy winnibyście myśléć o sobie? Kto wam zapłaci straconych ludzi, wylaną krew? Gdy Zakonu niestanie, król znajdzie powód obrócić się na was. Czyż tak nie bywało?
— Ale dziś jest inaczéj — odezwał się Witold.
— A! do czasu! — mówił łagodnie Mistrz — jam się tu zbliżył umyślnie, nie dla wojny, pokój niosę i wam i królowi nawet. Chcemy go szczerze. Złamaliście nas, potrzebujemy czasu, aby klęski jak rany się pogoiły.
— Czegóż chcecie? co dajecie nam? — rzekł Witold.
— Ja wam przynoszę Żmudź waszą, oddajemy ją, nie królowi, ale wam, za to tylko, abyście od Jagiełły odeszli i nie pomagali do zupełnéj zagłady chrześciańskiego, szpitalnego Zakonu.
Witold uśmiechnął się trochę szydersko.
— Szpitale dziś przemieniły się w śpichrze, a Zakon w pułki.
— Któż nas zmusił do tego? Niesiemy światło, tamujecie nam drogi.
— Cóż więcéj? — spytał Witold nieco niecierpliwie — co więcéj?
— Słyszeliście, dajemy wam Żmudź waszą.
— Któż ją oddaje?
— Zakon.
— Plauen może zaprzeczyć.
Potém Herman zwrócił się twarzą ku ludziom, których opodal zostawił.
— Oto tam stoi człowiek, wysłany do mnie z Malborga.
W orszaku Mistrza był Kuno Dienheim.
— Dajemy wam Żmudź, ofiarujemy wam przymierze stałe, przyjaźń i wdzięczność wieczną.
Witold się zadumał; spostrzegłszy wahanie, Krzyżak mówił daléj coraz natarczywiéj:
— W. Miłość nie odrzucaj tak mojéj ofiary, jak król Jagiełło odepchnął Plauena: bogdajbyście tego nie żałowali. Pomóżcie mi do króla się dostać, dojść do Plauena, a i z Jagiełłą pokój stanie.
— Rozmowa tak poczęta, przerwana na chwilę, kilka razy zawiązywana nanowo, skończyła się po dwóch godzinach szepty cichemi: Witold milczał, Mistrz mówił, nacierał, dowodził, i z weselszą twarzą nareszcie księcia pożegnał.
Oba orszaki potém rozjechały się szybko, każdy w swoją stronę, a Witold biegł do obozu, do którego wrócił przed wieczorem. Oczekiwano go tu z niecierpliwością wielką. U namiotu stał Krystyn z Ostrowa i kilku starszyzny, których Witold, jakby pomieszany, skinieniem głowy powitał.
Znano go, że mówić długo nie lubił, ani się był zwykł ze swych czynności tłómaczyć. Nie rozwodząc się nad tém, dlaczego tak postanowił, oznajmił, iż jutro Mistrza inflantskiego sam przewiedzie do króla.
— A chorągwie tu pozostaną? — zapytał Krystyn, rzucając okiem ciekawém na księcia.
Witold odparł jakby zmuszony:
— Wyrobiłem to na Mistrzu, iż wojsko swe odeśle do Balgi i Brandenburga, sam tylko w pięćdziesiąt koni jedzie ze mną. Chorągwie do obozu wracają.
Krystyn skłonił głowę, nie rzekł nic, a ks. Witold wszedł do namiotu.
Nazajutrz rano, przez swego herolda poprzedzany W. Mistrz zjawił się nad Passargą. Obóz zwijano niechętnie. Wyprzedzał go ks. Witold z Mistrzem Hermanem.
Pod Malborgiem dziwnie się szczęściło i niepowodziło na przemiany. W wojsku opowiadano różne sprawy nie do wiary, które potrosze ducha odejmowały. Zdala, na wysokim zamku, na ścianie kaplicy Ś. Anny, widny był całemu obozowi olbrzymi ów obraz Matki Boskiéj, na tle złocistém. Gdy w tę stronę, na zamek, kierowano działa, mówili ludzie, że pękały.
W wojsku szerzyły się wieści, że ten obraz sam zamek obraniał, i że on nie może być zdobytym, póki go ta patronka broni.
Przedłużone oblężenie wszystkich zarówno nękało, najgorzéj pono Szlązaków i Czechów zaciężnych, których na zamku dość było. Niemało ich téż i w polskim znajdowało się obozie. Często w godziny odpoczynku, trafiało się obyczajem ówczesnym, że jedni pod murami stojąc, drudzy na murach, rzucali ku sobie słowami i wojowali żartami i łajaniem; nieraz téż poznawano się wzajemnie, bo ci, co przed rokiem walczyli w jednéj chorągwi, ramię z ramieniem u króla Zygmunta, znajdowali się teraz przeciwko sobie jako nieprzyjaciele.
Tak się właśnie poznali Czesław i Masław, dwaj Czesi, jeden z królewskiego wojska, drugi z krzyżackiego. A byli starzy przyjaciele i z jednéj ziemi od Bolesławia.
Ruszyli ramionami zrazu, patrząc na siebie i pokiwali głowami.
Potém nocą raz, gdy Czesław stał na straży, podszedł Masław pod mur, rozpoczęli rozmowę pocichu.
— Macie co jeść? — spytał Masław.
— Jest jeszcze dosyć i pić téż — odparł Czesław.
— Będziecie się trzymali?
— Pewnie, posłali po posiłki do Niemiec; licho ich nie weźmie: pieniędzy huk.
— A no by tego dosyć było, niechajby król zamek wziął, i wam i nam z tém lepiéj będzie.
Poczęli szeptać pocichu.
— Starszyzna wszystko robi — rzekł jeden — jakby téj niestało, zamekby się poddał.
Od Czesława dowiedział się Masław, że Krzyżacy, na godzinę przed południem, zbierali się do wielkiéj sali na radę, któréj sklepienie oparte było na jednym słupie. Gdyby kula mogła weń trafić, zwaliłyby się mury i wszystkich razem przytłukły. Nikt ze starszyzny nawet o tym spisku nie wiedział, osnuli go zaciążni sami, aby raz tę sprawę zakończyć.
Okna wielkiego „Remter” wychodziły na Nogat, gdzie na pagórku stały działa: wymierzono więc tak, aby słup kulą obalić.
Sługa namówiony, gdy wszyscy Krzyżacy i dowódzcy byli na radzie, wywiesił na znak czapkę czerwoną w oknie. Strzał był tak trafny, że kamienna kula o kilka cali tylko chybiwszy słup, utkwiła w przeciwnéj ścianie i tkwi w niéj do dziś dnia.
Nie powiodło się, ułożyli najemnicy wydać zamek Malborski. Maluje to doskonale ówczesne rycerstwo polskie, gdyż ze zdrady korzystać nie chciano, uznawszy ten sposób wdarcia się na zamek za niegodny szlachetnych wojowników!
Tymczasem, gdy ze strony Zyndrama i rady wojennéj Jagiełły postępowano tak wspaniałomyślnie, Krzyżacy przekupywali ludzi, wysyłali gońców, używali wszelkich środków godziwych i niegodziwych i śmieli się z téj prostoduszności rycerstwa polskiego.
Można już było przewidzieć koniec tam, gdzie jeden z przeciwników przebierał w sposobach walczenia, a drugi wszystkie miał za dobre, co do celu go wiodły.
Szło już o istnienie samo Zakonu, któremu śmiertelny cios zadano, a dobić go owa szlachetność nie dopuszczała.
Jagiełło znużony, byłby już przyjął pierwsze warunki, jakie mu wprzódy podawali Krzyżacy; oni zaś, spodziéwając się posiłków z Niemiec i ufając w Zygmunta, przyjąć ich teraz nie chcieli.
W takiéj chwili Witold przybył z Mistrzem inflantskim, Hermanem, do obozu. Droga i obcowanie z Witoldem dłuższe, starczyły na pozyskanie go zupełne. Herman łagodnemi słowy wciąż bezustanku wystawiał Witoldowi jego własny interes, który zawsze najlepiéj do serca przemawia. Gdy do Malborga przybyli, nie ulegało wątpliwości, iż Inflantczyk na swojém postawi.
Sam Witold przedstawił go Jagielle, oddając mu nadzwyczajne pochwały i ręcząc za jego pojednawcze usposobienia. Mistrz Herman przybywał jak mówił jedynie, dla widzenia się z Plauenem, aby nań wpłynąć do zgody. Dopraszał się wpuszczenia do zamku na rozmowę, któraby rychlejszy koniec wojny miała na celu.
Z tą samą wspaniałomyślnością, z jaką odrzucono zdradę najemników, zgodzono się na wpuszczenia Mistrza inflantskiego na zamek, z całym jego orszakiem. Znajdował się w nim i przebrany Kuno i staruszek mnich, proboszcz gdański.
Gdy Inflantczycy znaleźli się na zamku, i oni sami i Plauen rzeczywistości niemal wierzyć nie chcieli. Nieprzyjaciel sam dopomagał przeciwko sobie. Mistrz inflantski miał kilka dni do rozmowy i narady. Zgodzono się na to, jak zdobyte zamki odzyskiwać, jak dobra w Czechach sprzedać, aby miéć co najwięcéj pieniędzy, do kogo w Niemczech zgłosić się o pomoc i listy wysyłać, jak przemówić do Zygmunta, ażeby swych obietnic dotrzymał.
Jagiełło czekał z nadzieją na powrót Mistrza inflantskiego, gdy ten knuł zdradę przeciwko niemu.
Naostatek po kilku dniach wystąpił herold, a za nim Mistrz Herman, z pocztem swoim. Za nim na wozie jechał chory, jęczący staruszek, proboszcz gdański, którego wypuszczono przez litość. W wozie na którym leżał, ukryto trzydzieści tysięcy dukatów, mających służyć dla komturów w Gdańsku, Człuchowie i Świeciu!
Mistrz wyraził wymownemi słowy boleść swą przed królem, iż Plauena nakłonić nie mógł do natychmiastowego poddania. Przysięgał, że go namawiał, że zaklinał i miał nadzieję, że się namyśli.
Dano mu odjechać, a oblężenie daléj się ciągnęło, ale już coraz leniwiéj. Witold był chmurny, znękany i w kilka dni potém zaczął się dopraszać, aby mu z ludźmi odejść było wolno.
— Ludzie moi — mówił — giną jak muchy, setkami; zbytek i rozpusta ich zabija: całe wojsko stracę.
Opiérał się Jagiełło długo, przyrzekał mu co chciał tylko: Witold stał uporczywie przy swojém. Trzeba mu było dać odciągnąć, a co gorzéj dla ochronienia go w drodze od napadu, któremuby się oprzéć nie mógł, dać jeszcze kilka chorągwi na zasłonę.
Odejście Witolda nie tyle osłabiło potęgę Jagiełłową, jak na duch wojsk wpłynęło. Było to oznajmieniem, przepowiednią zakończenia wojny. Połowa panów polskich rwała się do domów; zakochany Jędrzéj z Tęczyna, kasztelan wojnicki, wzdychając do swéj Hanny, codzień kładł w ucho królowi, że im czas do Polski powracać; że Zakon i tak złamany, już się podźwignąć nie może: dość będzie po zamkach zostawić załogi.
Wkrótce po Witoldzie książęta mazowieccy jęli się prosić z ludem na spoczynek. Tak długo byli już w polu!
Król i rycerstwo, jeśli się bez Witolda obejść mogli, tém łatwiéj bez garści ich ludu.
Z murów Malborgskiego zamku widać było odciągające oddziały i coraz zmniejszające się zastępy Jagiełły. Na zamku zaczynało braknąć chleba, a ludowi zaciążnemu cierpliwości; ale Mistrz ciągnął od dnia do dnia, wiedząc przez swych szpiegów, jakie są w obozie usposobienia.
Jagiełło nie był już owym zwycięzkim panem, który nazajutrz po bitwie promieniał radością pobożną: niepokoił się i gniewał. Krzyżackie oddziały na prowincyi jak z pod ziemi wychodząc rosły.
W samém otoczeniu króla, zdania były podzielone: jedni namawiali, ażeby zajętego stanowiska nie opuszczać; drudzy znękani odkładali resztę na następną wyprawę.
Napróżno Jan z Tarnowa i Zyndram Maszkowski dowodzili, że Zakon jest hydrą, któréj jednę zostawiwszy głowę, wkrótce jéj wszystkie odrosną; że dając czas, da się Krzyżakom sposób uratowania się; inni wołali, że Zakon zabity jest i że europejskie mocarstwa podniosą wielką wrzawę na króla i naród, jeżeli z okrucieństwem Zakon krzyżowy nękać zechce.
Piętnastego września rano, król znużony radę zwołać kazał. Domyślano się o co szło, więc ci co do niéj należeli i kiedykolwiek przypuszczeni byli, do namiotu pańskiego się zbiegli. Młodzież pod dowództwem Jędrzeja z Tęczyna, kasztelana wojnickiego, starsi pod przewodem Mikołaja podkanclerzego.
Tu także stoczyć się miała bitwa walna, mająca stanowić o losie Malborga i rycerstwa.
Witold, którego mistrz inflantski zupełnie umiał ująć sobie, przed wyjazdem potrafił i słabszych i chciwszych zjednać podarkami, aby króla skłonili do opuszczenia Malborga.
Byli i inni w obozie krzyżaccy wysłańcy, którzy ludzi bałamucili.
Mała garść widziała jasno i wiedziała nawet, że na zamku od dnia do dnia zaciążnych, Plauen prośbami i pieniędzmi utrzymywał tylko, obiecując im, że Jagiełło odstąpi; wiedziała, że za dni kilkanaście, żołnierz sam niesłuchając starszyzny, bramy otworzy.
Jagiełło ze zwykłą swą powagą i chłodem zasiadł niby widz i słuchacz. Otoczyli go panowie Rady. Wyrwał się pierwszy w imieniu wielkiéj większości rycerstwa, między którém rej wodził, Jędrzéj z Tęczyna, gwałtownie nalegając na króla, aby rycerstwu swojemu dał folgę i spoczynek, że i tak dosyć uczyniono dla sławy oręża i dla osłabienia Zakonu. Poparli go inni wołaniem i pokłonami.
— Miłościwy Panie! i Wam i nam do domów czas. Wrócimy i dobijemy nieprzyjaciela, zostawimy załogi po zamkach. Odciągnął ks. Witold, poszli Mazury; dlaczegóż na nasze barki cały ciężar ma spadać?
Gwar powstał wielki, gdyż starsi na wstyd i hańbę wołać poczęli, a drudzy wyzywać, aż król musiał się kazać uciszyć, a ks. Mikołajowi dał głos. Ten już z oblicza pańskiego widział, że napół go zmiękczył Jędrzéj z Tęczyna i owo głośne wołanie i prośby.
— Miłościwy królu — rzekł — lepiéj było nie poczynać, jeśli się miało nie kończyć. Na sławie stracimy, a wszystka krew wylana pójdzie marnie. Zamek ostatkami goni i poddać się musi. Stójmy a trwajmy. Jeśli odstępując przyznamy się do słabości, Zakon podniesie głowę, wpadną w jego ręce znowu wszystkie zamki i dzierżawy. Nie uczyniliśmy nic.
To mówiąc, ks. podkanclerzy rzucił się królowi do nóg i ze łzami błagać go począł, aby nie czynił swemu imieniowi i rycerstwu krzywdy największéj, a nie podawał się w pośmiewisko.
Przemówili inni za podkanclerzym, ale kasztelan wojnicki wyrwał się téż z głosem zaraz, wiedząc, że u króla wrzawą i gwałtownością wszystkiego dokonać można. Nie odstępował więc, prosząc ze swéj strony i ręcząc, że rycerstwo pójdzie z królem znowu, wypocząwszy i dzieła poczętego dokona.
A że król i przez Witolda już był wprzódy napół ujęty, i tajemnie przez Tęczyńskiego napastowany ciągle, gdy uciszono się, aby posłyszéć wyrok jego, przemówił za ustąpieniem.
Poparci więc ci, co tego pragnęli, górę wzięli, a podkanclerzy ze swoimi musiał ustąpić. Król radby był pogodzić przeciwników i środek znaleźć jakiś, lecz środka na to nie było.
Stanęło więc na tém, ażeby odchodzić, ale przykazano zarazem, aby o postanowieniu nikt w obozie mówić nie śmiał, bo cokolwiek tu rozpowiadano, wnet szpiegi na zamek donosili. Mimo to, nad wieczorem, szeptali uradowani jedni drugim na ucho, że już odciągnąć postanowiono, daléj mówiono o tém półgłosem, a w godzin kilka głośno ten i ów tłómoki i sakwy gotował i na Żuławy, gdzie się konie pasły, posyłał po swoje. Wnet wieść na zamek dobiegła: Plauen uczuł się ocalonym.
Dziewiętnastego września podpalono z rana obozy, na mury wybiegło co żyło patrzéć: dymy te zapowiadały wyswobodzenie. Zwijano namioty, chorągwie się ściągały, król smutny wyszedł z namiotu.
Przyprowadzono mu ulubionego jego konia cisawego, na którym pod Grunwaldem siedział. Cisawy obejrzał się, jakby króla chciał pożegnać; zarżał, nogą kopać począł: upadł i zdechł.
