Historya prawdziwa o Petrku Właście palatynie którego zwano Duninem/Tom I/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historya prawdziwa o Petrku Właście palatynie którego zwano Duninem
Podtytuł Opowiadanie historyczne z XII wieku
Data wydania 1878
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron



VIII.



W komnacie Zamku Krakowskiego, na złoconém krześle, siedziała lat średnich pani, wzrostu, jak na niewiastę, wyniosłego dość, twarzy przeciągłéj, oczu czarnych, cery zżółkłéj, ni piękna ni brzydka, ni młoda ni stara, z wyrazem gniewnéj dumy na czole i w wejrzeniu. Strojna była w powłoczyste szaty jedwabne, bogate, tak jak się ubierają niewiasty, które o wdzięku swym nie myślą albo oń nie dbają, lub go nie rozumieją — bo wiedzą że mają go czém zastąpić. —
Szata zsuwała się jéj z jednego ramienia, włos rozplątywał na jednéj skroni, pas zchodził z biodr, płaszcz opadał — nic się ją to nie zdało obchodzić. Chude, kościste ręce z pod długich wystające rękawów, prawie męzkie miały kształty; noga co się z pod rąbka sukni wysuwała była duża, płaska i silna. Coś męzkiego miała w rysach, ale brzydką nie była. Gdy twarz jéj zapałała ogniem, oczy się zaiskrzyły, usta ścisnęły, gdy nakazując wyprostowała się dumnie, chcąc okazać swą siłę, jeśli nie wdzięku nabierała mocy jakiéjś, któréj się oprzéć było trudno.
W wejrzeniu jéj oczu, naprzemian to gorącość jakaś niecierpliwa, to wzgarda, to straszna duma przebłyskiwała. — Ruchy miała majestatyczne, jakby wyuczone, a jednak żywe i gwałtowne.
Była to księżna Agnieszka.
Naprzeciw niéj, na ławie okrytéj, z rękami założonemi siedział mąż jéj ks. Władysław. Osobliwy miał w téj chwili wyraz twarzy, która się często zmieniała, znękany, zrezygnowany, zastygły. Oczy zwracał to na małżonkę, to na ziemię, to niby szukał niemi czegoś po ścianach, znaleźć nie mogąc. Zapatrywał się pilnie w gwóźdź błyszczący u krzesła księżnéj, w ścianę, w okno, unikając spojrzenia na żonę. Dwoje ich widząc tak razem niepotrzeba było wielkiego wróżbita, by odgadnąć kto z nich rządził, a kto słuchał, kto był czynną siłą i bierném narzędziem. Zahukany książę, czasem miał błyski własnéj woli, ale ta rychło odparta chowała się do głębi. — I w téj chwili wytrzymywał napaść gwałtowną.
— Wahasz się jeszcze, wahasz zawsze, wołała księżna Agnieszka, rzucając na swém siedzeniu — a czas upływa najdroższy. — Trzeba poczynać a śmiało. Król ojciec twój zdał ci nad państwem zwierzchnią władzę, kędyż ona? Ty nie masz żadnéj. Tyś sam, jeden, ich czterech, niech popodrastają, wzmogą się, obalą cię i wygnają. —
— To nie może się stać! rzekł Władysław — nie może nigdy.
— To się stanie, jeśli się ich nie pozbędziesz zawczasu, wołała księżna. Nie chcę cię znać, nie chcę się zwać twoją żoną, jeśli nie masz panem być, a na łasce panów braci siedzieć udziałowém książątkiem. Poszłam tu sądząc że królować będę nie słuchać! Wstyd mi! srom mi!
Książę milczał trochę.
— Stanie się po twéj woli, rzekł, gotuję się! Nie mogę sam wystąpić — czekać muszę.
Spojrzał ku niéj jakby litości błagając. Agnieszka powstała z krzesła, stanęła na podnóżku, wyciągnęła rękę do męża i poczęła głosem gniewnym.
