Komornicy/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Komornicy
Data wydania 1900
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.

Na Chybowym traczu zebrało się sporo chłopów. Był Szczypta z pod Gronia, Jędrek od Zapały, Błażek od Kusia, zwany także Kuryjerem, Kozera stary, no i trzej Satrowie: Romek, Michał i Jantek.
Ci ostatni bywali tu codzień. Zwozili z lasu odziomki, wykroty suche skupowali gdzie mogli i rznęli w traczu od wiosny do zimy i w zimie nawet. Deski sprzedawali Mszanikom, każdy na swoją rękę. Pracowali wspólnie; a dzielili się zarobkiem. Było to ciche sprzymierzenie trzech braci przeciwko matce. Żaden się z tem głośno nie odzywał, ale każdy myślał po cichu, że jak zarobi parę stówek, to się przyżeni byle gdzie do gruntu i nie będzie czekał na matczyne przyzwolenie do żeńby... Tymczasem słuchali drwin ludzkich i przycinków i od świtu do nocy pracowali, jak woły.
Szczypta i Jędrek mieli w traczu tramy, chcieli je zerżnąć i sprzedać, bo na sól nie ma. Leżą one tu już od wiosny, przyłożone innemi, ale nieporada się było wyrwać z chałupy. Zawdy roboty mocki na polu i w izbie. Jesienią swobodniejszy czas ku temu, kiedy się już z pola pozbierało i przewaliła się ta praca ustawiczna. Jest, co prawda, kopanie, ale to babska rzecz, to się ta niech schylają nad rządkami. Chłopa prędzej krzyże rozbolą... Tak se to myślęcy ułożyli i przyszli.
Błażka bo tu nic nie przywiodło pilnego, ale on się ta wszędy znajdzie, choć go nie proszą. Rad na wieś idzie i przesiaduje po chałupach godzinami, to i tu mógł zajść i posiedzieć przy czasie. Za młodu światem chodził, to ma co opowiadać. Ino, że nie wie, gdzie się prawda kończy, to mu się i gada czasem, samo nie wie, co... Lubią go wszędy, zwyczajnie człeka, z którego się można uśmiać. Ozór ma długi — powiadają — ale też ta i nikomu nie szkodzi, bo mu nikt nie wierzy... A że nowinki rad zbiera i po chałupach nosi, za to go też »kuryjerem« zowią.
Kozerę musiało tu »cosi« przywieść, bo jego tak wodzi, jak zwyczajnie pijaka sprawnego i bałamuta.
Zeszli się wszyscy na traczu i otoczyli gromadą Jaśka, który robił palcowe koło; tuż obok leżało wodne i trzy ostrugane walce.
— Co też to bedzie, słyszycie? — spytał ciekawy Błażek.
— Gonciarnia — szepnął cicho Jasiek, podnosząc głowę.
— Niby co?
— Gonciarnia! — potwórzył głośniej.
— Ja wiem, ale co to?
— Ujrzycie...
— To, wicie, bedzie taki mały traczek — objaśniał Szczypta, który zawdy rad był uchodzić za mądrego — tu piłka, tam wodne koło, a teraz robi palcowe... Nie widzicie?
— Dyć widzę.
— No to o cóż sie pytacie?
Każdy udawał, że rozumie, choć nie wiedział, co to ma być.
Piła na traczu ochliła drzewo zawzięcie i wyrzucała trociny na deski. Sobek, który co dopiero wyszedł z izby, zgarnował je kerpcami.
— Michał, do piły! bo dochodzi... — zawołał w stronę chłopów. Poruszyli się wszyscy. Michał z Jantkiem zastawiali wodę, Romek obracał korbą. Zasadzili piłę po nową deskę i zgrzyt puszczonego w ruch tracza rozległ się na nowo. Jedni wrócili do Jaśka, drudzy otoczyli półkolem watrę, ułożoną przy traczu.
— On ta, rzekę, cosi wymani, jak i Jasiek... — podjął ten od Zapały.
— Hej!
— Wyduma, wyśtuderuje i zrobi.
— Zwyczajnie, chłop przemyślny...
— Talant ma, bo ma. Nikt mu nie zaprzeczy. Ino z ludźmi niemrawy, niepojęty.
— To, to! Z nim, rzekę, wiele nie nagada...
