Jeden z tysiąca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jeden z tysiąca
Pochodzenie Ziarno 1889, nr 1-37
Wydawca J. Korwin-Piotrowski
Data wydania 1889
Druk J. Filipowicz (dawniej Berger)
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


JEDEN Z TYSIĄCA.
przez
Józefa Ignacego Kraszewskiego

Ab uno disce omnes...



I.

Kochana matko!... Nie wiem od czego zacząć, jak ci to napisać, jak wyrazić szczęście moje... Oto mam chleb, będę mieć chleb własną zdobyty pracą... dopiąłem cela moich marzeń, stoję na proga nowego życia.. Boga niech będą dzięki. On jeden mógł mi to dać! na co ja nie zasłużyłem. Iluż to zdatniejszych odemnie, zwalało się i zmarniało, ilu rękom zabrakło pracy, głowom zajęcia, zdolnościom losu, coby im się dozwolił objawić, a ja biedny robak, istota nieudolna i osamotniona, bez opieki, podpory, sierota... wygrzebałem się na... nauczyciela gimnazyam! Otóżem niechcący wygadał się z wielką nowiną... matunia! jestem u mety mych życzeń, dziś, gdybym go miał, mogę włożyć mundur granatowy, jutro pojechać i objąć posadę moją. Jutem dumny i zdaje mi się, że wyrosłem na pół łokcia.
Ale jak się to stało, doprawdy, sam tego wytłumaczyć sobie nie umiem, chyba opieką Bożą, opatrznem zrządzeniem jakiemś... opowiem ci jednak nie rozumiejąc jak było, jak się stał ten cud niepojęty.
Gdym rozpoczynał nauki w uniwersytecie, tyś sama odradzała mi medycynę, która jest najłatwiejszym chlebem, na którą prawie cała młodzież się ciśnie, posłuchałem twojego i własnego głosu, który mi mówił, że temu powołaniu nie każdy podołać może, rozpocząłem studya literackie i choć przy końcu ich nie wiedziałem, jaki z nich w życiu potrafię uczynić użytek, poszedłem za natchnieniem. Ty wiesz, matunia kochana, jak mi przy ubóstwie przeszły szczęśliwie te ostatnie lata nauki i młodości, boć to już rozpoczynam nową epokę, w której jeśli nie sercem, to głową dojrzałym być potrzeba... Zapominało się o głodzie i chłodzie dla rozkoszy pracy, zdobywania coraz nowych skarbów, dla tego serdecznego braterskiego związku, jaki tylko młodzież między sobą utrzymywać i wykarmić może...
Jedną połową godzin potrzeba było karmić drugie, chleb zdobywać w pocie czoła, aby żyć i uczyć się, ale ten suchy jego kawałek chleba spożywał się rozkosznie, a woda zdrojowa, smakowała jak ambrozya... i świat taki był śliczny i godziny tak chyżo nam leciały i ta tęsknota młodzieńcza tak upajała nas wszystkich!!
Kilka lat nauki przebiegły jak oka mgnienie... Stanąłem u bram innego życia i gdym spojrzał na nie, strach mnie objął... objęła mnie tęsknota... ce począć z sobą? gdzie się udać? jak użyć nauki? kędy pokierować pracę? komu i czemu nią służyć? w ostatka nawet co jeść?
Tu w naszej poczciwej akademii jest taka solidarność młodzieży, że nikt z głodu umrzeć nie może, na świecie inaczej wcale... Widziałem nieraz zdolniejszych odemnie bez butów i objadu... nie dziw, że mnie przestrach ogarnął. Nie chciało mi się zrzucać wyszarzanego munduru mojego, bom nie wiedział, co na jego miejsce włożę... chwytałem się na zadumaniach i łzach nawet w lichej stancyjce mojej, po której już mi tęskno było, niżem ją opuścił. Ale czas leciał nieubłagany.
Przyszły i przeszły egzamina, szczęśliwie zdobyłem stopień kandydata... dziwnie nazwany stopień, bo najczęściej z nim człowiek na wieki pozostaje w kandydaturze do czegoś niedoścignionego.
W tej chwili kochana matko, choć ci nie donosiłem o przestrachu i niepewności, w jakiej zostawałem — byłem zaprawdę tak uciśniony, tak przerażony przyszłością, jak nigdy. Wyrzucałem sobie nawet, żem na medycynę nie poszedł.
Dwie tylko drogi były przedemną, ciężka niewola nauczycielstwa domowego, lub zawód publiczny profesora. O miejsce w domu obywatelskim nieznajomemu dosyć trudno, a co go tam częstokroć czeka... Bóg wie jeden i ten drugi, co cierpi. — O posadę profesora jeszcze ciężej i ledwie kawałek chleba drobny zapewnia. Wahałem się co począć, gdy poczciwy mój towarzysz Jan przybiegł z oznajmieniem, że właśnie wakowała katedra języka łacińskiego w pobliskiej szkole, że nie ma o nią konkurentów i że ją bardzo łatwo otrzymać mogę, bylebym się podał.
Nikogo, żywego ducha znajomego nie miałem, pomocy spodziewać się nie mogłem żadnej — ale młodzieńcza ufność pchnęła mnie wprost do wysokiego urzędnika, od którego to zależało.
Nie daj to Boże być postulantem bez nazwiska, listu rekomendacyjnego i protekcyi! Ty nie wiesz, kochana matko i bogdajbyś nie znała nigdy, jak ciężko stać godzinami w przedpokojach, kłaniać się odźwiernym, uśmiechać do lokajów, przychodzić o ósmej, aby zastać kogo potrzeba, odejść, bo jeszcze nie wstał, powracać o jedenastej i pójść z niczem, bo już wyszedł, wlec się o czwartej i znaleść go uśpionym... od dnia do dnia powtarzać jedne przchadzki, marnować czas, gryźć się i rodzaj ludzki nauczyć się przeklinać.
Jam to jednak zniósł z cierpliwością człowieka, który niema prawa do dobrego przyjęcia, poznałem się poufale z odźwiernym, który mnie nawet częstował tabaką, zaprzyjaźniłem z lokajem i dostąpiłem szczęścia być przypuszczonym przed oblicze wielkiego człowieka w tydzień po rozpoczęciu o to konkurów. Było to w chwili, gdy powracał z przechadzki. Ulubiona jego suczynka biegła przed nim i miała wpaść w paszczę brytana, który za nią gonił warcząc, gdy ją porwałem na ręce i od groźnej ocaliłem śmierci. Kto wie, czy nie temu śmiałemu znalezieniu się (zresztą nieprzyzwoitemu), winienem miejsce, którem się przed tobą chlubię.
Wielki człowiek stanął zdumiony moją przytomnością umysłu, popatrzył chwilę i jakby dziwując się, zkąd mu tu na drodze od ogrodu do domu wziął się ten akademik ex machina, spojrzał badająco na odźwiernego, który, wymawiając się, tylko ramionami poruszył.
Suczka była ocalona, ale spokój domu został naruszony przez intruza, szanując fakta spełnione, wielki człowiek zapytał mnie co w jego domu porabiam.
Dobyłem śmiało złożonego papieru herbowego z kieszeni, na którego widok nieco się zacofał, bo to nie była godzina podawania próśb i począłem się tłumaczyć z natarczywych moich odwiedzin.
Przez cały ten czas ocalona suczka szczekała bezpiecznie u drzwi na brytana, którego odźwierny odpędził, tak że nie wiem, czy wielki człowiek mógł mnie słyszeć, ale się pewnie domyślił ze słów kilku o co chodziło.
— Na każde miejsce, generalna reguła — rzeki — jest po dwudziestu kandydatów, cóż ja pocznę? mogęż wam wszystkim dogodzić?
Zamilkiem skromnie.
— Ale o jakież miejsce? — zapytał.
— O posadę nauczyciela łacińskiego języka...
— Masz waćpan kwalifikacyą?
— Skończyłem uniwersytet, otrzymałem stopień...
— W wydziale filologicznym?
— Tak jest.
Pomyślał, suczka zaczęła ma się naprzykrzać.
— No przyjdź waćpan o ósmej.
