Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 17, dnia 22 stycznia


Hodowla pauperyzmu przez miejscowe towarzystwo dobroczynności. — Warszawa, która bawi się - podziwiając. — Paroksyzmy dobrego humoru na prowincji. — Czy Żydzi stanowią "narodowość". — Cuda na wsi.


Nowy rok zaczął się na dobre, ale zamiast pomyślnych nowin, przyniósł dalszy ciąg starych kłopotów.

W budżecie zgryzot Warszawy poważną rubrykę zajmuje ów legion nędzarzy, który żebrze, kradnie i podrzuca dzieci. A chociaż miłosierdzie, więzienia, szpitale, nawet śmierć pracują nad zmniejszaniem liczby nieszczęśników, legion — wzrasta. Zdawać by się mogło, że z każdym dniem na miejscu ubywającego wojownika tej armii przybywa dwu nowych kandydatów.

Wygląda to, jak gdyby w łonie miasta tworzył się wrzód pauperyzmu.

Przed rokiem był on dokuczliwy, dziś jest groźny, za rok może stać się niebezpieczny. To, co obecnie ma formę guza, którego nie rozpędzą kataplazmy jałmużny, to samo jutro — może pęknąć i zakazić miejski organizm.

Nie będę zajmował się wyliczaniem przyczyn warszawskiego pauperyzmu. Nieurodzaje, spadek pieniędzy, stagnacja w przemyśle i handlu, łatwość osiadania w Warszawie, a głębiej sięgając: powszechna ciemnota i brak szkół fachowych — takie to strumyki utworzyły i tworzą dzisiejsze bagno nędzy.

Zwrócę przecież uwagę na jeden punkt, a mianowicie: na kierunek działalności społeczeństwa.

Wszystkie instytucje „dobroczynne" i usiłowania ogółu skierowane są do tego, ażeby: wspierać gotowych żebraków. O tym zaś, ażeby zapobiegać nędzy, dostarczać pracy, a najbardziej o tym, ażeby nie zachęcać do żebraniny, nikt nie myśli.

Człowiek poszukujący zajęcia prawie nie znajduje uszu, które by go wysłuchały, ani rozumu, który by mu wskazał sposób zarobku. Ale ten, kto szuka jałmużny, oprócz tuzina prezesów, wiceprezesów, sekretarzy i kasjerów znajduje wszystkie drzwi otwarte. Każdy mu coś da, bo nad bramą i na blankietach Towarzystwa Dobroczynności stoi wyraźnie, że: „nędza jest rzecz święta". Nikomu nie przychodzi do głowy, że nędza może być rzeczą demoralizującą i niebezpieczną.

Przy obecnym stanie publicznej rozwagi nie to jest dziwne, że pauperyzm istnieje, ale raczej, że nie ogarnął większej liczby jednostek. Dla człowieka zmęczonego pracą, walczącego z kłopotami nie ma większej pokusy do żebractwa jak pewność, że nie umrze z głodu, byle wyrzekł się odrobiny wstydu i zgodził się spacerować po mieście w lichej odzieży. A nawet może utyć, bo komu dają jałmużnę, ten pracować nie potrzebuje. Owszem: dziadowski honor i zasady opieki publicznej wymagają przede wszystkim tego, ażeby oddawał się próżniactwu!

Kiedy na Szląsku ukazał się głód, Prusacy dawali biednym wsparcie, ale: za pracę. A gdy zabrakło pracy użytecznej, kazali im śnieg naprzód zgarniać, potem rozrzucać.

U nas śnieg zgarniają i rozrzucają stróże, obowiązani do zamiatania dziedzińców, otwierania bram lokatorom i wartowania w nocy. „Ubodzy" zaś, na których miasto wydaje setki tysięcy rubli, spacerują po zamiecionych chodnikach, bo: zamiatanie ulic to rzecz wstrętna, a „nędza rzecz święta"!

Chwała za rozibisurmanienie dziadostwa i obałamucenie opinii spada przynajmniej w pewnym stopniu na — Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności. Wszystkie jego działania skierowane są do tego celu, ażeby „zbierać" i „wydawać" fundusze. Nie myślano o tym, aby podzielić żebrzących na kategorie: prawdziwie nieszczęśliwych — i — próżniaków. Nie dbano o to, ażeby w zamian za jałmużnę żądać pracy.