— O nie!
— Taki dumac.
— E wykopaliście-ta? — zapytał Jędrka Szczypta.
— Dyć, rzekę, mogłyby już wykopać, jak i baby, kiedy sie były ze lnem uwijały. Bo czas był, wicie, dobry. Ale tak, rzekę, schodzi to z tem, to z owem. Powiadam babie: Chyć-że sie, rzekę, wartko, nie odkładaj... Ale baby, jak baby.
— Nie spieszy sie im...
— Nie. Ona, rzekę, woli śwarnieć po izbie, koło pieca, a robota niech czeka. Nie zając, powiada, to nie ucieknie.
— Tak zawdy. Dyć i moja...
— Michał, do piły! bo dochodzi — zawołał Sobek.
Satrowie poskoczyli żwawo — przy watrze chłopi grzali się dokoła, siedząc na grubych tramach. Kozera tylko plątał się bez ustanku, zazierał na Jaśka, to znów powracał do watry. Piekło go cosi wewnątrz na sumieniu — szukał, komuby się mógł zwierzyć. Znalazł przecie.
Przy pile, na tramiku, oberzniętym dokoła, siedział Sobek samotny, bił kerpcem o podłogę i gwizdał jakąś nutę. Mało go obchodzili zebrani chłopi. Widywał ich tu codzień; znał ich wszystkich, oni go jeszcze lepiej. Kołysał się i gwizdał, czasem dla większej fantazyi przyklął sobie siarczyście.
Do niego to przytoczył się Kozera cierpiący.
— Tak mnie, Sobuś, tak mnie to nadeszło...
— Mówcie głośniej, bo piła!
Zgrzyt przyduszony tłumił gwarę i wchłaniał ostre słowa.
— Niech cie Bóg broni, Sobuś, niech cie Bóg zachowa!
— Od czego?
— Ja ci powiem, ino mię słuchaj uważnie. Rano było... Ty już wiesz, co ja rano robię. U mnie pacierz i chwała Boska przedewszystkiem. Juści ta mówię ten pacierz i mówię — a tu mi cosi szepce: »Kozera, podź do żyda! Kozera, podź do żyda!« Co to jest? — myślę sobie — czy mnie dyabeł kusi, czy co? Ale nic — mówię dalej... Ojcze nasz... Zdrowaś... Wierzę... A tu jak mnie szarpnie cosi za ramię, jak mi wrzaśnie nad uchem: »Kozera, podź do żyda!!« Tak coż było robić? Zebrałech sie i idę... idę, idę — a cięgiem czuję, jak mie cosi popędza, popędza... No i przyszedłech do Zyśla. Jak-ech przyszedł...
— Michał! do piły! bo dochodzi... — wrzasnął Sobek.
— Jakech przyszedł, takech ci ta i ostał... od rana do połednia, od połednia do wieczora. Naschodziło sie chłopów! Był i Kanty i Luberda i Grela, było tego sporo. Pijemy ta, pijemy, a czas leci, nie stoi... Juści ja kazuję półkwartek, Grela też; znalazł sie przy nas i kumotr z nad miedze i ktoś jeszcze... dość, że nas było mocki. Popiliśmy sie święcie, jak sie patrzy... Słuchajże! bo to jeszcze nie koniec... Tak ci przeszedł i wieczór i noc nadeszła niezadługo. Wszyscy sie potracili, ka mogli — ja ostał sam... Co tu robić? E, myślę se, pudę na wólę Boską! Przecie chałupa nie precki, to i dojdę... Ale mnie cosi wstrzymowało... Nie pytałech już przecie na nic i poszedłech. Juści idę i idę prostą drogą, jak sie patrzy... dyć zajdę! Naraz — jak mnie cosi zajęło, jak mnie zaczęło wodzić!... Zwodziło mnie wszędy: woda nie woda, miedza nie miedza... wodziło i wodziło do samego rana. Co ja sie razy zamoczył, z kielu ja brzegów spadł, to ani, ani!... zeżyjesz świat, a nie uwierzysz. Ino, jakby ciebie samego kiedy tak zajęło, czego Boże broń, zachowaj! Matko Najświętsza!... Dopieroch ci rano przyszedł do siebie, jak sie już dobrze rozwidniło... i wiesz, kanych sie znalazł?... Hań — na Zapałowym brzyzku — w tych jamach!... Tam mnie już opuściło, toż toch sie osatał i wrócił do chałupy... Nie wierzysz mi? Przypatrz sie! — wyciągnął nogę — nowiutkie kerpce kupiłech na jarmaku, toch ci je zdołał doznaku zedrzeć... za jednę noc!
