Dyskusja indeksu:PL Teka Stańczyka.djvu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Osobne odbicie z „Przeglądu Polskiego11.
Nakładem Redakcyi.
KRAKÓW,
W DBUKAKNI UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO pod zarządem Konst, Mańkowskiego. 1870.
TEKA
STAŃCZYKA.
Osobne odbicie z „Przeglądu Polskiego“.
Nakładem Redakcyi.
KRAKÓW,
W DRUKARNI uniwersytetu jagiellońskiego pod zarządem Konst. Mańkowskiego. 187
SPIS BZECZY. str.
Nr. 1. List Stańczyka do Gąski..................................... 1
Nr. 2. List Poloniusza (szambelana)................................ 3
Nr. 3. List Sycyniusza (trybuna)................................... 10
Nr. 4. List Stańczyka do Gąski..................................... 20
Nr. 5. List Brutusika (ex-ministra)................................ 24
Nr. 6. List Liberyusza Bankrutowicza (kandydata do parlamentu) 30
Nr. 7. List Aldony (kobiety politycznej)........................... 34
Nr. 8. List Optymowicza (właściciela apteki) do Trwożnickiego (urzędnika bankowego)...................................... 39
Nr. 9. List Brutusika (ex-ministra)............................... 52
Nr. 10. List Paflagoniusza Tarapacińskiego (prezesa Rady powiatowej w Tarapatowie)............................................... 70
Nr. 11. Rozmowa pana Piotra z panem Pawłem......................... 74
Nr. 12. List Napoleona Bałamuckiego (posła sejmikowego) do Paflagoniusza Tarapacińskiego (prezesa powiatowego)... 109
Nr. 13. List Ignorancyusza (uczonego)..............................116
Nr. 14. List Sycyniusza (trybuna)..................................125
Nr. 15. List Sprycimira (dziennikarza) do Sycyniusza (trybuna). 133
Nr. 16. List Sycyniusza (trybuna)..................................150
Nr. 17. List Stańczyka do Gąski....................................151
Nr. 1.
Stańczyk do G-ąski.
Generose, sincere miki dilecte!
Służby swoje powolne W. M. zalecam z uprzejmem winszowaniem fortunnego na wszem powodzenia i chwałę wiekuistą W. M. Pana Brata mego kochanego w tśj jasności niebieskiej z wielką rewerencyą tem niegodnem pisaniem mojem nawiedzam, i zapytuję jako tam W. M. ta wieczność przyjemnie trwa? A żem do W. M. brata mego kochanego dawniej nie pisał, za złe tego mieć nie racz, gdyż za niektóre wolniejsze figielki i krotochwile byłem przydan do tego chdru który jest sub inspectione Królowej Jej Mci Anny, i jest jak to całemu niebu wiadomo, strictissimae observantiae. Oddała mnie też miłościwa Królowa księdzu JMci Karnkowskiemu w dozór, a ten mnie ustawicznie na oku miał, żem się i ruszyć nie mógł, jeno musiałem zawsze śpiewać a śpiewać heynały różne cudne a kadzidło palić cały czas. A Królowa Jej Mć zawsze sama prym trzymać raczy, i śpiewa pięknie dosyć jeno że trochę przez nos, jak dawniej zwykła była kiedy się podstarzała. Ale choć to tam poważnie bardzo i po królewsku, przecie mi się przykrzyło nieco, bo jenom kiedy w swoją stronę odleciał albo co pociesznego dojrzał, zaraz mnie strofowali.
Teraz już z łaski Boga Najwyższego odbywszy na wielki swój pożytek te rekolekcye, powróciłem do Króla młodszego miłościwego Pana mego, który też Waszą Miłość wdzięcznie wspomina i w łasce swej chować raczy. A choć się na nas tamten chór trochę niby krzywi i narzeka iż Król Jegomość włoskie obyczaje tu do nieba wprowadził, przecie to prawda że tu ucieszniej jak u nich, a panny z chóru Królowej Jej Mci Barbary choć robią co na nie należy i chwały bożej pilnie przestrzegają, aleć się czasem rozweselą i pośmieją, a Królowa im tego nie broni. Jedno tylko strach wielki żeby się tu u nas nie popsuło, bo Królowa stara wciąż pisze a pisze i prosi żeby ją tli wpuszczono, snać się już babie czyściec uprzykrzył, choć Boże odpuść, jest tam z nią Gamratów i Firlejów dosyć. A Król stary chodzi a chodzi do J. M. Piotra świętego a za nią prosi. A jakby wskórał toby samemu najgorzej było, boby się jęła jako dawniej nad nim przewodzić, ale to już taka jego natura, że wszystko musi dla niej zrobić czego się jeno naprze.
Król Jegomość bardzo na mnie łaskaw i zawsze mnie niegodnego służkę swego do posług swych używać raczy. Co trochę to mnie pośle na ziemię zobaczyć co się u nas dzieje. To ja lecę i zaglądam w każdy kąt, a potem piszę relacyę porządną, żeby się i sam ksiądz Tomicki nie powstydził. A Król Jegomość jak co złego wyczyta, zaraz nas wszystkich ze sobą zabiera i idzie na górę (a przez brata Królewicza JMci Kazimierza ma wstęp o każdśj godzinie i prosi) żeby to ustało, ale jakoś dotąd nic nie uprosił.
Byłem ja tam znowu niedawno i na Litwie i na Mazowszu i na Rusi, ale tam dla nas nie ma co robić, bo jeno płakać a płakać, tak tam Moskal gospodaruje. Tylko koło Krakowa i na Rusi tej co ją Cesarz trzyma, to sobie człowiek jeszcze czasem przypomni że kiedyś bywał błaznem i naśmieje się z ludzi. Mówili ludzie za nas, że Polak mądry po szkodzie, ale się pokazuje, że po szkodzie taki głupi jako i przed szkodą. Na pozór to niby inaczej trochę, ale czemu się jeno lepiej przypatrzysz, a to takie same jak za nas albo i gorsze. Co krok to spotkasz takiego co ci się zdaje że to ten warchoł Lupa albo Pudłowski, a który z nich niby mądrzejszy, to coś na tego wywłokę Orzechowskiego zakrawa, jeno że głupszy; a są też i tacy cobyś na nich przysiągł że Kmita abo który z synaczków pana z Rytwian, jeno skromniejszy, bo mu Niemiec trochę rogów przytarł.
Zgoła żem nieraz myślał jakobym nigdy nie był umarł, jeno między tymi samymi ludźmi żyw został co pode Lwowem gardłowali, albo Królowi JMci o małżeństwo się przykrzyli. A iż myślę że W. M. rad będziesz dowiedzieć się jako oni teraz w Polsce myślą: i mówią, przeto posyłam W. M. kopię listów różnych, które dla Króla JMci sporządziłem jakem tam chodził ostatni raz, którą racz W. M. u siebie zachować, a mnie nawzajem pisaniem.swojem pocieszyć, skorobyś W. M. co nowego ztamtąd zasłyszał.
Poruczam zatem siebie i: służby swe w łaskę W. M. Pana i brata mego miłościwego uprzejmy służebnik
Stańczyk były błazen J. Iv. M.
List Poloniusza (Szambełana).
Chaopolis 35/19 9681.
Mon tres ehe)’.’
Aż dziwno pisać mi do Ciebie pod — takiśm wrażeniem i w takiem usposobieniu z tój niegdyś tak uroczej i swobodnej a przedewszystkiem tak ulubionej stolicy. Zdaje — mi się że to zły sen jakiś albo zmora. Wszak pamiętasz: ile razy życie wydało nam się zbyt ciężkiem lub ciasnem w tym nieoświeco-nym i bezrozumnym kraju naszym., jak skoro zanadto dokuczyli nam krzykliwi demokraci, gardłacze, inteligencja, zebrania, sejmiki, wymagania pseudo-patryotyzmu i tak zwanej opinii publicznej — tu znajdowaliśmy wytchnienie i; pociechę, bezpieczne schronionie od wszystkich kontuszów i czamarek, burd, zaczepek lub gorszych stokroć czułości naszych często nieuczesanych a nigdy nieumy.tych braci. Czas to był błogi a bodaj czy nie na zawsze stracony! Zdaje mi się że więcej może przynieść pożytku niejedno słówko rzucone trafnie i na czasie tej lub owej wysoko położonej osobie, myśl zgrabnie podsunięta, przyjaźń i stosunki, jak wszystkie demokratyczne zebrania, dziennikarskie wyskoki i majaczenia opinii która sama siebie publiczną nazywa. Zresztą ci panowie są dziś u steru i robią co im się. podoba w oszołomionym społeczeństwie, przypisują sobie monopol patryotyzmu, i czegóż dokazali? Nasza myśl była rzeczywiście głęboką, i gdyby nam byli dali wprowadzić ją raz w życie, skutek byłby okazał z której strony rozum i korzyść. Cóż kiedy nam zabrakło siły, spójni a może i odwagi wobec błota, którem pełną garścią bryzgano....
Oto, wszystko co dobrze wychowane a przedewszystkióm dobrze urodzone, powinno było garnąć się do dworu, do stolicy, zapoznawać, przyjaźnić z „elitą“ chaopolitańskiej arysto-kracyi, która, niech mówią co chcą, jest i będzie zawsze szczytem człowieczeństwa — w rozmaity sposób łącząc z ludźmi u władzy będącymi. Mówiono: naszych nie dopuszczą do niczego; ale niechnoby nasi zdobyli miejsca w salonie, w przedpokojach dworu, niechby choć jeden został yortanzerem na kammerbalach lub przypuszczony był ah! do poufałych polowań wmałem kółku, niechby się połączyli węzłami rodzinnemi, niechby otwarto domy, dawano doskonałe obiady i świetne bale, inne byłoby znaczenie i łatwość w otrzymaniu czegokolwiek, choćby tej z piekła rodem autonomii. Pora minęła bezpowrotnie, dzisiaj z kim się tu kojarzyć albo na kim budować? Dźwignia arystokratycznych aliansów musi pozostać celem sama przez się, ale środkiem już być przestała.
Wiesz — ty jesteś jednym i jedynym któremu bez ogródki całą prawdę wypowiedzieć mogę i umiem: już mi się tyle żółci nazbierało że muszę sobie ulżyć, choćbyś mnie miał nazwać najokropniejszym pessymistą. Widzę jak na dłoni że idziemy ku strasznśj katastrofie, a znikąd ratunku ani pomocy. W średnich wiekach mówiono sobie w takich razach, że zbliża się koniec świata et tout ótait dit. Naszym umysłom nie wystarcza to ogólne pojęcie, po za którśm widziano tylko zamglone postacie wiecznie potępionych i wiecznie błogosławionych, my z naszśm gorzkiem doświadczeniem wiemy, że się i koniec świata przeżyje, a nawet jako ostatnią pociechę mamy to doświad czenie, że po najgorszych przejściach jeszcze czasami przychodzi.... restauracya.
Ale wróćmy do tego co jest: otóż naprzód cale piekło narodowo — finansowo — socyalno — demokrato — polityko — hłazeiiskie tu się zjechało, rusza się, łączy, dzieli, w’aśni, kojarzy, potępia wzajemnie, a przedewszystkiśm tak się wszędzie rozłazi, że już krokiem stąpić nie możesz, aby na którego nie nadepnąć.
Pamiętasz na przykład czśm było niedawno jeszcze kasyno Patrycyuszów na Yia Sacra? Te wykwintne obiady, mniej wykwintne jednak od atmosfery która cię tam ogarniała, od tego towarzystwa w którem znajomy lub nieznajomy miałeś szczęście się znajdować. Wiała tam ze wszystkich i ze wszystkiego taka woń wysokiego urodzenia, wysokiego wychowania, wysokich pozycyi, że un habituć tego przybytku choćby był dzikim Mohikanem musiał pokochać higli-life tutejsze i uderzyć przed niem czołem. Wszystko, aż do uniżonego a jednak czującego swoją godność „zahlkellnera“, aż do sprzętów i naczyń, aż do roast beefu i pasztecików, wszystko było cavaliermdssig. Teraz jakże inaczej! wszystko zmienione, wszystko przewrócone do góry nogami. Na tych samych miejscach, na których tradycyjnie od lat trzydziestu siadały największe imiona i największe pozycye arystokratyczne, dyplomatyczne i wojskowe, rozsiada się dziś jak u siebie, rezonuje, rozkazuje, krzyczy Polonia wszelkiego kalibru i gatunku, bez najmniejszego względu i uszanowania dla miejsca w którćm, ani, co jeszcze gorzój, dla ludzi z którymi się znajduje. Skutek tego jest taki, jaki być musiał. Przed tym zalewem, przed tą prawdziwą inwazyą barbarzyńców, usunęli się prawi panowie z miejsca na którśm dłużśj z godnością pozostać nie mogli, a z nimi pierzchnął, musiał pierzchnąć i tajemniczy genius loci, unosząc z sobą dystynk-cyę, elegancyę, dobry ton, powagę, słowem to szlachetne piętno; jakiego nie miała w równym stopniu żadna na świecie insty-tucya. Smutno’pomyśleć że to rąk polskich robota, i że do wszystkiego złego na świecie muszą się przyłożyć ludzie wspólnego z nami pochodzenia, a tem samóm brani nieraz przez cudzoziemców za to samo co my! Wystaw sobie co mi się dzieje kiedy książę Burgbergstein słysząc ich krzyki i hałasy, zapyta mnie z sarkastycznym uśmiechem czy to moi „krajanie1*, albo kiedy idąc po KartofFelmarkcie z uroczą księżną Prinzenfels mam nieszczęście spotkać którego z nich i muszę mu się odkło-nić! Wolałbym być na sto łokci pod ziemią jak przyznawać się do takiego rodactwa i do takich znajomości.
Gdyby jeszcze byli sami tacy co tu przyjeżdżają dla interesów albo dla zabawy, byłoby pół biedy. Pierwszych każdy rozumie i tłomaczy; ils ont leur rnison d’etre. Elita tutejsza ma tak szeroki i szlachetny pogląd na świat, że nikomu nie odmawia prawa robienia majątku, i nie ma za złe nawet Polakom, jeżeli próbują spekulować, i za przykładem powszechnym korzystać z szczęścia lub z bliźniego. Przeciw drugim, to jest przeciw tym którzy tu siedzą dla zabawy, nie miałbym nic, i owszem, widzę w nich wiele dobrego. Naprzód są w ogóle dobrze ubrani i mają znośne formy, tak że gdy cię kto spotka w ich towarzystwie, nie potrzebujesz się wstydzić; powtóre, cóż słuszniejszego i naturalniejszego jak to, że ludzie spieszą do tego zaczarowanego źródła i czerpią z niego czy to rozkosze Schwendera i Tanziibungów, czy dowcip i wesołość w kochanych przedmiejskich teatrach? Wszystko to jest dobre i pożyteczne, a ludzi tego rodzaju uważam za propagatorów prawdziwej cywilizacyi, za ewangieliczną sól naszej jałowej ziemi. Człowiek bowiem., który tu z upodobaniem przebywa, który widzi i admiruje ten świat o tyle lepszy od naszego, mimo wiedzy i woli nieraz stara się go naśladować, przyswaja sobie ile może jego zewnętrzne pr^ynąjmniój formy, a jeżeli dobra gwiazda i jakie takie urodzenie i tytuł pozwolą mu otrzeć się o ludzi, natenczas ulega zbawiennemu wpływowi, stosuje podług niego swoje zasady i wyobrażenia, i za powrotem rozsiewa w kraju nasiona prawdziwej cywilizacyi.
Ale kategoryą ludzi politycznych, dzięki konstytucyi najliczniejsza i najwidoczniejsza, ta jest prawdziwie szkodliwa i zgubna, Dzieli się ona na rozmaite odcienia. Masz tu naprzód krzykaczów niepoprawnych, demagogów którzy nic nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli, rozprawiających tylko o zasadach i godności narodowej, powtarzając rządowi do uprzykrzenia o jakimś jego niby interesie w popieraniu sprawy polskiej (zawsze ta sprawa!), i robiących mu ną złość, gotujących mu tysiączne kłopoty i przykrości, ilekroć względem nich Chce zachować swoją powagę. Powinniby raz już zrozumieć, że stosunek nasz; z rządem jest z jego strony daną nam opieką i bezpieczeństwem, więc z na3zśj powinien by«S wdzięcznością i uległością. Ale poradź że co mit dem verfluchten polnischen Bramarbasiren? Szczęściem obóz ten nie jest liczny, a pomimo zuchwałości i junactwa ma przecież tyle taktu i rozumu, ża w stanowczych razach chowa między nogi ogon i pretensye i nie posuwa się do ostateczności. To mu chwalę, ale wszystkie groźby i prah-łerye są głupie i niepotrzebne i narażają ich tylko na śmieszność, bo nic tak ludzi stronnictw nie dyskredytuje jak groźba nie wykonana.
Gdyby ten obóz był liczniejszym jak jest, byłby tu już nieraz piwa nawarzył, bo ma gust niepohamowany do prote-stacyi, opozycyi i negacyi. I gdyby sam był kierował sprawami galicyjskiemi, byłby już dawno doprowadził do zerwania i doprowadzi do niego jeżeli kiedykolwiek zyska powagę. Teraz ma on do tego wielką ochotę, a ostatecznym rezultatem takiśj polityki byłby stan wyjątkowy w Galilei. Czyby to było złe? czy nie najlepszy środek na agitacye, meetingi, rady powiatowe i t. d. czy nie naturalne wyjście z położenia stworzonego przez demagogów? To inne pytanie, dla mnie już dawno rozwiązane. Ale obóz ten trzymany jest w przyzwoitych karbach posłuszeństwa przez inny, liczniejszy i silniejszy, który nie wiem czy szczerze ale przynajmniój stale unika opozycyi. Ten mieści w sobie jedno przynajmniój zdrowe principium: hierarhii. Liczba słucha jak zawsze i wszędzie słuchać powinna, rządzą i kierują indiwidua. Obóz ten okazał się nieraz stronnikiem rządu i był mu nieraz pomocą w niebezpieczeństwach. Pomimo to jednak nie jest on moim ideałem, bo popiera nie władzę jako taką, nie zasadę, ale gabinfet dzisiejszy, popiera go nie dla tego że jest, ale tylko dla tego że jest liberalny i demokratyczny, nie z miłości i uległości dla władzy jako takiśj, ale z obawy reakcyi. Broni doktora Funke z obawy żeby upadek jego nie przyprowadził do władzy hrabiego Malca lub Patryarchy Plauschera. Myśl tych panów jest zatem fałszywa, zła i zarażona jadem demokratycznym, ale działanie jest dobre a jego skutek zbawienny, w takim razie zaś mniejsza zawsze o zamiary i powody. Uważaj bowiem że choć Małe byłby nam oczywiście milszym, to dziś zasada jest przy doktorze Funke, bo on reprezentuje istniejący porządek, a tamten, choć jeden z naszych, zmianę, rewolucyę.
Ty wiesz czy byłem i jestem zawsze gorliwym zwolennikiem prawdziwie konserwatywnych zasad, Ty wiesz czy kiedy w jakimkolwiek wypadku i pod jakimkolwiek naciskiem odstąpiłem od przekonań moich; w roku 1848 kiedy najlepsi wśród nas dźwigali karabin gwardyi narodowej, w 63cim kiedy cylindry i fraki obrzucano kamieniami i biotem, ja wierny mojemu sztandarowi do końca, po dziesięcioletniej przerwie zacząłem tańcować po hofbalach skoro tylko ulica rozkazała przywdziać żałobę narodową. I dla tego też tak mnie dzisiaj trapi i pojąć nie mogę jak się to stało, że z najwierniejszymi, najstarszymi i naj wy trwalszymi sprzymierzeńcami Zgodzić się nie mogę i w kardynalnych punktach wiary rozchodzę.
Władza, jak Ci pierwej już pisałem i jak wiesz zresztą aż nadto dobrze, jest dziś w ręku ludzi takich właśnie którzy są, byli i będą naszymi wrogami. Jako ludzie tak, ale nigdy jako władza. Ci panowie nasi, a przynajmniej wielu z pomiędzy nich uroiło sobie, że kiedy rząd wyszedł z ultra-demokratycz-nego obozu, oni jako arystokraci osłabiać go powinni, zwalić jeżeli można. Najfałszywszy kierunek — najzgubiejszy obłęd. Najsamprzód każden co zostanie ministrem przestaje być demokratą, a staje się rządowym. Czy i o ile zamienia się na arystokratę — sprawa tylko’ czasu i przyzwoitości. Każda zaś opozycya zawiera w sobie ferment demokratyczny. A dalej każda zmiana rządu, jakakolwiekby ona była, wychodzi na korzyść demokracyi. Czem chwiać się poczyna arystokracya w ostatnim przybytku, zkąd żadne napaści dotąd wygórować ją nie zdołały? Oto, nie czynnóm wystąpieniem postępowców, którzy skoro raz byli u władzy nigdy od zdrowego kierunku nie odstępowali, ale licytacyą in minus jaka poczynała się skoro tylko najczystszej wody arystokraci w opozycyę bawić się poczynali: ote toi pour que je m’y mette-
Kto kocha rzecz samą a nie ulega namiętnościom, kto chce zasłużyć aby zwano go rycerzem zasad konserwatywnych, przedewszystldem za godło obrać sobie powinien: Nietykalność władzy i jśj przedstawicieli zkądkolwiek oni przyszli i jakkolwiek im na imie. Jeżeli na przykład p. minister ma zbyt porywcze słowo — to szlachetność i samowiedza głębokiego przekonania; inny zamknięty i milczący — to roztropność i powaga męża stanu. Ten zmienił już nieraz zdanie — giętkość polityka bez której wielkich rzeczy zdziałać nie można, tamten sobie rąk nie myje — to lekceważenie drobiazgów życia wobec ogromnego zadania jakie spoczywa na jego barkach. Słowem: lis nie chytry lecz rozumny, paw nie próżny lecz wspaniały, sroka nie szczebiotliwa lecz ujmująca i t. p. Arcydziełem tego rodzaju jest obrona publicznego i prywatnego życia królowej Izabelli tak niegodnie przez niewdzięczny naród opuszczonej i przedstawianie jój za monument cnoty i moralności — bo każda królowa musi być zawsze monumentem cnoty i moralności. Proszę uważać że przytaczam to jako wzór formy a nie treści, gdyż w uwielbianiu dynastyi już zdetronizowanej mieści się zaród wielce niebezpieczny rewolucyjnych dążności; spojrzyj tylko bacznie na ostatnie karty dziejów naszśj najszczuplejszej ojczyzny (das engere Vaterland już z gramatykalnśj loiki musi mieć swoje superlativum) i powiedz czy nie mam słuszności za sobą.
Na tem dziś kończę, ale będę Cię bezustannie utrzymywał w świadomości tego co się tu dzieje; Ty zaś donoś mi ze swej strony co tam porabia i myśli nasza szlachta, która nierównie ma więcej rozsądku niżby kto mógł sądzić i w nie-jednem zdrowy sąd by sobie wyrobiła, gdyby jej nie podawano wszystkich wiadomości przez alembik tych szalonych dzienników, jawno-grzeszników albo równie niebezpiecznych pseudo-konserwatystów. Tout a Vous.
Poloniusz.
PS. Dowiaduję się, że niektórzy z naszych wyobrażają sobie, że Vaterland przedstawia nateraz zdrowe pojęcia, zasady i przekonania, ztąd dziennik ten trzymają i patronują go. Proszę Cię staraj się wybić im z głowy to absurdum. Tylko ze starej Pressy może się dziś Galilea rozumu nauczyć.
List Sycynijusza (Trybuna).
Z Tygrysowa dn. 46/19 9681.
Twój list kochany mój katechumenie, wymaga długiej i gruntownej odpowiedzi, a jakkolwiek pracuję nad miarę i siły, nie chcę zbyć cię kilkoma słowami. Poświęcę ci drogi czas i nawet moje zwyczaje, napiszę obszernie, bo mam cię z a jednego z tych których przekonać warto: a chociaż dotąd okazujesz się człowiekiem trwożliwego sumienia i charakteru jeszcze niezahartowanego, nie tracę nadziei, że czas i Ż3rcie dadzą ci tę energię na której ci dziś zbywa. Przestrzegam cię tylko z góry, że jeżeli się nie otrząśniesz z twojśj opłakanej skłonności do refleksy i, nie będziesz nigdy zdolnym do czynu. Po tśj przestrodze przystępuję do rzeczy.
Pytasz mnio o znaczenie demonstracyi politycznych i zdajesz się je ganić? Zkąd powód do tego pytania? i o co ci chodzi: o teoryę czy o praktykę? o zasadę czy o szczególny przypadek? Nie masz nic przeciw uczczeniu Zenona, choć twierdzisz, żeśmy go znużyli i znudzili hołdami tak że już chciał od nas uciekać, ale zarzucasz nam, że nikt nie może choćby na żart przyjechać do naszego miasta, żebyśmy do niego lub po niego nie chodzili „pochodem z pochodniami“, i żebyśmy mu nie wyprawili mniśj lub więcej fałszywój serenady przed oknami. Potem wywlekasz z zamierzchłej przeszłości dawne zapomniane dzieciństwa i z gruntownością uczonego niemca robisz statystykę naszych „fackelzugów“, oburzając się mimochodem na polską i na niemiecką nazwę tój niewinnej ceremonii. Rachujesz tedy, nie sięgając dalej w przeszłość, owacyę dla Florestana w roku 1865; w 1866 jednę czy więcej dla Ante-nora; w początkach 67go jednę dla Ziemowita. W 68mym, mówisz, wzmaga się ten gust do smoły i żywicy, i liczysz „fackelzug“ jeden dla Nuncyusza, potem jeden dla Deaczka czy też nawet dwa, immediate potśm znowu dla Antenora, i z tych wszystkich owacyi dla ludzi najrozmaitszych zasad i wyobrażeń, wyciągasz wniosek, że my sami nie wiemy co myślimy i czego chcemy, a powtóre, że nikt nie może przywiązywać wagi do naszych owacyi, jeżeli robić je będziemy każdemu.
Wszystko to miałoby może sens, gdyby celem i przedmiotem owacyi był ten Jan albo Paweł, który jest jéj pretekstem. Ale dowiedz się i pamiętaj sobie na całe życie, że celem demonstracyi nie jest nigdy człowiek ani jego zasady i wyobrażenia, tylko demonstracya sama. Dla tego pozwalam ci myśleć co ci się podoba o każdym szczególnym wypadku, ruszać ramionami na owacyą dla Antenora w dwa tygodnie po owacyi dla Deaczka, ale zasady bronię i zaraz ci wytłomaczę co w iliéj widzę dobrego.
To przecież musisz wiedzieć, że bezpośrednim i najbliższym naszym celem i zadaniem nie może być nic innego, jak pozyskanie mas. Żeby je pozyskać, nie masz innego sposobu, jak elektryzować je bezustannie, utrzymywać je w ciągiem oczekiwaniu czegoś, w ciągłym ruchu. Nazwij ten ruch sztucznym, nazwij to galwanizowaniem, nazwij jak chcesz, ale nie zaprzeczysz, że do celu prowadzi tylko ten jeden środek, a innego nie ma.
A teraz powiedz mi, jak ty do tych mas trafisz, gdzie je znajdziesz, jak je zmusisz do figurowania na politycznym teatrze, jeżeli ich nie zgromadzisz na wolnem powietrzu? Czy myślisz chodzić od domu do domu jak po kweście i propagować garncarza po garbarzu a murarza po cieśli? Winszuję: prędko byś doszedł do celu, gdybyś każdy z tych łbów z osobna chciał otwierać. Nie mój kochany, z masami ludowemi nie dojdziesz do niczego rozumowaniem, bo cię nie zrozumieją, a najczęściej nie zechcą słuchać. Wiesz jak z niemi trzeba poczynać? oto chwytać za tę władzę, która u nich najbardziej jest wyrobioną, bo żadnego wyrobienia nie potrzebuje za wyobraźnię. Do ich rozumu trafisz nieprędko, jeżeli kiedykolwiek trafisz, do uczucia niełatwo, bo dziś jeszcze nawet najwcześniejsze z czuć, zawiść, nie dość w nich rozbudzone. Ale podrażnij ich ciekawość, pociągnij wyobraźnię, olśnij oczy blaskiem i otumań uszy gwarem, a upoisz ich tem wszystkiem tak, że będziesz miał w ręku nie głowy ich ani serca, ale nerwy, i zamagnetyzowanych i opanowanynh, użyjesz jak zechcesz. Jest to abecadłem polity 12 cznej psychologi, pewnikiem matematycznym, o którym myślał wielki mistrz wszystkich agitacyi w Europie, kiedy uczniom swoim powtarzał jak święty Jan: „Synaczkowie kochajcie się,“ „Synaczkowie wyprowadzajcie lud na ulicę.“
Wiesz teraz na co są demonstracye? Pojmujesz, że jeżeli wzięte z przedmiotem mogą być dziecinne i śmieszne, to w oderwaniu od przedmiotu są uprawnione, koniecznie i zbawienne? Jest to tak dalece prawdą, że nie widzę nic zdrożnego ani nawet nic dziwnego w dwóch następujących po sobie owa-cyach dla dwóch ludzi wprost przeciwnych przekonań i celów. Ciebie to razi, widzisz w tem dzieciństwo, niedojrzałość polityczną, niedorzeczność: i w istocie to jest dzieciństwem, niedojrzałością i niedorzecznością ze strony tych, którzy tam idą za drugimi i wołają wiwat, sami nie wiedzą za co i komu, Ale tym ludziom, którzy wiedzą co robią i działają z celem przed oczyma, nie godzi się przypisywać płochości i dzieciństwa, lecz przeciwnie szanować należy ich głęboką mądrość.
To wszystko dla twojej nauki i przyszłości. Ale znając kobiecą trochę (wybacz) trwożliwość twego sumienia przeczuwam, że nie jesteś jeszcze przekonanym. Muszą się odzywać w twojej głowie puste echa tych pustych argumentów, których nasłuchałeś się dosyć przeciw wszelkiej Agitacyi od ludzi interesowanych. Widzę jak sam siebie zapytujesz, czy agitacya jest rzeczą złą czy dobrą, słyszę, jak sobie mówisz, że agita-cye i demonstracye są tylko złudzeniem, cieniem działania bez rzeczywistości i treści: przewiduję zarzut, że lud przyzwyczajony do zbiegowisk, a nie rozumiejący, da się porwać każdemu i użyć na korzyść każdej sprawy: wiem, że mi bryźniesz w oczy przykładem Warszawy i rokiem sześćdziesiątym trzecim. Znam., te wszystkie oklepane ogólniki, te babskie strachy, w które wierzą jeszcze pobożne dusze po zakrystyach i zapieckach, i pozwól, żebym cię z tej niedołężnej drżączki raz na zawsze wyleczył.
Co do agitacyi naprzód, ta jest faktem nieustającym i nie mogącym ustać, któremu, nawet gdyby był szkodliwym, nie zdołasz przeszkodzić ani ty, ani ja, ani żaden z ludzi. Ale ja twierdzę, że ten fakt szkodliwym nie jest. Postęp jest prawem i celem ludzkości: kołami na których postęp jedzie, jest ruch i zmiana. Ruch i zmiana są prawem fizycznśm świata społe cznego i politycznego, a siłą, przez którą to prawo działa, jest agitacya. Agitacya być musi, i jeżeli nio ty i nie ja, to znajdzie się zawsze taki, który agitować będzie. Zatem całem zadaniem, całą sztuką, i (wybacz mi zwietrzały frazes) obowiązkiem patryotycznym jest opanować i kierować agitacyą. Od kierunku oczywiście zależy tu wiele. Agitacya prowadzona przez ludzi przekonań przeciwnych naszym byłaby niebezpieczną (szczęście, że nie mają po temu ani dość energii, ani dość zręczności), ale agitacya w naszem ręku, w ręku człowieka śmiałego i dzielnego (jacy w ważnych chwilach zawsze na wierzch wychodzą) taka agitacya stajs się potęgą, której nie użyć, byłoby głupstwem i niedołężnością, zbrodnią nietylko względem kraju, ale nawet względem samego siebie.
To co mówią, że demonstracye są marą politycznego działania, chińskim cieniem dla zabawy gawiedzi i kawiarnianych polityków, to także nieprawda. Zapewne, jeżeli chodzi o rezultat widoczny i namacalny, to tego żadna demonstracya nie pokaże, chyba taka, która już przeszła w rewolucyę. Ależ nie o to chodzi. Demonstracya jest gimnastyką, którą się masy wprawiają do trudnych i niebezpiecznych skoków i ewolucyi, a jako taka jest czemś bardzo rzeczywistym i obfitem w skutki. Nie chcę ci tu powtarzać takich rzeczy, które się mówi ze skutkiem wobec większej publiczności, jak manifestowanie ducha narodu, objaw jego opinii i woli, i tam dalej, bo wiesz co myślę (między nami) o tych wszystkich duchach, opiniach i wolach, ale powiedziałem ci dosyć, by cię przekonać, że w ten sposób pojęta, demonstracya nie jest wcale złudzeniem.
Temu też także nie wierz, że lud przyzwyczajony do tłumnego i gwarnego zebrania, da się każdemu pociągnąć i zrobić co innego, niżby chcieli jego przyjaciele. Staćby się to mogło, gdyby lud kiedykolwiek zgromadzał się sam i z własnego popędu. Ale tak się nigdy nie dzieje. Wszechwładny siedzi w swoich dziurach i nie lubi z nich wyłazić: żebyś wiedział ile to pracy potrzeba, żeby go wyruszyć, jak trzeba kusić, opowiadać, obiecywać dziwy i ciekawości! Wierz doświadczonemu: lud nigdy sam o zebraniu nie pomyśli, a jeżeli się zgromadzi, to zawsze tylko pod wpływem innśj woli, która go w takiéj chwili na krok odstąpić nie powinna i nie odstępuje. Tą wolą jesteśmy my, zatém cały argument upada. -ł, ł
Pozostaje jeszcze rozprawić się z przykładem Warszawy i roku sześćdziesiątego trzeciego. O jakże ten przykład od nas daleki i jak mało straszny! Ale chcesz wiedzieć dlaczego tam rzeczy tak źle poszły? Oto nie z winy demonstracyi, ni© z winy manifestacyi, ani organizaeyi, ani nawet (między nami) nie z winy szlachty i białych, ale po prostu dla tego, że zamierzona rawolucya bawiła się w republikę, kiedy powinna zawsze być despotyzmem pod karą nie udania. Jak tylko rządzą komitety, kluby i tym podobne błazeństwa, żadna rewolucja powieść się nie może: pierwszym jej warunkiem jest dyktatura, prawo życia i śmierci nad wszystkiemi w ręku jednego. Tę naukę wyciągnąłem z wypadków sześćdziesiątego trzeoiego,. i tej nie zapomnę, a to samo jest już ogromną z tych wypad.-ków wynikłą korzyścią.
Spodziewam się, żem — rozwiał twoje obawy co do demonstracyi i twoje zastarzałe skrupuły niegodne męża. Nie gardłuję za żadną demonstracyą z osobna, ale obstaję za wszystkiemi w ogóle, za zasadą demonstracyi, której, pochlebiam sobie, już nie ośmielisz się podawać w wątpliwość.
Rzecz naturalna, że każda demonstracya uliczna, przy którśj się prawie nic nie mówi, a zgoła nic nie słyszy, sama przez się nie znaczyłaby wiele. Jest ona tylko ogólnym zarysem, który potrzebuje wypełnienia, a wtedy dopiero staje się wyrazistym, zrozumiałym i robi wrażenie. Takiem wypełnieniem dla demonstracyi ulicznej: jest wszystko to, co daje sposobność lub pretekst do mów. Objaśniona mowami 1 rozgłoszona w gazetach, dopiero rzecz przybiera wielkie rozmiary, dopiero wtedy imponuje tym biedakom, którzy nosili pochodnie i wydaje im się wielką. Nagroda ta należy im się. słusznie za to, że nieraz marzną lub mokną, sami nie wiedzą po co, a mimo to na znak dany wołają wiwat z bohaterskim zapałem.
Otóż mowa — nie wiem czy ty sobie dobrze zdajesz sprawę z tego, czem ona być powinna, i co mówić można, a czego nie — mowa jest tym jednym, dobrym przewodnikiem, za pomocą. którego, twoja wola (nie mówię twoja myśl istotna, ale twoja chwilowa wola (dostaje się do. każdśj. z osobna głowy i wpływa na tę głowę. Z twoją myślą, zaś i z twoją wolą, dostaje się do tój głowy i twoja osoba, na przykład: Sycyniusz mówił najpiękniej o niepodległości Polski, ergo, myśl tój nie podległości zrasta się z wyobrażeniem o Sycyniuszu, i kiedy tylko myśl ta przypomni się temu lub owemu mózgowi, natychmiast obok niej zjawi się, w tym mózgu i fotografia Sycyniusza.
Nigdy zatem człowiek polityczny nie. może dość dbać o to co powie i jak powie, a pierwszą regułą ma być dla niego to, żeby zawsze powiedział więcej od innych, żeby wszystkich przeskoczył i prześcignął. Jeżeli twój poprzednik powiedział i obiecał dziesięć, to ty powiedz i obiecuj sto; inaczój nigdy nie dojdziesz do niczego. Tym razem wyznaję, byłem istotnie w kłopocie. Mów było wiele, a co jedna to lepsza. O łączności o niepodległości, o przyszłości, nagadali wszyscy tyle, i tę przyszłość obiecywali tak blizką, (mają ją w kieszeni durnie!) że już nic do powiedzenia nie zostawili. Szczęściem natchnienie nie opuszcza nigdy tęgiego człowieka; nie opuściło i mnie, i w stanowczéj chwili zakasowałem ich wszystkich. „Panowie“ rzekłem, „wyrzeczono tu wielkie słowo połączenia i niepodległości wszystkich części naszej rozdartej ojczyzny. Słowo to „znalazło odgłos w waszych sercach. A wiecież dla czego? Oto „dla tego, że w tej chwili słowo to zostało wcielonem. Jest „to prawem odwiecznćm i niewzruszonem w świecie ducha i „w świecie politycznym, że wielka idea żyjąca w ukryciu „w świadomości milionów, staje się rzeczywistym faktem „w chwili kiedy została publicznie wypowiedzianą (wielkie „oklaski). Tak jest panowie — jest to pewnik, jest to axiomat, „jest to dogmat stwierdzony sto razy historyą (jeszcze większe oklaski). „Zatem Panowie, ja oświadczam i ogłaszam w tej „chwili na świat cały: Połączenie i niepodległość wszystkich „części naszej rozdartój ojczyzny jest już dziś faktem, faktem „dokonanym! (Grzmot oklasków i nieustająca wrzawa, muzyka wojskowa rznie: Jeszcze Polska nie zginęła).