Nie troszczono się o otworzenie warsztatów, w których by ludzie silni, zdrowi, a nie znający żadnego fachu i dlatego biedni, nauczyli się rzemiosła. Toteż w chwili, kiedy nawet zacofany Kraków zajął się utworzeniem „sal zarobkowych" dla żebractwa, nas po dawnemu rozczulają widowiska amatorskie i koncerta na cel — jeszcze większej demoralizacji społeczeństwa.

Dla Towarzystwa Dobroczynności nie istnieje nawet argument ,,siły wyższej", tak szczęśliwie użyty niegdyś przez Drogę Żelazną Warszawsko-Wiedeńską. Bo przypuściwszy, że władza nie zatwierdziła reform, to — gdzież są projekta?... Wszakże kanalizacja miasta także nie jest zatwierdzona, ale że w przedmiocie tym odbywały się narady i były ogłaszane, więc ogół dowiedział się przynajmniej o naturze kwestii.

Gdzież jednak są narady Towarzystwa Dobroczynności i w czym one oświeciły publiczność, wśród której stało się modą rozrzucanie jałmużny na prawo i na lewo, nie pytając: jaki z tego pożytek?

Nie wątpimy, że Towarzystwo Dobroczynności składa się z ludzi zacnych, którzy boleją nad podobnym stanem rzeczy. Przypuszczamy, że potrafiłoby zdobyć się na projekt oparty na idei: nic darmo! Złe przecie trwa i polega na tym, że Towarzystwo „wobec trudnych warunków" schowało się jak żółw w skorupę ustaw i — zamknęło oczy na to, co się dzieje gdzie indziej.

Nieszczęściem, Towarzystwo, ukrywszy swoje zarządzające głowy, nie mogło ukryć dziadowskiego ogona, za który w miarę możności prasa nie omieszka go pociągać aż do skutku.

Zgodnie z zasadą: „choć bieda, to hoc! hoc!...", elegancka Warszawa bawi się. Znajdujemy się obecnie w stadium przejściowym, na granicy uciech: siedzących i tańcujących. Przed kilkoma tygodniami tonęliśmy jeszcze w muzyce tak dokładnie, że gdyby nie las uszów, można by zwątpić o istnieniu społeczeństwa.

To pogrążenie w muzyce miało dwie epoki. Królową pierwszej była artystka, która w myśl frazesu: „Miło śpiewać obcym, a swoim najmilej", wozi z sobą trzy garnitury nazwisk, dla łatwiejszego przyswojenia się w każdym klimacie. Królem drugiej był artysta, który posiada „miękkie dotknięcie" i z rękami w kieszeniach upewnia omdlewających z zachwytu, że mu w Warszawie „najprzyjemniej".

Natura ludzka musi zawsze coś podziwiać; różnice są tylko w odcieniach. Jedni podziwiają majestat przyrody górskiej albo gwiaździstego nieba; drudzy geniusz, który wytłumaczył ruchy gwiazd albo zbudował lokomotywę. Trzeci rozmarzają się na wspomnienie legii spartańskiej ginącej w Termopilach, a innym wystarcza „miękkie dotknięcie". Zabawnie jednak pomyśleć, że największy zachwyt, jaki pamiętamy w ostatnich czasach w Warszawie, wywołany został dźwiękami baranich kiszek.

Całkiem inaczej bawią się na prowincji. Aby mieć wyobrażenie o tym przedmiocie, przypatrzmy się korespondencjom.

Powiat A. Rok bieżący zapowiada się źle... Wszystko zboże porosło w czasie żniw, a co zdążyliśmy zebrać, gnije w stertach. Na przednówek obawiamy się głodu.

Powiat B. Nic wesołego!... Po wsiach grasuje dyfteria i księgosusz. Na jednym folwarku zabito 50 sztuk bydła. Na wiosnę gnie będzie czym ziemi uprawiać.

