Germinal/Część piąta/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Germinal
Wydawca W. Podwiński
Data wydania 1906
Druk Drukarnia A. Koziańskiego w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Germinal
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.

Tłum rozlał się po nagiej równi pobielałej od mrozu, połyskującej jasną plamą w promieniach słońca.
Począwszy od Fourche aux boeufs objął znowu przywództwo Stefan. Nie zatrzymując się w biegu, wydawał rozkazy i organizował marsz. Jeanlin galopował przed wszystkiemi i grał straszliwie na swojem rogu. Na przedzie pędziły kobiety zbrojne częściowo w kije, a wśród nich rozszalała Maheude z rozgorzałemi, w dal utkwionemi oczyma, jakby wypatrywała na horyzoncie miast sprawiedliwości, o którem jej mówiono.
Brulé, Levaque i Mouquette maszerowały sadząc ogromne kroki. Niechby zjawili się żandarmi. Okaże się, czy odważą się zaatakować kobiety. Za kobietami bez żadnego porządku sunęli mężczyźni, zbrojni w broń różnoraką i ciężkie sztaby żelaza, a ponad ich głowami górowała siekiera Levaqua, w której ostrzu przeglądało się słońce. Pośrodku biegł Stefan nie spuszczając z oka Chavala i zmuszając go by biegł przed nim, a z tyłu pilnował go Maheu, rzucając groźne spojrzenia na Katarzynę jedyną kobietę nie biegnącą na przedzie. Nie pozwoliła się odpędzić od Chavala, chciała go bronić. Wielu nie miało kapeluszów, wiatr szarpał ich włosami, a wszyscy biegli niby stado dzikich zwierząt w ślad za chrapliwym odgłosem rogu Jeanlina.
Nagle podniósł się okrzyk:
— Chleba! Chleba!
Stefan, który nie przyjął rano swej porcyi chleba uczuł w żołądku ból szarpiący. Słońce stało już wysoko i po sześciu tygodniach strejku głód począł gryść żołądki wszystkich, podniecone szybkim, a długim biegiem po równi. Kilka skórek,_odrobinę kasztanów Mouquette strawiono już dawno. Żołądki dopominały się pokarmu i to zaogniało jeszcze bardziej zawiść do zdrajców. Wołano:
— Do kopalń! Niema już pracy! Chleba!
Stefan mechanicznym ruchem podnosił od czasu do czasu do ust manierkę z jałowcówką. Drżał ze zimna i zdawało mu się, że go to rozgrzeje. Policzki mu rozgorzały, oczy poczęły połyskiwać. Ale nie zakręciło mu się w głowie, chciał powstrzymywać od zniszczenia. Nie dał się unieść zemście.
Gdy tłum mijał drogę do Joiselle, nadbiegł hajer z Vandame, który dla zemsty nad swym chlebodawcą chciał pociągnąć w swą stronę strejkujących. Począł wołać:
— Do Gaston Marie! Zniszczyć pompy, by woda zalała Jean Barit!
Grupa biegnących skierowała się w tę stronę mimo protestów Stefana. I na cóż niszczyć galeryę? Mimo wściekłości obudziła się w nim odraza do niszczenia tego, czego dokonała ciężka praca górnika. Poparł go Maheu. Czyż rozumnie jest mścić się na maszynie? Ale hajer ciągle nawoływał, tak że Stefan musiał kategorycznie rozkazać:
— Do Mirou! Tam pracują zdrajcy! Do Miron! Do Mirou!
Ruchem ręki skierował tłum na drogę w lewo, a Jeanlin pobiegł naprzód dmąc w róg co siły. Tłum zakotłował na miejscu, wreszcie usłuchał Stefana, Gaston Marie na razie ocalała.
Cztery kilometry do Mirou przebyto w niespełna pół godziny. Drogę brzeżył wąski pas kanału pokrytego lodem. Monotonny krajobraz ożywiały jeno rzadko stojące bezlistne drzewa, które mróz zmienił w wielkie kandelabry. Zresztą aż po kraj horyzontu nic, jeno biała równia, gdyż nawet Marchiennes Montsou zasłaniały niskie, ledwo odznaczające się płaskowzgórza.