„Fakt ten“ ciągnę dalej „nie znalazł jeszcze praktycznego „wyrazu i dla tego nie jest dla wszystkich widocznym, ale od „chwili kiedy jest, to co nam jeszcze do zrobienia zostaje, jest „stosunkowo małą rzeczą“ (znowu oklaski). „Zapewnie nie obejdzie się bez przeszkód, ale......“, domyślisz się sam co powie działem dalej, wiesz że w każdśj mowie przeszkody zwyciężają się silną wolą, jednością, poświęceniem, i całym tym arsenałem zużytych i zardzewiałych cnót obywatelsko-patryotycznych, nie powtarzam ci zatem końca mojśj mowy, którą zamykało w sposób nowy i nigdy dotąd nie widziany: Zdrowie Orła białego. Zaręczam ci, że efekt był ogromny, fenomenalny, a mam na-, dzieję, że będzie trwałym.
Nie obeszło się naturalnie bez oburzenia: Prudeneijusz chciał mnie zatrzymywać, Tchórzomir uciekł, Jowisz miał nadzieję że mnie przestraszy i nastawił najgroźniejszy ze swych marsów, a Sewer śmiał mi powiedzieć w oczy iż okłamywanie drugich temu tylko może być przebaczonem, kto przynajmniej i sam jest okłamanym. Głupiec! Myśli że ja dbam o niego i jemu podobnych. A potem, alboż to ja kogo okłamuję? Wszystko co powiedziałem jest istotną prawdą, może nie w praktyce, ale w teoryi jest prawdą. Ale oni mądrzy ułożyli między sobą i głoszą między ludźmi, że to co jest w istocie treścią i zadaniem mowy, effekt jest tylko blichtrem i frazesem, a tę mizerną stronę materyalną, na którą się każdy głupiec zdobędzie, znajomość rzeczy, argumentacyę, prawdę i tam dalej, przedstawiają jako rzecz główną. Obrócili kota do góry nogami i znajdują łatwowiernych, którzy gotowi przysięgać, że tak jest. I ztąd pochodzi, że słowa prawdziwie patryotyczne i demokratyczne tak mało robią u nas wrażenia. Jakże go mają robić, kiedy wszystko co powiesz o niepodległości, równości, postępie, prawach ludu, okrzyczane jest z góry systematycznie za frazes, za „blagę“ i za pochlebstwo.
Wymyślili to ludzie którzy tśj broni używać nie umieją, po prostu przez zazdrość. Podług nich frazesem jest wszystko co nie jest czystą prawdą. Pytam się gdzie jest ta retorta w której można oddzielić chemicznie czystą prawdę od dodatków? Wszak każda figura retoryczna, każdo porównanie, każdy wykrzyknik jest już takim dodatkiem, a któż się bez nich obejść może? Co zaś do pochlebstwa, to to co głupi ludzie nazywają podchlebstwem, jest tylko sztuką pozyskania ufności, wpływu i rozbudzenia w ludziach zapału? Czy Perikles, że już tego słowa użyję, nie pochlebiał Ateńczykom, Grachus plebejuszom rzymskim, magnaci polscy swojej młodszej braci, albo Napoleon swoim żołnierzom? Cóż to jest te czterdzieści wieków patrzące ze szczytu piramid jeżeli nie piramidalna blaga? Naturalnie pochlebstwo nie szczere, podstępne i zdradliwe jest złem; byłoby złem naprzykład gdyby arystokrata lub konserwatysta pochlebiał ludowi, boby go oczywiście oszukiwał, ale jeżeli ty w dobrej wierze, z czystym zamiarem i dla jego własnego dobra podbijesz mu trochę bębenka, cóż w tem tak bardzo zdrożnego? Nie pozyskasz nigdy zaufania i wpływu u ludzi, jeżeli zechcesz występować przeciwko ich wyobrażeniom, upodobaniom, a choćby przywidzeniom. Jeżeli zaś czujesz się powołanym do prowadzenia tych baranów, natenczas masz obowiązek zdobyć ich ufność, i masz prawo użyć potemu najlepszego środka jaki jest. Środkiem tym jest: wiedzieć zawsze, co w danej chwili jest słabą stroną tych, na których chcesz działać, i przemówić do tej słabej strony tak, iżby twoje uczucie zawsze zdawało się o jeden stopień gorętszem od ich uczucia, żeby twoje dążenie szło zawsze o jeden krok dalej od ich dążenia, ma się rozumieć w tym samym kierunku. Jeżeli zaś twój kierunek nie będzie bardzo jasnym, to cię większość nigdy nie zrozumie. Odcieni ona nie zna, i dla tego jak jej mówisz o granicach możliwości, o stosowaniu żądań do chwili i o stopniowem dążeniu do celu, słucha ona jak o żelaznym wilku. Nie powiadam, żeby te wszystkie rzeczy były złe lub fałszywe, ale dla nas mają tę złą stronę, że mogą być zrozumiane tylko przez oświeconą mniejszość, nigdy przez wielką, przez naszą publiczność. Dlatego musimy i powinniśmy zawsze posuwać się do extremów, choćby nawet tranzakcye i lcompro-misa ludzi umiarkowanych były na dzisiejszą chwilę praktyczne i dobre. Słowem powinniśmy zawsze chcieć tylko tego, co masy zrozumieć mogą. Nazywają to pochlebstwem, ale wierz mi, że to jest tylko obowiązkiem. Wszak każdy patryota, a zwłasza każdy człowiek polityczny powinien trzymać za puls opinię swego kraju i iść z duchem czasu. A jakże poznasz tę opinię, jeżeli się do niéj nie zastosujesz? Ona w takim razie zamknie się przed tobą: tym sposobem wierzaj mi gubią swoję sprawę konserwatyści. Jak pójdziesz z duchem czasu, jeżeli nie zrobisz zawsze tego co się jemu w danej chwili podoba? Jak go pokierujesz, zwłaszcza jeżeli go nie wyprzedzisz i nie staniesz na czele? Duch czasu wprawdzie, wiesz dobrze co o nim myślę: das ist der Herren eigener Geist, ale właśnie dla tego obowiązkiem naszym jest owładnąć nim, a innym sposobem nikt nim jeszcze nie zawładnął i nie pokierował.
Pochlebstwo! niesumienność! zła wiara! gonitwa za popularnością! wszystko to zarzuty, na które człowiek rozumny i prawy patryota ma prawo uśmiechnąć się z pogardą i ruszyć ramionami. Gonitwa za popularnością jest „an und fur sich“ koniecznością: niesumienności i złej wiary być nie może tam gdzie cel jest dobry, bo oczywiście, jeżeli to, czego chcesz jest dobre, to i to co robisz dobrem być musi i ty robisz w dobrój wierze; a pochlebstwo....... hm, któż czasem na tym świecie nie pochlebia! Pochlebiasz kobiecie, której się chcesz podobać, pochlebiasz jej ojcu i matce, jeżeli się chcesz z nią ożenić, mężowi, jeżeli ją chcesz uwieść, pochlebiasz bankierowi, przez którego spodziewasz się zrobić interes, pochlebiasz żydowi, kiedy potrzebujesz pożyczyć pięćdziesiąt guldenów, a niemiał-byś prawa pochlebiać opinii i to dla jój własnego dobra? Cóż to za kodeks moralności? W tamtych wypadkach pochlebiasz dla siebie przez egoizm, w tym dla dobra ojczyzny; i możnaż się wahać, można to potępić? Mój kochany, im bardziej się nad tśm zastanawiam, tem lepiśj widzę, że każdy człowiek ma raz w życiu chwilę, w której mu wolno wybrać komu chce pochlebiać, ale każdy musi wybrać i musi pochlebiać. Cała mądrość życia w tem, żeby dobrze wybrać. Niechże się więc każdy dobrze namyśli przed wyborem, bo cała przyszłość od niego zależy, i w nim cały rozum politycznego człowieka. Raz zaś wybrawszy, możesz być wiernym i stałym, jak długo ci się podoba, ale nie bądź nigdy połowiczym, nieśmiałym i skrupulatnym, i zawsze pamiętaj, że najmilszym dla serca ludzkiego rodzajem pochlebstwa jest prześladowanie przeciwnika. Jeżeli go niema ten, któremu chcesz się zasłużyć, to go musisz stworzyć, musisz mieć jakiegoś kozła ofiarnego, na którego wszystko złe zwalasz.
O co go oskarżysz, to już rzecz okoliczności, przypadku i twego sprytu. Niezmienna ta zasada może się stósować do chwili i objawiać w najrozmaitszych formach. Teraz na przykład najlepiej służy do tego użytku patryotyzm galicyjski, z czasem może się znaleźć co innego. Dziś dobrze jest starać się nieustannie, żebyś Polakiem wydawał się tylko ty i twoi stronnicy, wszyscy inni to patryoci galilejscy, pamiętaj. Jest to trochę — do zrozumienia trudne; ja sam przyznać muszę, że pojmuję, znam i widziałem ludzi bez żadnego patryotyzmu, ale patryo tyzmu galilejskiego nie spotkałem i nie umiem go sobie wyobrazić. Ale to wszystko jedno, środek jest dobry i radzę go nie zaniedbywać.
A teraz kiedy ci rzecz całą jasno wyłożyłem i kiedy jak się spodziewam uspokoiłem wątpliwości i wahania twojego sumienia, mam nadzieję że się otrząśniesz z dotychczasowej bezczynności, i staniesz nie w szeregu ale przed szeregiem pracowników na polu ojczystem. Ktokolwiek może być jenerałem a poprzestaje na niższych stopniach, ten jest niedołężnym i nie dopełnia swego obowiązku. Ty mógłbyś być jednym z jenerałów gdyby więcej energii a mniśj refleksyi. Patrz na mnie: czy byłem kiedy szeregowcem, czy nim jestem? nie, i możesz być pewnym że nim nigdy nie będę. Karabin i tornister, to w sam raz dla tych co przy owacyach biją się o pochodnie i słuchają pobożnie co tam ktoś prawi z balkonu, gapie! Ale są inni przeznaczeni do noszenia chorągwi w czasie pokoju a perspektywy w czasie wojny, i ty mógłbyś do nich należeć gdybyś chciał. Dlaczego nie spróbujesz, sposobność masz wyborną. Jak się kto zjawi w tym waszym ospałym Gawronowie urządź owacyę, nie zaniedbuj pochodni a zwłaszcza mów, ruszaj się i rozruszaj drugich.
Nadewszystko zaś zbierz koniecznie, ale to koniecznie, zgromadzenie ludowe i koniecznie pod golem niebem. Przedmiotu ci nie braknie: będziecie mówić o tśm co się dzieje w Chaopolis i uchwalicie że patryoci galicyjscy gubią Polskę, gubią albo zdradzają, albo zaprzedają, jak się wam podoba. Spodziewam się że mi nie odpowiesz na to tym głupim ogólnikiem, że zgromadzenie ludowe nie powinno rozprawiać i stanowić o kwestyach politycznych, których lud nie rozumie. Naprzód niech cię Bóg broni wyrwać się kiedykolwiek z tem, że lud czegpś nie rozumie; to lpożna myśleć, ale nigdy powiedzieć; a powtóre co i po co on ma rozumieć? Alboż to nie ma nas którzy za niego myślimy i rozumiemy?
Bądź zdrów, błogosławię cię w imieniu matki ojczyzny.
Twój
Sycyniusz.
List Stańczyka do Gąski.
Wielmożny a mnie wielce miłościwy panie a bracie!
Jałcie nova z krakowskiego a ruskiego ongi województwa odebraliśmy, wypisuję Waszmości miłościwemu Panu a bratu wiernie a obszernie.
Słyszałeś Waszmość a mnie wielce miłościwy Pan i brat, jako Cesarz JMć Austryacki wdał się od lat kilku w zwoływanie rad i sejmów w ziemiach swoich, jako to u nas od niepamiętnych czasów in usu bywało. Wiesz także Waszmość jako to szło dotychczas i jakie nieprzełomione stawiały się trudności, ile że narody rakuskiego berła długo pod jugum absolutismi zostając, obyczajami a językiem rozmaite, niby one wiatry przez pachołków Ulissesa puszczone, nie mogły i nie mogą dotąd aurze równowagi przywrócić. Węgry jako to naród cięty a propositi tenax najpierwéj przyszli do zgody i przywiedli do egzekucyej prawa swoje, ale pozostała reszta, wśród której Niemcowie, jako gens panowania żądna a nie bardzo narodowi słowiańskiemu przychylna, chcieliby rządzić jako szare gęsi nibyto Krzyżacy w ziemiach pruskich nie przymierzając.
Ważne racye status kazały naszym niebożętom pilnie baczyć na owo nowe urządzenie Cesarstwa Kakuskiego a co sił jemu dopomagać, położywszy na bok dawne rankory a spól-nego mając na oku nieprzyjaciela. Mieli tśż in rebus gestis własnego narodu niejednę dobrą radę do podania, jako narody różnego języka i obyczaju związać w jedno państwo wolnością a równemi prawy, aby jeden drugiemu nie przewodził ale wszystkie razem nad bezpieczeństwem własnem i dobrem obmy-śliwały. I pomyślałem sobie nieraz, gdyby to którego z tych co to im i swada dopisywała i zręczności nie brakło, puścić w takie konstellacye, gdyby w pokoleniu niebożęcóm więcśj było tradycyi naszych legacyi zygmuntowskich a mniej anty-kamerowej polityki czasów Stanislai Augusti albo Sasów, byłoby się wszystko działo więcśj cum honore ge.ntis, jak się tam oto w ostatnich podziało czasach.
Prawda, że sprytni Niemcowie wynaleźli dziwny modus electionis do swego wiedeńskiego consilium. Przypatrowałem się ano jak przed kilkoma miesiącami wzdłuż onéj drogi żelaznej bardzo trefnego wynalazku angielskiego, wsiadali posłowie w legacyi do Wiednia jadący od sejmiku lwowskiego, który odpuść Panie Boże, mniśj znaczy niż wojewódzki w Są-dowój Wiszni. Niejednemu byłbyś się dziwił niemało, boć i do hana na Perekopie innych słaliśmy ludzi. Poczciwe ludziska, widać im to z twarzy, u niejednego i prezencya niezła, ale Waszmość wiesz, że legacya to nie przelewki, bo i erudy-cyi potrzeba i swady i baczenia niepospolitego, a tu wedle modus electionis jedzie chmara takich, którzy posłami być muszą, bo innych nie można. Gdyby jeszcze bić Niemców, przydałby się niejeden, bo i barki szerokie i pięstuk nieszpetny, ale jak tu wyrozumieć i przekonać, kiedy nieboże kmieć ruski jako żywo tylko po rusku i polsku howorył. Gdyby exorcy-zmować, a byłoby z czego, stałoćby i na to niejednego poczciwego bogomodlcę w delegacyi, ale między tymi tśż Krome-rusa nie dopatrzysz, co tak dobrze Króla Jegomości interesa w Wiedniu prowadził. Szlachta bracia dosyć to niby pokazywała animuszu, jenom baczył że mało w sobie miała statysty, a więcéj gospodarza a domatora. Animozyi także baczyłem wiele i dopatrywałem niejednego, jakby rodzonego brata naszych sejmikowców, jeno że serpentynę niósł w futerale, na pokoje Cesarza JMci. A że to nasza szlachta już ma taką naturę, że jak sobie kogo upodoba to mu wierzy jakby ewa-nielii, a słucha żeby i w ogień skoczyła gdyby jeno kazał, dopóki go sobie znowu nie uprzykrzy, więc i oni mieli takiego 22 co z nimi wszystko co chciał robił, i zgoła jakoby za Wszystkich myślał. A którzy téż i sami myśleć byli radzi a o czemś wiedzieć, próżno się jeno sierdzili a siepali, bo zawsze na tem stawało co on chciał, a oni musieli słuchać.
Otóż niebożęta wrócili co jeno z legacyi do consilium wiedeńskiego, wśród wielkiego gwaru i swaru wznieconego szczególniej przez tych co nova piszą a z wielu miar podobni pono do owych scriptorów pasąuillusów za czasów naszych. Niejeden poczciwina ani wie za co go szarpią; ano opuścił substancyą i gospodarstwo, odjechał żony i dzieci, a tu pokutować mu przychodzi za to, że go wybrano i wysłano. Drugi słysząc crimina o których mu się nie śniło, nasrożył się na wszystko ćo drukują i piszą, i rąbałby serpentyną na prawo i lewo w obronie szlacheckiego klejnotu-, naruszonego przez hołotę pisarską, gdyby serpentyna nie była w futerale. Bogiem a prawdą wszakże, legacya poszła nieświetnie, coś jakby owa pana Grzymułtowskiego po pakta Andruszowskie, na której Król Jegomość Sobieski, wielki austryackiego domu fautor i protektor, najgorzśj wyszedł i dotąd na nią głową kiwać lubi. Ani korzyści, ani powagi z pośród niemieckiego consilium, nie unieśli, w ostatniśj ledwro godzinie ostrzeliwając plac i mówiąc, czego dosyć w uszy ludziom tamecznym kłaść nie było można.
I pokazuje się ze wszystkiego, że do onśj rezolucyi sejmiku lwowskiego brakowało rezolucyi, a do onej polityki radzącej około dobra rakuskiego imperium brakowało dawnych ludzi, co wielkióm słowem umieli się odezwać, że ich słyszało chrze-ściaństwo i uważało na ich zdanie. Spuściwszy z animuszu wrodzonego, który się zawsze z rozsądkiem zgodzić może i powinien, bez którego zaś, jak to Waszmości dobrze wiadomo, niema dia nas skntecznego żywota publicznego, okazała legacya narodowi niemieckiemu piętę Achillesa, o której starzy bają, a Niemiec tśż domacawszy się słabych stron, puścił Polaka z kwitkiem do domu, jako to już nieraz uczynił. I naród też zżyma się na legacyę swoją o ów brak animuszu, bo jakkolwiek wytarta na nim dzisiaj ferezya a z pasa jeno strzępy wiszą, jakkolwiek w domu chudoba i płacz, pozostała jednak w duszy pamięć lepszego żywota i honor rycerski, a serce przeboli raczej wszystko, niż przykry casus, aby sobie Niemiec z biedy i słabości naszśj urągać pozwalał. Aleć i ten frasunek acz jest respektu godzien, na zle im też wyjść może, bo mają konsultory rćżne, co jeno protestować umieją a do niczego nie dopuszczać. Ci tedy radzą do kłótni z Niemcami i z Cesarzem, a obiecują że wtedy wszystko dobrze będzie, i że oni sami bez nikogo w to potrafią, że i Ezeczpospolita na nogi stanie taka jako dawniéj abo i lepsza; a coby w rzeczy potrafili, to i ślepemu widno. Owóż ci na ten resenty-ment dmuchają, a mądrzejsi jak się nie obaczą w tśm a żalowi nad rozumem górę wziąć dadzą, to co wiedzieć dokądby zaszli? Azaż nio do takiej Bzeczypospolitój malowanej co ma i kanclerze i hetmany i armatę morską i wszystko aż do ciurów, ale na papierze jeno, a na prawdę nic jeno śmiech ludzki a płacz własny.
Ot widoczna znowu jak na dłoni, że łatwiej o chwast jak o pszenicę, łatwiej pozbyć się cnót jak błędów.... Animuszu zabrakło a warcholstwa po uszy, kauzyperdy mężami status, a nowinkarze i pisarze pasąuillusów rej wodzą. Pan Taszycki podkomorzy, człek wielkiego doświadczenia a rozumu w takich rzeczach, bardzo dobrze na to wszystko powiada: Doma-torstwo, panie Stańczyku, domatorstwo ich gubi. Zapomnieli co życie publiczne i ani swoich ludzi trzymać ani warcholstwu kawecana założyć nie umieją. Przeczytają na wsi czy w mieście drukowane nowinki i śpią.... Ho! tak za naszych czasów nie bywało.
I mnieć się to samo zdaje, a i W. M. miłościwy brat mój nie inaczej pono sądzić będziesz, skoro przeczytać raczysz te pisma które świeżo dla J. K. M. z tamtego świata przyniosłem. Podobneć one niby do tych com je W. M. przed niedawnym czasem komunikował, jeno że coraz dalej na oślep brną i własny swój sejmik co go mają przewrócić chcą, a za to zwoływać plebs cały na pole jako to dawniej przy elekcy-ach bywało, i ci żeby na się rząd wzięli, a samiby nad niemi przewodzili jako niegdyś Zborowscy nad szlachtą, dopókiby nad jednemi i nad drugiemi kto inny przewodzić nie zaczął jako w swoim czasie nad elektorami Bepnin. Kończę też na tém moją hramotę, bo Król Jegomość młodszy nadchodzi, frasobliwy jak widzę o ów anniwersarz unii lubelskiéj, co go obchodzić mają, w rozmowie między dwoma wielkiemi poety, panem Janem z Czarnolesia i Adamem z Kowieńskiej doliny. Co uradzą nie wiem, ale widzę z daleka jak posmuceni tą ochotą do wyprawiań teatrum i maskarad w tych żałobnych czasiech, gdzieby się raczój zdało Herburtowskie: „prawdą a pracą,“ a nie owo przekazywanie się i świecenie afektami serca.
Kończąc mój kartelusz, piszę się W. M. a mnie łaskawego Pana i brata najniższym sługą
Stańczyk były błazen J. K. M.
Nr. 5.
List Brutusika (ex ministra).
Z Gawronowa 32/20 9681.
Pankrasiu mego serca! Katonie tego zepsutego wieku! Gdzie jesteś? co robisz? wracają się nasze dawne czasy. Ojczyzna święta twoja kochanka podaje się twoim rękom, żąda twego współudziału i kierownictwa. Wiem że nie śpisz, o nie, ludzie tacy śpią z otwartemi oczyma. Ty działasz, ty pracujesz, ty dałeś nura, aby wypłynąć jak Lewiatan na przestrzeni fal, buchając fontannami ducha narodowego, tryskającemi z twojej piersi zbawiciela i przywódzcy ludu!
W tych kilku latach odkąd reakcya i zaprzaństwo idei narodowej wywróciły naszą władzę w imię idei, a wywróciły dla tego, że nie pomni na przestrogi Mochnackiego, nie poszliśmy dosyć radykalnemi środkami, od tój chwili, ileśmy nie okazali zdolności, taktu politycznego, przebiegłości prawdziwych mężów stanu, którymi byliśmy i jesteśmy! O ile prześcignęliśmy tych niedołęgów, którzy wrócili do steru spraw krajowych, aby siebie samych przyprowadzić ad absurdum1 Mimo woli podziwiam siebie i innych i przypominam sobie ów wiersz mistrza Juliusza, który z taką emfazą i ponurym oczu blaskiem deklamować zwykłeś:
Zrzuć do ostatka te płachty ochydne,
Tę Dejaniry palącą koszulę:
A stań jak wielkie posągi bezwstydne Naga, w styxowyra ukąpana mule,
Nowa — nagością żelazną bezczelna — Niezawstydzona niczśm — nieśmiertelna!
Teraz dopiero w całości rozumiem ten ustęp! Tak jest, aby polityka polska była skuteczną, musi zedrzeć z Polski szlafrok szlacheckiego i adwokackiego safandulstwa, musi wyjść naga z tyxowego muła podziemnych robót w imię Ojczyzny, musi być nie bezczelną, ale czoło wszystkim stawiającą, idącą na przełaj, wygiętą rozkosznie ku uściskom przyszłości, która niesie z sobą republikę i przewrót uniwersalny! Trudno to tak dokładnie wszystko powiedzieć, trudno określić, czego się chce, ale właśnie ta niezmierzoność, ta bezprzestanna ruchliwość, to bezwiedne pędzenie naprzód, to łamanie wszystkiego i lekceważenie małości jest zdaje mi się naszą istotą, naszą wielkością, naszą nieprzełamaną potęgą, naszym cudem cudów, o ile ja, który byłem tylko prostym sekretarzem stanu wypowiedzieć to mogę!
Wobec tego celu, jaka obfitość, łatwość, rozmaitość środków w walce z tymi, którzy nas za waryatów, głupców przewrotnych i niebezpiecznych uważają! nastręczają się one same, poddane naturalną każdemu człowiekowi chęcią drobnśj chociażby zemsty i tem dolce farniente, które przy polityce wy-sokiéj jak nasza, jest konieczne.
A przy tem, jeżeli się ma ludzi z taką głową, z takiśm gromowładnem czołem, z taką potęgą płuc jak ty Katonie! Twojemi były wiekopomne słowa, które zapisze historya między dowody, jak wielcy mężowie stanu znają się na fizyologii społeczeństwa — słowa gdyś wśród powszechnej klęski naszśj powiedział: Bracia zaczynajcie od kobiet, od starych a próżnych ludzi, baczcie na obrażone ambicye, nieopuszczajcie malkontentów jakiegokolwiek rodzaju. Optime diaisti, Cato, bo oto mamy owoce twojój wskazówki, owoce niepospolitej bujności.
A jaka się wśród takiéj polityki wyrabia w człowieku samodzielność i pewność siebie, prawie cynizm powiedziałbym gdyby to nie było dla matki Ojczyzny! Jak się człowiek uczy chwytać słabe strony swojśj ofiary, jak traktuje społeczeństwo jak prawdziwy mały Bismark! Ja sam mógłbym napisać cało tomy moich doświadczeń z wdziękiniami naszemi na wsi i w mieście, do których przeznaczyliście mnie jako specyalistę a konto mojój przystojnéj twarzy i daru bawienia! Powiem ci nawet, że przy tym specyalizmie doszedłem do widoku bardzo korzystnego ożenku, po którym opanowawszy mamę i tatę, będę mógł w niejednej rzeczy rzeczywiste oddawać wam usługi.
Wyobrażam sobie ciebie drogi Katonie, wśród interesów większego wagomiaru, jak np. podbijałoś bębenka weteranowi Deaczkowi i puściłeś nieznacznie na arenę polityczną niby konia dobrej rasy, chociaż z zerwanemi już trochę nogami! Był to twój majstersztyk Katonku, ale muszę się pochwalić, że i ja tam swoje trzy grosze wścibiłem.
Byłem podówczas w Zdrojowie, zażywając świeżego powietrza i kurę paląc jednej egzaltowanej królewiance, która odchodziła od przytomności, gdym jej moje wiersze deklamował. Nadchodzi wieść o wniosku Deaczka, a ja — uznaj, że mam nos polityczny — nuż zbierać podpisy, chociaż ani się spodziewałem, aby weteran powoływał się na promenadę zdro-jowską, jako powagę polityczną.
Wierzże tu teraz w starych, a nie wrierz w siebie samego. Odegraliśmy bądź co bądź naszą rolę w historyi i jesteśmy ludźmi przyszłości. Nie święci garnki lepią, a ja sam najlepszym tego dowodem,!bo nie mogłem zdać egzaminu matu-ritatis dla łaciny i greki, a zaważyłem już kilkakroć. na szali losów narodowych. Życie, Katonku i wychowanie na chlebie co nie z jednego pieca pochodził! Ludzie prawdziwie zdolni, ludzie czynu nie psuli sobie głowy ani zbytnią nauką, ani zbytnią pracą, chwytali oni intuicyą znamiona czasu, a wesoło spędzona kolacyjka więcéj im dawała bystrości, niż noc na stu-dyach zmarnowana.
Tylko teraz nie zasypiać. Teraz sposobność jedyna, a szczęście samo idzie nam do rąk, umiejmyż go pochwycić. Polityka galilejska zrobiła takie fiasco w Chaopolis, że jak się kto odważy huknąć nad nią głośno requiem aeternam, wszyscy mu odpowiedzą in saecula saeculorum. Potrzeba więc tylko dwóch rzeczy: takiego któryby się podjął dobrze zaintonować, i programu dalszego postępowania. (Jo do pierwszego summa suminartcin zdaje mi się, że Deaczek jeszcze najlepszy. Głos wprawdzie w ruinie, ale odwaga i pewność siebie jest. Niech tylko weźmie jednę wysoką nutę, wreszcie niech tylko gębę otworzy: jeżeli mu głosu nie starczy, stanie kto za jego plecami i wspomoże swoim, a chór zaraz nótę podejmie i powtórzy fortissimo. Nuta oczywiście ta sama co przeszłego roku, tylko o oktawę wyżój. Musisz więc powtórzyć prze-szłoroczną pracę i grać na katarynce tak długo, dopóki wszystkie szpaki i kosy dobrze się twojej melodyi nie wyuczą. Albo się grubo mylę, alboś ty już zaczął Pankrasiu. W ostatnim plebiscycie tygrysowskim znać twój lwi pazurek przyjacielu. Brawo, winszuję, o takiśm powodzeniu ani marzyć nie śmiałem. Myśl, że „inicyatywa akcyi politycznej wyjść powinna z dołu, a nie od sejmu, który zawiódł zaufanie narodu, 11 jest prawdziwie genialna, żałuję tylko, że nie została.zamieniona w uchwałę następującej treści:
Zważywszy, że sejm królestwa Galilei zawiódł zaufanie narodu, pierwsze uprzywilejowane Towarzystwo tygrysowrsko-demokratyczne postanowiło i stanowi:
Ar. I. Wszelka władza prawodawcza odebraną zostaje Sejmowi.
Art. II. Władza prawodawcza przechodzi do zgromadzeń ludowych, które Wydział Towarzystwa tygrysowsko-demokra-tycznego zwoływać będzie w Tygrysowie kiedy mu się podoba. Art. III. Ustawa ta wchodzi w życie z dniem ogłoszenia. Art. IY. Wykonanie jśj poleca Towarzystwo swojemu Wydziałowi rządzącemu.
Taka uchwała tohy było coś, bo po niój choćby się nawet mniemany Sejm i zgromadził, zawsze mielibyśmy tytuł legalny do protestowania przeciw prawomocności jego uchwał, do zwoływania zgromadzeń ludowych, któreby uchwały takie kasowały, a wreszcie gdyby się nie chciał poddać woli narodu, do zmuszenia go silą, bądź to przez rzucanie kamieni w okna, bądź przez głośne okrzyki z galeryi, kocie muzyki wyprawiane pojedynczym posłom i t. p. Słowem uchwała taka miałaby ogromne znaczenie, a Towarzystwo tygrysowsko — demokratyczne grałoby wobec reakcyjnego sejmu taką rolę, jaką w dawnój Polsce wobec sejmów szlacheckich konfederacye, które nieraz uratowały ojczyznę, a zawsze zawierały w sobie jej ideę i majestat. Do tego dążyć powinno Towarzystwo, i nie wątpię, że przy okolicznościach tak sprzyjających, niebawem zostanie jedyną faktyczną, jak już jest jedyną legalną reprezentacyą narodu.
Wielki to skarb to towarzystwo i wielki dowód politycznej dojrzałości oraz energii Tygrysowa, którśj ja tu żadnym sposobem obudzić nie mogę. Albo ta myśl na przykład, że cztery guldeny podatku nie dają patentu na rozum, ta myśl, któréj konieczną konkluzyą jest głosowanie powszechne, czy także nie wielka? Mówią wprawdzie nawet niepodejrzani demokraci, że dla nas ona niepraktyczna, bo na wsiach mogłaby doprowadzić do wątpliwych rezultatów. To być może, ale któż o wsie pyta, kto na nie uważa? Stolica to grunt, to prawdziwy wyraz opinii ludu, a w stolicy głosowanie powszechne okazałoby się bardzo praktycznem, bo wypadłoby zawsze w duchu towarzystwa.
Nie wiem, czy swoją genialną intuicyą, czy za twoim wpływem postanowiło nawet Towarzystwo znaczną część tego programu postępowania, o którym wyżśj wspomniałem. Ponieważ najbliższem zadaniem jest zabicie w opinii, a następnie unie-możebnienie tak zwanego sejmu, który z uszczerbkiem Towarzystwa uzurpuje dla siebie tytuł i prawa reprezentacyi narodowej, przeto pierwszą z kolei robotą jest wywoływanie jak najliczniejszych przeciw temu manifestacyi.
Pojęło to Towarzystwo, kiedy poleciło zwoływanie mee-tingów i zgromadzeń wyborczych: ale na tśm nie dość. Mogłoby bowiem wypaść, że głupi i arystokratyczni wyborcy daliby ab-solucyę swojemu posłowi. Na to pozwolić nie można: potępienie musi być ogólne i jednomyślne; zatóm zwoływać należy zgromadzenia tylko w takich miejscach i takich wyborców, którzy albo są dobrze myślący, albo łatwo się dadzą przekonać. Gdyby zaś, bo i to przewidzieć można, posłowie do tego stopnia posunęli bezczelność, że nie ulegliby wyraźnie na zgromadzeniu ludowem objawionej woli narodu, albo gdyby zgromadzenia wyborców wypadły przeciw naszój myśli, co wtedy robić? Wtedy niema innej rady, jak zbierać po całym kraju podpisy na votum nieufności, któreby jaki reprezentant Towarzystwa samozwańczemu sejmowi oddał na pierwszem jego posiedzeniu. Podpisy takie zbierać radzę zawczasu. Na taką manifestację, popartą zwłaszcza okrzykiem prawych patryotów na galeryi, reakcyjny sejm albo uzna się niemożliwym i sam się rozwiąże, albo i on śpiewać zacznie na nutę Deaczka. W każdym razie cel będzie dopięty: samozwaniec pójdzie do djabła, a jedyną widomą głową, władzą i reprezentacyą narodu, zostanie uprzywilejowane Towarzystwo tygrysowsko — demokratyczne.
Wtedy dopiero nastąpi druga część programu, lctórśj zdaje mi się Towarzystwo samo jeszcze nie przeczuwa. Uważaj: naród skrzywdzony w swoich prawach, obrażony w swoich uczuciach, otrzęsie się z więzów anti-narodowej polityki i oświadczy się stanowczo przeciw rządowi i przeciw wszelkim z nim związkom.
Eząd odpowie na to prześladowaniem: prześladowanie zabije raz na zawsze politykę galilejską i przekona naród, że na własne tylko siły liczyć może. Wtedy poczuje on na nowo potrzebę organizacyi, wtedy cały do niej przystanie, a kto nie przystanie.... tak mój Pankrasiu! Być że to może, że to szczęście jeszcze nam raz zaświeci, że jeszcze raz ujrzymy nomina-cye na siwych papierkach, pieczątki i wszystkie te rozkosze naszój pierwszej młodości! I znowu każdy obwód będzie miał swoich obwodowych, powiat powiatowych, miasta okręgowych, a naród swój własny rząd, swoje ministerya (wszystkie, kiedy w Chaopolis nie może się doprosić nawet jednego), swój skarb, swoje kadry, gotów na każde skinienie, nawet swoję marynarkę i kadry siły morskiej. O dieser Traum ist góttlich schón, tylko nie dajmy mu zniknąć, a zamieni się niebawem w ojczyznę i wolność. Tylko razem, tylko dłoń w dłoni, wojna na śmierć polityce galilejskiej, wojna sejmowi jeżeli z nami być nie zechce, a nasamprzód zgromadzenia ludowe, zgromadzenia wyborców i vota nieufności.
Pozdrowienie i braterstwo Obywatelu! Ach kiedyż zamiast podpisu kłaść będę na końcu moich listów odcisk tej znanój ci dobrze pieczęci!
Twój dozgonny Brutusik (wkrótce może nie ex-minister.)
P. S. Kocia muzyka dla wracającej delegacyi udać się nie mogła, więc zaczęliśmy głośno przeciw tak niegodnym demon stracyom występować. Nadało nam to wiele powagi. W ogóle popłaca tu bardzo pozowanie na umiarkowanego i należy się tego trzymać. Nie poznałbyś jak się zmieniłem i ilą na tem w ęstymie zyskałem. W Gawronowie powaga grunt — każdą sentencyę rozpocznij od „gdyby“ lub „jeżeli41, rozpuść medycynę twoją w rozczynie szerokiego stylu gawronowskiego dziennikarskiego, staruszka, zapraw należycie patryotyzmem wawelowo-wiślanym, ruszaj przytem pogardliwie ramionami nad tromtadacyą tygry-sowską i apeluj ciągle do tradycyi starego grodu, a rozbeczy ci się jeden i drugi poczciwina, zmięknie jak masło i zaprosi cię rozczulony na śniadanko polityczne.... Mundus vuit decipi, ergo decipiatur.
Nr. 6.
List Iiiberyusza Bankiutowicza (kandydata do parlamentu).
Z Cbaopolis 33/20 9681. ....Zaprzyjaźniłem się tutaj z jedną z znakomitości parlamentarnych, człowiekiem nadzwyczaj przyzwoitym i nadzwyczaj wykształconym. Com niejasno pojmował, on mi to jak najdokładniej rozwinął i określił. Droga nasza powinna być drogą sojuszu z stronnictwem liberalnśm i ministerstwem cislitaw-skiem, a to przeciw feudałom i klerykałom swoim i obcym. Tylko wolność nas zbawić może, wydobyć z zastarzałych przesądów i uczynić z nas ludzi przyzwoitych i prawdziwych Europejczyków. Przyjeżdżając do Rajchsratu i popierając rnini-steryum, możemy się zlać w jednej cislitawskiej ojczyznie, wolnej i bogatej, rozwinąć banki i koleje i napowrót jako szlachta dobrze urodzona przyjść do majątku i znaczenia, tak że nam żaden arystokrata na nogę nie nadepnie, a trom-tadraty będą to pisać co my każemy, pod groźbą że trzymać będziemy „Starą Pressę“ i „Fremdenblatt“ zamiast ich dzienników. Europa przejdzie granicę Czarnej Pszemszy, wiedeńska kawalerya będzie przyjeżdżać na nasze wyścigi do Tygrysowa, ruch się ożywi, kapitały napływać będą, ludzie nauczą się poj mować rzeczy z wyższego stanowiska, patrzyć naprzód, zamiast jak dotąd bywało bezustannie w tył się oglądać, szukać zbawienia w sojuszu z postępem i cywiłizacyą, zamiast odwoływania się do przestarzałych tradycyi i jałowego narzekania. Przedew.szystkióm powiedzieć sobie trzeba, że to co niepowro-tnie minęło, powrócić nie może, że nowa sytuacya nowe stwarza warunki, że sprawa odrębności narodowych z każdym dniem maleje w obec wielkich spraw ludzkości, wolności, cywilizacyi i postępu, że na tśm polu i w tym kierunku powinniśmy szukać zbawienia, a znajdziemy sprzymierzeńców i przyjaciół, a mamy ich już gotowych i serdecznych, którzy opłakują tylko, że dobrą wolę ich i najlepsze zamiary, udaremniamy tą nieszczęśliwą skłonnością do separatyzmu narodowego, dokąd prowadzi nas mimo naszej wiedzy i woli koterya arystokratów, feudałów i klerykałów.
