Jeden z objawów moralności oportunistyczno-prawomyślnej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Jan Niecisław Baudouin de Courtenay
Tytuł Jeden z objawów moralności oportunistyczno-prawomyślnej
Data wydania 1908
Wydawnictwo Jan Niecisław Baudouin de Courtenay
Drukarz W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

J. Baudouin de Courtenay.






JEDEN Z OBJAWÓW MORALNOŚCI


OPORTUNISTYCZNO-PRAWOMYŚLNEJ.



Grafika do stronyj 005.jpeg



KRAKÓW.

Skład główny w księgarni Gebethnera i Spółki.

1898.


NAKŁADEM AUTORA.




Kraków. — W drukarni W. L. Anczyca i Spółki.



Wystaw sobie, czytelniku, że, jako obcokrajowiec lub nawet obcopaństwowiec, nie obznajomiony ze zwyczajami miejscowemi, osiedlasz się w jednem z miast galicyjskich, dajmy na to we Lwowie lub w Krakowie. Najmujesz sobie tedy mieszkanie, za które, według umowy z właścicielem domu, obowiązujesz się płacić, przypuśćmy, 500 złr. rocznie. Kiedy już zapłaciłeś pierwszą ratę kwartalną i oddajesz się pesymistycznemu złudzeniu, że mieszkania bądź co bądź są tu dosyć drogie, zjawia się u ciebie właściciel domu z księgą „fasji“, służącą za podstawę do „wymierzania“ podatku dochodowego, i każe ci stwierdzić własnoręcznym podpisem, równoważnym przysiędze, że płacisz za mieszkanie wcale nie 500 złr., ale np. 350, 300, 250 lub nawet tylko 200 złr. Jako nowicjusz, do galicyjskich kłamstw procederowych nie przywykły, a tem, co najmniej, dziwnem wymaganiem oszołomiony, zapytujesz, co to ma znaczyć. Gospodarz objaśnia, że tu taki zwyczaj, że wszystkie mieszkania oceniane są na piśmie daleko niżej, aniżeli rzeczywiście przynoszą dochodu. Tak poinformowany, albo ustępujesz od razu, albo też odmawiasz na razie podpisu, wymagając pewnego czasu do namysłu i do dokładniejszego zorjentowania się w położeniu. Na to właściciel domu oświadcza ci w sposób — stosownie do swego temperamentu — mniej lub więcej uprzejmy, że rób jak chcesz, ale że ostatecznie będziesz musiał podpisać, bo inaczej zostaniesz wyrzucony z mieszkania; a jak się dowiedzą, za co zostałeś wyrzucony, nie znajdziesz przytułku nietylko w całem mieście, ale nawet w całym kraju.

Udajesz się tedy do przyjaciół i znajomych i prosisz ich o wyjaśnienie. Przyjaciele i znajomi pouczają cię, że gospodarz twój ma zupełną słuszność, że „najporządniejsi“ i „najzacniejsi“ ludzie, tutaj mieszkający, tak z gatunku właścicieli domów, jakoteż z gatunku lokatorów, podają stale fałszywą fasję i że się tem nikt a nikt nie gorszy. Rzekomą zaś przyczyną tego sportu ma być wysoka stopa podatkowa.
Usłyszawszy takie dictum acerbum, a nie należąc do kategorji „bohaterów“, zdecydowanych iść przebojem o głodzie i chłodzie, godzisz się ze swoim losem; przekonawszy się zaś, że w Galicji możesz mieszkać tylko jako kłamca i krzywoprzysięzca, już bez szemrania podpisujesz fałszywą fasję i stajesz się, jeżeli nie czystej krwi, to przynajmniej czystego sumienia Galicjaninem.
Ponieważ jednak nawet moralnie zasymilowany obywatel galicyjski nie traci zdolności myślenia od czasu do czasu, więc też i w twojej głowie zjawiają się kiedy niekiedy niepokojące wątpliwości i myśli buntownicze w tym np. rodzaju:
Jeżeli przyczyną fałszywej fasji jest wysoka stopa podatkowa od dochodu z nieruchomości — a stopa ta jest istotnie potworna, bo dosięga podobno aż 45% od dochodu brutto, — to czy nie lepiej byłoby zniżyć stopę, a w zamian za to podawać prawdziwy dochód? Przecież 45% od kłamliwie podawanych 300 złr. toć to zupełnie to samo, co 27% od istotnie ściąganych 500 złr. Istotnie to samo, ale przecież na tem to właśnie polega cały dowcip owego „prawa zwyczajowego“, że daje możność uprawiania z dobrym skutkiem ulubionego sportu oszukiwania skarbu, a takiej taniej i łatwej do urzeczywistnienia przyjemności broniący „istniejącego porządku“ obywatel nigdy sobie nie odmówi.
Prócz tego zwyczaj fałszywej fasji pozwala organom „wymierzającym“ grać rolę miecza damoklesowego, wiszącego nad głowami „kamieniczników“, którzy skutkiem tego są w stanie ciągłego podniecenia i doznają lubieżnego dreszczu ryzyka, owego dreszczu, właściwego namiętnym graczom i ludziom, trzymającym zawzięcie na loterji. Jeżeli kamienicznik jest jednocześnie dygnitarzem „wymierzającym“ albo też jakąś inną osobą szczególnie uprzywilejowaną, to podana przez niego fasja pozostaje nietkniętą. Biada jednak kamienicznikom z gatunku zwykłych śmiertelników, a zwłaszcza kamienicznikom, z tego lub owego powodu „źle widzianym“. Z „fasjami“ takich panów organa „wymierzające“ obchodzą się bez ceremonji. Podane przez nich np. 250 lub 300 złr. najspokojniej się przekreśla i zamienia się np. na 400 lub 450, tak sobie od oka, według chwilowego kaprysu. Danemu kamienicznikowi przykro to bardzo, nie tyle może ze względów moralnych, — chociaż okazywanie urzędowego niezaufania w ten dość oryginalny sposób powinnoby boleśnie dotykać, — ile raczej ze względów czysto kieszeniowych. Co innego bowiem jest płacić 45% od 250 lub 300, a co innego płacić taki sam procent od 400 lub 450. Pomimo to nikt nie protestuje, bo... do grzechu się poczuwa i wie, że, gdyby zaczął się prawować, wdrożonoby śledztwo i wiedzionoby mu, że oznaczona przez organa „wymierzające“ stopa dochodowa jest jeszcze choć trochę niższa od dochodu rzeczywistego.
Nie da się zaprzeczyć, że i postępowanie organów „wymierzających“ jest co najmniej dziwne. Przypomina ono owo swawolne przekomarzanie się z damami, które po 30 latach do tego stopnia tracą pamięć, że za nic nie mogą określić swego wieku; dlatego też do podanej przez nie same sumy dodaje się z zasady lat kilka. Taki „flirt“ salonowy nie narusza niczyich interesów, oprócz chyba interesów prawdy bezwzględnej; natomiast o wiele mniej chwalebnym jest ów wzmiankowany dopiero co „flirt“ fiskalny. Jeżeli się kogoś podejrzywa o fałszywe podanie dochodu, to należy zbadać tę sprawę i dojść do prawdy drogą objektywną. Dowolne zaś powiększanie cyfry cudzego dochodu, powiększanie tak sobie od oka jest równoznaczne z zarzutem oszustwa. Co jednak robić, jeżeli „prawo zwyczajowe“ upoważnia do uważania wszystkich obywateli galicyjskich za oszustów?
Ale czyż tylko galicyjskich? Przecież chyba to samo ma miejsce przynajmniej w całej Austrji? Otóż właśnie że nie.
I w innych prowincjach Austrji stopa podatkowa od dochodu domowego woła o pomstę do nieba, i w innych prowincjach dochodzi ona do 45%, a jednak fasja nie ulega tam fałszowaniu. Już w pogranicznym Śląsku, — chociaż to przecież także prowincja przynajmniej w połowie polska, — nie ma nic podobnego. Za to w innych prowincjach Austrji wiedzą o tym zwyczaju galicyjskim i może go nawet w cichości ducha zazdroszczą. W Wiedniu istnieje osobny termin na określenie moralności fiskalnej Galicji: „Tarnopoler Moral“. Dla czego jednak „ „Tarnopoler“? dla czego np. nie „Lemberger“, nie „Krakauer“, dla czego wreszcie nie po prostu „galizische Moral“? — W każdym razie można być z tego dumnym; przecież ex Oriente lux.

