Józwa Szymczak

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Józwa Szymczak
Data wydania 1882
Druk Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


JÓZWA SZYMCZAK
NOWELLA
PRZEZ
Waleryę Marrené.

WARSZAWA.
DRUKIEM WŁADYSŁAWA SZULCA I S-ki.
ulica Niecała dom hr. Krasińskiego Nr. 1.

1882.




Дозволено Цензурою.
Варшава дня 11 Декабря 1881 г.



Jóźwa Szymczak siedział podparty w karczmie na ławie, przy nim stał półkwaterek blaszany wysączony do dna, i leżała czapka barania, spłowiała już i wytarta od długiego noszenia. Bo też był to koniec zimy, na dworze szalał wicher marcowy i siekł w oczy krupami śniegu, które padając na ziemię, rozpływały się w czarne błoto, a tylko na dachach bielały chwilę, zanim kroplami staczały się i kapały ze strzech słomianych.
Toć nie dziw, że chociaż to był dzień powszedni, ludzie gromadzili się w karczmie. Jaki taki zaglądał tutaj, żeby się rozgrzać, a że wstępowali i przejeżdżający gościńcem, więc w karczmie gwarno było i ludno. Izba to była duża, zadeptana, z wysokim pułapem z oknami wychodzącemi na gościniec. Przez nie widać było błotnistą drogę pełną wielkich kałuży i kamieni gdzie niegdzie sterczących, ciągnącą się pomiędzy bielejącemi jeszcze śniegiem polami, i gęsi wałęsające się koło karczmy, i kwiczący dobytek, i obłamane wierzby przy drodze z obdartemi pniami i młodemi gałązkami rozwianemi wichrem.
Wszystko to było brzydkie, smutne, opuszczone i powleczone czarnym kolorytem, jak niebo ołowiane, ciemniejące nad lasem, które sypało nieustannie mokrym śniegiem.
Nie było tu jednak żadnej poetycznej duszy, któraby odczuwała smutek natury. Kumoszki i gospodarze wstępujący do karczmy, częstowali się wzajem kieliszkiem wódki, przepijali do siebie, zamieniali po parę słów ze szpakowatym Moszkiem, który za szynkwasem palił krótką fajeczkę i nalewał półkwaterki, w czem pomagała mu gorliwie kilkunastoletnia Fejga, piegowata żydóweczka o wielkich czarnych oczach i włosach rudych jak miedź roztopiona.
Tym sposobem w karczmie przewinęła się niemal wieś cała, każdy zakręcił się, pogadał, roześmiał, lub zaklął i wyszedł, tylko Jóźwa Szymczak nie ruszał się z miejsca. Niby patrzał a nie patrzał na przechodzących koło niego ludzi i nie zdawał się zważać na ich spojrzenia ani gadania.
Był to człowiek młody jeszcze, muskularny, barczysty, ciemne włosy gęste i kręcone spadały mu na czoło pokryte bruzdami frasunku czy troski, bo wiek jeszcze nie miał czasu wyżłobić się na niem. W twarzy jego przyciemnionej od promieni słonecznych, od wichrów i dżdżów zimowych, widną była jakaś energia i determinacya, która w innych warunkach mogła była nadać jej sympatyczny charakter i uczynić z tego silnego wieśniaka typową postać niezmordowanego pracownika. Wpatrzywszy się w nią głębiej dostrzegało się słodycz wielką w zarysie ust i ślady na nich dawnych uśmiechów, ale teraz determinacya i energia w połączeniu z ponurym wyrazem czyniła ją przykrą.
Nie wiadomo, czy myślał on o czem, a przynajmniej jeśli myślał, czy umiał sobie z tych myśli zdać sprawę. Najprędzej myśli jego jak myśli dziecinne błąkały się bez kontroli i ładu. Zapewne snuły się one około wichru, który wyrywał mech ze szpar w jego chałupie i obdzierał poszewkę ze strzechy, około wody, co zalewała puste doły po wygniłych kartoflach, a może około przednówkowego głodu, który w podobne lata zaglądał gęsto do chat kilkomorgowych osadników, zwłaszcza gdy gąb do jadła było wiele a mało rąk do pracy, a może około postaci schorowanej kobiety jego Jagny, i dzieciaków, których było troje.
Ale nie, nie musiał myśleć on o nich, bo wówczas zamiast siedzieć w karczmie, poszedłby za jakim zarobkiem, którego przecież zdrowym rękom u nas nie brakuje. Jóźwa był chłop dobry i pracowity, a choć teraz popadł w biedę, nie była to jego wina. Od jakiegoś czasu wszystko mu szło oporem, jak gdyby kto zamówił. Krowa mu się zmarnowała, woły podupadły tak, że je dorznąć musiał. Dziecko dał Bóg czwarte, ale wykosztował się tylko na chrzciny i musiał zaraz sprawić pochowek, a kobieta jak zaniemogła, tak przez całą zimę nie przyszła do siebie, kaszlała i kaszlała, a wymizerniała, a schudła, i zczerniała, że nikt nie mógł w niej poznać tej Jagny, którą niegdyś nazywali białą Jagną dla jej urody.
Jaki taki przechodząc koło Jóźwy spoglądał na niego i miał ochotę zagadać, aż wreszcie jedna z kobiet, — w takich razach kobiety bywają śmielszej natury, podeszła ku niemu i rzekła.
— Jak się macie kumie?
Miała prawo w ten sposób odzywać się do niego, bo trzymała mu do chrztu jedno z dzieci.
Jóźwa podniósł głowę, jak człowiek ze snu zbudzony, ale nachmurzył się jeszcze bardziej i mruknął przez zęby tak, że trudno go było zrozumieć.
— Jak się mam, to mam.
I podparł się znowu nie rad widocznie wdawać się w gawędkę.
Jednak kuma jego Michałowa, pospolicie Michałką zwana, nie zraziła się tym opryskliwym tonem. Podeszła bliżej jeszcze.
— Cóż to u was święto dzisiaj czy co, że tak siedzicie za stołem?
Jóźwa spojrzał na nią a oczy mu zabłysły gniewem.
— A wam co do tego? — zawołał.
Michałka nie dała się zbić z tropu tym wybuchem, podparła się pod boki, jak zwykła była robić kiedy czuła że ma słuszność po sobie i zawołała.
— Chyba Boga w sercu nie macie, żeby tu przepijać pieniądze, kiedy tam wasza mrze głód w chałupie.
Jóźwa zerwał się, i można było myśleć, że rzuci się na Michałkę za jej śmiałość. Ale to tak się tylko zdawało. Przez chwilę patrzał na nią i mruczał coś niezrozumiałego, postąpił do szynkwasu, i na złość chciał zawołać.
— Hej jeszcze półkwaterek.
Przecież nie powiedział nic, tylko w milczeniu sięgnął po czapkę leżącą na stole, wcisnął ją na uszy, i wyszedł z karczmy nie powiedziawszy nikomu słowa, nie kiwnąwszy głową, drzwi zatrzasnął, że o mało z zawias nie wypadły, i można było widzieć przez okno, jak kroczył powoli błotnistą drogą ku chacie, znajdującej się po drugiej jej stronie, na samym końcu wsi, a wiatr rozwiewał mu ciemne kędziory włosów i poły kożucha.
Po wyjściu Jóźwy przez chwilę była cisza w karczmie, aż wreszcie kobiety otoczyły Michałkę.
— Dobrzeście mu powiedziała kumo — odezwały się chórem.
Zwycięztwo to jednak i uznanie powszechne nie robiły na niej wielkiego wrażenia, przyszła tutaj za interesem, chciała kupić funt soli, którą zawsze szynkarz miał na sprzedaż, a chociaż wiedziała z doświadczenia, że funty u niego były mniejsze i droższe niż w mieście, to przecież za takim małym sprawunkiem nie chciała chodzić milę drogi. Zbliżyła się do szynkwasu i zaczęła wydobywać parę groszy schowanych w węzełku.
— A na co wy mnie Michałowa ludzi z karczmy wyganiacie — zaczął Mosiek, odważając starannie funt soli, którego ona z oka nie spuszczała.
Kobieta rozśmiała się pokazując, jak często u wieśniaczek bywa, dwa rzędy ślicznych białych zębów wśród ust szerokich, otwartych od ucha do ucha.
— Ot dużo też wam przyjdzie z takiego Jóźwy, dużoby wam zapłacił.
— No co zapłacił, to zapłacił! to swoja rzecz! już my się tam pogodzimy!
Zgoda ta jednak nie trafiała do przekonania Michałki.
— Ot! namazaliście pewno już na niego pogański rachunek.
Żyd niewzruszony odrzekł z uśmiechem.
— Na co on ma być pogański, potrzeba mu soli, przyjdzie do mnie, potrzeba mu garstki mąki, ba! i mleka dla dzieci, przyjdzie do mnie.
— A po wódkę do was nie przyjdzie?
— Coby to była za karczma, żeby w niej wódki nie było. Dla czego ja jemu nie mam dać, dopóki wiem, że Jóźwę stać na zapłatę. No ale jak wy Michałowa powiadacie że nie trzeba...
— E! kto tam z wami końca dojdzie — oburknęła się kobieta. — Juści jak bieda, to do żyda! gdzież on pójdzie, we wsi takich bogaczów nie ma, a kto ma więcej, to chowa dla siebie, bo taki rok nastał, że kartofle ludziom pogniły i dobytek się pomarnował i kto tam wie, jak nowego chleba doczekać.
