Emrod (Kropiński)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Emrod • Elegia • Ludwik Kropiński
Emrod
Elegia
Ludwik Kropiński
Autor domniemany.

Uwaga! Tekst niniejszy w języku polskim został opublikowany w 1815.
Stosowane słownictwo i ortografia pochodzą z tej epoki, prosimy nie nanosić poprawek niezgodnych ze źródłem!


Prysnęły lody, słońce po czystym lazurze
Tocząc się pysznie, życie wracało Naturze;
A sieiąc złote, ciepłe i żywne promienie,
Roskosz wiosny na całe lało przyrodzenie.
Już skowronek w powietrzu niewidzialny oku,
Tkliwem pieniem ogłosił piękną porę roku.
W liść stroiły się gaie, zamruczały zdroie,
Powietrze lotnych stworzeń napełniały roie.
Kwiaty się rozfarbiały, a żądza miłości
Wszelkich płodów natury syciła skłonności.
Gwar ptasząt szmer strumyków, drobnych muszek brzęki,
Wonią zaprawny oddech spłonioney Jutrzenki,
Odgłos w polach oraczów i flety pastusze
Przyiemnie każdą czułą, roztkliwiały duszę,
Ale Emrod, kióremu Telimeny strata
Czarną spuszcza zasłonę na roskosze świata,
Niczem niepocieszony wzrok wiodąc po niebie,
Z westchnieniem nieszczęśliwych tak mówił do siebie;
"O wiosno! dobroczynna matko przyrodzenia
Ciebie z radością wszystkie witaią stworzenia
Wracając, drzewom listki, farbne łąkom kwiaty,
Czem bolesney niewracasz Emrodowi straty?
Gzież moia Telimena? To Bóstwo słodyczy,
Co odwracało kielich odemnie goryczy:
Ów Anioł pocieszyciel którego spoyrzenia,
Wnosiły w serce lubą podzielność strapienia,
Co łzami łzy ocierał, lęk lękiem przytłumiał,
J z samych cierpień szczęście wyprowadzać umiał,.
Co tyle razy .... umilkł i z łez pełnem okiem,
Wolnym ku iey mogile postępował krokiem.
Słońce iuż w ów czas iasne przebiegłszy sklepienie,
Ostatnie z gór wierzchołki ściągało promienie:
Już wieczór rozświecaiąc gwiazdy niezliczone
Do bram zachodu wielką dociągał zasłonę,
Spuścił się sen posilny i skrzydły cichemi,
Słodki rozniósł spoczynek utrudzoney ziemi.
Milczenie wśrzód którego śpią wszystkie stworzenia,
Bezsennego słowika przerywaią pienia.
Noc wszystko ogarnęła, piią rosę kwiaty,
W ciszy spoczywa ziemia, w ciszy krążą światy.
Wstaie Xiężyc, łagodne iego światła tchnienie
W wiotkich gałązkach lekkie sprawiło wzruszenie.
Ów przyiaciel cierpiących postępuiąc z trwogą,
Od ognistych promieni opuszczoną drogą,
Bladością , którą po tle błękitnawem rzuca,
Nayszczęśliwszych roztkliwia, strapionych zasmuca.
Tym widokiem Emroda przenikniona dusza,
To żalom ulgę daie, to żal większy wzrusza.
A zwykłą nieszczęśliwym puszczaiąc się drogą,
Kędy się tylko ludzkie myśli wynieść mogą,
Obłąkana w mniemaniach, niewstrzymana w pędzie,
Szuka swey Telimeny we wszystkiem i wszędzie:
Raz ią widzi w powietrza i czystych wód ciszy,
W tchnieniu wietrzyków czuie, w szmerze listków słyszy.
To łzami obciążone wznosząc w górę oczy,
Wśrzód przestrzeni ią wznosi, z światami ią toczy,
To łagodną iak światło, co iey grób oświeca,
Po nieśmiałym ią spuszcza promieniu Xiężyca.
Lub myśli nieścignioney pędem uniesiony.
Przebiegłszy świat mnogiemi światy napełniony,
Gdzie się wieczność zaczyna a kończy natura
Przed Tronem BOGA stroi w Anielskie ią pióra:
To w odwrót iakby ulgi dadź żałował sobie,
Cały iey byt z nikczemnym; prochem mieści w grobie.
Tak gdy żal uniesiony w czuciach nie zna granic,
Dręczy się obecnością , a przyszłość ma za nic
Gdy opłakując znikłey, na co myśl truchleje,
Naymilszą dla żyiących odbierał nadzieię.
Zapada Xiężyc krwawy, brzask powstaie blady.
Zatarte nocą dniowi odznaczając ślady,
Z niepewnem iego światłem noc walcząca chwile,
Niechętnie dnia przemożney ustępuie sile.
Już Zefiry wybiegły i z trawką się pieszczą:
Obudzone ptaszęta listkami szelesczą:
Już perłami poranku obciążone kwiaty,
Świeże wydają wonie, nowe biorą szaty.
Już gasną nocne światła — i Jutrzenka złota.
Panu nieba wschodowe otworzyła wrota.
Wychodzi pyszne słońce ! milionów pienia
Ogłosiły wstęp iego na górne sklepienia:
A kiedy krąg ognisty coraz wyżey wznosi,
Leie strumienie światła od osi do osi.
J wszystko czegokolwiek blask iego dotyka ,
Albo życiem napełnia, lub ogniem przenika.
"Ach dla czegóż niezmienna odwiecznemi laty
Natura w koło człeka rozsypuiąc światy,
Ciążąc na słabe iego poięcia i myśli,
Obraz nieskończoności śmiertelnemu kryśli?
Który czuie, by cierpiał, i cierpieć przywykał,
Walczy, aby upadał, a żyie by
"Co mimo dar rozumu, ów zaszczyt wielkości,
Wszystkiemu nad czem włada, niekiedy zazdrości.
Szczęście obok nieszczęścia, nie iest żadnym darem,
Pamięć pierwszego w drugiem iest życia ciężarem.
Chwieiąc się nieustannie człowiek w pośród obu,
I żyć niechce , i wstąpić lęka się do grobu.
A taż sama nadzieia bóstwo dobroczynne,
Łagodząca niestety wszystkie straty inne,
Cóż może swym powabem? co iey władza znaczy
Dla serca przeiętego trucizną rospaczy?
Tak mówił ten, któremu Telimeny strata,
Odięła powab życia i roskosze świata:
Co dzień on do iey świętey zbliżony mogiły,
Którą posępna jodła z smutną brzozą kryły,
Miłym zbiegłey przeszłości wzruszony obrazem,
Płakał za Telimeną i swem szczęściem razem,
A słowik głos swóy łącząc do Emroda ięków,
Podawał wagi czuciom, a nieszczęściu wdzięków