Wypadek ten na wszystkich niemiłe, na królu zabobonnym najprzykrzejsze wywarł wrażenie. Był to jeszcze dzień piątkowy, dzień żałobny; omało to nie powstrzymało go od podróży, lecz rycerstwo otaczające siedziało już na koniach. Jędrzej z Tęczyna wnet drugiego wierzchowca królewskiego podprowadzić kazał; wstydził się Jagiełło okazać małoduszność, siadł więc i wojsko w cichości ze sromem niemal ruszyło.
Połowa jego przynajmniéj szła posłuszna, mimo serca i woli. Widok tych chorągwi wcale był inny, niż gdy z pod Grunwaldu nadciągały. Ludzie i konie spaśli się, wozów ładownych łupami moc się wlekła niezmierna, ale to nie było owo rycerstwo natchnione, rozgorzałe i do walki skore: oblężenie je znękało gorzéj boju.
Tak ciągnęły chorągwie pod Sztum, kędy z Brochockim pozostali załogą Bartosz z Trębowli, Kagnimir z Tuchowca, Pakosz Bystrzonowski i kilku innych. Wiedzieli oni wszyscy co ich tu po odejściu króla czekało od Krzyżaków, że ani dnia, ani nocy spokojnéj mieć nie będą, ale na to się święcili i harce te miłe im były. Wyprowadziwszy króla do bram, p. Andrzéj ścisnął go za nogi i prosił o błogosławieństwo, a gdy wojsko odciągnęło, wrota zamknął, zwody podniósł i stał patrząc już tylko, rychło go zaczepią. Nie czekał téż długo.
W Kwidzynie Jagiełło zwiedził celę pobożnéj świątobliwéj Doroty, modlił się i ztąd jeszcze do Sztumu żywność posłał. Z rana drugiego dnia stanęło rycerstwo pod Radzynem, który od bitwy Grunwaldskiéj aż do tego dnia nadaremnie oblegano. Krzyżacy trzymali się zamku, choć miasto się już poddało. Złożono radę: czy dobywać taki gród mocny. Znowu tedy ci, którym śpieszno było, wołali by mu dać pokój, kiedy go przez tak długi czas nie zmożono. Odłożono do jutra postanowienie.
Piękny to był i świetny dzień znowu dla owych rycerzy, co rozkazu nie czekając, jak lwy niezdobytą twierdzę napadli. Można powiedziéć, że czterech lub pięciu dzielniejszych poprowadzili za sobą wszystkich: Dobek z Oleśnicy, Piotr Chełmski, Florek z Korytnicy i Piotr z Oleśnicy łowczy sandomierski.
Jak mrowie obsiadło mury co żyło. Dobek podpadł pod bramę sam i kazawszy wrota rąbać, choć mu tarczę, którą robotnika zasłaniał podziurawiono strzałami, nie ustąpił. On i jego ludzie wdarli się do niższego zamku. Na wyższy w téj saméj chwili wpadli, albo się raczéj wdrapali drudzy. Floryan z Korytnicy, który już stał na murze, spotkał się tu oko w oko z vicekomturem, niemcem, jak wół silnym i odważnym. Starli się i schwycili za barki, aż komtur musiał się cofnąć. Na przedmurzu Piotr z Oleśnicy już był ze swymi, choć ranny w nogę i tarczą się tylko zasłaniając.
Gdy ich ujrzała załoga, bojąc się, aby jéj rozjątrzone rycerstwo w pień nie wycięło, poddała się.
Jagiełło na nieszpór wjechał do zdobytego zamku. Piętnastu starców Krzyżaków stało powiązanych sznurami, czekając śmierci. Darowano im życie.
Z kaplicy szedł król do skarbca, który strzeżono, aby się czeladź doń nie wdarła. Stanęli kołem panowie, a król klejnoty, pieniądze, łańcuchy, sprzęt kosztowny rzucał i rozdawał najprzód tym, co zamek zdobywali, potém innym kto się nastręczył...
Jagiełło był tak hojnym zawsze, iż ostatni płaszcz z siebie zdjąć był gotów, byle go kto poprosił.
Tu ów Jaśko Sokoł został się na załodze z Żyżką i innymi Czechami i Polakami. Ztąd już ciągnęło wojsko ku Wiśle, gdzie ów most długo stawiano, który wprzódy tak łatwo było zbudować i przebyć. Rozchodziły się ztąd łupem obciążone chorągwie.
Jagiełło jeszcze Wisłą z niewielką liczbą statków popłynął z Raciąża do Torunia, więcéj, aby miasto obejrzéć i zażyć wczasu, niżeli z potrzeby. Wiele mu o bogactwach i piękności jego mówiono. Ludzie łacno zapomnieli, że tam się nie bardzo rycerzom wiodło, bo nie wojując z nikim, jak kasztelan nakielski, wymierali, lecz czasu wojny nikt grobów nie liczy.
Z rana w sam dzień św. Wacława oznajmioném mieli Torunianie o spodziewaném królewskiém przybyciu. Całe niemal miasto wysypało się na brzegi i wzgórze okryte było świątecznie poprzybieranemi mieszczkami, paniami i pannami, między któremi i trzy piękne Werderówny niepoślednie zajmowały miejsce.
Wyszła z innemi i Noskowa, ale Ofka została w domu i Kuno, który tu przesiadywał znowu, nie bardzo się rad był pokazywać.
U brzegu, kędy statki przybić miały, i szkarłatném suknem przystań była wysłaną, stanęło duchowieństwo całe w uroczystych ubiorach, z chorągwiami, śpiewając:

Tua est potentia, tuum regnum Domine!

Proboszcz Krzyżak, staruszek, rad nie rad innym przewodniczył.
Jagiełło z procesyą wiedziony, udał się od brzegu do kościoła św. Jana, gdzie mszy wysłuchawszy, jechał na zamek, kędy dlań obiad przygotowano.
Część dworu i rycerstwa podejmowano na zamku, mnogich zaś co się z innych grodów zbiegli dla widzenia króla, pobrali do siebie dla ugoszczenia mieszczanie.
Kuno, który stał w rynku, gdy się tłum ów rozdzielał właśnie, nie spostrzegł się, jak go stary znajomy, ulubieniec królewski, świeżo osadzony w Radzyniu, Jaśko Sokoł po ramieniu uderzył, wesoło się śmiejąc.
— A tu to jesteś zbiegu — zawołał — przecieżem cię złapał.
Kuno zmięszał się trochę; stali właśnie nieopodal od kamienicy Noskowéj, a Ofka na nich oknem patrzała. Jaśko aż wąsa pomuskał, spojrzawszy na to cacko w oknie.
Dziwnie bo strojna wyglądała dziewczyna: blada, z brwią namarszczoną, z gniewem tłumionym w duszy, usiłująca się uśmiechać i ukryć co czuła. Matki jeszcze z powrotem nie było.
Jaśko nie słuchając już odpowiedzi Dienheima, oczy wlepił i cudował się dziewczęciu.
— Hej! hej! — zawołał głośno — gdyby choć godzinę w życiu w te się oczy popatrzéć.
Kuno chciał go zagadać, nie udało mu się to. Jaśko z okna nie spuszczał wzroku.
Z wysoka spadło słowo.
— Hrabio Dienheimie, proścież swojego przyjaciela do nas! Innych już wszystkich nasi panowie mieszczanie rozebrali między siebie: dla nas nikt nie pozostał.
Kuno pobladł; przez tych dni kilka, które spędził z nim pod namiotem, poznał dobrze starego żołnierza i polubił go wielce. Nie rad był go do Nosków prowadzić. Sam zakochany w dziewczynie, doświadczał przy niéj dziwnego uczucia trwogi. Mówiono jeszcze o uczcie pana z Granowa: dziwne przychodziły myśli i podejrzenia.
Ofka z okna zawołała raz drugi, uśmiechając się Jaśkowi i ręką go wzywając do domu.
— Chodźcie, proszę, i przyjmijcie u nas gościnę.
Rzucił się Jaśko ku drzwiom chciwie, a Kuno za nim. Zdawało mu się, że nie zdradzając się, potrafi Sokoła odciągnąć gdzieindziéj: znał nienawiść dziewczyny dla nieprzyjaciół Zakonu.
— Starosto miły — rzekł wchodząc — nie idźmy my tu; dziewczę piękne, ale bałamutne. Szczerze mam rzec, nie bardzo w gościnę ochotną wierzę. Nadto tu Krzyżaków kochają, aby tym co dla Jagiełły służą, radzi być mogli.
Jaśko się rozśmiał i lekko go ręką odtrącił.
— Co mi za obawy! — zawołał — rycerska sprawa i niewieście fochy zwyciężać. Przecież prosi, a prosi tak piękna dziewka, że dla niéj i w piekle gorzéć warto.
— To najbogatsza dziedziczka w mieście — dodał Kuno, lękając się, aby Jaśko nie wziął ją za płochą zalotnicę.
— Témci lepiéj, będzie miała nas czém ugościć.
Noskowa wchodziła we drzwi z drugą jéjmością, gdy się właśnie u schodów spierali. Spojrzała na urodziwego, choć nie młodego rycerza i uśmiechnęła mu się. Po rysach poznał w niéj Jaśko matkę. Ona sądziła, że Kuno go prowadził.
— Chodźcie, radzi wam będziemy — rzekła. — Wszyscy w Toruniu dziś gości mają, tylkom ja wdowa nieszczęśliwa skazana na to, by jeść samotnie.
— Pan starosta królewski z Radzynia, Jaśko Sokoł — odezwał się Kuno — a mój dobry i łaskawy opiekun czasu pobytu w obozie.
Weszli tedy na górę, kędy ich Ofka czekała z jakąś niecierpliwością w progu. Teraz z bladéj, twarz jéj stała się rumianą; oddech był przyśpieszony: szatański uśmieszek błąkał się po ustach. W białéj rączce trzymała balsamkę złotą, zawieszoną na łańcuchu.
Sokoł nie wiedział już miedzy dwiema: powabną matką a uroczą córką, na którą patrzéć i którą po żołniersku ukochać na dwie godziny, póki na koń nie zatrąbią.
Znać się Noskowa na przyjęcie gości gotowała, gdyż stół spory był w jadalnéj izbie nakryty. Prosto tam szli, bo godzina późną była. Ofka skinęła na Kuna, który był jéj służką posłusznym.
— Któż to jest ten stary gach, co tak do młodych oczyma strzela, myśląc, że już i kobiety zawojowane muszą przed ich siwemi padać wąsami.
— To Czech, Jaśko Sokoł, starosta z ramienia króla na zdobytym Radzyniu.
— Wiem, tam gdzie stary Stein poległ mężnie na murach. To on pewnie zabił Steina?
— Nie wiem, ale człek dobry.
— Wszyscy oni dobrzy — rozśmiała się Ofka — oni! ależ my! my! jakie my jesteśmy dobre. Wczoraj byłyśmy siostrami Zakonu, jutro gotoweśmy być dyabła siostrami, gdyby do Torunia zajechał.
Spojrzała z rodzajem pogardy na Kuna: ten stał pomieszany. W drugiéj izbie Jaśko dworował Noskowéj i śmiał się. Usłyszawszy śmiech, Ofka drgnęła i po ustach jéj przeleciało cóś jak wyraz zajadłego gniewu. W téjże chwili wbiegła do izby i siadła naprzeciw Jaśka, który z matki przeniósł wzrok na córkę.
Wtém misy zaczęto przynosić.
Żołnierz się zdumiał srebrom, puharom i dostatkowi, choć wszystko to gasło przy blasku oczów matki i córki. Wkrótce jednak Ofka odciągnęła go od niéj zupełnie; po drugim kubku wina Sokoł dopominał się całować białe ręce. Dano mu jednę, a była tak drżącą z gniewu, iż mogła się wydać drżącą jakiémś uczuciem inném.
Z izby, w któréj jedli, po kilku schodkach było wnijście do wystawki oszklonéj, wiszącéj nad ulicą. Stały tam ławy dokoła, z których otwarłszy okna, wygodnie patrzéć było można w ulicę.
Od stołu, przy którym goście jedli, nie można było dojrzéć wnętrza, tylko jeden Kuno siedział tak w rogu, iż oko jego głębiéj sięgało. Nagle Ofka zaczęła się bardzo krzątać około kubków i wina.
Jaśko chwalił sekt przedziwny.
— A! nie będzie on smaczny, aż ja go wam z cukrem i korzeniami przyprawię — zawołała wstając.
Kuno drgnął: dziewczę nie zważało na niego. Pobiegło po schodkach na wystawkę i Dienheim widział jak dobyło z za rąbków pektoralik, otwarło go, w mgnieniu oka parę kropel w kubek wpuszczając. Chciał się zerwać i biedz, gdy Ofka spostrzegłszy go, zmarszczoną brwią, okiem nakazującém, w miejscu go przykuła. Kuno struchlał. Dziewczę naléwało sekt, rzucało cukier i miałko utarte przyprawy.
Bialuśka rączka kubek niosła żołnierzowi, który ze szczęścia, z téj rozkoszy, łzy miał w oczach.
— A! królowo ty moja! pewnie żaden napój w życiu tak mi jak ten nie smakował — zawołał przejęty, kubek trzymając w ręku — ale chcesz by mi nad wszystkie balsamy wydał się słodszym, przytknij do niego usteczka twoje, wypij kropel kilka...
Ofka się rozśmiała, oczy jéj błysły.
— Jam się zarzekła, nigdy nic prócz wody nie piję — odpowiedziała śmiejąc się — tego uczynić nie mogę.
Matka chciała ją namawiać nie wiedząc o niczém: spojrzała na nią groźnie. Wtém Kuno, w którym serce biło, wstał, chciał podejść do Sokoła, aby mu choć przypadkiem kubek wytrącić; lecz nim doszedł do niego, stary już wychylił go do dna i przewrócił na znak, że próżny.
Wróciwszy na swe miejsce, Kuno już ani jedzenia, ani napoju nie tykając, dotrwał do końca, ciągle tylko patrząc na Jaśka. Ale na nim wcale żadnych skutków złych znać nie było, owszem stał się jeszcze śmielszym i weselszym i wino dobyło z niego wspomnienia przeszłości.
— O! moje jasne gwiazdy — mówił do kobiet uśmiechając się — i ja to kiedyś byłem taki szczęśliwy, żem miał młodą, hożą i kochaną u boku niewiastę. Pan Bóg mi ją wziął. Zostawiła mi tylko po sobie dwóch chłopaków złotowłosych. Toż to będzie radość, gdy mojego Mikołajka i Jaroszka znowu na kolanach posadzę i będę im prawił, jak my się tu w Prusach bili tęgo i jakie piękne widzieliśmy panie.
Ofka słuchając, nieco pobladła: zamyślona sparła się na łokciu.
— Powiedzcież im — dodała pocichu — jakeście wy chrześcianie, tłukli tych starców, co z krzyżami na piersi szli przeciwko wam... jakieście tu skarby zabrali, i jak pięknie płonęły wioski, przyświecając wam po nocach do puharów i pieśni.
Jaśko spojrzał na nią zdziwiony.
Wtém przestraszona Noskowa poczęła już o czém inném mówić, usiłując to w żart obrócić.
Wtém na rynku trąbić zaczęto. — „Król! król!” — wołano.
W istocie Jagiełło tegoż wieczora odpływał do Nieszawy; prowadzili go duchowieństwo i mieszczanie, i panowie rady i rycerstwo.
W pośrodku Rynku, na królewskiéj drodze, stała wielka kobiet gromada; postrojone, pobielone, a ciekawe i cisnące się by Jagiełłę zobaczyć mogły.
Król był dobréj myśli dnia tego.
Ubrał się nawet lepiéj niż zwykle i włożył płaszcz swój aksamitny na kożuszek i żupanik, a na głowę kołpak soboli. Zobaczywszy to niewiast kółko, przystanął i uśmiechać się począł do nich. Śmielsze z pokłonami przybliżyły się ku niemu.
— Cóż tu was tak wiele? — spytał Jagiełło — a bodaj i od mężczyzn więcéj.
— Wyście to temu winni — podchwyciła śmielsza jedna — wszystkich nam mężów wybiliście i braci. Sameśmy sieroty zostały i kłaniamy ci się, Miłościwy Panie, abyś nam dał mężów i opiekunów.
— O toć dla takich jasnych twarzy nie będzie trudno — rzekł król śmiejąc się, któremu całe rycerstwo wtórowało.
Obstąpiły tedy Jagiełłę dokoła szczebiocąc, a choć się bał i czarów niewieścich i oczu dziewczęcych, rozochocony zapomniał o tém i chwilę pogwarzył.
Gdy się ruszył ku brzegowi, poszły za nim, chustkami miotając i oczyma goniąc długo[1].

∗             ∗

Gdy od stołu ruszyli się, a Jaśko żegnał śpiesznie gospodynię, aby do króla podążyć i jeszcze go zobaczyć, bo po to był do Torunia przyjechał, kobiety do okna zbiegły patrzéć, jak w rynku króla obstąpiono.