Na ten temat zaczęły się narzekania, bo i było czego narzekać. Wieś nosiła nazwę Niziniec i cała rozłożoną była w dolinie nad rzeczką, a że deszcze padały przez cały rok przeszły, zboże wymokło, łąki woda zamuliła, i bieda z nędzą zapanowały, w Nizińcach. A ot i teraz ozimina stała pod wodą tak, że tylko czubki zagonów było widać i nie zapowiadało się nic lepszego.
Było więc nad czem naradzać się w karczmie, bo chociaż z tej narady nie mogło być pomocy żadnej, przecież jak mówiła Michałka: Błogo było chociaż użalić się razem. Użalali się też wszyscy, a przytem wódka krążyła gęsto, bo jak mówi przysłowie: dobry trunek na frasunek.
Tymczasem Jóźwa powoli ze spuszczoną głową szedł do swojej chałupy, a im był bliżej, tem szedł wolniej, aż wreszcie gdy już stanął na podwórku, zatrzymał się chwilę i czekał, jakby nasłuchiwał. Koło chałupy było cicho, pies Burek leżał na zwykłem legowisku, biedak miał boki zapadłe, widać i jemu nędza domowa dawała się we znaki. Na widok swego pana powstał wyciągnął się, kiwnął parę razy ogonem i zaczął się łasić, ale Jóźwa odepchnął go ręką i pies powrócił na swoje legowisko. Przez okienko widać było migający ogień na kominie, a po dachu tłukły się kłęby dymu, którym ciężar wilgotnego powietrza i wicher gwałtowny nie pozwalały wzbić się w górę.
W chałupie także było cicho, Jóźwa przekonawszy się o tem wszedł do sieni. Chlewek odgrodzony na boku dla cielęcia był próżny, gęsi nie chowali, tylko parę kur grzebało się po niej szukając ziarnka lub robaka. Więc było tu już nie tylko cicho, ale pusto. Gospodarz obejrzał się chmurno po pustej sieni, zatrzymał się i myślał, aż wreszcie zdecydował się wejść do izby.
Była to izba podobna do wszystkich innych, typowa izba chat naszych. Przy drzwiach stały police drewniane, a na nich miski, łyżki i skromne statki kuchenne, pod oknem ława i stół. Na środku kolebka, w której bujało się dwóch młodszych chłopaków, w rogu łóżko, nad nim parę świętych obrazów, niedaleko od łóżka drzwi od komory, a kolo komina wielki piec czworograniasty z szerokim zapieckiem. Na łóżku pościel rozrzucona zachowała jeszcze ślad kształtów ciała kobiety, która widać spoczywała tu przed chwilą, teraz zaś blada i chuda jak widmo snuła się niepewnym krokiem po izbie.
Choroba podkrążyła ciemną obwódką jej oczy, wyżłobiła policzki, napiętnowała cierpieniem rysy, ale nie zdołała zatrzeć śladów piękności, przeciwnie nadała im delikatność, której zapewne dawniej nie miały. Oczy jej wydawały się większe, niż były w istocie, a w ich łagodnych głębiach, płonął ogień gorączki, podnosząc jasno-siwą barwę źrenic.
Stała przy ogniu i można było sądzić, że z tego powodu na twarz jej wybiegły czerwone rumieńce, a usta płonęły jak żywe korale. Tylko postać przygarbiona, tylko smutny wyraz oczów błyszczących, świadczące o nurtującej ją chorobie. Jedną ręką bladą przywiędłą i drzącą, wyciągała ku żelaźniakowi, w którym coś gotowało się gwałtownie, ale tutaj zawiodły ją siły, a pot wystąpił drobnemi perełkami na czoło, kiedy zmęczona próżnem usiłowaniem podniesienia ciężkiego garnka, opadła na ławę chwytając się za piersi, które widać ból gwałtowny przeszywał, szepcząc zduszonym głosem.
— Nie mogę.
Przy niej stała dziewczynka może sześcioletnia, jasnooka, jasnowłosa jak matka. Ona to rozpaliła ogień, postawiła przy nim żelaźniak i nalała go wodą, którą chodziła czerpać małym garnuszkiem do wiaderka stojącego pod policami, potem wsypała doń kaszy i mięszała całą siłą drobnych rączek, dopiero gdy kasza kipieć poczęła zawołała na ratunek matki. Ale ratunek okazał się bezskutecznym, i kto wie coby się było stało z obiadem całej rodziny, gdyby Jóźwa nie zjawił się w samą porę na progu, i widząc co się dzieje nie odstawił kipiącego naczynia.
— Cóż to Jagna nie widzisz, że kasza wykipi — wyrzekł gniewnie.
Być może, iż go złudziły żywe barwy jej twarzy, być może zapomniał, że była chora, a najprędzej przychodził zły, i jak to w razach bywa, wszystko mu służyło za powód obrazy.
Kobieta nie odrzekła nic, spuściła głowę na piersi, tylko mała dziewczynka czepiająca się matczynej spódnicy, spojrzała z za jej fałdów na ojca bojaźliwie i smutno, zwyczajnie jak dziecko, które czuje, że ten ojciec wyrządza krzywdę jakąś i lęka się go instynktownie.
Jóźwa usiadł chmurny na ławie z drugiej strony komina. Niby nie patrzał na żonę, i niewiadomo, czy w jego oczach był gniew, czy żal, czy może jedno i drugie. W prostych naturach żal naraz objawia się z gniewem.
Nie mówili nic do siebie, bo i cóż mówić mieli. Pomiędzy niemi stała choroba długa, nieubłagana, przed niemi było widmo nędzy i zniechęcenie, które toruje jej drogę. Przez wiele już dni zasiadali w ten sposób przy coraz szczuplejszym zapasie domowym.
Zrazu Jóźwa chodził na robotę, najmował się do młocki, najmował do siekiery, ale jak powracał do domu, a zastawał żonę na łóżku, albo gdy słyszał jej kaszel ciężki, to tylko zajrzał, zatrzasnął drzwi za sobą i uciekał gdzie go oczy poniosły, bo miał ochotę bić ją za to, że nie była więcej tą raźną, wesołą, białą Jagną, za którą uganiali się parobcy. Białą ona była i dzisiaj, tylko stała się taka szczupła i przezroczysta, żeby ją, zda się, jak opłatek przejrzeć można, potem na białe jagody wystąpiły kręgi rumieńca i rumieniec ten stawał się coraz jaskrawszy, ale Jagna przez to zdrowszą nie była, co wieczór trzęsła ją febra, w nocy uderzały na nią poty, że aż koszula i poduszka były mokre, a codzień trudniej jej było zwlec się z łóżka i podołać robocie.
Zrazu Jóźwa sprowadzał lekarki, raiły różne zioła, zamawiały, okadzały, mruczały, aż przekonali się wszyscy, że to się na nic nie zda, i że Jagnę chyba Pan Bóg uleczy. Powiadano, że jej zadano urok jakiś, bo juźcić taka młoda bez przyczyny umrzeć nie mogła.
Jóźwa i Jagna nie mówili nic do siebie, bo nie byli to ludzie wykształceni, co to umieją zdać sobie sprawę ze swoich uczuć i myśli i ubrać je w słowa właściwe, czuli tylko, że im jest źle bardzo, ale na to źle nie znajdowali wyrazów i nie szukali ich nawet. Nieraz dawniej mówili z sobą o robocie jakiej, o kupnie, o sprzedaży, o gospodarskich kłopotach, dopóki na te kłopoty była rada jaka. Kochali się bardzo, boć dla Jóźwy Jagna odrzuciła swaty gospodarskich synów, a on także mając chałupę i trzy morgi gruntu mógł się lepiej ożenić niż z sierotą ubogą bez ojców i wiana. Ale cóż! nie było im raźno jednemu bez drugiego, a kiedy spotkali się czy na łące u siana, czy u żniwa, czy w stodole przy maszynie, to robota tylko paliła im się w ręku i świat cały wydawał im się piękny, jak majowe słonko.
Było temu lat siedm zaledwie jak się pobrali, a przez ten czas żyli z sobą uczciwie, jak Pan Bóg przykazał, i wiedzieli o tem dobrze zapewne, że jedno drugiemu jest miłe, ale właśnie że wiedzieli, mówić tego nie potrzebowali, a najprędzej choćby chcieli nawet nie umieliby uczuć swoich wypowiedzieć. Usta Jagny śmiały się do Jóźwy i nie odwracały nigdy od ust jego, a kiedy on na nią patrzał, to mu się oczy iskrzyły, a kiedy ją przygarnął do siebie, to o mało nie zdusił w objęciu. Więc nie potrzebowali mówić że się kochają.
Może teraz wszystko to snuło się niewyraźnie po głowie i pamięci Jóźwy, i czuł nieskończoną tęskność do tych chwil minionych, i razem głuche uczucie wściekłości. Dla czego to wszystko się zmieniło? dla czego świat wydawał mu się taki inny, że nie mógł sobie miejsca znaleść? Troska, niepokój były to rzeczy nieznośne dla jego żywotnej natury i on nie wiedział nawet, że to co mu ściskało piersi i dusiło niemal, to co go wypędzało z domu lub nasuwało ostre słowa na usta, zwało się troską.