∗             ∗

I zapewne muszą być dumni z tego nietylko zwykli śmiertelnicy, ale także ich patentowani stróże urzędowi i „moralni“. Istnieje przecież kilka rodzajów władz, obowiązanych bądź to do przeszkadzania nadużyciom i naruszaniu „prawa“, bądź też do pociągania do odpowiedzialności „moralnej“ za grzechy popełniane. Istnieją przecież władze skarbowe, istnieją władze sądowe, istnieje duchowieństwo.
Tak, rzeczywiście istnieją. Ale urzędnicy skarbowi nie mają prawa moralnego do zarządzania dochodzeń administracyjnych w sprawie „fałszywej fasji“, bo sami muszą ulegać temu prawu zwyczajowemu; bo, gdyby mu nie ulegali, nie mogliby mieszkać w Galicji, z wyjątkiem chyba gmachów rządowych. Prokuratorowie i sędziowie nie mają prawa moralnego ani do wdrażania śledztwa i wytaczania podobnych spraw, ani też do sądzenia winnych „fałszywej fasji“; bo sami muszą jej ulegać, bo gdyby stawili jej czoło, nie mogliby mieszkać w Galicji, z wyjątkiem chyba gmachów rządowych. Księża nie mają prawa moralnego do potępiania tego rodzaju grzechów, bo sami muszą je ciągle popełniać; bo, gdyby ich nie popełniali, nie mogliby mieszkać w Galicji, z wyjątkiem chyba klasztorów i gmachów publicznych. Jednem słowem, powinniśmy pamiętać, że tak urzędnicy skarbowi i sądowi, jakoteż księża muszą, z małemi wyjątkami, należeć albo do kategorji właścicieli domów, albo też do kategorji lokatorów; a, jak wiadomo, noblesse oblige.
Fałszywa zaś fasja — to „obowiązek społeczny“ „wolnego obywatela galicyjskiego“.
Ale czyż fałszywa fasja jest naganną z ogólnie ludzkiego stanowiska, ze stanowiska tak zwanej „moralności“? Wprawdzie nie znajdujemy jej ani w dekalogu, ani w żadnym z katechizmów, ani też w innych klasyfikacjach uchybień ludzkich przeciw moralności, rozwijanej na tle wyznaniowem. Nic to dziwnego, boć „fałszywa fasja“ należy do najnowszych zdobyczy cywilizacyjnych, a katechizmy i inne t. p. kompendja grzechoznawcze opierają się na kodyfikacjach starożytnych. Nie ma też w owych księgach mowy nawet o prostem kłamstwie i oszustwie. Za to jest tam mowa o „fałszywem świadectwie“, blizko spokrewnionem z kłamstwem i oszustwem. — Po co nam zresztą wyszukiwanie autorytetów tradycyjnych? Że fałszywa fasja jest „grzechem“ i w ogóle czynem niemoralnym, o tem mówi każdemu człowiekowi sumienie, oczywiście o tyle, o ile je posiada, t. j. o ile go nie zastawił lub nie stłumił.

∗             ∗

Nie tak to dawno, jak jeden z najpoważniejszych historyków polskich odzywał się z wielkiem lekceważeniem o „narodowościach niemowlęcych“ w rodzaju Słowaków, Słowieńców, Serbów, Bułgarów, Albańczyków i t. d. Pod tym względem zeszedł się on, z jednej strony, ze znakomitym historykiem niemieckim, Teodorem Mommsenem, nawołującym swych „cywilizowanych“ rodaków do kruszenia czaszek barbarzyńców słowiańskich, z drugiej zaś strony z Niemcami w parlamencie wiedeńskim, wyrażającymi pogardę dla „Tschechen, Slovenen und andere minderwertige Nationalitäten“. Nawiasem mówiąc, mylą się panowie od miejscowego konserwatyzmu, twierdząc, że do tych „minderwertige Nationalitäten“ Niemcy nie śmieliby zaliczyć także Polaków. Jeżeli bowiem tego wyraźnie nie uczynili, to tylko przez wdzięczność za gorliwe współdziałanie w zaprowadzeniu przed paru laty stanu oblężenia w Pradze i za inne t. p. usługi. Ale niech i tak będzie, jak sądzą panowie „konserwatyści“. Istotnie Słowacy, Słowieńcy . . . powinni być zaliczeni do „narodowości niemowlęcych“, bo nie doszli jeszcze do prawa zwyczajowego fałszywej fasji, bo na to, ażeby uprawiać na zimno ten sport fiskalny, potrzeba — nie „niemowlęctwa“ moralnego, — ale zupełnej zgrzybiałości moralnej i pewnej dozy cynizmu. Zresztą cynizm kieruje polityką, a panowie z Galicji są przedewszystkiem politykami.
Wykarmiony moralnie na fałszywej fasji filister galicyjski podkpiwa sobie z łapownictwa urzędników rosyjskich. Zgoda; ale co lepsze, czy łapownictwo, praktykowane cichaczem i uważane za postępek mniej lub więcej hańbiący, czy też „fałszywa fasja“, podpisywana nawet przez „przodowników narodu“, podawanych na wzór cnót obywatelskich? Zresztą i co do łapownictwa mogliby wtajemniczeni powiedzieć to i owo, z tym tylko dodatkiem, że jedni mają zwyczaj, wziąwszy łapówkę, załatwić odnośny interes, drudzy zaś, choć każą sobie zapłacić, uważają jednak za właściwe wywieść w pole interesanta.
Praktykowanie fałszywej fasji musi rozwijać w obywatelach nietylko najzupelniejszą apatję i obojętność na grosz publiczny, ale nawet wrogi do niego stosunek. Nigdzie może wyrażenie rosyjskie „казна нашъ общій врагъ[1] nie odpowiada tak dokładnie usposobieniu publiczności, jak właśnie w Galicji. Dowody tego spotykamy na każdym kroku, a najefektowniejszemi dowodami są wypadki owych „sprzeniewierzeń“, traktowanych z zimną krwią i pobłażliwie nietylko przez zwierzchników przeniewierców, ale także przez t. zw. opinję publiczną, o ile naturalnie dany wypadek nie nadweręża własnej kieszeni opinjującego osobnika. Ale, jeżeli „skarb jest naszym wspólnym wrogiem“, a skarb jest jednym z atrybutów rządu i jedną z części składowych „istniejącego porządku“, to powinno się wyciągać dalsze konsekwencje i określać, zgodnie z wymaganiami logiki, swój stosunek do rządu i do „istniejącego porządku“.