Ofka drżąc spoglądała na to widowisko, a każdy śmiech głośniejszy kobiet, odbijał się na niéj drżeniem konwulsyjném. Wtém ujrzały Jaśka, który wychodził z kamienicy, słaniając się. Kuno go podtrzymywał; blady był, sparł się o mur na chwilę, potém rzucił się dalej iść i przeciskać przez tłum, lecz chwiał się na nogach. Pomimo to dobił się do króla i wyciągnął rękę do jego dłoni, chcąc pocałować, gdy się na bruk obalił.
Odskoczył Jagiełło na krok, nadbiegli drudzy ratować: podniesiono z ziemi. Sądzono zrazu, że zbyt sobie podochocił, lecz biédny Sokoł jęczał skarżąc się na boleści wielkie, a że nie posądzał nikogo, na rybę któréj wiele zjadł to zrzucał.
Rycerstwu zaraz przypomniała się choroba pana z Granowa, poczęli go pytać kędy jadł. Wskazał na dom. Nic już nie powiedziano mu, lecz wszczęły się szepty i spojrzenia złowrogie ku oknom.
Kuno stał nieco opodal osłupiały.
Gdy cały lud toczył się już ku brzegowi rzeki, za królem, Jaśka na rękach wzięto do gospody. Kuno już za nim iść nie śmiał. Spojrzał w okna kamienicy Noskowéj: nikogo w nich nie było.
Płochy i nie wiele myślący chłopak, pierwszy raz w życiu surowiéj pomyślał o ludziach, o świecie i o kobiecie. To co widział, przeraziło go; uczuł wstręt i trwogę razem do téj, ku któréj go ciągnęła namiętność. Jak pijany zawrócił się parę razy po rynku.
Kilku mieszczan, których znał, obstąpiło go.
— Ta przygoda ze starostą Radzyńskim niemiła, na miasto gotowa ściągnąć złą famę. Poszalały baby! — rzekł jeden.
— Nie żalby nam pewnie było, gdyby ich Krzyżacy do nogi wybili... ale tak...
— Ale tak! — bąkał drugi.
— Może się upił tylko.
— A pewnie! — dodał drugi.
— Tak trzeba gadać — dołożył trzeci.
— Albo lepiéj nie mówić nic.
Rozeszli się. Kuno na jakąś odwagę się zebrał i wszedł do kamienicy.
Na dole miał trochę węzełków swoich, najprzód do izby się udał i śpiesznie gotował się do drogi.
Gdy wszystko zgromadził, a pasa wziął, na górę poszedł.
Noskowa płakała siedząc w krześle i powtarzała jeden wyraz:
— Nieszczęście.
Dienheim nie chcąc o tém zagajać rozmowy, szepnął tylko, że jechać musi, bo mu czas przychodzi stawić się na słowie.
Wstała Noskowa z czułością go pożegnać i pragnąc powstrzymać.
— Radbym został, Bóg widzi: nie mogę — odparł cicho.
Obejrzała się dokoła, Ofki nie było: wskazała mu matka drugą izbę: w niéj dziewczę w téj wystawce właśnie na ławie siedząc, w miasto patrzało takiemi oczyma, co nic nie widziały.
Gdy się Kuno przybliżył, drgnęła, spojrzała nań i nic nie mówiąc, ręką na ławę wskazała.
Potém znowu nie mówiąc słowa, odwróciła głowę i wlepiła oczy w mury.
— Pożegnać was muszę — odezwał się Kuno.
— Jedziecie? — spytała — dokąd?
— Jestem jeńcem puszczonym na słowo i stawić się muszę.
— Zlękliście się Jaśka losu, nieprawdaż? Mnie saméj go szkoda. Ale po cóż im służy? My nie mamy innego oręża.
Kuno zmilczał.
— Podpatrzyliście mnie? O! niech mnie na stos prowadzą, ja się nie zaprę. Wiem kto mi to dał i co mi mówił przytém. Jednéj rzeczy żałuję, że ich więcéj na winie mojém nie było.
Oczy miała obłąkane. Kuno spoglądał, była tak piękną, że na chwilę zapomniał o zbrodni; zląkł się więc samego siebie i wstał by odejść.
— Nie pytam was czy powrócicie — odezwała się Ofka — nie wrócicie pewnie? Bo téż jabym dla was nie była żoną, ani wy mężem dla mnie... ja męża nie chcę, bo panować nad sobą nie dam. U mnie jedynym panem – Krzyż-Zakon.
— I dla niego wy... — poczynał Kuno.
— Dla niego — podchwyciła Ofka — wszystko: jam siostra w Zakonie i serce moje tam.
Dienheim nie chciał już ciągnąć rozmowy, pokłonił się, nie prosił o rękę do pocałowania. Ofka się rozśmiała smutnie, spoglądając na dłoń swą.
— Lękacie się, czy tam jaka kropla nie przylgnęła?
Skinęła mu główką dumnie i usiadła znów patrząc w okno. Kuno, choć go ciągnęło do dziewczęcia, zwyciężył się: odszedł. Nie był jeszcze w progu drugiéj izby, gdy suknia za nim zaszeleściała. Ofka biegła...
— Czekaj! — zawołała — stój! Nie jesteś wolnym, bo ja cię nie uwalniam od słowa i służby. Lękasz się mnie? Ja tak samo kochać umiem i nienawidziéć. Wy walczycie z nieprzyjacielem waszą, ja moją bronią niewieścią: podejściem i zdradą.
— My, my walczymy — rzekł Kuno — bronią przeciw broni, orężem przeciw orężowi, życiem przeciwko życiu.
— Ja także życie stawię — przerwała Ofka — lecz po cóż się mam tłómaczyć? Spełniam rozkazy i czynię co mi zlecono. Hrabio Kunonie, nie chcecie mnie znać więcéj? mówcie?
Spojrzała na niego wyzywająco, wlepiła oczy śmiało, patrzała nań; choć zmieszany odwrócił wzrok, i gdy znowu spojrzał, znalazł oczy jéj w siebie utkwione. Potęga tych oczów i uśmiechu zwyciężyła go: zawahał się. Była tak dziwnie piękną, tak strasznie silną i pewną siebie, iż on uczuł się złamanym.
Ofka zdjęła z palca pierścionek i trzymając go w ręku, bawiła się nim, spoglądając na hrabiego.
— Nie chcecie więc pierścienia? odpychacie rękę? — zapytała. Rzucę go w ulicę: niech go kruk sobie na gniazdo poniesie.
Łzy zakręciły się jéj w oczach.
Nie wiedział, jak pogodzić tę czułość z okrucieństwem, w głowie mu się pomieszało, powiedział sobie:
— Zginę, ale będzie moją.
I wyciągnął rękę milcząc po pierścień: Ofka go z lekka cofnęła.
— Dam go — rzekła — ale służyć mi musisz... jeszcze raz. Zaniesiesz poselstwo do Michała Kochmeistra, wójta Nowéj Marchii, ażeby śpieszył pod Koronowo; dasz znać, że Osterod, Niedborg i Działdów odebrane, Morąg się nie utrzyma, Sztum musi się poddać; Koronowo niech idą i odbiorą: siła jest mała.
Wszystko to wypowiedziała z pośpiechem, szybko, z oczyma iskrzącemi się zapałem. Pierś jéj podnosiła się żywo.
— Trzeba iść — dodała — trzeba iść żywo. Niech się cieszą zwycięztwy i usypiają. My po jednemu poodbieramy grody nasze.
To mówiąc, obejrzała się i pobiegła do szafeczki ukrytéj w murze, dobyła z niéj dwa małe zwitki i wręczyła je Dienheimowi, który jedną rękę wyciągnął po nie, drugą po pierścień. Ofka patrząc mu w oczy, obrączkę oddała i uśmiechnęła się jakby z politowaniem.
— Jedź! — rzekła — wracaj; gdy do Torunia Komtury powrócą, ja pójdę z tobą do ołtarza.
Za wychodzącym hrabią przestąpiła próg do pokoju, w którym siedziała matka.
— Matuniu — rzekła — to mój narzeczony: dałam mu pierścień i słowo.
Lekkim okrzykiem, wesołym prawie, przyjęła tę nowinę Noskowa i podbiegła uścisnąć Dienheima, który stał zmieszany więcéj niż szczęśliwy niespodzianą dolą swoją.
Nie dało mu długo zatrzymywać się despotyczne dziewczę.
— Trzeba, żeby jechał teraz — dodała — a gdy powróci...
Mówiąc to nie była wesołą, zmuszała się do uśmiechu; jakby pilno jéj było pozbyć się Dienheima, przeprowadziła go do drzwi, powtarzając:
— Jedź... Koronowo! pomnij! niech idą pod Koronowo, niech odbiorą Morąg. Wy go znacie, powinniście powiedziéć, którędy wnijść, jak zdobywać. Jedźcie, wracajcie.
Podała mu rękę i z dziwném uczuciem, raczéj miłosierdzia niż przywiązania, zakryta drzwiami, pocałowała go w czoło. Kuno wyciągnął ręce by ją pochwycić, lecz się drzwi zatrzasnęły i dziewczę uciekło.
Gdy z kamienicy wyszedł w rynek Kuno, w głowie mu się zawracało i długo oprzytomniéć nie mógł. Siadł wreszcie na konia, którego trzymał stary przewodnik i puściwszy go przodem, zatopiony w myślach wyjechał z miasta, które jeszcze wrzało i poruszało się świeżemi wypadkami, wyrwane ze zwykłego trybu życia.
Rad był z tego, że przynajmniéj sam podróżą swoją kierować nie potrzebował, całe staranie zdawszy na milczącego przewodnika, który na zapytania skinieniem tylko głowy znać mu dawał, ażeby był spokojnym.
Zaledwie z miasta wyruszywszy, stary okiem rzucił po okolicy, i gościniec wymijając, przez pola i zarośla, puścił się małemi ścieżynami.
Po wyjściu Dienheima, Ofka przypadła do nóg matce, kryjąc głowę na jéj kolanach: nie mówiły do siebie słowa. Obie nadto, choć różnie, były wzruszone. Wśród tego milczenia, które każdy szelest co je przerywał, czynił straszném dla Ofki, zwolna otworzyły się drzwi. W progu ukazał się ks. Jan, nie jak zwykle odziany, ale w staréj sukni swéj podróżnéj, z sakwą przewieszoną przez plecy i kijem w ręku. Powstająca na widok jego Noskowa, zdziwiła się pełnemu znaczenia ubiorowi brata, więcéj jeszcze twarzy, wyrażającéj wzruszenie i kapłańską powagę.
W zwykłych dniach był on w jéj domu jakby pokornym sługą i bogomodlcą nadwornym, stawał na boku, odmawiał modlitwy przed jedzeniem, mało się mieszał do rozmów, a część dnia znaczniejszą spędzał w kościele Św. Jana.
On i siostra, która mu należny dla duchownego okazywała szacunek, nigdy się dobrze zrozumiéć nie mogli. Ks. Jan był dawnym sługą Jagiełły, kobiety gorliwemi siostrami Zakonu. Cichy kapłan nie mogąc ich nawrócić, milczéć wolał, niż rozdraźniać.
Nie było długo mowy o odejściu i opuszczeniu domu Noskowéj, która sądziła, że brat przy niéj pozostanie. Przelękła się więc tego nagłego podróżnego stroju, który dla niéj i dla Ofki znaczył, że kapłan otrząsnąć chciał pył z nóg i zerwać węzły, jakie ich łączyły. W téj chwili było to wyrokiem potępienia.
Ksiądz Jan smutne, ale uroczyste miał oblicze. Wszedł do środka izby, stanął, podparł się na kiju, i rękę wyciągnąwszy ku Noskowéj, rzekł:
— Bądźcie zdrowi, mnie wracać potrzeba: niech Bóg ulituje się nad wami.
— Jakto? chcecie nas opuścić? — zawołała rzucając się ku niemu Noskowa — dlaczego?
— Nie jestem tu potrzebny — odpowiedział wzdychając — pójdę się modlić w kościołku moim.
— Lecz, bracie, dla czego ten pośpiech? — spytała kupcowa.
— Dziś czy jutro, wszystko to jedno; odejść potrzeba: niech Bóg ulituje się nad wami.
— Nie mówisz mi szczerze — przerwała Noskowa — chyba cię co odpycha od domu mojego?
Staruszek zamyślił się.
— Tak jest — rzekł — odpycha mnie to, że trzymacie z ludźmi, z którymi ja trzymać nie mogę. Wyście siostry krzyżackie, a ja, ja proszę Boga, aby się ulitował nad nimi, jak nad wami, bo to nie są ani zakonnicy, ani żołnierze Chrystusowi, ale dzieci Baala, ale rozbójnicy i szalbierze.
Noskowa krzyknęła z oburzenia, a Ofka cofnęła się kilka kroków i milczała stojąc w płomieniach, niekiedy mierząc wuja okiem gniewném.
— Oczyma mojemi patrzałem na ich czyny, przeszedłem ziemie te podbite, nasłuchałem się o ich życiu i sprawach — mówił daléj ks. Jan — sam Bóg kierował ręką Jagiełły, by złamał ich potęgę.
— Ona nie jest złamaną — przerwała Ofka gwałtownie — nie!
— Jeśli nie jest nią jeszcze, to będzie — ciągnął daléj ks. Jan — gdy czas, który Bóg dał do nawrócenia, użyją na złe, nie na pokutę i kajanie się za grzechy. A gdzież ich skrucha? gdzie pokuta? Grzeszą coraz więcéj i brną coraz głębiéj, a ciągną z sobą sługi swoje.
— Siostro moja — czuléj odezwał się ks. Jan — jedna krew w nas obojgu płynie, więc choć wszystkich ludzi miłuję równo, ale więcéj ciebie nad innych bliźnich. Siostro moja, nie chcę opuścić domu tego, bym ci nie rzekł: Pokutuj i ty i nawróć się, ty i dziecię twoje. Chrystusowi służcie, nie Krzyżakom, bo ci szatanom służą, a wy z nimi, i dla nich tęż samą służbę sprawiacie.
Zamilkł na chwilę ksiądz, a gdy Noskowa zaniósłszy się od płaczu, nie odpowiadała, ciągnął daléj:
— Matko, źle wychowałaś dziecko, będziesz miéć na sumieniu zgubę jego.
Ofka zbliżyła się na kroków kilka zuchwale.
— Co mi macie do zarzucenia?
— Wszelaką rozpustę i swawolę — odparł ks. Jan — przestałaś być niewiastą, stałaś się dzikiém zwierzęciem.
Ofka roześmiała się urągliwie, a matka usłyszawszy to, porwała gniewna.
— Bratem mi jesteście — zawołała — ale nie po bratersku karcicie.
— Owszem, po ojcowsku, bom duchowny; po bratersku, bom nie przestał być bratem waszym, dopóki nie tracę nadziei nawrócenia.
Wtém dziewczę przerwało, biorąc się w bok jedną ręką i podnosząc głowę.
— Przecież kapłani są téż między Krzyżakami i zakonem oni są, a w Chrystusa wierzą i N. Pannę czczą i Św Jana mają za opiekuna, a wasz król Jagiełło poganin chrzczony dwa razy daremnie, bo pogańskiéj skóry z siebie nie zrzucił. Tak, dobrzeście powiedzieli, mój Ojcze, jesteśmy siostry Zakonu, matka i ja, i chlubimy się tém i będziemy niemi, i zostaniemy do ostatniéj życia godziny.
— Bóg z wami! — spokojnie odezwał się kapłan i kij poruszywszy, głowę skłonił, ku drzwiom się zwracając.
Matka i córka nieporuszone stały w miejscu. Zuchwalstwo Ofki ośmieliło Noskowę, ale ją wstyd ogarnął jakiś, gdy brata ujrzała już biorącego za klamkę. Szybko chwyciła za worek wiszący u pasa, dobyła z niego kilka sztuk złota, które ze zwyczaju nosiła i pobiegła za księdzem.
— Nie idźcie odemnie z gniewem — rzekła doganiając go — proszę was.
— Nie z gniewem idę, ale ze smutkiem — szepnął ks. Jan — prawdę-m rzekł, obowiązek spełniłem, wszystko skończone.
Noskowa chciała mu w rękę wcisnąć jałmużnę: ks. Jan z lekka ją odtrącił.
— Nie potrzebne mi złoto wasze — rzekł — a lękałbym się go nieść, aby mnie dlań w drodze gdzie rabusie nie napadli. Jestem sługa Chrystusów. Gdziekolwiek krzyż i kościół po drodze, a dla ubogich szpital, idę siąść do stołu z ubogiemi. Strawy mi nie odmówi nikt, suknia dotrwa do domu, a obuwie zdarte pomoże, bym boso spełnił ciężką pielgrzymkę moją.
I powtórzył raz jeszcze:
— Bóg z wami!
Noskowa stała oparłszy się o mur, nie śmiejąc go już napastować, on nie oglądając się, szedł zamyślony ku wyjściu i rynkowi, a spostrzegłszy drzwi kościelne otwarte jeszcze, zawrócił do Św. Jana, aby przed podróżą się pomodlić.
Nad wieczorem spytawszy o wielki gościniec, pacierz razem począł i podróż, nie troszcząc się ani o wojnę, co go otaczała, ani o porę spóźnioną.