Cóż chcecie, był to chłop prosty, nigdy nie uczył się niczego prócz pacierza. Zaledwie odrósłszy od ziemi, pasał gęsi, później bydło, umiał dać sobie radę ze zwierzęciem dużo silniejszem od siebie, umiał ustrzedz się rogów buhaja, zarówno jak mniejszym będąc syczącego dzioba gęsi, potrafił ochronić się od napaści psa, trafić samemu w leśnych manowcach, nie lękał się ani nocy, ani samotności, ani zwierza, ani złego człowieka, ale po za tą praktyczną edukacyą, nie odebrał żadnej innej i stokroć prędzej umiał rozwikłać głos pojedyńczego ptaka w pośród rannych świergotów budzącej się skrzydlatej rzeszy, niżeli uczucia powstające mu w piersi. Wszystko w nim więc było instynktem, ani próbował, ani umiałby je określić. Nie przyszło mu do głowy, żeby panować nad sobą. Kiedy był wesoły, to się śmiał, kiedy się złościł, to bił, a jak wybił niesłusznie, to żałował.
Najczęściej jednak nie miał na to czasu, bo co się stało, to minęło, i nie było do czego się wracać.
Teraz oboje z Jagną siedzieli w milczeniu naprzeciw siebie. I tylko słychać było jak ogień syczał na kominie, lub jak w garnku wrzała i przewracała się kasza. I jedno i drugie jednak nie myślało zapewne o jadle. On patrzał w ziemię, a ona zasłaniała się wychudłą ręką od płomienia, tak iż kontury palców rysowały się rubinowo na jej tle bladawem.
Ale mała dziewczynka schowana na kolana matczyne, która nie miała jeszcze dość rozumu na troskę i niepokój reprezentowała w tym razie żywioł praktyczny. Oczy jej pożądliwie spoczywały na żelaźniaku, którego potężna ręka ojca odsunęła nieco od ognia i po niejakim czasie pociągnęła Jagnę za rękaw.
— Matulu, matulu — szeptała.
Kobieta zwróciła się ku niej.
— Matulu — powtórzyła — okrasa.
Widocznie maleńka przywłaszczyła sobie jakąś władzę nad matką w praktycznych kwestyach życia, które pomagała jej załatwiać, bo ta powtórzyła zcicha.
— Aha! okrasa!
Dziewczynka pobiegła, wspięła się na dzieży od chleba, dostała nóż leżący na półce i przyniosła go matce.
— Aha! okrasa — powtórzyła znowu półgłosem kobieta.
Powstała wreszcie ociągając się jak zwykle ci, dla których każdy ruch jest męczący, i szła zwolna do komory opierając się o sprzęty i ściany.
Dziewczynka biegła przed nią nie spuszczając z niej oka. Nie mogła otworzyć drzwi od komory, ale starała się usunąć drobne przeszkody.
Jagna ukroiła mały kawałek sadła, którego zapas oszczędzała z nadzwyczajną skrzętnością, a gdy powróciła na swoje miejsce, padła raczej niż usiadła na ławie.
Już mała stała przy niej z rynką, a gdy matka drżącą ręką pokrajała sadło, przystawiła je do ognia, gdzie niebawem skwarzyć się zaczęło wesołą zapowiedzią posiłku.
Dziewczynka mieszała okrasę łyżką i baczyła, by się nie przypaliła, aż wreszcie gdy wielkie dzieło było dokonane, zwinna i cicha jak myszka, przyniosła wielką glinianą misę.
Teraz trzeba było dokazać najtrudniejszej rzeczy, wylać w nią ciężki żelaźniak kaszy. Dawniej Jagna mogła podołać temu jedną ręką, teraz jednak ostrożnie zabierała się do dzieła. Sięgnęła po garczek i zatrzymała się bezsilna. Spojrzała na męża, patrzał na nią a nie ruszył się z miejsca, jakby nie widział, co się przy nim działo.
Jakiś nieokreślony wyraz goryczy i smutku mignął po jej twarzy, z przyciętą wargą, z ciałem naprzód podanem, uczyniła wielkie wysilenie, pochwyciła żelaźniak obydwoma rękoma i nachyliła nad misą, która stała na ławie, ale utrzymać go nie była w stanie, ciężar wysunął się z jej rąk drżących na ziemię a padając oblał gorącym warem kolana Jóźwy.
Zerwał się rozjuszony bólem, podobny w tej chwili do ranionego zwierza. Z podniesioną ręką skoczył ku Jagnie, aż mała dziewczynka przestraszona, zakryła oczy i uderzyła w krzyk wielki.
Jóźwa zatrzymał się nagle, objął jednem spojrzeniem wpół martwą kobietę, która wlepiła w niego mgliste spojrzenie z rodzajem ostatecznej obojętności, jaką daje długa choroba, zbladł, zachwiał się i upadł przy niej na ławie, wołając.
— Oj Jagna! Jagna! Jagna!
Więcej nie umiał powiedzieć, a jednak wymownym był głos jego, wymownym wzrok, i nie trudno było zrozumieć wszystko, co się w tych słowach mieściło. Znaczyło to: Czemuż ty nie jesteś tą samą co dawniej, gdzie twoja wesołość i siła i krasa, i znaczyło dalej: Tyś wszystko moje na świecie i zdrowie i szczęście i praca i majątek; a dalej jeszcze był jakby krzyk trwogi i rozpaczy: Nie opuszczaj mnie, bo bez ciebie nie ma dla mnie już nic na świecie.
Gdyby Jóźwa był wykształconym człowiekiem, byłby zapewne wypowiedział to wszystko bardzo pięknie, lub może nie wypowiedział, bo strach nasunięcia smutnych myśli żonie, zaniknąłby mu usta. Ale z pewnością te trzy wykrzykniki sformułowałyby się w jego głowie mniej więcej w ten sposób.
Pomimo to jednak, Jagna odczuła może wszystko, co się w nich mieściło, bo łzy rzęsiste puściły jej się z oczów, i było jej razem i smutno i błogo, serce ściskał jej smutek za wszystkiem co minęło i strach przed tem zimnem widmem śmierci, które czuła w sobie i w koło siebie, a nadewszystko żal okrutny tych sierot maleńkich, które pójść miały na poniewierkę macochy, a żal też i Jóźwy, bo wiedziała dobrze nieboga, że on z łatwością znajdzie inną kobietę, ale że takiego serca jak ona, żadna mieć dla niego nie będzie. A zaś błogo było jej dla tego żalu, jaki teraz okazywał.
Nieraz może Jagna miała na sercu, że on z chałupy uciekał, że fukał na nią i chociaż upadała że znużenia, on tego nie zdawał się widzieć, chociaż czasem znowu nie dał jej ręki do niczego wyciągnąć. Teraz dopiero uczuła, że wszystko to robił z wielkiego żalu, że nieraz patrzał na nią a nie widział. Kiedy opuściła żelaźniak i oparzyła go bardzo, a on rzucił się ku niej, chciała mu powiedzieć, żeby miał z nią choć trochę cierpliwości jeszcze, bo niedaleko jej było do końca, ale teraz nie byłaby wypowiedziała tego za nic w świecie, tylko zarzuciła mu ramiona na szyję i płakała jak dziecko, z twarzą gorącą przytuloną do jego piersi. I czuła jak serce jego biło mocno, gwałtownie, aż kożuch skakał od jego uderzeń.
A tymczasem mała dziewczynka patrzała z przerażeniem na obiad ciekący gęstą, gorącą strugą na ubitej glinie, która tu za podłogę służyła. I krzyk jej zrazu głównie tyczący się matki, teraz zwrócił się do tej praktycznej przyczyny, zwłaszcza że dawno jadła śniadanie i głód jej uśpiony dotąd nadzieją rychłego posiłku, teraz zbudził się w całej mocy.
Na krzyk ten z kolebki wychyliły się dwie jasne, rozczochrane główki dziecięce, które na widok próżnego żelaźniaka i dymiącej kaszy na ziemi, zrozumiały szybko katastrofę jaka się przytrafiła i w niebogłosy zawtórowały siostrze.
Jóźwa groźnie spojrzał na dzieci i już miał krzyknąć, żeby cicho były, kiedy gorące usta Jagny szepnęły łagodnie.
— Głodne.
Poruszyła się, chciała zebrać siły, i resztę kaszy, którą na jutro zostawiła zgotować, ale Jóźwa nie dał jej się z ławy poruszyć. Skoczył sam, nalał wody w żelaźniak nie czekając aż go mała Zochna napełni i pytał ją o kaszę, o sól, o wszystko. Dorzucił drew na ogień, potem poszedł zawołać Burka, żeby się dar Boży nie zmarnował, i patrzył w milczeniu jak wierne psisko zlizywało chciwie rozlane jadło.
Uczynił to wszystko kulejąc, sparzone kolano dokuczało mu coraz bardziej, chociaż na to nie chciał zwrócić uwagi.
I była cisza trochę weselsza w izbie. Dzieci uspokojone z pomocą Zochny, wygramoliły się z kolebki i niebawem trzy jasne, pyzate główki otoczyły ogień i trzy pary jasnych, pożądliwych oczek wpatrywało się z pełnem nadziei zajęciem w żelaźniak, w którym ponownie wrzała gotująca się kasza. Wśród nich Burek zlizawszy starannie ostatnie resztki znajdujące się na ziemi, położył się pełen zadowolenia i jak przystało staremu psu, wiernemu przyjacielowi rodziny, pozwolił małemu Jadamkowi targać się za uszy i położyć główkę na szyi.