Przybyli do kopalni i ujrzeli na pomoście wiodącym do sortowni stojącego dozorcę. Wszyscy znali ojca Quandieu, najstarszego wiekiem dozorcę w całem zagłębiu. Miał białe włosy, białą skórę na twarzy i co dziwniejsze mimo siedmdziesiątki i kilkudziesięciu lat pracy w kopalni cieszył się wyśmienitem zdrowiem.
— Czegóż to gałgany chcecie... ha? — zawołał.
Wstrzymali się. To już nie był szef. Był to robotnik, osiwiały w pracy i wzbudzający szacunek.
— Ludzie są na dole! — rzekł Stefan. — Każ im wyjechać.
— To prawda, jest ich tam trochę — odparł ojciec Quandieu — nie dużo, najwyżej ze sześć tuzinów. Reszta boi się was gałgany! Ale mówię wam, że nie pozwolę im wyjechać. Ani jeden nie wyjedzie, albo... ze mną sprawa gałgany!
Powstał hałas, tłum począł napierać, co widząc dozorca szybko przeszedł most, zamknął bramę i stanął przed nią.
Maheu chciał pośredniczyć.
— Stary słuchaj. Mamy słuszność, chcemy poprawić swój los. Ale strejk musi być ogólny.
Stary milczał chwilę. Ale nieznajomość zasad zmowy była snadź u niego wielką, bo odparł:
— Może i macie słuszność, nie przeczę. Ale ja muszę spełnić swój obowiązek. Jestem tu sam, ludzie będą pracować do trzeciej i przed trzecią nie wyjedzie ani jeden.
Ostatnie słowa utonęły we wrzasku strejkujących. Grożono pięściami, kobiety przyskakiwały do starego, tak że czuł ich gorący oddech na twarzy. Mimo to nie ustąpił podniósł głowę pokrytą białym włosem i z piersi wezbranej męstwem krzyknął:
— Przysięgam, że nie przestąpi żaden z was progu kopalni! Przysięgam na to słońce co świeci, że prędzej zginę, niźli wam dam tknąć lin. Usuńcie się, albo w waszych oczach skoczę do szachtu.
Dreszcz przebiegł tłum. Wszyscy cofnęli, się a stary mówił:
— Któż jest tak głupi, by tego nie zrozumiał?... Ja jestem jak wy robotnikiem. Kazano mi pilnować, więc pilnuję i basta!
Dziwna logika podziałała. Trudno zresztą było coś wskórać z ojcem Quandieu, którego inteligencya nie mogła wznieść się ponad ślepe wojskowe pojmowanie obowiązku. W ciasnej czaszce starca, w jego czarnych oczach osmutniałych i zmąconych od długiej pracy w kopalni nie było miejsca na co innego. Górnicy patrzyli na starca. Wyczuli w tonie jego głosu jakby pogłos czegoś im znanego, zrozumieli owo ślepe posłuszeństwo, ową moc i poświęcenie w chwili niebezpieczeństwa. Myślał, że wahają się jeszcze więc powtórzył:
— W oczach waszych skoczę do szachtu!
Tłum cofnął się. Każdy odwrócił się na pięcie i począł się znowu galop polami na przełaj. Z tysiąca piersi rozległ się krzyk:
— Do Madeleine! Do Crévecoeur! Nie ma już pracy! Chleba! Chleba!
Ale wśród tłumu powstało teraz szamotanie. Chaval podobno chciał skorzystać ze zwrotu i uciec. Stefan trzymał go za ramię i groził połamaniem kości, gdyby raz jeszcze spróbował zdrady. Chaval bronił się, protestował rozwścieklony.
— Daj mi spokój! Każdy człowiek jest wolny! Drżę z zimna od godziny. Muszę się umyć. Puść mnie.
Dokuczała mu istotnie skorupa pyłu węglowego i potu, która utworzyła mu się na skórze, z kaftan nie chronił go od zimna.
— Naprzód, marsz, albo... obmyjemy cię sami! — wołał Stefan. — Nic sobie nie robimy z krwi takiego nędznika.