∗             ∗

Od czasu do czasu podnoszą się głosy oburzenia jednych na polecane jakoby przez drugich uprawianie tak zwanego „trójlojalizmu“ czyli „potrójnej lojalności“, t. j. lojalnego stosunku do trzech „rządów zaborczych“. Otóż uspokójcie się panowie. Nie ma obawy o „trójlojalizm“, jeżeli nawet najprostszy, pojedynczy lojalizm jest rzeczą niedoścignioną. Bo jakiż to może być lojalizm, którego jednym z wyrazów jest fałszywa fasja? Lojalizm obywateli, fałszujących swoje dochody i wydatki! Lojalizm urzędników, zmieniających dowolnie podania obywateli!
W podobny sposób patrzyli niegdyś Węgrzy na swój stosunek do Austrji, kiedy odmawiali płacenia podatków. Ale Węgrzy nie udawali wówczas „lojalnych“; oświadczyli otwarcie: „jesteśmy nieprzyjaciółmi państwa i dobrowolnie płacić mu nie będziemy“.
Podobną też lojalność wobec Rosji uprawiali owi „patryjoci“ polscy, którzy za jeden z „uczciwych“ środków walki uważali przed przeszło 30 laty podrabianie pieniędzy rosyjskich. A jednak, z ogólnego stanowiska, było to uczciwsze od fałszywej fasji. Występowano otwarcie przeciwko „wrogowi“, nie łudząc go udaną „lojalnością“. Pomijam przy tem naturalnie krzywdę, jaką panowie podrabiacze pieniędzy wyrządzali Bogu ducha winnym ludziom, którym z jednej strony wsuwano podobne banknoty, a których z drugiej strony pociągano za to do odpowiedzialności.

∗             ∗

Warunki, w których wychowuje się, wzrasta i żyje „wolny obywatel galicyjski“, są mniej więcej podobne do warunków życia w innych krajach, nietylko austryjackich, ale wogóle europejskich. To samo przyuczanie od najmłodszych lat do kłamstwa i obłudy, do ukrywania się z własnem zdaniem; to samo zabijanie w zarodku wszelkiej krytyki; ta sama zależność od kaprysu wychowawców i zwierzchników; ta sama jednolita dla wszystkich dresura, pozbawiająca wszelkiej energji i osobistej inicjatywy; to samo lekceważenie w wychowaniu prywatnem i publicznem ducha praktyczności i przedsiębierczości; to samo zagważdżanie głów bezmyślnemi bajkami; to samo marnowanie najlepszych lat na nadziewanie mózgownic skarykaturowanemi wiadomościami gramatycznemi i filologicznemi; to samo przepłókiwanie głowy pomyjami dziennikarskiemi, tylko że w jeszcze podlejszym gatunku; to samo gołąbkowanie i kwilenie o „miłości bliźniego“ z równoczesnem i oczywiście nierównie silniejszem wpajaniem nienawiści do innych „wyznań“, do innych narodowości, do innych „klas społecznych“; ta sama zaściankowość państwowa, narodowa, wyznaniowa i społeczna; ta sama wogóle moralność konwencjonalna, na handlu zamiennym oparta, stadowo-egoistyczna, a nie indywidualnie-społeczna. Ale obok tych wszystkich „dobrodziejstw cywilizacji nowoczesnej“ „wolny obywatel galicyjski“ przy wstępie do życia samodzielnego spotyka uświęcony i powszechnie czczony zwyczaj fałszywej fasji. Ocknąwszy się w takiej zatrutej atmosferze moralnej, „wolny obywatel galicyjski“ zaraża się nią powoli, zaczyna ją uważać za całkiem zdrową i normalną, a wszelki przeciw niej protest za objaw naganny, za objaw karygodnego liberum veto. Podobnie w okolicach, w których wszyscy mieszkańcy mają wole pod gardłem, człowiek, pozbawiony tej ozdoby, musi uchodzić za kalekę.
Fałszywa fasja staje się jedną z „kategoryj myślenia“ „wolnego obywatela galicyjskiego“, staje się jedną z teoretycznych podstaw jego „moralności społecznej“.
Na takim gruncie nierównie bujniej niż gdzie indziej wyrasta cały rój objawów, dla których wspólną nazwą kłamstwo i oszustwo. Z tak preparowaną moralnością publiczną doskonale godzi się moralność karciarzy, moralność pojedynkowiczów, moralność giełdziarzy, moralność fabrykantów i handlarzy świętości, moralność kuglarzy i faryzeuszów.
Na takim gruncie moralnym nierównie łatwiej niż gdzieindziej libertyni i cynicy podają się za podpory „rodziny, państwa i kościoła“, wyzyskiwacze ludu — za jego obrońców i opiekunów, robiący interesa na przedsiębiorstwach „filantropijnych“ — za dobroczyńców ludzkości, uganiający się za władzą, wpływem i groszem — za bezinteresownych działaczy. Rozmaite ciemne i moralnie plugawe osobistości stają się najdokładniejszymi „wyrazicielami opinji publicznej“; plotkarstwo, spotwarzanie, denuncjacja i szantaż traktowane są jako poważna „działalność publicystyczna“, a krzykactwo, warcholstwo, okłamywanie ludku bożego, wzajemne podjudzanie i podbechtywanie dzikich i krwiożerczych instynktów tłumu uchodzą za politykę w wyższym stylu. W dzienniku, pragnącym tu istnieć o własnych siłach, nad innemi działami, nad działem politycznym, informacyjnym, literackim itd., musi górować przedewszystkiem dział skandaliczno-oszczerczy.
Z jednej strony nieustający szereg prowokujących oszczerstw i napaści osobistych, z drugiej zaś strony brutalne „wymierzanie sobie sprawiedliwości“ własną ręką na policzku oszczercy rozdymają się do znaczenia walki stronnictw politycznych.
Na takim gruncie moralnym łatwiej niż gdzieindziej wyrastają rozmaitego rodzaju Reineke Fuchsy, mieniące się pozornie jak kameleon, a jednak wierne sobie w tem, że stale wodzą za nos ludek naiwny, a w nich zapatrzony. Na takim też gruncie łatwiej niż gdzieindziej rej wodzi i rozpiera się buńczucznie w towarzystwie ludzi, uchodzących za „przyzwoitych“, tak nazwana przez satyryka rosyjskiego „świnia tryumfująca“ [2]. Vivant, crescant, floreant! boć to przecież najdoskonalsze wcielenia „fałszywej fasji moralnej“.
Dzięki działalności istot tej kategorji dokonywają się ciekawe przesunięcia pojęć i zmiany w codziennej terminologji. Tak np. wyraz „katolik“, a nawet „chrześcijanin“ staje się synonimem człowieka podejrzanej moralności. Każdego bowiem, kto chce być uczciwym, niezależnym, sprawiedliwym, indywidua podobne obwołują za „żyda“ lub też „żydowskiego pachołka“. Przymiotnik „katolicki“, „chrześcijański“, „narodowo-chrześcijański“, „chrześcijańsko-społeczny“ lub t. p., dodany do nazwy jakiegoś stowarzyszenia lub instytucji, wzbudza zaraz podejrzenie, że pod tym tytułem kryje się coś nieczystego. Wykwitem zaś tego fałszowania pojęć, wynikiem tej „fałszywej fasji moralnej“ staje się wędrowny „hrabia antysemicki“, polecający wraz z innymi panami tej samej barwy rozmaite operacje finansowe „chrześcijańsko-społeczne“ (w rodzaju „domu podrzutków“ sub auspiciis pewnego „dyrektora“) i popierający powagą swego imienia „przemysł chrześcijański“, a w końcu zdemaskowany jako zwyczajny oszust.
Tylko w krajach fałszu i obłudy możliwem było w odezwie do składek na pomnik Pasteura, wskazywanie z naciskiem na jego rzekomą wierność katolicyzmowi; a przecież odezwę tę podpisywali także przyrodnicy i lekarze.
Tylko „fałszywą fasją moralną“ i beznadziejnym oportunizmem można objaśniać tę okoliczność, że w oczach dystyngowanych członków „politycznej straży pożarnej“ obchodzenie pamięci Kościuszki iluminacją i innemi manifestacjami było objawem nagannym, uczczenie zaś współczesnego, a przez partję protegowanego męża stanu iluminacją i wrzaskami ulicznemi uznane zostało za wyraz „zdrowego patryjotyzmu“.
Nawet przedsiębierstwa szlachetnie-filantropijne i oparte do pewnego stopnia na dążeniach dodatnio-moralnych, wywołują, skutkiem właśnie owej „fałszywej fasji moralnej“, pewien niesmak i na wielu ludzi, uświadamiających sobie wszystkie okoliczności, muszą działać odstręczająco. Tak np. nie zbyt dawno grono przedsiębiorców postanowiło założyć „Towarzystwo tanich mieszkań dla robotników katolików“. Rzecz godziwa i zasługująca na uznanie, chociaż wprowadzenie ograniczenia wyznaniowego nie jest w żadnym razie objawem ani wyrozumiałości czyli tolerancji religijnej, ani też „miłości chrześcijańskiej“. Ale mniejsza z tem. Co jednak znaczy ów warunek, iż do towarzystwa mogą należeć tylko „katolicy“? Przecież w zastosowaniu praktycznem okazuje się, że w tem bądź co bądź zyskownem przedsiębiorstwie biorą udział nietylko prawdziwi katolicy, ale także ludzie, udający katolików. Trudno bowiem przypuszczać, żeby wszyscy członkowie „Towarzystwa tanich mieszkań dla robotników“ wierzyli w dogmat Nieomylności Papieskiej i w dogmat Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny; a kto w dogmaty te ślepo nie wierzy, nie może być uważany za katolika. Wyzyskiwanie zaś nazwy „katolika“ w celach geszefciarskieh jest — powiedzmy to bez ogródki — rzeczą ohydną, jest... „fałszywą fasją moralną“.
Nie zapominajmy też, iż jednym z luminarzy „Towarzystwa tanich mieszkań dla robotników katolików“ był Czesław Kieszkowski, [3] który z dogmatami jest może w porządku, ale szwankuje chyba pod względem moralności, choćby nawet osnutej tylko na tle wyznaniowem.
Bądźmy więc otwarci, nie obwijajmy w bawełnę: Przy zakładaniu „Towarzystwa tanich mieszkań“ nie chodziło wcale o katolicyzm, ale chodziło o inne sprawy. Trzymano się przy tem tego utartego prawidła życiowego, że jak tam sobie wierzysz, to zupełnie wszystko jedno, bylebyś udawał wierzącego. „Katolicyzm“ zaś wypisuje się na szyldzie przez konwenans i dla tumanienia ludku bożego; boć, jak powiada Havliček,