∗             ∗

Dnia 10 października, w dzień piątkowy, Św. Gereona, liczne rycerstwo polskie, zbierające się w miasteczku Koronowie, właśnie do postnego zasiadało obiadu. Wesoło było pod szałasami i szopami, w których zastawiono lada jakie stoły na beczkach i palikach, po większéj części z wydartych tym samym szopom drzwi i wrót złożonych. Nie było tam obrusów wykwintnych, a mało kto ręcznik z sobą miał, by ręce otrzéć. Zastawa téż nie była wykwintna wcale, bo strawę czeladź przynosiła w czarnych garnkach, a polewane miseczki niewielkie, nie wszyscy mogli dostać i ręce téż posługiwać musiały; lecz przy dobréj ochocie, ci co w domu na srebrze jadali, radzi byli glinie.
Rycerstwa zastęp był niewielki, lecz dobór najpiękniejszy. Co gnuśniejszego powróciło do domów, co przedniejszego zostało. Wszystko to szło pod jedną tylko chorągwią, którą niósł Toporczyk Piotr Ryterz, z dwoma krzyżami szkarłatnemi w polu białém. Trudno wszystkich policzyć, trudniéj wybrać celniejszych, bo to było czoło same, ale z imion rycerskich, — niepoślednie miejsce zajmowały: Sędziwoja z Ostroroga, wojewody poznańskiego Nałęcza, Wojciecha Malskiego tegoż herbu, Toporczyków kilku, Łabędzi, Habdanków, Ostojów, Różyców.
Starostą i dowódzcą był Toporczyk Piotr, Niedźwiedziem zwany, silny jak niedźwiedź i zarosły. Jeden Rej z Nagłowic, Brochocki Andrzéj, Skarbek, Zaklika, znani byli z pod Grunwaldu jeszcze. Wszyscy ci przedniejsi rycerze, nie darmo to imię i pas nosili, nietylko imieniem, ale wprawą, nauką i męztwem się sławiąc. Było naówczas tak zwane rycerskie rzemiosło sztuką, któréj się od młodości uczyć było potrzeba, a miało nietylko reguły dla oręża, ale zakon dla serca. Nie był rycerzem, kto z mieczem i z uczciwém słowem obchodzić się nie umiał, kto czci swéj nie szanował, kto bezbronnego napadł, kto ze zdrady korzystał, kto się czémkolwiek splamił.
Siedzieli pospołu rycerze, gdzieindziéj młodzież co pasów jeszcze się nie dosłużyła, i czeladź, i pachołkowie i żołnierz zaciążny. Misy z rybami, o które w Brdzie trudno było, szły na stół i dzbany zaczynano nachylać, gdy pan Andrzéj Brochocki zawołał do Jana Naszana z Ostrowiec Toporczyka:
— Jaśku, serce moje, wszystko mi się widzi, że rychło przyjdzie do rąbaniny... dłonie mi czegoś świerzbią.
— Bogdajbyś, panie starosto, był prawdziwym prorokiem: żołnierz, który stoi, psuje się, tyje, ciężeje i rozpieszcza.
— Nie bój się — mówił Brochocki — nie da ci Plauen, ani Kochmeister do tuszy przyjść: ino ich nie widać. Niemcy im zaciążnego ludu nasłali siła, bo bitwa Grunwaldska popłoch wielki uczyniła aż do Renu, a gorszy wstyd. Sprzedali ziemię w Czechach i miły druh Zygmunt Węgrzynków im podesłał... Pilno im to poodbierać, co się samo pooddawało nam i co za Malborg stracimy.
— Nie wspominaj Wasze Malborga — wtrącił Sędziwój z Ostroroga, który w końcu stołu z Niedźwiedziem siedział. — Serce się kraje, gdy pomyślimy, żeśmy go miéć byli powinni.
— Witoldowa to robota — mruknął Malski — ja mu nigdy nie wierzę. Zdradził nas pewnie.
— Żmudź mu za to dali — wtrącił inny.
— Panie Andrzeju — mówił Naszan Topor — wy to lepiéj od nas wiecie: dużo ich tam znowu jest?
— Jużciż nie tyle co było pod Dąbrowną — rozśmiał się Brochocki, — a zawsze poczet duży. Niemcy to płodny naród, rodzi się ich naraz po dwóch, po trzech, i żyje to lada sucharem, a skórę ma twardą.
— Nie lubię ich — mówił Ostroróg — ale z respektem jestem. Rycerstwo mają dobrze wyćwiczone, oręż przedziwny, a rzemiosła u nich jak nigdzie.
— Tylko — ozwał się Niedźwiedź — ani z Francuzy, ani z Hiszpany, ani z Włochami u nich równać się nie mogą. Zobaczcie zbroje niemieckie przeciw włoskich i hiszpańskich, albo miecze lub tarcze!
Chciał coś mówić Niedźwiedź jeszcze, gdy postrzegł, że pacholę, które z jego tarczą chodziło, biegło pędem doń z twarzą rozjaśnioną. A tuż u żołnierskich mis powstał rozruch, bo każdy co mógł chwytał i naprędce do ust niósł, zrywając się z ziemi.
— Co u Boga! — krzyknął Ostroróg — ludzie ruszają.
— Krzyżacy idą! Krzyżacy!
Rozległ się odgłos: „Krzyżacy!” ale Niedźwiedź ruszywszy z pieńka, na którym siedział, przez złożoną dłoń zawołał:
— Cicho! cicho, a do zbroi i koni! Cicho!
Poszło tedy hasło – „cicho” – i szmer już tylko słychać było, a rycerstwo rzuciwszy garnki i misy, niektórzy w prędkości poobalawszy stoły, wyruszyło wyprzedzając się co żywiéj ku klasztorowi nad rzeczką, kędy stały konie i większa część tam swoje zbroje poskładała. Taka była ochota wielka, a serce do boju, iż zdyszani wszyscy dobiegli siodła kłaść, kopie chwytać, zbroje nakładać. Nie każdy dobrze sprzączki dopilnował, a szyszaki na drogę podpinać odłożono.
Tu u góry zarośla, które osłaniały nieco, dozwoliły stanąć w bojowym szyku i zastęp cały zebrać; aż gdy Niedźwiedź wszystkich oczyma zliczył, wskazał ręką, Piotr Toporczyk podniósł proporzec z dwoma krzyżami i z za gąszczy wystąpiło rycerstwo niespodzianie, jak z pod ziemi.
Krzyżacy o kilkoro stai, nie widząc i nie słysząc nikogo, a mając wiadomość o słabéj załodze w Koronowie, pozsiadali byli z koni i rozpatrywali się właśnie, gdy im tuż zbroje błysły i czerwone kopie na oczach stanęły.
Tak byli nie gotowi do boju, iż dopiéro po konie puszczone zaczęli biedz, otrąbiać się i dosiadać.
A że Niedźwiedź po rycersku czas im dawał i nie śpieszył z napaścią, pókiby w szeregi się nie zebrali, mieli go dosyć, by koni dosiąść i puścić się cwałem nazad.
Walki snać tak niespodzianie przyjąć nie mogli, a i miejsce do niéj było dla nich niedogodne.
Puścił się tedy Niedźwiedź i łucznicy królewscy w pogoń. Chorągiew szła w porządku za nimi. Strzały leciały gęsto i trafiały wielu, ludzie i konie padali. Na łuczników coraz to się w pędzie odwracali Krzyżacy, a ci cofali się ku swéj chorągwi; lecz ledwie nazad poczęli umykać, znowu im na karkach siedzieli.
Miała czas i reszta rycerstwa nadążyć, bo ten harc godzinę niemal trwał.
Czuli wszyscy, że to dopiéro przekąska, a sama uczta przyjść musi, gdy się ku sobie zwrócą.
Dwa zastępy gnały się tak aż pod Łącko, wioseczkę na górze położoną, nad którą wzniosłe miejsce obrawszy Krzyżacy, postanowili przyjąć bitwę, zaufawszy w to, że przeciwnik w dole się usadowi, i że całym pędem nań rzuciwszy się, szyk łatwiéj złamią.
Ale mieli do czynienia z Sędziwojem, Niedźwiedziem i Brochockim, ludźmi rycerskiéj sprawy, którzy téż rachować umieli.
— Starosto — pędząc zawołał Toporczyk do Brochockiego — patrzcie ino na zbroje: to nie lada ciury i knechty, ale prawe rycerstwo... Hełmy i tarcze świadczą. Płaszczów białych dosyć, ale pasów niemieckich jeszcze więcéj.
— Z pomocą Bożą nie będą te zbroje za twarde na zęby nasze! — zawołał Brochocki.
Niedźwiedź przypadł do chorągwi i w prawo z wojskiem ruszył ku wzgórzu także, aby nieprzyjacielowi korzyść odebrać. Co więcéj, obrotem tym to sprawił, iż celniejszy rycerz, który już stał w pierwszym szeregu, musiał, czoło chcąc stawić, zmienić stanowisko i zawrócić w stronę.
Gdy się oba wojska ustawiły, spostrzeżono téż znaczek jeden, ze dwoma polami: białém i czerwoném, który niósł rycerz smukły i zwinny.
Mogli się dobrze przyjrzéć jedni drugim i porachować, bo stali blizko i każdy swego wybiérał. Tu dopiéro okazała się prawda tego, co Toporczyk zawczasu zwiastował: niemiecka siła i znaczna była i dobrana. Rycerz w rycerza w pełnéj zbroi, tarcze żelazne lśniące, hełmy kryte, miecze u boków, i młoty i toporki. Na hełmach to pierze, to różne niemieckie dziwolągi się niosły; w tarczach téż znaki były dla Polaków nieczytelne, ale mocno różnemi ingredyencyami przyprawne. Gdy na polskich widziałeś podkowy z krzyżem, topory, księżyce; na niemieckich wszystko razem było pstro pomieszane. Ludzie w pierwszym szeregu jak mur stali: ramię do ramienia, rosłe, krzepkie, ogromne. Kopije długie przed niemi jak las sterczały.
Lżejszy był z drugiéj strony rynsztunek, a nie pośledniejszy wcale, tylko żelaztwa mniéj, kaftany bite i szyte, i koszul żelaznych, a misiurek z czepcami siła.
Stali tak przeciw sobie chwilę, gdy z przeciwnych szeregów, jak to było obyczajem, wyjechał Szlązak, Konrad Niemczem zwany, rycerz ze dworu króla Zygmunta, zawołany do turnieju i wybrany do boju na rękę.
Wiedzieli Niemcy dobrze, że nie odmówią Polacy i wyjedzie pewnie który przeciw niemu; rachowali zaś na to, że gdy zręczny Niemcz go zwali z konia, wojsku odejmie otuchę jednemu, a drugiemu jéj doda.
Gdy się wysforował naprzód Szlązak wywijając kopiją i głośno wyzywając, spojrzeli po sobie niektórzy, bo tu się wiele ważyło. Serca nie brakło nikomu, ale siły i zręczności było trzeba. A stał z brzegu Szczycki Doliwa, który był z takich harców sławny, i gdy ruszył, uradowali się wszyscy. Ponieważ Szlązak był przystanął, a ciężko zbrojny konia nie rychło ścisnął, Doliwczyk nań natarłszy, kopiją go z siłą wielką w ramię pchnął, tak, że się zachwiał, i własna mu z ręki na ziemię padła. Ponieważ Szczyckiego włócznia nie strzaskała się, dźwignął ją raz jeszcze, ugodził w pierś i Szlązaka już ruszonego z siodła na ziemię obalił.
Huknęło całe wojsko z jednéj strony. Koń Niemcza poleciał wierzgając, a Krzyżacy nie czekając już dłużéj, kopije do boków wziąwszy, puścili się. Z drugiéj strony téż szereg cały dźwignął się ku nim.
Łomot tylko druzgoczących się kopij i okrzyki słychać było.
Z obu stron ci sami to byli rycerze w większéj części, co z sobą pod Grunwaldem się ściérali, ale tego dnia szczególny charakter przybrała walka. Szyki się nie zmieszały, ludzie nie rozpierzchli; każdy niemal z jednym się bił i łamał, jakby jego tylko na rękę wyzwał. Kto kopiję skruszył, a resztę jéj na hełmie przeciwnika połamał, rzucił ją, a brał się do miecza i młota i kuć zaczęli wszyscy, że tylko brzęk i jęk słychać było i nawoływanie, bo łajano się téż i krzyczano nieustannie, Kto swojego powalił o ziemię, albo z kim koń padł, znalazł się zaraz świéży w miejscu jego zastępca.
Po pierwszém starciu Brochocki krzyknął do Naszana Toporczyka:
— Gorąco będzie!
Jakoż długo nie można było wcale odgadnąć, na czyją się stronę szala pochyli. Niemcy stali mocno i bili się dzielnie. Pierwszy szereg tak był dobrany, że go złamać silono się napróżno. Tylko kto w nim, albo z koniem, lub z konia się obalił, ten się już nie podniósł, bo zbyt ciężkie zbroje o swéj sile wstać nie dawały, a swoje i nieprzyjacielskie konie tratowały leżących.
Trzeba było widziéć, gdy się po dwóch ścierali najdzielniejsi, jak przyłbice brzęczały i hełmy trzaskały, jak dziurawiły się tarcze i pękały miecze.
Trwał ten bój tak długo, a tak zacięty i nierozstrzygniony, iż w jednéj chwili wszyscy znużeni, poczęli wołać o rozejm z obu stron.
Rozstąpili się, nie daléj jak na kilkadziesiąt kroków, a widok był osobliwszy, gdy to wszystko pozsiadało z koni i na ziemię popadało.
— A co! — wołał z szeregu Niedźwiedź do Krzyżaka naprzeciw — pomacaj zbroi, masz na niéj odemnie pamiątkę.
— A weźcie-no hełm swój i opatrzcie — odpowiadał z przeciwnéj strony — tam téż pono na żelazie blizna, jeśli przez nie do głowy nie przeszła.
— Głowa cała! — śmiał się Niedźwiedź.
Tak samo Brochocki z drugim rozmawiał, inni téż ze swymi, tak że i śmiechy było słychać i patrzący zdala myśléć mógł, że jedno wojsko i przyjaciele się zabawiają.
Poodciągano na bok rannych i odniesiono za szeregi, pachołkom kazano konie sprzątnąć, a po pół godzinie siedli wszyscy znowu, z okrzykami i odgróżkami. Ustawiły się szeregi, zanucono pieśń. Rzuciły się na siebie dwa wojska jeszcze zajadléj, lecz z tym samym, co pierwéj skutkiem.
Brochocki wołał do Naszana:
— Bracie Toporze, kto ten dzień przeżyje cały, będzie go opowiadał dzieciom, a synowie mu nie uwierzą.
Brochocki, że i siłę miał i szczęście, dwóch Niemców już wprzód w niewolę wziął. Jednego z łańcuchem pysznego człeka, co mu się odgrażał, ranił i dobił leżącego. Niedźwiedź i inni dokazywali cudów, lecz co się z pierwszego szeregu sprzątnęło, zastępowali Krzyżacy niepoślednimi téż i walka w miejscu trwała bez skutku.
Było dobrze z południa, gdy po dwugodzinnym boju zawołano o rozejm raz drugi i każdy mu rad był, bo siły ustawały.
Znowu tedy z koni zsiedli.
Rozmowy pierwsze szły teraz jeszcze żwawiéj. Wyzywano się do przyszłéj walki. Niemcy z wozów poprzynosili baryłki z winem i krzepili się.
— Dziwże tu będzie, gdy nas, uchowaj Boże, przygniotą; kiedy my po wodzie, a te bestye po winie! — zawołał Brochocki.
— Żeby walka była równa — po polsku zawołał Krzyżak z drugiéj strony — ślemy wam wina baryłkę.
— Bóg zapłać! oddamy wam to w boju — rozśmiał się p. Andrzéj — dawajcie!
Knecht krzyżacki chwycił baryłkę i potoczył ją, ale na polu tyle było potrzaskanych drzewców, że się zaraz wstrzymała; skoczyli więc młodsi i baryłkę zabrali.
Za to rannego Krzyżaka, który leżał bliżéj polskich szeregów, zaniosło dwóch: Ossoria i Doliwa i oddało Niemcom.
— Zbroje macie zaciężkie! — mówił Niedźwiedź — wierzycie nadto w grube żelazo.
— Gdybyśmy go nie mieli — odparł któryś z przeciwka — zdałoby się nam, że w koszulach walczymy.
Ocierano pot z czoła, przewiązywano rany; ale słońce zniżało się ku zachodowi. Gdy starszyzna znowu się do koni brać i nawoływać zaczęła, młodsi a niecierpliwsi zaklinali się głośno:
— Już tego dosyć! żartowaliśmy cały Boży dzień, trzeba począć robotę.
To starcie miało w istocie stanowić o losie walki, i każdy teraz siadając na koń, żegnał się krzyżem św., bo nie wiedział, czy z niego zsiędzie. Sprobowali się nieprzyjaciele wzajem i czuli, że zapaśników mieli przeciw sobie równie dzielnych jak sami byli.