Porwano ze sobą Chavala. Stefan zwrócił się do Katarzyny, biegnącej ciągle za nimi. Złościł go widok biedaczki drżącej z zimna, okrytej pyłem węglowym, okrytej ledwo kaftanem i powalanemi spodniami. Musiała być śmiertelnie znużona, a ustąpić nie chciała.
— Odczep się! Idź do domu! — rzekł do niej.
Zdawało się, że nie słyszy. Oczy tylko utkwiła w nim na chwilę, jakby mu czyniła wymówkę i biegła dalej. Czemuż żąda, by opuściła kochanka? To prawda, Chaval bywał czasem niedobry, bił ją. Ale był jej kochankiem, posiadał ją pierwszy i oburzało ją, że było ich tysiąc przeciw jednemu. Chciała go bronić, powodowana ambicyą, a nie miłością.
— Idź! — krzyknął Maheu.
Na rozkaz ojca, zatrzymała się na chwilę. Zadrżała, a oczy jej napełniły się łzami. Ale zaraz poczęła biedź dalej mimo obawy. Nie zwracano już na nią uwagi.
Tłum minął drogę, wiodącą do Joiselle, pędził czas jakiś drogą do Cron, potem skręcił ku Cougny. Na horyzoncie zarysowały się kominy fabryczne, szopy drewniane, cegielnie. Przy drodze stały niskie domki położonych tu dwu kolonij robotniczych, oznaczonych liczbami 180 i 76. Na dźwięk rogu Jeanlina wychodzili z domów robotnicy, dzieci, kobiety i łączyli się wszyscy z tłumem, który w chwili przybycia do Madeleine liczył przeszło tysiąc pięćset głów. Droga wiła się lekkim spadkiem na dół. Musiano obejść wielkie zsypiska węgla nim dotarto do kopalni.
Było ledwo po drugiej. Ale już dozorcy powiadomieni zarządzili wyjazd górników, który też kończył się właśnie w chwili nadejścia strejkujących. Ostatnich dwudziestu właśnie wychodziło z klatek windy. Uciekli, a w ślad za nimi posypał się deszcz kamieni. Jednego obito, drugi zostawił w rękach napastników rękaw kaftana i w ten sposób się uratował. Pogoń za ludźmi ochroniła instalacyę kopalni. Nie tknięto ni lin, ni kotłów. Za chwilę tłum odpłynął ku kopalni sąsiedniej.
Créveceur leżała w odległości pół kilometra od Madeleine. I tu zastano wyjazd w pełnym toku. Kobiety pochwyciły jedną przesuwaczkę, zdjęły jej spódnicę i wybiły po gołej skórze, a mężczyźni śmiali się. Chłopców potraktowano policzkami, a kilku hajerów uciekło, unosząc sińce i rozbite nosy, z których ciekła krew. Żądza zemsty nie wygasła, rozlegały się okrzyki zwiastujące śmierć zdrajcom, żądanie chleba, o który wołały puste żołądki. Na nowo wezbrała fala nienawiści, rzucono się się przecinać liny, ale pilnik był tępy, więc trwało to za długo i porzucono robotę, gdyż gorączka pędziła wszystkich naprzód. Mimochodem tylko strzaskano wentyl kotła i zalano ogniska, tak nagle, że rozżarzone ruszty popękały.
Postanowiono teraz iść do Saint Thomas. Była to kopalnia najkarniejsza, strejkiem dotąd nie objęta i obiecywano sobie złapać tam przy pracy przeszło 700 górników. Gotowano się do regularnej walki na kije i naprzód obliczano szanse zwycięstwa. Ale ktoś puścił wieść, że w Saint Thomas są żandarmi, ci sami żandarmi, z których się naśmiewano rano. Któż tę wieść podał? Nie wiedziano, ale mimo to wszyscy poczuli strach i uradzili udać się raczej do Feutry-Cantel. Ogarnął ich szał, gdy jeno mieli jasno wytknięty cel zemsty. Rozległ się na gościńcu łopot sabatów i okrzyki:
— Do Feutry-Cantel!