bez Boha se sprostým lidem
není k vydrženi.

Ciekawa rzecz, czy i w „tanich mieszkaniach dla robotników“ będzie także praktykowaną fałszywa fasja podatkowa i czy robotnicy „katolicy“ będą ćwiczeni w tym na sposób krajowy przyrządzonym „katolicyzmie“.

∗             ∗

Na tle „fałszywej fasji moralnej“ tem swobodniej mogą sobie bujać blaga i krzykactwo, towarzyszące ocenie ludzi wybitnych i wypadków krew psujących.
Wyznawca dwuch skromnych zasad, jednej kupiecko-teologicznej, „do ut des“, a drugiej ściśle „administracyjnej“, „Polizei, Polizei über alles, über alles in der Welt“, wyrasta bądź to na „bohatera Słowiańszczyzny“, bądź też na „tyrana Austrji“.
Wobec weszłej w krew i prawie że „z mlekiem matek wyssanej“ zasady „fałszywej fasji moralnej“ słusznie można podejrzywać szczerość i trwałość rozmaitych objawów, roztrąbywanych stugębną famą na wsze strony świata. Owe rzekome „sympatje słowiańskie“ to tylko zwykła blague de la rue [4], wyzyskiwana zręcznie nie tyle w celach partyjnych, ile raczej w celach osobistych, — i to nawet pomimo sentymentalnych wywodów „Słowian“ od „słowa, które było na początku“.

∗             ∗

Że starsze pokolenie, wykarmione i przesiąknięte fałszywą fasją, składa hołdy dobrowolne lub mimowolne falsyfikatorom i zatruwaczom tak zwanej „opinji publicznej“, to jest rzeczą całkiem zrozumiałą. Za to mniej już pocieszającym, chociaż wysoce znamiennym, jest zanik zmysłu moralnego u P. T. „dziarskiej i sympatycznej młodzieży“, broniącej okopów.... św. Anny przed urojonem niebezpieczeństwem ze strony złowrogich zastępów nowoczesnego Pankracego. Niby urywek z „Nieboskiej Komedji“! Tylko że andere Zeiten — andere Vögel, avdere Vögel — andere Lieder [5]. W dzisiejszej trawestacji „Nieboskiej Komedji“ „chór lokajów“ nie stoi już po stronie Pankracego, i bez wątpienia bardziej się to zgadza z psychologją społeczną.
Kształćcie się, moi panowie, na przyszłych członków komitetu du salut public, wprawiajcie się do przyszłej działalności dobrowolnie inkwizytorskiej i terorystycznej, — wszystko jedno, czy to w kierunku „zachowawczym“, czy też w kierunku „przewrotowym“, czy to w kierunku wyprawiania obrzydliwych burd w parlamencie, czy też w kierunku wprowadzania do niego policji, — wyrzucajcie z waszych towarzystw gazety, mające zdanie niezależne o bieżących sprawach politycznych, a z pewnością znajdziecie poklask i uznanie.
Niektórzy „przewodnicy młodzieży“, i to z najwybitniejszych, pieją hymny na cześć „odwagi cywilnej“, wyrzekają na jej brak w społeczeństwie polskiem, a jednocześnie są tak konsekwentni i jasno myślący, że wynurzają pobożne życzenie, ażeby jeden z „nietykalnych“, ośmielający się mieć własne, niezależne od „sądów“ tłumowo-ulicznych i zwierzchnościowych, zdanie o polityce „męża opatrznościowego“, został „wyprany po pysku w Tarnowie“. Istotnie oryginalny sposób wyrażania hołdu odwadze cywilnej!
Ale uspokójmy się. Obawy nasze o niejasność myślenia podobnych panów są płonne. O zejście odwagi cywilnej na błonia galicyjskie tylko rzekomo, tylko w duchu fałszywej fasji modlą się ochlokraci i anarchiści, wytwarzający nastrój polityczny za pomocą podjudzanej przez swych kierowników i wypuszczanej na ulicę dziatwy gimnazjalnej. Przytem nie chcą ci panowie pamiętać, że anarchja lat 1861—1864 i idące w ślad za nią zdziczenie „zwyciężonych“ i „zwycięzców“ rozpoczęły się w Warszawie między innemi od utworzenia osobnej „kurji społecznej“ z tak zwanej „młodzieży“ i od oddania „straży bezpieczeństwa publicznego“ w ręce gimnazistów.

