Gwiazda przewodnia/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jeanie Gould
Tytuł Gwiazda przewodnia
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Druk Drukarnia „Głosu Narodu“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Hartingh
Tytuł orygin. Marjorie’s Quest
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.

Nazajutrz rano, po śniadaniu, zajechały sanki babci Livingstone przed dom sędziego Graya. Zacna staruszka postanowiła sama odwieźć Marjorie do zakładu. Zastała ją stojącą przy kominku w bawialnym pokoju, bladą bardzo, ale spokojną i jakby zrezygnowaną, z dawnym wyrazem cierpienia, wyrytym na twarzy. Regie, wypiwszy śpiesznie herbatę, uciekł uczyć się lekcyj, skróciwszy o ile można, pożegnania, a sędzia, ucałowawszy gorąco dziewczynkę i pobłogosławiwszy, odszedł do swoich zajęć, przyczem wsunął jej do rączki złocistą pomarańczę i rumiane jabłuszko.
— Czyś gotowa, Margie? — spytała babcia, uśmiechając się zachęcająco dla dodania jej otuchy. — A rzeczy jej czy spakowałaś, Rachelo? Ale prawda, ta sukienka przyda się jej tylko do wyjścia. W zakładzie musi nosić mundurek.
— Włożyłam tylko bieliznę do jej tłumoczka — odparła miss Gray. — Ale nie dałam jej tego tyftykowego szalu, który miała na sobie, gdy mój brat pierwszy raz ją zobaczył. Nie przydałby jej się na nic; odłożyłam go więc na bok. Zresztą — dodała ciszej — jest to przedmiot tak piękny i drogocenny, że nie rozumiem, skąd ona mogła go dostać.
— Hm! — szepnęła babcia zamyślona. — Pokażesz mi go innym razem. Śpiesz się, maleńka! Stary nasz Wojciech marznie na koźle.
Miss Rachela czule ucałowała Marjorie, która swoją słodyczą i uległością podbiła niechętne ku niej z początku serce dobrej cioci.
Mimo niektórych dziwactw swoich, miss Rachela była bardzo dobrą i szczerze pokochała sierotkę.
Gmach, w którym się ochrona mieściła, stał na wzgórzu, górującem nad całem miastem. Był to duży murowany budynek z mnóstwem okien, błyszczących w porannem słońcu. Czysto ubrana odźwierna otworzyła drzwi i poprowadziła panią Livingstone wraz z towarzyszącą jej nieśmiało Margie wzdłuż długiego korytarza, na którego końcu znajdował się mały pokoik przełożonej.
— Ach! to pani, droga mistress Livingstone — zawołała uprzejmym głosem dozorczyni. — Nie spodziewaliśmy się pani tak wcześnie. Więc to jest ta mała protegowana pani?
Marjorie przywitała się nieśmiało i spojrzała w twarz dozorczyni, myśląc sobie w duchu, że nigdy w życiu nie widziała równie otyłej osoby. Miss Brooks, pomimo olbrzymiego wzrostu i tuszy, która utrudniała jej ruchy, miała jednak twarz bardzo łagodną i dobrotliwą.
— Jakże ci na imię, moje dziecko? — spytała.
— Marjorie.
— A co to masz na ręku?
— To jest Dolcia, proszę pani.
— Bardzo piękna lalka. Patrz, jakie tu dobre schowanie mam dla niej. — To mówiąc, otworzyła szufladę.
— O pani! — żałośnie zawołała dziewczynka, nagle ośmielona. — Czyż nie mogę zatrzymać Dolci?... To jedyna przyjaciółka, jaka mi pozostała.
— Znajdziesz tu inne... — odparła dozorczyni. — Zresztą w sobotę, podczas rekreacji, wolno ci będzie przyjść tutaj i bawić się z nią. Z zasady nie pozwalamy dzieciom mieć zabawek, bo to im przeszkadza w naukach.
Marjorie, posłuszna, oddała lalkę, choć usteczka jej poczęły drżeć boleśnie. Obie panie, prowadząc dziewczynkę z sobą, przeszły do sali, skąd zdala już dolatywał gwar zmieszanych głosów dziecięcych.
Za ukazaniem się w progu pani Livingstone ze sto pięćdziesięcioro dzieci, ubranych jednakowo w granatowe mundurki i białe fartuszki, zerwało się z miejsca i tyleż par oczu zwróciło się ciekawie ku biednej Marjorie, która nieśmiało skryła się za korpulentną figurę dozorczyni.