— Ale ja tu chodzę od tygodnia, jutro mnie nie puszczą — rzekłem ośmielając się.
Uśmiechnął się i ruszył ramionami.
— Słyszysz Pawle — zawołał — jutro o ósmej wpuścić tego pana do mnie... dziś przecie i ja odpocząć muszę... chodź Lola! chodź.
I z Lolą razem znikł mi z oczów.
To był tylko prolog dramatu, który się tak szczęśliwie zakończył.
Paweł dobrze usposobiony, wpuścił mnie nazajutrz o ósmej. Zastałem wielkiego człowieka w szlafroku z Lalą na kolanach, zasępionego i zmęczonego, ogromna ilość kopert świeżo na ziemię rzuconych, objaśniała o znużeniu i złego humoru przyczynie.
— A! — rzekł, zobaczywszy mnie — dam waćpanu kartkę i pójdziesz do mojego pomocnika, on to zrobi, jeśli zrobionem być może.
Pozostało mi skłonić się pokornie, wziąć notatkę i wyruszyć w nową pielgrzymkę, do drzwi tej wytycznej postaci, która się zwała pomocnikiem.
Odźwierny nie umiał mnie nauczyć, gdzieby mieszkał, widywał go bowiem tylko z teką pod pachą przybywającego w poniedziałki, czwartki i soboty z raportem, a służący na zapytanie moje o mieszkaniu jego podniósł tylko rękę do góry, pokiwał głową i zdawał się milczeniem mówić. Chcesz bo się waćpan zbyt wiele na raz dowiedzieć!...
Wiedziałem dobrze, jakim bym środkiem mógł mu otworzyć usta, ale sposobu tego użyć nie byłem w stanie, musiałem więc gdzieindziej wyjść na zwiady.
Dzień cały straciłem na wyszukanie ulicy, domu i schodów pomocnika, ale gdym tu przybył, godzina przyjęcia oddawna upłynęła, potrzeba było powracać nazajutrz. Dnia tego pan pomocnik wyjechał na wieś, po tem dwa dni chorował, trzeciego dnia było święto, czwartego nie przyjmował nikogo, piątego miał gości, szóstego spóźniłem się na kwadrans, a w tydzień dopiero stanąłem z moją kartką przed arbitrem moich losów. Milczący i surowy zmierzył mnie od stóp do głów wzrokiem badacza, ocenił moje chudopacholstwo i wyraził miną, że mnie nie uważa zdolnym zająć wysoką posadę nauczyciela języka łacińskiego, nie pytał o łacinę, ale widział z pozoru, żem miał za mało powagi i lat na to ważne stanowisko...
Kartkę jednak przeczytał, pokiwał głową i dziwił się wielkiemu człowiekowi, że mu tak małą przysłał figurę.
— Kandydat! — rzekł — i cóż z tego! młody wacpan jesteś! starsi oddawna czekają... hm! hm! Wróć waćpan za tydzień, zobaczemy...
Wypadłem jak zmyty, straciwszy zupełnie nadzieję, i już mi się nawet powracać nie chciało, gdy po mnie przysłano, abym się stawił.
Pomocnik przyjął mnie tą rażą wesoło i pobłażające...
— No — rzekł — ja tym się zająć nie mogę, ale dam panu notatkę do mojego sekretarza... zobaczemy... może się co da zrobić...
— Nadzwyczajną łaskawość z jaką te wyrazy wymówione zostały i uśmiech łagodny, jak promień słoneczny jesienią, winienem był, jakem się później dowiedział, protakcyi, protekcyi Loli. Pomocnik był na obiedzie u wielkiego człowieka, dowiedział się historyi mojej i uznał słusznem bym za poświęcenie moje dla faworyty pana, został wynagrodzony chociażby nadzieją...
Odsyłany tak od Anasza do Kaifasza, udałem się szukać owego sekretarza i nareszcie go znalazłem, ale jeżeli przystęp do wielkiego człowieka i pomocnika jego był trudny, tu zdawał się niepodobny, Uważałem to ze zdumieniem, że w miarę schodzenia w dół po stopniach hierarchicznych duma niedostępność i wspaniałość rosły w odwrotnym do znaczenia stosunku. Wielki człowiek był zajęty bardzo ale skromny i łagodny, zwłaszcza gdy kto jak ja potrafił ująć sobie Lolę, pomocnik o ksztę od niego już dumniejszym był i wynioślejszym, sekretarz ranie oślepił swą wielkością, wykwintnością domu i pańskiem cale obejściem.
Mogłem się doskonale życiu jego domowemu przypatrzeć, gdyż znowu dni kilka upłynęło nim słoneczne jego oblicze oglądać mogłem. Był to człowiek wielkiego świata, żonę miał z profasyi piękność, dom na stopie najwytworniejszej, dawał wieczory muzykalne, na których szczególniej trio preferansowe i kwartety wista się odznaczały, jeździł karetą i miał w mieście ogromne znaczenie. Zdaje się, że tylko z laski i przez skromność pełnił obowiązki sekretarza, które dlań były za niskie. Gdy mówię, że je pełnił, mylę się podobno, nie spełniał ich wcale, zdawał bowiem ciężary urzędu na biuralistę, który absolutnie się rozrządzał. Naturalnie po odbytym w przedpokoju nowicjacie na nowo, pokiwawszy głową, rzucił sekretarz notę przyniesioną przezemnie i przywoławszy biuralistę, jemu mnie w ręce oddał, aby uczynił, jako mu się żywnie spodoba. Biuralista człek z głową, jak utrzymywano, nie był wcale ani dumny, ani powierzchowności zastraszającej, owszem wyglądał na takie bajbardzo, że spotkawszy na ulicy ani byś się domyślił wielkiej jego potencyi. Na jedną nogę kulawy, nieco zezem patrzący, z głową wyłysiałą i nieuczesaną, w wytartej sukni, z szyderskim uśmiechem na ustach miał minę pisarza, tymczasem na jego barkach opierała się cała budowa i o jego piersi rozbijały fale codziennie... Oddany w jego ręce, musiałem czekać, ażby dokończył raportu i przedstawienia wszystkich papierów, w przedpokoju naturalnie, po czem w milczeniu udałem się za nim do jego juryzdykcyi.
W drodze nie odzywał się do mnie ani słowa, ja milczałem także, przyszliśmy razem do kancelaryi, gdzie zaraz siadł do pracy, jakby mnie nie widział, pozostałem więc, oczekując jaknajcierpliwiej mojej kolei. Wytrzymał mnie dosyć i, dopiero odchodząc, gdy brał czapkę, postrzegł runie niby i zamruczał... A! przyjdziesz mi pan jutro.
W tonie i sposobie mówienia poczułem, że tych jutrów wiele mi jeszcze przyjdzie zmarnować, nim ostatecznie może dostanę odmowną odpowiedź. Ale już kielich solicytacyi postanowiłem wypić do dna... Poszedłem nazajutrz.
— Waćpanowie — rzekł biuralista — myślicie, że wszystko od tych tam matedor zależy... idziecie zaraz do naczelnika, do pomocnika... a potem kończy się, że was do nas odeślą... bo wiedzieć panowie powinniście, że się bez nas nic nie dzieje... a tak!
Spojrzał po kancelarzystach, którzy z ukosa oczyma mnie zmierzyli kolącemi... Na dzień ten dawszy mi do rozmyślania wyżej przywiedzioną maksymę, zostawił mnie na medytacyi. Powróciłem dnia następnego i kilka dni jeszcze przychodziłem do biura.
Przyzwyczajono się widzieć mnie na ławie u ściany, spokojnie i pokorniej znoszącego zapomnienie... Niekiedy biuralista popatrzał na mnie, jakby badając, czy już dostatecznie skruszony jestem i upokorzony, a potem znów zapominać się zdawał o mnie.
Jednego nareszcie poranku stanął przedemną i spytał:
— Cóż? myślisz waćpan otrzymać miejsce? hę? wszak widzisz, że się na to nie zanosi?...
— Czekałem choćby odmówienia — rzekłem...