Brochocki, Niedźwiedź, Naszan, stanęli teraz tak, ażeby przeciwko chorągwi krzyżackiéj miejsce im wypadło. Gdy po raz trzeci zwarli się, jeszcze żadna strona nie uległa, miecze się szczerbiły... nadaremnie, tu i owdzie krew po zbroi ciekła, nie jednemu z pod hełmu szła strugą, ale trzymali się wszyscy. Wtém Naszan pochwyciwszy chwilę, gdy właśnie naprzeciw siebie dostał Henryka Franka, który niósł chorągiew krzyżacką, wpadł nań, płatnął po drzewcu silnie i tuż za płótno chwyciwszy, zręcznie je około siodła okręcił. Rzucili się nań Krzyżacy odbiérać, ale go zasłonięto. Stał się popłoch. Szereg niemiecki ugiął się. Pierwszy chorąży krzyżacki z placu począł uchodzić, co drugich za sobą pociągnęło.
Puściła się za nim pogoń Toporczyków i Okszyców. Zamęt coraz był większy, a Niedźwiedź głośno począł wołać:
— Kto w Boga wierzy, siecz a bij!
Już uchodzili z placu, co żyło siadło im na karki.
— Siecz a bij! — wrzało dokoła.
Naówczas Brochocki, który się był rozpalił do niepamięci tą walką, uchodzącego młodego chłopaka, znacznego bardzo tém, że zbroję miał szmelcowaną i złocistą, toporkiem w głowę ugodziwszy, w miejscu ubił.
Gdy padł, a rozpiął mu się szyszak i rozwinęły włosy złociste i śliczna twarz ukazała, p. Andrzejowi samemu żal się zrobiło chłopięcia, bo był w kwiecie wieku i możnéj rodziny Elchingerów, za którego gdyby był się w niewolę dostał, zapłaciliby byli krewni mało 60,000 czerw. złotych.
Rej z Nagłowic i inni chwycili samego wodza Michała Kochmeistra wójta; dostał się do niewoli Niemczów, co taką złą wróżbą bitwę rozpoczął, a z nim dworzan króla Zygmunta wielu. Ci znać do turnieju w szrankach na podwórcu dobrzy byli, ale w polu nie tędzy.
Pospolitego ludu Franków, Szlązaków, Bawarów, Turyngów, Czechów i wszelkiego niemieckiego plemienia nabrano mnóstwo wielkie.
Już późną nocą dopiéro skończyła się pogoń i wracający z łupem i niewolnikiem, legli przy ogniach na pobojowisku.
Dopiéroż chórem śpiewać, a weselić się poczęto, dopiéro opowiadać i trefne stroić żarty.
— Co najpewniejsza — odezwał się Brochocki — że ryba nam ostygła, aby ją psy może koronowskich mieszczan zjadły. Toporze, bracie, co twój żołądek powiada?
— Strapiony wielce, a w dodatku spowiadać się trzeba, bośmy się w piątek krzyżackiego mięsa najedli i post złamali.
Na pobojowisku pobrawszy zbroje i sakwy i konie i oręż, i co łupem było, powiązawszy jeńców, wreszcie łuczywa pozapalawszy, poszli wszyscy z pieśnią pobożną jak należało do miasta, najprzód pod klasztor dawny Cysterski, gdzie składy były, a potém do namiotów i stołów.
Ryby rannéj prawda nie było i znaku, ale mieszczanie wiedząc o zwycięztwie postarali się o inną, a na zamku téż coś zapasu było.
Gdy wozy krzyżackie przyszło zabierać, a Brochocki poszedł ze zbroją po Elchingerze i orężem szukać miejsca, gdzieby je złożył, o mało nie osłupiał postrzegłszy siedzącego między wozami Dienheima. Bez zbroi, bez miecza, w odzieży prostéj, dawny jeniec pana Andrzeja na ziemi skurczony i już związany pół leżał, pół siedział.
— Kuno, a wy tu co robicie? a słowo? — zakrzyczał Brochocki.
— Nie biłem się — odparł zarumieniony Dienheim — wzięli mnie Krzyżacy w drodze. Każcie rozwiązać, proszę. Gdybym się bił, albobym padł był w téj strasznéj bitwie, lub ranny był przynajmniéj. Zbroi ani kaftana nie mam.
Brochocki podszedł i dobywszy nóż, sznury zaraz porozcinał.
— A co? — zapytał — cóż powiecie o dzisiejszéj sprawie?
— Mój panie — smutnie odparł Kuno — albo Grunwaldskiéj waszéj warta, lub po rycersku więcéj niż ona. Lecz tym co polegli, oddajcie cześć, bo i oni bili się walecznie.
Brochocki hełm zdjął i głowę uchylił.
— Cześć wszystkim — rzekł.
Zabrawszy z sobą Dienheima, poszedł p. Andrzéj téż do miasta, bo każdemu spoczynek był potrzebny.
Na pobojowisku, że noc była ciemna, straże tylko zostawiono do jutra.
Z pola zaraz Zaklika z Korzkwi do króla do Inowrocławia pojechał, z oznajmieniem o zwycięztwie, które nieco Malborgski błąd poprawiło.
Nazajutrz co się tym rycerzom obojéj strony należało, poszły wozy po ciała ich, zarówno Polaków jak Niemców, aby z uczciwością pogrzebione były przy kościele koronowskim. Ogromna moc jeńców, prawie cała właśnie na cmentarzu stojąc, opłakiwała straty swoje.
Z pod Koronowa wojsko ruszyło do Bydgoszczy, gdzie trzy dni stało, i tu zwyczajem ówczesnym, zniesiono łupy wszystkie dla podziału między zwyciężców.
Tu Jagiełło nadesłał sześćdziesiąt wozów pod jeńców znakomitszych i rannych, a sam czekał nadchodzącéj chorągwi z wielką wdzięcznością i rad a wesół jak od Grunwaldu go nie widziano.
W Inowrocławiu dla rycerstwa i dla jeńców, bo dla tych szczególne zawsze miał względy, kazał król nagotować wieczerzę i służbę do niéj naznaczył ze swego dworu, dla rannych wcześnie opatrzono mieszkania i opiekę.
Ten pochód do Inowrocławia i wjazd, prawdziwie był uroczysty: wojsko ochocze, pokrwawione, lecz wesołe, jeńców tłumy, wozy pełne białych płaszczów krzyżackich, daléj lud pieszy, rycerstwo konne, łupy, konie.
Miało się pod noc, gdy to wszystko nadciągnęło do miasta. Król stał na koniu i witał a poznawał.
Z rycerzy krzyżackich oniemiałych, z głowami spuszczonemi, nikt ani się urągał, ni szydzić śmiał, pocieszano ich ludzko. Jeden Kochmeister siedząc na wozie, wilczemi oczyma patrzał na króla i na to co go otaczało. Chciał go Jagiełło dobrém słowem obdarzyć, ale się opryskliwie odezwał:
— Nie weselcie się zawczasu: oddamy za swoje i z nawiązką.
Potém królowi grozić począł, tak, że go musiano osobno oddzielić i w kajdanach do chęcińskiego zamku odesłać.
Z zaciążnym żołnierzem, gdy się do stołów usadowili, poszedł sam król mówić, aby temu obałamuconemu ludowi, który mniemał, że za krzyż walczył, okazał jawnie, iż rozbojowi, wydzierstwu dopomagał.
Stoły dla niewolników przygotowane były po szopach, a dworscy Jagiełły posługiwali: — prawdziwa uczta ewangeliczna. Każdy kubrak inny, niemieckie suknie i szlązkie gunie, i płaszcze odarte i sukmany z kapturami, i kapoty i żupany, pocięte, odrapane, pozszywane jako tako białemi nićmi. U jednych włosy długie, u drugich powygalane, wąsy a brody wszelakiego kształtu, i ludzie téż rudzi i czarni, mali i ogromni. Gdy król wchodził, wstawali wszyscy, ale kazał im siadać i sam po za stołem się przechadzał, niektórych zaczepiając, jako Niemca i dworaków Zygmunta, którym ostrą prawdę rzekł.
Tłómaczyli się, że byli ludzie nieświadomi i że prawdy się im dowiedziéć było trudno, a drudzy dowcipem i śmieszkami jak mogli się osłaniali.
Jagiełło wedle zwyczaju prawie wszystkich, krom Krzyżaków, powypuszczał potém na słowo i obdarzyć jeszcze kazał, aby z głodu nie marli.
Potém choć już noc była, jeszcze się kazał z pochodniami prowadzić po kwaterach, gdzie ranni leżeli, aby im podziękował i obdarzył.
Radość była wielka wszędzie, a choć który ledwie zwlec się mógł z łóżka, wstawał na przyjęcie takiego gościa.
Wieczór to był dla wszystkich pamiętny, bo nigdy Jagiełły nie widzieli weselszym i dobrotliwszym jak tego dnia. U jednego tylko Reja, który był szpetnie w rękę cięty, trafiła się przygoda nie miła, bo mu ktoś był miskę jabłek przyniósł i postawił na stole. Król skoro na próg wstąpił, a zapach jabłek go zaszedł, którego cierpieć nie mógł, wnet się, nos ścisnąwszy w ręku, cofnął.
Nikt nie wiedział coby to było, dopiéro dworzanin oznajmił i jabłka wyrzucono precz, a okna pootwierano, aby izbę wywietrzyć. I tak przecie król długo wytrwać nie mógł, bo mu jeszcze te nieszczęsne jabłka czuć było.

∗             ∗

Nie występowali już późniéj Krzyżacy nigdzie w pole, aby się mierzyć z rycerstwem polskiém, ale swoim sposobem, zdradą i wycieczkami, zamki napowrót odzyskiwali.
Polskie załogi dotrzymać nie mogły w pośród kraju zewsząd przez nich zajętego, w którym krzyżowały się niewidoczne sieci, a tych uniknąć było niepodobna. Dobrowolne więc załogi co słabsze grody opuszczały, pobrawszy z nich co się tylko zabrać dało. W Morągu, z pomocą tego Abla co w popiele legał, a niby z psami kości ogryzał, tak Krzyżacy podkradali się i naciskali, że w końcu go musiał Brochocki porzucić, tém więcéj Sztum, który żywności nie miał, a narażonym był więcéj jeszcze.
Z dozwolenia téż królewskiego, do domu, dzieci i żony chciał dojechać, aby spocząć, bo przez cały ten czas nikogo nadeń czynniejszego nie było i szablą i głową, a gdzie najciężéj, tam albo się on sam prosił, albo go pewno posłano. Wprawdzie się to wynagrodziło sowitym łupem, lecz zapłaciło zdrowiem.
Znalazłszy Dienheima w Koronowie, już go p. Andrzéj puścić nie chciał, a Kuno téż choć pierścień miał na palcu, jakoś do Torunia nie śpieszył. Dopiéro gdy wieść gruchnęła, że w Toruniu znowu panowanie krzyżackie wróciło, jął się niepokoić Kuno i jednego rana poszedł do pana Andrzeja sam. Było to już na drodze, właśnie w czasie pochodu do Inowrocławia, w Bydgoszczy. Wybrał sobie taką chwilę, gdy p. Andrzéj dobrego był humoru, choć mu nigdy na nim nie zbywało. Wiązano sakwy, opony różne i naczynia, których po zamkach nabranych, król wiele rozdarował.
— Panie Starosto — odezwał się Dienheim, — choć zrazu ostroście się obchodzili ze mną, alem miał dużo dowodów waszéj łaskawości dla mnie i dobrego serca. Pozwólcież mi się do niego odezwać jeszcze.
— Chcesz bym cię bez okupu wypuścił? — spytał Brochocki.
— Jak mnie dziś widzicie — rzekł Dienheim — żadnego za siebie dać nie mogę, a do brata słać daremna rzecz.
— Więc musicie choć rok u mnie w Brochocicach konie najeżdżać — począł śmiejąc się Starosta. Nie mam już ani jednego jeńca, aby go w domu pokazać, choć, choć grafiątkiem z nad Renu się pochlubię.
— Jam przyszedł was prosić o folgę — rzekł Kuno — mam dziewkę bogatą kupcównę, która mi słowo i pierścień dała, dozwólcie mi jeszcze raz pójść się o nią upomniéć. Jeśli dotrzyma słowa, może i okup zapłacimy.
— Tém-ci lepiéj! rycerskie słowo — podchwycił Brochocki — stawicie się za cztery tygodnie w Brochocicach. Okupu ci wielkiego nie naznaczę, ale waszmość wiesz, my nie bierzemy żołdu, służym o własnym koszcie: okup i łup to cała zapłata za potłuczone kości i doznaną biedę.
Począł się starosta dowiadywać jak daleko było, i co za jedna swatała mu się dziewka, i od słowa do słowa dowiedział się w końcu wszystkiego, aż śmiechem parsknął.
— Szatan nie dziewczyna — rzekł — patrzéć na nią pewnie miło, a żenić się nieprzyjacielowibym nie życzył; ale kto w czém smakuje, radzić trudno. Znać z was rycerz mężny, kiedy się na to porywacie. Więc jedźcie i wracajcie.
Było naówczas między wszystkimi orężnymi ludźmi, choćby z obozów nieprzyjacielskich braterstwo takie, iż Brochocki jeńca puszczając, pożałował go, że odarty był i nie mógł się przystojnie stawić przed mieszczanką. Dał mu więc i koni dobrych parę krzyżackich i siodło jedno piękne i delię szytą i odzieży co było potrzeba, czém sobie ujął serce Dienheima.
Rozstali się więc w Bydgoszczy jak najlepiéj, a że Kuno dawszy słowo rycerskie powróci, o tém starosta wcale nie wątpił. O przewodnika nie było trudno, puścił się więc hrabia samotrzéć ku Toruniowi, dobrze konie podkuwszy, bo mrozy już ściskać zaczynały i gruda była ostra.
W drodze kilka razy to go polskie oddziały chwytały, to krzyżackie; lecz się wykazywał papierem, że jeńcem był na słowie, a takiemu nic nie czyniono z jednéj, ni z drugiéj strony; chyba gdyby go Polacy z bronią byli w walce ujęli: w takim razie odsądzony od czci, dałby na placu głowę.
W Toruniu w istocie wróciło było już panowanie Zakonu, który wrąc zemstą bezsilną, sposobił się do odwetu. Wszyscy, na których podejrzenie padało, że królowi nie tylko służyli, ale mu zbyt byli powolni, srogą teraz kaźń cierpiéć musieli.
Plauen obrany Wielkim Mistrzem, z nadzwyczajną gorliwością krzątał się dla przywrócenia sił utraconych Zakonowi; lecz straty były ogromne, kraj wycieńczony, ludzie rozpierzchli, zamki poogałacane, a owa wieża dukatów pełna, o któréj rozpowiadano między pospólstwem, musiała się opróżnić wielce. Wprawdzie ze sprzedaży ziemi w Czechach, wpłynęły summy znaczne, ale na zaciągi nowe ogromnych téż było potrzeba.
Chmurnym rankiem dostał się Kuno do Torunia, nieustannie po drodze i w bramach pytany, wodzony i badany ktoby był i z czém jechał — obawiano się bowiem zdrady. Nie chciał wprost zajeżdżać do kamienicy pani Noskowéj, aby się odziać przystojniéj i przyjść w lepszą porę, zbyt bowiem było rano. Zawróciwszy do gospody pod Konia, że naówczas nigdzie osobnych izb dla podróżnych nie było, musiał razem z innymi pójść do halli na dole, gdzie i gwar był i tłok znaczny. Jedni wstawali z posłania na ziemi, odziewali się drudzy, golił balwierz w pośrodku, przy wielkiém ognisku grzali się zziębli, a dziewki zaczepiane przez wesołych nocleżan, gotowały i piekły co było potrzeba.
Gospoda była niemiła i niespokojna, ale innéj naówczas podróżny nie znalazł. Posłańcy, kursory, handlarze, woźnice, kilku zaciążnych żołnierzy: wszystko w kupie gwarzyło tu, łajało, krzyczało, a nie rzadko się kłóciło i do nożów porywało. Znalazł sobie przecie kątek Dienheim, gdzie mógł sakwy swe rozwiązać i odzież zrzucić. Służąca mu przyniosła kubek grzanego wina, którego zażądał, a spojrzawszy w oczy i wziąwszy się w bok, zapytała, czy nie do Noskowéj przyjechał?
Kuno poznał w niéj sługę, którą tam widywał, ale chcąc ją wypytać, słowa nie mógł dobyć: poszła do garnków ramionami ruszając.
Zostawiwszy więc konie i przystojnie się odziawszy, poszedł do komienicy. Stały drzwi otworem, na górze téż gdy zapukał, wnijść mu kazano. W znanéj izbie, znowu tak samo przybranéj jak była, siedziała Noskowa w krześle, ręce założywszy, a obok niéj młody jeszcze, zdrów i przystojny mężczyzna, z wąsem i brodą, pół-rycersko ubrany, tak, że poznać było trudno czy mieszczaninem był, czy żołnierzem. Postawa w jakiéj siedział oznajmywała, że tu był jak w domu; pochylony nieco ku wdowie, z nogą na nogę założoną, jedną ręką wąsa pokręcał, a drugą w bok się trzymał. Noskowa ku niemu słodkie oczy zwracała, gdy w progu Dienheim się ukazał. Zjawienie się jego widocznie ją zmieszało: poruszyła się nieco i ręce złożyła zdziwiona.
— Powracacie nam jakby z drugiego świata, grafie Dienheim — zawołała — świadczyli ludzie i wszyscyśmy już byli pewni, że pod Koronowem zabito was; znajdowali się nawet tacy, co ciało widzieli.