Powiat C. Straszne czasy!... Banda ludzi zamaskowanych napadła na proboszcza i zabrała mu dwadzieścia pak „Gazety Warszawskiej" myśląc, że to są listy zastawne.

Powiat D. Pewnemu obywatelowi wyprowadzono ze stajni wszystkie konie. Ale ponieważ obudził się w porę i złodziei przestraszył, więc w kilka dni spalano mu budowle. Boże! Boże! co z tego wyniknie?...

Powiat E. Urodzaje w roku zeszłym były gorzej niż średnie. Wygrzebalibyśmy się jednak w roku pomyślniejszym, gdyby nie lichwa, która zjada wszystkie dochody, a nawet kapitały. Czarna przyszłość!...

Powiat F. Onegdaj w domu państwa... słynnym ze staropolskiej gościnności odbyła się niewielka zabawa. Przyjmowało w niej udział sto osób, a tańczono przez dziewiętnaście godzin...

Z doniesień podobnych wywnioskować by można, że na wsiach, na tle chronicznego narzekania na biedę, od czasu do czasu wybucha wesołość w formie gwałtownych paroksyzmów.

Co kraj, to obyczaj. W chwili gdy Niemcy radzi by wygnać Żydów, a zatrzymać tylko — ich kapitały i Żydówki, u nas między „Gazetą Polską" i „Tygodnikiem Ilustrowanym" toczy się akademicki spór o to: czy Żydzi są... narodowością?

Jakiś pan czy jacyś panowie H.D.B. utrzymują w „Gazecie Polskiej", że wyraz: Żyd, oznacza tylko wyznanie, podobnie jak: kalwin, mahometanin itp. Kronikarz zaś „Tygodnika Ilustrowanego" twierdzi, że Żyd oznacza: narodowość, i ten, nieco dogmatyczny, pogląd swój kończy westchnieniem:

„Dopóki u nas wyznawcy religii mojżeszowej będą się nazywali Żydami, dopóty istnieć nie przestanie naród w narodzie i dopóty o tyle pożądanym zlaniu się ich z ogółem ludności marzyć nie podobna."

Zdaje mi się, że szanowny kronikarz „Tygodnika Ilustrowanego" w małym powiedzeniu popełnił kilka dużych błędów.

1. Zarówno kronikarz, jak i pan czy panowie H.B.D. stawiają twierdzenie bez dowodów. Jeden mówi: „Żyd — to wyznanie", drugi: „Żyd — to narodowość".

Ktoś trzeci naśladując ich mógłby powiedzieć: „Żyd — to specjalność".

I każdy przyznawałby sobie rację.

2. Samo istnienie nazwy ogólnej nie dowodzi jeszcze istnienia „narodu w narodzie", że przypomnę nazwę chłop, szlachcic, Mazur, Krakowiak i tym podobne.

3. Zobaczmy teraz: Czy Żydzi są narodowością? Kwestia ta bowiem w ostatnich czasach stawia się dosyć często, a co zabawniejsze: bałamuci samych Żydów, którzy np. w Poznańskiem, dla dokuczenia Niemcom, mówią: „Nie jesteśmy ani Polakami, ani Niemcami, ale — Żydami."

Narodowość jest to zbiór ludzi tworzących jeden organizm. Organizm ten posiada sam w sobie warunki istnienia i rozwoju, a dalej: istnieje i rozwija się na pewnym terytorium, mającym pewne własności geologiczne, geograficzne i klimatyczne.

Weźmy np. naród czeski, przenieśmy go choćby na wyspę, byle podobną do ziemi czeskiej, dajmy mu miasta, wsie, drogi, machiny, książki, a naród ten nie uczuje prawie żadnego wstrząśnienia. Owszem, rozwijać się będzie, pod warunkiem, że utrzyma umysłowy i moralny związek z cywilizacją ogólną.

Weźmy teraz „naród żydowski".

Żydów jest na świecie podobno siedm milionów. Proszę mi jednak wskazać terytorium i klimat, który by pasował do nich najlepiej i w którym by czuli się najszczęśliwszymi: Żydzi z Syberii, Żydzi z Algeru, Żydzi z Azji Mniejszej, Żydzi z Chin, ze Stanów Zjednoczonych, Anglii, Francji itd.