Przyznam ci się, że czuję wiele wokacyi do tej polityki i naprzód cię proszę o twój głos, gdy przyjdzie do nowych wyborów. A przyjśćby mogło, bo należałoby dać yotum nieufności wiadomemu posłowi, skoro się Florestanowi przenie-wierzył i do krakowskich poszedł.
Już naprzód piszę moję mówkę wyborczą, gdzie rozwinę mój program. Zgoda z rządem, rezolucya stawiana co rok i odraczana do następnego, dobra indemnizacya za propinacyę, utrzymanie rozdziału dworu i gminy, dalsze ulżenia w gorzelniach, zniesienie konkurencyi kościelnej i szkolnej. Wolność i zabezpieczenie własności to grunt, kto się chce uczyć, niech stawia szkołę, kto się chce modlić, niech daje na kościół. A dostawszy się do raichsratu dzięki moim licznym kone-ksyom jeszcze z czasów, gdym był w T?eresianum, mógłbym niejednemu być tu pomocnym.
Że się ten świat dziwnie plecie to niepodlega wątpliwości. Pieniądz grunt a jeżeli dobrze urodzeni do pieniędzy nie przyjdą skończyło się ze szlachtą. Rozum i spryt druga rzecz, dlatego oddałem syna do Teresianum na fundusz. Żydki galicyjskie torują sobie drogę do izby panów, biir-germajstry zostają burgerministrami, adwokat wodzi sziachtę, jak kwoka kurczęta. Bogiem a prawdą, nie bardzo mu ufam bo to taki skryty nieprzyjaciel szlachty. Ale cóż robić, kiedy łeb panie, łeb! nie od pozłoty, jak sami Niemcy przyznają.
I znowu byle być zręcznym i dobrym człowiekiem, można w przeciągu kilku miesięcy zostać milionerem, bo mówią że pan Michał nim został. Byłem u niego kilka razy aby mnie tego nauczył, ale ba! zajęty... ani się dogadasz.
Bo tśż zrobić tylko majątek... przenieść się tutaj... i tutaj żyć i umierać. Powiadają wszyscy że Wiedeń zabawniejszy teraz od Paryża. Co za pałace, co za teatra, śpacery, wycieczki, zabawy, baliki... dziewczęta! Zapisałem się tu do kasyna do Jockeyklubu, do Eissportu i do velocipedistów, bo to sport choć djabelnie niebezpieczny ale najświeższej mody. Tylko to wszystko strasznie dużo kosztuje a tu jak na złość teraz nie tak łatwo o pieniądze i wielkie interesa. Była chwila w której tylko wpaść na dobry pomysł, mieć ideę a złotem ci za nią płacono, miałeś do wyboru bankierów i kapitalistów. Przyjechałem o pół roku za późno, teraz kręcą nosem i pytają prze-dewszystkiem... a z jakiemi pieniądzmi pan sam bierze udział? a co najgorsza to ta szelmoska b aissa, wystaw sobie, że zaawan-turowałem się trochę, mam z tysiąc różnych akcyi, z początku szło dobrze i miałem zarobionych ze siedem tysiączków, a tu teraz wszystko leci na dół i jak przyjdzie do tego że pieniądze podniesione z Boden-Credit nie wystarczą na pokrycie dyferencyi, sam nie wiem co będzie.
Mój drogi tylko nie zapomniej o mojej kandydaturze a wszystko jeszcze dobrze być może; z Raichsratem zupełnie tu inaczej gadają jak ze zwykłym śmiertelnikiem. Nie uwierzysz zresztą jak mi się myśli rozjaśniły odkąd się znalazłem w cywilizowanem centrum; jestem przekonany że wyborcy będą ze mnie zadowoleni i że potrafię rolę nie małą odegrać. Zadaniem mojem będzie stanowić łącznik pomiędzy liberalnymi i życzliwymi nam Niemcami’ i temi z naszych którzy mają rozum i nie należą do feudałów. Gdybym tego tylko dokonał aby odstąpiono raz na zawsze od głupiego przymierza z Słoweńcami i Tyrolczykami, jużbym miał nie małą zasługę. Łączyć się z tem co jest w całym parlamencie najbardziej barbarzyńskiego i zacofanego i jakże tu mamy zachować imię i nie narazić się na drwiny i pogardę dziennikarstwa. A potóm czego u nas wcale nie rozumieją to polityki zagranicznej. Re-wolucya w Hiszpanii to pierwszy krok na drodze nowej ery, a jej nieuniknioną konsekwencyą jest przymierze Ameryki z Rosyą i wojna przeciw Anglii ze Szwecyą i Portugalią. Cesarz Napoleon szuka poparcia w Austryi ażeby w danej chwili wystąpić stanowczo, i z pomocą naszego rządu i Garibaldego zetrzeć łeb hydrze Władzy Świeckiej sprzysiężonśj z Bismar-kiem i Sułtanem przeciw wolności ludów. Trony się zwalą, runą konkordaty, pękną więzy przesądów krępujące myśl i obyczaje! Grecya, Iiumunia i Serby gotowe na każde zawołanie a przekop kanału w Suez niemal już dokonany otwiera nową drogę prądowi wypadków. Wojna rozpocznie się w Indyach i w mgnieniu oka zapali się cały świat nowy i stary. W obec tego wszystkiego my myślimy o rezolucyi — Boże zmiłuj się! Tryumf nowych idei oto nasze zbawienie; tam w Anglii wali się kościół urzędowy a tu nasi głosują przeciw reformie szkolnej. Nie, nie będzie dobrze póki nowi ludzie i nowe siły nie zastąpią tych przestarzałych fanatyków którzy nic zrozumieć ani niczego nauczyć się nie mogą.
Odebrawszy ten list zajedź do mnie na wieś i powiedz mojej żonie że mnie dotąd intęresa w Wiedniu trzymają i że dnia powrotu oznaczyć nie mogę. Bonę angielkę przywiozę i sprawunki porobię jak sobie byczyła. Do stawiania nowego mostu przyczyniać się nie myślę; rzeczka niewielka mogą w bród jeździć. Sprawę o szkołę należy zwlec, stoję przy zasadzie wolności, kto potrzebuje szkoły niech ją stawia. Niech Alfonsiowi szyją bieliznę, pojedzie do Teresianum; Korony nad cyframi niezapomnieć bo to tu popłaca. Josel niech jak dotąd opędza robociznę, on się tam z chłopami lepiej ułatwi. Na czynszu pociągnąć go i podwyższyć fasyę dla bezpieczeństwa. Ku końcu miesiąca nieprenumerować dzienników dalej; tromtradratów żywić nie myślę a okazya oszczędności wyborna.
Wartoby wystosować in camera caritatis list do którego z naszych raichsratów, aby ich utwierdzić w moderacyi. Tylko nie ogłaszać w dziennikach, bo będzie krzyk, a przecież posłowie od tego aby na nich a nie na nas krzyczano.
Bądź zdrów, zjedź po robotach na kilka dni do Chao-polis, przypomnimy sobie dawne czasy. Mam ci tysiączne rzeczy do powiedzenia.
Twój zawsze. Liberiusz.
Nr. 7.
List Aldony (kobiety politycznej).
Z Tygrysowa d. 35/20 9681 r.
Droga Malwino!
O czemuż nie jesteś przy mnie, czemu w serce twoje nie mogę tych wzniosłych przelać wrażeń które duszę moją w złoty raj nadziei unoszą, czemu nie mogę przemówić do ciebie jedną łzą i jednym dłoni uściskiem, po którym pojęłabyś od razu ile promieni szczęścia zestrzeliło się w mojem sercu! O Malwino! Pamiętasz tę boską chwilę, kiedy wydarta przez okrutnych zbirów z objęć płaczącej Balladynki nawpół ledwo ubrana, wrzucona z żołdactwem do powozu (zamkniętego niestety!) prze* bywałam ulice Tygrysowa wśród tłumów ludu milczącego, ale poprzysięgającego zemstę, pamiętasz jak zatrzasły się za mną wrzeciądze strasznego Karmelitów więzienia i jak na złowrogi ich łoskot odjękły głucho, czarne sklepienia dantejskim głosem: tu niema nadziei! Wtedy, o wtedy ty wiesz Malwino, byłam szczęśliwa. Cief-piałam za ojczyznę, gotowa na śmierć i męczeństwo, byłam szczęśliwą. Ale ty nie wiesz, że i dziś podobnej doznaję rozkoszy!
Myślałam, że takie chwile nie powtarzają się w życiu, myślałam niewdzięczna! małoduszna! że na przyszłość już mi tylko wspomnienie szczęścia zostaje, a tymczasem, o jak Bóg dobry Malwino! znowuśmy powołane do czynu, znowu polskie niewiasty mają dać przykład miłości ojczyzny i tój gotowości na wszystko, której niestety nadarmo nieraz w mężach swoich szukają, znowu nadchodzi chwila w której wolno nam będzie być bohaterkami!
Słuchaj Malwino! Towarzystwo tygrysowsko — demokratyczne, to dziś jedyne ognisko narodowego ducha i idei, uchwaliło odebrać mandat sejmowi, który narodu godnie reprezentować nie umiał. Będzie to faktem Jctóry z detronizacyą Mikołaja jedynie da się porównać. Czy jednak samolubom, i zdraj com wystarczy ta uchwała, czy obudzi się w nich uśpiona iskierka obowiązku sumienia i patryotyzmu, czy usłuchają głosu ludu i zcchcą poddać mu się dobrowolnie? Są, którzy wątpią. Ja nie: wszak po naszej, po dobrej stronie będzie nasz polski Aristides Deaczek, i nasz Barbaroux piękny Brutusik, i uczony Ignorancyusz, i nasz dzielny, nasz rycerski pułkownik Paw, i Ezechiel wieszcz, a nadewszystko On mąż Opatrzności, On przeczuwany przez Juliusza człowiek dobrej woli, On widomy geniusz Polski.... ach wiesz o kim chcę mówić.... i któżby im, kto Jemu śmiałby stawić czoło. O nie! ja jestem pewna tryumfu! ja co nigdy w własne, a zwłaszcza nigdy w Jego nie wątpiłam i wątpić nie mogę siły, ja wiem że ta czcza mara reprezentacyi ludu w mgłę się rozpłynie na jedno Jego spojrzenie. Jednak wódz przezorny nie powinien gardzić środkami zabezpieczającemi pewność zwycięztwa. (O moja droga, czy ty czujesz to szczęście, że my znowu mamy wodzów, że możemy im służyć, pomagać i trudną ich drogę kwieciem wyścielać!)
Otóż na przypadek oporu i krnąbrności, gdyby ten niecny sejm nie chciał pójść za głosem Deaczka i Towarzystwa, wywrzemy nacisk, silny, potężny, nieprzełamany, zwycięzki! Damy mu votuin nieufności., powiemy że zdradził nasze zaufanie i że go nadal nie uznajemy i do rozejścia wzywamy. Czy widzisz wrażenie, jakie sprawi na winnych votum takie podpisane przez tysiące żon, matek, sióstr i kochanek? czy widzisz jak bledną im czoła, a lica rumieńcem wstydu pałają? Słyszysz jak w tych sercach występnych bije upokorzenie i skrucha? O ten środek nie chybi, a dodany do innych, zmusi ich do ustąpienia.
Teraz więc czas działać, teraz do czynu, ojczyzna nas woła! Malwino, z polecenia komitetu zawiązanego pod prezyden-cyą Kornelii masz natychmiast zrobić to, cośmy już zrobiły, to jest zwołać u siebie meeting niewiast polskich, uchwalić na nim adhezyę do załączonego adresu i zebrać jak najliczniejsze podpisy. U nas powiodło się to nad wszelką nadzieję, podpisów mamy trzydzieści, a liczba ta niebawem urośnie w tysiące. Podpisałam ja, Kornelia, Balladynka, Zefiryna z baletu, Grażyna, Klaudia i wszystkie panny z jej^pensyonatu, nieoszacowana Huzarewiczowa i wszystkie jej szwaczki,. a nadewszystko, wystaw sobie co za szczęście i tryumf, poczciwa Chaja wexlarka, u której zmieniłam dziś ruble dla pułkownika, i której tylko pół centa na rublu za to opuściłam. I niechże teraz kto przeczy, że duch polski pod zbawiennym, ożywczćm tchnieniem Towarzystwa nie budzi się potężnie i w naszych braciach mojżeszowego wyznania! Podpis poczciwej Chai na tym dokumencie, zamienił go prawie w pakt nowej Unii zawartej w imię równouprawnienia i równej, wspólnej matki miłości! Wiem i wierzę Malwino, że i wasze serca równie gorąco biją, wiem i wierzę, że jesteś jeszcze tą samą Malwiną, która z narażeniem własnego życia wyciągałaś naszego St. Justa, gdy uciekając z więzienia ugrzązł w dziurze od parkanu (Boże!’co za śmiertelna chwila niepokoju!) — Wiem, że co kobieta, co Polka zrobić może, ty zrobisz! Wiem i jestem spokojna.
Adresu nieufpości dziś ci jeszcze posłać nie mogę. Mój mąż, znasz go, jeszcze się z przepisywaniem nie wyguzdrał. Ma tylko siedmdziesiąt cztery razy pięć małych stron przepisać, (do każdego powiatu po jednym egzemplarzu) i od rana jeszcze nie gotów. Ab! ci mężczyzni, ci mężowie, gdyby mieli choć źdźbło energii i tego ducha którego mamy my słabe niewiasty! Ale gdzie tam, ledwie wymogłam że przepisuje i że w nocy pisać — będzie. Wystaw sobie że nie chciał i powiedział mi w oczy, żebym dała przepisywać Śycyniuszowi! To mi się podoba! Sycyniusz i przepisywanie! Prawdziwie koncept z głowy ’mojego męża; jak żeby Sycyniusz nie miał co lepszego do roboty i nie był do czego innego stworzony! A więc z winy tego nieznośnego Bonifacego adres poślę ci dopićro jutro, dziś tylko powiem, że jest prześliczny. Formę, dała mu Klaudya, jak wiesz wprawna w redakcyę, a myśl główna, myśl prawdziwie polityczna, jest wyłącznie moja. Wyraża ona, że my, lepsza połowa narodu, my, w których łonie żyje jego przyszłość, my Polki i obywatelki, matki i żony przyszłego pokolenia bohaterów, przekonawszy się aż nadto o niedołężności i braku sił wszystkich bez.wyjątku posłów, odbieramy im nasze zaufanie i wzywamy aby ustąpili miejsca godniejszym. To zakończenie jest przepyszne, nawet w Jego oku, kiedy czytał, przeczułam łzę, rozczulenia.’ Ah łza wielkiego męża! czy jest słodsza nagroda, czy jest większa dla kobiety nagroda i chwąła.
Druga rzecz niemniéj ważna, o której z tobą mam mówić, jest zamierzony obchód Unii lubelskiej. Konserwatyści i dyplomaci wprawdzie chcą mu przeszkodzić, pokrywając się maską patryotyzmu, ale nie przeszkodzą. To już postanowione i odmienić się nie może. Otóż na ostatniem naszóm zebraniu postawiłam wniosek, żebyśmy i my z naszej strony przyłożyły się do uświetnienia tej uroczystości. Wszystkie się na to’ zgodziły, ale w jaki sposób nie wiedziała żadna. Dopióro wytrzy, — mawszy je czas jakiś, żeby się przekonały jak nie mają żadnej fantazyi i polotu myśli, wyjawiłam mój plan cudowny.
Obchód naturalnie rozpocznie się lub skończy nabożeństwem. Otóż kiedy licznie zebrana publiczność będzie już w kościele,.wejdę ja przedstawiająca Ojczyznę i klęknę przed ołtarzem. Strój już mam w głowie, prawdziwie uroczy, słuchaj: suknia czarna, fałdzista, bardzo długa i wolna, krojem przypominająca niezawiązaną koszulę Lilii Wenedy, ujęta w biodrach pasem czerwonym oznaczającym męczeństwo. Na głowie wielki > biały welon aż do ziemi, włosy rozpuszczone i cierniowa korona, (doradź mi czy z cierni prawdziwych czy z robionych) — ręce okute w łańcuchy: — a kiedy przy końcu nabożeństwa zaczną śpiewać hymn, wstanę, wyprężę ręce, zerwę łańcuch (będzie przepiłowany) i wyjdę!... Jeszcze piękniejby było, żeby to było nabożeństwo żałobne, Ja chciałam leżeć na katafalku i w stó-sownej chwili się podnieść; (do zmartwychwstania naturalnie musiałabym ubrać się biało), ale ksiądz Fulgencyusz mi zaręcza, że to być nie może, bo przepisy kościelne nie pozwalają żeby żywa osoba leżała w trumnie podczas nabożeństwa. Co za głupie przesądy! co za ciemnota kościoła katolickiego! A jednak Karolowi Piątemu było wolno! Przywilej! zawsze przywilej’, ten kościół był, jest i będzie zawsze wstecznym.
Rada nie rada przestałam na skromniejszym programie: a i ten o mało że nie został udaremniony podłą zazdrością Kornelii i innych. Przy mnie naturalnie żadna do roli Ojczyzny nie mogła sobie rościć prawa, więc co wymyślają żeby mój pomysł zabić: oto, mówi Kornelia że jest śliczny, ale że skoro mamy obchodzić pamiątkę Unii, więc Ojczyznę nie jedna powinna przedstawiać, ale trzy skute jednym łańcuchem, i proponuje swoję Marylę na Litwę a moję Balladynkę na Ruś, zostawiając mi rolę Korony. A! tego mi było za wiele! Jej Maryla, ta istna Maryna od cebra! albo Balladynka? dziecko.... zupełne dziecko.... a ja miałabym być w środku, żeby mnie nikt nie widział? O co nie, to nie. Cóż powiesz tak się zacięły, tak mi zazdrościły — że musiałam apelować aż do jenerała Kilofa. Przedstawiłam mu całą sprawę i dodałam, że kiedy oni tylko, tułacze, reprezentują całą ojczyznę, więc on jeden ma prawo rozsądzić, lcto ma słuszność, czy ja czy one. Dziś rano odebrałam odpowiedź telegrafem, przeczytałam ją z pomocą klucza (ab jak mi serce biło!) i zawstydziłam moje przeciwniczki. Zacny jenerał, prawdziwy rycerz, osądził, jak mu kazał honor i wzgląd na dobro ojczyzny. „Aldona jedna11 odpowiedział, ma przedstawiać jednę i niepodzielną Ojczyznę.
Na to wszystkie umilknąć musiały \ umilkły, a ją z ca-łem przejęciem i wzruszeniem gotuje się do tego chlubnego i drogiego posłannictwa. Ty zaś Malwino droga myśl o adresie, zbieraj podpisy i zebrane odsyłaj. Tajemniejsze wiadomości odbierzesz jutro przy adresie, bo dziś nie mam czasu cyfrować. Cyfrować! co za szczęście!
Bądź zdrowa luba, ściskam dłoń Twoję, jak ściska ręką towarzysza broni żołnierz idący na śmierć lub zwycięztwo: —
Twoja do grobu i za grobem Aldona.
P. S. Doradź mi, jak mam zrobić z herbami, które muszę mieć na sukni w tym dniu uroczystym. Wszystkich trzech na przodzie przyszyć niepodobna a jak Anioła umieszczę z tyłu, to Rusi ni się śmiertelnie obrażą i słusznie. Byłby błąd polityczny najgorszych pełen skutków. Więc jak zrobić? Huzaro-wiczowa radzi przypiąć Orła na głowie, a Pogoń i Anioła na dwóch ramicmach. Byłoby to oryginalne i widoczne, ale boję się z takim ciężarem na ramionach, talia żleby się wydała. Zapewne na tem skończę, że wszystkich trzech,.Orła, Rycerza i Anioła umieszczę na jednej tarczy na przodzie, ale gdybyś miała jaką myśl dobrą, to mi jej udziel, wszak to nie o mnie chodzi, ale o dobro ojczyzny!
Nr. 8.
OptymOWlcZ (Właściciel apteki) do
Trwożnickiego (urzędnika — bankowego).
Głupiosiówka nad Szujówką — Apteka pod Czerwonym Kosynierem 53/21 9681.
Mości Dobrodzieju!
Dzięki ci przesyłam, że nie odstępujesz od dawnego naszego zwyczaju, i że utrzymujesz ze mną korespondencję w sprawach ojczystych i publicznych. Dość długa przerwa między dopiero co odebranym od ciebie listem a przedostatnim, nabawiała mnie obawą, czy nie zamierzasz przerwać politycznej, a wielce ważnśj korespondencyi z twoim wiernym acz niezawsze zgodnym w zdaniu sługą.
Muszę zacząć od kłótni. List twój Mości Dobrodzieju nie zdziwił mnie, ale wyznaję ci szczerze, wielce mnie zabawił, wybacz, rozśmieszył mnie nawet. List ten jest pełen od początku do końca obawy, trwogi, strachu z powodu obecnego stanu rzeczy publicznej i risum teneatis amid, głębokiego żalu z powodu obrotu, jaki wzięła sprawa protestacyi. Ależ mój Mości Dobrodzieju, taki obrót rzeczy, to przecież młyn na naszą wodę, nas prawdziwych i jedynych patryotów. Im większe niezadowolenie w kraju, tem lepiej; bo zadowolnienie to uśpienie; im mniéj się powiodą takie środki i środeczki, jak owa mizerna protestacya, tśm lepiéj, bo tem głębiej zakorzeni się w sercu i sumieniu ludu, że tylko wielki środek jest zbawczym! Czyś mógł kiedykolwiek przypuścić Mości Dobro dzieją, że ja i nasi zadowólnimy się pomyślnym skutkiem pro-tcstacyi?! Przebóg! tej krzywdy przecież nie robiłeś mi nigdy! My popieraliśmy protestacyę w sejmiku i za sejmikiem dla tego tylko, żeśmy widzieli, że ona nie może być przyjętą, a że skoro przyjętą nie będzie, posłuży tylko do przyspieszenia upragnionej chwili, sprzątnie z widowni politycznej zawadzające nam osobistości i przygotuje umysły do rozpoczęcia wielkiego dzieła. A nawet, podziwiaj naszę przezorność, na wypadek, gdyby protestacya odniosła była pomyślny skutek mieliśmy gotowe żądania, jeszcze wprawdzie niedostateczne, ale nierównie dalej sięgające, z któremi nawet nasi w sejmiku wystąpili. Protestacya nie jest wcale naszem dziełem; tylko myśmy zmusili do niej reakcyonaryuszów; za mało ona żąda, aby odniósłszy pomyślny skutek, mogła nam usta zamknąć, zawiele aby za jej pomocą realccyonaryusze mogli zwyciężyć. Znowu postawiliśmy ich między Scyllą i Charybdą, i to jest prawdziwym dziełem naszem, niech brną dalej, teraz już’tylko trzeba ich popychać i popychać, a zabrną zupełnie. A więc Mości Dobrodzieju nie do mnie się udawaj z żalem z powodu niepomyślnego obrotu pr ot es tacy i. Dla mnie ten niepo’ myślny obrót to manna polityczna, manna zesłana z nieba zgłodniałemu od sześciu lat. Teraz dopiero kiedy już czuję, że wchodzimy na bity gościniec prowadzący do czynu, oddycham swobodniej i jestem zdrów, szczęśliwy i pełen niezwykłej energii.
A ciebie dlaczegóż położenie kraju i sprawy zatrważa? Z kraju zapewne, że i ja niezupełnie jeszcze jestem zadowol-niony. jeszcze on ospały, ciężki, nieświadomy swoich celów. Ale sprawa na miłość Boga! sprawa nigdy lepiej nie stała i trzeba być strasznie zaślepionym, żeby nie widzieć, że już, już niedługo wybije godzina zbawienia i wielkiego czynu! Godzina ta musi wybić! Są sprawy święte, potężne, olbrzymie, które jak to już jeden z naszych powiedział, dość zaafirmować, aby im zwycięz-two zapewnić. Otóż ja ci afirmuję, że Polska cała, w naszych granicach będzie, a nawet już jest, bo jest w sumieniu naszem, w sumieniu ludu, w sumieniu młodej Europy, bo nareszcie my patryoęi mieliśmy przecież raz odwagę wypowiedzieć to tutaj, na tej ziemi Judaszów idei polskiej i teraz dzień w dzień już jak pacierz powtarzamy to wobec ludu i Europy, dl atem większego upokorzenia wszystkich odstępców i reakcyonaryu i szów galilejskich! Przypomnij sobie tylko, co to za opłakany był stan rzeczy, zaraz po chwilowśm przerwaniu wielkiego dzieła 63^0 r. i porównaj ówczesne nasze położenie z obecnem, a nabierzesz nie mało otuchy. Cóż się wtedy działo? Skompromitowani chwilowem ustaniem powstania, które reakcyonaryusze przerwali we własnych widokach, musieliśmy my, dobrze myślący zamilknąć, a im zostawić wolne pole do działania. Falanga patryotyczna rozprószona, zgnębiona, zdyskredytowana, nie mogła już popierać jedynej zbawczój dla sprawy myśli — nieprzerwalności powstania. A iluż to nas zdradziło, iluż odstąpiło, iluż przeszło do rozsądnych i zimnych, iluż * zwątpiło w skuteczność nieprzerwalności powstania! Eozum polityczny nakazuje w takich chwilach przeczekać, to tśż umieliśmy przeczekać, a teraz chwała Bogu, znowu górą nasi, i wszystko, wszystko nam wróży, że się coraz więcej zbliżamy do upragnionego celu, bo znów chwytamy się jedynie w naszem położeniu racyonalnych i zbawczych środków. Nie potrzebuję ci dowodzić, ze dla narodu uciemiężonego i to uciemiężonego przez trzy potencye, jeden tylko środek jest zbawczym, jedna polityka możliwa, ta którą ja streszczam w słowach — nie-przerwalność powstania. Wszystkie kompromisa, dyplomacye, oglądanie się na to i owo — to banialuki, to wymysły reak-cyonaryuszów. My jedni wierzący tylko w skuteczność wielkiego środka, przechowujemy od 1772 r. ogień święty; my Westalki idei polskiej. Naszemi środkami działania są: utrzymywanie nieustającego zadowolnieuia w kraju, wykazywania niedostateczności wszystkich mniemanych koncesyi, ciągła protestacya, bezwzględna opozycya i agitacya, która jest najdzielniejszym środkiem, bo już bezpośrednio stykającym nas z wielkim celem agitacją, która dobrze prowadzona utrzymuje sama przez się nieprzerwalność powstania. Celem zaś naszym, do którego temi środkami zawsze dochodzimy — jest wielkie dzieło, czyli powstanie. Tak jest, powstanie, bo naszym ostatecznym celem jest Polska, a że jak dwa a dwa jest cztery, Polska tylko powstaniem powstać może, więc powstanie musi być naszym bezpośrednim celem, a ciągłe jego utrzymanie najgorętszem naszem życzeniem. Nieprzerwalność powstania, to Polska, i powiadam ci, że gdyby od pierwszego rozbioru powstanie nie było nigdy ustało, Polska byłaby nigdy nie przestała istnieć.
Dziś rzeczy tak stoją, że tylko powstanie jest Polską. Ałe niestety, są chwile, w których reakcya bierze górę, a wtedy jożeli nie zdoła przeciąć, to przynajmniej gmatwa nici nieprzerwalności powstania. Wtedy oddalamy się od celu, wtpdy kraj zdradza Polskę; gdy my znowu naprawimy szkody wyrządzone sprawie przez reakcyę i trzymamy w ręku nić nieprzerwalności powstania, wtedy sprawa na dobrśj drodze, wtedy zbliżając się coraz bardziej i niewątpliwie do powstania, zbliżamy się tem samśm do niepodległości i wolności. Otóż już teraz po dość długiej przerwie, my dobrze myślący, możemy — się policzyć, możemy się naradzić, co mówię, już działamy. Bo bądź spokojny Mości Dobrodzieju, my nie śpimy. A do tego, jak nasi teraz zmądrzeli, jak ostrożnie i względnie działają, jak nikogo nie chcą zrażać ani przestraszać, i słusznie, bardzo słusznie, bo przecież tę głupią szlachtę to można czem-kolwiek spłoszyć. O wierzaj mi, że my teraz zmądrzeli, my chwilowo na wszystko się niby zgadzamy i przystajemy, nawet na tę śmieszną idiotów politykę, przymierza z rakuskiem cesarstwem! Musimy się najpierwéj wkorzenić, uspokoić obawy szlachty, zaskarbić sobie jej zaufanie niejakiem umiarkowaniem i szczególniej dobrze udaną bezstronnością. Ależ bądź pewny, ze nasi nigdy nie odstąpili od naszej zasadniczej, a jedynie zbawczej myśli — nieprzerwalności powstania.
Tylko dobrze uważaj Mości Dobrodzieju! Kiedy ja mówię 0 nieprzerwalności powstania, to nie rozumię koniecznie pod tem ciągłej, zbrojnej walki, broń Boże! Tego nawet musimy teraz zupełnie i absolutnie się wypierać; tem więcej, że już są łajdaki, którzy dla popsucia naszym szyków, wciąż ich o to oskarżają. Ale widzisz, można utrzymać nieprzerwalność powstania, rozmaitemi sposobami; tylko do tego trzeba żelaznej woli i giętkich w rękach przewódców, narzędzi. Żelaznej woli nigdy nam nie brakło, narzędzia już się znalazły. Wprawdzie w kraju, tym głupim kraju, trudno było o potrzebnych nam ludzi; ale ostatni wielki moment powstańczy przyniósł sprawie 1 tę jeszcze wielką korzyść, że utworzył falangę ludzi gotowych na wszystko. Cała nasza narodowa organizacya łaknie narodowego zajęcia i utrzymania. Grosz publiczny Mości Dobrodzieju zarobiony z chwałą i użytkiem dla ojczyzny i wielkiej sprawy, to ponętna rzecz dla szlachetnych dusz! Jakto miło’żyć i mFwwtn* ar 43 z pracy, która przyspiesza zbawienie ojczyzny a ochrania ją od ostatniej zguby i zagłady. Najwięcej też wabimy naszych ludzi nadzieją, że się znowu kasa narodowa napełnia. Podatki narodowe, narodowe dodatki do podatków — — to dopiero ściągnie do kraju naszych. Chociaż my to teraz inaczśj urządzimy; bo widzisz mój Mości Dobrodzieju, system moskiewskich kontrybućyi wcale nie jest zły; to prawdziwie racyonalny środek; mieliśmy już o nim niejakie przeczucie w 63cim. Co to jest podatek? To zużyty stary sposób. Podatek nie dosięgnie bogaczów ani magnatów, a tu o to głównie idzie. Polska musi powstać tśm, CZem upadła, to jest wielkiemi majątkami wielkich panów. Co to szlachta? Szlachta to plewy. A więc kontrybucye, kontry-bucye na Kmitów, Firlejów, Tenczyńskich i wszystkich tych reakcyotiistów i kretynów. Najwyższy rozum polityczny Mości Dobrodzieju jest umieć korzystać z nauki danśj nam przez wrogów. PrzedeWszystkiem walczmy jego bronią przeciw wewnętrznym nieprzyjaciołom. Ten środek będzie zbawczym szczególniej tutaj w Galicyi, gdzie magnaterya, té ochydne paskudztwo najgłębiśj się zakorzeniło. Proszę cię Mości Dobrodzieju co to za ogromne tu są majątki, dć których dotąd nigdy nie mogliśmy się dobrać dla dobra sprawy. Skoro raz potrafimy użyć tego narodowego kapitału, leżącego odłogiem, cóż nie zbudujemy!? Polskę! Polskę w naszych granicach!!
Otóż dla nabrania otuchy mój Mości Dobrodzieju, zważ dobrze, jak nam wszystko sprzyja. Taki człowiek, który był już ministrem albo komisarzem, a takich jest dosyć, przykrzy sobie w bezczynności i to w bezczynności bezpłatnśj, a tśm samśm da się łatwo użyć. Ale jak już wyżśj powiedziałem, z powodu głupoty kraju i zupełnej zdziecinniałości szlachty, trzeba ostrożnie i powoli postępować, dla tego zaczęliśmy od najniewinniejszego środka i założyliśmy nasze dzienniki i dzienniczki. Lecz z drugiej strony powierzyliśmy ich redakcyę tylko takim ludziom, którzy nie znając Galicyi, nie mogą być zarażeni prowincyonalizmem; tacy ludzie choćby nie chcieli, muszą ośłep iść tam, gdzie my im każemy, a lokalne wpływy żadnego do tiich nie mogą mieć przystępu. Muszą oni pisać i działać w duchu wielkiéj ogólnéj idei, nielitościwie poświęcać każdy miejscowy interes, a tśm samśm zabić Hydrę polityki tak nazwanej użytecznej i rozsądnój, która fatalnie odciąga nas za wsze od wielkiego dzieła. Te dzienniki i dzienniczki, powoli przygotują umysły do wielkiej chwili. I już dobrze, bardzo dobrze się nam wiedzie, duch się podnosi, agitacya w umysłach rośnie jak na drożdżach, nasi przeciwnicy już zużyci, słabi a próżni, na naszę bezwiednie nachylają się stronę, Popularność, popularność Mości Dobrodzieju, to matnia w którą łowimy najgrubsze ryby!
Wyraz powstanie jeszcze nie wymienione, broń Boże! a to po co? Nawet nasi sierdzą się i gniewają strasznie na tych którzy oskarżają ich o podobne zamiary, i bardzo mądrze robią, bo przecież cóż łatwiejszego jak wystawić na śmieszność tych którzy dziś już straszą powstaniem; a to ich zużyje i nie będą nam w stanowczej chwili stać na przeszkodzie. Teraz bowiem nie idzie wcale o to, co zwykle rozumieją pod wyrazem powstanie, to jest o zbrojną walkę, bo nawet nie wiem dobrze z kimby rozpocząć w obecnój chwili tę walkę, ale idzie o rzecz ’stokroć ważniejszą, bo o utrzymanie — nieprzerwalności powstania! Otóż pod tym względom doskonale idzie, obowiązek utrzymania tej nieprzerwalności zakorzenia się w sumieniu wielu, potrzeba utrzymania jej już jest dowiedziona, a w końcu nieprzerwalność powstania przemawia do wyobraźni ludu, tego ludu który już do tego stopnia dojrzał, że umie się zbierać pod golem niebem! Nie mogę więc zawołać: jest już Polska! ale nie unoszę się entuzyazmem, tylko rozumuję. Słuchaj dobrze Mości Dobrodzieju! Jak już rzekłem, Polska to powstanie, a więc powstanie to Polska, bo powstanie to zmartwychwstanie! Idę dalej: nieprzerwalność powstania musi utrzymać przy życiu Polskę, a więc skoro utrzymamy nieprzerwalność powstania, tem samem utrzymamy i zabezpieczymy byt Polski. To już nie loika, to matematyka, to dwa razy dwa cztery. A co mnie najwięcej cieszy, oto że ta głupia szlachta, bez której jeszcze niestetj,. ani obejść się, ani nic zrobić nie można, zaczyna się garnąć do nas, abonuje przykładnie nasze dzienniki, wygaduje na reakcyjne organa, które ją przecież już znudziły, jednem słowem nam wierzyć zaczyna, a co najważniejsza, zdaje się że już zapomniała o niedawnej przeszłości. Zaślepienie szlachty — to najdzielniejszy nasz sprzymierzeniec. Oni się zawsze dadzą złapać. Poczciwcy, ostrzą sami brzytwę na własne gardło; bo jużci przecież w upragnionej chwili wiel kiego czynu oni pierwsi muszą paść ofiarą, to się ma rozumieć, tego w żaden sposób ominąć nie można. Krwią i żelazem w dzisiejszych czasach dochodzi się do wielkich rzeczy. Ty pewnie się na tę myśl zatrwożysz, powiesz że szkoda, że le-piejby tego uniknąć. Mój Mości Dobrodzieju, co tam za szkoda, że kilkunastu, lub nawet kilkuset durniów wyrżną, byle sprawę zbawić i dojść do wielkiego czynu. Już nie zadługo opanujemy całą tę szlachtę, ani się spostrzeże kiedy i znowu będzie musiała tańczyć tak jak my jej zagramy i iść z nami i za nami, a tyle tylko zyska na swoim oporze i głupocie, że znów nie ona rozpocznie wielkie dzieło, ale my ludzie odwiecznego poświęcenia, ludzie myśli, ludzie krzyża, ludzie ludu i narodu.
Ja więc zapatrując się na położenie zupełnie odmiennie od ciebie, wyznaję, że teraz widzę już wszystko w różowych kolorach. Jedynym celem naszym na toraz — ja jeszcze trzymam się na uboczu, ale jak będzie tego potrzeba, znajdę się tam — jest utrzymanie nieprzerwalności powstania, nie mówiąc o powstaniu, ani też pchając wyraźnie do niego, przeciwnie wypierając się tego z udaną ironią. Gdzie zaś i kiedy ono wybuchnie, to rzecz przyszłości. Przypomuij sobie co powiedział mistrz: „W Polsce nigdy nie można być pewnym czy już gotowe są materyały do powstania, ale przecież zawsze ich jest tyle, że powstanie rozpocząć można; a wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewałem, najwięcej znajdywałem palnych żywiołów.“ Dla twojej jednak nauki zauważę, że główną przy-’ czyną upadku i chwilowego przerwania dzieła 1863 r. było to że nie zdołaliśmy przenieść powstania do Galicyi. Gdyby tutaj było powstanie zakwitło, byłoby to zmieniło położenie rzeczy, zatrzęsło w posadach Europą, a w każdym razie utrzymało nie-. przerwalność. Eeakcya, reakcya przeszkodziła. Reakcyonaryusze pod po’zorem służenia sprawie, wcisnęli się między nas i zdra-dzlii sprawę, bo ńa żaden sposób nie chcieli pozwolić na przeniesienie ruchawki do Galicyi. My zaś w stanowczéj.chwili zgrzeszyliśmy słabością, zachwialiśmy się. Trzeba było wtedy skazać na śmierć sześciu tylko reakcyonaryuszów najczynniej-szych, a bylibyśmy mieli ruchawkę w Galicyi. Jeden z naszych doradzał ten środek zbawczy, ale inni nie śmieli go użyć i powstanie upadło, bośmy go nie umieli przenieść do Galicyi; ale dla chwały zasady zapewnić cię mogę, że ostatniem słowem naszych było — powstanie w Galicyi. Pod względem nieprzerwalności powstania my musimy z konieczności trzymać się systemu trzech-polowego gospodarstwa. Niestety jedno pole musi zawsze ugorować, lecz za to wypada tóm skwapliwiej zasiewać inne.