Tymczasem wiatr coraz silniej szalał na dworze a mroźna zawierucha siekła w małe przepalone od słońca szyby, tak że nie widać było świata bożego. W izbie jednak raźno płonął ogień na kominie, rozpraszał szary mrok panujący i rzucał złudne blaski na twarz Jagny, która siedziała pod piecem na zwykłem miejscu. Przy niej Zochna stojąc na ławie, pilnowała garnka z całą gorliwością, jaką przejęła ją tylko co spełniona katastrofa i świadomość, że już więcej kaszy w domu nie było.
Jóźwa zajmował zwykłe gospodarskie miejsce z drugiej strony komina ode drzwi, chata bowiem jak zwykle chaty nasze, miała ławę pomiędzy drzwiami i kominem.
W czasie, gdy młodszy brat bawił się z Burkiem, wyciągnięty obok niego na ziemi, starszy wspiął się obok ojca naśladując siostrę i sztukał kijkiem w ogień poprawiając go niby i udając że się tym sposobem przyczynia do zgotowania spóźnionego obiadu.
Jóźwa spoglądał na ten obraz w milczeniu i było mu tak, jak gdyby odeszły go na raz wszystkie troski. Wieleż on razy tak zasiadał w dnie zimowe, kiedy przychodził do chaty na krótkie południe i jak dziś jadło syczało i warzyło się na kominie, dzieci czekając nań, czepiały się kolan jego, a Jagna zwijała się raźno około ogniska. Dziś wprawdzie Jagna nie zwijała się jak dawniej. Ale przecież zdarzały się i dawniej chwile, w których i ona przysiadła na ławie, a wszystko wkoło niego tchnęło takim spokojem i ciszą, jasne główki spoglądały tak wesoło, iż w serce jego także wstąpił spokój dawny. Przechodziło mu niewyraźnie przez głowę, że nadchodziła wiosna, że słońce zacznie dogrzewać, że świat się rozweseli i wszystko będzie dobrze, że Jagna będzie znów raźna, a on będzie miał dużo zarobku i wnet spłaci wszystkie długi. Bo długów miał teraz sporo. Winien był to jednemu to drugiemu z gospodarzy, to po ćwiartce grochu, to jęczmienia na kaszę, winien był Szlamie sklepikarzowi w miasteczku, a najgorszy był Mosiek szynkarz, ten tyle mu napożyczał, tyle nadawał różnych rzeczy na kredyt, że musiał z nim zrobić układ u wójta, jako ojcowizna przejdzie na jego własność, jeśli długu na Święty Jan nie spłaci.
Ale o tych długach, o tym układzie zarówno jak o chorobie żony Jóźwa myśleć nie lubił, a jak mu to wszystko stanęło przed oczy, to uciekał do karczmy i pił dopóki mu się w myśli nie zrobiło weselej.
Teraz jednak kiedy patrzał na dzieciaki, na kobietę pod wesołym blaskiem płomienia, kiedy im było wszystkim ciepło i nie głodno, to i bez wódki czuł to wesele, które dawniej nie opuszczało go zazwyczaj i sprawiało, że był najraźniejszym parobkiem ze wsi całej, pierwszym do tańca, pierwszym do roboty i pierwszym do bójki, jeśli go kto zaczepił.
Tymczasem kasza się dogotowała i szczęśliwie na wielką miskę wylaną została, a woń starego sadła równie miła dla głodnych podniebień jak woń Roqueforta lub Strachina dla smakoszów wraz z kłębami pary rozniosła się po izbie.
Dzieci z radości aż krzyczeć zaczęły i uderzały drewnianemi łyżkami, któremi Zochna uzbroiła ich zawczasu, o ławkę, tworząc tym sposobem rodzaj wesołej pobudki.
Jóźwa kulejąc, bo mu sparzona noga dokuczała, przysiadł się do żony, postawił miskę na ławie pomiędzy nią a sobą, a dzieci okrążyły ją wieńcem i chciwie zajadać zaczęły.
Jóźwa nie mniej od nich był głodny i on także zaczerpnął kaszy i poniósł ją do ust, ale czyniąc to oglądał się na Jagnę.
Ona trzymała łyżkę w ręku, przecież nie musiało być jej pilno do jadła, bo łyżka drżała jej w dłoni.
— No, czemuż nie jesz? — zawołał mąż.
Chciała mu być posłuszną, ale nie była w stanie, czuła się niedobrze, w głowie jej się kręciło i coś dusiło w piersiach. Zaledwie spróbowała przełknąć kaszę, zakaszlała się ciężko, gwałtownie.
Jóźwa położył łyżkę, nie miał on wcale rozstrojonych nerwów, a przecież od bardzo dawna kaszel ten brzmiał mu w uszach jak zmora, słyszał go przez sen i słyszał na jawie i słyszał nawet przy robocie, kiedy był daleko od Jagny.
Położył łyżkę w milczeniu i patrzał chmurno na dzieci, które zwyczajnie jak dzieci nie zwracały na to żadnej uwagi, tak że w izbie słychać było tylko straszny kaszel suchotnicy i wesołe, rytmiczne uderzenia trzech łyżek o miskę, ani na chwilę nie wolniejące.
A Jagna kaszlała i kaszlała, jak gdyby dusza wyrywała się jej z piersi. Dusiła się i wiła na ławie i zakryła twarz rękami, a pot lał jej się z czoła.
Jóźwa nie mógł wytrzymać, wrzała w nim znowu głucha wściekłość, zerwał się z ławy, chciał uciec, żeby nie słyszeć więcej tego kaszlu, ledwie się powstrzymał, żeby nie bić dzieci, które nie rozumiejąc jego znaczenia, zajadały dalej, ale przechodząc koło Burka, który drzemał spokojnie wyciągnięty w cieple przygaszającego ognia, przynajmniej na niego złość swoją wywarł, kopnął go z całych sił, a gdy biedne psisko zaskowyczało z bólu, zdawało mu się to ulgą, że kaszel Jagny choć na chwilę zgłuszony został innym głosem.
Wybiegł z izby jak szalony, nie poszedł jednak daleko, chociaż zdawało mu się ciągle, że słyszy go w powietrzu, w zawierusze śnieżnej i w poświstach wiatru, bo kolano sparzone dokuczało mu tak bardzo, że zatrzymał się nagle klnąc straszliwie.
Przez chwilę stał oparty o słup płotu, zmożony nowem dla siebie uczuciem fizycznego bólu. Jóźwa bowiem miał jedną z tych żelaznych natur, jakie trafiają się często pomiędzy wieśniakami naszemi, chorobę znał jedynie z nazwiska. To też cierpienie zarówno fizyczne jak moralne, było mu nieznośne i doprowadzało niemal do szału.
Stał tak czas jakiś przy drodze, bo ruszyć się było mu coraz trudniej, zimno przejmujące powiększało ból jego, a do chaty nie chciał powrócić za nic w świecie. Gdyby tak było bliżej do karczmy, byłby się tam dowlókł z pewnością. Ale karczma jak raz stała na drugim końcu wsi.
Patrzał więc bezmyślnie na błotnistą drogę, kiedy ujrzał zbliżającą się Michałkę.
— A kogóż to wypatrujecie — zawoła zdaleka, widząc go nieruchomym.
Nie odbierając odpowiedzi, podeszła ku niemu.
— No cóż u was słychać — spytała głos zniżając — bo wiedziała ona dobrze, że Jagnie niewiele się należy, i że lada dzień przyjdzie na nią koniec, więc przestraszyła się, czy nie była to już ostatnia godzina.
— A co ma być — mruknął — jedno i jedno, że czasem przychodzi mi na myśl uciec gdzie mnie oczy poniosą, albo obwiesić się na pierwszej gałęzi.
Michałka popatrzyła na niego.
— Ha! trudno kumie — wyrzekła — wola Boska, trzeba się z nią pogodzić.
Ale ta pobożna pociecha, nie trafiła do rozżalonego serca Jóźwy. Wola Boska zdawała mu się zapewne okrutną.
— Nieboszczka pani — mówiła dalej kobieta — miała jakieś ziółka od kaszlu....
I zaczęła niezmiernie długą i bezładną historyę rozmaitych kaszlów, które temi ziółkami wyleczone zostały. Choćby jednak te ziółka posiadały moc cudowną, niepodobna ich było dostać z powodu, że przepis zaginął razem ze śmiercią właścicielki, która to śmierć przed kilku laty nastąpiła. Michałka zrozumiała wreszcie bezskuteczność swojej rady. Chciała jednak szczerze przyjść w czemkolwiek w pomoc Jóźwie i dla tego mówiła dalej.
— Wstąpię do Jagny, może jej czego potrzeba.
— Idźcie — odparł przez zaciśnięte zęby.
Poszła, ale oglądała się za nim.
— A czegóż wy tu stoicie — spytała znowu.
Nie było w jego naturze wywnętrzać się, a zresztą choćby i chciał, zapewne nie byłby potrafił tego uczynić. Nie odpowiedział nic. Po chwili jednak zawrócił się i powlókł on także do chaty.
Jagna blada jak chusta leżała na łóżku, krew rzuciła jej się ustami, a teraz była jakby nieżywa. Dzieci zbite w gromadkę spoglądały na nią z przerażeniem. Michałka krzątała się koło chorej kiwając głową i zawodząc.
— Już tobie nic nie pomoże niebożątko, już tobie się do śmierci gotować, a co będzie z temi sierotami. Oj biedniście wy Jóźwo, biedni! Ktoby się mógł spodziewać, kobieta młoda, kieby róża, a dziś co?