∗             ∗

Proszę jednak nie myśleć, że, zacietrzewiwszy się „fałszywą fasją“, przypisuję powyżej wyliczone objawy etyki pośledniejszego gatunku wyłącznie Galicji i Galicjanom. O! wcale nie jestem tak zaślepiony. Wiem, że prawie wszystkie te kwiatki dają się uszczknąć także w innych ogródkach; ale za to tam bywają one zwykle oceniane w sposób mniej więcej właściwy. Tylko dzięki dobroczynnemu wpływowi fałszywej fasji zwyczajowej może uchodzić za czyn nieomal że obywatelski to, co przez normalną etykę uważane bywa za szpetne i plugawe.
Fałszywa fasja jest właśnie ową kropką nad i, jest owym pożądanym momentem decydującym, zamieniającym luźną grupę rozmaitych objawów fałszu i obłudy na całkiem stylowy, estetycznie skończony obraz. Z tej niezaprzeczonej stylowości prawdziwy „patryjota“ galicyjski może być istotnie dumnym. Jest ona bardzo do twarzy rozestetyzowanym królewiętom i hidalgom, gwoli chwale wieków minionych zbierającym składki na rozmaite przedmioty zbytku. Mniej za to jakoś słychać o składkach na podniesienie np. zdrowotności lub moralności społeczeństwa.
Pocieszmy się jednak tem, że autorowie głośnych w ostatnich czasach „sprzeniewierzeń“ należeli także do rzędu estetyków i wielbicieli sztuki.

∗             ∗

Już to w Galicji nie można się uskarżać na to, że się żyje „bez dogmatu“. „Dogmatów“ autonomicznych, na szczęście, nie brak.
Na polu gospodarstwa społecznego cieszy się w pewnych sferach wielkiem uznaniem dogmat propinacji. Obok niego powszechne uznanie ma dogmat fałszywej fasji. Nareszcie gwiazdą przewodnią na polu polityki jest dogmat bezwzględnego oportunizmu, streszczający się w szczytnym aforyzmie: „Die Polen sind für jede Majorität zu haben“ [6]).
Opierając się na takich podwalinach wiary społeczno-państwowej, można śmiało patrzeć w przyszłość i mężnie stawiać czoło wszelkim „przewrotowcom“.
Boć nad wszystkiemi temi dogmatami góruje dogmat „obrony istniejącego porządku“. A więc niech żyją „obrońcy istniejącego porządku“! obrońcy fałszywej fasji podatkowej, obrońcy fałszywej fasji moralnej, obrońcy prostytucji zwykłej, obrońcy prostytucji umysłowej, literackiej i innej. Tak, brońcie tego, panowie, bo to wygodnie dla was samych, bo to wygodnie dla panującej klasy społecznej, dla panującego stanu, dla panującej kurji, dla płci panującej. Tak, to bardzo wygodnie, to bardzo oportunistycznie.
Tak, ale przecież panowie ci, broniąc istniejącego porządku, są także eo ipso obrońcami religji, obrońcami moralności.
Że bronią istniejącego porządku, korzystnego dla ich kieszeni, dla ich podniebienia, dla ich zmysłowości..., na to zgoda bez apelacji. Czy bronią religji, niech rozstrzygają odnośni rzeczoznawcy. Żeby zaś mieli bronić moralności, przeciwko temu protestuję najuroczyściej; a sądzę, że nie tylko ja jeden, ale także wielu innych zuchwalców.
Ale przecież „moralność“ i „moralność“ — to są pojęcia zupełnie różne. Ci panowie bronią rzeczywiście moralności, ale moralności dziwnego autoramentu, moralności konwenansowej , moralności „prawomyślnej“, moralności, sugiestjonowanej przez jegomościów, urządzających systematyczne szczucia na całe grupy ludzi, jedynie tylko za to, że są innego niż my pochodzenia. Z pojęciem zaś takiej moralności doskonale się godzi i nawet mieści się w niem wykonywanie fałszywej fasji.
A, tak? to co innego; teraz już się rozumiemy.
Pomówmy więc bez obsłonek, szanowni panowie.
Wszakże oburzacie się na „złodziei“, na „oszustów“, na „krzywoprzysięzców“; wszakże karzecie ich dłuższem lub krótszem więzieniem i hańbą całego życia.
Jeżeli nędzarz ukradnie z głodu kawałek chleba — do więzienia z nim!
Baba wiejska, przekonana o to, że przyniosła na targ fałszowane masło, zostaje skazywaną w drodze administracyjnej na 14 dni aresztu i 100 złr. grzywny; a przecież popełniła tylko „fałszywą fasję“, wprawdzie „maślną“, nie podatkową, ale zawsze tylko „fałszywą fasję“.
Kucharka liczy sobie „koszykowe“ — złodziejka! Chłop wypasa cudze pastwisko — złodziej! Chłopka zbiera grzyby i jagody w lasach „obszarnika“ — złodziejka! A co takiego „fałszywa fasja“, panowie kucharek i panowie obszarnicy?
Wobec takiego chronicznego złodziejstwa bledną i maleją wszelkie „sprzeniewierzenia“ w magistratach, towarzystwach ubezpieczeń i innych t. p. instytucjach. Są to tylko paroksyzmy ostre, oczyszczające cokolwiek powietrze; a, jak wiadomo, choroba ostra daje się uleczyć nierównie łatwiej, aniżeli chroniczna.
Sędziowie przysięgli, podpisujący stale fałszywą fasję, nie mają prawa do wydawania wyroku potępiającego na żadnego złodzieja, na żadnego oszusta, na żadnego krzywoprzysięzcę. Powiedziano jest: „kto z was bez grzechu, niech na nią kamieniem rzuci“. A fałszywa fasja to grzech chroniczny, to już nie grzech, ale zatwardziałość w grzechu, w grzechu złodziejstwa, oszustwa i krzywoprzysięstwa.
Ale wróćmy do głównego przedmiotu, t. j. do „obrony istniejącego porządku“.
Powiadacie panowie, że bronicie „istniejącego porządku“, a zgodzicie się zapewne ze mną, że do składu pojęcia „istniejącego porządku“ wchodzi przedewszystkiem pojęcie rządu. A czy rząd ma prawo do pobierania podatku, uchwalonego, jeżeli nie przez was samych, to przynajmniej przez waszych przedstawicieli? Czy podatek ten jest własnością rządu? Cóż więc robią wszyscy owi „zacni“ i „uczciwi“ ludzie, podpisujący fałszywą fasję? Przecież chyba okradają skarb i rząd, i to okradają z przymieszką oszustwa i krzywoprzysięstwa.
Zestawmy więc jeszcze raz owo indywidualne, sporadyczne złodziejstwo, karane sądownie i piętnowane moralnie, z fałszywą fasją, jako powszechną, endemiczną kradzieżą, jako powszechnem, endemicznem oszustwem i krzywoprzysięstwem, i pomyślmy sobie:
Albo podstawy prawa własności nie istnieją, a w takim razie ani ten, co kradnie wprost, ani też ten, co kradnie w sposób wyrafinowany, nie są złodziejami; albo też prawa własności istnieją, a w takim razie tak jedni, jak drudzy są złodziejami. Aut... aut, tertium non datur [7], łaskawi panowie! Ale idźmy dalej.
Jeżeli dzisiejsze prawa własności nie mają racji bytu, a rząd niesprawiedliwie rości sobie pretensje do podatku, to uroszczenia te, wraz z całym istniejącym porządkiem, pozbawione są podstawy moralnej, a wy, szanowni panowie, uprawiając fałszywą fasję, postępujecie, jeżeli nie prawnie, to przynajmniej sprawiedliwie, bo sprawiedliwie „zwalczanie istniejący porządek“.
Jeżeli zaś uznajecie istniejący porządek, łącznie z wymaganiami podatkowemi, za sprawiedliwy, w takim razie musicie się ze mną zgodzić, że jesteście albo najzwyklejszymi, mizernymi oszustami, albo też ukrytymi „przewrotowcami“, protestującymi w ten sam zupełnie sposób przeciwko „obecnemu ustrojowi społecznemu“, co „ideowi“ fałszerze monet i papierów wartościowych, co „ideowi“ włamywacze kas, rozbijacze banków i t. p.
Ale w takim razie pytam: Co lepiej, co uczciwiej, czy otwarcie występować do walki z istniejącym porządkiem i dążyć do jego przetworzenia w sposób legalny, konstytucyjnie dozwolony, czy też podkopywać go w sposób kreci, graniczący z anarchją?
Tak, moi panowie, jesteście anarchistami, i to anarchistami najgorszego gatunku, bo toczącymi wyobrażenia moralne, do których wprowadzacie nierząd, nieład i chaos. Jesteście szkodliwsi dla popieranego przez was samych „istniejącego porządku“ od potępionych przez was „przewrotowców“, bo utożsamiacie ten „istniejący porządek“ z zanieczyszczaniem sumień, z kłamstwem i obłudą.