— Michał, do piły! bo już doszła... — krzyknął Sobek, zastawiając wodę.
— Tak ci padam, mój Sobuś, nie wierz nic, choćby ci gadało, nie wiem co! Choćby cie szarpało ze wszystkich stron!... Bo to kusiciel krotny, nic więcej. Jużech sie zaprzysiągł: Nie pudę, ani razu do karczmy, choćby mie w gardle piekło. Nie pudę — wolę skonać... Tak Sobuś...
— Bedzie karczma próżniejsza!
— I ty nie chodź, radzę ci... Usłuchnij mnie starego! Bedziesz widział, że mi podziękujesz! Bo to piekło. Obraza Boska! Nic więcy... Tak, tak Sobuś — zakrztusił się Kozera i poszedł wolno ku watrze.
— Filut stary! — zamruczał Sobek — widuje mnie u Zyśla i boi sie o dziewkę... Myśli pokraka, że ją haw mam w głowie... Już, zaraz! Trza ci zięcia! Zjesz ty dyabłów trzysta...
Przy watrze gwarno było. Błażek cuda naopowiadał o świecie.
— Rozmaite światy są... roz-ma-i-te!
— Dyć każdy wie o tem, nie ino wy...
— Ja rzekę nika nie był — podjął Jędrek — a ni mam sie za głupiego...
— Wyręczą was w tem ludzie... dajcie spokój — pokpiwał z niego Szczypta.
A Błażek stracił miarę zwykłą i opowiadał dalej.
— Szliśmy wtedy z pod Rusa i zatrzymalimy sie pod Krakowem. Ładne miasto, przystojne!... ni ma co rzec. Jest co widzieć, ino żeby był czas po temu... Są tam wieże dwie, straśnie okropeczne!... Strach hań wyjrzeć. A na wieżach onych patrol stoi i trąbi bez cały dzień...
— Niby na co?
— Ja nie wiem. Tak muszą mieć nakazane.
— Bajecie!
— No dy idźcie, ujrzycie, czy wam bajtki gadam... Narodu mocki w Krakowie! — ciągnął dalej. — Jedni spacerują, drudzy po kościołach siedzą, nic nie robią, tak żyją.
— A tu człek... Panie ratuj!
— Padam wam, że jest co widzieć.
— Pono rynek jest taki, jak we Mszany?
— Ho, ho, ho! Ani przytykać!... Tam na rynku trzy kościoły stoją i jest jeszcze telo placu, żeby sto reimentów wojska mógł ustawić...
— Co gadacie?
— Świętą prawdę!... Drzewiej były ino dwa kościoły, ale jak sie pokazało morskie oko...
— Kany?
— W Krakowie, na rynku! Dyć wam gadam. Wybuchła zwyczajnie woda... i zalałaby całe miasto, kieby nie ratowali. Toż to pierzynami, spyrkami zatykali...
— Nie trza było wiela! — zadrwił Sobek. — Wasz ozór wsadzić, toby zatkał...
— Toż to — kończył Błażek, nie zważając na drwiny — zatkali doznaku i postawili kościół na tem miejcu...
— I już sie więcy nie pokazało?
— Nie.
— Zamknęło sie!
— Padają, że Morskie Oko w Tatrach, to drugie od tamtego...
— Może i to być!
— Rycerze jadą! — zaśmiali się chłopi.
Z uliczki, ogrodzonej krzasłami, wyszły naprzód siwe woły, za nimi fura z drzewem, koło niej dwóch parobczaków.
Byli to oba Smreczaki, jak smreki rozrośli; a że każdy z nich dźwignie odziomka na koła, temu ich Rycerzami zowią. Nikt im z Koninek nie dostoi, chyba Sobek... ale i to z wielką biedą!
Wjechali na plac między drzewa, lekko złożyli tramy na ziemię i otarli rękawem pot z czoła. Przybliżyli się na tracz. Woły zostały same.
