Ewa (Wassermann)/Bose nogi/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
13.

Krystjan, Amadeusz, Mr Bradshaw, markiz Tovera i ks. Wiguniewski pojechali autem, Ewa zaś koleją.
Długiej jazdy koleją nie znosiła taksamo jak i autem. W nocy leżała bezsennie na łóżku okryta jedwabiem, z twarzą w jedwabnych poduszkach. Skulona przy niej Zuzanna podawała to flakonik perfum, to książkę, słodycze, lub lemonjadę z lodem.
Czuła łaskotanie we wszystkich członkach, nie dozwalające odpocząć, ucisk na piersiach, w głowie jej snuły się myśli i urojenia, falowała wola i obrzydzenie do wszelakiego aktu woli. Dudnienie kół po szynach szarpało jej nerwy. Czarna jak nigdy noc, sunąca wzdłuż pociągu dręczyła ją jak widziadło rozesnute w nieskończoność. Krajobrazy miały w sobie utajoną złość, lasy zastępowały podstępnie drogę, wszędzie były przeklęte domostwa i przerażeni ludzie.
— Czas to duch dręczyciel! — szepnęła. — Chciałabym, by stanął przedemną i bym mogła widzieć jak się go zmaga.
Pochylona nad nią Zuzanna patrzyła bacznie.
— Czegóż się właściwie po nim spodziewasz? — rzekła zcicha tonem serdecznym. — Co znaczy to igranie? Wszakże jest najbanalniejszy ze wszystkich. Nie słyszałam z ust jego jednego wyrazu wykwintnego i interesującego. Czy on wie czem ty jesteś? Ni przez sen nie domyśla się lego, a sny jego są pewnie tak puste jak głowa.
Twój taniec jest mu mniej więcej tem, czem skoki prowincjonalnej baleriny dla mieszczucha średniego stanu. Narody leżą u stóp twoich, on zaś ledwo decyduje się uśmiechnąć. Dałaś światu nowy rodzaj szczęścia, a ten zarozumiały Niemczuch nie rozumie tego i nie domyśla się nawet.
— Jeśli będzie zbyt ponuro nad Morzem Północnem, pojedziemy gdzieś na południe — odrzekła Ewa.
— Trzebaby mu krzyczeć w uszy: Dalejże, na kolana! — unosiła się Zuzanna. — Ale prędzej zachwiałaby się kolumna Vendome, niż on. Jest niewzruszalny. Opowiedziałam mu o twych triumfach w Petersburgu, o wybuchach zachwytu, on zaś słuchał tak jakby czytał dość ciekawe sprawozdanie dziennikarskie. Mówiłam także o W. Księciu... nie marszcz czoła... musiałam to uczynić, by się nie udusić. — Nie codzień trafia się wziąć na łańcuch Dżingishana i stopić żelazną duszę barbarzyńcy. Słucha go pięćdziesiąt miljonów drżących niewolników i słucha natura, wedle słów: — Wstrzymaj się słońce w Gideonie, a ty księżyciu w dolinie Ajalonu. Poeta nie mógłby tego lepiej zobrazować. Zdumiałabyś się sama, słysząc, z jakim talentem haftuję złotą nicią na zgrzebnem płótnie. Trud daremny. Oddychał dalej miarowo, jak stuka zegarek. Parę razy, wydało mi się drgnął, ale przyczyną była mucha, która go połaskotała po nosie.
— Ciekawam, czy nadeszły już do Heystu toalety z Paryża! — powiedziała Ewa.
Wydłużył się bardziej jeszcze owal jej twarzy, zacisnęła zlekka wargi, potem białe zęby błysnęły, jak wyłuskane migdały.
— Czemuś mu odmówiła? — ciągnęła Zuzanna dalej. — Co się posiadło należy do przeszłości, odkładana rozkosz to ciężar. Oni wszyscy winni być szczeblami jeno drabiny twojej, niczem więcej. Przy pierwszem pianiu koguta mogą sobie iść precz, cała zaś treść nocy jest twoją własnością. Czemże on właśnie zasłużył na wyróżnienie? Czemuż wystrugałaś sobie zeń bożka? Pocoś go wezwała? Obawiam się, że popełnisz głupstwo.
Ewa milczała. Język jej wysunął się na moment, a oczy przymknęły chytrze. Sądząc, że minę tę odgaduje, rzekła Zuzanna:
— To prawda, posiada on cudowny djament, po którym wylewałaś łzy. Ale starczy twego rozkazu, a będziesz miała kamienie takie u trzewików.
— Kłamiesz! Kiedyż to opłakiwałam ten djament? — powiedziała Ewa obojętnie.
Usiadła i odziana w powiewne lekkie jak płatki kwiatu szaty, zdała się być duchem, powstałym z nicości.
— Kiedyż to opłakiwałam ten djament? — powtórzyła, dotykając ramienia towarzyszki.
— Sama mi to opowiadałaś.
— Nie masz lepszego argumentu? — zaśmiała się Ewa.
Śmiechem wyrażała to, co najbardziej było w niej zmysłowe i najwyższe duchowo jednocześnie.
Zuzanna złożyła ręce z uległością i wyrecytowała:
— Volvedme del otro lado, que de este ye estoy tostado.
Było to hiszpańskie strzeliste westchnienie: Obróćcież mnie na drugą stronę, gdyż z tej jestem już upieczony.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.