— Dzień dobry, dzieci! — zawołała babcia — przyprowadzam wam nową koleżankę. Miss Brooks, czy nie mogłabyś posadzić jej razem z tą małą, którą przyprowadziła tu pani Peters?
— Najchętniej. Chodź tu, Józiu.
Dziewczynka, nieco wyższa od Marjorie, wysunęła się z szeregu i, kłaniając się, stanęła przed opiekunką. Miała ona rude włosy, przewiązane czarną wstążką i uśmiechniętą, łagodną twarzyczkę, z której wyglądała para bystrych i figlarnych oczu.
— Oto jest Marjorie — przedstawiła miss Brooks. — Będzie siedzieć z tobą razem przy stoliku, a ty będziesz jej objaśniała lekcje.
— Dziatki wyglądają zdrowo i wesoło — rzekła pani Livingstone z zadowoleniem, spoglądając na rzędy hożych twarzyczek. — A teraz, zanim odejdę, zaśpiewajcie mi cośkolwiek.
— Dzieci! — zawołała miss Hanna, nauczycielka, stukając linją o stół dla przywołania ich do porządku. — Zaśpiewajcie pieśń, której nauczyła was miss Meta.
Dziecięce głosy, harmonijnie ułożone, odezwały się zgodnym chórem. Pani Livingstone zachęcała ich gestem i uśmiechem, uderzając takt nogą.
Marjorie, nienawykłej do podobnego widoku, wszystko się tu wydawało dziwnem. Po skończonej pieśni babcia podziękowała dzieciom, pomówiła parę słów na osobności z nauczycielką i, ucałowawszy serdecznie Margie, rzekła:
— W przyszłym tygodniu będę tu na miesięcznej sesji. Sprawuj się dobrze, kochaneczko, a w nagrodę Regie przyjdzie cię odwiedzić.
Gdy drzwi zamknęły się za dobrą panią Livingstone, biedna Marjorie uczuła się bardzo osamotnioną i była bliską płaczu. Nauczycielka, przywoławszy ją, zaczęła jej zadawać różne pytania, poczem dała jej kajet z wodnemi znakami i kazała przepisać dwie linje. Zanim jednakże Margie skończyła zadanie, nastała chwila pauzy i Józia, zamknąwszy pulpit, zawołała na nią, aby przyszła się bawić z innemi. Dziewczynka szła, ociągając się nieco, gdy naraz otoczyła ją zewsząd cała gromada dzieci.
— Jak się nazywasz? — pytano hałaśliwie.
— Marjorie.
— A nazwisko?
— Nie mam wcale nazwiska — odparła cicho, rumieniąc się instynktownie.
— A to śmiesznie! to zabawnie! cóż to, czy nie miałaś ojca, ani matki?
— Zaprzestańcie! — wdała się między nich Józia. — Co wam do tego, jak się nazywa? Pani Livingstone powierzyła ją mnie; nie pozwolę jej dokuczać. Dalej do kotki i do myszki! Kto będzie kotem?
Dzieci poskoczyły na dziedziniec, usiłując Margie pociągnąć za sobą, ale ona wyprosiła się od udziału w zabawie i pozostała na progu, przypatrując się dzieciom zdaleka.
— Czy nie lubisz się bawić w kotka i myszkę? — spytał łagodny głosik dziecięcy, przerywając jej zamyślenie.
Obróciwszy się, ujrzała stojącego obok 10-letniego chłopczyka o bladej chorowitej twarzy.
— A ty czemu nie idziesz się bawić? — odpowiedziała pytaniem na zapytanie.
— Bo nie mogę — odparł, wskazując na chorą nogę.
— O! to ty jesteś biedny! — wyrwało się Marjorie z serca.
— Dlatego, że jestem kulawy? O! już oswoiłem się z tem nieszczęściem. Wszyscy tu dla mnie bardzo dobrzy. Miss Brooks także... Dawała mi pomarańcze, gdy byłem chory.
— Chcesz?... dam ci jedną — zawołała Margie, przypomniawszy sobie dar sędziego Graya.
— Jeżeli zechcesz podzielić się ze mną, to dobrze — odparł kaleka. — Nazywam się Willy Blanc, a ty jak?