Gdzie jest taki kraj?...

Wyobraźmy sobie jednak, że istnieje podobna wyspa i że Żydzi przenieśli się na nią. Co z tego wyniknie?

Oto w ciągu roku liczba ich zmniejszy się do dziesiątej części. Żydzi bowiem są w całym znaczeniu klasą mieszczańską i ani z rolnictwa, ani z hodowli bydła, ani z rybołówstwa i myślistwa wyżyć by nie mogli. Co gorsza, znalazłszy się na własnym chlebie, Żydzi nie tylko by go nie ugryźli, ale w dodatku: straciliby swój geniusz handlarski.

Dalej — jakim językiem porozumiewaliby się Żydzi zebrani z całego świata? Niemieckim, hiszpańskim, francuskim, arabskim czy tutejszym żargonem? Bo na ich hebrajszczyznę trudno liczyć, gdyż zapewne każdy wymawia ją na swój sposób, jak Europejczycy łacinę.

Przypuśćmy jednak, że Żydzi na owej wyspie pożyliby rok i rozmówiliby się ze sobą. Wówczas dopiero byłoby widowisko! Okazałyby się nie tylko zasadnicze różnice w obyczajach, ale nawet w religii, bo wyznanie mojżeszowe ma mnóstwo odcieni. I kto wie, czy przy znanej nietolerancji nie zaczęłaby się ogólna walka, w której Żydzi polscy, jako najliczniejsi, wytępiliby innych po to, ażeby z kolei zacząć tępić się między sobą.

Moim zdaniem, którego nikomu nie narzucam, Żydzi nie posiadają warunków istnienia jako naród. Zobaczmy teraz, czy mają warunki rozwoju.

Historia zna dwa gatunki narodów. Jedne pod wpływem cywilizacji doskonalą się i mężnieją, inne — giną. Żydzi, jako naród, należeliby do tych drugich. Ich odrębności: mowy, stroju, poglądu na świat, trwają o tyle, o ile nie oddziała na nie cywilizacja. Konserwatyści żydowscy czują to najlepiej i dlatego oświaty europejskiej nienawidzą. Kto zaś z nich raz przejdzie chiński mur separatyzmu, ten jest już stracony. Nie dlatego, ażeby między chrześcijanami znajdował zawsze szczerych przyjaciół, ale dlatego, że posiada popędy i zdolności, których ani Talmud, ani długi surdut, ani żargon zaspokoić nie mogą.

Czymże więc jest to plemię, którego nie podobna wytępić, a które nie posiada żadnych warunków do samodzielnego bytu i rozwoju?

Oto Żydzi są dziś kastą; w przyszłości zaś, o ile kastą być przestaną, będą ważnym czynnikiem nowej cywilizacji.

Po Nowym Roku trafił się dziwny wypadek.

Korespondent jednego z pism pod datą (jeżeli nie mylę się) 14 stycznia doniósł, że w Podzamczu i Maciejowicach dwór — utrzymuje nauczycielkę dla służby, założył szkołę parobczą, kupuje elementarze dla dzieci wiejskich, wypożycza im książki i spełnia inne obowiązki obywatelskie.

„W Maciejowicach i Podzamczu — kończy korespondent — nie trudno zobaczyć pastucha, który zamiast niszczyć gniazda w polu... czyta książkę..."

W kilka dni później znalazłem w „Kurierze Porannym" jakby dopełniającą wiadomość tej treści:

„Dnia 14 stycznia mieszkańcy Podzamcza widzieli piękne zjawisko. Oto o godzinie 2.30 po południu ukazały się na niebie, nad Maciejowicaini... trzy słupy ogniste."

Zestawiwszy oba fakty dochodzę do wniosku, że w naszym kraju dwór dbający o oświatę służby jest taką rzadkością, że aż natura zapala nad okolicą słupy ogniste. Obywatele ziemscy, którzy gustują w blasku, powinni by skorzystać z tej wiadomości i wyjednać sobie u Boga choć po jednym słupie nad każdym dworem. Da im to przecie realne prawo do tytułu: jaśnie oświeconych.