Dziennik Dolnośląski nr 0/Która kolumna?

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Rafał Kosmalski,
Paweł Kocięba
Tytuł Która kolumna?
Pochodzenie Dziennik Dolnośląski nr 0
Redaktor Włodzimierz Suleja
Data wydania 31 sierpnia 1990
Wydawnictwo Norpol-Press sp. z o.o.
Miejsce wyd. Wrocław
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Która kolumna?



RAFAŁ KOSMALSKI, PAWEŁ KOCIĘBA



— Solidarność buduje sobie pod bokiem V kolumnę.
— Usłyszawszy te nazwiska, nikt uczciwy nie pójdzie tam pracować.
— Montują sobie prostą kontynuację ubecji.
— Za rok, dwa, oni będą potężniejsi niż dawna SB i chwycą nas wszystkich za mordę.
— Ten skład osobowy to po prostu sabotaż.

Cytowane opinie o wrocławskim Urzędzie Ochrony Państwa wcale nie należą do najostrzejszych, a wypowiadają je zarówno obecni funkcjonariusze policji, jak i ci byli pracownicy SB, którzy swego czasu wydali prywatną wojnę stanowi wojennemu i zostali zwolnieni ze służby. Tyle, że nikt się nie kwapi z podaniem nazwiska — „oni mają długie ręce, będą mieli jeszcze dłuższe”.
WKO i Zarząd Regionu „S” proponowały na szefów dolnośląskiego UOP, dwóch znanych prawników — mecenasów Gruszczyńskiego i Adamczyka. Te nazwiska gwarantowały, że nowa służba będzie rzeczywiście nowa i stwarzały szansę na minimum społecznej kontroli. Jak się jednak okazało, minister Kozłowski miał swojego kandydata — płk. Nowakowskiego z wrocławskiej Wyższej Szkoły Wojsk Zmechanizowanych. Mianowanie wojskowego i to jeszcze wbrew stanowisku miejscowych sił politycznych, było — delikatnie mówiąc — ryzykowne. Przy takim nasileniu fatalnych skojarzeń z najbliższej przeszłości, Urzędem powinna kierować osoba cywilna o dużym autorytecie — najlepiej pracująca na styku z SB (Komisja Praworządności, obrońcy polityczni) i znająca dobrze to środowisko. Sprawa ma kapitalne znaczenie — tutaj każdy błąd, każdy fałszywy krok podważa społeczną wiarygodność przemian. Trudno odmawiać ministrowi prawa do swobodnego kształtowania podległej sobie kadry, im bardziej jednak jego decyzje personalne rozmijają się z odczuciem społecznym, tym większa ciąży na nim odpowiedzialność.
Płk. Nowakowskiego oceniać możemy w tej chwili jedynie poprzez pryzmat najbliższych współpracowników, których dobrał sobie w ostatnim czasie. Dominują w tym gronie praktycznie nie weryfikowani, bo pochodzący z kontrwywiadu i wydziałów „literowych”, byli oficerowie SB. Przyjrzyjmy się im bliżej.
I. Zastępca szefa — przeszkolony w Moskwie, w stanie wojennym awansowany na zastępcę naczelnika wydziału II (kontrwywiad), jeszcze parę miesięcy temu publicznie zapowiadał, że „zobaczycie, wrócą nasze czasy”. W środowisku mówi się o nim, że był z gatunku tych co szkodzili, choć nie musieli.
II. Zastępca szefa ds. kwatermistrzowskich — ostro awansujący w stanie wojennym (kolejno komendant komisariatu w Długołęce, szef RUSW w Trzebnicy, wreszcie zastępca szefa DUSW na Starym Mieście). Od załogi staromiejskiego DUSW otrzymał votum nieufności — jego byli podwładni nie widzieli możliwości dalszej współpracy.
III. Planowany szef komórki „T” (podgląd i podsłuchy telefoniczne), były kierownik sekcji w wydziale „T” wrocławskiej SB, odszedł do ZOMO na szefa łączności, dostał votum nieufności w zreorganizowanym OPMO.
IV. Specjalista w sekcji „T” — w stanie wojennym awansowany na kierownika sekcji, prawa ręka naczelnika Syposza, znany z donoszenia na własnych kolegów, uczestniczył w wojennych komisjach weryfikujących SB, nagrodzony talonem na samochód za gorliwość w tropieniu „Solidarności” w RTV.
V. Pracownik „dwójki”, w stanie wojennym przeszkolony w Moskwie, prawa ręka osławionego Błażejewskiego, oddelegowany do pracy w komórce zajmującej się inwigilacją „Solidarności” w przedsiębiorstwach współpracujących z zagranicą.
Niewiele jest głosów powątpiewających w przydatność tajnych służb w państwach demokratycznych. Jednak w naszym kraju służby te w ciągu ostatnich 40 lat były wystarczająco wszechwładne, by sprawa doboru nowych kadr nabrała absolutnie pierwszorzędnego znaczenia. Gra idzie o oczyszczenie społecznego klimatu wokół nich, bez czego trudno sobie wyobrazić ich właściwe działanie. Otoczone chińskim murem niechęci szybko wyrodzą się w kopię swej poprzedniczki.
Dlaczego oficerowie polskiego kontrwywiadu i innych służb specjalnych studiowali w Moskwie? Odpowiedź zna każdy pierwszoklasista na wschód od Łaby. Nie chcemy przez to powiedzieć, że wszyscy tam studiujący to agenci KGB czy GRU. Jeśli jednak po raz pierwszy od półwiecza mamy możność budowania polskiego wywiadu i kontrwywiadu, nie powinniśmy zaczynać od falstartu. W tym szczególnym miejscu nie ma żadnej różnicy między obcą agenturą a konsekwentnym i powszechnym o tę agenturę podejrzeniem.
Służby specjalne to instrument niezwykle delikatny — jest absolutnym skandalem, że do wrocławskiego UOP trafiły osoby oprotestowane przez swoje macierzyste jednostki. To tak, jakby felczerowi mylącemu strychninę z aspiryną pozwolić przeprowadzać operację na otwartym sercu. Wielu pukających do drzwi UOP-u porządnych funkcjonariuszy — pukać przestanie. Wielu kibicujących — poprzestanie na kibicowaniu. Wreszcie nowi, świeżo po studiach prawniczych czy historycznych, długo miejsca nie zagrzeją.
I jeszcze jedno. Nie tak dawno mówiło się o siedemdziesięciu etatach w UOP — dziś mówi się o... kilkuset. Nie tak dawno mówiło się o zerwaniu z notorycznym uprzywilejowywaniem SB — dzisiaj słyszymy, że UOP ma bezwzględny priorytet w zaopatrzeniu materiałowym i technicznym. Dla policjanta, któremu brakuje maszyny, by sporządzić służbową notatkę, nadal wszystko to odbywa się jego kosztem. A jak na razie społeczeństwu bardziej doskwiera bezkarność złodziei i wrogie agentury.


Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0.
Dodatkowe informacje o autorach i źródle znajdują się na stronie dyskusji.