Fragmenta o Filipie z Konopi/Fragment III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Kondratowicz
Tytuł Fragmenta o Filipie z Konopi
Podtytuł Fragment III
Pochodzenie Poezye Ludwika Kondratowicza/Tom II
Data wydania 1908
Wydawnictwo Wydawnictwo Karola Miarki
Miejsce wyd. Mikołów-Warszawa
Źródło skany na commons
Indeks stron
FRAGMENT III.
U Ojców Jezuitów, w miasteczku Ostrogu,

Uczył się młody Filip służyć Panu Bogu,
Mówić mądrą łaciną, czytać rzymskie prawa,
Słowem — tego wszystkiego, co szlachcie przystawa.
Tam poczęli mistrzowie poznawać go ściślej:
Myśli bywało... myśli... i nic nie wymyśli;

Do nauk brał się nieźle, lecz widzą ojcowie,
Że gdy o co zapyta lub myśl jaką powie,
Tak mu się coś nie wiedzie wpośród szkolnej rzeszy,
Że lub zgorszy bluźnierstwem, lub głupstwem rozśmieszy!
A że był drobny wzrostem i wielce ruchawy,
To bywało aż skoczy ze studenckiej ławy,
Wybieży w środek szkoły i gada, i gada,
I rękoma wywija, aż trąca sąsiada,
A oczy aż się iskrzą — taki w mowie zapał;
Koniec końców — rozśmieszył albo plagi złapał.
Na przykład: Ksiądz Retoryk raz uczył swe ucznie,
Jak trzeba pięknym stylem wysłowiać się sztucznie,
A wtedy rej łacina wiodła w polskiej mowie,
I wielce byli w modzie Olimpu bogowie,
Więc mówił ksiądz Retoryk: Trzeba zażyć pracy,
A nie gadać po polsku, jak mówią prostacy,
Ale umieć łacinę i przypiąć co chwila
Sententionem z Flakka lub wierszyk z Wirgila,
Peryody układać okrągłej budowy:
To jest właściwe signum eleganckiej mowy.
Powtóre... uważajcie... że mówię: po wtóre!
Conticuere omnes! podnieść uszy w górę!
Otóż tedy, powtóre: niechaj w twojej mowie
Najczęściej olimpijscy panują bogowie.
Zamiast mówić: ktoś mądry, dobry do porady,
Nazwij go oblubieńcem bogini Pallady;
Nie powiadaj: człek mężny, bo tak mówią prości,
Lecz powiedz, że jest pełen marsowej dzielności;
O kwiatach trzeba mówić, że to dzieci Flory,
Zboże zaś w pięknej mowie to Cerery zbiory;
Na jabłko, nie mów: jabłko, lecz owoc Pomony.
A tak wszyscy poznają, żeś człek wyuczony!
Filip na szkolnej ławie dosiedzieć nie może:
Nie! — krzyknął — nie masz zgody, księże profesorze!
Jeden Bóg stworzył kłosy, i jabłka, i kwiaty,
Na co tu Ceres, Flora, bóstwa starej daty?
Wszak Pan Bóg zakazuje wzywać bogi cudze!

A że słynie ktoś mężnym w krajowej posłudze,
I jeżeli konieczna retoryka taka,
To już lepiej Tarnowskim nazywać wojaka,
Najlepiej bohaterem nazwać bohatera!
Ksiądz Retoryk brwi zmarszczył, jak Jowisz Homera
A mszcząc się uchybienia mistrzowskiej powagi,
Skinął na starszych uczniów — i Filip wziął plagi.
A srogich bóstw Olimpu niewinna ofiara,
Gdy po ciężkiej przestrodze pocieszyć się stara,
Każdy nóż naigrawania do serca mu topi:
Nie wyrywaj się więcej, Filipie z Konopi!
Drugi raz w Wielki Piątek jezuickie żaki,
Aby dać pobożności gorliwej oznaki,
Więc za to, że Żydowie umęczyli Boga,
Chciały wygrzmotać kijami rabina z Ostroga.
Hurmem tedy pobiegły ku jego gospodzie
(Takowe nabożeństwa były wtedy w modzie).
Dalej tłoczyć się, krzycząc wokoło siedziby,
Zaświstały kamienie, zabrzęknęły szyby,
Wysypał się rój Żydów w hałaśliwej tłuszczy,
Ktoś jeden, potem drugi do bitwy poduszczy,
I dwa groźne obozy skupiły się z blizka,
Każdy złorzeczeniami i kamieńmi ciska;
Pogruchotano kije — zwarto bój na pięści,
A żakom jezuickim snadź Bellona szczęści:
Bo tamtych większa liczba, tych męstwem ośmiela,
Pokonały wrzaskliwe hufce Izraela;
Krew nawet popłynęła — już starsi pszypadli,
Pienią się zapaśnicy, biją się zajadli.
Wtem, gdzie bitwa najsroższa, gdzie najgęstsze ciosy,
Wpadł Filip, z cycerońska krzycząc w niebogłosy:
Stójcie, bracia! co widzę? cóż to w waszej głowie?
Wszak Chrystusa męczyli ich dawni przodkowie!
Cóż oni temu winni? Swawole! swawole!
Na bezbronnych!... na słabych!... O! ja nie pozwolę!
I wpadł w środek motłochu — a tam kupy wrzące
Nuż tedy grzmotać pięśćmi swojego obrońcę:

Bo tego, co on gadał, żaden nie dosłyszy,
Mniemali, że zachęcał swoich towarzyszy.
Zwijał się biedny Filip, padł na ziemię twarzą,
I gdyby nie starosta z ratuszową strażą,
Co przyszedł spędzić motłoch, pewnie dałby gardła,
Tak się zawziętość judzka na niego wywarła.
Został jeden na placu — pierzchli towarzysze;
A ksiądz Rektor, nadszedłszy, co widzi, to pisze:
Więc jako naczelnika ulicznej swawole,
Znów skazał na przykładne ukaranie w szkole.
A co tam było żartowi a śmiechów bez końca,
Że to wódz Izraela, że Żydów obrońca!
Biedny Filip z Konopi! za dobre zamiary,
Że się wyrwał nie w porę, aż trzy odniósł kary!...
............



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Kondratowicz.