Tam znajdą w każdym razie ze 400 pracujących. Będzie niezła zabawa. Oddalona z trzy kilometry kopalnia Feutry-Cantel leżała skryta w zagłębieniu równi nad Skarpą. Już tłum począł płynąć płaskim stokiem wzgórza, gdy ktoś wyraził przypuszczenie, ze w Feutry-Cantel są dragoni. Powtórzono tę wieść w całym tłumie, pochód zatrzymał się, zwichrzył, zapanowała panika. Istotnie jakże stać się mogło, że od kilku godzin chodząc po całej równi nie natrafili na żołnierzy. Bezkarność wydala im się dziwną. Pewnie gdzieś zrobiono zasadzkę, by ich wszystkich dostać w ręce.
Nie wiadomo jak się stało, dość, że padło nowe hasło i powstał krzyk:
— Do Victoire! Do Victoire!
Więc tam nie było żandarmów, ani dragonów? Nikt nie wiedział, ale wszyscy się uspokoili i zwrócili do Beaumont na przełaj przez pola, by wydostać się na drogę do Joiselle. Kolej zastąpiła im drogę, obalono otaczający ją parkan. Tłum zbliżył się do Montsou i z małej wyniosłości zobaczono to miasto i całą równię, aż po Marchiennes.
Victoire oddalona była o dobre pięć kilometrów. Wszyscy pędzili z taką furyą, że nie czuli znużenia, nie bolały ich poranione nogi. Ciągle przyłączali się nowi ochotnicy z pobliskich kolonij. Gdy przekroczono most na kanale i znaleziono się pod kopalnią Victoire, tłum, liczący już dwa tysiące głów doznał rozczarowania. Minęła już trzecia i w kopalni nie było górników. Musiano zadowolnić się okrzykami i poczęstowaniem gradem cegieł zaczynających właśnie pracę robotników ziemnych. Rozsypano się po zdobytej bez wysiłku kopalni. W braku zdrajców poczęto mścić się na urządzeniu. Żądza niszczenia wzbierała ciągle jeszcze. Długie lata nędza przygotowywała ich do tego dnia, w którym mogli użyć sobie na zemście.
Za szopą zobaczył Stefan dwu ludzi, ładujących węgiel na wozy.
— Uciekajcie coprędzcj! — zawołał — Ani kawałek węgla nie wyjdzie z kopalni!
Na krzyk jego nadbiegło około stu strejkujących i ładownicy mieli ledwie czas umknąć. Wyprzęgnięto konie. Uciekły przerażone krzykami i biciem. Obalono wóz i złamano dyszel.
Levaque począł silnymi ciosami siekiery rąbać belki podtrzymujące most. Ale nie dość sporo mu to szło, wpadł przeto na myśl zniszczenia szyn kolejki okrążającej podwórze kopalni. Niebawem wszystko rzuciło się do roboty. Maheu żelazną sztabą jak dźwigarem podważał progi i wyrywał szyny, a Brulé tymczasem z innemi kobietami pospieszyła do lampiarni. Niedługo szkło lamp pokryło podłogę. Maheude rozszalała rozbijała lampy na wyprzódki z panią Levaque. Wszystkie obryzgały się oliwą, a Mouquette obcierała ręce w koszulę, rada niezmiernie, że taka brudna. Jeanlin chcąc jej dogodzić wylał jej za kołnierz zawartość jednej lampy.
Ale zemsta nie nasyciła próżnych żołądków, które wołały coraz to głośniej o jedzenie. Dominował teraz krzyk:
— Chleba! Chleba!
Opodal kopalni była kantyna jednego starego dozorcy. Zapewne musiał uciec ze strachu, opuszczając swą budę. Gdy kobiety wróciły z lampiarni, a mężczyźni skończyli niszczyć kolejkę, rzucono się na kantynę. Okiennice szybko ustąpiły pod naciskiem kilkuset rąk. Ale nie znaleziono chleba, jeno dwa kawałki surowego mięsa, worek ziemniaków i około pięćdziesiąt flaszek jałowcówki, która też znikła w okamgnieniu, jak kropla wody w piasku.
Stefan napełnił powtórnie swą manierkę. Zwolna poczęło go ogarniać pijackie podniecenie wygłodniałego człowieka. Oczy mu zaszły krwią, a zęby łyskały z pomiędzy warg jak wilkowi. Nagle spostrzegł, że wśród zamieszania Chaval znikł. Zaklął, kilkunastu pobiegła szukać zbiega. Wyciągnięto ich oboje z Katarzyną z poza sągu drzewa, gdzie się skryli.
