Hnat sierota/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kajetan Abgarowicz
Tytuł Hnat sierota
Podtytuł Obrazek z życia ludu ruskiego
Pochodzenie Rusini
Wydawca Księgarnia Spółki Wydawniczej Polskiej
Data wydania 1893
Druk Drukarnia „Czasu”
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały obrazek
Pobierz jako: Pobierz Cały obrazek jako ePub Pobierz Cały obrazek jako PDF Pobierz Cały obrazek jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


IV.

Od ślubu Hnatowego upłynęły już były cztery lata.
Aż lęk zbierał wspomnieć, jak straszne i smutne zaszły zmiany w Hołczyńcach. Starą dziedziczkę, jasną, miłosierną panią wywiozły cztery stare siwosze na cichy, wiejski cmentarz i spoczywa tam ona w sklepie murowanym, w smutnym grobie pańskim, pomiędzy dziadami i pradziadami, spoczywa czekając trąby archanielskiej i zmartwychwstania powszechnego. Tylko ponure, czarne smereki[1] poruszane wiatrem północnym, ponurym, żałobną pieśń nad nią zawodziły, tylko puhacze nocną porą, na dachu cmentarnej kaplicy, biedały nad niedolą ludzką.
Młody dziedzic po śmierci matki dał folgę krwi swej gorącej, nieokiełzanej. Porzucił on ojcowiznę, czasami tylko na parę dni zaledwie zjeżdżał do dworu, a cały rok boży przepędzał gdzieś daleko w obcej ziemi, w cudzych wielkich miastach. Przyjeżdżał po to tylko, ażeby zabrać pieniądze od żydów posesorów, którym oddał za grosze marne ziemię ojczystą i wierną czeladź.
Na folwarku rozsiadł się był, jak basza turecki, Icko Cwajnos, najbogatszy kupiec z Rajpola, a z nim ściągnęła się cała czereda miszuretów i bachorów żydowskich. W pańskim parku pasły się podłe żydowskie kozy... A cała służba dworska, opieki wszelkiej pozbawiona, rozbiegła się po sąsiednich dworach, szukać kawałka chleba powszedniego. Tylko starzy gracyaliści schodzili się czasem na cmentarzu, na swój smutny los się użalić i zwracali swe zapłakane oczy na dwór opustoszały, na ciemne, storami pozapuszczane okna, na walące się, opuszczone kominy. Ze łzami, z ciężkiem westchnieniem wspominali o tej świętej pani, która do ostatniego tchnienia rządy w swej białej dłoni trzymała, o każdym najmniejszym pamiętała, każdemu tylko dobrze zrobić umiała.
U Hnata także było nie wesoło.
Mieli jednego syna i ten drugiego »roczku« nie doczekał; umarł jakoś pod wiosnę.
Zaduszylo ho! — zawyrokowała stara znahorka.
Drugiego dziecka nie mogli się doczekać.
Hnat rozpił się był na umor; wszystko zostawiał u Abramka, który już grunt cały zakupił był na trzy lata naprzód i jeszcze umową pisemną zobowiązał był nieszczęsnego pijaka, żeby mu, za łyżkę strawy, za kęs suchego chleba, za kieliszek wódki śmierdzącej, obrabiał swą własną niwę. Żyd sam pracować nie lubi!
Jeryna zgorzkniała była zupełnie, tylko resztki już dawnych świetnych strojów pozostały jej były, a i te musiała skrzętnie chować przed mężem, ażeby je do karczmy nie wyniósł i tam za kieliszek wódki nie zamienił.
Męża tego nienawidziła już teraz serdecznie, nie kryła się z tem nawet. Przed sąsiadkami nieraz na swą biedę, niedolę ciężką narzekała. Jej takie wesołe, takie strojne, takie jasne życie się uśmiechało! Odepchnęła go, pogardziła niem... Przez co, dlaczego? — Dla ułudnej mary cześci, dla mgławej miłości. Teraz żałowała za niem, teraz łzy gorące wylewała. Czyż jej to, takiej pięknej i urodziwej, przystało ręce białe zapracowywać dla męża pijaka? Czyż na to jej dał Bóg lica białe i usta rumiane, żeby je na słońcu opaliła, jak cyganka jaka?