— Gnuśnik jesteś! do niczego! kądziel ci prząść nie berło trzymać. — Gdyby nie ja siedziałbyś bezczynny w kożuchu, lub krył się po lasach nie myśląc o sobie, ażby cię bracia wygnali. —
— Bracia! bracia! powtórzył książe obojętnie. —
— Tak — ty ich masz za braci, rozśmiała się Agnieszka, a oni ciebie nie mają za brata. Po ojcu bracia nie po matce?! Co za braterstwo? Takich samych braci dziadowie twoi sadzali do ciemnic, i wyganiali precz[1] — Co znaczy państwo pokrajane na kawały — żywe nie jest, trup to jak i ty. —
— Chcąc to uczynić do czego mnie naglisz, odezwał się Władysław spokojnie — mimo woli ojca mego, — potrzeba czasu. —
— Mimo woli ojca? podchwyciła Agnieszka. — Ojciec chciał ażebyś panował; nie mógł ci powiedzieć, idź i wyżeń ich, ale ci dał stolicę i prawo pierworodztwa, któregoś sam użyć powinien, jeżeli mężem jesteś!
— Użyjemy tego prawa! użyjemy! zaprawdę — odparł Władysław głowę spuszczając — trzeba czasu tylko, czasu. — Nie w porę poczęta sprawa w niwecz pójdzie. —
— Nie w porę! pora dawno minęła! zakrzyknęła księżna. — Dnia, godziny niema do stracenia.
Książe nieznacznie drgnął ramionami, rozstawił szeroko dłonie, i milcząc, potrzymawszy je tak chwilę, zacisnął rozpaczliwie.
Agnieszka widząc tę obojętność już się na krześle utrzymać nie mogła, skoczyła z podnóżka, zaczęła chodzić, suknię powłócząc za sobą, miotając rękami, rzucając rękawy.
— A! zawołała z goryczą, zaprawdę mi wstyd żem ja, Cesarska siostra, szła za ciebie coś się na parobka rodził nie na króla. —
Książę głową tylko poruszył, z piersi coś mu się jak jęk wyrwało.
— Ja tego upokorzenia nie strzymam, — ciągnęła daléj, ja porzucę cię, ja tak żyć nie mogę. Azali ty oczów nie masz że oni ze swą matką, z Palatynami, z Biskupami spikali się i spikają na ciebie? Czekaćli masz aż się, upatrzywszy chwilę, rzucą i wygnają precz? — A — to nastąpi — to przyjdzie! gdy my ich nie uprzedziemy. Silniejsi są niż ty i rozumniejsi niż ty — przezorniejsi niż ty. —
Pod gradem tych wyrzutów książe siedział ze spuszczoną głową milczący, jak człowiek co się niema gdzie schronić przed ulewą; spoglądał czasem w okno, jakby na pomoc wzywał kogoś, stękał, rozpościerał ręce i składał, ruszał się jak do wyjścia i siedział. W ostatku dopiekło mu znać, za głowę się pochwycił.
— Dość że już! zawołał — dość! czynię co mogę! czynię co chcesz! a jeśli to źle wyjdzie tobie i dzieciom naszym, nie ja winien będę, nie ja, Bóg mi świadek!
Agnieszka przyskoczyła doń ze śmiechem szyderskim.
— Źle nie wyjdzie gdy mnie posłuchasz! Śmiało, z góry, nie zwłocząc uderzyć na nich potrzeba.
— Niechże nadciągnie Ruś! każdéj godziny się jéj spodziewam, rzekł książe.
— Nim ona przyjdzie ślij do nich, przerwała Agnieszka — aby się poddawali. Gdy Ruś przyjdzie z Połowcami uderzymy na krnąbrnych, dziś ze swemi już poczynać można i trzeba.
— I nim tamci w pomoc pospieszą, oni się zwalą na mnie! rzekł Władysław głową potrząsając.
— Zwalą się jeśli cię poczują wahającym i bez siły — zlękną się gdy okażesz męztwo. Ja niewiastą jestem a nie zlękłabym się ich — ja! a ty!
Plunęła na ziemię. Wtém u drzwi kroki słyszeć się dały — księżna obróciła głowę, poznała już kto szedł i lice się jéj rozjaśniło. —
Na próg wchodził, bez oznajmienia i pokłonu, Dobek, jako domowy, poufały sługa. Wejrzeniem zmierzył księcia i księżnę, poznając z rozognionych twarzy, co się tu odprawiało. Agnieszka wzrokiem dała mu znak jakiś niecierpliwy.