— Tak! ja waćpanu nie odmawiam... ale jaki z waćpana nauczyciel będzie, kiedy nic nie rozumiesz... przecież tak się miejsca nie otrzymuje... niewiedzieć jak i co...“
Kancelarya się uśmiechnęła, ja, przyznaję się, nie rozumiałem, bom zrozumieć nie chciał.
On splunął, potarł ręce popatrzył i odszedł... słyszałem, że coś szepta do swoich, ale tegoż dnia wyprawił mnie z papierem już do innego oddziała dla dopełnienia formalności, których ilość niezmierną miałem jeszcze do przebrnienia.
Rozpoczęły się pielgrzymki nasze od drzwi do drzwi, od stołu do stołu dla pozbierania potrzebnych podpisów, latania po mieście pieszo, ale już z niejaką nadzieją. Jeszcze by się to było może i cierpiało nie wiem jak długo, gdybym jednego poobiedzia uznojony, powracając z erkursyi tych, nie spotkał dziwnym wypadkiem wielkiego człowieka, który z Lolą wraca z przechadzki.
Przechodziłem tak szczęśliwie koło niego, że promień oczów padł na mnie, poczciwa Lola przybiegła, powąchała mnie i pokręciła ogonem na znak, że sobie przypomniała naszą znajomość, jam się ukłonił, a on przystanąwszy, palcem na mnie kiwnąć raczył. Przystąpiłem. — A cóż, — pytał mnie, masz już miejsce?
— Jeszcze nie... ale...
— Jakto, dotąd? dlaczegóż.
— Pomocnik odesłał mnie do sekretarza, pan sekretarz do biuralisty, ostatni wysłał mnie zbierać potrzebne papiery.
Mąż wielki począł się rozpytywać pilno, namarszczył się, pokiwał głową, ruszył ramionami i byłby może wyrzekł cóś stanowczego, gdyby w tej i chwili Lola nie poleciała zbyt daleko z psem sobie nie zakomenderowanym i zupełnie nieznajomym, którego ruchy i obejście się nie dowodziły zbyt dobrego wychowania; niebezpieczeństwo ulubienicy zniewoliło wielkiego i człowieka do zapomnienia o mnie: poczęliśmy viribus unitis wołać Loli, a ja pospiesznie po nią pobiegłszy odpędziłem natręta.
Wielki człowiek podziękował mi skinieniem: takeśmy się rozeszli. Powiedziano znać było w księdze przeznaczeń, że Lola ma być dobrą gwiazdą moją. Siedząc nieustannie na kolanach tego, od którego zależały losy moje, musiałem mu nieznacznie przypomnieć biedaka, i nazajutrz gdym się w kancelaryi zjawił, już były widoczne skutki jej protekcyi.
Biuralista przyjął mnie posępnie, chmurno, prawie gniewnie, ale wcale inaczej niż wprzódy, nie rzekł słowa, ale jużem się domyślił, że wielki człowiek uczynił wymówkę pomocnikowi, pomocnik sekretarzowi, sekretarz biuraliście. Zląkłem się zemsty, choć wcale nie czułem winnym, tymczasem wcale inaczej się stało, postanowiono pozbyć się mnie z oczów i w godzinę otrzymałem rzucony na stół z gniewem papier, dający mi posadę; w chwili gdym stracił nadzieję. Nie obciąłem zrazu wierzyć oczom swoim... byłbym wyściskał w koło wszystkich do stróżów włącznie — całą kancelaryą, ale wzrok piorunjęcy biuralisty, nie dał się wylać czułości mojej, a głos jego oznajmiał mi, bym z oczów jego zszedł coprędzej. Zaczął coś mówić o intrydze, o ludziach, którzy ubocznemi chodzą drogami i splunąwszy, tyłem się do mnie odwrócił. Wypadłem rozmarzony, szczęśliwy, wesół, i wprost pobiegłem do kościoła podziękować Bogu. Tak tam rzewną i wdzięczną była modlitwa moja, ty się domyślasz, matko kochana, coś mnie jej uczyła...
Wypadało jeszcze pójść wielkiemu człowiekowi podziękować, wysłałem, że stracę z tydzień czasu znowu, nim dostąpić go potrafię ale kiedy idzie to idzie, pierwszego dnia znalazłem się niespodzianie dopuszczony do niego. Był w humorze wybornym. Lala przyszła i pokiwała ogonem, powąchawszy mnie znowu...
— A cóż? masz miejsce? — spytał.
— Panum je winien — rzekłem — zbliżając się, aby mu podziękować.
— Teraz tam powiedz, przerwał niech ci dadzą zaliczenie na drogę i ruszaj zająć pojadę, a spełnij uczciwie włożony na cię obowiązek.
Łzy mi stanęły w oczach z wielkiego wzruszenia, a wielki człowiek, który ich znać dawno nie widział, wyciśniętych takiem uczuciem, uśmiechnął się tęskno i zbliżył się do mnie.
— No, no, rzekł, wszystko będzie dobrze.... nie wątpię, ale żebyś znowu nie czekał na to zaliczenie, już ci wprost dam na pieniądze assygnacyją.
Nie wiedziałem prawdziwie jak mu podziękować, i gdy się zamknęły, to go tam już wołano, wyszedłszy, z dało mi się, żem świat zdobył. Nigdyś jak żyję nie miałem tyle pieniędzy do rozporządzenia, bo na podróż i zaliczenie razem wynosiły przeszło sześćset złotych, przyznaję, żem zrazu stracił głowę.
Pierwszy raz poczułem na sobie skutek pieniędzy i byłem jak ów, co nigdy nic prócz wody nie kosztując, nagle dorwał się kieliszka wódki. Wrażenie, jakie to bogactwo uczyniło na mnie, było w początku błogie, serdeczne, obciąłem dzielić się z ubogiemi, pożyczać przyjaciołom, stać się dobroczyńcą, ale tuż nadeszła chciwostka jakaś, skąpstwo i samolubstwo, które poczęło mi szeptać o tych wszystkich pięknych i miłych rzeczach, które za tyle pieniędzy mieć było można... a ja potrzebowałem też tak wiele!..
Matuniu, uśmiechniesz się pewnie z mojej naiwnej spowiedzi, ale przywykłaś do zwierzeń syna, do czytania w jego duszy, do śledzenia na vet przelotnej chmurki każdej, która po jego czole przebiega. I przed kim-że bym o krył się tak cały, aby znaleźć wsparcie i radę?
Za kwitem wielkiego człowieka, choć nierychło, znowu wydano mi pieniądze, i znalazłem się w srogiej niepewności, jak niemi rozporządzić. Zrobiłem bilans ścisły i wszystkie zliczywszy potrzeby, zdziwiłem się, gdym spostrzegł, że mi ledwie wystarczy na to, co konieczne... Musiałem się przeodziać zupełnie, bo moje stare poczciwe akademickie odzienie, które schowałem na pamiątkę, już mi służyć nie mogło, trzeba było nie całkiem odartym i przyzwoicie pokazać się w miejscu, gdzie tak ważną zająć miałem posadę.
Jak u ubogiego człowieka wszystko, co dla innych jest potrzebą i wielkie przybiera rozmiary, ale za to jak każda drobnostka może wielką rozkosz sprawić.
Miałem ochotę sam śmiać się trochę z siebie i ważność, jaką nadawałem obmyśleniu każdej części mojego stroju i wyekwipowaniu. Jakie dać guziki do vice munduru? jakiego kroju płaszcz zrobić? co sprawić sobie na zimę, szopy czy wspaniały surdut watowany z kołnierzem bobrowym? Czasem jest się trochę dzieckiem i wiedząc o tem, nie można się nie dziecinnie. Szczęście uczyniło mnie studentem: nauczyło marzyć, spodziewać się, roić i malować sobie przyszłość.

Ale dla ciebie dość, kochana mateczko, gdy ci powiem, żem spokojny, żem szczęśliwy; nawał tylko roboty przed odjazdem zmusza mnie przerwać list i odłożyć resztę spowiedzi na ostatnią chwilę. Napiszę ci jeszcze, wybierając się ztąd na miejsce mojego przeznaczenia, teraz pozwól, bym z synowskiem uczuciem upadł do nóg Twoich i prosił Cię o błogosławieństwo w drogę na szeroki świat.