∗             ∗

Dotychczas występowałem w roli prokuratora. Nie domagałem się wprawdzie „ukarania przestępców“, choćby dla tego, że w całej Galicji nie znalazłbym sędziów, uprawnionych moralnie do wydawania podobnych wyroków; ale wywody moje były tego rodzaju, że, jeżeli obywatel galicyjski zgodzi się z niemi i przyzna mi choć częściową słuszność, nie może powziąć zbyt wielkiego szacunku dla samego siebie. Spróbujmy teraz stanąć na stanowisku obrońcy.
Tout comprendre c’est tout pardonner [8], a więc i my postarajmy się zrozumieć przyczynę powstania zwyczaju fałszywej fasji.
Na fałszywą fasję można napadać tylko ze stanowiska moralnego. Wiadomo zaś powszechnie, że „politycy“ i dyplomaci nie potrzebują się wcale oglądać na jakiś tam dekalog i na jakieś tam przepisy moralności; a przecież Galicja słusznie się chlubi, że jest klasyczną krainą polityków i „mężów stanu“.
„Nadludziom“ wolno zabijać, kraść, oszukiwać i t. p. Do kategorji zaś „nadludzi“, którzy pod względem moralności stoją na stanowisku „przedludzi“, na stanowisku „antropoidów“, należą także rozpolitykowani wyznawcy fałszywej fasji, którzy, zapatrując się na „wielkich“ świata tego, czują się w duszy zupełnie usprawiedliwionymi.
Stądto nawet „honorowi“ pojedynkowicze podpisują pod słowem „honoru“ fałszywą fasję i mogą nie widzieć w tem najmniejszej sprzeczności. Oczywiście rząd jest dla nich „satisfactionsunfähig“, podobnie jak goj dla żyda-chassyda, a żyd dla antysemity.
Tak więc zwykła „filisterska“ moralność nie obowiązuje panów polityków, dyplomatów, wojowników, ludzi „honoru“, pojedynkowiczów, gazeciarzy; nie obowiązuje też ani właścicieli domów, ani lokatorów. Kogóż więc u licha obowiązuje? Czyżby tylko bezdomnych „proletarjuszów“ i niewolników obecnego ustroju ekonomicznego?
A teraz spojrzmy na tę sprawę jeszcze z innej strony.
Czy w czasie wojny obywatel, na którego najezdca nakłada kontrybucję wojenną, nie ma prawa ukrywać przed wrogiem swojego majątku? Czy w razie napadu złodziei i rabusiów jesteśmy moralnie obowiązani do rozkładania przed nimi wszystkich naszych bogactw i zasobów? Czy między obdzieranym a obdzierającym, czy między świadomie wyzyskiwanym a świadomie wyzyskującym może być mowa o stosunkach „lojalnych“? Tu chyba hört die Gemütlichkeit auf[9]. Można się wprawdzie przyzwyczaić do obdzierania i wyzyskiwania, podobnie jak węgorze przyzwyczajają się do odarcia, a raki do gotowania ich żywcem, ale do tego dochodzi się stopniowo, powoli. Zbyt szybko zarządzony rabunek nawet w najdobroduszniejszym człowieku wywołuje chęć odwetu.
A czy pewne systemy podatkowe nie sprawiają wrażenia systemów rabunkowych i drapieżnych? Czy fiskus nie musi robić wrażenia natrętnego wroga, ciągle zaglądającego człowiekowi do gardła, jeżeli każdy kąsek, co się do ust kładzie, obłożony jest podatkiem, jeżeli podatki opłaca się nie od dochodów, ale od wydatków i od najpierwszych potrzeb życia? Brakuje tylko tego, ażeby kazano płacić podatek od powietrza, którem oddycha „wolny obywatel“, ażeby temu obywatelowi zawiązano na szyi krawat, ściągany i zamykany na klucz przez urzędników skarbowych, krawat, tamujący oddychanie obywateli, zalegających z podatkiem, a rozluźniany dopiero po opłaceniu podatku.
Takie urządzenia podatkowe muszą rozwijać w duszach obywateli uczucia wrogie dla fiskusu. Przytem „wolny obywatel“ nie zdaje sobie sprawy ze źródła podobnych podatków; zapomina, że przecież podatki owe nakładają i uchwalają jego właśni przedstawiciele, jego posłowie, jego radni magistraccy; on widzi tylko wykonawców, widzi urzędników, widzi egzekucję. Na nich też przenosi swoją nienawiść i ich stara się oszukiwać wszelkiemi sposobami. Mało go zaś to obchodzi, że za fiskusem stoi rząd uwielbiany oraz broniony „istniejący porządek społeczny“.
Taką jest psychologja oszustw podatkowych, taką jest psychologja fałszywej fasji.
Dla czego jednak takie same warunki psychiczne stworzyły prawo zwyczajowe fałszywej fasji w samej tylko Galicji, gdy tymczasem innym krajom austryjackim to prawo zwyczajowe jest, jak twierdzą, całkiem obce?
Pytanie to pozostawmy bez odpowiedzi.