— A no, przecie żywy przed wami stoję — rzekł Dienheim.
— Podziękujcie Bogu, bo tam, słyszę, wojsko Jagiełły nabiło wiele rycerstwa naszego.
— Byłem świadkiem tego rycerskiego dzieła — wzdychając i oglądając się dodał Dienheim.
W czasie téj krótkiéj rozmowy, siedzący mężczyzna mierzył go oczyma. Wdowa wskazała nań ręką.
— Sprzykrzyło mi się wdowieństwo i sieroctwo — odezwała się — a oto widzicie męża mojego, pana Pawła Hentscha, rycerskiego człowieka, któremu już od kilku tygodni zaślubioną jestem.
Pan Paweł zlekka się skłonił. Hrabia Kuno nie mógł ukryć zdziwienia swojego, gdyż po tak długiém wdowieństwie, nie sądził nigdy, aby Noskowa swą wolność na jarzmo małżeńskie zamienić miała. Znać się to i w jego twarzy odbić musiało, bo wdowa poczęła się żywo tłómaczyć, że już dłużéj tak żyć nie było podobna.
— Cierpiało się, cierpiało — a no raz koniec trzeba było położyć temu. Z ludźmi sobie rady dać nie mogłam: było co cierpiéć za grzechy. Teraz tak statecznego i zacnego obrawszy sobie małżonka, spocząć przynajmniéj będę mogła.
Poczęła się tedy rozwodzić nad tém, jak się Wolff zestarzał, jaki się nieład wkradł i ile strat poniosła przez wojnę. Dienheim napróżno oczekiwał jakiéj wzmianki o Ofce i na wszystkie strony szukając jéj oglądał się. Dostrzegłszy to, poczęła coś na ucho szeptać mężowi pani Pawłowa, a ten rad nie rad, wstał i zakręciwszy się po izbie wyszedł.
— Gdzież córka wasza? — zapytał niecierpliwie Dienheim.
— Siadaj i słuchaj — poczęła wdowa — to niewdzięczne dziecko.
I poczęła popłakiwać, więcéj jednak dla przyzwoitości może, niż z wielkiego żalu.
— Trafił mi się ten człowiek stateczny — mówiła daléj — ale jak tylko okazał mi miłość swoją i zamiary, Ofka zakrzyknęła, że ojczyma nie ścierpi. Zaklęła się na wszystko święte. Bunt mi podniosła w domu. Stary Wolff wziął jéj stronę. Szczęściem, że to mężczyzna stateczny, bardzo stateczny i ma swoją wolę i nie dał mnie siéroty pokrzywdzić przez własne dziecko. Poszłam więc do ślubu, choć się rozbijała; ale nazajutrz...
Tu głosu zabrakło pani Pawłowéj.
— Nazajutrz, gdy się Paweł wniósł do kamienicy, Ofki już nie było.
— A cóż się stało? gdzie jest? — zawołał Dienheim.
Wdowa poczęła suknię na sobie poprawiać i oczy wywracać.
— Co ja łez wylałam, co łez wylałam — mówiła.
Dienheim słuchał chciwie, wdowa zdawała się zwłóczyć umyślnie.
— Wiecie, panie grafie, że my wszystkie tu pół-siostrami jesteśmy, ale nie zakonnicami: Ofce się w głowie przewróciło. Uciekłszy z domu, dała się w Elblągu postrzydz i oblec i została Siostrą szpitalną.
— A mój pierścień? słowo? przyrzeczenie?
— Ona sobie z was, jak z drugich, żarty stroiła — dodała Pawłowa — ona was nigdy nie kochała, a uchowaj Boże, byście ją poprowadzili do ołtarza, nie byłoby szczęścia w waszym domu.
Kuno stał osłupiały.
— Usiądź-no, panie grafie i uspokój się: ja wcale temu nie jestem winną — mówiła Pawłowa. Dziecko było zawsze krnąbrne i samowolne. Omałośmy życiem nie zapłaciły za pierwszego starostę i za tego Czecha, któregoście tu wy przyprowadzili, bo i ten późniéj w Brześciu zmarł, a na nas rzucili podejrzenie trucizny.
Zmieszała się mówiąc to, spuściła oczy i zniżyła głos.
— Kto to może wiedziéć co ta szalona czyniła; ja życia mojego Pawełka kochanego nie byłabym pewną, gdyby ona z nami w domu mieszkała, bo się z tém nie taiła, że go nienawidziła.
Zamilkła gospodyni, milczał i Dienheim, ale burzył się.
— Przecie słowo coś znaczy, gdy raz dane było, a jam od niego nie uwolnił: pierścień na palcu mam! Jeździłem gdzie mi kazała, czyniłem co poleciła, wróciłem wedle jéj woli i dla niéj. To nie może być!
— Ale ona śluby uczyniła — przerwała Pawłowa — cóż wy, z Bogiem o nią staniecie do walki i z Zakonem. Ona habit wdziała, ona przysięgła.
Dienheim się rzucił.
— Więc ani wspomniała o mnie? — zapytał gniewnie — więc szydziła sobie ze mnie.
— Gdym jéj mówiła o was, śmiała się tylko i ruszała ramionami i nazywała was, wiecie jak? wiecie co o was mówiła? To mój knecht, a królowe za knechtów za mąż nie wychodzą.
Krew uderzyła do twarzy Dienheimowi, wstał miarkując się, ażeby nie wybuchnąć, ściął usta silnie — z pod powiek przymrużonych, białka mu świeciły.
— Gdzież jest córka wasza? — spytał.
Pani Pawłowa zdawała się namyślać i wahać.
— Ja nie wiem dobrze: przy szpitalu w Elblągu, albo w Malborgu może, lub gdzie już ją na wieś wysłali.
Skłonił się hrabia Kuno.
— Szczęścia wam życzę w małżeństwie nowém i bywaj mi pani zdrową — rzekł.
Chciała się żegnać czuléj gospodyni, ale na twarzy tak srodze zawiedzionego gniéw spostrzegłszy, zatrzymała się.
Dienheim drzwi za sobą zatrzasnął i poszedł nazad do gospody.
Tu wprost do stajni się udał i konie siodłać kazał. Do siodła przywiązany miecz opatrzył i popróbował go, ludzi zaczął pędzić, ażeby rychléj się do drogi gotowali i z miasta zaraz wyjechał.
Chociaż pani Pawłowa rozgniewaną była na córkę, zostało jéj przywiązanie do dziecięcia.
Wychodzący z gniewem widocznym Dienheim przestraszył ją. Posłała więc natychmiast po Pawełka, który w dolnéj izbie już przy korzeniami zaprawném winie siedział. A że mu się nie chciało go porzucać, bo grzane było i smakowało, wziął z sobą kubek na górę.
W progu przyjęła go jéjmość, załamując ręce.
— Nic dobrego nie wróżę — odezwała się — po tym człowieku. To mruk! napozór łagodny, ale milczący i mściwy. Gotów nie wiem co uczynić, bo się szalenie kochał w téj głupiéj dziewce. Trzeba go śledzić, co on myśli i co pocznie.
— A cóż on począć może? — rozśmiał się Paweł, sącząc wino. Ma ona tam opiekę lepszą niż w domu, i krzywdy jéj uczynić nie dadzą. Niéma się czego lękać. Na zakonnicę się nie porwie, boby szyją to, albo więzieniem wiekuistém opłacił.
Jéjmość patrzała, słuchała i uspokoiła się nieco, w końcu jednak zaczęła męża prosić, po twarzy go głaszcząc, ażeby starał się wywiedziéć, a choćby za Dienheimem posłać.
Urodziwy młody mąż nie bardzo rad był ruszać z domu i wygodny odpoczynek mieniać na podróż bez celu. Opiérał się długo, lecz zobaczywszy łzy, poszedł.
Dienheima już w mieście nie było. Musiał więc konia siodłać i na zwiady wyruszyć. Dopiéro drugiego dnia od ludzi się dowiadując i przepytując, doszedł Hentsch, iż ścigany do Elbląga pojechał. Trzeba więc się było za nim wybiérać, za co przynajmniéj nie żałując go, wyklinał Paweł. W Elblągu okazało się, iż ani Ofki, ani jego nie było.
Nowo obleczona Siostra wybrała się z rozkazu komtura dla pilnowania rannych w odzyskanym Morągu. Jechać za nią i za Dienheimem nie miał ochoty wysłany.
Wolał towarzyszów dobrych znalazłszy, zasiąść z nimi za stół i do kości. Miał taką naturę Hentsch, iż raz rozpocząwszy hulankę, nie rychło poprzestał; zbiegł więc tydzień cały na zabawie w gospodzie, gdy jednego dnia przyniesiono do niéj wiadomość, że w Morągu stał się wypadek dziwny. Nieznajomy jakiś rycerz wkradł się pod szpital nocą i gwałtem porwał Siostrę zakonną, którą uwiózł z sobą. Nie prędko się spostrzeżono i uganiano się za gwałtownikiem dni kilka, ale dognać go nie było podobna. Jednak znać czując pogoń, rzucił po drodze zakonnicę, którą osłabłą i w gorączce przywieziono na wozie do szpitala. Sprawcy tego napadu pochwycić nie było podobna.
Wiadomość ta zdała się niedorzeczną Hentschowi, lecz sprawdzić ją chcąc, musiał towarzyszów porzuciwszy, na koń siąść i przerzynać się na miejsce.
Już po drodze potwierdziło się z różnych ust opowiadanie, tak że o niém wątpić nie było podobna. Dobiwszy się do miasteczka, dowiedział się na pewno pan Paweł, iż zakonnica porwaną została, że jéj przez dni kilka nie było, że pogoń odzyskała ją chorą i zbłąkaną w lesie, gdy się jéj uciec udało; że potém chora jeszcze leżała w szpitalu; lecz teraz już była zdrową i około rannych chodziła jak przedtém.
Chociaż Hentsch wiedział, że go Ofka znieść nie mogła, poszedł jednak probując, czy mu się nie uda zasięgnąć lepszéj wiadomości, z którąby powrócił do matki.
Nie łatwo mu przyszło do szpitala się wprosić, a trudniéj jeszcze mówić z Siostrą Magdaleną, gdyż to imię w zakonie przybrała Ofka. Do celi jéj przy szpitalu wszedłszy, gdy go poznała, myślał, iż go natychmiast wypędzi.
Zmienioną ją znalazł, ale nie lepszą jak była.
— Czego wy chcecie odemnie? — zawołała.
— Przychodzę od matki.
— Ja nie mam matki — odparła Ofka.
— Nie ze złém przecież do was idę, ale żebym jéj przyniósł wiadomość.
— Jaką wiadomość? — podchwyciła — że mnie zbójca pochwycił, aby mi wstyd uczynił, żem mu się potrafiła wyrwać, powrócić? cóż więcéj? niemam wam powiedziéć nic.
I odwróciła się od niego.
Hentsch znalazł ją mizerną, zbladłą i gniewliwszą niż bywała; wielka jéj piękność znikła prawie: zostały tylko ślady jakby ogniem jakimś wypalonego oblicza, rysów szlachetnych, z oczyma dzikiemi.
Napróżno starał się ją ułagodzić i uprosić jeszcze słów kilka; w końcu groźbą wyprawiła go precz ze szpitala. W miasteczku i między rycerstwem krzyżackiém mówić się o tém wzdragano. Komtur zakazał ust otwiérać. Siostra Magdalena miała nad sobą opiekę wielką i obawiano się jéj powszechnie.
Czyniła co chciała w szpitalu i rozporządzała starszyzną zakonną. Ostra dla podwładnych, przykra dla chorych, obchodziła się ze wszystkimi jakby mszcząc się za to, że jéj na świecie źle było. Zapewne z rozkazu jéj, komtur kazał zaraz wyjeżdżać Hentschowi precz, zagrażając, aby się tu więcéj nie śmiał pokazywać.
Musiał więc Paweł powrócić do Torunia i uspokoić żonę, połowę tylko prawdy jéj powiedziawszy. Wkrótce téż ucichło o tym wypadku, bo o nim mówić zakazano. Paweł miodowe miesiące spędziwszy z żoną, wcale niespodzianie zaciągnął się znowu pod chorągiew, mimo jéj oporu, i znudziwszy się znać w domu, życie dawne rozpoczął z zaciążnemi z całego świata, zbiéranymi na Zakonu obronę.

∗             ∗
Gdyby z mogił swych i grobów kamiennych powstali dawni kraju każdego mieszkańcy, a przyszli szukać starych siedzib, w których spędzili życie: błądziliby po swojéj ziemi jak po obcéj, nie mogąc odszukać ani dworów gdzie stały, ani lasów gdzie rosły, ani rzek, gdzie płynęły.

W miejscu starych puszcz, wydarte zielenieją pola; gdzie były wioski, rosną teraz lasy; rzeki suche opuściły łożyska; mogiły rozorały pługi; kości w pył się obróciły.
Cmentarze złotą kołyszą się pszenicą; na łąki muł i piasek naniosły rzeki; stawiska wsiami zabudowano; potoki w głąb ziemi pouciekały. Mieni się tak wszystko, pada i rośnie. Ziemia chłonie ruiny i pożéra mury.
W owych czasach, których sięga opowiadanie nasze, kraj zupełnie inną miał postać. Większą jego część stare, jeszcze nie trzebione zalegały bory i puszcze, łączące się z sobą i stanowiące nieprzebyte kryjówki dla zwierza i ludzi, a niewyczerpaną skarbnicę.
Z nich wówczas szły dochody szlachcica, z nich w większéj części żył włościanin; była to komora i śpiżarnia, w któréj ludzie i wilcy gospodarowali. Wydziérano pólka powoli, karczowano już lasy, ale znaczniejsze obszary zajmowały zarośla i puszcze.
Gdzieniegdzie nad brzegiem rzeki, u strumienia, nad stawem, lub jeziorem wznosił się dwór oczęstokolony, a przy nim wioseczka niewielka. Daléj rozsypane były jak Bóg dał po uroczyskach dworki i chaty, i budy, i szałasy, i ziemlanki, jak nasiona przyszłych sadyb po lasach, z których wsie późniéj i osady rosnąć miały.
Na wielkich przestrzeniach ludności szczupłéj było przestronno. Tam gdzie już pól wydartych świeciło więcéj, na kopcu sypanym, lub na brzegu podniosłym widać było gródek książęcy, lub możniejszego szlachcica zameczek. Każdy z nich, od niespodzianéj napaści opasywały błota i wody, wały, częstokoły, lub mury. U podzamcza cisnęły się chaty dworskiéj służby, czeladzi i rolników. Tych ostatnich prawie najmniéj było jeszcze. Las dostarczał czego do życia było potrzeba — oprócz chleba. Zwierzyna stanowiła pokarm, pszczoły dawały miód i wosk, krupę gotową zbiérała z rosą na błotach niewiasta, gdy manny dojrzały.
Na wydartém pólku, po spalonych gałęziach bujno téż zboże rodziło, choć go nie wiele siano; ladajaka socha, radło i brona, często zastępowana gałęźmi, starczyła do uprawy. Około chaty i dworu mały ogródek karmił warzywem i owocem. W odległych zakątach kraju lud jeszcze nawpół był dziki.
Ci co już chodzili modlić się do kościołów, pokryjomu jeszcze w lasach pod dębami stare obchodzili święta i bili ofiary na rozdrożach, a kościół nie mogąc wykorzenić pamiątek staréj wiary, nowe do nich przywiązywał znaczenie. Drogi po kraju stanowiły rzeki, i wyjeżdżone, a wydeptane ścieżyny, które deszcz wymywał.
Im daléj od miast i ognisk życia, do których nowy, obcy osadnik przybywał, gdzie się zbieg chronił, tém ciszéj było i puściéj.
Dwa i trzy dni drogi po niektórych okolicach zrobić było można, nie spotkawszy ani żadnéj wsi, ani chaty. Obozowano po lasach, nocowano przy ogniskach, węgle i doły znaczyły dla przyszłych podróżnych miejsca spoczynku, w których blizkości wodę znaleźć było można i leśne dla koni wypasy.
Inaczéj téż wyglądały naówczas dwór i osady szlacheckie, niżeli w późniejszych wiekach. Brochocice pana Andrzeja, w których żonę i dziatki zostawił, leżały także wśród wielkich lasów, obejmujących je dokoła.
Coś pól wydartych przy dworze i wiosce, złożonéj z dworskich ludzi służebnych, okrążało budynki.
Wieś i dwór stanowiły jedno i życiem jedném tętniały, które ze dworu od pana płynęło. Stara osada możnego człowieka, któraby się dziś wydała nam bardzo niepozorną, na owe czasy pańską się zwać mogła.
Na wzgórzu zbudowany był ów dworzec, na kamienném podmurowaniu, cały z kloców dębowych olbrzymich, o dwóch gankach ze słupami rzeźbionemi, z wysokim dachem, kominami grubemi i dwiema chorągiewkami herbownemi. Po stronach ciągnęły się podsienia, na misternych téż słupkach oparte. Z głównych drzwi sień obszerna przerzynała dwór na przestrzał. W niéj wielki komin dwudziestu ludzi mógł objąć pod gzémsami i ogrzać zimą, gdy służba gościnna na panów swoich tu oczekiwała.