II.

Teraz wszystko już gotowe, ale szczęście moje zaćmiło się koniecznością, rozstania z miejscem i ludźmi z którymi kilka się lat przeżyło ubogo a błogo. Przyszłość zawsze niepewna, wpadnę wśród obcych, wiem że i tam ludzi znajdę, serca wyszukam, przyjaciół zjednam, ale będzież mi tam dobrze jak tutaj? Człowiek nawet, kiedy mu najbardziej po myśli idzie, musi się trapić... ta gorycz jest przyprawą jego życia.
Za chwilę więc opuszczam braci, towarzyszów, to gronko wśród którego rosłem i dojrzewałem jak jagoda, rozpierzchamy się każdy w swoją stronę, na cztery wiatry, jak dumni w bajce rozjeżdżali się rycerze, a podając sobie dłonie jeszcze uczuciem drżące myśleć musimy, kiedy, gdzie i jak się spotkamy? z jakim w sercu bólem, z jaką na czole radością wyroili czy skarlali? zolbrzymieli czy upadli...
Mówię sobie i potrzebuję stokroć powtarzać, że się nie obawiam niczego, że z wiarą w pomoc Bożą, z wytkniętą zasadami drogą, z prawością i prawdą powinno mi być jeśli nie dobrze na świecie, to spokojnie na sercu, ale przyznaję, że się boję trochę.
W cieniach przyszłości widzę przed sobą krainę nieznaną, w której łonie któż tam wie co się ukrywa? — Ale nie! nic strasznego! nie wierzę w ludzi! wierzę w Opiekę nad poczciwymi; wierzę wreszcie w gwiazdę moją, która sierocie bez zasługi i protekcyi dała już niezależne stanowisko i chleba kawałek. Początek ten rokuje mi losy dalsze... pójdzie mi, pójść; musi, a wierz kochana mateczko, że gdyby i źle twemu synowi było wśród: ludzi, na drogę krzywą nic go nie zmusi wyboczyć.
Dziś nareszcie opuszczam towarzyszów i biorę pocztę na wpół z wojskowym, który mi się trafił do miejsca mojego przeznaczenia.
Jestem zupełnie i bardzo przyzwoicie wyekwipowany, a jeszcze mi tyle zostało w kieszeni, że obliczywszy koszta podróży i pierwsze dni pobytu na miejscu, mogę być spokojny o siebie. Niepotrzebuję też wielkich zapasów, bo przyjechawszy dostanę moją pensyą.
Nawet małego dopuściłem się zbytku. Koniecznie potrzebowałem zegarka, żeby godziny nie chybiać, trafił mi się wcale dobry, ale złoty i kupiłem go sobie. Wiem, żem tego niepowinien był czynić, srebrny byłby mi coś oszczędził, ale skusiłem się... słabość ludzka. Ze wstydem teraz dobywam go z kieszeni, ale to jakoś człowieka rekomenduje, gdy widzą przy nim coś porządnego. Ludzie sądzą z pozorów, ale z czegóż by sądzili, kiedy głębi utajonej widzieć nie mogą?
Dziś już spędziłem ostatni dzień młodości... dzień sprzyjał jej pożegnaniu, słońce wstało blade ale jesiennemi promieniami rozgrzewało powietrze; ułożyliśmy się wyjechać wszyscy za miasto i spędzić ostatnie godziny na Pohulance, tak się nazywa rodzaj gospody, ku której wiedzie długa aleja lipowa. W lecie co wieczór zbiera się tu mnóstwo osób, na podwieczorki i przechadzkę. Piękny ogród nad brzegiem rzeki, wesołe położenie, cisza i powietrze wiejskie czynią to miejsce ulubionym celem wycieczek. Teraz na szczęście mniej było niż zwykle, prawie sami znaleźliśmy się w obszernej sali, gdzie dla nas pożegnalny skromny, ubogi obiad był przygotowany. Wszyscyśmy bowiem jak ja synowie pracy i dzieci niedostatku, a żaden niema grosza do zbytku, wielu go brak na potrzeby.
Nim dla nas zgotowano, wziąwszy się pod ręce, poszliśmy znajomemi ścieszkami w ogród z wesołą rozmową pełną wspomnień; zabyliśmy, że jutro ustanie ta spółka, która dziś nas podtrzymywała.
Jak memento mori w klasztorze mnichów milczących, zjawił się przed nami dobrze nam znany urzędnik pan Puchełka. Nie zdaje mi się, bym w pozostałych moich listach wspominał ci o nim kochana matuniu, chociaż to człowiek oryginalny i często mi się nawijający. Żółty, wysoki, z twarzą w fałdy poskładana i dziwacznego wyrazu przez to, że przy szerokich i tajemniczo zlepionych ustach, ma krótką i uciętą brodę, czyniącą go do dziadka od orzechów podobnym, z włosami siwiejącymi na tył zaczasanemi, z swą wychudłą, pomarszczoną szyją, zapięty w surdut dobrze nam znany, zjawił się na zakręcie uliczki z wielkiem naszem umartwieniem. Pozbyć się go trudno, a najweselszy humor zatruć może swoim pesymizmem i chłodem. Chcieliśmy uciekać od niego, ale i to trudno, bo Puchełka czatuje na młodzież i uczucie, zdając się, jak upiór we krwi, mieć przyjemność w wysysaniu z człowieka wesela i pokoju...
Nie jest mu wcale tak źle w świecie jakby sądzić można, ale brak serdecznych związków, osamotnienie wśród ludzi, zrodziły w nim niterzemożoną tęsknotę, niewiarę, szyderstwo. Usiłuje wmówić w drugich, że niema w niczem ani kropli dobrego i czystego, dla tego, że on ich znaleźć nie może.
Spotkawszy nas, a znając kilku, wnet przywiązał się uparcie do towarzystwa naszego, choć robiliśmy co mogli, aby się go pozbyć grzecznie, domyślił się pożegnalnej uczty i zapragnął do niej należeć. Kropla atramentu, upadająca w szklankę czystej wody, nie zbrucze ją więcej, jak Puchełka nasz dzionek, na który takie swobodnej rozmowy pokładaliśmy nadzieje. Nie przeszkadza on wprawdzie swobodnemu wynurzaniu się uczucia, ale dość nań było spojrzeć, dość go mieć przy sobie, aby człowiek zastygł i skostniał. Wszystkie twarze oblokły się niepokojem i frasunkiem.
Byli tacy, którzy uciekać chcieli i przenosić się, wyrzekłszy obiadu, byle pozbyć Puchełki, ale nic by to nie było pomogło, upiór potrafiłby pociągnąć za nami. Siłą tylko wesela, swobodnej myśli i młodości, potrzeba go było zwyciężyć czy pochłonąć... Ale nie mieliśmy jej dosyć, myśl rozstania nam ją odbierała, a wpadłszy na to usposobienie tęskne, wampir począł wysysać z nas resztki życia.
Jam był jakoś najweselszej twarzy, najpogodniejszego czoła, wpadł więc na mnie od razu:
— Cóż tu wyjeżdżasz pan? dokąd? co? jak? dostałeś miejsce?
Ochoczo na zabicie jego teoryi poczęłem mu opowiadać dzieło Opatrzności Bożej nademną, pozbawionym protekcyi, osamotnionym, a jednak o swej sile już wychodzącym w świat.
Stanął uśmiechając się i słuchał.
— Tak, — rzekł teraz złapany, tenże ci los brzegi krainy posmarował miodem, idziesz z podniesioną głową, i myślisz, że ci się tak wieść będzie in saecula saeculorum! Cha! cha! cha!
I począł się śmiać sucho, szydersko, przenikliwe swe oczy topiąc we mnie.
— Dla czegożbym nie miał wierzyć w opiekę Bożą nademną zawołałem oburzony...