∗             ∗

Oczywiście „wolny obywatel galicyjski“ zrósł się z tem prawem zwyczajowem, czuje się w niem jak w swoim żywiole i pragnie je zachować jak najdłużej. Gdyby było inaczej, to przecież słyszelibyśmy o głośnych protestach i o usiłowaniach, dążących do usunięcia fałszywej fasji.
Nie mając tedy nadziei, żeby ktokolwiek inny zwrócił uwagę na ten chwalebny zwyczaj galicyjski, zdecydowałem się sam wystąpić; zdecydowałem się zaś głównie dla tego..., że mi żal.
Żal mi wszelkiego rodzaju niewolników i nieszczęsnych ofiar „vis majoris“ [10].
Żal mi osób, stojących na czele większych grup społecznych, które to osoby, pragnąc zachowywać dziesięcioro przykazań, muszą jednak pędzić całe stada ludzi na rzeź, muszą kazać zabijać i w obłudny sposób usprawiedliwiać to swoje niemoralne postępowanie jakiemiś wyższemi względami.
Żal mi nauczycieli, którzy, będąc przekonani o całej bezcelowości i jałowości przyjętego systemu wychowania, muszą jednak naginać karku i chodzić bez szemrania w tem jarzmie.
Żal mi sędziów, działaczy politycznych i żołnierzy, którzy muszą być zabójcami wbrew sumieniu, wbrew instynktom, wbrew uczuciu.
Żal mi pojedynkowiczów, którzy, uznając w głębi duszy całą ohydę, bezeceństwo i idjotyzm tej instytucji „honorowej“ (sit venia verbo [11]), pod naciskiem jednak głupich przesądów i tak zwanej „opinji publicznej“ (t. j. wrzasków hałastry, żądnej skandalu), wyzywają na pojedynek lub też, wyzwani, stają do niego.
Żal mi prostytutek, które, mając instynkta co najwyżej monogamiczne, zmuszone są jednak, pod naciskiem warunków ekonomicznych, uprawiać ze wstrętem zawodową polyandrję.
Żal mi indywiduów, zmieniających wyznanie za pieniądze lub dla stanowiska, a czujących w głębi duszy, że dopuszczają się podłości.
Żal mi publicystów i „uczonych“, handlujących swojemi „przekonaniami“, ale jeszcze nie zupełnie pozbawionych sumienia.
Żal mi nareszcie niedostatecznie zasymilowanego obywatela galicyjskiego, który się kurczy i wije w szponach etyki autonomicznej i pragnąłby się z nich wyrwać.
Co innego, jeżeli kto wszystkie te kunszta i procedery uprawia con amore [12]. Tyran i okrutnik z urodzenia, stawiający otwarcie, z całym cynizmem skończonego bandyty „siłę przed prawem“, złodziej i rozbójnik zawodowy Messalina z instynktów i popędów, pojedynkowicz, oddany temu sportowi z zamiłowania, jegomość, uważający handel sumieniem i rzekomą zmianę religji za takie samo źródło dochodu, jak wszelkie inne przedsiębiorstwo, figura porca [13], wynajmującą się z lekkiem sercem redaktorom najsprzeczniejszych kierunków, obywatel galicyjski, uważający fałszywą fasję za dogmat święty i nietykalny — wszystkie takie indywidua ani współczucia naszego, ani żalu wcale nie potrzebują.
O takich też i mnie wcale nie chodzi. Chodzi mi tylko o takich, co, czując całą ohydę pewnego czynu, popełniają go jednak z musu; a mniemam, że takich jest nierównie więcej, aniżelibyśmy przypuszczali, sądząc jedynie z pozorów. Przykro mi też jest myśleć, że tym ludziom, z natury dobrym i szlachetnym, mogę sprawić ból swojem wystąpieniem. Ale co robić, jeżeli bolesna operacja niezbędną jest do wyleczenia chorego? A choroba w danym razie jest bardzo poważna.
Proszę też nie sądzić, jakoby mi przytem chodziło głównie o szkodę, jaką skutkiem fałszywej fasji ponosi państwo; nierównie bowiem większą szkodę ponosi dane społeczeństwo. Tak zwane „państwo“ ma samo dosyć środków do bronienia swoich interesów; ma na swoje rozkazy setki tysięcy bagnetów, ma przymus w formach najrozmaitszych.
Jestem więc przeciwnikiem fałszywej fasji nie ze względów abstrakcyjnych, nie dla tego, że jest ona wysoce niesprawiedliwą wobec opiekuńczego rządu, ale muszę ją potępić dlatego, że demoralizuje społeczeństwo do szpiku kości, że jest nigdy nie wysychającem źródłem gangreny moralnej, źródłem zgnilizny i korupcji powszechnej. Przyjąwszy fałszywą fasję za jedną z podstaw działania, mamy prawo, za przykładem jednego z „bohaterów“ komedji Dobrzańskiego „Złoty cielec“, powtarzać sobie bez ogródki: „Pan jesteś złodziej, ja jestem złodziej, wszyscy jesteśmy złodzieje“ i możemy sobie tego nawzajem powinszować.
Jestto największa „nędza galicyjska“, bo nędza moralna, nędza, wytwarzająca nie nędzarzy, ale nędzników. Co są wobec niej owe marne i wstrętne walki tak zwanych „stronnictw“, owe wymyślania sobie, owe zohydzania się wzajemne!?
W kraju trędowatych trąd jest normalnym stanem wszystkich mieszkańców; nietrędowaty musi być uważany za fizycznie upośledzonego. Gdzie wszyscy ulegają trądowi moralnemu, wytwarza się atmosfera moralna, w której nie wolno być uczciwym pod groźbą proskrypcji. Gdzie wszyscy muszą być złodziejami i oszustami, tam złodziejstwo i oszustwo przestają być zboczeniem moralnem, przestają być grzechem, a stają się normą postępowania.
Jakiby to był gwałt, gdyby pojawiła się jakaś choroba epidemiczna, np. cholera, tyfus, dżuma! Tu zaś mamy do czynienia z tak straszną zarazą, jak korupcja ogólna, z zarazą, nie pozwalającą być zdrowem moralnie żadnemu indywiduum, mieszkającemu w danych granicach politycznych, — a jednak zamiast krzyczeć wniebogłosy ratunku! ratunku! przechodzimy sobie nad całą tą sprawą do porządku dziennego. A dla czego? dla tego, że gnijemy i zżyliśmy się ze zgnilizną; dla tego że żyjemy w błocie, dla tego, że oddychamy zatrutem powietrzem i straciliśmy zdolność odczuwania niebezpieczeństwa.

∗             ∗
Panowie od wielkiej polityki, matadory „stronnictw poważnych“, z uporem sroki lub papugi powtarzający wiecznie tę samą piosnkę o „niezdrowych prądach“, o „przewrotowcach“, o „bluźnierczych książkach i czasopismach“, panowie, pragnący klin klinem wybijać, a na „bakcylusa socjalizmu“ doradzający „antydot antysemityzmu“ [14], godzą się najzupełniej z tym stanem rzeczy i nie zwracają uwagi na takie drobnostki. Oczywiście oszustwo endemiczne, przybierające formę fałszywej fasji, nie narusza równowagi społecznej, nie jest „objawem zgnilizny moralnej“, nie grozi „istniejącemu porządkowi“, bo jest przecież jego naturalnym wypływem, jego prawowitem dzieckiem.