— Rychło ta dorzniecie? — spytał jeden, przechylając się ku pile, jak topola, wiatrem pochylona.
— Dyć zelżyjcie! — poprosił Romek. — Nie zejdzie nam już długo...
— Do zimy, abo kto wie! — przywarł ich drugi.
— La Pana Boga! cóż to za chłopy ci Satrowie! — zaśmiał się starszy, Wawrzek. — Wożą, rżną i przedają, nikomu sie nie dadzą używić... Pedziałbyś, że gazdowie, abo co, a to ino dzieci swojej matki...
— A ty kto? — krzyknął Romek, najstarszy.
— Wawrzek. Nie wiesz, żeś mnie do chrztu trzymał?
Przy watrze chłopi wybuchnęli śmiechem.
Przy nich stanęli Smreczaki, grzali ręce i dogadywali trzem Satrom.
— Żeń sie Michał! Obłap matkę niziutko za kolana i proś...
— Mnie proś, mnie! — śmiał się młodszy. — Ja ci sie przysłużę... Naraję ci taką dziopę rzetelną, że twoja matusia wnet bedzie babką, już w pół roku po twojem weselu... Wierz mi!
— A tak sie chłopcy żeńcie, coby jeden drugiemu starostował!...
Śmiech chłopów dolatywał na tracz i ginął w hałasie wielkim i huku.
Satrowie przemilczeli kpiny. Złość swoją na robocie odbijali: furczały ino deski w powietrzu, jak je od piły odrzucali. Świst piły przedrzeźniał im, wodne koło przygłuszało hałasy i chlupotało jednostajnie, miarowo.
Jasiek strugał wciąż drewniane palce do koła, przymierzał i medytował, nie zważając, co się koło niego dzieje.
Przy watrze grzali się chłopi i zabijali czas pogadanką.
— Niech ta Satrowie zerzną, to sie i nam dostanie — mówili ci, co mieli tramy, czekając cierpliwie na swoją kolej. — Dyć trudno mają rżnąć do samej zimy?
Kozera, dołapiwszy Smreczaków, począł im opowiadać od pacierza, jak go szarpało cosi i uwiedło...
Błażek przedzierzgnął się naraz w zawołanego strategika i snuł przed oczyma zdziwionych chłopów roz-ma-i-te plany.
— Abo wojna bedzie, abo nie bedzie... — zaczynał zwykle.
Tak zaczął i tym razem.
Milczeli — więc przepołowił zdanie i stanął równo silnie po obu stronach. Dwoistość jego sądu otumaniła chłopów i nie zdali sobie sprawy, jak szybko skończył spór ze sobą, stojącym po tamtej stronie, że się naraz oba Błażki naleźli razem.
— Musi być wojna! — zakończył z przeświadczeniem.
— Ja, rzekę, nie wiem — dodał Jędrek — ale dobrego nic nie bedzie...
— Prusak sie zbroi — ciągnął Błażek — Francuz gotowy, ino czeka. Italijan też pudzie, bo jakże? Skoro zaczną, to wszyscy razem. Ale sie jeden na drugiego obziera i temu im tak niesporo.
— Nie wierzą se...
— Janglik patrzy z za morza i słucha... nasłuchuje... On ta mądry, nie bójcie sie! Czeka, jaże sie mu co zwartnie. I tak, skoro sie wszyscy zewrą do kupy...
— Koniec świata!
— Niechże też Bóg zachowa! — zaprzeczyli inni.
— Trudno! My nie rządzimy światem...
— Nad nami stoją insi.
— Hej!
Przerwali. Krzyk się rozległ. Pomiędzy chłopów wpadł zdyszany Wojtek. Ale niedługo tu popasał. Za nim biegł ojciec z paskiem rozpasanym i wywijał nim w powietrzu.
— Trzymaj hycla!
Zapóźno! Wojtek w mig przesadził tracz, chybnął przez wodę i oparł się na drugiej stronie roztoki.

»Kazali mi na maliny —
A ja za piec do Maryny...«
Hop! Hop!

Zaśpiewał ojcu, obertnął się dwa razy na pięcie i pobiegł ku Margoścynej chałupie.