Nie był to z pewnością sposób właściwy zachowania się przy chorej. Ale pomiędzy wiejskim ludem, rzeczy nazywają się po imieniu, nikt przed rzeczywistością oczów nie zamyka, ani stara się ją drugim zasłonić, brak na to miejsca i czasu. Gadatliwa kobieta mówiła, co czuła, nie bacząc, jakie wrażenie na chorej zrobić może.
Jagna też nie była zdenerwowaną kobietą, która patrzy na wypadki przez pryzmat złudzeń. Od dzieciństwa przywykła widzieć nieraz śmierć i chorobę i wiedziała, jakie ich jest znaczenie.
Słuchała w milczeniu głośnych żalów Michałki, a wzrok jej smutny i zamglony spoczywał na dzieciach. Żal jej może było lat młodych, życia, jasnego słonka i wszystkiego, co drga i kwitnie na powierzchni ziemi, a kto wie, może było żal i pracy i troski nawet, żal jej było serdeczny Jóźwy, ale najwięcej żal dzieci.
Wiedziała ona, że Jóźwa bez gospodyni w chacie nie zostanie, wiedziała, że miejsce jej w tym domu zajmie inna kobieta i wiedziała, że macocha zawsze twardą jest dla pasierbów. Może i nie dziwiła się temu. W chacie bywa różnie i chłodno i głodno, a matce przecież najwięcej chodzi o własne dziecko.
Ale wiedziała także, że co ma być, to być musi koniecznie i nie próbowała walczyć z niepodobieństwem.
Nie wiadomo jak długo Michałka byłaby swoje żale ciągnęła, kiedy nagle wzrok jej padł na Jóźwę, który szedł kulejąc i opierając się o ściany.
— A wam co takiego? — zapytała nagle.
— A co ma być, sparzyłem se nogę — wyrzekł niemal z jękiem siadając na ławie, bo kolano mu tak zesztywniało, że go już zupełnie zgiąć nie mógł.
Michałka ciekawa, jak to zwykle kobieta, a może powodowana dobrem sercem poskoczyła ku niemu i odkryła sparzone miejsce, wielkie jako dwie dłonie, czerwone jak krew, i okryte wzdętym naskórkiem, który już gdzie niegdzie w strup się zamienił.
— O Jezu! — zawołała — a toć potrwa ze dwa tygodnie, zanim się z tego wyliżecie. A kto teraz co zrobi wedle gospodarstwa.
— Ha! — odparł filozoficznie Jóźwa — dobytek djabli wzięli, to i lepiej, nie ma z nim kłopotu.
Ale sąsiadka nie mogła podzielać tego optymistycznego zapatrywania się na rzeczy. Spojrzała na niego wymownemi oczyma.
— At! — wyrzekła — nie pletlibyście. A kto drew narąbie, wody przyniesie i dzieci ogarnie. A co im jeść dacie, jak nie zarobicie. Moszek powiedział, że wam już na kredyt nic nie da.
Jóźwa miał ochotę powiedzieć, że mu to już wszystko jedno. Ale spojrzał na bladą twarz Jagny, i na te trzy małe postacie, które tuliły się w rogu komina jedne do drugich. W głowie zaczynało mu się mącić. Czuł, że spadał w jakąś otchłań, z której nie widział ratunku.
— Ha! — szepnął spuszczając głowę, ale już zupełnie bez tej podrobionej fantazyi, z którą wypowiedział ten sam wykrzyknik, gdy szło o dobytek.
Michałka jednak nie była z tych żwawych i stanowczych natur, co to potrafią dać jaką radę w nieszczęściu. Nalamentowała się nad nim i nad Jagną, nad biedą ogólną i nad ich biedą, i odeszła przypomniawszy sobie własne gospodarstwo.
Od tego dnia zaczęły się prawdziwe dnie rozpaczy w chacie Jóźwy. Jagna dogorywała widocznie, nie mogąc już zwlec się z pościeli, a on sam dla ciężko zaognionej rany, ledwo mógł parę kroków postąpić. Czasem litościwa dusza zabiegła, ogarnęła dzieci, przyniosła wody, roznieciła ognia, ale przy ogniu nie było co ugotować, chyba, że kto przyniósł kapkę mleka dla chorej, lub garść mąki dla dzieci. Jóźwa wpadł w rodzaj odrętwienia, i po całych dniach siedział na ławie ponury i milczący z wyciągniętą nogą, jakby czekał na coś, i nie można było z niego słowa wydobyć. Oczy świeciły mu się, jak u wilka.
Parę razy probował pójść do karczmy, ale nie mógł, nieopatrywana rana zaogniła się i sprawiała mu ból piekielny.
Aż wreszcie któregoś wieczora, gdy Jagna nie kaszlała już od bardzo dawna i nie otwierała oczów, Zochna uderzyła w krzyk, że matka się nie rusza i zimna jak lód. Wówczas z wielkiem wysileniem zbliżył się do łóżka spojrzał, dotknął martwej ręki Jagny, zatoczył się jak pijany, chociaż od wczoraj czystą wodę miał tylko w ustach, wziął się oburącz za głowę, ryknął wielkim głosem, aż się ściany zatrzęsły, i chwiejąc się, słaniając, szedł ku drzwiom. Pchnął je zostawił na oścież otwarte minął żałośnie wyjącego Burka i szedł, gdzie go oczy poniosą.
W tej chwili nie czuł nawet fizycznego bólu. Gnała go jakaś moc straszna od tego obrazu umarłej żony i wynędzniałych dzieci, którym żadnej pomocy dać nie umiał.
Siłą dawnego nałogu doszedł do karczmy, ale tak strasznie wyglądał, że aż ludzie rozstąpili się przed nim.
— Wódki — zawołał ochrypłym głosem — półkwaterek wódki a mocnej.
Fejga, która sama stała za szynkwasem, ociągała się z jej nalaniem, słyszała od ojca, że już Jóźwie kredytować nie można, a on nie kładł pieniędzy.
— Wódki — powtórzył grzmiącym głosem, patrząc na żydówkę, jakby ją chciał zdusić.
A domyśliwszy się o co jej chodzi, rzucił z przekleństwem czapkę za szynkwas i domagał się, by mu zakredytowała na ten fant.
Fejga przestraszona przestała się ociągać. On pochwycił półkwaterek, wychylił go jednym tchem, i zatoczył się jeszcze mocniej. Jóźwa miał silną głowę, a półkwaterek stanowił małą ilość wódki w porównaniu z tem, co mógł wypić, nie tracąc wcale przytomności.
Przecież bądź to z powodu, że nic nie jadł od wczoraj, bądź stanu psychicznego, w jakim się znajdował, ta mała ilość rozmarzyła go zupełnie. Zatracił uczucie rzeczywistości, przychodziła mu tylko dzika chęć otrząśnięcia się z jakiejś zmory, która go dusiła. Miał coraz wyraźniejsze poczucie, że zostawił za sobą coś okropnego, coś, co ścigało go trop w trop, a przed czem chciał uciec koniecznie. W głębi piersi odzywały mu się jakieś głosy żałości niezmiernej, a on głosy te chciał zagłuszyć. I zaczął ochrypłym tonem śpiewać jakąś piosnkę pijacką, ale wątku jej uchwycić nie mógł, rwała mu się, więzła w gardle, tylko pojedyncze sylaby wychodziły urwane z ust jego.
Ludzie widząc to, śmiać się zaczęli, i śmiali się coraz głośniej wołając, że się Jóźwa upił półkwaterkiem.
Śmiech ten prześladował go, nie mógł sobie miejsca znaleść, ścigała go przytem myśl, że ma coś bardzo ważnego do zrobienia. Paliła go gorączka, czuł w ranie ból dojmujący. Szukał machinalnie czapki, nie znalazł i z gołą głową wyszedł na powietrze.
Wieczór zapadał, cichy wieczór wiosenny, spłakany, blady i łagodny już, jak zapowiedź lata. Przez cały dzień deszcz padał, około zachodu słońca dopiero wypogadzać się zaczęło. Ale niebo jeszcze czystem nie było, lekkie, przezroczysty chmury snuły się po niem i osiadły wieńcem ciemnym nad daleką girlandą borów, które zamykały widnokrąg.
Ostatnie konające promienie zachodu łamały się w górnych warstwach powietrza, i rumieniły swą purpurą obłoki w tej stronie nieba, a gdzie niegdzie po za przezroczystą zasłoną chmur zapalała się blada gwiazda, migała i gasła przyćmiona. Wśród ciszy zapadającej nocy, odzywał się z wyżyn donośny klekot bociana, wesoła zapowiedź wiosny. Powietrze jeszcze bardziej rozmarzyło Jóźwę. Szedł kulejąc i utykając po rozmokłej ziemi, wiatr wieczorny chłodził mu rozgorzałe czoło, i odurzał wiosennemi woniami.
Nagle uderzył ucho jego dźwięk kościelnego dzwonka, który odzywał się spóźniony wzywając na Anioł pański. Zatrzymał się. Przez łatwe do zrozumienia kojarzenie myśli, dzwon kościelny przypomniał mu śmierć. I zobaczył, jakby w błyskawicznem widzeniu Jagnę swoją bladą, zimną. Trzeba mu było dać na podzwonne, zająć się pochowkiem. To wszystko kosztowało pieniądze, duże pieniądze, a on nie miał ani grosza przy duszy, ani tego grosza zkąd dostać.
Ale te straszne myśli podobne były do gwiazd owych, które co chwila zasnuwały chmury, prześwitywały mu one w głowie i rozpraszały się pod tchnieniem gorączki i szału, jakie nim rządziły. Zostało mu tylko wyraźne pojęcie, że ma iść rozmówić się z proboszczem i dziadkiem kościelnym, żeby za zmarłą zadzwonił.