— Dla tego, że pan Bóg ma co innego do roboty, nie opiekować się lada wychodzącym z uniwersytetu hołyszem: rzekł zimno — a ludzie ci się dadzą we znaki, bo ubogiego świat cały prześladuje. Cóż zresztą posiadłeś? nędzę, biedę, lichy kąt i kto wie czy nie prześladowanie lub upodlenie? Ucząc drugich codzień jednego musisz zgłupieć, rzecz jasna... to co ci się wydaje szczęściem, musi się stać w najlepszym razie zgrzybieniem, skrępowaniem, zestarzeniem zawcześnem...
— Nie odejmuj że mu odwagi zawcześnie! — zawołał jeden z towarzyszów.
— Owszem przestrzec go muszę, będzie wiedział czego się ma wystrzegać.
I począł znów wedle obyczaju...
Jak ćma chodził za nami cedząc powoli jad tych słów rozczarowujących, lecz ja im niedałem przystępu dosiebie, nie wierzę w nie, ufam ludziom, spodziewam się dobra w razie cierpienia jużciż mu podołać potrafię.
Gdyby nawet męczeństwo?... Ale na co cię zasmucać niedorzecznemi przypuszczeniami temi, mnie się w tej chwili uśmiecha wszystko... Jeśli nie siłą argumentów, to siłą zwyciężyliśmy Puchełkę, który jadł, prawił, stękał, ale go nikt nie słyszał. Uwziął się wprawdzie, by mnie rozczarowywać, lecz nie dokazał swego, — stałem mężnie.
Bawiliśmy się do nocy, a gdy chłodny wieczór jesienny z bladem swem niebem i księżycem ogród cieniem otoczył, porzucił na o świcie Puchełka, obawiający się kataru, zostaliśmy sami i swawoliliśmy jak dzieci. Później pobrawszy się za ręce, śpiewając powróciliśmy do miasta, odprowadzaliśmy się, żegnali, płakali i śmieli... Po północy już wziąłem się do pakowania moich rzeczy, i jestem gotów do odjazdu, tłumoczek kładę pod głowę, o świcie jutro w drogę.

III.

W ciągłem jeszcze zachwyceniu, nie wiem już od czego zacząć, chcąc ci opisać i moją drogę i przybycie do miasta i pierwsze kroki wśród nowego całkiem świata. Lecz naprzód powiem ci tylko, że wszystko dobrze, że za wszystko Bogu dziękuję, że Puchełka choruje na wątrobę, na śledzionę, na kwasy i świata nie zna!
Liczę i to do szczęśliwych zdarzeń, że mi w drodze dostał się miły towarzysz, żeśmy kropli deszczu mieli, nic się nie złamało, nie zgubiło, a czas przeszedł niepostrzeżony. Wziąłem z sobą młodego człowieka wojskowego, który pod długim oddaleniu się od swoich do kraju powracał, bez wielkiego wychowania, ale serce nie zepsute, prawił mi dziej swoje przez całą drogę, śmiał się, cieszył i wyrywał do tej strzechy rodzinnej, do której tak serce bije, gdy ją kto ma swoją... Jest to jako relikwiarzy w którym składa człowiek co mu najdroższego, uczucia, pamiątki, łzy nadzieje.
W miarę jakeśmy się zbliżali do znanych mu okolic, łzy coraz częściej kręciły mu się w oczach, stawał się coraz winniejszym, czulszym, nareszcie poprzyjaźniwszy się ze mną, chciał zabrać mnie z sobą abym był świadkiem powitania z ojcem, starą matką i siostrami.
Oparłem się temu, mając czas wyznaczony i ani gadziny do stracenia.
Pojmowałem jego uczucia, choć na sobie ich doświadczyć nie mogłem, sierota, nie miałem własnego domu ni kąta, przebłądziłem z tobą matuniu moja dzieciństwo, potem sam błąkałem się w młodości po cudzych progach siejąc pamiątki. — Dziś myślą ciebie nawet nie wiem gdzie szukać, bo nie znam miejsca, w którem obrałaś mieszkanie... tęsknię tylko po ostatniej stancyjce którą zajmowałem, po towarzyszach moich, po tobie...
Ale nieprawdaż kochana matkę, że gdy raz profesorem zostawszy, usadowię się na dobre we własnym domu, przybędziesz do mnie i mieszkać będziemy razem: Godziż się to, żebyś starość swą pędziła u cudzych, gdy syn będzie ci mógł własną pracą zdobytą dać kawałek chleba? Ty mi nie chcesz być ciężarem, powiadasz, ja o ten ciężar drogi proszę, bo mi z nim dopiero lekko będzie!
Takeśmy przebyli drogę, prześmieli się i przepaplali, na ostatniej stacyj mój towarzysz koni się nie doczekawszy, pobiegł piechotą na prost do wioski, której szare chaty widać było za krzakami w oddaleniu, ja sam już z bijącem sercem wjechałem do mojej stolicy.
Nieznałem wcale miasta tego, alem też nie wyobrażał sobie, żeby tak piękne być mogło. Położenie wesołe, wzgórzyste, rzeka w łożu skalistem, gaje brzóz zielonych wkoło, dużo życia i ruchu.
Przedmieścia nawet całe w sadach i ogrodach ze schludnemi domkami, uśmiechają się miłe... Na wielkiej rozsiano przestrzeni miasto wydaje się ogromnem, kilka kościołów panują nad niem, a mury porozrzucano nadają mu doprawdy bardzo poważną fizyonomię. W środku prawda jest to raczej zarys miasta niż rzecz skończona i cała, ale znać, że to się bardzo prędko wypełni. Domów mnóstwo pozaczynanych, inne się kończą, innych fundamenta budują... młode to ale widać że krew płynie i rośnie a rosnąć będzie...
Nawet twarze mieszkańców jakieś miłe, spokojne, uczciwe, a że to jeszcze nie to wielkie miasto, gdzie wszyscy dla siebie obojętni, ale miasteczko w którem się wszyscy znają, są w stosunkach i styczności, bardzo miło mi było spostrzedz uczynność, ochotę pomożenia i serdeczność w mieszkaniach. Dopytałem się łatwo do tymczasowej gospody, nająłem izdebkę, i wieczór spędziłem na oglądaniu, na gapieniu się...
Nazajutrz rano o dziesiątej, ubrany w vice mundur nowy i od stóp do głów przyodziany świeżo, z cale dobrą miną, poszedłem zaprezentować się dyrektorowi szkoły.
Mieszka on w samem Gimnazjum, na piętrze i wcale wygodnie, a znać to jako najstarszy musi grać pewną rolę, bo dobry kwandrans po zameldowaniu czekać musiałem póki mnie dopuszczono do niego.
Nie jest on zapewne ideałem, ale zdaje się człowiek znośny, i przyzwoity; nie zwykłem sądzić z twarzy, twarz nie miła, ale pierwsze wrażenia są często mylne. Przyjął mnie w gabinecie swoim umeblowanym paradnie, siedząc w fotelu aksamitnym, w mycce szytej bogato, z cybuchem w ustach... Przed nim stało biuro zarzucone papierami urzędowemi z zegarem misternym bronzowym, na ścianach wisiały liche ale w złoconych ramach obrazy...
Niepodobieństwem jest sąd wydać o człowieku z lekkiego nań pobieżnego spojrzenia, miny, słów kilku, przyznaję, iż mi się nie podobał ale noże być surowy i uczciwy człowiek może pedant trochę. Nie tyle jeszcze on sam dał mi do myślenia, co kancelista jego, który gdym wszedł z papierami pod pachą, stał przed nim i wyglądał jak mucha z której pająk wyssał wnętrzność, która się jeszcze rusza, ale dogorywa sił resztką.
Z miny nieszczęśliwej tej istoty mógłbym się wiele domyśleć, bardzo przestraszyć — ale on może być chory... a ten pozór inne mieć znaczenie.
Gotfried Uxus Radca Stanu i Kawaler, Dyrektor szkół, Członek jakiejś tam rady i mnóstwa komitetów i Towarzystw, niewiem jakiego jest pochodzenia, szwed, czech, brandeburczyk, słowak czy sas... każdy mówi inaczej... to pewna, że jako urzędnik niema sobie równego.