— Poselstwo przybywa — mruknął szydersko — ho! poselstwo!! nielada! Rozśmiał się cicho — Palatyn Petrek w półtora sta ludzi, jak udzielny książe raczył nawiedzić pana naszego. Zajechał sobie do miasta na biskupstwo, i oto przysyła pytań ażali może czołem uderzyć!
Na wspomnienie Petrka rzuciła się księżna, książe drgnął i z siedzenia wstał, ale czekając na to co powie małżonka, ust nieśmiał otworzyć. —
— Ciekawam z czemże to przybywa? odezwała się Agnieszka, bo że z pustym pokłonem i podarkami nie zjechał — to pewna! Wszak to przecie opiekun książąt młodych, ich prawa ręka, nieboszczyka króla powiernik, on co z biskupy ten głupi testament układał... Bo to jego sprawa! Przyszedł podpatrywać co się tu dzieje?
Dobek przypatrywał się z głową spuszczoną znów siedzącemu Panu, który milczał. Agnieszka się téż zwróciła do niego.
— Gościa takiego od wrót odegnać się nie godzi! zawołała — ale ja, panu memu z nim sam na sam rozmawiać nie dam! Petrek mądry zrobi z nim co zechce! Niech przybywa, będziemy go przyjmowali oboje! Zobaczemy co zaśpiewa!
Nogę na nogę założywszy Dobek stał czekając w progu, o ścianę się oparłszy wygodnie jakby tu nie sługą był ale panem. Z pod oka spoglądał na księcia, wyzywając go do odpowiedzi.
Książę na chwilę poruszony znów popadł był w obojętne milczenie i zadumę.
— Na odpowiedź czekają! odezwał się Dobek.
— Niech przybywa — zawołała księżna, dla czegóż odkładać a z poddanym się nosić jakby on tu jakimś panem był? Toć sługa, niech się stawi.
— Niech się stawi! zamruczał książę chłodno.
Dobek popatrzał jeszcze na pana, potém wejrzenie zamienił znaczące z Agnieszką, która pogardliwie ramionami ruszyła, i wyszedł zwolna. Zaledwie się za nim drzwi zamknęły gdy i książe wstał, chcąc odejść. Wyciągnął się, w okno spojrzał i wolnym krokiem, kołując, niby od niech ce nia[2], zmierzał do drzwi.
— Zostaniesz ze mną, tu, sama nie chcę przyjmować Petrka, a wam go téż samemu widziéć nie dam.
Książę zawrócił się i usiadł pomrukując. Zamilkła małżonka. Milczenie to dolegało widać księciu, gdyż po raz drugi wstał i ku drzwiom zmierzył, a choć Agnieszka zawołała nań, nie odwrócił się. Doszedłszy do nich otworzył podwoje, wychylił się na wpół, i do stojących komorników, zawołał.
— Janko? a psy moje jadły?
— Karmione.
— Dawano już ptakom?
— Tylko co żer miały.
— Nosi Rabczuk Kobuza? żeby mu spać nie dał?
— Poszedł z nim gdzie największa wrzawa, odparł zapytany. —
Książę ziewnął. — Idź mi chorego konia zobacz, co mu dzik nogę przeciął.
To powiedziawszy zamknął drzwi i na ławę padł wyciągając się i ziewając — księżna chodziła niecierpliwa, rozgorączkowana. Okna izby dawały na podwórze zamkowe, aż ku głównéj bramie. Właśnie się z niéj wychylał orszak Petrka, na którego czele jechał pułkowódzca we zbroi świecącéj, z buławą żelazną w ręku, któréj głowa ostrzami kolczystemi nasadzaną była. Na hełmie u góry spiczastym miał pęk piór, a koń pod nim szkarłatem okryty, stąpał dzielnie. Za nim po trzech jechała drużyna, wszystka we zbrojach i kolczugach z mieczami u kolan; Chorąży ze znakiem, dworzanie, za niemi sam Petrek, którego poznać było trudno, kto go tylko doma widywał.
Ten co powszednich dni chadzał w ladajakiéj siermiędze, strojny był i po książęcemu odziany. Szyszak miał na głowie złocony, płaszcz obramowany purpurą i złotem, ostrogi długie złociste, szaty spodnie przetykane nićmi złotemi, świecił cały od tego złota. Koń pod nim szedł siwy, gruby, silny, stąpając jak w tańcu, przerzucając nogami i żelazo w pysku przeżuwając niecierpliwie.