— Ty nikczemniku! — wrzasnął Stefan. — Uciekasz? Boisz się narazić swoim chlebodawcom? A czemuż to wczoraj w lesie żądałeś strejku, maszynistów, chciałeś, by pompy stanęły. Czekaj, wrócimy do Gaston-Marie i musisz sam zniszczyć pompę! Tak, sam musisz ją zniszczyć!
Stefan był pijany, szczuł teraz tłum na pompę, którą niedawno sam ocalił.
— Do Gaston-Marie! — krzyknęli wszyscy i rzucili się na drogę, popychając i szarpiąc Chavala, który ciągle wyrywał się i prosił, by mu pozwolono umyć się.
Maheu widząc, że Katarzyna ciągle biegnie z nimi, krzyknął:
— Wynoś się!
Nie wstrzymała się nawet, rzuciła tylko ojcu płomienne spojrzenie i biegła dalej.
I znowu przebiegano równię, to drogą ciągnącą się daleko, aż na skraj horyzontu, to na przełaj przez pola. Wybiła czwarta, słońce poczęło zachodzić, a na zamarzłej ziemi wydłużały się coraz to bardziej cienie lecących z wrzaskiem ludzi.
Obeszli Montsou, zwrócili się znowu na drogę ku Joiselle i niedługo doszli do Piolaine. Gregoirów nie było w domu. Przed obiadem u państwa Hennebeau wypadło im odwiedzić notaryusza. Dom stał cichy, jakby opuszczony, aleja lipowa i ogród pozbawione liści, zdawały się drzemać. Okna pozamykane zasnute były rosą, świadczącą jak wewnątrz musi być ciepło. Patrząc na Piolaine, odczuwało się wygodę życiową, tam panującą, wyśmienite łóżka, doskonałą kuchnię, spokój i ciszę, w których płynęło życie właścicieli.
Strajkujący nie zatrzymując się rzucali ponure spojrzenia na dom, żelazne kraty i usiane złomkami szkła mury. Znowu podniósł się okrzyk:
— Chleba! Chleba!
Odpowiedziało im jeno zapalczywe ujadanie psów, dwu dużych żółtawych duńskich dogów, rzucających się za kratą wnijścia. Za firanką stały kucharka Melania i pokojówka Honorka, zwabione zgiełkiem i z przerażeniem patrzyły na rozszalały tłum, pędzący ulicą. Usłyszawszy brzęk stłuczonej szyby, padły na kolana w oczekiwaniu śmierci.
Jeanlin zrobił sobie procę z kawałka sznurka i w przelocie posłał z niej na dobry wieczór kamień Gregoirom. Za sekundę dął znów w swój róg, zapomniawszy o wszystkiem. Tłum poszedł, a z dali dolatywał jeszcze okrzyk:
— Chleba! Chleba!
Gdy znaleźli się w Gaston-Marie, było ich przeszło dwa tysiące pięćset. Szalony pęd niósł ich teraz niby burzę. Niszczyli wszystko, obalali wszystko. Przed godziną byli tu żandarmi, ale zmyleni opowiadaniem chłopów popędzili ku St. Thomas w pośpiechu zapomniawszy zostawić posterunku z kilku ludzi choćby złożonego. W niespełna kwadrans ognie zostały pogaszone, kotły opróżnione, budynki zalane wodą i zniszczone. Ale celem głównym wyprawy była pompa. Nie zadowolono się tem, że z wypuszczeniem pary stanęła, rzucono się na maszynę, jak na człowieka, by ją zlynhować.
— Pierwszy musisz uderzyć! — wołał Stefan, wkładając w rękę Chavala młot. — Dalej, przysiągłeś! Chaval zadrżał, rzucił się w tył i w zamieszaniu upuścił młot. Ale inni nie czekając poczęli sztabami żelaza, cegłami, wszystkiem, co wpadło pod rękę walić w pompę. Śruby puściły, płyty stalowe i miedziane, pozbawione oparcia odrywano rękami. Straszliwy cios kilofa strzaskał rezerwoar z lanego żelaza, woda trysnęła i pompa zacharczawszy poraz ostatni, jak umierający, przestała istnieć.