W tśj chwili o W. Księstwie Poznańskiem nie ma co mówić, zabór moskiewski po obfitym plonie, jaki nam dał w 63cim roku, musi teraz ugorować — a więc między Bogiem a prawdą, teraz kolej na Galicyę. Wielkie dzieło w 63cim r. nie będzie skończonem ani dopełnienem dla nas, dopóki w Galicyi nie wypróbujemy naszych dzieł. Co potem się stanie, tego ci nie powiem, tego ci powiedzieć nie mogę, ale coś będzie, możesz mi wierzyć. A przytśm co tu za pole i sposobność dla przeobrażenia społecznego ducha polskiego! Cóż to za nieoceniony do tego, a dotąd zapoznany żywioł — tutejszy chłop! Będziemy więc tu mieli w mniej lub więcej oddalonym czasie jednocześnie i powstanie, i społeczną, nie wielką, ale skuteczną rewolucyjkę. To są wyłącznie i jedynie dwa zbawcze dla Polski środki, a wi|c — trzymam się zawsze ściśle loiki — skoro użyjemy tych dwóch środków, zbawiemy Polskę, jak dwa a dwa cztery. — Trzeba przedewszystkiem dążyć do umo-żebnienia środków, a więc przygotować umysły do ich użycia, bo już to w Galicyi mają niejaki wstręt do nich. Jak ci już powiedziałem, dzienniki i dzienniczki nasze już zaczęły robotę. Mój Boże! nie źle zaczyna się im wieść, a mnie aż serce rośnie. Ale dzienniki, to nie dosyć. Moja dusza raduje się, wi dzę już Polskę, kiedy spojrzę na ten doskonale, po mistrzowsku przez naszych obmyślany plan rozmaitych owacyi, demonstracyi, agitacyi. Otóż widzisz Mości Dobrodzieju, to jest prawdziwy sposób utrzymania nieprzerwalności powstania. Jeżeli już nie wienj jaki wojownik, podobno w starożytności powiedział, że do wojny potrzeba tylko trzech rzeczy, to jest, pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy, to do utrzymania nieprzer-walności powstania równie tylko trzech rzeczy potrzeba: demonstracyi, demonstracyi i demonstracyi. Nasza poczciwa emigra-cya dał;a w zeszłym roku hasło. Żałuj, żałuj, żeś nie był w Raperswyl na obchodzie rocznicy konfederacyi Barskiej, jak tam było przyjemnie, błogo, miło dla serc naszych, bezpie cznie i swobodnie; tam, tam dopiero uczuła się Polska Polską prawdziwą, bo się nie było ani pod knutem moskiewskim, ani pod okiem polieyi. Tam, tam zapominało się o przeklętej Galicyi, bo oddychało się powietrzem wolnej, niepodległej Polski w granicach 1772 r.
Teraz nasi nie opuszczają żadnej sposobności aby demon-stracyami utrzymać w kraju nieprzerwalność powstania.
Ktokolwiek się zjawi, robią mu owacye. Mamy cały szereg ułożonych demonstracyi. Obchód unii i przeniesienie zwłok Adama, to są dwie potężne demonstracye które odkryliśmy już przed okiem publiczności i profanów. Inne, dalsze demonstracye mamy już za pasem, i niech się tylko te dwie udadzą, a wszystko pójdzie dobrze. Już to my tak ułożyliśmy rzecz wspólnie z naszem wielkiem Towarzystwem w Tygrysowie, że co rok będzie w kraju przynajmniej jeden obchód. Tylko o tem zawcześnie jeszcze wspominać; boby to mogło znowu szlachtę spłoszyć, w każdym razie reakcyonaryusze nieomieszkaliby tego użyć jako broni przeciw nam. Jak to obudzi i wzburzy umysły, ten wspaniały obchód Unii! Jak to oburzy Moskali, którzy nowemi zapewnie okrucieństwami podniecą upadający duch w Królestwie i zabranych prowincyach, i przygotują tym sposobem ludność tamtejszą do nowego wielkiego czynu. Widzisz Mości Dobrodzieju, tu już jest głębsza myśl polityczna. Biedacy, zasnęliby tam, wpadliby w apatyę, gdybyśmy ich ztąd nie orzeźwiali, nie mając zaś dziś innych w rękach środków, musimy używać Moskwę do obudzania i podtrzymywania tam ducha.
Arcydziełem naszśj szkoły jest umiejętność używania w naszych celach wrogów. Podczas ostatnich wielkich wypadków nasi padli na szczęśliwą myśl używania polieyi do pozbycia się reakeyonaryuszów i niebezpiecznych indywiduów; nazywało się to w ich języku: schować do szuflady. Było to szczytem genialności rewolucyjnej!
Ale wracam do obchodu Unii; jakie to będzie pole do mów, do agitacyi, nietylko w Tygrysowie ale także po pro-wincyi. Mój Boże! są osły którzy mówią że ten obchód nie ma dziś sensu, skoro Litwini nie mogą na niego przybyć, a Ru-sini nie zechcą. Po co tam mają być koniecznie Litwini i Rusini. Niech my tam będziemy, i czy to nie dosyć? Czy to nie najlepszy dowód siły i energii, to stawienie czoła wszelkim 48 chwilowym przeciwnościom? Ktoby tam w takich chwilach jak dzisiejsza oglądał się za historyą, albo ściśle się jej trzymał. Tu nie idzie o historyę ale o politykę, otóż z naszego punktu widzenia ten obchód będzie wielce politycznym. I ta poczciwa szlachta garnie się do tego obchodu, chociaż jej miej — 1 sce nie tam, bo ona zawsze rozdwajała tylko. Ona się zapewne łudzi, że ten obchód jest uczczeniem dzieła przodków, ale w tóm grubo się myli, bo też teraz zupełnie inaczej zapatrujemy się na Unię, i dla tego obchodzimy jej rocznicę. Unia to akt wyłącznie demokratyczno-socyalny, to pierwsza część kontraktu socyalnego Jana Jakóba Eoussa i deklaracyi praw człowieka. Ale tego wszystkiego szlachta jeszcze nie pojmuje, a tymczasem czy widziałeś kiedy żeby szlachta umiała się oprzeć pokusie ukazania się w kontuszu, powiedzenia mówki, ucałowania się i podpicia sobie? Jak ja i nasi śmiejemy się serdecznie w takich wypadkach ze szlachciców! Przebacz nam Boże, ale to wierutne durnie.
Jeszcze umysły nie uspokoją się po obchodzie Unii, jeszcze nieprzyjazne potencye rozdrażnione będą wielce, aż tu zaczną się przygotowania do przeniesienia zwłok wieszcza narodu. Co za widok! Co za prognostyk! Ja ci mówię i wierzaj mi, jak zwłoki Adama spoczną na zamku gawronoskim, nie daleką już będzie chwila zbawienia, chwila wielkiego czynu! Ktoś, naturalnie reak, zarzucił, że uie wypada narażać popiołów wielkiego wieszcza na zemstę wrogów, że Gawronów będąc wystawiony na zmienne losy wojny, która zdaje się być nieuniknioną, lepiej przeczekać te niepewne czasy, ażeby nie dopuścić znieważenia przez barbarzyńców popiołów wielkiego geniusza. Terefere kuku, mości dobrodzieju! Plewy na młode wróble? Co to są popioły? Popioły są od tego ażeby się dla sprawy narażały!
Nam tu nie idzie tak dalece o Adama ani o zamek ga-wronowski. Piękne miejsce dla Adama obok tych niedołęgów królów i tych zgniłych’magnatów! Nam idzie tylko o to żeby zrobić potężną demonstracyę. Otóż Adam jest taką postacią, że wszyscy muszą się zgodzić na uczczenie jego pamięci, że nikt nie będzie śmiał ani usunąć się od obchodu, ani publicznie wystąpić przeciw niemu. W tem sztuka żeby właściwy robić wybór. O! bo to już z wyjątkiem naszych, odwagi cywil r fi ^ p 49 nśj nikt u nas niema. To całe nasze nieszczęście, i dla tego to pomimo wstrętu szlachty i oporu reakcyonaryuszów, prawie co dziesięć lat możemy na pewne wszędzie w jednój z prowincyi polskich urządzić powstanie, i posuwać tym sposobem naprzód wielką sprawę.
Oprócz demonstracyi i dzienników naszych, mamy jeszcze inny potężny środek; mamy nasze wielkie towarzystwo tygry-sowskie, które czuwa nad całością dzieła i akcyi, które wzmagając w kraju agitacye, samo się coraz bardziej wzmacnia, i z łona którego w danśj chwili wyjść może cały rząd narodowy. Dotąd jednak jesteśmy w pierwszem stadium akcyi i musimy się w niem zachowywać dość oględnie i ostrożnie. Byleśmy tylko zdołali zmusić kraj do abstencyi z powodu pro-testacyi, a wszystko potśm pójdzie jak z płatka.
W tem teraz sęk, i dla tego nasi dostali teraz polecenie wykazywania, że jak dwa a dwa cztery, tylko usuwając się z Rady w Chapolis, można zapewnić pomyślny skutek tśj głupiśj protestacyi. To uporczywe dowodzenie matematyczne zastanowi, może nawet przemówi do przekonania szlachty. Jak raz zerwiemy z Chaopolis, wtedy dopióro wejdziemy na prawdę w drugie stadium. Wtedy rzucimy do stu djabłów tę piekielną legalność, wtedy zacznie się chwila czynu. Póki te lalki siedzą w Radzie, trudno, bardzo trudno coś porządnego tutaj urządzić, ale skoro raz ztamtąd wyjdą, loika sama nakaże przyspieszoną akcyę, bo natura nie znosi próżni. Ten niby chwilowy czas abstencyi trzeba będzie czśmś zapełnić; zaczniemy od mityngów i zebrań ludowych, ale nie od takich jak teraz, wtedy pójdzie to ostrzej i raźniej; odwoływać się będziemy na przykład Czechów i na ich sposób urządzimy to wszystko, ale że Czesi wytrawni i flegmatyczni, a nas o to posądzać nie można, więc u nas to pójdzie prędzej i lepiój. Skoro raz wywalczymy na naszych abstencyę, życie publiczne zupełnie ustanie, ustać zupełnie musi, dla okazania światu, że w tych warunkach żyć nie możemy, a to spowoduje wielką próżnię, którą tylko nasi potrafią zapełnić. Nie mogąc już popierać protestacyi w Radzie, trzeba będzie ją popierać i za nią demonstrować w kraju, to przecież jasne, jak dwa a dwa cztery. Wtedy Mości Dobrodzieju zwiniemy nasze teraźniejsze dzienniki i dzienniczki, a założymy inny który będzie monitorem wiełkiśj chwili.
Ten dziennik będzie bez nazwy, zamiast tytułu data 1772 u. Już mamy cały plan gotowy i upatrzyliśmy potrzebnych nam na ten cel ludzi. Dzisiejsi nasi skrybenci pójdą do admini-stracyi i na korrektorów, do redakcyi przyjdą inni; ludzie z przepalonym już sercem ale z wielkim umysłem, tacy jakich trzeba do wielkiej chwili. Dzisiejsi skrybenci wzięci zostali tylko na próbę i dla tego żeby szlachty nie spłoszyć; oni są zanadto nieśmieli, niezdecydowani, ani ironią ani dowcipem władać nie umieją, zaledwie umieją używać szumnych frazesów, mają jednak niemałą zaletę, posiadają bowiem w wysokim 9topniu dar reklamy. Eeklama, reklama Mości Dobrodzieju — to wszystko, to największy wynalazek nowoczesny, a nasi dzisiejsi skrybenci celują w tej sztuce, umieją doskonale chwalić i pod niebiosa wynosić, w tym rodzaju umieją pisać i to tak doskonale, że każdego odurzą.
Jak widzisz Mości Dobrodzieju wszystko idzie nam jak najlepiéj i wszystko dobrze obmyślone.
Nie bez przyczyny j eden z naszych mistrzów zapewnił mnie na obchodzie w Raperswyl, że walka Galilei z Chaopolis musi się stać początkiem wielkiśj akcyi.
W jednćm tylko nasi pokpili sprawę i dowiedli tego czego po nich żądaliśmy, wielkiój nieznajomości kraju, oto tym głupim konceptem odwoływania się do zdania wyborców. Piękny mi trybunał tutejsi wyborcy, już raz złożyli egzamin wybierając takie lalki do sejmiku i do Eady. Może ta próba wypadnie na naszą korzyść w niektórych miastach; ja znam moją Galileję i przeczuwam że nie wyjdzie to na naszą korzyść. To zgniłe społeczeństwo Mości Dobrodzieju. Nim skończę, muszę przed tobą Mości Dobrodzieju odsłonić jeszcze jedną stronę sytuacyi, o której przypadkiem sam się dowiedziałem. Otóż jeden z naszych przejeżdżając przez Głupiu-siówkę wstąpił do mojej apteki i wytłumaczył mi jak głębiśj wypada się zapatrywać na położenie obecne i jak rozumieć w tój chwili nieprzerwalność powstania i potakiwania przez naszych polityce austryacko-polskiej, czego ja, wyznaję, nigdy pojąć nie mogłem. Powiedział on, że skoro głupcy tutejsi postanowili trzymać się państwa rakuskiego i skoro ta myśl już dosyć głęboko wkrzewiła się w umysły, więc teraz nie można z nią walczyć otwarcie, ale trzeba obrócić kota do góry 51 ogonem i pchać Austryę do jak najprędszej wojny z Moskwą, dopóki państwo rakuskie jeszcze nie gotowe; że chociażby do tój wojny nie przyszło, to jednak takie pchanie musi wywołać zamięszanie i popchnąć, jeżeli już nie Austryę, to kraj do czynu — Ostatecznym skutkiem tej polityki będzie zawsze upadek albo rozsadzenie państwa rakuskiego; najlepszym zaś do tego środkiem jest tyle żądać swobód i rozmaitych rzeczy, żeby albo ich nie dano nam, albo żeby rząd czyniąc zadość naszym życzeniom, ujrzał się natychmiast wplątanym w aferę z Moskwą. Co potśm się stanie, nie umiał mi powiedzieć, ale zaręczał i wierzę mu że będzie dobrze, zawsze lepiej jak teraz, bo chociażby tu chwilowo — przyszli Moskale, to przecież Moskale lepsi jak dotychczasowy serwilizm kraju. Oto są głębokie myśli i plany które mi wyjawił jeden z naszych. I jakże nie mam się cieszyć Mości Dobrodzieju, kiedy widzę, że tacy ludzie zaczynają być czynnymi! Potencye europejskie będą także musiały dla nas coś zrobić; co, tego jeszcze nie wiem; ale one są także podległe odwiecznemu mechanizmowi historyczno — społecznemu i dla tego bezwiednie będą musiały się przyczynić do wielkiego dzieła; ja tego dokładnie wytłumaczyć dziś nie mogę, ale to czuję wybornie. Biada wrogom i reak-cyonaryuszom! jak raz ludy się ruszą,, będą szły na oślep i wszystko przed sobą walić będą!! Tylko nie trzeba na nic i na nikogo rachować, broń Boże; toby był dopiero wielki błąd, trzeba te nadzieje zostawić reakom; my zaś musimy niezachwianie trzymać-się zasady o wła-snych siłach. Bo widzisz, gdybyśmy raz przyjęli zasadę, że Polska powstać może tylko za pomocą Europy-, to jak Europę kocham, ’ nigdybyśmy nie doszli do wzniecenia ruchawki i do wielkiego czynu, koniecby to położyło nieprzerwalności powstania, bo wtedy oczywiście musielibyśmy zawsze czekać na sposobną chwilę, gdy przeciwnie trzymając się zasady o własnych siłach, możemy zapalić fajerwerk ile razy nagromadzimy dostateczną ilość palnych materyałów. Dlatego tśż owa>zasada rachowania na obcą pomoc i czekania na sposobną chwilę, jest głęboko reakcyjną, nam wstrętną i przeciwną najżywotniejszym naszym interesom.
Ale już kończyć muszę ten i tak zbyt długi list. Żegnam cię wię£ Mości Dobrodzieju braterskiśm uściśnieniem; bądź dob-rój myśli, bo wszystko idzie jak najlepiśj; jeszcze w żadnój
Nr. 9.
List Brutusika (ei-ministra). 52 epoce naszej historyi nie staliśmy tak świetnie i tak blisko celu. Żegnając cię raz jeszcze zaklinam abyś przybył do Tygrysowa na obchód Unii. Na miłość Boga nie daj się powodować duchem Gawronowa, ani też zatrwożyć przez twoich przełożonych, tych podszytych tchórzem bankokratów. Do owej chwili wypadki dojrzeją; niewątpliwie wywalczymy na kraju ab-stencyę, i podczas obchodu będę mógł niezawodnie coś więcśj ci powiedzieć.
Twój
Oktawiusz Optymówicz.
Z Gawronowa 00/21 9681.
Yictoria kochany przyjacielu! Yictoria! „Wieczność11 bije już tylko jednóm skrzydłem; tylko patrzeć a przeciągnie się parę razy, fiknie nogami i.... wyzionie pobożnego ducha, którego aniołowie zaraz pochwycą i przeniósłszy w świat lepszy, umieszczą go w redakcyi Monitora Niebieskiego. A wtedy my tu na ziemi odprawimy za nieboszkę wszystkie żałobne obrzędy i nabożeństwa, odśpiewamy Te Deum i spijemy się na stypie, a potóm zostaniemy sami i hop! hop! hop! daléj z posad bryło świata!
Niech żyje energia! Niech żyje śmiałość! Wiele to już lat jak ten kraj niedołęgów i paralityków mruczał i stękał, narzekał na ten monopol polityki który trzymała spróchniała „Wieczność11, a nie miał odwagi i siły uderzyć dobrze pięścią w tego bałwana i obalić go. Trzeba było dopiero nas, młodych i silnych, żeby w tem i we wszystkiśm wyswobodzić naród z pod tyranii przesądów i niewolniczych wyobrażeń.
Zrazu, wyznam ci, nie byłem bez obawy. Nie mała to, rzecz zaczepić przeciwnika który ma zrobioną od dawna klien telę, a co gorzśj, czasem nawet więcśj rozumu niżby się na pozór zdawało. Drżałem też o nasz organ, lękałem się czy po jakim kwartale lub roku nie wypadnie nam zadrzeć z prokura-toryą, tak żeby krótki suchotami zagrożony żywot skończyć z honorem, męczeństwem i prześladowaniem. Ale gdzie tam! Pokazuje się że nie znałem Galilei i przypisywałem jój więcśj stałości i stateczności niż jej posiada. Wiemy przecież że to kraj spokojny i konserwatywny jak żaden pod słońcem, kraj przeważnie posiadających ziemian, chłopów i szlachty; bo nieliczna inteligencya stosunkowo tnniśj znaczy i może, pierwsi’ konserwatyści bądź co bądź, drudzy konserwatyści na dzisiaj; loicznie więc nasze zasady powinnyby być im najprzeciwniejsze i loicznie nie powinniby nigdy trzymać dziennika który je reprezentuje. Na tśj logice oparty sądziłem, że istotnie trzymać nie będą; tymczasem (w polityce nie ma nic głupszego jak logika) zawiodłem się nad wszelkie spodziewanie, i trzymają, wystaw sobie że trzymają na prawdę. Zrazu myślałem że to przechwałki naszych przyjaciół, ale zaczynam myśleć że chyba prawda. Wiesz że jestem wielkim filantropem i mam najwyższą cześć dla ludzkości, ale jednak muszę wyznać, że nie znam nic głupszego jak ludzie. Nie chcą nas, nie wierzą nam* uważają nas za szkodliwych, a jednak sami nam ułatwiają robotę. Czy myślisz że nas czytają z upodobania i sympatyi? gdzie tam. Jeden zapłacił za kwartał przez ciekawość, drugi bo się zagniewał na „Wieczność11, trzeci dla miłego spokoju; wszyscy się gniewają i złoszczą, wszyscy narzekają, ale czy myślisz że opuszczą? nie — z ciekawości zapłacą jeszcze kwartał drugi, z przyzwyczajenia zapłacą potóm za całe pół roku: gniewać się i fukać będą zawsze, ale niebawem choć zadąsani i kwaśni, zaczną słuchać pomimo woli i robić co my chcemy, choć sami chcą czego innego. Gdyby chcieli mogliby nam przeciąć dowóz żywności i ogłodzić — nie, oni wolą nas słuchać, choć nas mają za półgłówków albo i za przewrotnych. Wolna im wrola, ale nam wolne doprawdy i żarty.
Tak więc znalazłszy w usposobieniu kraju niespodziewanego pomocnika, spryt naszych dokazał cudów, i jeżeli Pan Bóg da że „Wieczność11 istotnie przeniesie się do wieczności, to Wtedy wszystkie głowy nas słuchać muszą, bo kogo innego słuchać nie będą miały. Ależ bo co za spryt! Ja nie należąc do redakcyi stoję na uboczu, przypatruję im się pilnie i najszczerzej podziwiam. W długim moim i jak wiesz niedaremnym pobycie za granicą, gdzie poświęcałem się zgłębieniu tajemnic publicystycznego zawodu, przekonałem się, że dwa są w tym zawodzie warunki i sekreta potęgi: przynęta i bezwzględna energia w postępowaniu (zwłaszcza z przeciwnikiem). Reklama i skandal zapewniają ci abonentów, abonenei wpływ. Tśm stoją najpoważniejsze organa opinii w cywilizowanych krajach, i chwałę przynosi naszym młodym publicystom że umieli przejąć się tą prawdą i że się uczą władać tą bronią. Sam tytuł czyż nie genialny? „Całość!“ Nie można wyraźniej dać do zrozumienia, nie można zręczniśj powiedzieć co się chciało, nie zachodząc w nieporozumienia z Najjaśniejszą Prokuratoryą.
„Całość11 — to znaczy całość granic, nie jakaś tam jedna mizerna prowineya. „Całość11 — to całość narodu, nie jakaś jedna uprzywilejowana kasta, każdy to zrozumieć musi. Czśm zaś etykieta dla towaru, tóm jest tytuł dla organu opinii publicznej. Przylep na fałszowanym kwasie kawałek papieru z napisem: „Roederer Carte Blanchev — każdy go kupi, zapłaci i wypije — bez tego środka ostrożności i przynęty każdy się skrzywi i powie że to lichy fabrykat. Przynęta mój drogi, przynęta to grunt, nawet tam gdzie się już ludzie z nią oswoili, cóż dopióro w naszym kraju rajskiój naiwności, gdzie każdy dobrodusznie wierzy we wszystko, gdzie ludzie nawet tego się jeszcze nie dowiedzieli, że korespondencyę do gazet pisze się w redakcyi, że telegramy streszczające artykuł senzacyjny tychże gazet, rozsyłają się na wszystkie strony świata, znowu z redakcyi.
Postęp też to niemały, że sztuka przynęty zaczyna się na naszym zacofanym gruncie przyjmować, a naszej „Całości11 należy się chwała, że jest jednym z pierwszych tśj sztuki mistrzów i kapłanów. Jak oni dowcipnie pojęli, że widzowie nie zajrzą do żadnój budy skoczków lub kuglarzy jeżeli ich nie przywabi wywieszone nad wejściem wielkie jakieś i jaskrawe malowidło, a nie zwoła wielki bęben w który się wali bezustannie tak że go słychać na całym rynku i na bocznych ulicach. Pierwszą też czynnością każdego kto budę otwiera powinno być postarać się o bęben. U nas znaleźć go łatwo, jest 55 gotowy, nazywa się patryotyzm. Bij w niego co masz siły w takt lub bez taktu, byle głośno, zwabisz wszystkich, a gawiedź przekonana ze twój bęben najlepszy, porzuci dla niego choćby nawet sam fortepian Chopina. Ludzie którzy się mają za wielkich artystów, gardzą bębnem i przynętą jako nieodpowiednią ich wielkiej godności; ale cóż z tego: oto że wygrywają swoje kon-certa przed pustemi ławkami, kiedy twojego bębna słucha każdy.
Na szczęście niebrak nam wirtuozów którzy umieją dobywać wspaniałe tony z tego prostego instrumentu. Gdyby nic tylko te wspominane krótko a wymownie rocznice, w których Sobieski sąsiaduje z Deaczkiem, a Kazimierz Wielki z Lan-giewiczem, czy myślisz że to nie robi wrażenia, że jaki taki nie powie sobie: „to mi dopiero bęben, to patryotyzm czystej wody“. Mały środek powiadasz? Prawda, ale jak katechizmy uczą cię nie zaniedbywać małych cnót, tak dobrze zrozumiane zasady przynęty nakazują nie gardzić małemi środkami, obok wielkich ma się rozumieć; a z wielkich największym jest dowodzić śmiało, że prócz ciebie nikt takiego bębna nie ma lub przynajmniój że na nim grać nie umie. Jeżeli ci zawadza jaka współzawodniczą buda, tym sposobem pozbędziesz się jej najłatwiej. Powiedz tylko: „Łaskawi panowie i nadobne panie, „wstydźcie się słuchać tego partacza, widzicie jaki on ma li-„chy, mały bębenek, co go nawet na drugim końcu ulicy nie „słychać. Spojrzyjcie na mój, to prawdziwie bęben nad bębnami, „jak uderzę to słychać od morza do morza“ — a choć twój bęben nie więośj wart od tamtego, uwierzą ci święcie, ani się spostrzegą. Dla tego też arcydziełem tarabańskiej sztuki była owa przez naszą „Całość11 wynaleziona potrzeba narodowego stronnictwa. Dotychczas nasze barany, choć nie wiedziały nigdy co o kim myśleć mają, przypuszczały dobrodusznie o każdym że ma dobre zamiary, że kocha Polskę choć ńiezawsze rozumnie, ale szczerze. Ztąd oczywiście gotowe były wierzyć każdemu. Dziś kiedy znalazł się taki który temu śmiało zaprzeczył i powiedział wręcz, że jedni kochają pieniądze, drudzy spokój, trzeci ordery* najmniśj źli Galileę, dziś każda taka pobożna dusza przestraszy się o Polskę i powie sobie, że jużciż ten przynajmniej musi być dobrym który na drugich tak śmiało powstaje: przestanie wierzyć wszystkim a zacznie wierzyć tym co sami jedni na wiarę zasługują, przejdzie z bagażami do stronnictwa narodowego, a jeszcze prosić nas będzie żebyśmy temu stronnictwu dali firmę, przyznając nam korzyści jakie się słusznie należą założycielom.
Albo jak zabębnisz dobrze i zapowiesz uroczysty obchód jakiej wielkiej rocznicy, czy myślisz że się nie zbiegną? Wczoraj właśnie była wielka dysputa o zamierzonym obchodzie Unii lubelskiej. Przyszedł Sewer z Prudencyuszem i zaczęli prawić różne głupie i przewrotne frazesy, jak n. p. „że za takie nasze „obchody pokutują zawsze ci którym w Unii właśnie ślubowaliśmy uczciwość małżeńską” — lub „że na nasz obchód Unii „odpowie kto inny urzędową ad hoo w Wilnie lub Chełmie lub „jeszcze gdzieindziej manifestacyą rozwodu, która nie będzie „dla nas sztychem śmiertelnym zadanym w serce, ale będzie „policzkiem wyciętym w twarz“ — i tam dalśj, ale oczywiście nikt tych głupstw nie słuchał i nikt na nie odpowiedzieć nie raczył. Owszem powiedziano im i postanowiono, że jakiś obchód pamiątkowy odbywać się musi co roku. Najtrudniej tylko o rocznicę. Przeszłego roku była Konfederacya Barska, tego roku jest Unia, ale na przyszły? Trzeba koniecznie wynaleźć coś na przyszły, bo inaczój zabraknie w naszym bębnie jednego bardzo potężnego tonu. A tu jak na złość żaden z nas nie przypomina sobie żadnego faktu któryby na taki rok przypadał. Cała nadzieja w tem, że uczony Ignorancyusz wynajdzie do tego czasu jaki wielki wypadek dziejowy i nakręciwszy trochę datę, przyciągnie za włosy do roku pańskiego 1081. Nie wiesz ty czy Lech nie w jakim 07tym znalazł orle gniazdo, albo Wanda czy nie w jakim podobnym roku a piqu& une tete w Wisłę? Ignorancyusz obiecał się starać o dowody, że w podobnym roku zjadły myszy Popiela, i tłumaczy że figura ta przechowuje pamięć pierwszego u nas początku demokracyi, pierwszój protestacyi ludu przeciw monarchii. Myszy rzucające się na tyrana są podług niego legendarnćm uosobieniem ludu który się poczuł w swych siłach i prawach. Gdyby tę pamiątkę można obchodzić, byłoby to świetnie, bo to przynęta i patryotyczna i demokratyczna, ale licho go wie czy do tego czasu wyguzdra się z dowodami, a coś koniecznie obchodzić musimy.
Ale przynęta to dopiśro połowa zadania. Kto stoi na straży narodowego przyszłości kościoła, powinien mieć oczy otwarte i ostrzegać o każdym jawnym czy skrytym, zamierzonym lub
K~V i 57 wykonanym, rzeczywistym lub tylko możliwym nieprzyjacielskim zamachu. Jest to pierwszy i najświętszy obowiązek, którego nie można pełnić dość pilnie. Nieprzyjaciele jawni to mniejsza, tych każdy widzi i omija, ale ci pod płaszczem patryotyzmu ukryci zdrajcy lub ciemięzcy ludu, tych wykryć to dopiero sztuka, na tych krzyczeć jak na wilka, to dopiero prawdziwa zasługa. Nasza „Całość“ ma do tśj zwierzyny wiatr nieporównany. Niedawno jakiś człowiek który się za ptasznika udawał, chodził sobie po polu, niby bez zlśj myśli, a tymczasem zapisywał sobie w pularesie, że „chłop jak kruk chudy i jak on szkodnik11. Dostrzegła to czujna placówka, schwyciła łotra, zrobiła z nim śledztwo i postawiła go na pręgierzu przybiwszy mu nad głową napis: „oto człowiek co nie kocha ludu i tuczy się jego krwią i łzami11. Tak się wypełnia obowiązek, tak się przemawia w sposób surowy i nieubłagany kiedy się stoi na straży sprawiedliwości i dobra narodu.
Równśj gorliwości i energii dowodzi podniesiona w „Całości11 sprawa Wniebowstąpieńców. Obrzydłe te Faryzeusze, licząc na jakieś tam przed wiekami odniesione rany i blizny, sądzili że im wszystko wolno i pozwalali sobie krytykować prawych patryotów pod pretekstem że nie są posłuszni kanonom. Tego oczewiście ścierpieć nie można, owszem należy napiętnować tych krytyków i dać do zrozumienia, że są tajnymi ajentami. Czy są nimi? Jużcić być muszą skoro nie są z nami. Ale cóż powiesz, znaleźli się ludzie którzy to wzięli za potwarz i powtarzali z przekąsem niesmaczny koncept Yoltaira: „cało-mniez, calomniez, il en r ester a toujours quelque choseV‘ Niecierpliwi mnie to nieustanne powtarzanie frazesu który w swoim czasie może coś znaczył, ale dziś świadczy tylko o niepojętej naiwności owego wieku. Yoltaire, choć nie głupi, był jednak, sam o tém nie wiedząc, pełen jeszcze przestarzałych przesądów i hołdował pewnym tradycyjnym wyobrażeniom, które dla nas są już „ein uberwundener StandpunJct“. Miał on tyle odwagi, że nie wahał się używać tego co nazywał potwarzą, ale w prostocie ducha wierzył w potwarz. Tymczasem dziś wiemy przecie że nie ma potwarzy, jak nie ma przekręcania cudzych myśli lub wyrazów, a to co hipokryci lub głupcy tóm słowem oznaczają, jest tylko bystrem przejrzeniem myśli twego nieprzyjaciela, i opartśm na prawdopodobieństwie odgadnieniem 58 tśj myśli. Każda zaś myśl przewrotna i anti-narodowa powinna natychmiast podaną być do wiadomości publicznśj, właśnie dla tego żeby się nie stała czynem. Nie ma zatśm potwarzy ani oszczerstwa: jest tylko wykrycie zdrożności, która ci się prawdopodobną lub możliwą wydaje i ogłoszenie jśj za pewną. Ze zaś u księży i reakcyonistów każda zdrożność jest nietylko możliwą ale prawdopodobną, temu przecież nikt nie będzie śmiał przeczyć.
Widząc tedy tę niesłychaną sumienność i czujność, tę nieubłaganą sprawiedliwość, tę prawdziwie rzymską cnotę „Całości11, wróżę jej wielką przyszłość i potęgę. Jednak ma i ona niejeden szkopuł przed sobą, a najniebezpieczniejszym ze wszystkich jest zbyteczne zbliżenie dć „Wieczności11 albo do „Demokraty Tygrysowskiego11 w sprawie tej sławnśj protestacyi. (Elle est bonne celle la, jak mówiła Amanda, którą pamiętasz z Ca-sino Cadet....) Nie ma sobie co ukrywać, że w tśj sprawie nie ma drogi środkowśj pomiędzy „Demokratą11 a „Wiecznością11; tymczasem „Całość11 powinna koniecznie taką, drogę znaleźć, — choćby ona była tak wązką i fikcyjną jak linia matematyczna. Że „Demokrata11 jeden ma słuszność, że on tylko rozumie politykę narodową i postępową, to wiemy: ale jak na złość ani rusz nie można „Całości11 iść z nim ręka w rękę. Spróbuj tu wychodząc w Gawronowie, mówić o polityce opozycyjnej, o zerwaniu z rządem, a jeszcze broń Boże o zgromadzeniach ludowych! Zaraz cię ukamienują księża i dewotki, a co gorzój szlachcice (którzy stanowią główny zastęp abonentów) przestaną cię czytać i trzymać. Zatśm nie’pozostaje im jak wyznawać na pozór przynajmniej politykę wsteczną i anti-narodową, czekając szczęśliwszych czasów. A tu znowu licho nadało tę sprawę protestacyjną, którą w ten sposób chcąc traktować, musisz koniecznie zetknąć się z „ Wiecznością“. W takim razie „Całość11 traci na pozór swoją racyę bytu. Rozpacz prawdziwa, i trzeba było całego sprytu naszych młodych dziennikarzy, żeby przepłynąć między tą Scyllą i Charybdą, żeby wynaleźć tę drogę środkową której nie ma, i uniknąć dla jednych pozoru wspói-nictwa z „Demokratą11, dla drugich pozoru wspólnictwa z „Wiecznością11.
Zresztą nowy organ i zawiązek stronnictwa narodowego, winien był sobie samemu, żeby znaleźć myśl i postawić swój własny program. Szukano go długo, ogłaszano nawet parę razy, modyfikując wedle potrzeby, tak że to nawet zaczęło zwracać uwagę, ale nareszcie natrafiono na szczęście na prawdziwy. A jak subtelny, sam osądzisz. Wiesz, że podług prawa wyboroy nie mogą dawać instrukcyi swoim posłom. Sejm trzymał się tego paragrafu, instrukcyi nie dawał, a delegacya robiła co chciała. Tymczasem pokazuje się, że sejm nie jest wyborcą delegacyi, bo skoro delegaci wybierają się wprawdzie w sejmie, ale z okręgów, więc rzeczywistym wyborcą nie jest sejm, ale powiaty. Powiatom więc nie wolno dawać instrukcyi, sejmowi wolno. To jest owo jajko Kolumba wynalezione przez „Całość“ to jój interpretacya ustawy i to jój ostatni program.
Dziwi mnie tylko, że jakoś jeszcze cały kraj do niego nie przystał. Zdaje się nie dowierzać, czy nie rozumieP Widać że to dla nich za subtelne. Ale mniejsza o to. Rozumieją czy nie, przystać muszą i sejm wyśle delegacyę, ale podług programu „Całości.“
Program bliższy i bezpośredni jest zatśm jasny i prosty. Nie chcemy„tego czego chce „Wieczność“ — wypieramy się tego, czego chce „Demokrata.“ Nie chcemy^delegacyi w Chao-polis ani rozwiązania sejmu w Tygrysowie, nie chcemy rewo-lucyi, ale nie chcemy tśż zgody. Opozycyi zachcemy głośno, jak ją sobie sami wyraźniej i dokładniej określimy: na dziś poprzestaniemy na tem, żo nie chcemy nikogo, ani Antenora, ani Jowisza, ani Deaczka, ani Plorestana, ani żadnego innego. To jest kamień węgielny, to epoka, na której budujemy tę politykę, którój bramy piekieł nie przemogą.
Jaki będzie program dalszy P Nie wiem, jeszcze on nie jest stanowczo ułożony. Zasady są pewne i stałe: Polityka narodowa, polityka „Całości,“ ale w szczegółach i w praktycznym zastosowaniu wszystko zależy od okoliczności. Być może, że prąd wypadków każe nam zerwać sojusz zawarty * po upadku Schmerlinga, być równie może, zwłaszcza gdyby Pan Bóg powołał „Wieczność“ do chwały swojśj, że „Całość“ oparłaby swoją narodową politykę właśnie na tym sojuszu. Ale to są mizerne drobiazgi, o które się troszczyć nie warto. Pewni, że zawsze prowadzimy naród mądrze i dobrze, nie powinniśmy kłopocić się naprzód o to, jakiem! poprowadzimy go drogami. Byle był dobrze kierowany, mniejsza o kierunek którym pój dzie. Dlatego dziś jak zawsze dążyć trzeba wszelkiemi siłami, posługując się przynętą, bezwzględną chłostą i wszystkiemi możliwemi środkami, żeby kierunek ten został wyłącznie w na-szóm ręku.