Około wnijścia dworca, w jednéj chwili zrobiło się tłumno, bo kto żyw biegł patrzéć na orszak Petrka, a księżna się odezwała.
— Patrzno! patrz! ty tak nie możesz wystąpić jak ten włóczęga co się krwią i zdradą zbogacił! pochlebstwem ojcu waszemu w łaski wkupił!! Hultaj! umyślnie się tu tak pysznie stawi aby nas wstydził i upokarzał! Za to jedno by głowę dać powinien!
Książe spoglądał ciekawie, ale wcale po nim znać nie było, ażeby tak bardzo brał do serca wspaniałość orszaku Palatyna, widok ten bawić się go zdawał.
— Konie, psy, sokoły ma doskonałe! to prawda! zamruczał cicho. Agnieszka się uśmiechnęła, poszła krokiem powolnym do krzesła swojego, usiadła na niem, układając twarz i szaty, marszczyła brwi, gniewną była.
Księciu siedzącemu na ławie, wskazała obok siebie siedzenie. Dobek, jako marszałek, z laską pozłocistą w ręku, gościa do drzwi prowadził.
Petrek wszedł poważnie, zwolna, naprzód się panu nizko, do ziemi pokłonił, potém Agnieszce już nie tak pokornie.
Wybąkał kilka słów powitania, a gdy Władysław, nader uprzejmie począł go pozdrawiać, uśmiechając mu się, szepnął że dla ważnéj sprawy radby mieć posłuchanie.
Księżna to usłyszawszy, wskazała Dobkowi i komornikom, aby ustąpili precz, dwór téż Petrka pokłoniwszy się odszedł do pierwszéj izby. Zostali sami.
Petrek jeszcze się wahał czy miał mówić. —
— Miłościwy panie, odezwał się do Władysława, sprawy ziemi naszéj główne, przystałoby na osobności odprawiać. —
Zaledwie dokończył, gdy księżna z twarzą zaczerwienioną, podnosząc się z siedzenia, zakrzyknęła.
— A jam ci to co jest? Przecie dzielę z księciem stolicę i panowanie?
— Tak, miłościwa pani, rzekł Petrek, ano w sprawach męzkich nie ma u nas zwyczaju aby niewiasty uczestniczyły, dopóki nam Bóg pana zdrowego i żywego chowa. Z nimby nam mówić sam na sam przystało. Gdyby, co niech niebo odwróci, odjął nam go Bóg, tak samo bym do miłości waszéj, jako do paniéj szedł i jéj słuchał.
Władysław w czasie téj mowy, twarz miał jakoś tak dziwnie ułożoną, iż poznać po nim trudno było czy to pochwalał czy ganił. Agnieszka piorunujący wzrok rzuciła na zuchwalca i, zerwawszy się z siedzenia, milcząc wybiegła z komnaty.
Łatwo się było domyślać że pozostała niedaleko na straży.
Petrek dumał chwilę.
— Miłościwy panie, rzekł, nie od siebie ja tu przychodzę, ale ode wszystkich ziem twoich, strwożonych bardzo. Mówią i głoszą a roznoszą wszędzie że chcecie złamać wolę nieboszczyka ojca, któréj ja byłem żywym świadkiem. Nie tajno że wojnę zapowiadacie braciom. — Panie miłościwy, przychodzę was błagać abyście tego nie czynili, przez miłość dla ojca pamięci, przez miłość dla was i dzieci waszych...
Książe słuchał jak osłupiały, widać było że się kogoś po za sobą lękał. Wodził oczyma, nie pewien był co powie. —
— Jeżeli się to ziści czém nam grożą, dodał Petrek, będziecie mieli nietylko braci przeciwko sobie, ale ojców pasterzy duchownych i ziemian wszystkich. —
Władysław coś niezrozumiale pomrukiwać zaczynał. —
— Hm? A ktoż to te wieści roznosi? rzekł — kto to wam mówi o tém?
— Na okół wszyscy wiedzą żeście słali na Ruś o posiłki — odezwał się Petrek.
Władysław głową dał znak potwierdzający. Namyślał się jeszcze. Po za nim stała żona, która go słuchała pewnie. — Począł zwolna i ozięble.