Szedł więc, jak mógł wspierając się na kiju.
Droga ze wsi do kościoła i plebanii prowadziła koło dworu a nawet przez gumna była bliższa ścieżka.
Na dziedzieńcu folwarcznym, panował ruch niezwykły. Jakieś powozy stały przed stajnią, a z nich wyprzęgano konie. Była to rzecz nadzwyczajna, bo od śmierci właścicielki dwór stał opustoszały. Rządca tylko zajmował w nim parę pokoików. Był to stary kawaler, gości nie miewał, a jeśli kto do niego przyjechał, to bryczką. Powozów więc od dawna nikt tu nie widział.
Wprawdzie nieboszczka miała syna jedynaka, który teraz musiał już mieć lat dwadzieścia z górą, ale ten uczył się gdzieś za granicą i do wsi nie zaglądał. Zapomniano nawet o jego istnieniu. Bo co tam kogo obchodziło, kto siedział we dworze. Dwór nie mieszał się do wsi, a wieś nie miała nic z dworem wspólnego. Jak była robota, gospodarze i zagrodnicy umawiali się o najem i zapłatę brali, jak potrzeba było co kupić — płacili, a jak zrobili szkodę jaką — szli do sądu. Za nieboszczki pani było inaczej, ona miała zawsze proszki od febry, ziółka od kaszlu, krople od boleści i dawała je potrzebującym. A przytem znała wszystkich ludzi we wsi z imienia i z nazwiska, znała ich stosunki i położenie. To też ludzie szli do niej nieraz po radę, a ona radziła dobrze i nikomu złego słowa nie powiedziała.
Jóźwa przypomniał sobie to wszystko przechodząc przez dziedziniec, bo dwór cały był oświecony, jak to dawniej za nieboszczki pani bywało, kiedy zjechali się goście.
Widocznie i teraz ktoś do dworu przyjechał, bo nietylko jasno było we wszystkich oknach, ale jakieś postacie snuły się po pokojach zamkniętych od lat tylu i służba się kręciła i w kuchni płonął ogień i widać było uwijających się kucharzy w białych fartuchach.
Rądle błyszczały jak złoto i buchały parą, na stole stały kopiaste półmiski mąki, jaj, masła, mnóstwo zabitego drobiu, słowem tyle jedzenia, żeby niem całą zgłodzoną wieś nakarmić można, a smaczne wonie mięsa i ciast unosiły się w powietrzu i draźniły Jóźwę, który przez cały dzień nic w ustach nie miał.
I przyszło mu na myśl, jak to niektórzy ludzie używają i mają wszystko, co im się tylko zażąda, gdy tymczasem inni....
Ludzie opowiadali, że przyjechał pan z młodą panią, z którą się tylko co ożenił, że odprowadzali ich krewni i przyjaciele.
Jóźwa słuchał tego wszystkiego jednem uchem. Ale co go tam obchodziło cudze szczęście, on patrzał na stos desek ułożony w trójkąt i suszący się przed stodołami i myślał, że właśnie z takich desek zbiłby trumnę dla umarłej.
Zatrzymał się patrząc na nie z pożądliwością i myślał, jakimby sposobem z tego wielkiego stosu, który mókł na deszczu, suszył się na mrozie i słońcu, dostać niewiele, jedną lub dwie tylko, na ostatni domek dla swojej Jagny.
Jóźwa złodziejem nie był, a myśli jego zmącone i rozszalałe szły utartym gościńcem nawyknienia. Trzeba mu było prosić o nie rządcę, zapewne dałby mu na odrobek, znali go przecież wszyscy, znał i rządca, wiedział, że do roboty był pilny, chociaż teraz... teraz... Na razie Jóźwa nie mógł sobie przypomnieć, dla czego teraz do roboty chodzić przestał.
Szedł prosto do rządcy. Ale drzwi jego były zamknięte. Nie pytał nikogo gdzieby był, tylko stał u drzwi i czekał, jak człowiek do czekania nawykły. Zresztą on teraz nie bardzo wiedział sam, co robił.
Dziewka, która przebiegała tamtędy, zatrzymała się.
— Czego to chcecie? — spytała.
Nie poznała go, bo było ciemno, a przytem Jóźwa w tej chwili nie był do samego siebie podobny. A zamiast opowiedzieć wyraźnie swoje nieszczęście, wybełkotał tylko.
— Pan rządca.
— Oho! przyjdźcie jutro, pan rządca we dworze, przyjechali młodzi państwo.
I poszła dalej.
Jóźwa zrozumiał, że rządca był tam, gdzie płonęły wszystkie okna, gdzie był ruch i gwar, i bez namysłu żadnego szukać go poszedł, to o co chciał prosić, nie cierpiało żadnej zwłoki.
Przechodził około oświeconych okien, dążąc do głównej sieni, której drzwi stały otworem. Pod oknami cisnęli się ludzie, zwłaszcza ciekawe dziewczęta i chłopaki, bo we dworze było wesoło i pełno państwa, a nikt im tego nie bronił, nikt nie spuszczał stor zazdrosnych.
Dwór wyglądał patryarchalnie, roztaczał dwa skrzydła, niby ramiona, jakby niemi chciał ogarnąć wioskę, która leżała opodal, i zdawało się, że jego zczerniałe ściany radują się do młodego szczęścia, które w nim osiadało, taki był strojny i świąteczny.
Nowo zaślubiona para snuła się wśród gości, i można ją było poznać łatwo po promiennem obliczu, po szczebiocie szczęścia, a nadewszystko po tem, że była zawsze nierozłączna.
— Patrzta, to młoda pani — szepnęła jedna z dziewcząt, trącając łokciem sąsiadkę, bo już widać zasiągnęła gdzieś tej ważnej wiadomości.
— Oj śliczna, kiej obrazek — odparła druga.
Jóźwa spojrzał machinalnie.
Młoda kobieta w jasnej sukni przesuwała się właśnie koło okna, przy którem stanął. Była ona tak biała, że aż łuna biła od jej czoła, od skroni o perłowych odblaskach, od włosów, które na kształt płynnego złota zwieszały się nad czołem i spadły w kilku puklach na śnieżne ramiona. A oczy miała tak pełne słodyczy, że spojrzenie ich szło do głębi serca i niosło tam spokój i wesele.
Jóźwa rzucił na nią wzrok i oniemiał, tak mu się zdała dziwnie do Jagny podobną, nie do tej co teraz leżała martwa, zimna, wynędzniała, ale do tej, jaką była, kiedy on ją wprowadził do swojej chaty.
Zapewne tak mu się tylko zdawało, bo zkądże znów taka pani miała być do prostej dziewki podobną.
I nagle zrobiło mu się tak dziwnie i tak żałośnie, że o mało nie padł na kolana i nie ryknął płaczem wielkim na nowo nad wszystkiem, co utracił.
Młoda pani tymczasem nie domyśliła się uczynionego wrażenia, zresztą nie widziała zapewne wyraźnie ludzi zebranych pod oknami, bo ona była w świetle, oni w cieniu, a choćby i widziała, cóż ją ci ludzie obchodzić mogli.
Oglądała się za mężem, a on też tuż zaraz stał za nią. W tej framudze okna po za firanką byli jakby sami. On otoczył ramieniem jej kibić, ona głowę skłoniła ku niemu i tak pozostali chwilę w niemym uścisku.
Zdawało się Jóźwie, że serce bijące pierś mu rozsadzi. Tam ludzie byli szczęśliwi, tacy szczęśliwi, że im chyba ptasiego mleka brakło na ziemi, a on? a on?
Tymczasem mąż mówił do żony.
— Patrz ukochana, to moja wioska, to dom, w którym urodziłem się, gdzie pełzałem będąc maleńkim, tu ogród, gdzie harcowałem na drewnianym koniku. A tam patrz wieżyczka kościelna, tam leżą prochy ojców moich. Zdaje mi się, że te miejsca posiadły część mojej duszy, że nigdziebym nie mógł być tak szczęśliwym, jak tutaj.
Ale ona uśmiechnęła się niedowierzająco, jakby chciała zapytać, czy nie starczyłaby mu za wszystko. On to zrozumiał.
Zcałował jej z ust ten uśmiech i mówił dalej.
— Ty jesteś moim aniołem, ale ty będziesz także aniołem Niziniec. Przejeżdżając widziałem podupadłe chaty, z których wyzierała nędza, wypowiemy jej wojnę — nieprawdaż?
— Wypowiemy wojnę — powtórzyła słodko zapatrzona w jego oblicze.
— Matka moja zostawiła tutaj błogosławioną pamięć, ciebie tak samo błogosławić powinni.
— A ciebie Adamie? — spytała.
— Ja pracować będę nad wzrostem dobrobytu, ty krzewić będziesz oświatę, ty będziesz pocieszać i wspierać.
— Boże! — zawołała — jestem tak szczęśliwą, ja chciałabym, żeby wszyscy równie szczęśliwymi byli.
Mówili to z głębi serca oboje, mówił z przekonaniem, nie domyślając się tej rozpaczy, która targała człowiekiem o parę kroków od nich. Zkądże tego domyśleć się mogli, w sercach ich odzywały się rozkoszne chóry, które tłumiły wszystkie inne głosy. Oni byli dobrzy, szlachetni, mieli najlepsze chęci, tylko teraz widzieli na całym świecie siebie i tylko siebie.