Ach gdyby można pozbyć się „ Wieczności!“ Mam ci ja nadzieję, ale pewności nie mam. Kto wie jak się ujrzy zagrożoną, gotowa wziąść się w kupę i stanąć jeszcze raz na nogach. Rozum na nieszczęście ma, a instynkt konserwacyi własnój najniedołężniejszym nawet dodaje energii w chwili niebezpieczeństwa. Truchleję oto żeby się nie opatrzyła, bo między nami mówiąc tanim kosztem mogłaby nam piwa^nawarzyć. Wystaw sobie, że zamiast karmić dzień w dzień publiczność swoją obrokiem duchowym wstępnego artykułu, nawet kiedy nie ma do niego materyału, „Wieczność14 daje żywe i zajmujące kores-pondencye. Wystaw sobie, że mniśj ci donosi o recepcyach u dostojnych purpuratów i o brylantach rzymskiej księżny Sakri-panti lub Birbante-Rocca, a za to zapomaga się w większą rozmaitość piór wyobraźni i’dowcipów, wystaw sobie, że porzuca ten ton dogmatyczny, którego publicum nie ’lubi, a masz rzecz zrobioną, „Wieczność“ znowu wraca w łaskę, a nasza „Całość11 chcąc uniknąć przymusowej dymisyi, musi skończyć z chwałą bohaterskie dnie swoje, musi szukać samobójstwa w procesie prasowym! Po prostu kwestya nakładu i chęci. I na takim to włosku wisi nasz wpływ i przyszłość narodu. Ale „corraggio11 „Wieczność11 się nie opamięta, nasz bęben będzie robił swoje i za czas jakiś biedaczka syta lat i chwały, złoży strudzoną głowę na łonie Abrahama, a my zostaniemi jedynymi panami pola bitwy. Bo i któż po najkrótszym daj Boże życiu „Wieczności11 śmiałby go nam jeszcze zaprzeczać. Przecież nie ten biedny „Lustrator galicyjski, 11 któremu brak wszelkich do tego tytułów i zdolności, który ma mało sprytu, mniej energii, a najmniej pieniędzy i abonentów. Nerwu niema ani w moral-nem znaczeniu tego słowa, ani materyalnego nerwu rerum.
Czy jest, i czyim jest organem „Lustrator, 11 określić trudno. Prenumerują go prawie wszyscy książęta w Galilei, niektórzy hrabiowie (częściśj hrabiny i hrabianki), ale nie wszyscy niestety; (gdyby wszyscy, mógłby stać bardzo świetnie, bo w Galilei jak wiadomo, rzuć na psa kamieniem, w hrabiego trafisz). Oprócz tego pewna liczba tak zwanych umiarkowanych większych właścicieli. Mógłbyś z tego sądzić, że to „Organ11 ściśle arystokratyczny i konserwatywny. Ale tak nie jest: w tóm sęk właśnie, że sam djabeł nie dojdzie, jakim i czego organem jest „Lustrator. “ Przed trzema laty kiedy lustrować zaczynał, był zapalonym i wymownym federalistą, odrzekał się centralnego parlamentu w Chaopolis, wszystkich spraw jego i wszystkiej pychy jego. Później znalazł, że mądra polityka liczyć się musi z faktem dokonanym, zasadę swoją postawił na ołtarzu i zasłonił, żeby spokojnie swoich‘czasów czekała, a sam wysłał delegata swojego właśnie do tego samego Parlamentu. Późniśj obstawał za rezolucyą Tygrysowskiego sejmiku, jeszcze później przekonał się, że mu z nią niewygodnie i gotów był wchodzić w kompromis, słowem młody „Lustrator11 ma chód nieregularny jak królik. Skoczy naprzód, zapędzi się’, znowu się namyśla, zlęknie się swojśj odwagi, cofnie się znowu, znowu żałuje i nawraca, a w jednój linii długo utrzymać się nie umie i dalibóg nie wiem jeszcze dziś po trzech latach co on reprezentuje js co mu w kraju odpowiada.
Prawda, że przy wyjściu swojśm „Lustrator“ nie zakładał sobie bezpośredniej akcyi politycznej za zadanie, i o złożeniu żadnego stronnictwa nie myślał. Zamierzał on tylko zostać polską Eevue de deux Mondes, i w tym celu urządził wewnętrzną strukturę swoich zeszytów na wzór swego ideału. Naprzód miały iść poważne artykuły polityczne, literackie, ekonomiczne, naukowe, jakie Bóg da, dalśj kroniki literackie, na końcu kroniki polityczne miesięczne, pisane przez najdowcipniejszego Forcada, jakiegoby „Lustrator11 znaleźć mógł w Galilei. Ta część zadania udała się świetnie. Eamy choć w mniejszych rozmiarach wykonano dokładnie na wzór Buloza, ale to co w ramach? to podobno mniéj zręcznie naśladowane. Nie żeby „Lustrator*’ nie miewał nigdy rozumu, owszem trafiają się rzeczy pisane z talentem albo dowcipem, ale to są rari nantes w oceanie mierności lub nudy. Jak pod względem politycznym „Lustrator11 grzeszy chwiejnością, tak znowu pod względem redakcyjnym odznacza się lenistwem i niedołężnością. Skoro się trudni sprawami politycznemi, to jużciż trudno pojąć, dla czego w najostatniejszych czasach dopiero postarał się o to, by czytelnikom swoim dać jakiś obraz stosunków węgierskich na przykład? dla czego dotąd nie znalazł sposobu odbierania wia 62 domości z Warszawy, Litwy lub z Wołynia? Dla czego o Wiel-kopolsce pisał raz tylko i to mimochodem w artykule o związku północno — niemieckim? „ Lustrator “ sam pisząc pośmiertne wspomnienie o Wiadomościach polskich, zrozumiał doskonale, że istotną zasługą tego ohydnego zresztą pisma było to, że na wszystko patrzało i o wszystkiem wiedziało? Dla czegóż nie idzie za ich przykładem, czemu nie robi sam tego, co słusznie ceni w drugich? W przedmiotach literackich i naukowych ta sama nieuwaga, ten sam brak pilności i pośpiechu. Widziałeś nieraz kobietę wystrojoną we wszystkie kolory, i wiesz jaką to składa harmonię: Kapelusz kłóci się z suknią, suknia krzywi się na mantylkę, mantylka krzywi się na wstążki, wstążki w niezgodzie z kwiatami,, oto> masz obraz „Lustratora,“ Kronika polityczna idzie w lewo, artykuł sytuacyjny (jak się czasem trafi) w prawo z obydwoma nie zgadza się dążność krytyki literackiej: prace historyczne wypływają znowu z odmiennych pojęć i zapatrywań, słowem anarchia, chaos, który nigdy niebezpiecznym nam być nie może. Zdaje się, jak żeby każdemu z redaktorów o to tylko chodziło, żeby napisał’ co do niego należy, żeby to było dobrze napisane, i żeby się dobrze wydało, a o resztę się nie troszczy. Ztąd pochodzi ta — nierówność i dysharmonia, która sprawia, że „Lustrator.11 albo czytelników swoich zniechęca, albo co najmniej, nie umie pozyskać nowych i stać się im potrzebnym.
Zdaje się jak żeby pismo to na odwrót tego co się zwykle dzieje, było nie dla. czytelników, ale dla swojej redakcyi. Jakiś złośliwy język powiedział, że „Lustrator11 to jest drewniany konik, na którym panicze wjeżdżają do izby sejmowej. Może to przesadzone, może „Lustrator11 nie jest tylko konikiem, ale z pewnością jest także konikiem^, i jeżeli właściciele i nakładcy tem go mieć chcieli, to trzeba, przyznać, że im się udało, i że konik się opłaca, choć jego utrzymanie kosztuje. Możnaby napisać o tem piśmie i o jego redakcyi coś nakształt księgi rodzaju w którójby stało na początku, że Doliwczyk zrodził Lustratora, a Lustrator nawzajem zrodził Doliwczyka. Tylko co będzie w trzeciej generacyi, nie wiedzieć: dotąd z tych dwóch ojców jeszcze się nic nie zrodziło.
Dziwna rzecz, że w tym naszym demokratycznym i republikańskim kraju, arystokratyczne „pedi</ree“ jest tak wielkiem do wszystkiego ułatwieniem. Krzyczymy na panów i na ary-stokracyę, o równość jesteśmy bardzo zazdrośni, ale niech na wyścigowej arenie zjawi się byle jaki źróbek po Echpsie albo po Orlando, z pewnością zostanie faworytem. Jeżeli trzymać się będzie równo z innymi końmi, sędziowie znajdą, że je wyprzedził, jeżeli wyprzedzi inne o pół chrapy, uznają, że wyprzedził 0 długość dwóch koni, a jeżeli sromotnie został o pól mety w tyle, jeszcze powiedzą, że dobrze, przyszedł trzeci albo czwarty. Niech jakikolwiek karmazynek raczy wziąść się do. czego, a choćby tylko udać, że ma ochotę brać się do czego, może być pewnym powodzenia i obywatelskich koron.
Nie tłumaczę tego niesprawiedliwego, ale prawdziwego fenomenu, tylko uważam, że objawił oni się także wyraźnie i w historyi Doliwczyka. Czując w sobie popędy literacko-publi-cystyczne, zrodził on Lustratora i zniósł w nim zaraz pierwsze jajko, z którego wyszła jego karyera i reputacya. Doliwczyk chłopiec nie głupi, powiedział tam kilka rzeczy trafnych, na okrasę dodał parę konceptów i skleił rzecz, która się czytała dość łatwo i prędko, a tak był przytem przebiegły i ostrożny, że ’nie uraził ani arystokratów ani demokratów, ale się też ani z jednymi ani drugimi nie związał, tło przekonań swoich ukrywając starannie przed okiem profanów. Od tej chwili Do-Liwczyk został pisarzem pełnym nadziei, a. niebawem ujrzymy go obywatelem pełnym zasługi. Jeden lub drugi artykulik otworzył mu na oścież wrota do sali sejmowej, a kiedy na swoim koniku odprawiał na nim wjazd tryumfalny i zabierał się reprezentować swój naród, towarzyszyły mu modły i błogosławieństwa wszystkich galilejskich hrabin i legitymistek, które widząc w nim urodzonego rycerza swojej świętej sprawy, proszą tylko Pana Boga o jego rychłe nawrócenie do zdrowych zasad, i czekają prędko ten rycerz skruszy kopię za Franciszka II., lub za świątobliwą Izabellę. Ale na to Doliwczyk za mądry 1 nie skompromituje się nigdy, a choć opinię traktuje z góry, a pochlebstwem się brzydzi, choć szanuje wysoko siebie, swój charakter, swoje pióro i swoją Doliwę, przecież wie dobrze, co powiedzieć można, a co nie, żeby nie stracić popularności, o którą starać się nie raczy, broń Boże, ale którą mieć jednak mu nie zawadzi. Dzięki temu taktowi i tój zręczności, dzięki pewnśj łatwości pisania, gładkości i potoczystości stylu, jak mówiono ’ ** ®s«. ’-i s.V»iłV-.’ — ‘ Jii/* 64 za księstwa warszawskiego, dzięki wreszcie przeszłości, która go zajmującym zrobiła, (bo Doliwczyk miał to szalone szczęście, że cierpiał za ojczyznę i to w miarę, nie dość mało, żeby być śmiesznym, ani dość wiele żeby być na prawdę nieszczęśliwym) zwrócił ów młody autor na siebie uwagę, i odtąd jego zawód pisarski był nieprzerwanym pasmem sukcesów. Cokolwiek napisał, wszystko było dobre, z naganą się jeszcze nie spotkał. Ośmielone tem młode lwiątko poczuło pazurki i zaczęło drapać. I to mu uszło: galerya klaskała drapiącemu, a śmiała się z podrapanych: słowem tryumfator jeździł sobie od niechcenia piórkiem po papierze, pewien, że za każdą literę, którą nabazgrze doleci go miły odgłos tego wykrzykniku, który stanowi zakończenie piątego krymskiego sonetu.
Tymczasem wziąwszy pod mikroskop pana Doliwczyka z jego stylem gładkim i potoczystym, znajdzie się tam nie jedno miejsce chropawe, nie jedną po prostu mówiąc dziurę. Doliwczyk posiada w wysokim stopniu sztukę mydlenia oczów: pisze o wszystkióm ani się zawaha, gotów zawsze decydować o polityce, o literaturze, o historyi, choćby o teologii, i tak umie zręcznie składać swoje frazesy, że na pierwszy rzut oka, możnaby myśleć, że on na prawdę to wszystko zna i umie. W rzeczywistości braknie łuski nie jednój w jego pancerzu, tylko sprytem i encyklopedycznie pochwytanemi wiadomościami umie on sztucznie dziurę pokryć lub załatać. Ma nawet pewien na to sposób i metodę, którój się trzyma wiernie i zawsze, tak że z niejaką uwagą za każdym razem złapać go można na uczynku. Ile razy Doliwczyk czegoś nie wie i jest z tego powodu w kłopocie, radzi sobie nieodmiennie w ten sposób, że rzecz, którój sam nie wie, przedstawia jako wszystkim wiadomą. „Po cóż darmo czas tracić,“ mówi, „po co powtarzać rzeczy wszystkim wiadome i śpiewane przez wszystkie wróble na dachach? przejdźmy do czego innego.“ W ten sposób omija trudności nasz młody literat, zbywa kilkoma słowami fakt historyczny, którego nie zna, lub kwestyę polityczną, której nie rozumie i rozwiązać nie może, a biedny czytelnik w dobréj wierze wstydzi się, ze taki głupi nie wie tego co wiedzą wszyscy, nawet wróble na dachu! Nie wstydź się czytelniku, twój autor nie więcój wie od ciebie, a kiedy ty szperasz po lexykonach, żeby się przecież dowiedzieć tego co wszyscy wiedzą, on sobie ręce zaciera i śmieje się z twej łatwowierności.
Ten więc niebezpiecznym nie jest i nie będzie, jest za leniwy, za nadto mu dobrze; a czyż więcéj od niego groźnym jest drugi filar lustratora, nasz Niby-Forcade? Nie potrzebuję go nazywać, dość znana wszystkim w Galilei ta rumiana, uśmiechnięta fizyonomia. Jego wyłącznym wydziałem są kroniki polityczne. Otóż te kroniki to czasem nieudane programy, czasem mniej lub więcej udane wstępne artykuły, ale na miłość Boga, to nie przeglądy miesięczne! Czyż czytając je, nie odgadujesz, że pisane są w chwilach kradzionych zabawie, ot tak — na kolanie! Co za niepoprawność, jakie jakby umyślne zaniedbanie, co za lekkomyślność w formie! A więc bądź co bądź, powtarzamy, wraca co trzecie słowo. Mówią, że tam są myśli; być może, zauważę jednak, że myśli mieć może każdy rozumny człowiek, ale że one nie stanowią jeszcze publicysty; nadanie właściwej i odpowiedniej formy myślom, oto zadanie i warunek niezbędny, aby być publicystą. Najgłębszy myśliciel nie umiejący lub nie zadający sobie pracy nadać właściwój formy myślom, pozostanie myślicielem dla siebie. Wprawdzie i niemowę w końcu zrozumieć — można, ale z jakiem wysileniem! z jaką biedą! Forma jednakże może z czasem się poprawić, ale co nierównie trudniśj wykorzenić, oto — lenistwo; a nie trzebaby znać się na ludziach, ani mieć wyobrażenia o publicystyce, aby nie poznać, że lenistwo przygłusza i przygniata swoim ciężarem talent naszego Forkadzika. Osobiście znam go zaledwie, ale jeżeli się nie mylę, jest to człowiek, który przedewszystkiśm usiłuje być podobnym do znakomitych ludzi — wadami. Dalibóg, dosyć dobrze mu się to udaje! Nie zdolny on do codziennśj wytrwałśj pracy, a ta tylko mogłaby go wykształcić. Przypomnisz sobie, że przez czas jakiś należał do redakcyi Wieczności; wszyscy mu to pochwalali, że chociaż nie z konieczności wziął się do pracy, nie brakło mu zachęt. I cóż tego? Nie wytrwał. I dla tego to Forkadzik może być współpracownikiem tylko w takiem mie-sięcznem piśmie jak Lustrator, luźnem, wolnem, wygodnem, w którem i z którem sobie można ganz gernuthlich żyć; a i tu nawet nigdy nic na czas nie wygotuje.
Z tem wszystkiem ma on przecież zachcianki zostania i publicystą i publicznym człowiekiem! Chciałby, żeby mu wszystko łatwo przychodziło, i żeby do wszystkiego łatwo doszedł, a wtedy może się poświęcić dla kraju! A więc znowu pieczone gołąbki. Ta odwieczna wada polska. Forkadzik jest jednym z tych pisarzy, którzy z wielkiem upodobaniem uderzają na nasze wady narodowe, a nie znam nikogo, któryby ich miał więcśj jak on.
O jego formie pisania nic więcéj nie powiem, ale za to możnaby wiele powiedzieć o jego zwyczaju używania i nadużywania obcych wyrazów!?
Dowiedziałem się przypadkiem, że z tego powodu jakiś szlachcic przesłał mu paternoster tak ostry, że go Forkadzik schował jak niepyszny do kieszeni. Szlachcic był jednak nie dyskretny i treść tych verba veritatis doszła do mnie. Co najpocieszniejszego, najwięcej charakterystycznego w tém wszy-stkiórn, oto że ten sam Forkadzik pisał jakąś komedyjkę, w którśj wyśmiewa się z tych, którzy nie umieją poprawnie pisać, a przecież rwą się do wielkich rzeczy!!
Nasz Forkadzik ma to szczęście, że chociaż nikt ani w kraju, ani publicznie nie uznał jego zasług, których — niech mi wybaczy — jeszcze niema, wielu przecież mówi o nim „to nie głupi chłopiec,“ a nawet znaleźli się tacy, którzy mówili „to niebezpieczny chłopiec.41 Wierzaj mojemu doświadczeniu, że siła takiej po cichu reklamy, jest nie małą, że czasem wię-cśj znaczy jak reklama głośna, i jój jedynie Forkadzik zawdzięcza mniemanie, jakie mają o nim ludzie; zawsze się spodziewają, że z niego coś będzie. Porównaćby go można do tych z dyktury lub krochmalu owoców, które służą do zastawy stołu, ale których nikt nigdy nie skosztuje.
Co się tyczy treści jego pism, to jak widzisz zachorował teraz na trzeźwość i rozsądek.
O ile mnie uczy moje już dość dawne doświadczenie, jest on w tym punkcie, że gotów przesadzić i trzeźwością i rozsądkiem. A jednak tenże sam Forkadzik dał się porwać ogólnemu szałowi w 63 r. i skutek pokazał, że wtedy ani trzeźwo ani rozsądnie nie zapatrywał się na położenie. A dziś pomimo całej jego trzeźwości, czy nie czujesz w nim téj mi mowolnój chęci nienarażenia sobie jednych, nie zerwania z drugimi. Słyszałem, jak ktoś do niego dowcipnie powiedział: Mój ty nasz Forkadziku! ty masz to — nie wiem — czy szczęście czy nieszczęcie, że należysz i do jednych i do drugich, i że kiedy jedni nie nawidzą cię, drudzy cię nie lubią.“ A wiesz co on na to odpowiedział? Nic, uśmiechnął się tylko z zadowoleniem kiwnął głową i odszedł. I to go najlepiśj charakteryzuje. Ja w nim widzę po prostu sceptyka w sądzie i w zdaniu o wszystkiem. Ma on swoje zdanie, *ale przekonania niema. Koniec końcem, wszystko mu jest jedno i myśli, że czy tak czy siak, to ostatecznie na jedno wyjdzie. Przyznaj, że to nie są potrzebne warunki dla publicysty, lub politycznego czołwieka. Będzie ci on z równą zimną krwią bronił władzy świeckiej papieża, i wyrażał się pobłażliwie o ustawach konfesyjnych w Austryi! Będzie on z równym zapałem wskazywał Bismarka i jego politykę, jako najniebezpieczniejszą dla Polski i wynosił pod niebiosa tegoż Bismarka. Zwykle przed każdą konkluzyą cofa się, a jeżeli czasem zdobędzie się na nią, to tylko z obawy, aby go nie posądzono, że nie jest trzeźwym i rozsądnym.
W ogóle obawiam się, czy nie będzie można o nim powiedzieć tego, co mówiła pewna dowcipna pani o pewnym ministrze, „Pozostał on obiecującym dzieckiem.“ Powiesz mi jednak, że z tych wszystkich wytkniętych przezemnie wad, może się jeszcze poprawić, aże wtedy... Daj Boże!
Jednakże ja to między bajki włożę, i nie obawiam się Forkadzika, który dziś staje się szermierzem zasad konserwatywnych i jawnym już wrogiem — „Całości11 — i jój stronnictwa.
Nie wiem doprawdy, co ci o trzecim redaktorze Lustratora mam napisać. Dziwnego to autoramentu człowiek. Ujrzysz go obładowanego książkami i manuskryptami, spieszącego ulicą, to znowu jadącego na wozie ze sprawunkami gospodarskiemi bo gospodaruje współcześnie na wsi i pisze, politykuje prócz tego w Tygrysowie i Chaopolis, słowem nie znajdziesz łatwo człowieka, któryby się dobrowolnie tak męczył na wszystkie strony jak on. Radbyś go raz czemś nazwać, historykiem, poetą, politykiem, gospodarzem, a oto wyśliznął ci się jak piskorz, i jak kameleon w innej pojawił się postaci. Mówią tóż o nim, 68 że mu historya przeszkadza być poetą, a poezya być historykiem, że na praktycznego polityka zbyt gorączkowy, na agitatora zbyt spokojny. Spieszy mu się zawsze, przy pługu musi myśleć o książce, przy książce o pługu. Jak zajęcia tak i myśli jego rozpierzchnięte po nadzwyczaj szerokim widnokręgu. Widać to z pism w których rzuca się na wszystkie strony, nerwowo walczy z ideami szkodliwemi, lub które mu się szkodliwe być wydają; radby tśż wszystko despotycznie trochę sprowadzić do jednego zbawczego mianownika, a nie widząc owoców swój pracy, niepokoi się i irytuje. Zdarzają się chwile, gdzie się doń ludzie garną z przyjaźnią i uznaniem, ale po chwili niecierpliwią się jego naturą, nie dającą się zaprządz do praktycznych celów, samopas chodzącą i zbyt ogólnikową. Od kilku lat jest zapamiętałym przeciwnikiem naszego patryo-tycznego stronnictwa, i w walce tej niezliczone odebrał pociski. Jedni mówią że zna nieprzyjaciela bo służył w jego szeregach, drudzy chętnie przyjacielskie dawne z nim stosunki sprzedają za polityczne wspólnictwo którego odbieżał. Lafiryndyzm dziwi się Doliwczykowi że wszedł w sojusz z takim demokratą (my nazywamy wejście jego do hrabiowskiego „Lustratora“, high-torysowskiego pisma, zdradą ojczyzny i literatury). Mnie się zdaje, że jeżeli pod demokracyą rozumie się tę tylko idealną miłość społeczeństwa która pragnie szanowania ludzi wedle ich wartości a nie pochodzenia, to trzeci redaktor „Lustratora“ demokratą czystśj wody być nie przestał, ale to właśnie, że pomimo politycznego sporu, szacunku swego odmówić mu nie możemy, niecierpliwi nas do żywego.
Ale uwierzywszy już w uczciwość, patryotyzm, najlepsze chęci dia kraju i sprawy trzeciego redaktora tego pisma, trzeba powtórzyć znowu czemu taki rozerwany i tyle przeciwnikom słabych stron odkrywający? Z niejednej wnioskując rzeczy, posiada ten człowiek i nauki sporo i pracy wiele, o wiele więcéj niż potrzeba, bo któż się na tśm pozna? Gdybyśmy chcieli tak się uczyć i ślęczyć jak on, nigdybyśmy nic zrobić nie mogli, a najmniej efektu. Umie on pisać wymownie i przekonywająco, a przecież często taki zaniedbany w stylu, pobieżny i jakby niedbający o swoją literacką reputacyę. Spieszył się widocznie... znowu się spieszył... napisał, bo czekał 69 chwili czem innem, gdy mu nieubłagany termin kazał być recenzentem. Najwidoczniej nie przyszedł ten człowiek do powagi literata, posła, członka towarzystw i nie umie się sprzedać, niema blagi, a bez tego na nic rozum i zdolności. Najwidoczniej nie umie on jeszcze zasiąść uroczyście do bióra swego, a zapaliwszy dobre cygaro, uczuć się na stopniach Parnasu. Dlaczego? nie wiem — wiek byłby już potemu. Młodsi od niego koledzy z całą powagą przyjmowali teki ministeryalne i misye dyplomatyczne, czyli on w siebie dotąd nie uwierzył? czy tak denerwująco działa na niego pokolenie otaczające, widoki przyszłości, że nie może przyjść do równowagi i harmonii, a strzelając tylko w pewnych chwilach jaśniejszym płomieniem, odpłaca te szczęśliwe chwile rozstrojem wewnętrznym? W każdym razie o tyle mniej niebezpieczny dla nas, bo nie zdoła nam w niczem przeszkodzić. Będzie biegał wokoło miasta, jak ów żyd po murach przy oblężeniu Jerozolimy będzie wołał: „biada miastu, biada świątyni, biada mnie samemu! “ padnie w końcu ze zmęczenia, z żalu, ale nie odeprze Tytusa i jego legionów.
Tylko my teraz Tytusy, prawdziwy arnor et deliciae ge-neris humani, nie traćmy ani jednego dnia, a wszystko będzie dobrze. Winszuję wam genialnego plebiscytu i wykrycia tej wielkiej prawdy, że do rządzenia krajem nie trzeba rozumu tylko miłości ojczyzny. Z tego jak z kłębka wysnuwa się kon-sekwencya, że się korzymy przed wszechwładztwem ludu, który w Galilei sam jeden jeszcze pozostał patryotycznym. My tu równie śmiałymi krokami iść nie możemy: Bissogna essere volpe, gdzie nie można od razu być leone. Ale przyznaj że protest przeciw rozszarpaniu zwłok i insygniów Kazimierza Wgo był wielkim pomysłem. Co za effekt! nie uwierzysz, ale w wyobraźni prostaczków a zwłaszcza czułych patryotek staje zaraz prezes Jamer i ten stary Paweł Sybirski w postaci sępów targających króla w kawały, a my jako obrońcy i mściciele narodowych świętości. Że nikt nic nie rozszarpał ani nic sprofanował, to się wie, ale takiej sposobności nie można było opuścić bez grzechu. Od małych rzeczy do wielkich, a jak jeszcze uda nam się do reszty dobić tę starą „Wieczność11, to wtedy mam nadzieję, pójdziemy raźniej, jako jedyni panowie sytua-cyi. Jakiemi drogami? tego jeszcze nie wiem: może i temi 70 samemi co oni, przez czas jakiś przynajmniej. Mój przyszły teść nakłania mię do tego w sposób dość wymowny, to wcale nie głupi człowiek i ma sławny węch do papierów i akcyi. Zobaczymy: droga to nic, ludzie to wszystko. Tymczasem nie ustawajmy, spędzajmy wszystkich z placu, zostaniemy sami, a wtedy jakkolwiek będzie, zawsze będzie dobrze.
Twój szczery i niezmienny Brutusik.
Nr. 10.
List Paflagoniusza Tarapacińskiego (Prezesa
Rady powiatowej w Tarapatowie).
Moja kochana Basiu!
Miałem tę błogą nadzieję, że potrafię się uwolnić chociażby na te ostatnie cztery tygodnie i że je z tobą w Szczawnicy przepędzę. Ale gdzie tam — od czasu tój fatalnój godziny, w którśj wprzężono mnie pod jarzmo autonomicznych obowiązków już ani zdrowia podreperować, ani myśleć o żonie i dzieciach nie ma czasu, a gospodarstwo zdane na łaskę Pana Boga; niechno tak potrwa przez kilka lat, a człowiek rozchoruje się i pójdzie z torbami. Niech Pan Bóg tego nie pamięta tym co mnie namówili aby przyjąć kandydaturę na prezesa w Tarapatowie. Pamiętasz droga Basiu jak to było, niby z początku wzystko łatwo i składnie: a przyjmij, a zasłużysz sobie na obywatelską koronę, a być głową swojego powiatu zaszczyt nielada i t. d. i t. d. Ja im zaraz mówiłem: kiedyż ja nie mam rozumu po temu ani czasu, mam żonę i dzieci, gospodarstwo które sam prowadzę bo mnie na rządzcę niestać, ani się wygadać ani wypisać nie potrafię, porzucę to co umiem dobrze aby się jąć rzeczy którym nie podołam — dajcie mi święty pokój. Ale jak mi zaczęli dogadywać: ależ na to aby być dobrym prezesem niepotrzeba głębokiej nauki, stylu ani wymowy, trzeba tylko być człowiekiem praktycznym i znać dobrze swój powiat i jego potrzeby: któż lepiej od ciebie podoła tym obowiązkom, mieszkasz tu od dzieciństwa, wszyscy cię znają, kochają i szanują, jeżeli ty nie przyjmiesz, to jeszcze ten doktor z Tarapatowa gotów zaintrygować między chłopstwem i dopieroż będzie pięknie jak taki psubrat przechrzta z twojśj przyczyny stanie na czele powiatu. A co do czasu, to tego tak mało potrzeba — sekretarz robi wszystko, raz na dwa tygodnie sesyjka na parę godzin, najwięcej raz na tydzień zaglądnąć co się dzieje w biórze — ot i wszystko. No i cóż chcesz, przyjąłem bom myślał że się prawdziwie przydać na co mogę, trochę może djabeł podłechtał miłość własną, Jejmość Dobrodzice także zachciało się być panią marszałko-wą.... ot i zdrową głowę na starość przyszło pod ewangelię położyć.
Co się od tego czasu ze mną dzieje i jakie życie prowadzę, temu nikt nie uwierzy, ty jedna wierna i przywiązana towarzyszka życia umiesz pojąć moją niedolę i spółczuć z mo-jemi cierpieniami. Już nie mówię o tśm, że ta robota która nibyto miała być na kilka godzin w tygodniu, zabiera mi całe dnie i tygodnie, że mi psuje wszystkie nawyknienia i cały tryb życia przewraca do góry nogami, że o polowaniu i partyjce ani śmiem pomyśleć, że 143 paragrafów ustawy gminnej, 20 o obszarach dworskich i 33 o reprezentacyi powiatowej, nie mówiąc już o ustawach: drogowej, szkolnśj i kaduk wie wiele ich tam jeszcze, jak żak szkolny na pamięć wyuczyć się musiałem! Żebyć przynajmniej mieć to zadowolnienie, że się człowiek nie na darmo trapi i mozoli i że coś z tego wszystkiego będzie dla dobra kraju a przynajmniej powiatu? Ale gdzie tam — czego się człowiek chwyci to jakby z kamienia, zdaje mu się co chwila ze jest osłem nad osłami. Jużciż rachować to zdawało mi się że umiałem i rejestra gospodarskie nie chwaląc się tak są u mnie prowadzone jak mało u którego sąsiada, a przecież u mnie większe pieniądze przechodzą przez ręce’ za miesiąc jak w Radzie powiatowej przez rok cały. Co to wszystko pomoże, powiedzieli mi że grosz publiczny musi-być prowadzony systemem podwójnej rachunkowości i ani weź — ładu dojść nie można. Czasem już mnie rozpacz bierze, to zasiądę na kilka godzin i zrachuję na jednej kartce co wpłynęło, a na drugiej co się wydało, zgadza się co do grosza. Te same sumy jak przejdą przez jakieś rozmaite kategorye i rubryki, gdzie tam — ogromna superata albo deficyt, sekretarz powiada że — tak, pisarz owak, agent od asekuracyi którego wezwałem do pomocy inaczej, napocę się, namęczę, ma i winien latają przed oczami i śnią się po nocach, a do końca trafić nie mogę i nie mogę. Albo z chłopami, jak który dawniśj przyszedł za sprawą albo po dobrą radę, wysłuchałem go, rzecz mu wyłożyłem, czasem wyłajałem jak było za co, i zawsze, zrozumieliśmy się i sprawa się jakoś załatwiła. Ten sam dziś niech przyjdzie do bióra, do pana prezesa, i on jakoś inaczej gada, i mnie się słowa plączą, paragrafy włażą pomiędzy dawny zwyczaj i zdrowy rozum, żeby całą dobę strawić ani jednój mizernej sprawy załatwić nie można; pisz rekurs do Wydziału krajowego, a ztamtąd to ci takie mądre pismo przyślą, że zjadłbyś sto djabłów jeżeli co zrozumiesz.
Ale co ze wszystkiego najgorsze, to stosunek z bracią szlachtą. Napisz mu kochany Stanisławie albo Pafnucy — to ci powie że go to do niczego nie obowiązuje bo pismo nieurzę-dowe. Napisz znowu: Wny Panie — jesteś przebrzydły bióro-krata, gorszy od pana naczelnika Terklewicza. Próbuj co robić — mieszasz się w cudze rzeczy które do ciebie nie należą, nic nie rób — od czegośmy cię obrali prezesem, każ reperować drogi — gmina nie chce dać robotników, a szlachta krzyczy o tę trochę materyału jakby ją ze skóry obdzierano; nie każ naprawiać — jesteś mazgaj, niedołężny, do niczego, wszyscy cię krytykują, z czci i dobrego imienia obdzierają, a w połowie ludności powiatu masz śmiertelnych nieprzyjaciół. A czemu tego nie robisz — a bo ustawa nie dozwala — głupstwo^, nie ustawa ale ludzie tworzą prawdziwą siłę i podstawę samorządu. Tak, ale ludzie a nie człowiek; pewno że gdyby wszyscy podali sobie ręce do spólnéj pracy, jedni drugim chcieli i umieli pomagać zamiast wzajemnie kopać pod sobą dołki, gdyby wspierali tego którego powołali na jakieś stanowisko, zamiast błotem na niego rzucać, skoro tylko wyborem dali mu dowód zaufania, to i z tej niedołężnej ustawy dałoby się niejedno dobre dla kraju wypracować. Na to też potrochu liczyłem, przyj mując wybór, ale padam do nóżekx uiechnotu spróbował kogo prosić o pomoc, dobrą radę albo o podjęcie jakiejkolwiek choćby najmniejszśj roboty — a to co, zkąd, jakiem prawem, mnie zaufanie publiczne do żadnych godności nie powołało.
Nie wiem, może ja bardzo głupi, ale zdaje mi się że i świętyby nie poradził, gdyby nie znalazł nigdy i znikąd żadnej pomocy, a wszystkich i wszystko przeciwko sobie.
Cóż dopióro masz do zniesienia od tych wszystkich którzy od ciebie różnych, najróżnorodniejszych, a.często sprzecznych pomiędzy sobą rzeczy wymagają, a którym dogodzić nie potrafisz albo zgoła odmówić musisz. Ten żąda ażebyś zajął się założeniem filii towarzystwa przyjaciół oświaty, tamten bij zabij na towarzystwo przyjaciół oświaty, przepada za towarzystwem do krzewienia oświaty ludowej. Każą ci się zająć rozpowszechnieniem dziennika jednego, dwóch, — kilku publikacyi i pisemek ludowych, a wspieraj towarzystwo to pedagogiczne lub bratniej pomocy, oficyalistów prywatnych, sztuk pięknych, muzy i t. d. i t. d. a znowu niech się co spali albo kto wpadnie na myśl budowania lub restaurowania czegokolwiek, albo spełnienia cudzym kosztem dobrego uczynku, to już do ciebie jak w dym — siadaj mości Pafiagoniuszu na bryczkę i dalej po składkach.
Gorzej jeszcze z wymaganiami stronnictw, które choć po jednym lub kilku członków posiadają w Tarapotowie — rób to, demonstruj tak — ależ panowie! Rada powiatowa to nie klub żaden, lecz instytucya arcyprozaiczna do budowania dróg, utrzymywania porządku w gminach, przestrzegania przepisów policyjuych o ile na to zezwoli niepokonane dotąd wszechwładz-two prześwietnych starostw powiatowych. Co tam, nie chcesz — toś zdrajca, szpieg, Targowiczanin. Zrobisz jakiś kroczek nieśmiały pod wpływem wymowy i argumentów naszego Tici-niuszka powiatowego z Tarapatowa, toś demagog, gonisz za popularnością, starasz się o krzesło poselskie, chcesz za kon-cesyę żeglugi na Pełtwi sprzedać kraj cały i sumienie. Słowem w szczuplejszym zakresie działania jesteś niedołęgą a w szerszym infamis — oto nagroda którą cię głos publiczny obdarzy za to że poświęcasz czas twój, pracę, a często majątek i zdrowie bez żadnych widoków ani możliwych korzyści. Nie byłem nigdy za granicą, ale sobie wyobrażam, że w krajach gdzie samorząd kwitnie i prawdziwe usługi społeczeństwu oddaje, musi być inaczej.
A teraz czy wiesz droga Basiu czóm się pocieszam podczas twojej niebytności? Oto spisałem na wielkim arkuszu wszystkie dnie które mnie jeszcze dzielą od końca trzechletniego peryodu i codzień robię kreskę czerwonym ołówkiem. Jedna rzecz mnie tylko zastanawia: jak tak kilku w każdym powiecie przejdzie przez to doświadczenie, przez które ja przechodzę, zkąd oni wezmą prezesów — chyba sobie z Saksonii sprowadzą.
Bywaj zdrowa moja najukochańsza — twój wierny a srodze utrapiony małżonek
Paflagoniusz.
Tarapatów dnia 473go ery autonomicznej.
Nr. 11.
Rozmowa pana Piotra z panem Pawłem.
P. Piotr. Jakże się miewasz szanowny p. Pawle?
P. Paweł. Dziwna to rzecz, na tym rynku gawronowskim trudno się nie spotkać, a my już tak dawno nie widzieliśmy się.
P. Piotr. To prawda. — No i cóż mówisz na to wszystko?
P. Paweł. Cóż chcesz p. Piotrze żebym mówił?
P. Piotr. Siądźmy sobie p. Pawle tam na ławie przed apteką i pomówimy nieco z sobą, bo przecież wszystko to warto jest zastanowienia.