Z tej więc strony nie ma co oczekiwać protestu przeciw fałszywej fasji. A nawet słyszę już głosy oburzenia:
„My stoim na straży „pamiątek narodowego kościoła“, a tu oto jakiś „obcopaństwowiec“, „przez nikogo do tego nie upoważniony“, ośmiela się bluźnić przeciwko zwyczajom, uświęconym wieloletnią tradycją“.
Pojmuję najzupełniej wasze głębokie oburzenie, łaskawi panowie, i mocno się wstydzę, żem je wywołał swoją gadaniną; raczcie jednak uwzględnić pewne okoliczności łagodzące i pozwólcie mi się usprawiedliwić.
Jeden z profesorów uniwersytetu Warszawskiego, dziś już nieżyjący M. A. K., chlubił się absolutnym brakiem powonienia i zapewniał swoich znajomych: „Знаете, для меня совершенно все равно, сидѣть ли въ нужникѣ, или въ цвѣтникѣ“[15]. Szczęśliwy! Nie mniej szczęśliwi są ludzie, którym albo od urodzenia brak powonienia moralnego, albo u których powonienie to uległo stępieniu i zanikowi, albo też — i to już najwyższy błogostan tej kategorji — którzy, będąc obdarzeni instynktami przewrotnemi, na wzór niektórych dekadentów dzisiejszych, lubują się w smrodzie. Ja, niestety, nie mam szczęścia należeć do rzędu tych wybrańców, a, mieszkając w okolicy zarażonej i zanieczyszczonej, pragnę przedewszystkiem usunąć źródło zarazy.
Nie jestem też, na swoje nieszczęście, pozbawiony pewnej wrażliwości społecznej, która nie pozwala mi zachowywać się obojętnie wobec krzyczących niesprawiedliwości i pcha mię do walki, choć zwykle bezskutecznej.
Tutaj może mię spotkać słuszny poniekąd zarzut, że, będąc „uczonym“, obowiązanym przedewszystkiem pracować naukowo, wdaję się pomimo to w takie rzeczy i tracę czas napróżno. Sam się z tem najchętniej zgadzam. Ale jeżeli tak, to, myśląc konsekwentnie, powinniśmy wymagać, ażeby uczony znosił obojętnie fałszowane jedzenie, złe powietrze i t. d. Traci on czas na otwieranie okien w mieszkaniu, na dezynfekcję, na stosowanie przepisów hygjeny. Jeżeli zaś taka strata czasu jest dozwoloną, to nie powinniśmy też mieć za złe dążenia do usunięcia cuchnącej atmosfery moralnej. A choćby nawet nie było widoków na skuteczne jej usunięcie, to wolno przynajmniej zwrócić na nią uwagę.
Nie proponuję też żadnych lekarstw na opisaną przezemnie chorobę. Ja stawiam tylko dyjagnozę; terapja należy do kogo innego [16].

∗             ∗

Wiem, że tylko niewielu przyzna mi słuszność. Wywołam z pewnością „ogólne oburzenie“ i „grozę świętą“. Oczekuję całego kubła pomyj od pewnych „organów opinji publicznej“, ale oczekiwanie to nie napełnia mię trwogą, a nawet wcale mnie nie wzrusza. Gromy, ciskane przez tego rodzaju „publicystów“, uważam za prawdziwy dla siebie zaszczyt. Co więcej, gdyby mię te „organa opinji publicznej“ pochwaliły, przypuszczałbym, że popełniłem jakąś nikczemność.
Kończę oświadczeniem, że wystąpiłem z tą broszurą po prostu dla tego, że nie mogłem nie wystąpić, dla tego, że nakazywało mi to moje sumienie. Nie łudzę się jednak nadzieją, ażeby wystąpienie moje osiągło jaki skutek praktyczny.
Przyznaję, że wystąpienie to jest w wysokim stopniu nieoportunistyczne; ale, gardząc z głębi duszy wszelkim oportunizmem, uważam się we własnych oczach za zupełnie usprawiedliwionego.
Kraków, w grudniu 1897 r.

Przypisy

  1. Skarb (fiskus) — to nasz wspólny wróg.
  2. »Торжествүющая свинья« — wyrażenie M. E. Sołtykowa (N. Szczedrina)
  3. Odezwę, zapraszającą do przystąpienia do tego towarzystwa. a rozsyłaną zresztą nie do samych tylko „katolików“, podpisało 25 przedstawicieli duchowieństwa, arystokracji, „inteligiencji“, świata kupieckiego i finansowego (haute finance), w tej liczbie Czesław Kieszkowski. Nie ulega wątpliwości, że znaczna większość podpisała odezwę w najlepszej wierze, kierując się szlachetnemi pobudkami, a zrobiła tylko ustępstwo co do „fałszywej fasji moralnej“, co do nazywania rzeczy niewłaściwem imieniem. A jeżeli tak, to każdy może się mnie słusznie zapytać: „Czegóż się więc nas czepiasz, jeżeli to samo dzieje się w całym świecie „cywilizowanym“?“ Na to pytanie odpowiem również pytaniem: Czy przez to, że pewna zaraza grasuje także w innych krajach, jesteśmy już zwolnieni od zwracania na nią uwagi we własnym kraju?
  4. Blaga uliczna
  5. Inne czasy — inne ptaki, inne ptaki — inne pieśni.
  6. Polaków można zyskać dla wszelkiej większości.
  7. Albo... albo, trzeciego wyjścia nie ma.
  8. Wszystko zrozumieć — to wszystko przebaczyć.
  9. Kończy się dobroduszność.
  10. Siły wyższej, siły żywiołowej.
  11. Z przeproszeniem.
  12. Z zamiłowaniem.
  13. Wyrażenie włoskie, dosłownie „figura świńska“, t. j. szuja, szubrawiec.
  14. Nie mogę się powstrzymać, ażeby dla tych panów „zachowawców“, walczących pod sztandarem „prawdziwego katolicyzmu“ i nawet „prawdziwego chrześcijaństwa“ w towarzystwie „miłości bliźniego“, nie dać próbki zalecanego przez nich lekarstwa. Oto co między innemi pisze jeden z fabrykantów owego upragnionego przez „zachowawców“ „antydotu“, owego „antysemityzmu“, będącego codzienną strawą umysłową znacznego zastępu „inteligiencji“ galicyjskiej: „Gdyby Dreyfusa jako szpiega powieszono, nie byłoby dziś tyle kłopotu, sprawa byłaby załatwiona merytorycznie, Europa nie byłaby dręczona wątpliwościami, a co najważniejsza i co wcale nie jest bagatelą, jednego żyda byłoby mniej na świecie“.
  15. Wiesz pan, dla mnie zupełnie wszystko jedno — siedzieć w wychodku, czy też w ogródku.
  16. Podobno nowa ustawa podatkowa ma między innemi dobroczynnemi skutkami położyć także koniec prawu zwyczajowemu fałszywej fasji, a przez to wywrzeć w tej dziedzinie wpływ umoralniający. Jeżeli tak, to serdecznie się z tego cieszę i życzę powodzenia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Niecisław Baudouin de Courtenay.