— Przyjdziesz mi ty tu!... — pomyślał za nim ojciec i zatrzymał się przy chłopach. — Takie mam z niego skrzepienie! W izbie nie przyjrzy, nie pomoże kielo telo, ino wsze cosi kasi dłubie... Zmajstrował mu Jasiek skrzypce, juści rzempoli mi po za uszy i rzempoli... Ja też wziął skrzypce i spalił. Myślę se: ustatkuje sie... coby! Wycyganił nowe od kogosi i z tem ma całą robotę... wisus! Nawet sie wybić nie da, bo ci sie wyrwie z garści i ucieknie... Huncfot zatracony!
— Na ojca sie podał — pomyśleli se chłopi.
Zabrał się od nich i poszedł za izbę do bab, kopiących ziemniaki; ale nie długo bawił przy kopaniu. Jeszcze mu się żółć nie ustała... Wojtek się wymknął... Szukał, na kogoby ją wylać. Z pola dojrzał kobietę, która wchodziła pod tracz...
— Aha! Tuś mi dziadówko! — mruknął zcicha i w jednej chwili był już na traczu.
— Kto tam wlazł? — spytał Sobka.
— Dyć pono Margośka...
— Po co ona tu łazi?
— Po trociny...
— Słysz ty! — krzyczał, nachylony ku pile. — Wynoś mi sie stąd zaraz! Bo jak pudę, to ci kości poprzetrącam! Rozumiesz, co ci gadam?!
— Nie brońcież, niech se weźnie — wmieszali się chłopi — dyć trociny, nie mąka...
— Juści! Na dziadów bedę robił? Na komorników?!
— Słyszysz? — krzyczał schylony. — Wara mi stąd, z pod tracza, bo jak zejdę...
— Już idę! Nie bójcie sie! — zadudniło z pod ziemi i wnet wysunęła się kobiecina nizka, okryta szarą płachtą i szła po ławie, płaczęcy, za wodę...
— Bóg was skarze, gazdusiu... — doleciało ku pile.
— Zdechnij suko! Skap! Zmarnij! — krzyczał Chyba. — Odemnie patyka nie weźmiesz...
— Nie proszę! — przyleciało z za wody.
— Choćbyś i skuczała, to ci nie dam!
— Nie proszę...
— Komornicy! Tfu! Dziady!... — splunął na bok i zwrócił się do chłopów. — Przyjmij to na swój zagon, to ci sie tak odpłaci! Słyszeliście, co mi odpowiadała: że mnie prosi!... Zjesz ty dyabła bezemnie, krotny dziadu! Padam jej: Przyślijże mi Józka do roboty... »Nie! Zapłać pierwej, to przyślę!...« O, czekajże se ty! To, myślę, na moim gruncie siedzisz, a nie pomożesz, nie poślesz do roboty? Zjesz ty kopę dyabłów, jak nie więcy... Ja najemnika upytam i zrobi mi, a bez ciebie sie pieknie obejdę... Tak wej. Przyjmij dziadów na komorę, toby wnet tobą rządzili... O ho, ho, ho. Pomaluśku!...
Wygadał się, wygadał, posiedział na chwilę przy chłopach i jankor go opuścił. Tak zawdy. Pierwsza złość musiała się końcem na kim skrupić, potem był już chłop walny i do rzeczy.
— Kto hań to rznie? — spytał Sobka.
— Satrowie...
— Dużo mają?
— Pięć kóp desek.
— Ehm... — liczył po cichu. — Cztery centy od deski... Do młyna nikt nie przyniósł?
— Nikt...
— Ta ku zimie, to się tu posypią...
— Któż wie...
— Co ta robicie w chałupie? — spytał Błażek starego.
— Nic nie robię. Schodzi tak zawdy... cosi...
Patrzał na Jaśka i myślał cicho: »Dumaj! choćby do sądnego dnia...«
— Co on robi?
— Gonciarnię! — zaśmiał się Sobek.
— Dyć niech robi...
Siedzieli długo przy watrze i gwarzyli. O komornikach zabaczyli do krzty... »Cóż ta o to! Z Chybą warto pogadać, bo człek walny i piniężny do tego: tracznemu i młynarzowi sama woda piniądze niesie« — mówią ludzie, więc nie dziw, że mu biedni chałupnicy zazdroszczą tego, że przy wodzie siedzi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.