Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 40, dnia 19 lutego


Pracodawcy i pracownicy.


Najważniejszą sprawą ostatniego tygodnia jest: kwestia stosunku między pracodawcami a pracownikami w fabrykach i finansowych instytucjach.

Materiały do niej gromadzą się od lat kilku, w miarę wzrastającej drożyzny za mieszkania i żywność. Zajmował się nią jakiś „komitet” radzący nad ustawą „kasy emerytalnej dla rzemieślników”, która przed urodzeniem zmarniała. Zajmowali się nią i dziennikarze notując skargi pracowników.

Obecnie p. Jeleński szeroko otworzył okno do tej sprawy, dotykając zasadniczej kwestii - zarobków, co obudziło zajęcie nie tylko między osobami interesowanymi bezpośrednio, lecz i między ogółem.

P. Jeleński otworzył jedno okno, do jednej fabryki. Niebawem przecie ten sam autor czy inni otworzą drugie, trzecie i dziesiąte okno, a wówczas publiczność pozna w całej rozciągłości wewnętrzne stosunki fabryk i instytucyj finansowych, które dziś jeszcze okrywa tajemnica.

Są ludzie, którym wydaje się, że dopiero drukowane słowo tworzy fakta, poprzednio nie istniejące. Ci ludzie sądzą, że gdyby nie pisano o krzywdach, niesłusznych pretensjach i zatargach - nie byłoby ani krzywd, ani pretensyj, ani zatargów. Nareszcie są oni zdania, że gdyby pewne „niedokładności” stosunków między pracodawcami i pracownikami pokryć milczeniem, sprawa „utarłaby się”.

Mylą się ci ludzie. Nie zakryjesz fartuszkiem pola, na którym wschodzą młode rośliny, ani zdławisz milczeniem dojrzewających zjawisk społecznych!

Owszem, na tym polega cały takt, aby rzeczy od razu wyprowadzić na widok, wykazać strony złe, wykazać ich przyczyny, a jednocześnie środki zaradcze.

Stosunki w fabryce na Pradze to dopiero jeden ton koncertu, który prędzej lub później odegra cała orkiestra faktów.

Mamy przecie więcej fabryk, a obok nich instytucje finansowe. Widujemy rzemieślników, majstrów i urzędników prywatnych i słyszymy zdania.

Jedni mówią, że pomimo pracy i oszczędności zapłata nie wystarcza na zaspokojenie potrzeb. Drudzy czują upadek sił i lękają się o własny los i o rodzinę. Robotnicy skarżą się, że majstrowie nie płacą im cen oznaczonych przez fabrykę, ale „obcinają” zarobki. Toż samo mówią majstrowie o werkmajstrach, a werkmajstrzy o starszych w hierarchii. Podobne zażalenia rozlegają się w instytucjach finansowych.

Tam urzędnik pracować musi długie lata, nim. dojdzie do tysiącrublowej pensji. Tam więcej niż zasługa znaczy - protekcja. Tam awansujący na wyższą posadę nie dostaje tej pensji, jaką brał jego poprzednik, ale - niższą. Tam nikt nie jest pewny jutra, bo zwierzchnik może mu dać dymisję nie tłumacząc powodów. Tam trafiają się wypadki „wyrzucania za drzwi” dymisjonowanych urzędników!

Prawie każda fabryka i finansowa instytucja posiada jakieś enfant terrible w postaci zwierzchnika, który jeżeli nie „sobaczy” podwładnym, to przynajmniej traktuje ich z góry, jak włódarze i ekonomowie traktowali lud pańszczyźniany.

Czy jednak myślicie, że na tym kończy się litania skarg?... Bynajmniej, boć dla dopełnienia jej trzeba wysłuchać, co mówią pracodawcy.

Ci twierdzą, że robotnicy mieliby się lepiej, gdyby posiadali więcej ukształcenia (np. język niemiecki i francuski) - i - gdyby nie trwonili pieniędzy w knajpach. Kwestię małych zarobków objaśniają tym, że na każdą posadę jest: „mnóstwo kandydatów, którzy ofiarowują się pracować taniej od innych”. Dowodzą, że do udzielania dymisji w każdym czasie upoważnia ich zwyczaj przyjęty w całym świecie przemysłowym i kupieckim. Mówią w końcu, że zarobkowych płac podnosić nie można bez narażenia instytucji na bankructwo.