Przedstawiono mi go wcześnie jako wzór do naśladowania, nigdy na nim nic nie zaległo, grosz nie pozostał, papier nie opóźnił się, rozkaz nie został bez wypełnienia... nigdy nikt mu dowieść nie potrafił przekroczenia prawa i opuszczenia, zaniedbania. Surowy być ma dla podwładnych ale sprawiedliwy, o sobie pamięta, ale na nadużyciu go nie złapano nigdy. To też co rok bierze nagrody, a gdy chcą wskazać młodszym przykład do naśladowania, dają in Gotfrieda Uxus... Dwadzieścia kilka lat jest w służbie; nigdy niczem nie chybił...
Prawda, ze tak w towarzystwie na pierwszy rzut oka nie jest miły, sztywny, skryty, chłodny, badający i wielce dbały o utrzymanie swojej powagi... Maleńkiego wzrostu, suchy, czarny, zwinny, mógłby zarówno wyglądać na bardzo uczciwego człowieka i na co innego... nic mu tam na czole nie wypisano. Ja wolę go widzieć z dobrej strony... Może to wina zbytku zajęcia, że mnie siedzieć nie prosił nawet, przyjął u drzwi i ręki nie podał, milczeniem i egzaminem zbyt bacznem, bardzo zimno... ale też to wielkiego doświadczenia człowiek, potem musi powagę utrzymać. Bawiłem u niego zaledwie minut kilka, gdyż wszedł ktoś inny w vice-mundurze wytartym, wyprowadził go zobaczywszy mnie do drugiego pokoju, i tam poszeptawszy z nim pokornie, wybiegł żywo a Dyrektor mnie skinieniem odprawił...
Niebardzo wiedziałem, co z sobą zrobić, gdym od niego wychodził szczęściem miałem list do jednego z nauczycieli: i zarazem się jego mieszkania dopytał. Stał nieopodal od Gymnazjum w lichym domku drewnianym, ale za to ślicznemi otoczonym drzewami. Zastałem go smutnym jakoś i znużonym nad sekcyą prywatną, która się właśnie kończyła... mieszka bardzo ubogo, ale też żonaty i ma dzieci... a ubóstwo przy spokoju duszy strasznem nie jest.
Poznaliśmy się prędko, choć postrzegłem, że humory nasze nie bardzo; się pogodzą; on tak jakoś skwaśniał... musiał cierpieć, i znowu trafiam na widzącego wszystko czarno. Nazywa się Walter, ma już lat czterdzieści! kilka, ale na pięćdziesiąt wygląda... żona chora, dzieci małe, dom na głowie, podołać trudno; być może postrzegł zrazu, przypatrywał się pilno, potem położywszy kredę, list przeczytał, studentów odprawił i poszliśmy z nim do jego izdebki. Tu gdyśmy usiedli, nim jeszcze pismo odczytawszy, dobrze zrozumiał kto byłem i po co przyjechałem, ścisnął mi rękę i jakoś smutno rzekł. — A no to dobrze, będziemy razem klepać biedę...
I uśmiechnął się, podpierając na ręku.
— Któż to panu to miejsce nastręczył? — pytał.
— Los! — rzekłem.
— On to zawsze takie figle płata...
— Miałożby to być tak już źle...
— A no nie tak znowu i debrze! — rzekł nauczyciel. Alem ci go nie opisał kochana matko i mogłabyś się nastraszyć... bo to zwyczaj jego gderać i stękać choć niema czego... Wysoki, chudy, trochę mimo to garbaty, wyżyty niezmiernie, nie był stworzony na protektora, nie dziw, że mu nie dobrze... To istotnie sił potrzeba nie małych, potem nałogu i zahartowania, a ta natura rozdrażnia się, nie zahartowała. Wszystkich się lęka, widzi tylko nieprzyjaciół, więc mu źle musi być wszędzie.
Wesołym jednak uśmiechem przywitawszy te jego utyskiwania, nie bardzo na nie zważałem, widząc, że sobie lekceważę co mówił, wziął mnie z sobą do ogródka na dłuższą rozmowę.
— Byłeś — spytał — u Baszy?
— Gdzie.
— A no! (to ma to przysłowie) u Dyrektora przecie.
— Jakże, najpierwej.
— A przyjął cię?
— Trochę zimno, zresztą, jak podwładnego...
— Byłeś u Aristotelesa? — dodał po chwili...
Wyznałem mu, żem nie wiedział ktoby to imię mógł nosić...
— A no, — rzekł — Inspektor...
— Dotąd nie.
— A no, więc najpierwsza rzecz, idźże się Pan mu zamelduj, bo będziesz miał wroga, a to człowiek niebezpieczny.
— Przecież czas mieć jeszcze będę.
— Tak, ale Aristoteles dowie się, że byłeś u Baszy a nie byłeś natychmiast u niego... i zostaniesz zgubiony. Oba oni znaczą tu Alfę i Omegę... na nieszczęście kłócą się z sobą... i my jesteśmy między młotem i kowadłem. Trzeba ciągle palić świeczki jednemu i drugiemu... a przed jednym udawać, że się drugiego lekceważy. Oba zazdrośni władzy, oba zręczni, walczą i jeden drugiemu nic złego zrobić nie może, powierzchownie dobrze są z sobą, w duszy się nienawidzą, cała szkoła dzieli się na Aristotelistów i Baszystów...
Niemogłem mu utaić mojego podziwienia.
— Ale cóż mnie tam do tego, — rzekłem, obu władzę szanuję, z żadnym nie myślę się kłócić... zostanę na boku..
Walter potrząsł głową.
— Dwóch waćpan mieć będziesz nieprzyjaciół w miejscu jednego.
Zdaje mi się, że on to sobie wymarzył...
Jednak cokolwiek o mieście, o szkołach, o ludziach, dowiedziałem się od niego choć nie z tej strony, z której bym rad się poznać...
Zbyt czarno widzi wszystko, nieszczęście moje, że zawsze trafiam na podobnych ludzi. Stan swój odmalował mi jako najopłakańszy, już nie mówię o tom, że mu z familją ciężko wyżyć, że praca ogromna, ale zawiści, prześladowania, intrygi takie, że gdybym to wziął co do litery za prawdę, mógłbym się przerazić. Ale to są chorobliwe przywidzenia, a prostą ideą drogą, krzywe się zabiegi zwycięża...
Odkładając na później rozmówienie się z nim obszerniej, pobiegłem do Aristotelesa tak nazwanego dla wydanej niegdyś logiki, którą był przetłomaczył z francuskiego. Znalazłem go w małym schludnym domku niedaleko gmachu szkolnego, jako kawalera ulokowanego w szczupłem mieszkaniu, które wydawało chęć okazania pewnej zamożności a nawet elegancji. Musiałem się i tu zameldować przez jakiegoś jegomości, który buty czyścił i dopuszczon zostałem do Aristotelesa, palącego cygaro nad stołem papierów.
Przywitał mnie grzecznie, starając się być człowiekiem dobrego tonu i choć nie prosił siedzieć, co by dla mnie było za wielkim zaszczytem, za to sam przechadzał się i nie usiadł, aby mnie zbytnia do krzesła ochota nie brała. Jest to człowiek wysokiego wzrostu, barczysty, blady, przystojny, noszący faworyty, co mu daje pewną fizionomię liberalno-fashionable, lubiący się ubierać i bywający w świecie. Z kilku słów zaraz mi się odmalował, bo ledwie począwszy rozmowę, zaczął ganić wszelkie wyższe rozporządzenia, samą organizacyą szkół, dobór ludzi powołanych do zarządu niemi i w ogóle wszystko, co sam spełniał najściślej. Typ ten już mi był znajomy, liczymy bowiem mnóstwo jemu podobnych reformatorów, którzy tylko stronę ujemną widząc, nigdy palcem nie ruszyli, aby jej niedostatkom zapobiec. Wszystko się u nich kończy na ostrej krytyce drugich, na wyśmiewaniu i narzekaniu, lecz śmiało wystąpić by złe poprawić, ani chcą, ani myślą. Stawia ich to w świecie jako ludzi postępu, a z czynu są zwolnieni wedle swojego sposobu widzenia, samą siłą rzeczy. Aristoteles chciał mnie zbadać zaraz, czy byłem i jak byłem u dyrektora przyjęty, i jakie na mnie uczynił wrażenie, widocznie miało to pokierować jego sposobem postępowania ze mną. Alem zbył go obojętnem słowem, które ów znać wziął za dowód, że mam skłonność pójść raczej z nim niż z jego antagonistą, i na odejściu ścisnął mi rękę, żegnając mniej nieco sztywnym ukłonem.