— Marjorie — odparła zadowolona, że nowy jej przyjaciel nie pytał o więcej. Oboje razem powrócili do sali i, usiadłszy obok siebie, podzielili się pomarańczą, rozmawiając po przyjacielsku. Zaledwie skończyli jeść, cała gromada dzieci powróciła z dziedzińca i lekcje zaczęły się na nowo. Wkrótce potem dzwonek odezwał się głośno, wzywając dziatwę na obiad. Wszyscy długim szeregiem zasiedli do obficie i smacznie, choć skromnie zastawionego stołu; Margie jednak prawie nic jeść nie mogła.
Po skończonym obiedzie wróciła do sali, czując się niewypowiedzianie smutną i opuszczoną. Nauczycielka posadziła ją znów do lekcji i pochwaliła za pilność, a przed podwieczorkiem, gdy stała cichutko we framudze okna, wyglądając na gościniec, odźwierna przyszła jej oznajmić, iż jakiś młody panicz pyta o nią, a miss Brooks przyzwoliła, aby na chwilę wyszła do niego.
Nie domyślając się, kto to mógł być taki, Marjorie poszła za Urszulą, wskazującą jej drogę, gdy naraz ujrzała stojącego w progu... Reginalda.
— Nie mogłem się powstrzymać, ażeby cię nie odwiedzić, Margie! — zawołał — przyniosłem ci parę ciastek od babci. Chociaż to jest przeciwne tutejszym przepisom, jednak miss Brooks pozwoliła na ten jeden raz. — To mówiąc, wrzucił jej do fartuszka sporą paczkę, owiniętą w papier, a uścisnąwszy ją z całej siły, wybiegł tak szybko, że nie miała czasu ani podziękować, ani zadać mu żadnego pytania.
Z uczuciem, przepełnionem gorącą wdzięcznością, wróciła do swoich towarzyszek i rozdzieliwszy ciastka między Józię i Wilusia, sama zaś zaledwie skosztowawszy takowych, ośmieliła się o tyle, że poprosiła miss Hannę, aby raczyła wziąć udział w uczcie, za co otrzymała pocałunek w główkę.
— Ależ ty nic nie jesz! — zauważyła Józia.
— To nic, ale widziałam Regie... i wiem, że pamięta o mnie!
— Dziwna z ciebie dziewczynka! — wzruszając ramionami, zauważyła jej towarzyszka.
Jednak uczucie osamotnienia, rozproszone na chwilę ukazaniem się Rexa, ogarnęło ją na nowo, gdy udała się na spoczynek. Gwar dziecinnych głosów przy rozbieraniu nużył ją niewypowiedzianie. O, jakże tęskniła do samotności białego swego pokoiku w domu sędziego Graya! Zdawało się jej, że nie potrafi ze skupieniem odmówić wieczornego pacierza. Brak jej bardzo było towarzystwa Dolci, która dotąd sypiała z nią razem w łóżeczku. Łzy zakręciły się jej w oczach i zwolna zaczęły płynąć po twarzy. Przytuliwszy się do poduszki, wpatrzyła się w okno, przez które widać było ciemny błękit zimowego nieba, zasianego gwiazdami. Przypomniała sobie słowa Rexa i uspokoiła się chwilowo.
Gdy miss Brooks ze świecą w ręku weszła do sypialni dzieci, chcąc dojrzeć, czy wszystko jest w porządku, dostrzegła zaraz, że Margie nie śpi, a przysunąwszy się na palcach do niej, zauważyła, że wielkie, smutne jej oczęta, z wyrazem niemego smutku zwrócone ku niebu, przepełnione były łzami.
— Co ci jest, mała? — spytała troskliwie, otulając ją miękką kołderką.
— Nic, pani; tylko, tylko... Dolcia była mi zawsze taką wielką pociechą, i... i boję się, że jej tam zimno w szufladzie.
Miss Brooks popatrzyła na nią uważnie.
— No — rzekła sama do siebie — dzieci bywają takie same, jak starzy... Jednym wystarcza, gdy mają co jeść i pić, a drugim potrzeba lalek i serca kochającego! Margie! — dodała — jeżeli ci Dolcię przyniosę na noc, czy przyrzekasz mi ją odnieść jutro rano i nie napierać się o nią przez dzień cały?
— O! pani! — w radosnem uniesieniu zawołała dziewczynka, wyciągając ku niej obie ręce.
— Cicho, pobudzisz dzieci! — i złożywszy pocałunek na czole sieroty, miss Brooks odeszła, a po chwili Urszula przyniosła Dolcię, którą Marjorie gorąco przytuliła do serca; nie czując się już tak bardzo opuszczoną, zasnęła uspokojona.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jeanie Gould i tłumacza: Zofia Hartingh.