Wymysły zaś i traktowanie pracowników z góry objaśniają potrzebą karności między - „swoimi ludźmi”.

Z tego widzimy, jak rażąca panuje sprzeczność między opiniami pracowników i pracodawców. Każda strona chce siebie przedstawić w najlepszym świetle, a winę zwalić na kark strony drugiej.

Komu z nich opinia ma przyznać słuszność: czy pracownikom, czy pracodawcom? Bo na pozór między tymi ludźmi nie ma żadnej wspólności, a każdy nowy fakt uwydatnia, jeszcze w jaskrawszych barwach, istniejącą niezgodność poglądów.

Gdyby tak było w samej rzeczy, wówczas jedyną drogą, na której spotykaliby się pracownicy z pracodawcami, byłaby: nienawiść, a jedynym jej skutkiem: walka prowadząca do powszechnej ruiny.

Na szczęście, tak nie jest. Między pracodawcami i pracownikami istnieje most o tyle silny, że na nim obie strony spotkać się mogą, a o tyle niezbędny, że wejść na niego muszą. Mostem tym nie są żadne sentymenta, ale - interes.

Ostatnim wyrazem niechęci i walk toczących się w łonie jakiejkolwiek instytucji jest - jej upadek.

Gdyby upadł jakiś bank albo fabryka, powiedzcie wy - panowie: akcjonariusze, prezesi, dyrektorzy - co by się stało z waszymi dochodami, stanowiskiem, a nawet bytem? Kto z was jeździłby karetą, miał elegancki pałac, dobre jadło, a nareszcie tę wesołą czeredę pieczeniarzy, która tak uprzyjemnia czas wolny od fabrycznych i bankowych kłopotów?

Kto by wówczas szukał waszej protekcji, a nawet znajomości? Ile byście usłyszeli gorzkich prawd, zamiast dzisiejszych pochlebstw? I czy ówczesny los wasz nie byłby stokroć nędzniejszym od doli pracownika, który prędzej lub później gdzieś by się pomieścił i dalej klepał biedę?

Z drugiej strony powiedzcie wy, robotnicy, majstrowie i urzędnicy - w jaki sposób w razie upadku instytucji przepędzilibyście czas: między stratą jednego zarobku a znalezieniem drugiego? Czas ten nie byłby krótki, a następne zarobki nielepsze od straconych: ponieważ byłoby wielu szukających pracy. Jeżeli dziś wyzyskują was, wtedy wyzyskiwano by jeszcze bardziej. Jeżeli dziś jest źle, wtedy byłoby gorzej.

Gdzie ten litościwy gospodarz, który by was, pozbawionych zarobku, przytulił pod swój dach? Gdzie kuchnia, która by głód zaspokoiła? Gdzie ręka, która by otarła łzy opuszczonych żon i dzieci?

W końcu znaleźlibyście pracę, ale któż by wam wynagrodził przebyte cierpienia?

Tymczasem, korzystając z dobrej okazji, drugą taką fabrykę czy drugi bank założyliby Niemcy, którzy czyhają na to, aby znaleźć miejsce dla swoich kapitałów. A czy sądzicie, że przy tym drugim najeździe pomieściłby się choć jeden nasz w założonej przez nich instytucji?... Nie, oni wszystkie posady obsadziliby swoimi, lękając się, ażeby nowa katastrofa nie pozbawiła ich majątków. Płaciliby drożej, ale mieliby pewność.

Oto jest nie urojony, ale faktyczny przykład, który dowodzi, że pomimo wszelkich różnic istnieje między pracownikami i pracodawcami interes tak wielki, że wobec niego bledną wewnętrzne swary.

Prawda, że jest źle. Ale złego nie trzeba powiększać, tylko - poprawić zgodną i uczciwą pracą. Wszyscy są ludźmi, wszyscy mają wady i popełniają błędy. Lecz jest coś, co ludzi łączy, jest wspólne dobro, które potrzeba zdobyć zacną wolą i rozumnymi ustępstwami.