Załatwiwszy się z tem, tłum zebrał się koło Stefana trzymającego ciągle Chavala.
Rozległy się głosy:
— Śmierć zdrajcy! Do szachtu z nim!
Chaval śmiertelnie blady bąkał coś i ciągle prosił, by mu się dano umyć. Powtarzał jedno w koło jak waryat, opanowany manią prześladowczą.
— Ano poczekaj! — rzekł Levaque. — Możemy ci dogodzić. Patrz, oto tu jest miednica.
Woda z pompy wypuszczona utworzyła kałużę, która się pokryła już cienką warstwą lodu. Wepchnięto tam Chavala, lód się załamał. Zmuszono go zanurzyć głowę.
— Pij! — ryczała Brulé. — Do licha pij, bo ci pomożemy! Tak, tak... łyknij sobie jak bydlę, z nosem w wodzie.
Musiał pić na czworakach. Wszyscy śmiali się i drwili z niego w sposób barbarzyński. Jedna z kobiet ciągnęła go za uszy, inna zebrała w dłoń garść świeżego kału końskiego i rzuciła mu w twarz. Kaftan podarto na nim w strzępy, omglonym wzrokiem patrzył wokoło, szukając którędyby mu mógł wymknąć się swym prześladowcom.
Maheu kopał go, Maheude wiodła rej pośród tych, którzy się nad nim znęcali. Mścili się oboje za dawne sprawki nędznika. Nawet Mouquette zwykle życzliwie usposobiona dla swych dawniejszych kochanków wpadła w pasyę i radziła, by mu ściągnąć spodnie i zobaczyć czy jest naprawdę mężczyzną.
Stefan nakazał wszystkim milczenie.
— Dość tego! — krzyknął. — Nie potrzebujecie wszyscy rzucać się na jednego... Wiesz co... możemy sprawę załatwić obaj między sobą.
Pięści mu się zaciskały kurczowo, oczy płonęły żądzą morderczą, pijany łaknął krwi.
— Czyś gotów? Jeden z nas musi zginąć... Dajcie mu nóż! Ja mam swój.
Katarzyna mimo śmiertelnego znużenia spojrzawszy na Stefana zerwała się. Przypomniała sobie, co jej opowiadał. Znała tę jego żądzę zabijania, gdy wypił trochę więcej, znała ten instynkt odziedziczony po rodzicach nałogowi oddanych. Skoczyła tedy, wymierzyła mu policzek i podniecona oburzeniem krzyknęła:
— Tchórzu! Tchórzu! Nie dość ci tego wszystkiego coś z nim wyrabiał, chcesz go zabić, teraz, gdy nie może utrzymać się na nogach?
Zwróciła się do ojca, matki, do wszystkich.
— Wszyscyście tchórze! Rzucacie się kupą na jednego! Chcecie go zabić? Więc musicie zabić i mnie! Oczy wydrapię każdemu, kto się go tknie! Sprobójcie tchórze!
Zasłoniła sobą Chavala, broniła go. Zapomniała o nędzy, o biciu, jedno tylko pamiętała. Była jego kochanką. Wziął ją. Więc hańba jego spada także i na nią. Stefan blady jak śmierć stał gotów każdej chwili zabić dziewczynę. Po chwili obtarł ręką twarz i wśród głębokiej ciszy rzekł spokojnym, trzeźwym głosem:
— Ona ma słuszność. To wystarczy. Idź precz!
Chaval ruszył cwałem, a za nim Katarzyna. Widać bał się, by Stefan nie zmienił zdania. Wszyscy patrzyli za niemi w milczeniu póki nie znikli na zakręcie drogi, tylko Maheude rzekła półgłosem:
— To nierozważny czyn. Należało go związać i przytrzymać. Jestem pewna, że zdradzi natychmiast poraz drugi.
Ale tłum już ruszył z miejscu. Wybiła piąta, a słońce słało czerwone, skośne promienie po całej równi. Przekupień wędrowny ostrzegł strejkujących, że dragoni posuwają ku Crevecoeur więc padło nowe hasło:
— Do Montsou!
— Do dyrekcyi!
— Chleba! Chleba! Chleba!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Franciszek Mirandola.