— Ale bo, tak jak jest to nie może trwać! nie — nie może. Ja sam powinienem być panem — a nie jestem niczém. Panowie bracia się zjeżdżają, radzą, spiskują, chcą mnie wygnać a dzielnicę krakowską zagarnąć. —
— Miłościwy panie! zakrzyknął gorąco Petrek, zaprawdę fałsze wam donoszą. Głowę moję stawię na to. Bronić się chcą książęta młodzi a nie napastować, nie wam grozi zagłada ale im, Władysław głową wstrząsnął.
— Król ojciec, odezwał się nie na co innego dał pierworodnemu Kraków tylko na to ażeby panował. Ja chcę panować — i będę...
Mówił to co go wyuczono, ale tak ozięble, jakby go niewiele panowanie obchodziło, iż pilno mu było tylko co rychléj nudną dokończyć rozmowę.
— Petrku mój — dodał — dość już tego, dość — ty ze mną nie z niemi trzymać powinieneś! Rozumiesz, tyś mój!
— Jam wasz! wasz! miłościwy panie — podchwycił Palatyn, alem wprzódy poprzysiągł ojcu waszemu że jego woli ostatniéj spełnienia będę pilnował i strzegł. Wolą jego było ażeby każdy z braci na swéj dzielnicy spokojnie siedział. — Nie narażajcie się, miły panie, na nieszczęście. — Biskupi szemrzą i grożą — duchowieństwo mieć będziecie przeciw sobie!
Władysław poruszył się niespokojnie, Petrkowi dał znak ręką aby zamilkł, a ruch ten był jakiś tak dwuznaczny, iż Palatyn zdziwiony umilkł na chwilę. — Nagle zasłona się podniosła, odrzucona gwałtownie i gniewna wbiegła Agnieszka. Nie spojrzała na Petrka ale na męża.
— Dość téj rozmowy, zawołała — dość! z poddanym się mówi jedno — tak chcę! tak ma być! Nie spiera się pan ze sługą! Słuchać powinien podwładny! Kto panuje ten się nie tłumaczy z tego co czyni! Dość rozpraw! Uczynicie co się wam zda — kto nie rad, niech głowy strzeże!
Mówiąc to chwyciła męża za suknię i pociągnęła go za sobą, książe się zwrócił do Petrka, jakby chciał rzec — widzisz żem niemocen? Cóż pocznę?
Palatyn jak stał, skłonił się milcząc i wyszedł powolnym krokiem. Zaraz w progu drugiéj izby spotkał czyhającego już nań Dobka, który oburącz się w boki wziąwszy, z góry nań spoglądał i śmiał się usta przekrzywiając. I on i służba, widać wyuczona szydziła i przedrwiewała półgłosem, — tak że Petrek słyszeć mógł iż z niego żarty czyniono. A, choć człek porywczy, hamować się umiał gdy trzeba było pogardą zbyć niższych od siebie.
Przez całą drogę do wyjścia, jakby z rozkazu stojąca gawiedź dworska szeregiem, przepuszczała idących przez rózgi złośliwych i obelżywych wykrzyków.
Petrek zdawał się nie słyszeć nic — chciano go, znając, wyzwać i zmusić aby się porwał, Dobkowi ludzie, nasadzeni w znacznéj liczbie, byliby go zgnietli i w rozruchu zabili może.
Ale Palatyn ani patrzał na nich, ani chciał widzieć, Jaksę sobie do boku zawołał i głośno z nim mówiąc, głuszył wołania gawiedzi. Dobkowi, jakby go nie postrzegł, ani ruszył głową, minął jak służalca. Wolnym tak krokiem dobił się do ganku, kędy konie stały, a choć hukaniem i śmiechami za nim goniono, ni drgnął, ani okazał że wie o tém.
I znowu tak samo jak przybył, z orszakiem w porządku, z półkowódzcą na przedzie, ze znakiem, z wspaniałością i powagą, pociągnął ku wrotom zamkowym, głowę pysznie podnosząc do góry. — Zjeżdżali z Wawelu, a jeszcze na wałach śmiechy słychać było i wołanie — Rabów syn! Porabek[3]! Zbój! i t. p.
Jaksa bladł to czerwieniał słuchając. Trudno się było utrzymać nie dobywszy miecza, ano sam Petrek hamował. — Babska to sprawa! Ja z babami nie wojuję! Książe tak utrapiony jako ja, niewinien nic! Cierpliwości! przyjdzie godzina że się tego pomścimy. Dziś nie pora!