W prawo były izby dla czeladzi, śpiżarnie i schowanka, a alkierze i fraucymer jéjmości; w lewo komnata dla przyjęcia gości i druga ze stołami do jedzenia i mieszkania państwa, i izba pana i bokówki dla dzieci.
Izby na górze pod dachem mieściły część izb dworskich.
Tuż stał folwark, gdzie mieszkał włodarz i podstarości, z drugiéj strony stajnie obszerne, które pańskiego wymagały oka. W rogu piętrzył się lamus murowany jak baszta, któremu naprzeciw odpowiadała z krzyżykiem kaplica.
Wszystko to okalał podwórzec obszerny, w pośrodku którego był słup do przywiązywania koni, gdzie téż harcowano, biegano rzucając dziryty i sprawiano sobie pod dobry humor małe rycerskie turnieje.
Wysokie parkany i tyny otaczały dziedzińce, budynki i ogrody, bo i od zwierza zimą i od ludzi po wszystek czas trzeba się było miéć na ostrożności, a nocą chodzili stróże z grzechotkami, aby nigdy czujność nie ustawała.
Z wielką prostotą urządzone było wnętrze domu w Brochocicach, ale z pod niéj widać było starą pańską zamożność. Na prostéj z tarcic podłodze, leżały kobierce wschodnie; na kominach gliną lepionych stały puhary, i konwie srebrne, i naczynia złote. Mało kto miał piec kaflowy, bo drogocenne kafle trzeba było na kopy z Niemiec sprowadzać. Większą część izb ogrzewały ceglane i gliniane ogromne piece, do których z sieni rzucano kłody całe, co się dzień i noc paliły, a stróż ich drzémiąc, pilnował. Mieszkał on tu, spał, siedział i jadł z garnka, dopóki go drugi nie zluzował.
Wieś miała rzemieślników własnych i obchodziła się nimi. Byli tacy nawet, co na raz dwa rzemiosła sprawowali i celowali w obu.
Po długiéj i niepewnéj jesieni, która się z wilgocią przeciągnęła do Grudnia, gdy wszyscy już na tę przepadzistą zimę utyskiwali, bo mrozu wszystkim potrzeba było, a lękano się powszechnie, żeby spóźniona nie odbiérała swéj należności na wiosnę — w wigilią wigilii Bożego Narodzenia, niebo się wyjaśniło i silny mróz pochwycił.
Z radością powitano blady lazur, słońca trochę i drogi rozkisłe stężały, a kałuże szklanną pokryły się powłoką. Zbierało się na ponowę, bo mimo mrozu, czuć było śnieg w powietrzu, i lasy czarno z daleka wyglądały, co było znakiem, jeśli nie deszczu, to śniegu.
Starościna Brochocka z dwiema dorastającemi córkami, siedziała w swojéj izbie przepatrując bieliznę stołową, którą z ogromnych skrzyń dobywano, przejętą ziół wonnymi zapachami. Pani Hanna była jeszcze w sile wieku, twarzy miłéj, tuszy wspaniałéj, a domowy niewykwintny strój bardzo jéj był do twarzy. Obyczajem owego czasu miała na głowie czepiec biały jak śnieg, zawinięty tak, iż całą jéj twarz świeżą i różową okalał i końcami szerokiemi spadał na ramiona. Ciemna suknia obramowana szkarłatną wstęgą, w szerokich fałdach, układała się na kształtnéj jéj postaci. Dzień to był powszedni, i starościna żadnych, oprócz grubego, ślubnego pierścienia nie miała klejnotów. Dwie jéj córeczki, które się prawie jednolatkami wydawały, choć jedna od drugiéj o rok przeszło starszą była, Hela i Ofka, ubrane jednakowo, stały skromnie przy pani matce, podając jéj i odbierając od niéj bieliznę świeżą.
Obie miały główki jasnowłose, nie pokryte niczém, a splecione kosy obfite, zwieszały się ze wstążkami w nie wmieszanemi, na białe dziewczątek ramiona. Sukienki ich były ciaśniejsze, rękawy ich długie, część palców nawet okrywały.
Oprócz dwóch córek, dwóch synów jeszcze miał Starosta, ale ci już z bakałarzem do Krakowa byli wysłani. Nie spodziewano się ich nawet na święta tego roku, bo i drogi złe i nauka, w podróż się wybrać nie dozwalały.
Wzdychała za nimi jéjmość sama, tęsknił ojciec, ale człowiek był surowy i powinność zawsze nad pociechę przekładał. Pocieszano się tém, że oboje mieli, gdyby sanna stanęła, pojechać zobaczyć, jak téż tam to rosło i wyglądało.
Powróciwszy z wyprawy, w któréj pod koniec wiele doznał przykrości, bo mu ludzie zazdrośni w poprzek drogi stawali, Brochocki szukał oczyma dzieci w progu i musiał się temi cieszyć, które zastał.
Serdeczne to było powitanie, choć nie bez łez na oczach jéjmości, a córki ojcu do kolan przypadły. Brał je w silne ręce wojak, podnosił do góry i w białe czoła całował.
Dziwił się i cieszył, bo mu przez tych kilka miesięcy dziewczęta porosły.
Wnet, choć je konno wyprzedził niespokojny, zaczęły nadciągać w dziedzińce: dwór, wozy, konie i ludzie. A było tego daleko więcéj niż z domu wyszło. Koni pędzono niemal całe stado, a były między niemi i godne siodła i woźniki doskonałe.
Wozy pookrywane skórami mieściły w sobie wojenne łupy z wyprawy, wcale nie małe: gotowy grosz znaleziony na zamkach krzyżackich, naczynia srebrne, klejnoty i przepyszne zbroje, a co najwyżéj ceniono, relikwiarze z kośćmi świętych, krzyże i sprzęty kościelne. Tych Krzyżacy mieli po zamkach podostatkiem; niepotrzebowano z nich kaplic odzierać, bo wszędzie jak w Morągu tak i w Sztumie, dostarczyły skarbce i zakrystye. Jagiełło wiele niemi w Polsce obdarował kościołów, na pamiątkę zwycięztwa swojego.
Wnet się czeladź zajęła znoszeniem tych zdobyczy do lamusa i do dworu, a gawiedzi nabiegło mnóstwo, przypatrującéj się ze zdumieniem bogactwu pańskiemu. Sam Brochocki rozporządził co miało iść na skład, do zbrojowni, do skarbca, co do dworu, do sypialni i do skrzyń jejmościnych, lub na podarki i ofiary. Dostała się dziesięcina parafialnemu kościołowi i niejednemu z krewniaków i sąsiadów. Cały wóz poszedł do Rostkowa do p. Jakóba Kostki, rodzica jéjmości, który zwłaszcza jedną zbroją szmelcowaną nacieszyć się nie mógł.
Dziewczętom téż coś poprzybywało do przyszłéj wyprawy; dostała każda po łańcuchu pancerzowym, po dwa pierścienie i po sztuce jedwabnicy. Jéjmość się już kłopotała, że chyba nową skrzynię trzeba było na to sprowadzić co dla niéj przyszło; kochali się Krzyżacy w wymyślnych porządkach i obfitych zapasach, więc gdzie przyszli, zwycięzcy mieli co zabiérać.
Teraz już siedział pan Andrzéj w swojéj izbie u komina, piwo z grzankami stało przed nim, a opowiadaniom nie było końca.
Słuchały ich z upodobaniem niewiasty, słuchał stary Mszczuj ze Szczawina, krewny pana Andrzeja, który w jego domu dożywał spokojnie lat sobie wyznaczonych, wioskę swoją oddawszy Brochockim. A gdy się Starosta głośno rozgadał, a wszyscy zasłuchali, służba téż podkradała się pode drzwi, żeby cóś pochwycić.
Na folwarku tak samo i po dworkach: ci co na wyprawie panu towarzyszyli, mieli co opowiadać o wojnie, a widzieli i oni wiele takich rzeczy, których oprócz nich mało kto mógł dojrzéć. W czasie bitwy Grunwaldskiéj, gdy rycerstwo się potykało, służba w obłokach kurzawy i dymu widziała postać Świętego Biskupa nad polskiemi unoszącą się zastępy; widziała téż owéj nocy co poprzedziła walkę, postacie Mnicha i Króla na księżycu; ich oczom najjaśniéj błyszczała Panna Marya na złotéj ścianie Malborgskiéj kaplicy, która broniła zamku, boby go żadna ludzka siła nie osłoniła, gdyby nie ten wizerunek święty, co gniazdo grzeszników jak tarczą okrywał, aby im dać czas do poprawy.
Mszczuj ze Szczawina, którego Brochocki dziadusiem zwał, człowiekiem był w wieku już bardzo podeszłym, ale po budowie jego poznać było można, że i on niegdyś tak dzielnym jak pan Andrzéj musiał być żołnierzem. Teraz mu się nieco przygarbiły plecy i zgięły w kabłąk ramiona, ale wychudłe kości olbrzymich były rozmiarów. Twarz téż długa z wąsami rozrosłemi, z krzaczystemi brwiami, z obnażoną czaszką, na któréj szable popisały blizny chwalebne, wrażała poszanowanie i grozę.
Mszczuj chadzał teraz z toporkiem, wlókł się powoli; lecz gdy czeladź zdaleka jego stukanie posłyszała, chowała się po kątach, zwłaszcza jeśli grubym tubalnym odezwał się głosem. Miał zwyczaj bowiem wymyślać i służbę zwał plugawstwem, choć w sercu był dobry i więcéj nałajał, niż karał.
Czasu niebytności Starosty, on miał jakby urząd Wojskiego w dobrach pana Andrzeja, i, choć stary, nie zasypiał, doglądając wszystkiego, a ludzi w tak surowéj trzymał ryzie, że go się jak ognia obawiali. Głodu w domu, ani na wsi nie dopuścił, ale robota musiała iść żwawo; o drugich kurach wstawał i nocą stróży dopatrywał.
Małe szyby w ołów oprawne, pozamarzały tego dnia we wszystkich oknach, skrząc się gdy na nie światło padało i błyszcząc jak drogim kamieniem sadzone. W kominie płonęły kłody olchowe. Mszczuj ze Starostą siedzieli naprzeciw siebie, popijając piwo: wczesny wieczór zimowy nadchodził.
Zamknęła więc i Starościna skrzynie, zabrała córki i poszła do izby męża, w któréj zwykle na podanie wczesnéj wieczerzy oczekiwała.
Brochocki miał na sobie żupanik i krótki kożuszek, Mszczuj dostatnią i długą suknię podbitą popielicami, a na głowie czapeczkę jedwabną, bo za lada chłodem blizny mu dolegały.
Gwarzyli pocichu, gdy Starościna weszła.
Krzesło dla niéj naprzeciw komina stało przygotowane: siadła na niém, dziewczęta się umieściły z obu stron, przy wysokiéj poręczy.
— Ha! no — rzekł pan Andrzéj — chyba albo gdzie zginął, albo słowo złamał, a musi mi się przed Nowym Rokiem mój jeniec stawić, żeby albo wykup dać, lub na moją łaskę czekać.
— Eh! eh! — jęknął Mszczuj — szukaj wiatru w polu, gdyś Niemca na słowo puścił.
— I ja tak myślę — dodała jéjmość. Krzyżacy go gdzieś obałamucą, albo i siłą wstrzymają. Nam téż tam nic po nim; chłopak pono ubogi, tyle tylko, że zbroję miał piękną, ale w mieszku pustki.
— Prawda, moja panno, prawda — mówił Starosta — ubogie to było, ale rodu dobrego i w herbie ma nasze godło. Butny zrazu był, potém się uchodził: natura znać poczciwa, krew zdrowa, tylko w głowie jeszcze pstro. Mnie ta jego tarcza najwięcéj ciągnęła. Nie darmo nasze godła nosi, coś to z dawnych czasów nas łączy. A przyznam się — dodał — żal mi się go téż zrobiło, gdy swoję historyą z bratem i bratową opowiedział. Pokrzywdzili chudzinę. Puszczę go bez wykupu, ale mi się więcéj chce: pomógłbym mu do ojcowizny... toby się przytém trochę Niemców natłukło, a to miła sprawa. Z chłopca téż, gdyby go na nasze kopyto przerobić, mogłoby coś być.
— Ale, ale — przerwał Mszczuj — łatani ludzie jak buty łatane: zawsze potém przemakają, nie wiele to warto. Z Niemca tylko skóra na bęben dobra, więcéj nic.
Starościna się rozśmiała.
— Gdzież to dziaduś widział bęben taki?
— Nie widziałem go, alem słyszał rozpowiadaną gadkę, że sobie jeden wódz znaczny kazał, nieprzyjaciela pokonawszy, skórę jego wyprawić — dodał Mszczuj.
— Jeżeli nie wróci — rzekł Brochocki — a zawiodłem się na jego słowie, niechże mi się w życiu drugi raz nie nawija, bo go ściąć każę jak niepoczciwca.
— Może i nie żyje — odezwała się Starościna.
— I to być może — kończył Starosta — chociaż zginąćby nie powinien. Podobało mi się to w nim, że sobie rady umiał dawać w najgorszych razach; a no go może dziéwka tak trzyma, którą zaswatał, co już najniebezpieczniejsza rzecz.
I tu się śmiać począł, ku jéjmości spoglądając. Ona téż spojrzała na męża. Chciał cóś mówić daléj, ale nagle zamilkł, widząc, że dziewczęta stały, przy których o owéj Ofce mówić nie chciał, aby ich tą powieścią nie gorszyć.
Jéjmość była ciekawą; domyśliła się łatwo powodów nagłego milczenia i zwróciwszy się do córek, posłała je do kobiet, aby motki liczyły, póki wieczerzy nie podadzą. Dopiéro gdy wyszły dziewczęta, Brochocki znowu w śmiech i opowiedział po raz pierwszy, jak dziewczynę do pocztu swego przyjąć musiał i co się z tą szaloną późniéj stało.
Starościna słuchała z brwią namarszczoną, widocznie zgorszona bardzo. Stary Mszczuj wąsa kręcił, a prychał wytrzymać nie mogąc.
Bywało i w Polsce z niewiastami różnie, boć pamiętano Russanowską, co konno z ludźmi po gościńcach rozbijała; nie było żadną osobliwością podówczas widziéć kobietę w butach, na koniu i przy orężu, ale młode dziewczę przebrane w obozie nieprzyjacielskim, wciskające się zuchwale, zjawiające i znikające, narażające życie, niedbające o cześć swoją, rzadko kto mógł spotkać w zamożnym stanie. Niewiasty co się za obozami ciągnęły, zwano fraucymerem Ś-go Marka.
Mszczujowi szczególniéj powieść się wydawała dziwaczną; patrzał na Brochockiego jak w tęczę i z podziwu się żegnał.
— Zajadłe wojny tylko lęgną takie potwory — rzekł — niech tam sobie będzie jak chce, ale żeby chłopak szlacheckiego rodu, o taką drapieżną istotę dobrowolnie się dobijał i na zgubę oczywistą szedł, to osobliwa rzecz. Takie szalenice nie na żony stworzone.
Mówili o tém długo, pani Brochocka najmniéj, potrząsała głową i za płeć własną wstyd jéj znać było. Nareszcie do wieczerzy znać dano, skromnéj bardzo, z krupniku i kaszy złożonéj, bo i na pańskich stołach naówczas, w powszednich dniach rzadko co innego dawano, a na króla Jagiełły dworze za przysmak służyły kiszone ogórki i kapusta. Potém jéjmość poszła pilnować placków na wigilię przeznaczonych, które po dziś dzień zachowały kształt swój, przypominający dziecię zawinięte w pieluszki, dla uczczenia dnia Narodzin Zbawiciela.
Naówczas téż także w téj postaci kołacz na gody stawiano; na każdym stole piekły go wszystkie gospodynie.
Brochocki od okna do okna chodził, wyglądając ponowy, aby nazajutrz jeszcze łowów spróbować, a nużby dzika się udało dostać na święta, ale śniegu jeszcze widać nie było.
Wigilię godów, wszyscy aż do gwiazd surowym obchodzili postem, nic do ust nie biorąc. Byli tacy, co i wody kropli tknąć nie śmieli, póki się na niebie gwiazda nie ukazała.
Mróz tego dnia powiększył się jeszcze, ponowa nie przyszła, tylko szron drzewa brylantami okrył; pan Andrzéj u komina siedział, gdy około południa chłopak mu dał znać, że Niemiec jakiś przybył i do jegomości się prosi.
W sieniach stał zziębły Dienheim, a chuda szkapa jego przywiązana do pala w dziedzińcu ze łbem zwieszonym, z sakwami przy siodle, bokami robiła. Jeden rzut oka starczył na przekonanie się, że nadziei okupu z sobą nie przywiózł, ale stawił się w słowie.
— Otóż o wilku mowa, a wilk z za płota! — zawołał śmiejąc się zoczywszy go Starosta i rękę doń wyciągnął.
— No, słowny WMość jesteś, to pięknie, a cóż, czy go kosmato mam witać?
Nie zrozumiał Kuno, chociaż się domyślał, że go o powodzenie konkurów pytano.
— Cóż się z waszą dziewką stało? — dodał Brochocki, patrząc mu w oczy.
Chłopak głowę spuścił, westchnął i nie odpowiedział nic. Nie było co więcéj pytać.