P. Paweł. Z miłą chęcią.
P. Piotr. Co najdziwniejszego panie Pawle, oto* że przecież hałasują nielitościwie i bębnią jak najęci; a tymczasem chcą w nas wpierać że to tylko nam tak w uszach dzwoni, i w głowie szumi.
P. Paweł. Panie Piotrze! ciebie to dziwi? przypomnijże sobie, że to odwieczna ich metoda. I to także nic nowego. Alo jedno z dwojga p. Piotrze: albo my wszyscy i z nami cały kraj byliśmy dotąd zupełnie głupi, niedołężni, pozbawieni wszelkiego rozumu i patryotyzmu, próżnowaliśmy całe życie, szliśmy wszyscy błędną drogą i trzymaliśmy się nietylko chwilowśj ale zgubnej małodusznśj polityki, albo tśż ten nowy kierunek, który tak widocznie powstaje w naszych czasach a tak nam bębni nad uszami, nic nam dobrego nie wróży.
P. Piotr. My to nie dzisiejsi, znamy się przecie na tych peryodycznie pojawiających się u nas symptomatach. Wiemy dobrze, że u nas jeszcze się nie spostrzeżesz a już naród wciągną w jakie szaleństwo, że najmniejsze głupstwo łatwo, bardzo łatwo przemienia się w wielkie, a zawsze idzie naprzód en boule de neige, że u nas nie można lekceważyć sobie nawet pojedynczych wybryków, nawet idiotyzmu nielicznéj sekty, nawet kretynizmu napiętnowanych indywiduów, bo w nieszczęśliwych okolicznościach w których się znajdujemy, z naszym charakterem narodowym, z naszą przeszłością i wrodzoną skłonnością popełniania wciąż tych samych błędów, nareszcie avec notre esprit d’apropo$ dalibóg i z kija wystrzeli jak Pan Bóg dozwoli. Przyznam ci się p. Pawle, że ja nigdy nie dzieliłem przekonania tych którzy mniemali, że jedyną korzyścią jaką odniesiemy z ostatniej naszej wielkiej klęski, będzie wyrzeczenie się zupełne tych kierunków które nas tak niemylnie doprowadzały zawsze do klęsk i tak systematycznie podawały każdemu czy chciał czy nie chciał sposobność wytępienia żywiołu polskiego; nie p. Pawle, tego nigdy się nie spodziewałem bo znam mój naród, znam jego położenie i znam ludzi, a ludzie nie lubią się przyznawać że błądzili, ale przyznam ci się szczerze, ze z drugiej strony nie przypuszczałem nigdy żeby świeżem doświadczeniem potępiony kierunek śmiał i miał bezczelność tak prędko na nowo rozwielmożniać się i zachwalać się jako jedynie zbawczy.
P. Paweł. Cóż chcesz p. Piotrze, jak są ludzie tak są i stronnictwa z miedzianem czołem. Zważ dobrze, że dwa tylko zawsze objawiają się u nas kierunki, a że pozorna walka stronnictw ogranicza się u nas niestety do walki rozumu politycznego z głupotą, niejakiej odwagi cywilnej z tchórzostwem, stałości w zdaniu z tą nikczemną chwiejnością mającą swój początek najczęściej w żądzy popularności, czasem w gorszej je szcze chęci, zysku chwilowego, doświadczenia z zaślepieniem i trzeźwego zapatrywania się na położenie z tym opłakanym i zgubnym optymizmem, z którego nigdy nie wyleczymy się, a który obiecuje wiecznie i sobie i innym dopięcie wszystkiego jakiemi bądź środkami. Lecz co jest prawdziwie upokarzają-cern, oto, że z tej walki rozumu z głupotą i rozsądku z szaleństwem pozostały u nas dwa systemata polityczne. Określać ci ich bliżśj nie potrzebuję, znasz je, pierwszy chce przemawiać do rozumu politycznego i uczucia obowiązku, — drugi odzywa się do wyobraźni, do sentymentalizmu, do nienawiści i do namiętności, a przedewszystkiem do ciemnoty — drugi w walce z pierwszym ma u nas niezaprzeczoną wyższość, bo przemawia do tego, co najwięcój u nas jest rozwiniętem; nic więc dziwnego, że tak łatwo, tak często i niespodziewanie zwycięża. Wszystkie jego zwycięztwa naznaczone są w historyi, okropnemi, strasznemi, niepowetowanemi dla Polski klęskami. Otóż w skutek zbiegu okoliczności, ta prowincya polska, po ostatnich wielkich wypadkach wyrzekła się stanowczo tego drugiego zgubnego systemu, a postanowiła trzymać się pierwszego, czyli wyrażając się nie tak górno, kraj nauczony doświadczeniami, po prostu zmądrzał — a co ważniejsza dotąd, w tśm zmądrzeniu wytrwał. Tego przebaczyć mu nie mogą. Od niepamiętnych czasów było to może naświetniejsze zwycięstwo rozumu w Polsce — a więc największa klęska dla wszystkich półgłówków. — Aż tu raptem pojawiać się zaczęły coraz liczniejsze, coraz śmielsze i natarczywsze objawy drugiego systemu.
P. Piotr. Prawdziwe zamachy przeciw rozsądkowi.
P. Paweł. Najlepiej o tśm przekonać może polemika, która się od miesiąca toczy w dziennikarstwie krajowóm. Ona lepiój może jak „Wieczność,, lub „Lustrator“ przekonała, że to nie są żarty. „Wieczność11 i „Lustrator“ pisma, które nie zawsze dotąd szły z sobą w zgodzie, któro w niejednej kwestyi nie zgadzały się, które w niektórych może nigdy z sobą się nie zgodzą, stanęły przecież w obronie zdrowej polityki, oświadczyły się stanowczo za wytrwaniem w pierwszym systemie, i w rozmaity sposób, poważnie i żartobliwie, z żałością i ironią, usiłowały wykazać, do czego zwykle doprowadził u nas drugi system, a opierając się na przeszłości dowodziły, że go się obawiać można i należy w przyszłości. Wszakże panie Pio 77 trze przyznać im przynajmniej trzeba, że postąpiły uczciwie, skoro wypowiedziały to, co było ich przekonaniem — a następnie, skoro zadały sobie pracę wykazania raz jeszcze, do jakich zboczeń doprowadzić może głupstwo ludzkie i niedorzeczności jednostek. Otóż nic mnie tak silnie nie przekonało o słuszności ich obaw i zarzutów, jak wściekłość, zła wiara i namiętność, z jakiemi uderzały na nich wychodząca u nas „Całość,“ „Dziennik Tygrysowski“ organ demokratyczny i wychodzący w Tygrysowie „Słonecznik1* organ chwiej noś ci narodowej, oraz bratnie dwóch pierwszych dzienników głosy, które znalazły przystęp do wielkopolskiego organu, do tej „Bezstronności, 11 która niestety tak często jest stronniczą, a której kierunku ani dążności nigdy pojąć ani zrozumieć nie mogę, bo nigdy z dnia na dzień nie jestem jej pewny. Mianowicie ostatni zeszyt „Lustratora11 wywołał nadzwyczaj dobrze udane oburzenie, a zarazem źle ukrytą, wściekłość. Istny to puhaez ten zeszyt „Lustratora, 11 na którego biją i krakają wszystkie nasze wrony i gawrony. Uderzono po ukazaniu się tego zeszytu na alarm — a „Całość11 nawet zawołała: Alarmiści! Alarmiści! niepokoją nas; i ze znaną taktyką dodała niemal, oni to za-mięszanie gotowi wywołać.
Ależ na Boga p. Piotrze, to już się zwie żartować z czytelników i mydlić im oczy! Jak to więc alarmistami są ci, którzy widząc dzieci bawiące się brzytwą, wołają: połóżcie to; pijanych idących koło stodół z zapalonemi fajkami, oddalcie się! i zuchwałego furmana zaprzęgającego dzikie konie, daj temu pokój! Przecież milczeć nie mogą, bo im tego prosta uczciwość nie pozwala, — nie mogą, nie.powinni też dla dogodzenia dzieciom, pozwolić im bawić się brzytwą, lub siadać na kozieł i dalśj, dalej! puszczać na bezdroża znarowionemi końmi, które muszą skręcić na manowce i rozbić powóz. Czyż to wina przestrzegających, iż tyle razy w życiu zdarzyło im się widzieć że brzytwa kaleczy, że z fajki, z niewinnej fajki, najczęściej po wsiach powstaje pożar, i że niedobrane, dzikie, młode, nie-ujeżdżone konie, zwykle unoszą, woźnicę zrzucają i powóz druzgoczą. Czyż dla tego, że przestrzegają, kładą oni już na równi te dzieci, tych pijanych, tego zuchwałego woźnicę z zbrodniarzami, podpalaczami i czarnymi intrygantami? Czyż podobna z ich przestróg wyprowadzić wniosek, że są przeciwnikami go lenia się, palenia fajki i jeżdżenia za interesom lub dla przejażdżki. Zaprawdę panie Piotrze takie konkluzje wyprowadzić może tylko zła wiara, lub ukryty cel, ci tylko, którzy nie życzą sobie, ażeby przestrzegano, że brzytwa może skaleczyć, fajka pożar wzniecić, a znarowione konie unieść. „Wieczność,“ „Lustrator,“ a nawet osławiona Teka Błażeńska, ograniczyły się na podobnych przestrogach. Dlaczegóż wywołały one takie oburzenie i tak gwałtowne inwektywy?! — Cobyś powiedział panie Piotrze o człowieku, któryby chciał zabić stróża wieży maryackiśj? Że chyba ten człowiek ma zamiar dziś lub jutro podpalić Gawronów i chce uniemożebnić wszelki ratunek, tak żeby był w każdym razie zapóźny — i żeby się nikt nie spostrzegł zawcześnie, że pożar się wzmaga.
P. Piotr. Rozumiem, rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć p. Pawle. Oniby pragnęli zabić swoich przeciwników, zabić ich oczywiście moralnie, o co u nas nie trudno. Używają oni w tym celu nader zużytych, przecież u nas zawsze skutecznych środków, chyba, że już wszystkie w tśj miesięcznej polemice zużyli. Oóż wygodniejszego np. jak zasłaniać się w polemice — policyami? Policya et tout est dit, któż nadal odważy się wskazywać niebezpieczeństwa grożące krajowi, lub cechować zgubne kierunki i błędne systemata, skoro padnie na niego podejrzenie, że on obudzą czujność polieyi, żejest więcśj poli-cyantem jak sama policya! Czyż to nie był właśnie ów sęk, o który rozbijały się zawsze usiłowania uczciwych i rozsądnych ludzi? Czyż to nie owa rozstajna w sprawach naszych droga, przy wejściu do któréj, nie jeden ale niemal wszyscy zawsze się zatrzymywali. Można o tym sposobiku powiedzieć, to co w komedyach mówią o wyjeździe i raptownym powrocie podejrzliwych mężów, „stary to sposób, ale zawsze się udaje11 któż u nas nie da się na to złapać? Cóż znaczy to initymidowanie przeciwników w polemice, policyą? To po prostu największy terroryzm, a zarazem największy sofizm. Czyż kiedykolwiek policya — jeżeli do tego nie miała innych powodów słuchała publicystyki krajowój, czyż najumiarkowańszśj nie podejrzywa zawsze o skryte, a przynajmniej jśj przeciwne i szkodliwe zamiary? Czyż nareszcie podobna przypuścić, ze jej czynność dopiero obudzać potrzeba. A przedewszystkiśm, czyż wszystkie nasze niedorzeczności i przesady, czyż wszelkie z naszej strony nierozsądki, nie są jej właśnie na rękę, czyż one nie potęgują jej czynności, jej znaczenia, i czyż nie powiększają jój płacy? Ale jeżeli już ma być mowa o broni godnej lub niegodnej rycerza, to niezawodnie wywołanie w polemice widma polieyi jest najnieszlachetniejszą bronią, a co gorsza metoda ta, przypomina w samej rzeczy owe przerażające czasy, czasy, w których brnęliśmy coraz głębiej bez najmniejszego zastanowienia i opamiętania, dlatego jedynie, aby czujności polieyi nie obu-dzać! Aby nie przysparzać wrogom argumentów przeciw nam, aby nie dawać sami powodu do reakcyi, aby nie osłabiać ducha i t. d. i t. d. I cóż wynikło z tego oglądania się na te wszystkie względy? Oto klęska stała się nieuniknioną, a zamiast reakcyi doczekaliśmy się zniszczenia i wytępienia.
P. Paweł. Odwieczny to sposób straszenia policyą, znana to metoda tej szkoły, jest w tem oczywiście manewr, bo już to zręczności w szczegółach nikt tśj szkole nie odmówi; jój zasada jest bezmyślna, ale jśj uczniowie mistrzami są w przeprowadzeniu jej; nietylko jednak jest w tem manewr, ale także i dowód tajemniczego łącznika, który zawsze istnieje między dwoma ostatecznościami, między ideą ciągłego [burzenia i niepokojenia społeczeństwa, i ideą bezwzględnego porządku i spokoju z wyższego rozkazu, którego policya jest przedstawicielką. Jest coś policyanc-kiego w konspiratorze, jak jest coś konspiracyjnego w policyancie.
P. Piotr. Najlepszym może wymysłem, prostym na pozór, podobnym do jajka Kolumba, jest owo porównanie „Lustra-tora“ z Dziennikiem Warszawskim. Nie głupi jednak kto pierwszy na tę myśl wpadł, najlepszym tego dowodem, że wszyscy teraz za nim to powtarzają. To pewny środek, bo to i w oczach publiczności ohydza przeciwników i ich samych niewątpliwie boleśnie, w serce rani, może tak że aż oniemieją. Panie Pawle! mniśj to jednak bolesne być porównanym z Dziennikiem Warszawskim, a nawet co w tych czasach złej wiary i zamącenia wyobrażeń łatwo stać się może, być przez Dziennik Warszawski przedrukowanym, jak czuć że niestety wśród tendencyjnych kłamstw, plwań, oszczerstw i szkalowań rzucanych przez Dziennik Warszawski na naród, były przytoczone przez niego straszne zboczenia indywidów, popełnione w imieniu sprawy, a które kładziono na karb całego narodu! jak być przekonanym, że chcąc prawdę, całą prawdę 80 wypowiedzieć, trzeba się czasem fatalnie zejść z Dziennni-kiem Warszawskim. Nie, nie to boli, co Dziennik Warszawski pisał lub pisze, ale to jedynie, co w tem prawdy. Nie to p: Pawle powinno przestraszać uczciwych ludzi, że ich tam ktoś w wściekłości i zapamiętaniu porówna z Dziennikiem Warszawskim, ale ta obawa.raczój aby z nowych naszych błędów i szaleństw nie wyśmiewał się znów Dziennik Warszawski. Uczciwego człowieka wzgląd ten wstrzymać dziś już nie może, bo raz przecie wyleczyćby się trzeba z tchórzostwa, któro nam kazało ulegać każdemu kierunkowi, który się patryotycznym mienił.
P. Paweł. A potóm p. Piotrze, biorąc rzeczy rozsądnie i zimno, dojść się musi do przekonania, że każde nieroztropne i sangwiniczne działanie, szczególniój tutaj, każde zamięszanie, i tak nazwane podniecanie ducha środkami gwałtownemi, jest na rękę Moskwie. Gdyby w Polsce, a mianowicie w Galicyi nie było dzisiaj sangwinistów, zapaleńców z dobrą wiarą, toby ich Moskwa powinna stworzyć. Osłabienie wpływu ludzi rozsądnych, chęć zabicia ich moralnie, porównywanie ich z Moskalami lub Moskwie zaprzedanymi, może być tylko na rękę Moskwie, i bardzo, bardzobym się dziwił Dziennikowi Warszawskiemu, który pod tym względem jest mistrzem, gdyby dla tóm większój uciechy wszystkich naszych Gawronów, nie przedrukował z pochwałą od czasu do czasu artykułów Wieczności lub Lustratora. Czyż to u nas nie najlepszy, nie najpewniejszy sposób zniszczenia i podkopania ich wpływu a zapewnienia zwyci^ztwa kierunkowi, który Moskwa szczególnie, zawsze tak doskonale umie wyzyskiwać. Ale ja się mylę, środek polemiczny, o którym mówimy, jest przecież obmyślony, bo któż tam u nas pozna się na tych odcieniach, a tymczasem etykieta przylepi się i do Lustratora i do Teki Błazeńskiój!
P. Piotr. Ale nie koniec na tóm. Innego jeszcze użyto w tój polemice środka, środka prawdziwie melodramatycznego! Oskarżano, tak jest, oskarżono Lustratora, że chce wypędzić z Galicyi wszystkich emigrantów, że w cichości nową urządza proskrypcyę i — że ludzi pewnej kategoryi, którzy zarabiają na utrzymanie swoich familii, pisząc do dzienników politycznych — chce oczywiście pozbawić chleba! Sic, nie inaczój p. Pawle, czytałem to na moje własne oczy. Dla większego — zaś scenicznego efektu podpisano jednego z tych proskrybowanych, przyszłości! To już było przemówieniem nie do oburzenia, nie do patryotyzmu, ale do litości wszystkich serc szlachetnych. Sądząc o tym wybiegu, pod względem polemicznym, wnosićby można, że dostali oni śmiertelny obrót, skoro takiego dali w powietrzu kominka. Kto się odzywa do litości, ten widocznie zwyciężony. Ale gdzież oni p. Pawle wyczytali podobne potworności, zkąd wysnuli ten płaczliwy akt oskarżenia? Czyś czytał gdziekolwiek, w „Lustratorze11 już nie mówię, coś podobnego, ale nawet cień podobnej insynuacyi? Cóż powiedzieć 0 polemice która podobne przeciwnikom podsuwa podłości,!! Co p. Pawle?
P. Paweł. Tylko nie oburzać się p. Piotrze, gniew byłby tu znowu naiwnością, bo to przecież manewr, teatralny wybieg, który z ich strony dziwić nie może. Przedewszystkiśm trzeba mieć bardzo spaczone wyobrażenie, trzeba chyba mieć w sercu bardzo mało uczucia polskiego i prawdziwego patryotyzmu, a wiele, wiele namiętności stronniczej, ażeby dzielić naród znajdujący się w naszem położeniu i to w wewnętrznych naszych walkach, na emigracyę i nieemigracyę, na emigrantów 1 — co? chyba poddanych obcych mocarstw? Tego podziału nie dopatrzyłem się nigdy w „ Lustratorze“, ale widzę go wciąż w „Całości“ i „Dzienniku Tygrysowskim11, a nawet w korespondencyach „Bezstronności11. Panie Piotrze, czyżby to nie było słuszniej, szlachetniej, odpowiedniej naszemu położeniu, abyśmy się wszyscy uważali za wygnańców. Tak jest, my wszyscy czujemy i bóle i tęsknoty i upokorzenia wygnania, my wszyscy jesteśmy biedni, bezsilni, na łasce obcych, jak wygnańcy, my wszyscy nareszcie jesteśmy wygnańcami, marzącymi i dążącymi do lepszej przyszłości! Nie p. Piotrze, dla prawdziwie polskiej duszy nie ma emigrantów, są tylko Polacy. Ale między Polakami, tak juk między Niemcami, Francuzami, Włochami, a nawet zapewne Lapończykami i Eskimosami, są ludzie rozsądni i szaleńcy, rozumni i głupi, roztropni i fanatycy, uczciwi i łajdaki, sumienni i lekkomyślni, ludzie pracy i ludzie wrzawy i hałasu, uczeni lekarze i szarlatani, jasnowidzący i zaślepieni, politycy i entuzyaści, patryoci i dema-gogi, Polacy i kosmopolici, ludzie przywiązani do ojczyzny i ludzie przywiązani tylko do doktryny, ludzie praktyczni i ideolodzy, baczni i niebaczni, mężowie stanu i koinedyanci, ludzie, którzy umieją korzystać z doświadczenia i ludzie, którzy nigdy z niego nie korzystają, ludzie, którzy przecież czegoś się nauczyli i ludzie, którzy wszystko zapomniawszy, niczego się nie nauczyli, nawróceni i niepoprawni. Otóż z drugimi, czy oni działają w dobrśj wierze czy w złej wierze, walczyć wypada i należy, czy oni siedzą w kraju czy za granicą, czy za paszportem czy bez paszportu rosyjskiego, a gdzie się da, wyśmiewać, wyśmiewać nielitościwie, nietylko godzi się ale należy. Nie podobna jednak zaprzeczyć, że jeżeli w naszych oczach niema emigrantów, to przecież wobec rządów klasyfi-kacya ta ma swoje znaczenie, i że rządy uzbrojone są przeciw emigracyi pewnemi przepisami. Otóż „Całość11 zdaje się posądzać „Lustratora, 11 że on doradza użycia tych przepisów.
P. Piotr. Ani mniej, ani więcej.
P. Paweł. Pomijam już wstręt, jaki w każdym cokolwiek uczciwym człowieku obudzić musi, sama myśl podobnego środka. „Całość11 widocznie niema wyobrażenia o tym wstręcie, to drobny szczegół w obec wielkich spraw ludzkości. Ale „Lustratora11 i jego redaktorów miałbym za półgłówków i bardzo krótko widzących — pomijam znowu systematycznie kwestyę uczciwości — gdyby mogli na chwilę uważać ten środek za zbawczy i polityczny. Jakto, ci ludzie mieliby tak mało zmysłu politycznego, żeby chcieli z swoich przeciwników porobić męczenników, a z siebie policyjnych denuncyatorów! Coś podobnego wymyślić może już nie ta zwykła głupota, ale ta, która większa jest od miłosierdzia bożego. Raz przecież mamy sposobność ujrzenia w całśj świetności i na wolnśm powietrzu wszystkich dręczących nas niedorzeczności, wszystkich szaleństw, które dotąd zawsze w ciemnościach gotowały się do wystąpienia, i nie mielibyśmy uchwycić skwapliwie téj sposobności i nie umielibyśmy z niój korzystać. Przecież to jedna z niemałych korzyści dzisiejszego położenia, że możemy tutaj swobodnie i nielitościwie wyśmiać wszystkie nasze niedorzeczności i wszystkich naszych szarlatanów przebranych za proroków! Czyż podobna przypuścić, żeby się znalazł ktoś, ktoby chciał zrzekać się téj sposobności na rzecz polieyi! Owszem, prosimy was, siedźcie tu, a szczególniej piszcie, piszcie dużo, i wygadajcie się, nie dla tego, żeby was w końcu policya wydaliła, ale żeby zdrowy rozum narodu słuszny o was wydał sąd, i żeby kraj nasz sam przekonał się co warte wasze teorye i wasze rady, żeby stwierdził, że jesteście tylko zacofanymi lekarzami odwiecznój i potępionej już przez doświadczenie i nowoczesną naukę szkoły. Jeżeli zaś kraj sam nie zdoła tego rozpoznać, jeżeli odda się w wasze ręce, to wtedy wszystko stracone i niema o czóm mówić. Ale wtedy też policya mię-szając się do tego, oczywiście tylko na waszą korzyść działałaby. Siedźcie w kraju, odzywajcie się głośno, tego właśnie pragniemy, tego Ghcemy, bo to dla sprawy nie równie mniej niebezpieczne, jak działanie i odzywanie się wasze z daleka, już z samych względów optycznych! A potóm wolimy stokroć, wolimy sami wyśmiać wszystkie nasze rodzinne niedorzeczności, jak żeby z nich wyśmiewać się mieli obcy, nous voulons laver notre lingę sale en familie. Tak jest, my ohcemy użyć wolności, którą tu mamy na obalenie waszych zamków na lodzie i na zwalenie rusztowania waszych fałszywych teoryi, zgubnych zasad i wszystkich waszych fanfaronad! Jeżeli temu wszystkiemu policyą chce przeszkodzić i znowu otoczyć was aureolą, niech was wydala, ale my ją wtedy posądzimy, że działa chyba w porozumieniu z Moskwą.
P. Piotr. Otóż teraz p. Pawle, dotknąłeś prawdziwej strony sytuacyi. Jawność jest najlepszą dla nas i kraju tarczą. Dla tego nie tak bardzo znów czarno zapatruję się na położenie, a chociaż nie zapoznaję objawów, o których-., mówimy, to przecież w dzisiejszych okolicznościach nie obawiam się ich. To nie spiski, nie knowania, nie w ciemnościach knute konspiracje, ale wystawa publiczna aberracyi rozumu, entuzyazmu na zimno i fałszywych teoryi. Podobna wystawa nie wytrzyma światła dziennego. Dla tego tóż zapytuję się ciebie p. Pawle, czy „Lustrator“ nie przesadził i czy sam się nie przestraszył zbytecznie lub też innych chciał przestraszyć, aby gorszego złego uniknąć?
P. Paweł. Co się tyczy jawności, zgoda p. Piotrze, nic słuszniejszego, że w niój jest nasze bezpieczeństwo, ale pod warunkiem, że użyjemy jój także na korzyść sprawy rozsądku, inaczój bowiem ta jawność posłużyłaby tylko do zapewnienia zwycięztwa błędom, fałszom i szarlataneryi. Nie możesz więc w imieniu jawności oskarżać „Lustratora,“ że na ostro wystą pił, bo tym sposobem zapoznawałbyś pierwsze warunki i wymagania jawności, oraz obowiązki, które za sobą pociąga.
P. Piotr. Ale jawność w każdym razie nie upoważnia do przesady. Kto chce skutecznie działać przeciw złemu, nie powinien go przesadzać.
P. Paweł Zważ p. Piotrze, że są przedmioty, o których niepodobna mówić, że są typy, których niepodobna wiernie przedstawić, żeby zrazu nie ściągnąć na siebie zarzutu przesady. Czy nie zdarzyło ci się czasem spotkać tak komicznój figury, że patrząc na nią powiedziałeś sobie: „Otóż gdyby aktor tak się ucharakteryzował, powiedzianoby, że przesadza.“ Podobny zarzut spotkał „Lustratora, “ ale w samój rzeczy w treści, gdzież widzisz, żeby „ Lustrator “ przesadził, chociaż mu to zarzucają? Czyż „Lustrator11 powiedział gdziekolwiek, że dziś tutaj ktokolwiek dąży do powstania? Nie! Optymowicz siedzący w Głupiosiówce, widzący wszystko wedle swoich życzeń, może się tą nadzieją cieszyć, ale to z jego strony czysty optymizm, jak optymizmem jest także z jego strony branie dzisiejszych objawów za oznaki nieprzerwalności powstania, tego powstania, które znów w jego optymizmie jest dla niego ideałem, bo wierzy silnie, że za jego pomocą i za pomocą radykalnych, dzikich środków, dojdzie do Polski. Czyż p. Piotrze tacy Opty-mowicze nie istnieją, i czyż nie są istną plagą polityczną? I czyż nie najwięcój przyczyniają się do zguby sprawy, którą tak bez-rozumnie kochają i czyż mniemając, że wszystkim kierują, nie stają się zwykle tylko narzędziami w rękach ludzi złój wiary? Z drugiój jednak strony, powiem ci szczerze panie Piotrze, że nie trzeba być koniecznie pessymistą, ażeby przewidywać, że są fałszywe systemata, które muszą złe skutki sprowadzić, skutki, których dzisiejsi ich twórcy może nawet nie domyślają się. Czyż przeszłość nie uczy nas tego? Czyż doświadczenie sprzeciwia się podobnym wnioskom alarmistów? Czyż nie mogą zajść takie okoliczności, czyż niema w naszem społeczeństwie takich żywiołów, któreby mogły ziścić bezpośrednie nadzieje Optymowicza? Czyż nareszcie nie jesteśmy otoczeni wrogami, którzy czyhają na każdą sposobność, żeby nas popchnąć do zguby i do użycia tych morderczych dla nas samych środków, w skuteczność których jeszcze tak silnie wierzą w Głupiosówce? Od czegóż historya, jeźli ani z niej ko 85 rzystać, ani tóż do niej odwoływać się nam niewolno. Otóż któż z uczciwych i rozsądnych przewódzców ruchu przypuszczał, że bierna protestacya ludu warszawskiego, która wzbudzała ogólny podziw i uszanowanie, zamieni się w nieudane powstanie, a stopniowo dojdzie do skrytobójstw i fałszowania banknotów w imieniu ojczyzny i dla tem większej jśj chwały? że owe sceny z Psalmów zakończą się scenami zNieboskiej Komedy i? Czyż ci którzy do biernego tylko oporu zachęcali przewidzieli to wszystko? Nie, nie, dla ich dobrśj sławy wolę wierzyć, że gdyby byli to wszystko przewidzieli, rozpacz byłaby rozsadziła ich serca w dniu pierwszych demonstracyi warszawskich. A jednak czyż wtedy nie byli także Optymowi-cze którzy naiwnie pragnęli takiego obrotu rzeczy i w nim widzieli jedyne zbawienie Polski? Czyż nie byli stokroć gorsi od Op ty mowie z a, bo ludzie nie ze spaczonemi wyobrażeniami jak Optymowicz o sprawach tego świata a szczególniej 0 sprawach polskich, ale ze spaczonćm sumieniem, którzy w takim obrocie rzeczy upatrywali tylko własny poziomy interes? Tak niezaprzeczenie, obok entuzyastów, szaleńców, prawdziwych 1 bezrozumnych patryotów, są u nas w chwilach groźnych i tacy którzy tylko korzystać pragną materyalnie z ogólnego za-mięszania i z naszych klęsk. Cóż ma począć sumienny lekarz, który widząc małą rankę, wie jednak dokładnie, że z niśj, z tej nieznacznej ranki, może się wywiązać gangrena? Czyż nie powinien wypalić jej kamieniem piekielnym lub wyrżnąć ostrśm narzędziem chirurgicznym? Czyż chory ma prawo nazywać go alarmistą dla tego że mu mówi to czego go sztuka lekarska i doświadczenie nauczyły? Przyznaję że „Lustator11 użył kamienia piekielnego i ostrego narzędzia, prawda że to boli, ale cóż miał robić kiedy nie ma na to innego lekarstwa. Kto zaś p. Piotrze oburza się i upatruje w tóm zakałę dla narodu, ten niech spojrzy na historyę innych szczęśliwych a potężnych i niepodległych narodów, niech zastanowi się nad ich zboczeniami, a wtedy nasze nie będą go tak wielce dziwić i nie będzie się gorszył i oburzał na tych, którzy dla ochronienia się od nich na przyszłość, odsłaniają je. A przebóg! od czegóżby była publicystyka? Czyż dla tego żeby ministrom w Wiedniu grozić, lub dawać dobre rady Napoleonowi?!
P. Piotr. Słusznie, słusznie p. Pawle! W każdym razie nie ci mają prawo mówić o przesadach którzy ludzi przemawiających z poczucia obowiązku nazywają grabarzami i zwolennikami nieprzerwalności snu. To już za wiele p. Pawle! Jakże tu nie odpowiedzieć tym panom: grabarzami Polski są ci, którzy czy przez egzaltację, czy przez ambicję, czj przez szał, czj przez ruchliwość, czy przez głupotę, czj przez egoizm narażają ojczjznę na klęski, na przedwczesne i nieudane powstania, którzj łechcąc wjobraźnię narodu, popjchają go do nierozważnjch czjnów; oni to skazują go na niepr zerw al-ność snu, oni to już lekkomjślnem postępowaniem skazali Litwę, Zabrane prowincje, Królestwo na nieprzerwalność snu, bo ściągnęli na te kraje zniszczenie, wjtępienie i zemstę wrogów. Oni to są praktjcznjmi apostołami nieprzerwalności snu, oni grabarzami sprawj, oni marnotrawcami zasobów i pracy narodowśj! A jeżeliby kto utrzymywał, że my tu spali, że nas dopiero ktoś tam obudził, to śmiało odpowiedzieć możemy że to fałsz i że to zarozumiałość bez granic, że to lekceważenie i prawdy i kraju całego i narodu. Nie moi panowie, robiliśmy cośmy mogli, ale wiele zrobić nie podobna było, tę jednak pociechę mamy, że nie ściągnęliśmy na ten kraj ani żadnśj klęski, ani żadnój sromoty, ani żadnśj represji, ani żadnej zemstj, żeśmy go ani wjcieńczyli, ani zgubili, ani w nieprzerwalność snu nie wtrącili. I da Bóg, nadal nie dozwolimj nikomu abj go w tę nieprzerwalność snu wtrącił.
P. Paweł. Niewątpliwie, kraj i uczciwi ludzie nie pozwolą tu nigdy na to. Nic też śmieszniejszego jak to wpieranie pewnych organów w przeciwników, że oni widzą już powstanie narodu i rozgorączkowanie całego kraju, kiedy nikt tego nie twierdzi, lecz kiedy przeciwnie nieraz nacechowano stanowisko kraju który chce i pragnie trzymać się drogi rozsądnej i prawdziwie politjcznój. Takie wpieranie z ich strony jest tylko dowodem wielkiój ich zarozumiałości i ufności w własne siły. Nie, kilku lub nawet kilkunastu niepoprawnych nie zdoła zepchnąć kraju z drogi którą dobrowolnie wybrał, lecz, u nas tych kilkunastu wbrew woli i bez udziału kraju może sprowadzić na niego klęskę, bo z ich szaleństw, z ich płochości, z ich lekkomyślności, nie omieszkają korzystać wrogi. A cho ciażby oni dali tem tylko powód do jakiego stanu wyjątkowego, jużby nam dostatecznie dojechali.
P. Piotr. Czego się tak oglądasz p. Pawle?
P. Paweł. Zdaje mi się że wszedł do apteki, wiesz ten Brutusik, nie chcę żeby słyszał naszą rozmowę.
Pi Piotr. My przecież nic zdrożnego nie mówimy.
P. Paweł. To prawda, ale oni tak doskonale umieją przekręcać; będą nas paskudzić przy lada sposobności, po gazetach, bo i to umieją. A co mi po tśm?
P. Piotr. Przecież to nasze zdanie uczciwe zdanie.
P. Paweł. A to racya? Niczego oni tak nienawidzą jak cudzego zdania; przekonać, nie przekonamy ich, po cóż więc narażać się na oszczerstwa i paskudzenie po dziennikach. Jakby Brutusik usłyszał to cośmy tu mówili, gotowi wydrukować, że po mieście krąży wieść, ze to my wywołaliśmy zakaz obchodu Unii.
P. Piotr. Przekonaj się więc czy to on wszedł? Nie on? Możemy więc spokojnie dokończyć naszą rozmowę. jP. Paweł. Ja uważam, p. Piotrze, że my jesteśmy jak dwaj bracia Siamscy. Do tego stopnia zgadzamy się z sobą, że jak ci bracia jeden kończy zdanie drugiego.
P. Piotr. Są rzeczy w których rozsądni i uczciwi ludzie muszą zawsze się zgodzić.
P. Paweł. Najlepszym, najweselszym że tak powiem zarzutem „Całości11 jest, że ci którzy silnie występują w obronie rozsądku, działają jedynie tak dla przypodobania się konserwatywnym kołom i ultrakonserwatywnemu stronnictwu. Gdzież są te koła, gdzież jest to stronnictwo konserwatywne któreby ich poprzeć chciało, na które mogliby się oglądać i któreby im powiedziąło przynajmniej — „Bóg zapłać!“ Gorzki to chleb, ’twarde zadanie w ten sposób stanowczy występować i przemawiać1 w położeniu takićm jak nasze, w którem na tyle względów oglądać się trzeba. Każde stanowcze zdanie zakłóca błogi stan wiecznej chwiejności w której znajduje się nasze społeczeństwo. W cichości, w skrytości ducha może niejeden cię pochwali, ale za to głośno, bardzo głośno potępią cię wsżyscy ubiegający się za popularnością, wszyscy którzy cię nie zrozumieją, wszyscy którzy cię zbyt dobrze zrozumieją, potępią uczuciowi i sercowi, trybuny i patryotki, a jakieś tam rozpo rządzenie policyjne zabrzmi ci nad uchem jak — Amen. Nikt się za tobą nie odezwie, nawet ci którzy podzielają twoje zdanie; bo ich już wyręczyłeś, już podjąłeś się najniewdzięczniej-szśj strony zadania. Oto są przyjemności tego zawodu! Jedyne zadowolenie jakiego doznać możesz, oto uzyskanie świetnój reklamy dla twojfgo zdania, dla twojój odwagi cywilnój i sumienności w formie szkalowań, przekleństw, potwarzy i wściekłego gniewu przeciwników! 1 w takiem położeniu rzeczy wpierają w ciebie że przemawiasz bez przekonania, w złój wierze lub ze strachu. Więc ludzie którym przecież nie brakuje piątój klepki, ludzie którym nawet przeciwnicy przyznają bezinteresowność, występowaliby w ten sposób w tak trudnych okolicznościach bez głębokiego przekonania, jedynie dla żartu, z wesołości, dla własnej przyjemności i dla przypodobania się ja-’ kiemuś nadpowietrznemu konserwatywnemu stronnictwu polskiemu! Bo doprawdy tego stronnictwa na ziemi ani dopatrzeć ani domacać się nie mogę. Bądź przekonany p. Piotrze, że u nas to co oni zowią stronnictwem konserwatywnóm, ogranicza się zawsze na dwóch ludziach rozsądnie i sumiennie rozmawiających z sobą o sprawach publicznych, tak jak ja teraz rozmawiam z tobą; dalej nie sięgaj, dalszśj organizacyi tego stronnictwa nie szukaj, szukałbyś jój daremnie; niech do nas trzeci się przyłączy, a ręczę ci że nawet ustanie szczerość w rozmowie, ze się charakter tój rozmowy zmieni i że już we trzech nie zdołamy utworzyć stronnictwa rozsądnego, bo tysiące względów stanie nam na przeszkodzie, bo nie zdołamy rozwikłać zagmatwanych u nas pojęć o stronnictwach, a w ostatniój kon-kluzyi dojdziemy do przekonania, że dla obrony rozsądku nie potrzeba stwarzać stronnictwa. Jak tu mówić o konserwatywnóm stronnictwie, kiedy tu zaledwie zdobyć się możemy na poje-dyńcze zdrowe zdania.