Mówił spokojnie a drgał cały na siodle, pot mu się lał z czoła, rozum brał górę, choć w piersiach gniew wrzał straszny.
— Nasz książe niewinien — powtarzał — ja go znam! Ale i niewinni pokutują! Gdy wicher łby zuchwałym dębom zrywa w lesie, padają i pokorne!
Tak miarkując się dojechali na biskupstwo, a Petrek z konia zsiadłszy na ławie spocząć musiał w podwórzu, nim poszedł daléj, tak mu nogi podcięło. —
— Niema już ratunku! szepnął — niema!
Poselstwo spełzło na niczém, i dłużéj tu trwać nie było po co. — Petrek z rady Biskupa Ruperta postanowił jeszcze duchownych i ziemian zwoławszy, wyprawić ich do księcia, choć sam wątpił aby i to mogło skutkować. —
Nazajutrz szaro jeszcze było, Palatyn spał, gdy Jaksa, który czuwał nad nim, zbudził go. Chłopię jakieś niepozorne przybiegło z Zamku, opowiadając się że posłane było od księcia. — Zadziwił się tajemnemu poselstwu Palatyn.
— Miłościwy pan, przysłał mnie, szeptało drżące pachole, ażeby wam oznajmić że wyjedzie wkrótce na łowy wielkie, a może z tych łowów i do was, do Wrocławia nawróci, abyście się go spodziewali.
Potajemne to oznajmienie, pocieszyło nieco Petrka; rozmyśliwszy się jednak, po odejściu chłopca, który dostał dar książęcy — rzekł sobie w duchu.
— Biada już tam, gdzie się potajemnie przejednywać trzeba, jawnie powaśniwszy, z obawy jednéj niewiasty!
Na niewiele się łowy przydadzą!.. Tegoż dnia Petrek, już na zamek nie zaglądając, z całym swym orszakiem, o białym dniu, pod znakiem po pod wałami zamku przeciągnął, nazad wracając do domu.
Nie było już żadnego więcéj niebezpieczeństwa, gdy tedy za Kraków odjechali, Jaksa sobie starego przypomniawszy Zaprzańca, zapragnął go na zamku jego odwiedzić.
— Miłościwy panie — odezwał się do Petrka, obok którego jechał, jeżeli ja wam niepotrzebny w drodze, radbym ztąd wskoczył do Pieskowéj Skały, bom się tam obiecał staremu, którego i wy znacie. Pokłon mu należy od młodszych, bo dużo cierpiał i od losu i od swoich.
— Zaprawdę! zawołał Petrek — dobra myśl, ale i jam rad nawiedzić Żegotę! Weźcież i mnie z sobą? Najedziemy go w jego gnieździe na wyżkach. O owéj górze i grodzie nasłuchałem się wiele, a w oczym ich nie widział jeszcze.
— Królewskie to grodzisko, tylko je sobie Zaprzaniec u nieboszczyka Krzywousta wyprosił, że mu je puścił, aby sobie na odludziu jak pustelnik siedzieć mógł, a w majętności własnéj o braci się nie ocierać. —
— Jedźmy do Zaprzańca!
Ochoczo bardzo myśli téj uchwycił się Petrek, ale, wedle obyczaju swojego, rad był zaraz i zbytniego się zbyć orszaku i owych sukni paradnych i wszystkiego co go otaczało i co mu ciężyło. Kazawszy więc ciągnąć pułkowódzcy swemu z końmi wprost do Wrocławia, sam z małym pocztem, w kilka koni, z Jaksą, nawrócił w dziką ową dolinę wśród któréj im Pieskowéj Skały szukać było potrzeba.
W owych czasach kraj to był daleko jeszcze pustynniejszy niż dzisiaj, choć niemniéj piękny. Ludzi owego wieku raził on dzikością swoją.
Do koła stały lasy nieprzebyte, nietknięte siekierą, gąszczami zbitemi podszyte, ciche, milczące, straszne, zaludnione zwierzem i widmami. Osady w okolicy były rzadkie, a ci co się w nich kryli, niegościnni dla podróżnych, zuchwali i niebezpieczni. — Po pieczarach mieszkali zbóje, którzy wybiegali na gościńce. Dróg najczęściéj potrzeba było szukać brzegami górskich potoków, głębiami mrocznych parowów. Na stokach gór ledwie dostępne były ścieżyny przez trzody powydeptywane. Zwierza prawie na każdym kroku spotkać było można, bo mu się tu skryć i zbiedz od pogoni łatwo było.