Potrzeba mi było iść na biedę, na niedolę, na »harowanie« — mawiała z płaczem rozżalona. — On byłby mnie złotem obsypał, jedwabiem odziewał. On panicz złoty, jak zoreńka[2] jasny!...
Najserdeczniejsze przyjaciółki jej teraz były Kseńka Mielnikowa i Pałaszka Wasylowa, te same, któremi dawniej tak srogo pogardzała. Z niemi to jednemi śmiało o paniczu rozmawiała, dawne wspomnienia snuła, na swój nierozum narzekała. Schodziły się one do niej w niedzielne popołudnia i zaczynała się rozmowa, zawsze na ten sam temat.
— Wyście obie rozum miały — mawiała, przygryzając usta do krwi — a ja durna poszłam za tego pijaka niedbałycię[3]... Oj, biednaż moja hołowońka! Żebym ja była panicza posłuchała, to on sam byłby się domu trzymał... Jabym była panowała, jabym była z kluczami chodziła, jak pani jaka... A tak jego niema orła jasnego, tylko ten pijanica ohydny, który mi już obmierził i świat ten Boży i to słonko jasne.
Sąsiadki, przyjaciółki pocieszały ją jak mogły:
— Nie płacz, rąk białych nie łam. Weź się do roboty, zarobisz trochę grosza i znowu sobie sprawisz spódnicę z galonem...
— Idź na łań do żyda — wołała, wybuchając śmiechem ironicznym Pałanka — żyd płaci co soboty, szabasu nawet nie szanuje.
— Niedoczekanie ich! — odpowiadała z oburzeniem Jeryna — niedoczekanie tym nechrestom, tym psim synom... Wolę już z głodu przymierać, niż żydom robić... wolę, wolę!
— A spódnica z galonem — szeptała jej kusząco Kseńka.
— Cóż wy myślicie, że mnie o sam galon chodzi... waryatki wy obie! Wam się zdaje, że mnie tylko kraśnej spodnicy brakuje? Pek ta cur na was![4] A choćbym i miała stroje nad strojami, to do kogo się w nie ubiorę? Do tego pijaka, do neluba?[5]
— Ha! ha! ha! Alboż to u nas w Hołczyńcach niema już żwawych parobków? — przerywała jej, śmiejąc się cynicznie Pałaszka. — Popatrz, za mną co niedzieli z cerkwi całe stado biegnie. Mój stary aż pęka ze złości, to i cóż mi zrobić może? Teraz wolność!...
— Giń i przepadaj z takimi żwawymi chłopcami — wybuchała gniewnie Jeryna. — Śliczne chłopcy, albo mu mleko jeszcze pod nosem widać, albo śmierdzi dziegciem na pół mili. Ot tobi myłenkij!
— Bierz takiego, jak niema innego!
— Prawdę mówi Jeryna — wtrącała Kseńka — co było starszych, co praworniejszych, to za Dunaj pognali... Tam poszli na pohybel, na śmierć marną...
— Co mi tam, ja i po nich nie płaczę — kończyła lekceważąco, machając dłonią Jeryna. — Mnie żal tylko jednego, panicza złotego... On to miał oczy jak zirnyci, a liczko jak obraz w cerkwi. A ja głupia, słuchać go nie chciałam... Popa mi się zachciewało... popa brodatego i korowaja rumianego.
Lamenty takie godzinami całemi trwały i kończyły się tem zazwyczaj, że na odchodnem, cyniczna i najbardziej zepsuta Pałaszka, żegnała Jerynę temi słowy:
— Czekaj! czekaj! przyjdzie jeszcze ta godzina, że ci twój pijak tak obrzydnie, że poszukasz sobie innego... Spiesz się, czasu szkoda... Patrz na mnie.
— Nie! nie! — wołała za odchodzącemi Jeryna i wybuchała gwałtownym, spazmatycznym płaczem.


Przypisy

  1. smereka, świerk.
  2. zoreńka, gwiazda.
  3. nedbałycia, niedbalec.
  4. Zaklęcie ludowe, pogańskie jeszcze.
  5. nelub, niemiły.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.