P. Piotr. Zarzucano jednak tym ludziom a mianowicie ^Lustratorowi“ i to ze wszech stron, że obawy jego są bezzasadne, płonne, że one właśnie obudzają niepokój, porównano go do zająca którego szelest liści spłoszył. Jest to zarzut nie-lada. bo obwinia szczycącego się rozsądkiem politycznym „Lustratora“ o tę samą niewytrawność i ten sam brak wykształcenia politycznego, z któremi on do walki występuje. 89
P. Paweł. Byłby to w samej rzeczy zarzut zabijający gdyby był słuszny; a gdyby „Lustrator“ popełnił był podobny błąd, gdyby był wzniecił całą tę wrzawę niepotrzebnie, z lekkomyślności czy nienawiści, z małoduszności czy stronniczości, byłby sobie niewątpliwie wydał testimonium paupertatis politycznej. Ale że tak nie jest świadczy nietylko to bębnienie uporczywe, nietylko ten hałas który przecież słyszymy, nietylko ta jadowita polemika, ale co ważniejsza fakta, fakta p. Piotrze, i te znane nam dobrze symptomata których przecież także publicystyka nie mogła pominąć milczeniem, symptomata które porównałem z oną wśród gumien zapaloną fajką. Ale przede-wszystkiśm zastanówmy się nad faktami. Czyż pomimo wypierania się strony przeciwnéj ilustrowanego gorącą apologią demonstracyi, można dziś zaprzeczyć, że zamierzała ona urządzić szereg nieprzerwany demonstracyi niewymierzonych przeciw Au-stryi, a tém samem łatwiejszych do przeprowadzenia. Otóż chęć rozbudzenia ducha polskiego u nas za pomocą tych łatwych, wygodnych demonstracyi jest albo dzieciństwem i zarozumiałością półgłówków, albo tśż musi mieć inny, dalszy a dziś ukryty cel. Dla utrzymania więc w nas ducha polskiego potrzeba demonstracyi, więc bez demonstracyi przemienimy się w Niemców albo idiotów! To zaprawdę zbyt niskie i małoduszne wyobrażenie o naszym patryotyzmie, za zuchwałe lekceważenie sobie nas jako Polaków. Gdyby już tak źle było, to i demonstracye nicby nie pomogły. Jeżeli panie Piotrze srogie prześladowanie moskiewskie, jeżeli tępienie systematyczne żywiołu polskiego i wszystkie z wszystkich stron grożące mu straszne niebezpieczeństwa niezdolne są utrzymać nas na wysokości naszego tutaj zadania, to zaiste już żadne demonstracye tego nie dokażą. Demonstracye, mówią nam, mają za zadanie: szerzenie polonizmu i idei polskiój. Cóż z tego, kiedy nietylko biorą w nich udział tylko przekonani, a niepodobna niemi działać na nieprzekonanych a raczśj nieprzygotowanych, bo doświadczenie nauczyło, że na nich przeciwny zupełnie wywierają skutek: zamiast łączyć, obudzają tylko podejrzliwość. Cóż powiedzieć o nauczycielach którzy rozpoczynają naukę matematyki od rachunku różniczkowego!? Czyż o tśm wszystkióm nie wiedzą lub téż wiedzieć nie chcą obrońcy demonstracyi? Nikt tśż dziś nie odważy się na śmieszność twierdzenia, 90 one potrzebne są dla przypomnienia naszej sprawy Europie. Ale jeżeli demonstracye nie mają żadnego praktycznego znaczenia, za to posłużyć mogą wielce do łudzenia się, do cieszenia się obswojonymi i wyuczonymi chłopami, którzy zawsze i wszędzie przedstawiają u nas podczas demonstracyi stan włościański. Oh! p. Piotrze, takie łudzenie się jest zgubnem, bo przyczyniać się tylko może do zapoznania warunków w których żyjemy, do zamknięcia oczów na rzeczywistość. Jeżeli u nas demonstracye łączą z sobą tylko już połączonych, jeżeli stwierdzają fakt o którym nikt nie wątpi, jeżeli nawracają nawróconych, jeżeli demonstrują bez wytkniętego celu, to z drugiej strony mają tę niezaprzeczoną właściwość, że zaszczepiają i rozpowszechniają moralne i polityczne wałęsanie się i że odrywają od tój pracy, która na niektórych ustach wywołuje tak szyderczy uśmiech, ale która przecież josfc kamieniem węgielnym naszej całej budowy. Demonstracye bowiem dając nam bezpośrednio przedsmak ostatecznego celu, muszą obudzać niesmak do wszystkich prozaicznych szczegółów, do tej codziennej, mozolnej, żmudnej a twardej pracy. Demonstracye sprawiają złudzenia podobne do owych złudzeń optycznych na puszczy, które w oczach podróżnych przemieniają piasek w wodę; tak jest, są to tylko złudzenia, urocze złudzenia, które tśm przykrzejszą i nieznośniejszą czynią prozę życia. Zważ p. Piotrze, że u nas te demonstracye nie mają żadnego związku z dzisiejszym bezpośrednim celem kraju i do dopięcia go nic a nic pomódz nie mogą, przeciwnie wielce mogą mu zaszkodzić, bo dają broń naszym przeciwnikom, bo mogą uzbroić ambasadę moskiewską i pruską w argumenta przeciw-ne wszelkim na naszą korzyść ustępstwom, bo naszym zaciekłym nieprzyjacielem w Chaopolis dostarczają przeciw nam argumentu separatyzmu, bo nareszcie nawet w przychylnych nam mogą obudzić podejrzenie w szczerość naszych oświadczeń i naszej teraźniejsżśj polityki. A więc albo posłużyć mogą one jedynie do wytworzenia wobec zdrowej, poważnej polityki kraju, innej chorobliwej, prawdziwie babskiej, w której rzeczywiście płeć piękna ważną zawsze odgrywa rolę, albo też posłużyć mają do przygotowania gruntu dla działania sangwinicznego i do utrzymania owej Optymowi-cza nieprzerwalności powstania. Kto puszcza się w drogę, powinien sobie zdać sprawę dokąd ona prowadzi: droga demon 91 stracyi albo nigdzie nie prowadzi i ginie wśród pól i lasów — albo tóż doprowadzić musi do przyspieszonej akcyi politycznej i wywołać represyę, lub też znowu rozpaczliwy czyn. Demon-stracyami żadne społeczeństwo długo żyć nie może, i albo zakończyć się one muszą, w bardzo krótkim czasie przez sromotne jiasco, albo też przeistoczyć się w działanie.
P. Piotr. Ja sądzę, że ta kwestya demonstracyi jest tylko epizodem, że ta mania u nas się nie rozpowszechni i że przejęci ważnością naszych obowiązków nie odbiegniemy od. warsztatu dla przypatrywania się fajerwerkom. Niebezpieczniejsze jednak dążności i fakta objawiły się w samym środku spraw puhlicznych. Czyż wprowadzenie tego u nas sztucznego czynnika politycznego — zebrań ludowych, nie jest istotną niedorzecznością i kolosalną śmiesznością?! Kwadrans deszczu nadał tygrysowskiemu zebraniu zupełnie inny obrót; oni elementa nawet przypuszczają do przymierza z niedorzecznościami. Narzekamy na brak wykształcenia politycznego u nas, a chcemy zaczynać od środków politycznych których nawet najwykształ-ceńsze narody w ten sposób nie używają: od rachunku różniczkowego zamiast od reguły trzech. Moi panowie, jakbym ja wam był wdzięczny, jakbym chętnie uznał wasze zasługi, gdybyście urządzali zebrania ludowe po wsiach, gdybyście tam chcieli zasięgnąć zdania większości ludu, i gdybyście potrafili w ten sposób kierować temi zebraniami, żeby one poparły nasze słuszne życzenia, wzmocniły nasze wobec obcych stanowisko, i wpływały na wykształcenie ludu wiejskiego. Ale wy szumnie zowiący się demokratami ani pomyślicie o tśm, ani nie pokusicie się o to. Dopóki zaś wasze zebrania ludowe ograniczać się będą na Tygrysowie, powiom wam, że są tylko śmieszne, i że jedynym ich skutkiem może być tylko: bonnet blanc et blanc bonnet. A gdyby przestały być śmiesznemi, gdyby miały zaważyć na szali losów kraju lub wpłynąć na uchwały sejmu, powiedziałbym że są szkodliwe, niemoralne, bo narzucałyby krajowi zdanie mniejszości, mniejszości rozgorączkowanej i kierowanój w celach stronniczych. Taka zaś przewaga mniejszości, narzucająca się za pomocą luźnych zebrań tygrysowskiej ludności, musiałaby w końcu doprowadzić do rozstroju politycznego i podkopania powagi i znaczenia reprezentacyi całego kraju. Zawsze więc zarzucić wam można, że albo przez was 92 doradzane środki pozostaną dziecinną, czczą zabawką bez doniosłości, albo że się staną szkodliwemi. To dylemat z którego nie wyjdziecie. A zebrania wyborcze, powiedzą oni nam; prawda że to przynajmniej genialny wynalazek! Zebrania wyborcze — to zupełnie co innego, tylko to nie jest wynalazek; zebrania wyborcze należą od niepamiętnych czasów do zakresu regularnego życia politycznego i konstytucyjnego, ale nie w ten sposób jak oni je pojmują, jak je urządzają i jak niemi kierują. Wyborcy mogą okazać chęć porozumienia się z swoim posłem, poseł może uczuć potrzebę wytłomaczenia się i porozumienia się z wyborcami, ale nikt nie ma prawa mięszania się w tę domową między wyborcami a posłem sprawę; nikt przedewszystkióm nie ma prawa doradzania tego środka jako ogólnego, bez wichrzenia, narażenia na rozstrój całego organizmu politycznego i wkroczenia w zakres konstytucyjnych czynników państwa. Ogólne bowiem odwołanie się do wyborców wyrównywa odwołaniu się do nowych wyborów, a w życiu konstytucyjnym jest to wyłączną prerogatywą korony. Zebranie wyborców może dać yotum zaufania lub nieufności posłowi, ale nie może mu dawać instrukcyi formalnych, nie może mu wskazywać wniosków, nad któremi ma w ten lub ów sposób głosować, bo poseł nie jest małoletnim, bo taka instrukcya jest już dowodem braku zaufania, bo zabija w zarodzie doniosłość mandatu, bo nareszcie chociażby zebranie wyborców składało się z samych mędrców, to nie może się składać z samych proroków którzyby zdołali przewidzieć, co w chwili zwołania sejmu najkorzystniejszśm będzie dla kraju. A jednak oni taki zakres nakreślają zebraniom wyborczym i tak potwornych po nich oczekują skutków. Dobre więc nawet w zarodzie środki które doradzają, psują oni i skrzywiają przesadami w zastosowaniu, bo ich zamiary nieszczere, bo w calem ich działaniu tkwi nieuleczona choroba, tego zgubnego radykalizmu, który albo rozstraja albo rozsadza; bo im idzie tylko o agitacyę, bo są zawsze sangwinistami, bo nareszcie natura ciągnie zawsze wilka do lasu. A kiedy przeciw chorobliwym, bezużytecznym lub szkodliwym demonstracyom i roz-strajającemu, dezorganizacyjnemu działaniu politycznemu publicystyka występuje, oni twierdzą że nie umie i nie chce używać wolności. Ale na miłość Boga, ileż razy trzeba im będzie powtarzać, że nadużywanie wolności nie jest jej zużytkowaniem, że wolność, jak każda na tym świecie rzecz, ma swoje dobre i złe strony, i że tych złych stron wystrzegać się należy. Czy dla tego, że się ma wTolność szynkowania gorącymi trunkami należy siebie i innych upajać alkoholem? Ich zaś polityka, ich teorya, począwszy od demonstracyi, a ukończywszy na zebraniach ludowych, to alkohol, który gwałtem chcą w gardło wlewać krajowi.
P. Paweł. Silnie muszą oni być przekonani o dzielności tych wszystkich środków, skoro chcą w nas weprzóć, że innych niema; kto tych nie używa, nie umie używać wolności, i że ten tylko zna się na winach, kto codziennie wódką się upija, skoro pytają się co to jest ta praca organiczna, z której znowu wyśmiewać się zaczynają? Praca organiczna p. Piotrze, odpowiedzieć im można — to oświata, bo oświata, to najlepsze antidotum przeciw ich dezorganicznej pracy. Wydajcie tę energię, którą wydajecie na urządzenie demonstracyi, na szerzenie oświaty, wydajcie te pieniądze, które zbieracie na demonstracye, na oświatę, a dowiecie się, co to jest praca organiczna. Przemawiajcie a nalegajcie o mądre a pilne zużytkowanie tych instytucyi, które już mamy — zawiązujcie ich jak najwięcej, bo jeźli ich działania są czasem błędne lub błahe, skrzywione lub bezowocne, to przecież one są prawdziwą dźwignią postępu, jedyną spójnią i jedyną dodatnią stroną wśród dzisiejszego ogólnego rozstroju; zawiązujcie i pielęgnujcie je, a dowiecie się, co to jest praca organiczna! — Bierzcie udział i innych namawiajcie do żywego udziału w tem regularnśm życiu politycznym, jakie okoliczności stworzyły. Walczcie przeciw temu wrodzonemu nam próżniactwu, które zasłania się tym so-fizmem, że w tych warunkach nic zrobić nie można, a dowiecie się co to jest praca organiczna! To przecież dość szeroka niwa i dla waszej działalności a nawet ruchliwości i ambicyi. A brak, wielki brak na tój niwie pracowników, brak szczególniej pracowników sumiennych, wytrwałych, obznajomionych i z rolą i z narzędziami rolniczemi. O nich starajcie się, a leniwych karćcie, a lekkomyślnych potępiajcie. Ale do tego musielibyście przedewszystkiśm opuścić kierunek, którym idziecie, bo on odprowadza od téj niwy robotników, ale jeżeli nie prowadzi ich na jatki, to prowadzi do lasu na majówki lub do teatru na szarlatańskie przedstawienia.
P. Piotr. Co najsmutniejszego p. Pawle, oto, że na dnie tego wszystkiego spoczywa kwestya osobista, że są jeszcze u nas ludzie mający pretensye do przewództwa, którzy takiemi środkami i za pomocą takich narzędzi, chcą dojść do niego, i że ci, którzy innych oskarżają o działanie w celu przypodobania się jedynie nieistniejącemu stronnictwu konserwatywnemu, sami bezwiednie może działają tylko na korzyść pojedynczych a istniejących ambicyi.
P.. Paweł. To odwieczna plaga kraju naszego. Ileż to razy w naszej historyi rzecz publiczna stawała się igraszką i stawką gry, między dwoma indywiduami. A i dziś także antagonizm osobisty jakżeż przeważnie wpływa na sprawy publiczne.
Ale wróćmy się do faktów, na których opieram moje twierdzenie o stósowności wystąpienia „Lustratora,“ faktów, które „Słonecznik“ zwie szelestem liści straszącym zająca, a przecież dla takiego jak on szczwanego lisa, z tak wykształconym węchem i słuchem nie powinny były przejść niepostrzeżenie, gdyby nie było wiadomóm, że lis ma zawsze na zawołanie katar, aby się po lisiemu z niemiłego lub trudnego wywinąć położenia. Czyż nie jest to faktem, że od pewnego czasu są organa, które z niesłychanem lekceważeniem zaczynają mówić o naszym do Austryi stosunku, a więc o podstawie polityki rozsądku i polityki kraju całego. Nawet jeden z tych organów uważa w ogóle wszelkie sprawy będące u uas na porządku dziennym za nader błahe, w obec pewności, że niedługo ujrzymy uniwersalną Rzeczpospolitą. A i inne mniej prorocze pisma, czyż nie wspominają o naszym dla monarchy i dynaslyi stosunku, jako o: Nebemache, jako o komedyi w jednym akcie, jak o parawanie wygodnym. Czy już nie słyszeliśmy, że „co nam tam turbować się o Austryę i t. d. Czyż nie widzimy co chwila zachcianek zapoznawających zupełnie zewnętrzne i wewnętrzne stosunki, zewnętrzne i wewnętrzne niebezpieczeństwa i kłopoty monarchii. Czyż to nie są także zamachy przeciw polityce atostryacko-polskiój, a więc przeciw polityce zdrowego rozumu i kraju? W ten sposób nie traktuje się wielkich spraw, ani się działa na polu politycznym, jeżeli się wierzy szczerze w tę sprawę, i jeżeli ma się chęć pozostania na tóm polu. Wedle ich zdania mniejsza o Austryę i o nasz stosunek do Austryi, byle przeprowadzić nasze widzi mi się, byle dojść do szczytu szczęścia, do edenu abstencyi! Mniejsza o potrawę, byle się sosem najeść. Czyż taka polityka nie zagraża rozsądnej polityce; polityce prawdziwej’, której dotąd trzymaliśmy się? A więc obawy nie są blabe, i wystąpienia „Lustratora“ motywowane i usprawiedliwione są, bo objawiający się kierunek, z którym on do walki wystąpił, zagraża rozmarzeniem kraju przez demonstracye i rozgorączkowaniem przez nie pa-tryotycznych warstw społeczeństwa, rozstrojem politycznym przez złe i fałszywe użycie wolności politycznej i podkopaniem powagi sejmu, zerwaniem za pomocą tych dwóch środków z polityką rozsądku, a ostatecznie zwichnięciem zupełnem naszego stosunku do Austryi. A chociażby w Bkutek tak zgubnej, zapoznającej interes polski, polityki, nie wynikła katastrofa bozpośrednio, to zawsze jednak potrafiliby z niej korzystać wrogi, nieprzyjaciele i przeciwnicy. O zamiarach antyspołecznych nikt nie mówił; dotąd nie objawiły się one jeszcze. Zmora więc społecznej rewolucyi jest wynalazkiem przeciwnej strony, czy raczej usłużnych dworaków jak B e z stro n o ś <5. Chociaż niewątpliwie tu w Galicyi nic łatwiejszego jak niechcący i naj-niewinniej, i tylko lekkomyślno — optymicznóm postępowaniem, obudzić kwestyę społeczną. Ale o to tu teraz wcale nie idzie, tu idzie po prostu o to, aby nie popełnić głupstwa cznego i przed tem głupstwem „ Lustrator “ przestrzega i niem straszy.
P. Paweł. Kochany p. Piotrze, oni nazywają podobne przestrogi stawianiem strachów ubranych w stare szaty. Lecz jakże nie robić wniosków, skoro nic a nic nie zmieniło się w metodzie tój szkoły i w sposobie rozumowania i działania tych ludzi, skoro powtórnie słyszymy te same frazesa, skoro widzimy to samo parcie na opinię, i głoszenie swoich zdań za zdania ogółu, skoro znowu nietylko zaczynają wywierać terroryzm na obce zdania, ale także używać go poczynają ciw tym, którzy je głoszą, skoro znowu zaczynają wpierać w nas, ze nic nie robiliśmy, że nic nie robimy, że szczęścia galicyjskiego i dostatków galicyjskich, w których opływamy, używać chcemy! Skoro nareszcie — i to najważniejsza — punkt po punkcie wypierają się wszystkiego co robią i do czego namawiają i skoro na drugi dzień chłodno zaprzeczają temu, co wczoraj ogniście, z zapałem i przekonaniem twier^ dzili i doradzali. Już to zawsze przed każdą naszą klęską, przed zrobieniem każdego fałszywego kroku, znajdowały się organa i ludzie, którzy twierdzili, że niepodobieństwem jest, aby przewidywane przez alarmistów nieszczęście się stało, że to mara, że to delirium tremens, małodusznych reakcyonaryu-szów, i konserwatystów. Nie tacy, panie, ludzie, jak dzisiejsi zadawali z oburzeniem i to prawdziwóm, kłam smutnym prze-powiednim, które przecież ziściły się. Słowacki także zaręczał Krasińskiemu, że jego przywidzenia są marą.
P. Piotr. Przypuszczam, że bardzo wielu mówi i dziś to w dobrej wierze, że nie wiedzą do czego niektóre środki doprowadzić zawsze muszą i jakie są następstwa fałszywego założenia, ale obok nich, czyż niema takich, którzy o tóm wiedzą doskonale, ale nie radzi, że i kto inny tego się domyśla, którzy nie chcą być sami zbyt wcześnie odgadnieńci, odgrywają rolę świętoszków, wypierają się wszelkich dążeń, wszelkich myśli ukrytych, jak owe osoby, które z obawy aby ich nie poznano na maskaradzie, co pół godziny zmieniają w garderobie domino. Czuć co innego, a ogłosić co innego, czy z taktyki czy z wyższego rozkazu, oburzać się na przypuszczenia i przewidzenia, które są treścią ich politycznego credo... to szczyt hipokryzyi. W publicystyce hipokryzya jest tóm samóm, czórn w polityce tajne działanie, a ukryte programy dzienników przemieniają jawność w spisek. W polemice, o którój mówimy owa hipokryzya daje się czuć na każdym kroku.
P. Paweł. Ja nie mogę sobie np. wytłomaczyć postępowania „Całości11 w tój sprawie. „Całość11 wypiera się wszystkiego, co tylko mogłoby rzucić na nią podejrzenie, że ma ukryte, niebezpieczne zamiary, że ma w swych śpichlerzach zatęchłe zboże i prowianty z 63 r., a jednak bierze do siebie taki list Optymowicza. Co jej do tego listu, co to ją może obchodzić, ją, która chce rozwoju kraju opartego na postępie, miłości i t. d. i t. d., która słowem niczego nadzwyczajnego nie chce, a do tego dojść usiłuje środkami słodkiemi i łagodnemi, powoli, roztropnie, jak sama wciąż zaręcza i zapewnia? Skoro tak jest i jeżeli nigdy niczóm nie zdradziła się, jeżeli nigdy nie dała powodu do powątpiewania o tój anielskiój słodyczy i programie, dla czegóż przez cały niemal miesiąc odpisuje jy wstępnych artykułach na bianialuki Optymowicza? Cóż takie 97 absurda mogą mieć wspólnego z dziennikiem poważnym wychodzącym w takim formacie i mającym tak niewinne zamiary? Dlaczego straciwszy tyle czasu na zbyteczną polemikę z Opty-mowiczem, ani słówkiem nie odparła listu Brutusika w którym wyraźnie po imieniu i nazwisku zaczepioną została?
P. Piotr. Wybacz p. Pawle, ale czy kpisz czy o drogę pytasz? Cóż to, czy nie widzisz jak „Całość11 wciąż dławi się przemawiając, czy nie widzisz że czego innego chce a co innego głosi, jak twierdzą, z wyższego rozkazu, a w co ja wierzę, skoro widzę, że ona co innego głosi dziś, podczas gdy wczoraj głosiła co innego, że między przybyciem dwóch pociągów galicyjskich zmienia swoje programy lub tak je modyfikuje że są nie do poznania, że niechętnie potępia dziś to co wczoraj gorąco i wymownie pod niebiosa wynosiła. „Całość11 p. Pawle, to jak ów wilk przebrany w bajce Lafontaina, któremu jednak koniec ucha wyłazi.
P. Paweł. Nie panie Piotrze, dwa są tu tylko możliwe przypuszczenia: albo „Całość11 w całóm swojem postępowaniu jest złej wiary, albo jest naiwną. Złój wiary nikomu nie chcę przypisywać, i dlatego „Całości11, jako bardzo młodej, ra-czój wolę zarzucić ogromną, ale już to kolosalną naiwność. Usunąwszy bowiem przypuszczenie złój wiary, że „Całość11 wypiera się z oburzeniem tego wszystkiego czóm w przekonaniu rozsądnych ludzi grozi nam ów fałszywy kierunek, skoro oburza się na Optymowicza i jego absurda, oraz na całą Tekę Stańczyka, to zaiste jakże nie kłaść na karb jój naiwności całego jej postępowania. Warto p. Piotrze zastanowić się nad nióm chwilę; zważ tylko: „Całość11 naiwnie twierdzi, że jój nic zarzucić nie można, chyba tylko pogrzeb jednego króla polskiego; otóż pomijam już jój prawdziwie rewolucyjną metodę w całój tej sprawie, ów zamiar przemienienia gwałtownie tego przypadkowego, poważnego obchodu narodowego, w wielką demonstracyę, pomijam owo z tego powodu rzucanie się namiętne na pewne osobistości, owo nieustające odwoływanie się do veto i do terroryzmu dla przeprowadzenia ma-łoznaczących i drobnych szczegółów, odwoływanie się jakby tylko dla wypróbowania tój broni, pomijam ową inicyatywę wziętą w rozlepianiu całój seryi — protestów, pomijam to wszystko, aczkolwiek tóm wszystkióm „Całość11 o ile dało się zeszpeciła i oziębiła poważny narodowy obrzęd powtórnego złożenia do grobu zwłok Kazimierza Wielkiego. Ale pytam się czy rzeczywiście „Całość11 ma jedynie na sumieniu spaczenie owego obchodu? Otóż „Całość11 dostarcza mi sama odpowiedzi na to, bo sama naiwnie oburzyła się na podobne przypuszczenie „Dziennika Tygrysowskiego11, chociaż znów odpowiadając „Lustratorowi“, jedynie do zwichnięcia obchodu Kazimierzowskiego przyznawała się. Naiwność i wciąż naiwność! „Całość11 przecież jawnie i gorąco nawet z mistycznym ogniem i zapałem oświadczyła się za wszelkiemi demonstracyami; jawnie w odpowiedzi „Dziennikowi Tygrysowskiemu11 przyznaje sobie chęć, a nawet już zasługę, chorobliwego, złudnego w narodzie życia, bez względu na nasze położenie obecne i na położenie sąsiednich ziem polskich. Znowu naiwnie twierdzi, że najgorętsze demonstracye tutaj, nic nie wpływają na postępowanie tam. Pod tym względem trzeba ją odesłać do przybywających z Królestwa, a w każdym razie można jśj zaręczyć, że to jest czystą naiwnością mniemać, że w sprawach ludzkich i w polityce wszystko się dzieje tylko w skutek wyrachowania i obmyślonego planu, a nie w skutek nienawiści, zemsty i namiętności. „ Całość “ pierwsza rozpoczęła walkę z osobistościami, nie walkę z zasadami ale wyraźnie walkę z osobistościami; ani jednśj suchej nitki na przykład nie zostawiła na Florę stanie, i znowu tu okazała wielką naiwność, bo mniema jak się pokazuje, że można obalić wszystkich ludzi przedstawiających dzisiejszy kierunek, a jednak nie zapewnić zwycięztwa przeciwnemu kierunkowi, którego „Całość11 dotąd się wypiera. Wszakże „Całość11 sama się z tego chełpi, że doradzała jako zbawczy środek dla Galicyi, i to już oddawna, owe zebrania ludowe. Czyż to nie „Całość11 doradzała jako ogólny środek zebranie wyborców, które w ten sposób zrozumiane, muszą podkopać znaczenie sejmu i sprowadzić rozstrój polityczny. Czyż „Całość11 nie pchała z zapałem i nie wołała całśm gardłem o wyjście z Rady Państwa a następnie czyż nie doradzała uporczywie abstencyi, ’ chociaż w tej kwe-styi musiała się chwilowo cofnąć, z wyższego rozkazu — jak zapewniaję. Naiwną więc jest „Całość11 twierdząc że ma tylko na sumieniu poparcie pogrzebu Kazimierza W., sama nie wie że nierównie dalśj już przecie zaszła i że jak drugi Kasperek już nie jednę zrobiła szkodę. Nie wie o tem, — naiwna jak Kasperek, „Całość11? — Czyż „Całość11 nie robi z powodu najmniejszej sprawy wielu liałasu o nic, — czyż tóm samóm nie bałamuci opinii, czyż nie zdradza co chwila sympatyi do ńaj-radykalniejszych środków i do najradykalniejszych ludzi, czyż młodzieńczego braku treści nie pokrywa szumnemi frazesami, któremi muszą upajać się słabe głowy? Czyż styl „Całości41 nie jest hucznym jak wicher przed burzą? I „Całość11 naiwnie mniema, że tym stylem przemawia się do rozumu a nie do wyobraźni i namiętności? „Całość11 myśli że to wszystko nie zdolne pociągnąć za sobą złych skutków, i sądzi, że obawy z tego powodu są fałszywym alarmem. A więc raz jeszcze, jest ogromnie naiwną! I znowu jest naiwną, kiedy z powodu składek dla Sybiryjczyków zachęca do nich, co prawdziwą jest zasługą, lecz zachęca mówiąc: że opieszałość w tym względzie nie może zagrzać nikogo, do brania udziału w dalszych nieudanych powstaniach! Nareszcie naiwną jest „Całość11, kiedy twierdzi że zarzucają jój chęć i zamiar wywołania wojny Austryi z Moskwą, i że ktokolwiek przypuszcza że „Całość11 wywołać może tę wojnę, choćby z wyższego rozkazu. Nie p. Piotrze, tego się nikt nie obawia, — przeciwnie niech tylko „Całość11 wywoła tę wojnę, a wszyscy na nią pójdziemy, nawet i my p. Piotrze zaciągniemy się do obrony krajowój, bo to będzie wojna o życie i śmierć. Ale występować z zamiarem wywołania tój wojny, ale zapisywać to w dziennikarskim programie, ale odgrywać tu rolę muchy przy koczu, jest albo kolosalną śmiesznością, z którój niepodobna było w polemice nie skorzystać, albo też jest tylko płaszczykiem, pod którym w oczach dobrodusznych można sobie bardzo i bardzo wiele pozwolić. Tak jest p. Piotrze, Galicya może się stać w bliższym lub dalszym czasie punktem archimedesowym sprawy polskiój, ale Galicya sama nie może jej wywołać, tóm mniej jeden a nawet wszystkie jój organa. Nierozważnóm zaś, sangwinicznem, porywczem postępowaniem Galicya i jój organa nie wywołają kwestyi polskiój, ale bardzo łatwo wywołać mogą kwestyę Galicyjską. Nam nie przypominać się wciąż innym, bo w końcu o nas powiedzą, co Talleyrand mówił o pewnym natręcie: „tak mi się często przypominał, że zapomniałem o nim11 — lecz poczekajmy żeby wybiła godzina w której nas zapragną. 7.
P. Piotr. A cóż powiesz panie Pawle o najświeższym kroku „Całości“. Nikt nie zaprzeczy „Całości“ że ma prawo usiąść, ale żeby miała prawo siadać na owym wygodnym fotelu stojącym na samym środku, to trochę za wiele. Znasz p. Pawle ten wygodny fotel, honorowy poniekąd, do którego przecież nie każdy może sobie rościć prawo, otóż „Całość“ nie pytając na nic, nie pytając nawet czy na nim kto już nie siedzi, z szczęśliwą pewnością siebie i dyzinwolturą usiadła sobie na nim przed kilkoma dniami. Wprawdzie przechyliła się zaraz na lewo i uśmiechnęła się z kokieteryą do „Dziennika Tygrysowskiego“, a chciała dać na prawo kułaka, poprostn kułaka „Wieczności“ i „Lustratorowi11. Zawsze jednak faktem jest, że usiadła nie proszona i nie pytając się czy jej wolno w tym fotelu zasiąść; jak się zdaje ośmielona do tego wyższym rozkazem. Czyż jednak „Całość11 mniema że jój nikt nie będzie śmiał spędzić z przywłaszczonego miejsca, czyż nie wić że kto ma pretensye do tak honorowego miejsca, nie może kokietować jak jaka garderobiana na lewo, a dawać kułaki na prawo jak jaki parobczak, że skoro nieproszona tam zasiadła, powinna się przyzwoicie zachować i siedzieć z pewną powagą.
P. Paweł. Poczekajmy tylko nieco a zobaczysz co się stanie. „Całość11 nie utrzyma się, jak to mówią, w charakterze, dając kułaki na prawo a kokietując na lewo, przechyli się, straci równowagę, wywróci się z fotelem, przekona wszystkich że ani z usposobienia ani z wychowania nie ma prawa i nie może zasiadać w tym fotelu. Zobaczysz że łada chwila ujrzymy. tę zabawną scenę. Widziałeś zapewne nieraz te kobiety przyzwyczajone do swobody, do kankana i do lekkiój rozmowy, zauważyłeś zapewne jak one śmieszne, nienaturalnet jak sznurują usta, jak nie wiedzą co robić z rękami i jak się nudzą w towarzystwie przyzwoitóm, słowem, gdy sobie jakikolwiek przymus zadawać muszą. Otóż „Całość11 niezmiernie mi je przypomina. A widziałeś co te osoby dokazują skoro ten przymus minie. Ztąd wyprowadź wnioski o „Całości11 i jój przyszłości.
P. Piotr. Wielki to brak taktu z jój strony, że tam zasiadła nawet na chwilę. Gdyby była siadła nieco na lewo, mogłaby wyglądać jakotako, ale w jój stroju, z jój zuchwałością i krzykliwym głosem siadać właśnie w samym środku na 101 honorowym miejscu, to śmieszność niedoświadczonego i parwe-niusza który się pcha na pierwsze miejsce, nie wiedząc że na nim właśnie najgorzój i najśmieszniej się wyda. Co to musi być za męka ciągle odgrywać taką komedyę i...
P. Paweł. Ale za to tóż w antraktach pozwala sobie.
P. Piotr. Że sama tam zasiadła, to w końcu jój rzecz, ale jakióm prawem powyznaczała innym miejsca?
P. Paiueł. To już prawem kaduka. Widzisz gdyby była tylko sama zasiadła, toby efekt był zupełnie chybiony, ale zasiąść w środku, a usadowić na prawo i na lewe znane już publiczności figury, to zmienia rzecz, to już nierównie ładniój wygląda, a jój teraz przedewszystkióm o to idzie, żeby pozy-cyę sobie wyrobić. Nie tylko więc usiadła sama ale usadowiła innych. Cóż z tego? kiedy tylko na podumajku, bo przecież nikt koło niój nie usiędzie.
P. Piotr. W walce z przeciwnikami wynalazła ona nowy rodzaj armat sześciofuntowych i chciała go wypróbować w tój miesięcznej walce. Temi armatami strzela się na oślep, bez celowania, bo się strzela na chybił trafił kartaczami, i jak to rzekła „Całość1*: wy którzy w 63 r. nic nie mówiliście, którzy wspieraliście każdy w swój sposób powstanie, lub wobec ówczesnego terroryzmu milczeliście podle, dziś śmiecie to po-w stanie potępiać! ludzi którzy je zrobili potępiać i ze zgrozą przewidywać jego odnowienie i z ironią mówić o jego nieprzerwalności! Strzeliła „Całość1* ale nikogo nie zabiła. Jakto p. Piotrze, dla tego że ktoś raz nie poznał się na farbowanych lisach i dał się oszukać, to już musi zawsze zaopatrywać się w tym samym sklepie i niewolno mu przestrzedz znajomych, że tam nie prawdziwe ale farbowane sprzedają lisy; — a któż przestrzeże jeżeli nie ten który się dał oszukać? — Więc dla tego że ktoś raz się pomylił, powinien się zawsze mylić? Czyż dla tego że ktoś ze znajomością rzeczy mówi: „strzeżcie się tego, bo ja to poznałem1* — jest przez to karygodnym, występnym i alarmistą? A na cóżby się zdało doświadczenie! Czyż dla tego że ktoś widząc że inni głupstwo zrobili, chciał nawet to głupstwo zużytkować, nie widząc innego wyjścia, nie ma już prawa przeszkadzać drugiemu i trzeciemu głupstwu? Czyż dla tego że ktoś chciał raz bezowocnie ratować tonących, już nie ma prawa przestrzegać tych którzy chcą w głębię skakać? 102
Czyż dla tego że ktoś dla uniknienia skandalu w rodzinie, zapłacił nic nie mówiąc, zfałszowany przez brata weksel, ma pozwolić aby mu ten brat dalój takie same wystawiał i w końcu puścił z torbami? A któż na miłość Boga p. Pawle ma dmuchać na zimne, jeżeli nie ten który na gorącśm się sparzył?
P. Paweł. Kiedy rzeczywiście p. Piotrze można u nas przeciw zgubnym kierunkom występować bez ściągnięcia na siebie potępienia?
P. Piotr. Właściwie nigdy, bo podczas katastrofy jest się zdrajcą, po niej rekryminatorem, a przed katastrofą de-nuncyatorem.
P. Paweł. (Amen. To tśż „Lustrator“ zrobił zdaniem mo-jóm salto mortale — bodaj czy nie skręcił sobie karku. «
P. Piotr. Jalcto? Przecież nie w oczach rozsądnych i uczciwych ludzi?
P. Paweł. O nich nie mówić, ale w oczach najliczniejszéj i najgłośniejszej publiczności. Mam na to od niepamiętnych czasów barometr, a tym barometrem jest lwowski „Słonecznik“. Jużto w tej chwili musi być rzeczą popularną powstawać na „Lustratora“, skoro „Słonecznik“ tak po nim jeździ, on bowiem nigdy nie opuszcza sposobności uzyskania łatwym sposobem popularności, teraz zaś pochwycił ją tóm skwapliwiój, bo sam zgrzeszył zbyt srogo przeciw popularności trzymając się przez dwa łata rozsądnego kierunku.
P. Piotr. Zrobiono jednak „Lustratorowi“ zarzut ze strony poważnej, bo nie w korespondencyi lub w przeglądzie, ale w wstęppem artykule „ Bezstronności “, zarzut który ma przynajmniej cień słuszności, i które w każdym razie z dobrą wiarą zrptjionym został. Powiedziano, i zdaniem mojem może słusznie, iż jeżeli rzeczywiście grozi Galicyi niebezpieczeństwo rozwiel-mp^pienią się zgubnego, niedowarzonego i niebezpiecznego kierunku; jeżeli idzie tii o sprawę, to nie należało uderzać w spo-sóh?ąrtob, liwy, uszczypliwy, nie należało wyprowadzać do walki Stańczyka, alę wypadało odstąpić głosu Skardze. Nawet 9 M™s?ewskim i zrobiono niemal ubliżające porównanie. Mnie s, ię zdaje p. IJawle, że to może najbardziój ugruntowany zarzut, że rzeczywiście zbyt to są bolesne sprawy, zbyt wążne, aby jo tak żartobliwie i lekkomyślnie traktować.