Rzadko inaczéj podróżni jak gęsiego jechać mogli, przodem puszczając tego co drogę znał, i za nim ciągnąc po wązkiéj, wodami powyrywanéj ścieżynie. W miarę jak się ku Sułoszowéj zbliżali, góry coraz wyższe, z odrapanemi gdzieniegdzie stromemi boki otaczać ich zaczynały. Naostatek wjechali w dolinę, wśród któréj na stroméj górze, a u samego jéj wierzchołka gródek się wznosił. Ale ztąd ani go widać było wpośród zarastających drzew, ani rozróżnić od saméj góry jakby z kamienia litéj.
Naprzód, na straży zamku stojąca, ukazała się im Skała Sokola, niby słup ręką duchów uciosany, oderwany od innych skał, osamotniony i nagi.
Ztąd widać było dróżynę wijącą się ku górze i gródkowi, ale tak stromą, tak ślizgą, że konie na dole zostawiwszy, Jaksa z Petrkiem i dwojgiem czeladzi, pieszo się na nią wdzierać poczęli.
Popsuta przez wody i strumienie deszczowe ścieżka, pełna złomków kamieni, dziur i wybojów, znużyła ich pochodem, który trwał dłużéj daleko niż rachowali.
Nierychło dostali się do wierzchołka. Tu, niewidoczna z dołu brama, oznajmiła im że u celu stanęli[4]
Z głazów ogromnych nieforemnie zrzuconych zbudowana, gdyby nie wrota w niéj osadzone, nie wydawałaby się dziełem ludzkiéj ręki, ale jakiemś dziwactwem natury.
W bramie stróż siedział jeden, oszczep koło siebie złożywszy, z trąbką na sznurku, a że mało kto kiedy na zamczysko zaglądał, bawił się strugając sobie coś z drzewa. Niepomału się zadziwił dwu podróżnych zobaczywszy, wstał szybko i za oszczep jakby do obrony ująwszy, cofnął się żywo ku furcie.
Ani się z nim rozmówić było można, tak jakimś połamanym językiem niezrozumiale bełkotał.
Przecież na hałas u wrót wyszedł drugi z czeladzi i przybyłych gości do środka wprowadził.
Miejsce to na którém późniéj stanął ów sławny zamek Zaprzańców, pustką jeszcze było jak cała okolica. Otaczał je lichy wał, którego do obrony tak skalistéj i stroméj wyżyny starczyło. Nie było warowni żadnych, tylko pod wałami wewnątrz długie szopy stały, a wpośrodku rodzaj dworu na kamiennym podmurku, z drzewa grubego sklecony.
Zaprzaniec wzniósł wśród tych zarośli i łomu kamieni, ogromny krzyż drewniany, który ztąd okolicy panować się zdawał. Tu on, świata się wyrzekłszy, żył osamotniony. Gdy bracia się go i rodzina zaparła, mamkę tylko, która go ocaliła wziął do siebie, a na pogardę rodowi ożenił się potém z prostą, ubogiego bardzo ziemianina córką. Tu z nią się zawlókł na pustynię żyjąc, nie jako stanowi jego przystało, ale jako prosty człek, dla siebie samego. Chociaż majętności odzyskał wielkie i dzierżawę od króla nieboszczyka nadaną znaczną, wsi i osad kilkadziesiąt, choć dochody miał bogate, w okolicy w któréj wszyscy niemal z braćmi jego powiązani byli żyć nie chciał, stronił od sąsiadów, zamykając się na swéj skale.
Wymykał się ztąd tylko na łowy, które lubił wielce, albo do daléj mieszkających ziemian jak Petrek, w Krakowskiem z nikim przestawać niechcąc.