Gdyby Jóźwa był w stanie słyszeć i rozumieć cokolwiek, zapewne byłyby doszły do niego wyrazy, jakie zamienili, i byłby zawołał do nich wielkim głosem, że on był właśnie tym, co potrzebuje wsparcia i pociechy. Ale chociaż dochodził go dźwięk ich słów, chociaż mówili po polsku, była to mowa wyszukana i niezrozumiała dla niego nawet w zwyczajnych chwilach życia a cóż dopiero teraz. On głodny, widział tu tylko dwoje sytych, on nędzny, dwoje opływających w dostatki, on w rozpaczy, dwoje szczęśliwych. Nie wiedział nic o ich dobrych chęciach, bo tu zresztą dobre chęci były niewystarczające, tu trzeba było natychmiastowego czynu. I zamiast odezwać się choćby tylko jękiem, odszedł zwolna znękany i ponury, bo to szczęście i ta miłość budziły w nim dzikie uczucia. Cierpiał tak bardzo, iż zaczynał pragnąć, by wszyscy cierpieli koło niego.
A oni oboje zapatrzyli się w gwiazdy i marzyli może o sobie, może o wszystkiem co uczynić chcieli i nie spostrzegli tej wielkiej nędzy, która się koło nich przesunęła milcząca, nie wiedzieli jeszcze oboje, że najcięższa właśnie taką bywa, nie wiedzieli, że ona ogłupia, nie wiedzieli, że demoralizuje i nieraz zamienia ludzi w dzikie zwierzęta.
Jóźwa próbował odejść, instynkt jakiś ostrzegał go, że wśród tych szczęśliwych, tych rozradowanych nie mógł znaleść chwili posłuchania, ale gdzież miał iść? przecież musiał wyprosić sobie choć deski na trumnę, a potem na samą myśl powrotu do chałupy, gdzie miał znaleść trupa żony i głodne dzieci, robiło mu się zimno. I znowu szedł szukać rządcy omijając zdaleka oświecone okna, jakby lękał się w nich zobaczyć tej ślicznej białej pani, której sam widok krwawił mu serce i przyprawiał o szaleństwo.
Ha! przecież mógł dostać się do rządcy, poprosić kogo przynajmniej, żeby go wywołał. Z tą myślą szedł do sieni, już miał do niej wchodzić, kiedy usłyszał ostry głos pytający:
— A to gdzie? A to czego?
Podniósł głowę i spojrzał. Ten co wypowiedział te słowa stał we drzwiach z zuchwałą miną i nie myślał go przepuścić. Z ubrania wyglądał na pana, miał cienkie ubranie, cienkie buty, cienką bieliznę.
Jóźwa próbował mu się pokłonić, o ile mu na to pozwalała rana, która teraz rwała go i paliła jak ogień.
— Ja! ja do rządcy — odparł bełkocąc, bo język odmawiał mu posłuszeństwa i tyle rzeczy mąciło mu się po głowie że już sam nie wiedział, co ma powiedzieć.
Ale ów pan, który był tylko Pawłem lokajem młodych państwa, zmierzył go od stóp do głów i wyszedł.
— Ruszaj w swoją stronę, to nie tutaj.
A widząc, że Jóźwa nie odpowiada i nie rusza się z miejsca, dodał:
— Powiedziałem już, że nie tutaj.
I zatrzasnął mu drzwi przed nosem.
Dziwić mu się nie było można. Jóźwa był bez czapki, miał wzrok płonący, obłąkany i czuć go było wódką. Wyglądał co najmniej na pijaka. Żebyć był jeszcze wytłumaczył, o co mu idzie. Ale on tego uczynić nie był w stanie. On nie zdawał sobie sprawy ani z położenia, ani z własnej postawy, a miał przytem ten rodzaj uporu czy myśli stałej, będącej znamieniem niektórych podnieconych stanów.
Stał chwilę przed zamkniętemi drzwiąmi z pozoru pokorny, potem przypomniał sobie nagle, że potrzebował widzieć rządcę i że rządca znajduje się u dziedzica. Zbliżył się znowu do drzwi i nacisnął klamkę.
I Paweł zjawił się jak raz na progu.
— Mówiłem już, że nie tutaj — krzyknął groźnie. — A to skaranie boskie z temi pijakami.
Widząc, że Jóźwa nie odchodzi, zawołał stróża Jakóba i kazał mu wyprowadzić pijaka za bramę.
Jakób znał Jóźwę, ale spojrzawszy na niego nie wątpił, że był istotnie pijany. Pytał go się czego chciał, Jóźwa przecież nic więcej powiedzieć nie był w stanie nad to, że chce widzieć się z rządcą. Jak to często się zdarza w podobnym stanie umysłu, ta jedna myśl pozostała mu wyraźna i uparta.
— Dobrze, dobrze, zobaczycie się jutro — perswadował mu odprowadzając szamoczącego się za bramę.
Jóźwa był tak osłabiony, że pokonać go nie było trudno. Nie odstąpił jednak od swego zamiaru, tkwiło w nim poczucie konieczności ciążącej nad nim, i to konieczności nie cierpiącej zwłoki. Jednak pojęcia jego były tak zmącone, że gdyby nawet w tej chwili zobaczył rządcę, nie wiedziałby prawdopodobnie, czego od niego żądać. Środek stał się w jego myśli celem i pochłonął wszystkie rozpierzchłe idee, jakie tłukły mu się po głowie, niepowiązane żadną logiczną nicią, na kształt kilku oderwanych ziarn w pustem naczyniu.
— Ja muszę widzieć się z rządcą — bełkotał niewyraźnie, powtarzając swoje z uporem.
Ale stróż nie zważał na to, a choćby i zważał nie byłby w stanie zrozumieć. Dodał więc kilka dobrych rad, jako to, by poszedł spać do chałupy, — i powrócił czemprędzej do kuchni, gdzie miał pilną robotę.
Jóźwa czas jakiś stał przy bramie oparty o płot, spoglądając w gorejące okna, jakby się od nich nie mógł oderwać, płomień wywierał na nim atrakcyę dziwną, może odrywał uczucie od tych ciemnosci, które zalegały jego duszę. A kiedy odwrócił głowę — widział wszędzie płomienie biegające przed oczyma, wśród wirujących przedmiotów.
Trwało to jakiś czas. Potem nagle powróciło mu do pamięci jakieś niewyraźne poczucie rzeczywistości i chromiąc coraz bardziej szedł znowu szukać rządcy. Pamiętał jednak, że go odprawiono raz i drugi i instynktownie szukał drogi innej, obszedł dziedziniec trzymając się płota i znalazł się znowu na gumnie. Tam w pośród budynków wznosiła się czarna, trójkątna piramida z suszących się desek.
Spojrzał na nią i na raz stanęła ma w oczach śmierć żony, pogrzeb, trumna, Uderzył się dłonią w czoło, jak człowiek budzący się z majaczeń snu do strasznej rzeczywistości.
— Aha! — szepnął sam do siebie — trza prosić o deski.
Teraz już wiedział po co idzie, ale noga zmordowana odmawiała mu posłuszeństwa, a każde stąpnięcie było dla niego taką męką, że zaledwie mógł się posuwać zgięty we dwoje, opierając się z całych sił na kiju.
Teraz gdyby go zapytali, czemu szuka rządcy, miał odpowiedź gotową, mógł ją każdemu powierzyć, był przekonany, że mu nie odmówią. Rządca był człowiekiem ludzkim, a gdyby nim nie był nawet, toć są położenia, które muszą litość obudzić i w najgorszym.
Być może, iż Jóźwa nie rozumował w ten sposób. On tylko czuł, że w obec ogromu nieszczęścia, jakie go dotykało, żądał tak mało, tak niezmiernie mało od tych bogatych i szczęśliwych, iż nie pojmował, by nie uczyniono zadość jego żądaniu.
I znowu zjawił się przy dworze, znowu ujął za klamkę i stanął we drzwiach oświeconej sieni.
Ale teraz cierpliwość pana Pawła była wyczerpaną.
Widząc znowu tego człowieka, którego już po dwakroć odprawił daremnie, którego kazał wyprowadzić za bramę, a który wybladły, zgarbiony, z włosem rozwianym zbliżał się po raz trzeci, — wpadł w gniew wielki i nie zadając żadnych pytań, nie czekając tłumaczeń, wziął go za kark zanim Jóźwa spostrzegł, co zamierzał.
Jóźwa był to chłop silny i w każdym innym razie byłby się oparł napaści, a przynajmniej nie pozwolił się krzywdzić. Ale teraz tak był osłabiony, że zmódz go nie było trudno. I zanim się obejrzał leżał daleko na folwarcznym dziedzińcu, o parę kroków od tej czarnej piramidy, co wznosiła się nad nim niby olbrzym potworny, w kałuży, której jakby na urągowisko odbijały się gwiazdy niebieskie i srebrno-krwawy sierp miesiąca, zawieszony nad borami.
Przez chwilę Jóźwa leżał w kałuży oszołomiony upadkiem i wściekłym bólem, jakiego w chorej nodze doznawał. Padając uderzył raną o kamień i czuł w niej jakby ostrze noża i ogień płomienia.
Nie krzyczał, bo do tego nie nawykł, tylko zęby zacisnął, krew uderzyła mu do głowy, szumiała w uszach, pulsowała w skroniach, i czerwoną falą zalewała źrenice. A wszystkie bezwiedne uczucia, które burzyły się w nim przez ten wieczór, cały żal i rozpacz i cierpienie zmieniły się pod naciskiem fizycznego bólu — w niewypowiedzianą wściekłość.