W tym pochodzie ku ulepszeniom nie ma podziału na pracowników i pracodawców, boć przecie każdy chce mieć pewny byt, chwile odpoczynku, chwile rozrywki, każdy ma rodzinę, którą pragnie zabezpieczyć i wychować, i każdy - chce posiadać przyjaźń ludzi, osobliwie tych, co tworzą jego najbliższe otoczenie.

Nawet tacy, którzy nie dbają o przyjaźń, lękają się nienawiści.

Lecz wspólny interes między pracodawcami i pracownikami to dopiero głęboko ukryty fundament. Chodzi teraz o „poglądy”. Bo jeżeli między poglądami są różnice, których pogodzić nie można, w takim razie obie strony nie dokopią się fundamentu.

Otóż znowu pomimo wszelkich oskarżeń i narzekań, jakie rozlegają się w dwu obozach, istnieje wspólny pogląd, ten mianowicie, że „stosunki między pracodawcami i pracownikami nie są dobre”. W tej kwestii najuboższy pomocnik godzi się z najbogatszym przedsiębiorcą, a różnice zdań polegają na sposobach uregulowania stosunku. Pracownicy twierdzą, że oni mogą pozostać takimi, jak są, a tylko poprawić się muszą pracodawcy; ci zaś dowodzą, że pracodawcy mogą zostać takimi, jak są, ale poprawić się muszą pracownicy.

Sprawiedliwy sąd przyzna każdej stronie połowę racji, dodając, że poprawić się muszą nie tylko pracownicy, nie tylko pracodawcy, ale i ekonomiczne warunki kraju.

Bo powiedzmy wszyscy, którzy żyjemy z dziennej pracy, czy nawet przy obecnych zarobkach nie byłoby lepiej, gdyby:

Za sto rubli na rok można mieć wygodne mieszkanie?

Gdyby za parę butów płaciło się nie 5 rs, ale 3 rs, a za odzież nie 40 rs, ale 20 rs?

Dalej - gdyby było tańsze mięso, chleb, piwo, a nareszcie - teatr, muzyka i zamiejskie spacery?

Wówczas te same dochody, przy których dziś żyjemy nędznie, pozwoliłyby nam żyć w dostatku. Mielibyśmy nie tylko zaspokojone potrzeby, ale i rozrywki, a nadto: moglibyśmy robić oszczędności.

Z tego pokazuje się, że gniotąca nas bieda wypływa w pewnej części z ogólnych ekonomicznych warunków, których poprawa nie zależy od tej lub owej jednostki, ale - od rozwoju cywilizacji.

Powiedzcie teraz wy, pracownicy, czy zarobki wasze nie byłyby większe, gdyby nie ta ogromna liczba kandydatów na każdą posadę, których współzawodnictwo wywołuje zniżkę płac? Czy nie zarabialibyście więcej, gdyby wielu z was kończyło szkołę majstrów i pracowało w zagranicznych fabrykach, obznajmiając się z nowymi rodzajami produkcji? Czy w takim razie potrzebowałby kraj sprowadzać cudzoziemców?

Nareszcie - czy klasy pracujące nie miałyby lepszych dochodów, gdyby ludzie, zamiast tłoczyć się do fabryk i instytucyj finansowych, skupiali się w warsztatach i handlach mniejszych i gdyby w naszym kraju umiano wyrabiać te ładne, a niekosztow-ne przedmioty, jakie dziś, pod nazwą galanterii, sprowadzamy z Paryża i z Wiednia?

Widzimy nawet z zacytowanych przykładów, że do poprawienia materialnego bytu klas pracujących potrzeba większej między nimi oświaty, nowych fachów i nowych ekonomicznych zwyczajów.

A teraz wy, pracodawcy, którzy tak surowo sądzicie, grzechy robotników, powiedzcie: coście zrobili, ażeby podnieść między nimi oświatę, stworzyć im miejsca uczciwej i taniej zabawy, ubezpieczyć ich przyszłość? Czy myśleliście o budowaniu im tanich mieszkań, o dostarczaniu za niższą cenę odzieży i artykułów spożywczych, o wydobyciu ich z rąk lichwiarzy? Czy przypuszczacie ich do udziału w pewnej części zysków, który to środek umoralnia ludzi, zapewnia im byt, przywiązuje do patronów i wpływa na ulepszenie roboty?

