Fragmenta o Filipie z Konopi/Fragment I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Kondratowicz
Tytuł Fragmenta o Filipie z Konopi
Podtytuł Fragment I
Pochodzenie Poezye Ludwika Kondratowicza/Tom II
Data wydania 1908
Wydawnictwo Wydawnictwo Karola Miarki
Miejsce wyd. Mikołów-Warszawa
Źródło skany na commons
Indeks stron
FRAGMENT I.
Niechaj grecki Homerus albo rzymski Maro

Kleci o Trojańszczyźnie epopeję starą;
Niech Tasso głosi dzieje Krzyżowców pałasza,
Milton raj odzyskiwa, Baka śmierć ogłasza,
Niech jeden gra na lutni, drugi na multance,
Wszak krainy rymowej bezbrzeżne są krańce.
Niech każdy nowe rzeczy jakby z rogu sypie,
Ja zaśpiewam o sławnym z Konopi Filipie.
Muzo! (czy jak inaczej dziś twoje nazwisko)

Gdy się nadto rozpędzę, bądź koło mnie blizko,
Gdy się głowa zamarzy, gdy serce zapała,
I kiedy bredzić pocznę, — niech twa rączka biała
Wodą z kastalskich źródeł głowę mi pokropi,
Ażebym się nie wyrwał jak Filip z Konopi!
Przed trzemaset latami, gdzie podolskie łany,
Był cichy dwór szlachecki, Konopie nazwany,
Czy od panów Konopków, co go założyli,
Czy od gęstych konopi, co może z pół mili
Ciągnęły się przy dworku — a że grunt niepodły,
Wyrastały wysoko niby leśne jodły,
Miały liście szerokie, miały kity duże.
Tyle o dawnym dworku i nomenklaturze;
Dość, że jego panowie, ilem zebrał śladów,
Pisali się z Konopi z dziadów i pradziadów.
Tam, w dniu pierwszego maja, na posłaniu grubem,
W dzień świętych Apostołów Filipa z Jakóbem,
Roku, co się od dawna w mgle przeszłości topi,
Wyrwał się z łona matki Pan Filip z Konopi.
Popatrzał na świat Boży i zacisnął pięście,
I skrzywił się, jak gdyby zobaczył nieszczęście,
I wrzasnął w niebogłosy na nutę sierocą,
Jakby pytał z boleścią: A jaż tutaj poco?
I długo hałasował na kształt wojewody,
Co, przybywszy w podróży do nędznej gospody,
Złorzeczy gospodarzom, aż trzęsą się ściany:
Dlaczego tutaj pałac nie wybudowany?
Musiał wreszcie pomyśleć: Cóż po tym zapędzie?
Gdy nie można inaczej, niechaj i tak będzie!
Wydał jakieś jęczenie albo uśmiech głuchy,
I usnął zawinięty w matczyne pieluchy.
W tydzień zebrano gości, jak się zwykle zdarza,
Młodzian ochrzcon Filipem wedle kalendarza,
I łaskawi sąsiedzi popili się zdrowi,
Życząc dobrych sukcesów panu Filipowi...
............



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Kondratowicz.