Gospodarstwo się wiodło u Zaprzańca osobliwe, bo on sam wiele świata i ziem widział, wiele się rzeczy napatrzył, siła miał doświadczenia i rozumu, a z prostymi ludźmi najwięcéj przestawał, prawiąc że z niemi się czuł bezpieczniejszym. Lud téż wszelki na okół bardzo go miłował, jak do wodza i obrońcy swojego szedł, we wszystkich potrzebach i dolegliwościach. — Na zawołanie jego nie było biednego człeka, któryby nie biegł wnet, rzuciwszy wszystko, i możni bracia a ich druhowie musieli się go obawiać. —
Gdy na zamek weszli zastali Zaprzańca z żoną siedzącego na ławie u drzwi téj szopy, która dworzec ich stanowiła. Żona przy nim wyglądała gdyby córka, bo była młodą i hożą, dwoje dzieci bawiło się przy nich w jednych koszulinach, boso między kamieniami i krzakami biegając.
Ogromne psy, wśród których dzieci bezkarnie się zwijały, zoczywszy obcych, rzuciły się na nich całą czeredą i gdyby ich nieodwołano i nieosmagano, jak dzikim, drapieżnym zwierzętom, trudnoby się im obronić było.
Żona odziana była jak prosta wieśniaczka, ale w cienką bieliznę, bursztyny i korale, namitkę białą miała na głowie i fartuch przypasany, jak do roboty. Wstała silna niewiasta i popatrzywszy trochę, wnet się skryła do wnętrza, zostawując męża z gośćmi samego.
Petrek przodem szedł witać, którego, równie jak Jaksę, poznawszy zaraz gospodarz, rękami otwartemi przyjmował.
— Bądźcież mi pozdrowieni, wy coście się skały méj nie ulękli! zawołał.
Poczęła się tak rozmowa w podwórzu zaraz i zaprowadziła ich do wnętrza. Dwór wewnątrz na kilkoro części był podzielony, w lewo do swoich izb powiódł gości Zaprzaniec. Izby nizkie były, okopcone, a niepozorne, z ławy kamiennemi i ogniskami wpośrodku. Sprzętu w nich widać było mało i prosty, przybory do łowów, rybołostwa i jazdy. Dopiero w osobnéj komorze, którą Żegota swoją nazywał, mieli się czemu przypatrzéć... I ta nie była wytworną, ale tu zgromadził gospodarz owoce swoich długich wędrówek po świecie, odzieże osobliwe, tarcze, miecze, noże, łuki saraceńskie, normandskie, gallijskie, włoskie, greckie i na dalekim używane wschodzie. — Misternie wyrabiana stal ze złoceniami, rogi różnych zwierząt osobliwe, skóry i futra nieznanych bestyi, pióra ptaków jak gdyby malowane, opończe z tkanin ciężkich, wszystko to okrywało ściany i zwracało oko, tak że się tych bogactw napatrzyć nie było można. A miał na każde zapytanie o te łupy odpowiedź gotową Zaprzaniec, jak i gdzie ich dostał i czém je opłacił.
Więc Petrek szczególniéj, który choć sam się w zbytkach nie kochał dla siebie, ale wszelkiéj rzeczy ciekawy był, nie mógł się nasycić oglądaniem skarbca tego.
Szczęściem dla Zaprzańca, gdy do kraju przybywał a w ręce braci popadł, wszystkie te zdobycze jeszcze w miejscu bezpieczném złożone były.
Nagadawszy się o dalekich podróżach Zaprzańca, który w małém kole, rad o nich rozpowiadał i ożywiał się staremi wspomnieniami; mowa się zwróciła na teraźniejsze czasy. A że Petrek nie taił iż z Krakowa od księcia powracał, Żegota go zapytał coby wiózł z sobą, nadzieję pokoju czy groźbę wojny?
— Wojny! wojny! — odparł Petrek wzdychając, — a wojnie téj kądziel zamiast buławy będzie hetmanić — książe pono nie bardzo jéj chce, ale Cesarska siostrzyca gwałtu pragnie zdobyć sobie koronę. Cała nadzieja nasza że gdy się od kądzieli pakuły zapala, rychło spłoną. —
— Mylisz się, miły bracie — odparł Żegota, najupartsza to wojna gdy w niéj niewiasty żołnierzami. Za podwiką idą szalejąc mężowie, a gdy sami nie poczynali nie będą téż wiedzieć kiedy kończyć. Niewiasta zaś nieubłaganą jest i nienasyconą.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki lub następny wyraz (Co) winien być małą literą.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – niechcenia.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Najprawdopodobniej błąd w druku i i winno być Parobek.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.