Dalej - jakie jest wasze z nimi postępowanie? Czy traktujecie ich jak człowiek człowieka, czy też - jak ekonom parobka? Czy rozmawiacie z nimi, czy spotykacie się gdzie z ich rodzinami, czy choć raz na rok zgromadzacie się na wspólnej zabawie, jak się to robi w instytucjach zagranicznych?

A zatem: czy wy, panowie pracodawcy, nie macie już nic do zrobienia i to w bardzo ważnych kierunkach? Czy używanie i gonitwa za groszem tak pochłaniają czas, siły i rozum, że dla poprawienia złych stosunków z pracownikami nie możecie już nic poświęcić?

W tym miejscu potykamy się o błędne kółko.

Dla naszych sfer produkcyjnych - „dobre czasy” nadejdą wtedy, gdy robotnicy będą zasobni, oświeceni, trzeźwi, oszczędni, rozważni itd. Robotnicy nie prędzej nabędą tych przymiotów, aż pracodawcy pozakładają im tanie targowiska, kasy pożyczkowe, szkoły dla starszych itd. Pracodawcy zaś nie prędzej zabiorą się do tych rzeczy, aż - nadejdą „dobre czasy” w ogóle...

Mądry będzie, kto wyprowadzi nas z podobnego labiryntu, z którego przecie wyjść trzeba!

Dodajmy, że z jednej i z drugiej strony znajdują się przynajmniej jakie takie siły do reform. Między pracownikami już dziś jest bardzo wielu oszczędnych, trzeźwych i zdolnych. Między pracodawcami znowu nie brak ani pojęcia o sytuacji, ani dobrych chęci, czego dowodzą choćby - istniejące kasy dla chorych, kasy wkładkowo-zaliczkowe, a nawet i ów nieszczęsny projekt towarzystwa emerytalnego. Nie dostaje tylko rozumnej inicjatywy, skupienia rozrzuconych czynników i tego umysłowego prądu, który nazywa się „modą” czy tchnieniem czasu.

Każdy widzi, że kwestie te muszą być załatwiane i - załatwione. Gdy później nastąpi regulacja, odbędzie się ona z większym pośpiechem, a mniejszym porządkiem. Należy więc już dziś mieć sprawy te na uwadze, wyrabiać o nich zdanie i - stawiać pierwsze kroki.

Niech one będą nawet drobne te kroki, zawsze jednak wywołają jakiś pomyślny skutek, a nade wszystko - zaświadczą o dobrej woli.

Tak w najogólniejszych zarysach przedstawia się bardzo ważna sprawa stosunków między pracownikami i pracodawcami.

W dziedzinie tej spotykamy wiele braków, mnóstwo niechęci, podejrzeń i pretensyj, które nie dowodzą bynajmniej „zepsucia pracowników” albo „złośliwości pracodawców”, lecz tego, że: obecne formy stosunków nie odpowiadają potrzebom epoki. Pracownik, niegdyś uważany za machinę, dziś musi być traktowany jak człowiek i współpracownik; pracodawca musi porzucić rolę „pana” i „plantatora”, a stać się: przyjacielem, doradcą, nawet - wychowawcą pracownika, rozumie się o tyle, o ile da pieniędzy na szkołę.

Przekonaliśmy się w dalszym ciągu, że między pracownikiem i pracodawcą istnieje wspólny fundament - interesu tudzież poczucie tego, że obecny stan jest zły i że musi ulec reformie.

Nareszcie streściliśmy w kilku słowach naturę koniecznych reform, kładąc nacisk na to, że inicjatywa do nich powinna wyjść od pracodawców, jeżeli nie ma wyjść ze strony wcale nie pożądanej, w towarzystwie niebezpiecznego fermentu.

Dziennikarstwo sprawie tej może oddać duże usługi ogłaszając opinie pracowników i pracodawców lub własne uwagi.

Tu przecie musi być zachowany jeden warunek, niezbędny w każdej dyskusji, jeżeli ma ona doprowadzić do rezultatów.

Warunek ten jest, ażeby: w tak poważnej kwestii zawsze przemawiały fakta, zawsze prawda, zawsze sprawiedliwa myśl, nigdy pośpiech i namiętność.

Namiętność rani i burzy, a tylko mądrość leczy rany i wznosi trwałe budowle.