— Dziękuj Panu Bogu — rzekł Brochocki — tymczasem nim co będzie, izbę ci każę ciepłą dać, spocznij sobie, rozmówimy się co daléj poczniemy.
Niespodziany ten gość przybyły na samą wigilię Bożego Narodzenia, we wszystkich wielką obudzał ciekawość, począwszy od czeladzi, aż do gospodyni i jéj córek. Gdy się potém zjawił wieczorem dość ubogo przyodziany w izbie, w któréj już wszyscy byli zgromadzeni, ubrani jak na gody przystało, niemal litość obudził, nawet w tych, co się każdym Niemcem brzydzili. Wyglądał biednie a pokornie.
Nad wyraz smutnym się wydał wszystkim, a jako jeniec trzymał się na uboczu, i z językiem téż mało będąc oswojonym, więcéj oczyma niż usty mógł rozmawiać. Bawił go tylko jeden Starosta, który tyle umiał po niemiecku, co tamten po polsku; lecz z językiem obchodził się po żołniersku, nie czyniąc zbytniego zachodu. Mówił jak umiał, źle ale śmiało.
Znać obyczaj niemiecki inaczéj dzień ten święcić musiał, gdyż jeniec i sianu na stole, i snopowi w kącie i potrawom osobliwym dnia tego pilno się przypatrywał, a zabawy wiejskie wieczorowi temu towarzyszące, kolendy, śpiewy, ludzie za zwierzęta poprzebiérani, obsypywanie ziarnem, gwiazda, z którą klecha z organistą przywędrował — wszystko to w wielkie go zdumienie wprawiało.
Gdy późno jeszcze siedziano zabawiając się z kuflami, u próżnego sianem zasłanego stołu, Dienheim, któremu było obco i przykro, znikł, wyniósłszy się do izby swojéj.
Wszczęły się więc rozmowy o nim i o jego losie. Starosta tyle tylko wiedział o tém, iż dziewczyny nie dostał, bo już była krzyżacką mniszką.
— To i lepiéj — rzekł Mszczuj — jéj to do miary przystało, raczéj niż żoną być i u kądzieli siedziéć.
— A z jeńcem — dodał Brochocki — nie widzę innéj rady, tylko mu się dać odpaść, aby gdzie po drodze nie zdechł i w świat go puścić, niech sobie szczęścia szuka. Miasto okupu przyjdzie do niego dołożyć, ale to uczynię z serca, bo mi sieroty żal, choć Niemczysko.
Mszczuj potwierdził.
— Tak się należy; wziąć z niego słowo tylko, że przeciwko nam bić się nie będzie, kilka groszy mu dać i niech sobie idzie.
— I ja nieinaczéj myślę — mówił starosta — ale że to zawsze nasz herbowny i chrześciański człek, trzeba mu dać się odkarmić, wysapać i trochę biédy zapomniéć. Potém o wyprawie i odprawie pomyślimy.
Nazajutrz Kuno się nie pokazywał, aż go do stołu zawezwano, siadł w końcu, choć dla grafowstwa wyżéj go sadzić chciano. Nie mówił nic, a jadł niewiele. Posępna jego postać, wejrzenie ponure, cierpienie widoczne, obudzały litość.
Chłopak był przytem bardzo urodziwy, a coś szlachetnego miał w sobie. Mimo przymusowéj pokory, rycerską godność znać na nim było.
Aż do Nowego Roku trzymał go tak Brochocki w niepewności, nic nie mówiąc, on téż o swój los pytać nie śmiał, a nieźle mu się działo. Nawet, jak to młodym właściwa, prędko na twarzy poprawiać się zaczął.
Z rana, na sam Nowy rok, kazał piękniejszą zbroję, którą był zdobył na Dienheimie, tarczę i cały rynsztunek z pod Grunwaldu, do tego dołożywszy co brakło na wyprawę, zanieść do izby, w któréj stał Kuno, sam przed pachołkiem poszedłszy.
Zastał jeńca swojego na kładce, przed kominem siedzącego, łokcie na kolanach, głowa w dłoniach... Miał na sobie ino łosiowy kaftan, przeszywany, stary, od zbroi poczerniały i powycierany, który mu służył za przyodziewek, czechczery ladajakie skórzane téż, a na nogach buty podarte.
Mimo téj nędzy, postawę miał żołnierską, a bujny włos rozrzucony na ramionach, pięknym go czynił.
Gdy za panem Brochockim ów rynsztunek wnosić poczęto, zdumiał się i zerwał ze swego siedzenia Kuno, oczyma pożérając starą pamiątkową straconą własność. Chłopak to wszystko poukładawszy, wyszedł.
— Jest u nas obyczaj — odezwał się Brochocki — że się ludzie na Nowe Lato obdarzają czém kto może. Ja téż w imię Chrystusa, którego dzień dziś obchodzimy, przynoszę ci najprzód swobodę, a potém na co mnie stało, a co ci miłém być może. Jednego tylko po was żądam, abyście kamieniem nie ciskali na tych, co radzi chlebem rzucają, i żebyście przeciw nam nie podnosili zwróconego oręża.
Zrazu Kuno nie dobrze to zrozumiał, potém się zarumienił z radości, i poszedł nie wstydząc się, za kolana ścisnąć pana Starostę, jak ojca. Trochę mu się w oczach jaśniéj zrobiło.
— Nie mogę inaczéj rzec, po ojcowsku postąpiliście ze mną — odezwał się rozczulony — radźcież mi teraz gdzie mam iść i co z sobą poczynać? Nad Ren do Dienheimu nie mam po co, do Krzyżaków mi nie wolno: gdzież służby szukać?
— Dopóki król Zygmunt nie walczy z nami, u niego wam najłacniéj znaleźć służbę — rzekł pan Andrzéj. Mielibyście ją i u nas, ale my nie dziś to jutro naprzeciw tych łotrów Krzyżaków pójść znowu będziemy musieli, a to wam nie przystało, tak samo, jak się z nami bić. Pierwsza rzecz, spocznijcie u mnie teraz jak gość, gdyście jeńcem być przestali. Herbownym mi WMość jesteś, więc w domu jak u powinowatego, wywczasuj się swobodnie. Z wyprawy, dziękować Bogu, nie wróciliśmy z gołemi rękami: jest ci co dać na drogę; daléj już sami sobie radźcie, bo najlepszy człowieka przyjaciel, to on sam.
Położył Starosta spory mieszek na stole w dodatku do rynsztunku i nie chcąc by mu dziękowano, wyszedł.
Zjawił się ku obiadowi Kuno jakby innym człowiekiem, bo mu się twarz rozpogodziła i duch w niego wstąpił.
Z jeńca stał się wolnym, równym innym, i mógł teraz śmiało w oczy patrzéć każdemu. Była naówczas hańbą ucieczka z pola bitwy, jak po wszystkie czasy, ale niewola czci nie odbiérała. Ta i najmężniejszego spotkać mogła, przy przemagającéj sile. Odzyskując swobodę, rycerz swój pas i cześć miał przywróconą.
Obejście się pana Andrzeja z nim, takie poszanowanie i miłość ku niemu w Dienheimie wzbudziły, iż tegoż dnia poprzysiągł głośno, iż w jego obronie życie stawić gotów.
Od tego dnia téż hrabia Kuno lepiéj widziany przez wszystkich, sercem do rodziny przystał. Nie bardzo mu się téż i wyjeżdżać ztąd chciało, bo go już jako młodego, oczy pięknych dziewczątek wabiły. Choć to tam przystęp był trudny, rozmowa nie łatwa, ale wzrok ma swą mowę i sięga daleko.
Z dnia na dzień odjazd odwlekając, gdy Brochocki téż więcéj wstrzymywał niż namawiał do zimowéj podróży, zwłaszcza, iż w tym roku ciężka była zima, choć spóźniona, pozostał tak Kuno aż do Wielkiéj Nocy.
Stał się niemal domowym, bo na łowy ustawicznie razem jeździli i pan Andrzéj go jak przyjaciela zażywał, a Dienheim miał czas i języka się potrosze nauczyć.
Przed Wielką Nocą przecież pochwyciła go do jazdy tęsknica, i pożegnawszy się jak z ojcem i matką z Brochockimi, o Kwietniéj niedzieli ruszył, nie spowiadając się jak i dokąd. Wszyscy go w domu żałowali, bo już był jak swój, i wesół i usłużny, a jakoś do niego nawykli, choć hrabią Niemcem go zwali. Nawet stary Mszczuj, który najtrudniejszym był i tym Niemcem najgęściéj szafował, pogodził się z nim wreszcie, a gdy wyjeżdżał, pobłogosławił go na drogę.
Dziewczęta obie długo za nim przez okna patrzały. Po odjeździe pusto się jakoś w domu zrobiło. I Brochockiemu jakby czego brakło, ale dawszy raz wolność, wstrzymywać go nie mógł.
Dwa lata potém ani słychu o nim nie było. Starosta tymczasem wojował i gospodarzył, dziewczęta rosły, chłopcy już byli przy chorągwiach.
Starszą córkę zaswatano i wyposażona poszła do zacnego domu, z błogosławieństwem rodzicielskiém. Ofka przy matce została i nie radzi byli ostatniego ptaszka dać z klatki, boby pustką stała smutną.
Późną jesienią tego roku, gdy znowu do domu powrócił Starosta, a wybierał się właśnie na łowy, bo mu o niedźwiedziu szkodniku znać dano, na grobli naprzeciw dworu ludzie postrzegli orszak z kilkunastu koni złożony, który wprost do Brochocic ciągnął.
Żadnych się natenczas gości nie spodziéwając Starosta, trochę się tém zdumiał, témbardziéj, że orszak okazały wcale, niepospolitego zwiastował.
Dano wnet jéjmości znać, ruszyły się sługi. Starosta do ganku wyszedł, sądząc, że odgadnie kogo Pan Bóg prowadził.
Tymczasem jezdni się ku dworowi zbliżali, a była ich gromada i bardzo pokaźna, i z cudzoziemska to wyglądało, a świetnie.
Jechał jeden z pańska ubrany na koniu dzielnym, za nim dwóch sług zbrojnych, na których stal świeciła jak srebro; daléj pachołków dobrze przyodzianych i orężnych sześciu, wóz podróżny zagranicznym sposobem zbudowany i para koni powodnych. Starosta narzuciwszy na siebie kożuszek z kun, stał patrząc w ganku, a właśnie w téj chwili ten co przodem jechał, podbiegłszy żywo, wierzchowca osadził.
Krzyknął z podziwienia Brochocki poznając Dienheima, który wesoło z konia skoczył, i z poszanowaniem zbliżył się ku niemu. Pańsko było teraz około dawnego jeńca: odzienie z aksamitu i sznurów złocistych, na szyi łańcuch, pas piękny sadzony, miecz w pochwach złoconych, na głowie czapka z piórem.
Twarz téż rumiana, jasna, tchnęła jakąś radością i swobodą.
— Bogu dziękuję, że cię tak widzę pięknie wyposażonym i żeś o mnie nie zapomniał.
Wprowadził go zaraz do izby, gdzie Starościna i Ofka z równą go uprzejmością przyjęły. Posłano po Mszczuja, który spoczywał, i ten się stukając toporkiem przywlókł witać. Zgrzano zaraz wina i posadzono gościa, pytając o jego przygody, bo się łatwo domyślić było, iż mu się powiodło szczęśliwie.
Począł je zaraz opowiadać Dienheim.
Z Brochocina wyjechawszy, w istocie jak mu radzono na dwór cesarski się udał, dla służby i dla użalenia się na brata, który go z ojcowizny wyrzucił, a nic mu dać nie chciał.
Pozwany został starszy przed trybunał cesarski, ale się nie stawił. Tymczasem, gdy się nań zbiérano, aby siłą krzywdę pomścić, zwadziwszy się z sąsiadem ów brat, w zasadzce nocnéj zabity został. Wdowa po nim, choć dzieci nie było, dobrawszy sobie szlachcica, który za życia męża koniuszym u nich był, z zamku i posiadłości wyrugować się dać nie chciała. Rościła do nich pretensye za summy jakieś, które wniosła, ale o nich tylko pargaminy podejrzane świadczyły, bo w istocie ubogą będąc, grosza nie miała. Przyszło tedy Dienheim zdobywać siłą, a że Kuno sobie przyjaciół na dworze cesarskim zjednał, a na zamku miał swoich dawnych, udało się podstępem wedrzéć i wdowę z jéj nowym małżonkiem uchwyciwszy, pozbyć się ich na zawsze.
Do swojéj posiadłości ojcowskiéj powróciwszy, sowicie przytém nagrodzony przez cesarza za rycerskie usługi, Dienheim był teraz możnym panem, który już nikomu oprócz cesarzowi służyć nie potrzebował.
Na przyjęcie osobliwego gościa sprosił zaraz Starosta sąsiadów, wyprawił łowy i dawnego jeńca podejmował z gościnnością szczerą.
Szlachcic mu téż teraz wielce podobał, bo się na dworze otarł i śmiałości a humoru nabrał. Mszczuj mu stary téż do zarzucenia nic nie miał, oprócz, że taki Niemcem był, choć herb ten sam co Brochoccy nosił, o którym i legendę przywiózł z nad Renu, iż się były dwie rodziny przed wieki jeszcze pokumały.
Mszczuj nie bardzo temu chciał wierzyć: w jego przekonaniu między dwoma plemionami żadnéj spółki być nigdy nie mogło, bo stworzone były, aby się wzajem gryzły a zajadały.
— Tego grzechu pierworodnego — szeptał stary z za wąsów — żaden chrzest nie zmyje. Że niezły sobie z niego niemiaszek, to prawda, ale cóż gdy Niemiec?
Gościna się jakoś przeciągnęła długo, bo to czas był samych łowów, a zwierza mnóstwo.
Szły tygodnie za tygodniami, o wyjeździe nie było słychu. Co się Kuno niby zbiérać poczynał do powrotu, Brochocki wstrzymywał i jechali w puszcze i siedzieli u komina i opowiadali sobie rycerskie dzieła, którym i kobiety się przysłuchiwały rade.
Aż starościna raz do męża zafrasowana przyszła, szepcząc mu w ucho, że cóś Ofka na hrabiego, a on na nią zbyt często patrzał, i że po kątach z sobą szeptali.
Starosta ramionami ruszył, przecząc, aby co podobnego na myśl przyjść mogło dziewczęciu i gościowi.
Ciągnęło się tak znowu, tylko Starosta pilniéj na dziecko uważał, a zachmurzył się dostrzegłszy, iż w istocie cóś było. Nie rzekł nic, ale pomyślał, że gdy Kuno jechać zechce, wstrzymywać go nie będzie.
Pół-żartem, pół na prawdę wszczęła się u komina rozmowa o różnych małżeństwach. Stała i Ofka za krzesełkiem jéjmości i słuchała.
Starosta głośno i dobitnie rzekł, że córki-by nie dał nikomu, choćby królewiczem był, tylko własnemu rodakowi: obcemu za nic.
Nie spostrzegli jak dziewczę i hrabia ukradkiem ku sobie spojrzeli i rozmowa przerwaną została.
Pochmurniał Kuno, przy wieczerzy był milczący, o wyjeździe coś począł, nie proszono go już — i to coś znaczyć miało. Poczęto więc nazajutrz do podróży się sposobić.
Starościna spostrzegła nazajutrz na oczach córki ślady łez wodą zimną zamytych; dziewczę się tłómaczyło, iż z komina dymiło i dym piękne oczki wygryzał.
Trzeciego dnia o świcie, gdy jeszcze Starosta spał, wbiegli go zbudzić ze straszną wieścią, że hrabiego niestało, a z nim córka uciekła.
Co żyło na koń siadło do pogoni. Matka we łzach ręce łamała na progu. Mszczuj kijem w podłogę bijąc, Niemca przeklinał, Brochocki krzyczał, iż żmiję odgrzał na piersiach.
Nie pomogły pogonie. Przyszły w tydzień listy, iż się hrabia z Ofką ożenił w Krakowie i o przebaczenie błagał.
Nie było już co innego do czynienia, tylko błogosławić. Tak się téż stało. Wysłano, aby wracali. Padli oboje w ganku do nóg rodzicom, którzy się popłakali... Mszczuj milczał.
— Co się stało, odstać się nie może — rzekł Brochocki. — Przeznaczoném znać było, żeby się te rody z sobą łączyły: dziéj się wola Boża.
Mszczuj tylko na to nastawał, aby i kropla krwi polskiéj nie wsiąkła w niemiecką, żeby do nazwiska Dienheimów dodać Brochockich, i żeby z nad Renu się wynieśli, a bliżéj rodziców mieszkali. I puścił im późniéj Starosta dobra znaczne, a ów zameczek nad Renem powoli upadał, i wnuki pono już się go pozbyły, bo tam oprócz ptastwa i kun nikt już mieszkać nie mógł. Stoi to jeszcze dziś malowniczą ruiną, a o złéj bratowéj rybacy opowiadają przerobioną powieść, do któréj co pół wieku coś przybywa... jak na drzewie starém coraz nowa gałąź wyrasta.


KONIEC.


Przypisy

  1. Cała ta scena i obydwa otrucia w Toruniu — historyczne (Długosz).