Biedne słabostki ludzkie! wszędzie i zawsze toż samo... Są niektórzy, co się tem zrażają od świata; ja widzę tylko pospolity bieg rzeczy i zwyczajną bardzo ludzką, Adamową ułomność. W obu tych panach mogą być strony piękne i dobre, przymioty wielkie, miałżebym odstręczać się od nich dla malej przywary, bez której nikt być nie może?
Od Aristotelesa wracając, spotkałem na ulicy Waltera, który kroczył na swą lekcyę do gimnazyum, zbiedzony, skurczony, blady, w wytartej surducinie, w czapce rozpaczliwie na tył głowy zarzuconej, ale zapewne, dla tego, że z okna swojego obserwatoryum patrzał na nas dyrektor, profesor, który przyszłego mojego położenia u niego nie wiedział, a obawiał się kompromitacyi, minął mnie pośpiesznie, jakby nie znał prawie.
Dotąd brzmi tylko jeszcze to wszystko...
Jednakże zaczynam mieć potężne wyobrażenie o władzy naczelników naszych, coś to nakształt jus gladii... albo raczej... ubodzy i biedni tworzą obie tylko straszydła...
Napróżno by mnie chciano ustraszyć i odebrać mi wiarę w ludzi — nie stracę jej, bo serce mi powiada, że przy słabości w każdym jest strona dobra, jest coś Bożego, jest jakaś struna, która dotknięta harmonijny dźwięk wydaje, jest cząstka, która iskrą jaką zaświecić może. Miałem tego dowód, rozszedłszy się z Walterem i powracając do mojej gospody, gdym właśnie kłopotał się o to, jak sobie wynaleźć potrafię skromne mieszkanie i nie obeznany z miastem, wyszukam w niem co mi potrzeba.
Ledwiem uszedł kilkanaście kroków za mury szkolne, ujrzałem w naszym mundurze jakby oczekującego na mnie mężczyznę, który choć nieznajomy, przywitał mnie bardzo grzecznym ukłonem.
Oddałem mu go z nawiązką, uśmiechając się przyjaźnie, choć doprawdy zrazu twarz jego niemiłe na mnie uczyniła wrażenie. Ale od tych wrażeń wstręt wyradzających bez przyczyny żadnej, silne mam zawsze postanowienie się bronić, i im bardziej mi się niepodoba człowiek, tem usilniej dobrej w nim wyszukuję strony.
Jakoś tu wszyscy w tem miasteczku rzeczywiście biednie i skurczono i ubogo wyglądają. Towarzysz mój cale był zbrukany i wytarty, wszystko aż do twarzy w nim zdawało się powalane i zmięte... Na chudej szyi głowa maleńka, łysawa, usta uśmiechnięte przymusem, oczki małe siwe, twarz pomarszczona i bez barwy. Krew z niej dawno uciekła i młodość ją pożegnała, a życie wycisnęło piętno takiej służbistości, uniżenia i pokory, jakiej dotąd wyobrażenia nie miałem.
Może go zająkliwość zrobiła tak nieśmiałym i biednym, ale minę miał obudzającą litość doprawdy. Zaraz po ukłonie, któremu uśmiech towarzyszył, zapewne dla większego ośmielenia mnie, nieznajomy przybliżył się i zarekomendował jako nauczyciel tejże szkoły, dający wprawdzie kalligrafiją tylko... przedstawiał mi się jako obcemu w celu ofiarowania swej pomocy. Nie mogłem jej odmówić, poszliśmy więc razem zaraz, a Herniszka tak się bowiem nazywa, pomimo zająkliwości, jął mnie zaraz obznajamiać z tym światem, w który wchodziłem. Mówił jednak w ogóle nietykając drażliwych kwestyj, a z pierwszych słów domyśleć mi się było łatwo, żem miał przed sobą zwolennika Dyrektora i najpokorniejszego z sług jego. Spytał mnie, czyni był już u naczelnika, i zarazem usiłował zgadnąć, jakie na mnie majestat jego uczynił wrażenie.
Odpowiedziałem mu, że nigdy nie sądzę o ludziach, póki ich bliżej i lepiej poznać nie dadzą mi okoliczności. Popatrzał mi w oczy i z przekąsem jakoś nadmienił o Inspektorze, ja i tu byłem ostrożny a raczej nie mogłem żadnego wyrzec sądu. Herniszka obejrzał się i raczej postawą niż słowy, dał do zrozumienia, że tu potrzeba być bardzo oględnym w zawarciu bliższych stosunków. Uniknąłem dalszej w tym przedmiocie rozmowy, zwracając ją na moje osobiste kłopoty. Tu dopiero okazała się debra strona tego poczciwego człowieka, który z braterską troskliwością jął mnie rozpytywać o najdrobniejsze szczegóły mojego życia, przeszłości i teraźniejszych zamysłów.
Nie miałem powodu z niczem taić się przed nim, niemam nie za co bym się mógł wstydzić, i nic z czem bym chciał się ukrywać.
Słuchał mnie chciwie z tem współczuciem, do którego tylko poczciwe dusze, dziecięcej prostoty, są zdolne. Winienem mu wiele, bo mi zaraz dał jak najskuteczniejsze rady i sam zaprowadził do maleńkiego domku o kilkaset kroków od szkoły, w którym za bardzo pomierną cenę ugodziłem się o najęcie dwóch pokoików z przedpokojem i stołu u gospodarza. Dla mnie com przywykł do lichej studenckiej stancyjki, to nowe mieszkanie prawie pałacem się wydało. Wystaw sobie matuniu kochana, pokoje malowane jeden żółty, drugi niebieski, dosyć wysokie, przedpokój czysty, okno na ogródek i zieloność; uliczkę cichą, osobną dla mnie i książek izdebkę, niby salonik dla przyjęcia przyjaciół i gości... a tak może być czysto i schludnie jak to ty lubisz, bo są szafy i schowania na wszystkie graciki, bez których życie się obejść nie może.
Herniszka podjął się jeszcze wyszukać mi sprzętów, bo gospodarz dać ich nie może, a nowe kupować byłoby drogo, znajdą się więc używane. Niewiele ja też potrzebuję i do wytwornych nie przywykłem, do sypialnej izdebki łóżko, stolik, i krzeseł parę, z szafą maleńką, do bawialnego pokoju stół, kanapa i kilka krzeseł, dla chłopaka tapczanik... otoż wszystko prawie. Tymczasem porozkładałem się na ziemi i na pożyczonych u gospodarzy swoich krzesłach i stoliku.
Wyrzucam sobie teraz najmocniej, że mi się ten nieoszacowany Herniszka tak niepodobał, jak usłużny! jak przyjacielski! jak dobry dla mnie. Ale musiał cierpieć wiele i to się na jego twarzy wypiętnowało takim wyrazem przykrym i odstręczającym.
Mam jakoś szczęście do ludzi, bo i ci, u których się umieściłem, zdają się serdecznie poczciwi. Ponieważ prawie pod jednym dachem z nim, żyć mam, muszę ci ich opisać kochana matuniu. Rodzina to uboga i całe ich mienie stanowi parę domków na ubocznej uliczce, niepozornych, a prawdę powiedziawszy trochę starych. Mają przy nich ogródek owocowy, który z powodu wielkiej taniości fruktów, niewiele im podobno przynosi, dziedzińczyk i t. d. Domek, w którym ja mieszkać będę od rogu, najęty jakiemuś urzędnikowi z familją, ale ich jeszcze nieznani i niewidziałem; drugi mniejszy zajmuje rodzina gospodarzy moich. Składa się ona ze starego dziada, niegdyś żołnierza napoleońskiego, bardzo już zgrzybiałego i dla starych ran ledwie się włóczącego o kiju, z córki jego wdowy po urzędniku, córki i syna. Wszystko to przy swem widocznem ubóstwie tak serdeczne, pełne prostoty, dobroci, że nie mogę się niemi nacieszyć. Widok poczciwych ludzi rozgrzewa i daje siłę do życia. Naprzód kocha się to wszystko i dzielnie, koło tego starca chodzą jak około relikwij, dzieci dla matki najlepsze, matka dla nich... jak ty dla mnie matuniu, to dosyć powiedzieć. Byłem u nich zaraz przez grzeczność, żeby im za dziękczynność podziękować, bo mi się starali nie jak obcy, ale jak rodzina przyjść w pomoc od pierwszej chwili, zastałem dom o jakim się to nieraz marzy, familją połączoną węzłami najściślejszemi, wesołą mimo ubóstwa biorącą życie zdrowo i po bożemu, staruszka w pośrodku jak patryarchę z siwemi włosy, wnuka kwitnącego młodością, siostra jego śliczne dziewczę, tak naiwne i nie wiejskie jak by się to w gniazdku wychowywało.