Teraz gotów był jak zwierzę gryźć i szarpać tych wszystkich, coby się do niego zbliżyli. Błysk przytomności, jaki miał dotąd, przeminął, a natomiast ogarnęło go poczucie krzywd wyrządzonych. Nieszczęście stopiło się z obrazą, los i ludzie zdawali mu się zarówno winowajcami, a on zapragnął pomsty jakiej, pomsty natychmiastowej, i zaczął szarpać na sobie odzienie, szukając noża, którymby mógł ugodzić pierwszego, co mu się na oczy nawinie. W podobnych chwilach ludzie zamieniają się w zbrodniarzy.
Noża nie znalazł, a zresztą na cóż by mu się on przydał, na kogóżby się rzucił, osłabiony, zbolały, na pół żywy. Ręce jego drżały, członki odmawiały posłuszeństwa. Ale zamiast noża miał w kieszeni krzesiwo i hubkę, a gdy je poczuł pod palcami, zaśmiał się głupio, przeciągle. Zemsta jego miała cel wyraźny, teraz już wiedział, czego chciał, co miał robić.
Powoli wydostał się z kałuży i przycisnął bliżej do piramidy desek. Schły one od dawna, żywica wystąpiła na nich drobnemi perełkami i czuł jak pod palcami stawały się lepkie od ciepłoty ciała.
Ludzie coraz rzadziej snuli się po dziedzińcu. Zamknięto wreszcie bramę, a wkrótce dziedziniec zaległa cisza. Jóźwy nikt nie widział, osłaniał go cień zupełny, i chyba kto przechodząc zblizka byłby mógł dostrzedz źrenice jego wściekłe i rozgorzałe, świecące jak oczy wilka w ciemności. Teraz nie myślał on już o niczem, czekał... Gdy zrobiło się zupełnie cicho, przypełzał przed stajnię, tam lezało pełno słomy rozrzuconej, zagarnął jej pęk cały, przyciągnął do desek, które jednym bokiem przypierały prawie do gumien i skrzesał ognia.
Przez chwilę słychać było wśród głuchej nocy suche ostra uderzenia krzemienia o stal. Sypały się z niego iskry błękitne, aż wreszcie jedna z nich padła na hubkę, zatliła ją i niebawem buchnął w górę kłąb szybkiego płomienia, jakim się słoma zajmuje.
Jóźwa zaśmiał się głośno, skręcił słomę, wcisnął pomiędzy deski, potem rozgarniał słomę, rozpalał ją znowu i niedowierzając palności desek, rzucił na słomianą strzechę starego gumna, która w tem miejscu nad zaklęsłą ścianą spuszczała się tak nisko, że mógł ją ręką dosięgnąć, zatlone pęki słomy.
Przez chwilę czerwone iskry biegły tu i owdzie, gasły niby zakradały się zdradliwie pod mchem porastającą strzechę i tylko białemi liniami dymu zdradzały swą obecność, aż wreszcie trafiły na kawał świeżej poszewki i tułaj rozwielmożniły się, ześrodkowały w ognisko, zkąd już buchnął w górę płomień, kłócąc się ze srebrnym światłem księżyca, z przezroczystą nocą i roznosząc wśród ciszy rzeźwego powietrza, nieznośną woń spalenizny.
Jóżwa patrzał przez czas jakiś błędnemi oczami, jak niszczący żywioł coraz szersze koło zagarniał.
Nagle przypomniał sobie, że stodoły do tej pory pełne były jeszcze zboża. Dworskie pola były starannie okopane rowami to też, kiedy wszędzie wymokło, tutaj był urodzaj znakomity i całą zimę tylko zwożono i młócono sterty a teraz tego omłotu pełny był śpichlerz stary, modrzewiowy, o piętrze, który spiczastym dachem panował nietylko nad okólnikiem, ale i nad drzewami sadu. I przemknęło mu przez myśl, że ludziom brakowało chleba, a tutaj go było tyle, żeby można całą wieś do nowego żniwa przekarmić.
Ale była to myśl przelotna i zgłuszyło ją uczucie głodu, które na samo wspomnienie chleba odezwało się w nim całą siłą istotnej potrzeby i zwierzęcego instynktu.
— Ha! — mruknął przez zaciśnięte zęby. — I takby z tego ludziom nie było pożytku, niech się pali. Niech się pali wszystko. Jak te deski, nie dali mi ich na trumnę, niech się pali, niech się pali!
Nie pamiętał, że miał dopiero zamiar o nie prosić, że o zamiarze tym nie powiedział nikomu. W jego zmąconej, rozgorzałej głowie zamiar zdawał się faktem spełnionym.
I spoglądał z wściekłą radością, jak powiększał się krąg płomienia.
Noc była chłodna, Jóźwa zmoczony, głodny, zmożony bólem i cierpieniem, drżał jak liść. Ciepło poczynającego się pożaru, sprawiało mu fizyczną przyjemność, przejmowało uczuciem dobrobytu, osuszało zmoczone odzienie. Bezmyślnie wyciągnął rące i grzał je.
Wiatr nocny rozdmuchiwał kręgi ogniste i porywał iskry, które padając na rozgrzaną strzechę, nieciły nowe płomienie, a kręgi czarnego dymu, niby ramiona pożaru, obejmowały coraz szerszą przestrzeń, i wijąc się, pełzając, aż otoczyły w końcu wieńcem stodoły, które zbudowane w klamrę, łączyły się z sobą i miały jeszcze w pośrodku ową piramidę desek, która teraz na kształt ognistego stosu, zapłonęła nagle górując nad dachem i oświecając krwawą łuną obłoki.
Wróble wypłoszone z gniazd przytulonych pod strzechą gumna wyleciały gromadą i świergocąc mieszały ptasią wrzawę do charakterystycznego szmeru płomienia. Zerwało się i stado białych gołębi, które szukały sobie schronienia i pokarmu w wnętrzu stodół. Bociany zaniepokojone nagłą jasnością podniosły się na wysokiej topoli, gdzie miały usłane gniazdo, zaklekotały donośnie, jakby na trwogę i rozumiejąc niebezpieczeństw, porwały się do lotu, opuszczając swoją siedzibę.
Ludzie spali, a jeśli kto czuwał jeszcze we dworze, to widocznie nie miał okien zwróconych ku gumnom, bo płomień ogarniał coraz większą przestrzeń i powoli stawał się niezwalczonym.
Jóźwa cofał się przed nim pomału. Przyjemne ciepło zmieniło się w nieznośne gorąco, które zmuszało go ustępować coraz dalej przed wzmagającym się kręgiem płomienistego światła, uciekał jak ptak nocny, kryjący się w obec jasności.
Aż wreszcie kiedy tajemniczy, złowrogi szept ognia stał się groźnym poświstem, kiedy przyłączył się do niego trzask walących się krokwi, kiedy wiatr roznosił zapalone snopy, które na kształt złotych ptaków latały po powietrzu, a gdzie padły roznosiły zniszczenie, ktoś przypadkiem zobaczył pożar i krzyknął: „gore,“ ludzie zbiegać się zaczęli z krzykiem, trwogą, lamentem, jak zwykle bywa w podobnych razach.
Na rozległej przestrzeni było teraz tak widno, iż według utartego wyrażenia, można było szpilki zbierać po ziemi. To też Jóźwa widział wyraźnie, jak zbiegli się naprzód dworscy, a dalej wieś cała. Był tu i rządca z dziedzicem. Ratunek był niemożliwy, już bliższe budynki, stajnie, obory ogarniały płomienie.
Jóźwa był teraz daleko. Zrazu cofał się przed gorącem, potem cofał się przed ludźmi. Ogarnął go dziwny przestrach ludzkiego wzroku. Podobnym był do dziecka, które spełniwszy psotę jakąś, kryje się przed okiem starszych. Zdawało mu się, że każden na jego obliczu wyczyta to, co uczynił, a zapytany nie byłby się wypierał.
Ale nie pytał go nikt, bo on chromiąc, upadając, czołgając się czasem, szedł coraz dalej od ognistego kręgu, który zgromadzał ciekawych. Nie zważał co stało na jego drodze, zapatrzony on także w te słupy płomieni i dymu, które w całej majestatycznej grozie rozpościerały się na widnokręgu.
Nie zważał, co było za nim, cofał się, byle dalej od tego płomienia, który teraz przejmował go niepojętą trwogą i z drogi zeszedł na łąkę wiodącą do młyna. Czasem uderzał o drzewo, o kamień w ziemię zaklęsły, to go nie zatrzymywało. Wszedł w krzaki, które młyn otaczoły poza niemi w głębokiem wyżłobieniu płynęła rzeczka i był staw o brzegach prostopadle ściętych.
Miejscówość tę Jóźwa znał dobrze. Przecież tak, jakby jej nie znał, szedł na przełaj zapatrzony w ogień, którego odbłyski aż tu dochodziły. Nagle uczuł pod stopami próżnią, wyciągnął ręce, chciał się o coś zaczepić, ale palce jego pochwyciły tylko wiotką roślinę, która została mu w ręku, a korzenie osypały go wilgotnym piaskiem. Chciał krzyknąć, ale nie miał czasu. Woda plusnęła, zakipiała przez chwilę, potem widać było ręce wydobywające się na powierzchnię konwulsyjnie poruszone, potem trwało wrzenie czas jakiś, aż wreszcie woda wygładziła się stopniowo i odbiła spokojnie łunę pożaru, i biały blask miesiąca.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.