Ja, com dawno do wnętrza takiej rodziny nie zajrzał, uczułem się niem orzeźwiony, weselszy; nie chciało mi się odchodzić, a oni też, że pora przychodziła herbaty, szczerze mnie prosili bym został z nimi. Zacząłem rozpytywać się o miasteczko i miło mi było z ich ust posłyszeć, że to kątek, w którym zeszli się prawie sami ludzie poczciwi. O niektórych wprawdzie milczeli, dyskretnie utrzymując, że nie dosyć ich znają, by mogli sądzić, ale w ogóle chwalą towarzystwo, miejsce, taniość, pokój, i całą okolicę.
Nie mogłem trafić szczęśliwiej.
Matka tylko jakoś dziwnie rozpytywała mnie, gdzie i jak poznałem Herniszkę i, nie wiele o nim sama chcąc mi powiedzieć, zaraz zamilkła, ale zapewne i jego znają mało.
Stosunki ich z miastem, jak widać, ograniczono, wychodzą rzadko, widują kółko niewielkie, dobrze im z sobą i własne gronko wystarcza. Młody wnuk ma jakieś miejsce w biurze, panienka gospodarzy, pomagając matce, stary się domem i ogrodem zajmuje jak może, i tak w pracy ciche dnie płyną.
Pomimo wielkiej oględności z jaką mówią o ludziach, wspomnieli i oni coś o emulacyi pomiędzy Aristotelesem i baszą... oba mają być zazdrośni władzy i znaczenia, ztąd między niemi nieustanne zatargi... nie mają co robić to się z sobą bawią grą miłości własnej. Cała trudność dla nas mniejszych, którzy jak widzę, musimy od razu wybierać komu służyć, gdyż obu niepodobna. Szkoła dzieli się na dwa stronnictwa, do których ja nie myślę należeć.
Będę grzecznym dla obu, ale dla czegożbym miał sobie narażać drugiego, kiedy żadnego z nich ani znam dość, ani kocham tak bardzo, bym miał dla niego, stosunków z drugim się wyrzekać??
Wyszedłem od moich gospodarzy taki wesół i szczęśliwy, że pod ten dach zacny się dostałem, iżem aż Bogu modlitwą za to podziękował.
Mam jeszcze dwa pokoiki, któreby zajęte być mogły... matuniu kochana? to do ciebie przymówka!!

IV.

Dość dawno już nie pisałem, kochana mateczko, ale też pewien jestem, że domyślasz się ile ja tu w pierwszych dniach miałem zatrudnień, i nie posądzasz może ani o chorobę, ani o niedbalstwo. Musiałem się installować na nowem gospodarstwie w domu, i przybywszy tu z jednem tłomoczkiem, zasposobić we wszystko, począwszy od nieuchronnego samowara, do najnieuchronniejszej miednicy i karafki. Z mojem niodoświadczeniem ileż to kłopotu! ale zdaje się, że drobnostki Pan Bóg umyślnie daje ubogim, jako zajęcie i rozrywkę, aby ich myśl odwrócił od zapatrywania się nieustannego na położenie dla wielu przykre, tylko porównaniem z innemi, bo w istocie... mnie ubóstwo nie cięży. Za to ileż pociech, których nie mają bogaci, bo dla nich wszystko spowszedniało! ile co chwila przyjemności żywych bo nie zużytych! jak każda rzecz cieszy i bawi!
Niech tam inni zepsuci a raczej rozpieszczeni utyskują na ubóstwo, ja i w niem byle chleb, chata i suknia, nie widzę nic strasznego, ledwiebym niepowiedział, że działanie jego jest uzdrawiające i zbawienne. Na sobie tego doświadczam.
Z pomocą usłużnego kolegi Herniszki, do którego jakoś mimo wdzięczności, serca niemam jakbym pragnął, z pomocą moich znanych gospodarzy, już jestem całkiem uposażony w to, czego tylko mi było potrzeba. Nająłem sobie chłopaczka do usługi, którego wolnemi chwilami myślę uczyć czytać, pisać i rachunków i formalnie zająć się jego wychowaniem...
Ten mieszka w przedpokoju za parawanikiem, który mi się szczęśliwie nabyć udało za bezcen, a jest czysty, cały i bardzo przyzwoity.
Tym sposobem gospodarstwo chłopaka, którego zaraz nie nauczę czystości i porządku, zakryte jest od oczów publiczności.
Z przedpokoju tego wchodzi się do salonu! do mojego salonu! słyszysz to matuniul salonu twojego syna. Pokój ten o dwóch oknach z firankami karmazynowemi (!) zasługuje na imię zaszczytne, które mu dałem, tak teraz pięknie wygląda. Podłogę zapuszczono farbą... okna mają zasłony i sztory... W pośrodku na moim starym dywaniku studenckim, który nie wyda się z tem, że mi lat tyle służył za posłanie, ustawiłem stolik z lirą, pokryty wzorzystą ruską serwetą szafirową... Obok stoją dwa fotele, kanapa i kilka krzeseł, także trochę spłowiałe, niebieską wełnianką pokryte, ale tak dobrze się jeszcze wydające, tak czyste, że nie mogę się wydziwić jak mi je tanio nastręczył Herniszka.
Na ścianach zawiesiłem portret ojca, twój, i ten piękny sztych Matki Boskiej, który ty tak lubisz... Zresztą nic więcej, ale czysto, świeżo, wdzięcznie.
W sypialnym pokoju moje książki na półce, książki moje na stole, szafa na rzeczy, i łóżko a nad nim twój krzyżyk matuniu i relikwiarzyk nasz stary; w okno cisną się gałązki zielone i malwa zagląda ciekawa. Tak mi tu cicho! tak mi tu dobrze! że gdybyś ty ze mną być mogła, już bym chatki tej na pałace nie zamienił.
Otóż masz opisane gniazdko twojego dziecięcia, a teraz co się z niem dzieje... Choć ludziska w gruncie poczciwe, ale tu ludzie jak wszędzie i tu dramat życia choć na prowincyonalnej scenie, odgrywa się jakby na największego świata teatrze...


∗             ∗

Temi słowy kończy się rękopism wielkiego naszego pisarza. Dziś, gdy nam umilkł na zawsze, każda kartka literackiej jego spuścizny drogą dla serc naszych pamiątką. Fragment ten stronnic kilkudziesięciu, zawierający tyle pięknych, wzniosłych i szlachetnych myśli w tak barwnej, sympatyczne) formie kreśli pierwsze kroki biednego, młodego wychowańca wszechnicy bez protekcyj, bez poparcia wstępującego na arenę życiową — te pierwsze kroki, tyle podobne do pierwszych chwil nowopowstającego, jak jaki „homo nocus et ignotus“ jednym z tysiąca obok tylu innych w szeregu miejsce zajmującego dziennika, że niewymownie szczęśliwi byliśmy, mogąc klejnot ten na czele felietonu „Ziarna“ umieścić. Oby imię mistrza stało się dla pisma naszego godłem i programem tej niezmordowanej, zacnej, uczciwej pracy, jakiej zaiste był on rzadkim a tak pięknym wzorem.

Redakcya „Ziarna.“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.