P. Paweł. Po raz pierwszy nie zgadzam się z tobą panie Piotrze, i ten punkt gotów nas jeszcze podobniejszymi uczynić do braci Siamskich, bo odegrać może rolę żon tych braci, to jest może nas poróżnić w naszóm zapatrywaniu się. Przede-wszystkiem p. Piotrze, Skargi nie ma na zawołanie, a gdzie zbywa na Skardze, to lepiej przecież żeby Stańczyk lub Gąska przemawiał, jak żeby wszystkie nasze głupstwa i niedorzeczności przepuszczać płazem i milczeniem pomijać, dla tóm więk-szój radości naszych nieprzyjaciół i tryumfu ich zabiegów. Nie ma dziś Skargi, ale też w tych okolicznościach nie miałby Skarga do kogo przemawiać; jego przepowiednie już ziszczone, a to ziszczenie ich nawróciło tych do których onby mógł przemówić. Tych zaś o których Stańczyk w ostatnich miesiącach zdawał relacyę królowi JMci, nawet i Skarga nie nawróciłby ani też przekonał; ruszyliby na niego pogardliwie ramionami, nazwaliby go zastarzałym reakcyonaryuszem, sprzymierzeńcem „Dziennika Warszawskiego“, alarmistą i zwolennikiem nieprzerwalności snu, tak samo jak Stańczyka! Bądź tego pewny. Czyż ci ludzie wysłuchali kiedy głosu rozsądku choćby najserdeczniejszego? Czyż nie pomiatali prawdziwie Skargowskiemi przestrogami Zygmunta? Czyż nie obrzucili błotem „Wiadomości Polskich “? Czyż nie poszli wprost przeciwną drogą jak tą którą szło Towarzystwo Rolnicze? Illuzya, illuzya p. Piotrze, aby tu nawet gromki głos Skargi mógł skutkować! A potóm, gdyby cały naród padł w obłęd, gdyby większość jego zaszła na manowce i te niebezpieczne tory, których nawet „Bezstronność“ wystrzegać się każe, wtedy czułbym i ja potrzebę Skargi. Ale tak źle Bogu dzięki nie jest: naród, większość, nie chcą obrać zgubnego kierunku, większość patryoty-czna chce wytrwać w rozsądnój polityce.^Jest tylko kilkunastu niepoprawnych którzy w ostatnich czasach głośniój przemawiać zaczęli korzystając z zawikłania sytuacyi; a na ich skarcenie i wyśmianie wystarczy Stańczyk — i on tylko może w tych okolicznościach głos zabierać. Oniby pragnęli żeby z nimi poważnie rozumować, oni właśnie tego chcą żeby ich na seryo brać, ale to niemałym byłoby błędem; szkodliwymi stać się mogą, ale nigdy ludźmi politycznymi, którychby można brać na seryo. Godzi się przemawiać jak Skarga tam gdzie wielkie złe grozi narodowi, ale tam gdzie idzie tylko o wykazanie nie dorzeczności pewnśj koteryi, nic właściwszego jak używać do tego błazeństw Stańczyka. Ten ktoby nastroił głos do poważniejszego tonu, ktoby przemówił jak Skarga, przesadziłby właśnie, boby tóm samem przedstawił stan całego kraju jako groźny. Tymczasem jest tu tylko garstka niepoprawnych z którą, walczyć trzeba już dla tego samego, żeby odpowiedzialność za jój niedorzeczności nie spadła na cały kraj, a szczególniej żeby nie poszła na rachunek niepoprawności całego narodu.
P. Piotr. Wybacz p. Pawle, ale nie jesteś loicznym i nie mogę się z tobą zgodzić. Jeżeli, jak słusznie mówisz, nie ma obawy żeby kraj zasmakował w tych odgrzewanych potrawach, w tych niezdrowych sosach i tych zatęchłych prowiantach, jeżeli niepoprawnych niczem poprawić nie można, to po cóż rozpoczynać całą tę przeciw niemu systematyczną kampanię, po co nawet Stańczyk wziął pióro do ręki i od trzech miesięcy bawi jednych, gniewa drugich, a wszystkich na siebie zwraca uwagę. Nie lepiójże to wszystko co Stańczyk po błazeńsku podnosi, pominąć milczeniem lub jednóm zbyć słowem.
P. Paweł. Nie, i stokroć nie, bo nasze położenie jest wyjątkowe, bo to co gdzieindziśj przeszłoby jak katar, u nas przy tak niegodziwym klimacie łatwo się może zamienić w suchoty, bo są wrogi którzy czychają wciąż na to aby korzystać nietylko z naszych niedorzeczności, ale nawet z niedorzeczności w naszćm imieniu popełnionych, bo otoczeni jesteśmy tak licznemi niebezpieczeństwami, że u nas myśl p. Piotrze może urodzić potworną górę — u nas więc najdrobniejszego, złowrogiego objawu lekceważyć nie można, a dopóki nie wypada go podnosić zbytecznie, trzeba go wyśmiewać. Miniszewski był obrzydliwym i szkodliwym, bo szydził kiedy inni krew przelewali, bo śmiał się kiedy naród cierpiał, bo szydził nawet z słusznych i rozsądnych jego żądań, bo prawił „komunały1* kiedy ważyły się losy sprawy, kiedy szło o życie lub śmierć całego narodu, bo błaznował wśród najdramatyczniejszych scen, bo dowcipkował na komendę, bez przekonania i dla osobistego interesu. Bo nie było prawdy w jego słowach, lecz tylko cynizm, bo nareszcie pisał z wyższego rozkazu. Stańczyk zaś przemawia dzięki Bogu w kraju w którym krew się nie lała, i w którym nie jesteśmy znów tak bardzo prześladowani, ani tak bardzo nieszczęśliwi. Miniszewski przemawiał pod opieką polieyi, Stańczyk przemawia pod opieką wolności. Stańczyk nie szydzi ze słusznych żądań i życzeń narodu, Stańczyk nie dotyka prawdziwie nieszczęśliwych i gnębionych, ale wyśmiewa tych, którzy pod opieką wolności po za granicami knuta, chcą wygodnie odgrywać komedyę patryotyzmu, czy to wśród gór szwajcarskich, czy na bruku gawronowskim, czy w Tygrysowie, gdzie im zgoła nic nie zagraża, krom mniej lub więcej dowcipnych dowcipów Stańczyka.
P. Piotr. Niezawodnie, że wiele jest prawdy w tśm co mówisz, jednak nie mogę przyznać żebyś był ściśle loicznym, bo właśnie z powodu owego wyjątkowego położenia, tej grozy moralnśj wśród którśj wciąż żyjemy i tych niebezpieczeństw które nas otaczają, nie powinniśmy błaznować, żartować i dowcipkować, jak to w zwyczaju u szczęśliwych niepodległych narodów, nawet z naszych niedorzeczeństw i naszych półgłówków. Pomijać ich milczeniem nie możemy — zgadzam się na to, ale niewątpliwie jedno poważne słowo więcej na szali zaważy niż tysiące dowcipów Stańczyka, bo kiedy się cierpi, żart jest stokroć dotkliwszym, bo szydzenie nie jest karceniem lecz poniekąd pastwieniem się, bo nie godzi się ani z kaleków ani z obłąkanych żartować.
P. Paweł. Któż p. Piotrze mógłby przeczyć, że pięknie, szlachetnie i uczciwie mówisz. Zgadzasz się ze mną, że milczenie byłoby grzechem i błędem, idzie ci więc o sposób i formę wystąpienia przeciw zgubnym kierunkom; o doskonałość formy obranéj przez „ Lustratora “ sprzeczać się z tobą nie będę, poświęcę ci ją, poświęcę ci Tekę Stańczyka, ale pod jednym warunkiem, oto że kto inny, poważniejszy, kiedy chcesz, zastąpi miejsce królewskiego błazna i karcić będzie wszystkie pojawiające się u nas niedorzeczności i szaleństwa, elokubracye i aberracye, które od pewnego czasu zaczynają się pojawiać. P. Piotrze! któż może właściwiéj, silniej i potężniej przeciw nim wystąpić jeżeli nie ty który znany jesteś z swojej wymowy, zacności, silnych przekonań i patryotyzmu, jeźli nie ty który tak trzeźwo, rozsądnie i mądrze umiesz mówić o położeniu obecnśm; któż jeżeli nie ty może uczynić zbyteczną Tekę Stańczyka, odzywając się tym gromkim głosem w którym zawsze jest tyle czucia, prawdy i głębokiéj miłości ojczyzny-Właśnie będziesz miał sposobność na jutrzejszóm zebraniu. 106
Wystąp publicznie przeciw wszystkim zboczeniom, agitacyom, demonstracyom, teoryom, osobistym ambicyom, wystąp przeciw niedowarzonemu patryotyzmowi, i przez doświadczenie potępionym praktykom szkoły sangwinicznéj.
P, Piotr. Zbyt pochlebnie wyrażasz się o mnie p. Pawle, ale żądasz odemnie rzeczy przykrej, trudnej, powiem ci nawet — niemożliwej. Zapewne że należałoby wystąpić, ale jak możesz dobrze mi życząc namawiać mnie do podobnego wystąpienia? Czy chcesz żebym się narażał na szkalowania i poniewieranie po ich gazetach, i wszystkich bez własnego zdania organach, czy chcesz żeby mnie w moim wieku błotem obrzucano? Gdybym był sam, to jeszcze pół biedy, ale jakże mo-żiesz mnie wystawiać na to żeby mi przylepiono nazwę Targo-wiczanina, i żeby ona na moje dzieci spadła? A toby było nieuniknionym następstwem podobnego mojego wystąpienia. Oni takich wystąpień nie przebaczają. Bądź co bądz i od kogokolwiek to wychodzi, słusznie czy niesłusznie, żawsze to bardzo niemiło usłyszeć że się jest złym patryotą; że tam skrybenci z profesyi na to się narażają, to ich rzemiosło, ale mnie człowiekowi spokojnemu co po tem? A jakby jeszcze rzucili podejrzenie że się przemawia w duchu polieyi, że się jśj czujność obudzą, że się jest reakeyonaryuszem, ultrakonserwatystą i t. d. no, to bądź zdrów! wtedy już i krajowi nie możesz być użytecznym, od wszystkiego cię odsądzą, nigdzie cię nie dopuszczą i pozostaniesz na wieki wieków nacechowanym i napiętnowanym jako zły patryota. Zanadto siebie samego szanuję, ażebym na to miał się narażać, wolę się zachować na ważniejszą chwilę.
P. Paweł. Wystąpienie takie oparte na przekonaniu powinno tylko szacunek obudzić.
P. Piotr. Czy.ty nie wiesz panie Pawle, że u nas zawsze łatwiej wywołać oburzenie jak uznanie; my jesteśmy ogromnie nerwowi i sercowi. A potśm co mi do tego? Niech sobie robią co im się podoba, niech łamią karki kiedy taka ich dobra wola. Bardzo mi było miło pomówić z tobą o tśm wszystkiśm, ale publicznie z tśm występować, to doprawdy niewarto — ich nie przekonam, a ściągnę na siebie tysiące nieprzyjemności. Ale prawda p. Pawle, ty powinienbyś coś o tśm napisać dla przestrogi innych i poparcia „Wieczności11 i „Lustratora11, ty który tak dzielnie władasz piórem. Napisz jaką broszurę, albo artykuł, cokolwiek wyjdzie z pod twojego pióra, zrobi niezawodnie wrażenie, a tym sposobem wszystko da się pogodzić.
P. Paweł, dajże mi święty pokój panie Piotrze: verba volant, scripta manent, tylko raz wdać się z nimi w polemikę a pożegnać się można ze spokojnością — rozszarpią cię!
P. Piotr. Nie potrzebujesz się podpisywać.
P. Paweł. A jak się domyślą?! Mają niepospolity spryt do tego — dopiero miałbym się z pyszna! Ogłosiliby mnie zdrajcą, zrzuciliby na mnie odpowiedzialność za wszystkie po^ licyjne zakazy, za artykuły pruskich i moskiewskich gazet, i niezawodnie na resztę dni moich uchodziłbym za złego pakyotę bo to oskarżenie od kogokolwiek ono pochodzi zawsze się u nas do człowieka przylepi. Przyznaj, że nie mogłoby mi to być miłem. A potem masz słuszność, co nam tam do tego się wtrącać, jakośto tam będzie i bez nas, znowu tak źle nie jest, żebym się miał poświęcać w tak dotkliwy sposób.
P. Piotr. A przecież namawiałeś mnie żebym wystąpił. Widzisz, że to nie łatwo na to się zdobyć.
P. Paweł. Przemówić to co innego, gdybym miał dar wymowy, z przyjemnością powiedziałbym im verba viritątis ale pisać o tem, rozpisywać się, rozmazywać....
P. Piotr. Otóż jabym prędzej napisał, bo takie rzeczy to nawet przez gardło przejść nie chcą.
P. Paweł. Między Bogiem a prawdą, co nam tam obydwom do tego, dajmy sobie pokój. Pomówiliśmy z sobą szczerze o tem wszystkiśm, uczciwie, sumiennie, wypowiedzieliśmy jeden przed drugim, co nam ciężyło; — mnie się już lżśj na sercu zrobiło.
P. Piotr. I mnie także, serdecznie, serdecznie cieszę się, żeśmy się z sobą rozmówili i tak we wszystkiem zgodzili — prawdziwa to dla mnie pociecha.
P. Paweł Wiesz nawet p. Piotrze, że takie z naszśj strony wystąpienie możeby więcéj zaszkodziło jak pomogło — i nieby-łoby politycznem.
P. Piotr. I mnie się tak zdaje — a zresztą kiedy już „Lustrator11 raz zaczął, to pewnie nie zaśpi sprawy, jego to rzecz kłócić się z nimi. Trzeba przyznać, że ta Teka Stańczyka dzielnie pisana. Oni tam znowu pewnie coś umieszczą, serdecznie się na to cieszę. A przecież i „Wieczność11 nie u stąpi z placu, zacny to i uczciwy dziennik, umiarkowany, wytrawny.
P. Paweł. Przyznać mu to trzeba, to sumienny organ. Czytałeś p. Piotrze ostatni artykuł „Wieczności“? wyśmienity!
P. Piotr. Jaki artykuł? O czem?
P. Piotr. Nie byłem jeszcze w resursie.
P. Paweł. Niemasz w domu „Wieczności“?
P. Piotr Od kwartału abonowałem „Całość1* sam niewiem jak to się stało — ot tak z ciekawości. Przyznam ci się, że „Wieczność** już mnie trochę nużyła......... Wieczór szczególniej.
P.Paweł. A i ja trzymam „Całość**, bo to przecież ciekawa rzecz czytać co oni piszą. „ Wieczność “ czytuję zawsze w cukierni u Włocha.
P. Piotr. Mój Panie Pawle, mam tśż do ciebie prośbę, jeżeli tam będzie co dobrego w sierpniowym zeszycie „Lustratora szczególniej w tej Tece, to z łaski swojej pożycz mi ten zeszyt.
P. Paweł. Z miłą chęcią. Pan Kanty dostaje gratysowy zeszyt, i zawsze mi go pożycza na drugi dzień, jeżeli będzie co zajmującego, przyszlę ci do mieszkania.
P. Piotr. Panie Pawle; wstąpmy do Włocha na żytniówkę!
P. Paweł. Chętnie. Co tam panie Piotrze! Na frasunek dobry trunek.
Nr. 12.
List Napoleona Bałamuckiego (posła sejmikowego)
Paflagoniusza Tarapacińskiego (prezesa powiatowego).
Jasnowidy nobile *) 00, 956 24/t.
Kochany Sąsiedzie! Pytasz ranie jakie jest moje zdanie o nadchodzącśj sesyi sejmikowej, jakie zajmę w sejmiku stanowisko i jak głosować będę. Oczywiście kochany Panie Pa-flagoniuszu nie żądasz odemnie, żebym ci powiedział moje zdanie o mniejszych sprawach, któremi sejmik będzie się zapewne zajmował, nie wiemy bowiem jeszcze jakie przyjdą na porządek dzienny, a potem jak ci wiadomo, te sprawy mniej mnie obchodzą, pozostawiam je specyalistom. Wiem dobrze, że wybierając mnie na posła, chcieliście mieć we mnie przedstawiciela godności narodowej i obywatelskiej, nie zaś rabulistę trudniącego się poziomemi i podrzędnemi sprawami prowincyo-nalnemi. Wszystkie te legislatywne kwestye pozostawić wypada adwokatom. Będę jednak z drugiej strony dobrze ich pilnował, żeby nie wyrządzili szkody interesom obywatelskim, a mianowicie interesom obwodu i naszej okolicy, bo oni zawsze do tego pochopni. To jedyny mój program w tej podrzędnej kwestyi lokalnych spraw krajowych, i tuszę sobie że jest zgodny z obowiązkiem jakiście na mnie włożyli.
Ale jako poseł stojący na straży godności narodowej i interesów ojczyzny, głównie zajęty będę ową ważną sprawą na * ) S% drugie Jasnowidy: Camerale czyli Rządowe. szśj protestacyi, która niezawodnie pierwsza przyjdzie pod obrady, która zajmie niemało czasu, a od przebiegu którśj zawisłe są losy sprawy i ojczyzny. Wiesz kochany panie Pa-fłagoniuszu, że całe życie poświęciłem ojczyznie, chlubą moją jest że stśrałem siły moje na usługach dla kraju. Do końca życia pragnę pozostać wiernym mojemu sztandarowi, tak iżbym zamykając oczy mógł śmiało polecić dzieci moje opiece kraju i moich współobywateli.
Niepodległość jest pierwszym obowiązkiem obywatelskim, niepodległość jest największą ozdobą posła. Taka była zasada całego mojego życia, tej chcę się trzymać do końca dni moich. Nie możesz więc wątpić, że podczas tej tak ważnéj sesyi oprę całe moje postępowanie na tej świętśj zasadzie niepodległości. Dla tego tśż ani się wiązałem ani tśż nie wiążę się z żadnśm stronnictwem, z żadną frakcyą, z żadnym dziennikiem, a tśm mniśj, broń Boże! z żadną koteryą. Biorąc za wskazówkę tylko sumienie i miłość ojczyzny, będę głosował i postępował wedle własnego przekonania. Z tego tśż powodu pomimo licznych zabiegów i rozmaitych kroków, wielce mi podejrzanych, nie dałem się zwabić na żadne tak nazwane przedsejmowe czy tam przygotowawcze zebrania. Znam ja ci tam dobrze panie Paflagoniuszu wszystkie te zebrania; są to popro-stu samotrzaski na niepodległych posłów. Magnaci tylko ńa nich ci imponują, a adwokaci zawsze cię przegadają. Czego ja się tam dowiem, czegobym już nie wiedział z gazet? Bywałem i ja na takich zebraniach, ale cóż z tego, nic a nic na mnie Bogu dzięki nie wpływały, i zawsze potśm głosowałem tylko pod wpływem chwili, tak jak mi serce i gorąca miłość ojczyzny nakazywała — z uwzględnieniem przecież interesów obywatelskich i interesów obwodu, którego mam zaszczyt być przedstawicielem, i tak samo przyrzekam postępować i teraz-Gdyby to była w kraju organizacya, to nie mówię, to co innego! Organizacya, to pierwsza potrzeba kraju, organizacya jest siłą narodową, siłą organizacyi można wpłynąć na przebieg spraw narodowych, organizacya daje nam siłę przeciw tym elementom i żywiołom, które nie mając upustu rozsadzić muszą groblę społeczną, bo organizacya jest tą szluzą, przez którą te żywioły upływają. Organizacya mojśm zdaniem jest niezbędną, jeżeli właśnie nie chcemy aby tamte żywioły działały zgubnie. Ja zawsze byłem za’ organ-i-zacyą i przemawiałem za nią. Zarzucali mi, że już raz ta organizacya okazała się brzytwą w ręku szalonego i nietylko niczemu złemu nie przeszkodziła, ale jeszcze gardła nam poderżnęła. To prawda. Ale znowu jakże można kłaść na karb organizacyi, to co było spowodowanym tysiącem innych przyczyn, a mianowicie nieprzyjaznemi konstellacyami europej-skiemi? Ja sądzę że organizacya ma swoje niebezpieczeństwa i może nas zaprowadzić gdzieindziej niż zajść chcemy, jednak nie da się zaprzeczyć, że za pomocą organizacyi mo-żnaby wyświecić wszystkie sprawy krajowe. Czyż myślisz ko-chany sąsiedzie, że gdyby była u nas silna organizacya, toby na przykład teraz w tój wielkiej sprawie Protestacyi, od której wszystko zależy, nie było nierównie łatwiej porozumieć się i samemu zdanie sobie wyrobić? Czyżby ministrowie w Chaopolis żartowali z nas tak jak teraz żartują, gdyby była u nas organizacya? Ale cóż kiedy u nas na nic pożytecznego zdobyć się nie umieją! Gdyby ci ludzie którzy trawią czas na tworzeniu koteryjek, pomyśleli o utworzeniu silnej organizacyi, inaczśj stalibyśmy dzisiaj. Organizacyi i jabym się poddał, teraz zaś muszę słuchać tylko głosu własnego sumienia.
Rozwinąwszy ci w ten sposób moje zasady i sposób widzenia, przystępuję do zastosowania ich do obecnój sytuacyi. Przedewszystkióm muszę ci powiedzieć, że zdaniem mojśm nadchodząca sesya może się stać najważniejszą epoką w naszej historyi. Trzeba więc do niej przystępować z całśm możliwśm natężeniem i namaszczeniem, a wskazówki i kierunku szukać tylko w własnóm niezależnem zdaniu i sumieniu. Nim jednak w tak ważnych sprawach sumienie ostatecznie rozstrzygnie, trzeba czasu, trzeba wezwać na pomoc rozum i zastanowienie, trzeba dobrze zważyć wszystkie okoliczności pro i contra, lekkomyślnie nie można brać postanowienia; zbyt tu wiele względów trzeba mieć na uwadze. Zważywszy że najniebezpieczniejszą dla nas potencyą jest Moskwa, że komitet urządzający gdyby się przeniósł do naszego kraju, zadałby tu niemałą klęskę interesom obywatelskim, nie podlega wątpliwości, że nam wypada trzymać się Austryi. Nie można więc pchać do zerwania z Austryą, ani też przyczyniać się do osłabienia monarchii. ...
Ale znowu z drugiój strony nie mogę w sejmie zająć takiego stanowiska, ażebym uchodził za Austryaka a nie za Polaka. Wtem sęki w tóm główne niebezpieczeństwo: temu jednak zaradzę mową, w ktorój przemówię o całój Polsce, o jój dawnych granicach i z oburzeniem napiętnuję patryotyzm galicyjski, tak że mnie nikt o brak miłości ojczyzny nie oskarży. Jednak z drugiój strony nie mogę się wyprzeć Austryi, boby-to złe zrobiło wrażenie w Wiedniu, a co więcój, przekonanie moje każe mi trzymać się jej silnie. Ale to się jakoś da pogodzić; co gorsza, to że tam zaraz przyjdzie do obrady ów wniosek o niewysłanie lub wysłanie plenipotentów do Chaopo-lis! Niewysłanie odpowiada moim wrodzonym skłonnościom, i tym tradycyom prawdziwie polskiój butności i dzielności, ale znowu z drugiej strony trzeba mieć na względzie byt Austryi i sąsiednią groźną Moskwę z komitetem urządzającym; następnie prawdopodobne rozwiązanie sejmikn, nowe wybory, które znowu powiększą liczbę tych przeklętych posłów chłopskich i ruskich. Och! panie Paflagonjuszu, już drugiego takiego sejmiku nie będziemy mieli! Antenora już nie ma! A jeszcze gdyby się chwycili bezpośrednich wyborów, to do-pióro narobiliby nam bigosu! Głosować więc za niewysłaniem to doprawdy brać zbyt wielką na siebie odpowiedzialność wobec kraju i wyborców, i namyślam się czy nie lepiej głosować wprost za wysłaniem. Lecz z drugiój strony czyż podobna bezwzględnie odrzucić wniosek tak patryotyczny, bez wzięcia na siebie srogiój odpowiedzialności wobec potomności!? A potóm jak się będzie przeciw temu wnioskowi głosować, to się znowu ośmieli tych centrałów w Chaopolis, to się poprostu schowa do pochwy miecz Damoklesa który nad ich głowami wisi, i na widok którego pocą się jak myszy. Ja wiem dobrze, że w dzisiejszóm położeniu trudno nie wysyłać plenipotentów do Chaopolis, a jednak czuję, że w tym wniosku nieobesłania spoczywa nasza przyszłość i losy ojczyzny. Głosując przeciw niewysłaniu znowu się jest Austryakiem więcej jak Polakiem, a co gorsza usprawiedliwia się poniokąd twierdzenie tych którzy złośliwie mówią, że my tylko Galicyanie. Głosować jednak z drugiój strony za niewysłaniem, kiedy tyle poważnych głosów w kraju przeciw temu się oświadczyło, a mianowicie
Antenor, to niepodobna! Darmo! Nec Hercules contra plures! trudno iść całe życie przeciw prądowi!
Zważywszy to wszystko jużem był w zgodzie sam z sobą i postanowiłem obstawać za wysłaniem pełnomocników do Chaopolis, ale wtedy przyszła mi na myśl inna uwaga którśj lekko zbywać się nie godzi. A nuż bowiem Deaczek ma słuszność? Nuż, jak on twierdzi, niewysłanie byłoby hasłem na które około nas skupiłyby się wszystkie narody i narodowości Austryi a w przyszłości może i Europy? Nużby to było istotnie pierwszym krokiem do powszechnśj federacyi narodów? To ja w takim razie, głosując za wysłaniem plenipotentów, stawiałbym tamę zamiarom Opatrzności, zdradzałbym ojczyznę i ludzkość, której przyszłość jest jak wiemy w federacyjnym ustroju Europy. Lepiej więc może zaniechać wszystkie względy uboczne, byle nie przeszkodzić tej świetnej przyszłości? Zdaje mi się że istotnie glos sumienia i obowiązku w stanowczej chwili nakaże mi głosować przeciw wysłaniu. Ale prawda znowu że pomimo najgorętszéj miłości ojczyzny nie mogę spuszczać z oczów względów utylitarnych. A potśm jakże tu z dru-giśj strony głosować za wysłaniem plenipotentów i za jakiem głosować wysłaniem? W tem sęk. Przecież tego co gazety o tśm piszą niepodobna brać za regułę postępowania dla niepodległego posła; a po za tśm nie ma nic, zgoła nic! Ciemno jak w piwnicy, bo niema u nas organizacyi. Wprawdzie pan Wszechstronnicki postawił dobitny program na zebraniu wyborców w Kwiczołowie, ale cóż z tego? Program może niezgorszy, ale w takich chwilach i takich sprawach wyrażać tak stanowczo zdanie, to nietylko zarozumiałość i płochość, ale ogromna niedojrzałość polityczna. Wytrawny człowiek polityczny nigdy tak stanowczo nie powinien wyrażać swego zdani w takich sprawach i w takich chwilach. Jednśj rzeczy nie zaprzeczysz „Słonecznikowi“, oto że ma niepospolity spryt. Otóż „Słonecznik11 nie wypowiedział jeszcze stanowczego swojego zdania w sprawie wysłania lub niewysłania plenipotentów. To prawdziwy rozum polityczny, bo cokolwiek potśm wypadnie, „Słonecznik11 będzie mógł się pochwalić że był za tśm co wypadło. Wprawdzie, z drugiśj strony, Antenor jak na dłoni wyłożył nam w ostatnim liście, co nam wypada zrobić nam co możemy a na co nie możemy się zdobyć. Antenor panie 8 114
Paflagoniuszu to głowa polityczna, człowiek doświadczony. Ale i to prawda, że Antenor wiele stracił ze swojego wzięcia i popularności; jakoś już i „Słonecznik11 nie popiera go, to już nie ten sam człowiek co przed paru laty. Dziś jeszcze, kochany Pafłagoniuszu, niepodobna wiedzieć co się stanie w sa-tnśj chwili zebrania sejmiku; muszę ja się rozmówić z Ante-norem sam na sam, i z Deaczkiem, nawet z Florestanem będę mówił, może tśż i minister rodak powić mi coś ważnego. Ale co już dziś najjaśniśj mi się przedstawia, oto obowiązek bezwzględnego potępienia dawnych plenipotentów. To wzmocni nasze położenie i doda powagi sejmikowi, bo przecież jasno okaże, że sejmik wypiera się swoich plenipotentów. Ale z dru-giśj strony między plenipotentami są i dobrzy patryoci; więc paskudzić i potępiać swoich to jakoś nie wypada.
Chcą tam inni żeby tylko pod pewnemi warunkami wysyłać plenipotentów do Chaopolis. Myśl może nie zła, kto wie? Ale z drugiej strony to istna instrukcya, która nam konsty-tucyą jest zabroniona. A jak z tego wypadnie rozwiązanie sejmików i reakcya, to znowu ciężka odpowiedzialność spadłaby na nas za ten nierozważny czyn polityczny. A potśm przyznam ci się szczerze, że ta rada pochodzi od organów i ludzi bardzo mi podejrzanych. Czy oni tylko nie chcą znowu kraju wplątać w jaką awanturę? Te demonstracye, te hałasy, te agitacye, a te zebrania ludowe! Ja w tśm wszystkiśm coś przewąchuję! Ale znowu z drugiśj strony prawda że nie można dać narodowi zasnąć, to znowu oburzającym jest ten uparty konserwatyzm, ta reakcya. Ta „Wieczność11 chciałaby żeby wszyscy byli starzy jak ona. Z drugiej strony „Wieczność11 ma wytrawne zdanie, ale te korespondencye z Rzymu psują to wszystko. Żebyto kto im powiedział żeby tego nie umieszczali. Co ona sobie myśli ta „Wieczność“, żeby tak spokojnie i poważnie pisać w takich chwilach? Nawet swojego własnego programu nie postawiła. Niepodległy poseł nie może słuchać wskazówek takiego zależnego dziennika jak „Wieczność11. Ja dokładnie nigdy nie mogłem się dowiedzieć, od kogo „Wieczność11 jest zależną, bo to tajemnica, ale przecież widocznie to nie jest niezależny dziennik, zanadto często stanowczo swoje zdanie wyraża. W sprawie protestacyi jakoś idzie wspólnie z „Lustratorem11. Oho! to mi się
Twój uniżony sługa i kolega
Napoleon Balamuchi. nie podoba, bo to ta magnetyczna sympatya jest skazówką, że reakcyjne koła zaczynają się obracać i że niewidzialne wpływy puściły je w ruch, żeby zatamować naturalny rozwój patryotycznych żywiołów i wpływać na usiłowania pochodzące z porozumienia niepodległych zdań. To jest jak się zdaje sprawka Jezuitów; musieli oni w tera palce umaczać.... Z tego co powiedziałem widzisz kochany Paflagoniuszu, że umiem sobie.zdać jasno sprawę z położenia; jest ono trudne, ale trzeba żeby ludzie powołani przez zaufanie publiczne umieli stanąć na jego wysokości i widzieli jasno gdzie stoją i dokąd zmierzają.
Co do mnie, wiem, wiem doskonale czego się trzymać. Bądź pewnym że głosować będę niepodległe, według mojego własnego sumienia i przekonania, stojąc niezachwianie przy prawdzie i patryotyzmie, a uwzględniając tylko mój obowiązek i miłość ojczyzny. Tak głosować będę w sprawie najważniejszej, w sprawie wielkiej protestacyi. O obwodzie i interesach jego i moich współobywatelach nigdy nie zapomnę. Będziesz się mógł z gazet o wszystkiem dowiedzieć.
A teraz gdybym z tej ważuśj sesyi nie wrócił (bo któż może przewidzieć na jakie niebezpieczeństwa człowiek niezależny moie tam być narażonym, lub gdzie nas wypadki ztam-tąd mogą powołać), zostawiam i polecam waszśj opiece zacni współobywatele, moje dzieci które wychowałem na.dobrych synów ojczyzny. Oddaję je wam, oddaję pod waszą obywatelską opiekę. A ciebie kochany sąsiedzie serdecznie śeiskam.
Nr. 13.
List Ignorancyusza (uczonego).
Z Tygrysowa 51/23 9681.
Czcigodny ziomku i przyjacielu!
Pozwól żebym uwagę twoją zwrócił na wypadek ogromnej doniosłości, który mnie uderzył, jako pocieszający znak czasu i jako zapowiedź z której wnoszę, że światło umiejętności i prawdy zaczyna się rozpościerać nad milionową głową ludzkości i że panowanie rozumu blizkie jest. Kto wiek swój strawił na śledzeniu praw podług których ludzkość postępuje, i dróg któremi zdąża coraz bliżej do posiadania umiejętnej prawdy, kto sam wdarłszy się na wyżynę potęgą filozoficznego ducha, zdołał zmierzyć i osądzić rozciągającą się u stóp jego przepaść ciemności, ten się nie myli jeżeli twierdzi, że się te chmury rozstępują, a jako miłośnik i przodownik ludzkości, choć sam na oświeconym stoi szczycie, nie zazdrości światła dolinom, lecz owszem cieszy się, że promienie jego i do skromnych nizin przedzierać się zaczynają.
Historya, jakkolwiek na miano umiejętności dotąd nie-zasługująca wcale i przez pierwszego dopiero Bucki’a, że tak rzekę, stworzona, jakkolwiek niegodna by ją za powagę brać mieli ludzie stojący na wysokości dzisiejszej umiejętności, opowiada przecież wśród mnóstwa baśni i zdarzeń, których filozoficznie wyjaśnić nie umie, pewne szczegóły zajmujące, z których możemy zrobić sobie wyobrażenie o cywilizacyi zmarłych dawno społeczeństw. I tak, mówi ona, że starożytni Egipcya-nie wynaleźli przyrząd, za pomocą którego mierzyli wzbiór wód Nilowych, od którego zależał przyszłoroczny ich plon i dostatek. (Nie dziw się, że znam tak dokładnie zamierzchłe dzieje egipskiej starożytności: poświęcony badaniom stopniowego rozwoju wszech-cywilizacyi i nieprzerwanej jej łączności, musiałem także zostać egyptologiem.)
Gdyby wynalazek ten Nilomiaru zastósować można do przypływu światła w ludzkość, i mierzyć w każdej oliwili wzrost oświaty w każdym narodzie, byłaby to niezmierna i potężna dźwignia postępu. Wyobraź sobie, że możemy zmierzyć dokładnie iż człowiek pod warunkami klimatycznymi, etnograficznymi, ekonomicznymi, społecznymi i politycznymi, które razem wzięte nazywają się naprzykład Francyą, stoi na skali cywilizacyi o półtora stopnia niżej, niż taki sam człowiek pod tą sąmą zbiorowością warunków, które w nieumiejętnym języku oznaczamy słowem Niemcy, a natychmiast poznamy w czem i które te poszczególne warunki sprzeciwiają się wyższemu rozwojowi człowieka, i usunąwszy je, zastąpimy odpowiedniemi warunkami na wzór zbiorowości przezwanój Niemcy. Tym sposobem równomierność cywilizacyi szybko dałaby się osiągnąć na całym przez nas zamieszkałym ułamku (skończonym) wszechświata, a za tą równomiernością poszedłby dopióro ten wzniosły ideał naszych badań i dążności, który zowiemy równopo-stępem ludzkości, czyli równym jej postępem na całój przestrzeni wszechświatowój jednostki, jaką jest naprzykład ziemia.
Nie wątpić, że w nieustannój czynności potęgujący siły swoje umysł ludzki, dojdzie niebawem do rozwiązania tego wielkiego problemu, i wynajdzie dokładny przyrząd do mierzenia ilości, stanu i wzrostu oświaty w spółeczeństwach, a nawet śmiem twierdzić, że problem ten jest już po części rozwiązany, skoro doszliśmy do citerium, podług którego ten stan i wzrost cywilizacyi sądzić będziemy.
Tobie to pierwszemu i po raz pierwszy odsłaniam zacny przyjacielu ten rezultat moich badań historyczno-filozoficzno — społecznych, tobie pierwszemu obwieszczam, że znalazłem tę jedność miary, podług którój ludzkość będzie się w przyszłości mierzyć i oceniać. Zapytasz mnie dlaczego jej natychmiast nie ogłoszę i dlaczego nową prawdę ukrywam pod korcem. Zapewne, ogłosiwszy ją stanąłbym zaraz w rzędzie dobroczyńców ludzkości, a imię moje zapisane złotemi głoskami, jaśniałoby w świątyni prawdy i umiejętności. Ale wstrzymują mnie od tego dwie wątpliwości; pierwsza, że ludzkość nie jest jeszcze dostatecznie przysposobioną do przyjęcia tój prawdy, i obwieszczoną przedwcześnie mogłaby rzucić przed wieprze; druga: że prawda ta absolutna na dziś i dla naszego wieku może nią 118 me być dla wieków przyszłych, kiedy podniesiony poziom oświaty zmienić może i te warunki, na których obrachowaniu polega moja na dziś niemylna jedność miary. Ale spuszczając na chwilę z oka przyszłe ukształtowanie zbiorowej umysłowości twierdzę, że w naszym wieku stan jój rozpoznać i zmierzyć możemy jedynie podług tego co nieumiejętny gmin nazywa pojęciami religijnemi, a co dla ludzi stojących na wysokości umiejętności jest tylko stopniem głębszego lub mniej głębokiego pogrążenia ludzkości w ciemności mythów i odmęty przesądów. Jest to pewnik (którego dowiódłbym przed każdym profanem, ale którego tobie dowodzić nie potrzebuję i bez ubliżenia ci nie mogę dowodzić), że miarą postępu ludzkości i wzrostu jej cywilizacyi jest jej zupełniejsze lub mniój zupełne wyzwolenie się z pod nałogów i przesądów, które oszukany przez oszustów gmin nazywa wiarą, a które są istotnie wiarą, ale zabobonną wiarą w baśnie, legendy i gusła, zwane w języku chrze-śeiańskiej mitologii dogmatami, cudami i obrzędami. Im wię-oój jaki odłam ludzkości otrząść się zdołał z tych średniowiecznych pozostałości, tóm więcej zbliżył się do krytycznej wiedzy, tem wyżej stanął w oświacie. I przeciwnie, im głębiój grzęznie w tem zatęchłóm bagnie, im mniej czuje swoje poniżenie i swoją umysłową nędzę, im bardziój upiera się przy swoich zabobonach, tóm odleglejsze dla niego nadzieje oswobodzenia i postępu.
Ta jest moja wiara, sądzę że przyznasz, niemylna. Od dawna już badam z jej pomocą ludzkość i widzę z pociechą, że jest postęp ogromny. Święci wprawdzie chrześciaństwo swoje ostatnie szabasy na Watykańskiej Łysój górze, kanonizuje inkwizytorów i próżniaków, zwołuje sobory, ale jeżeli samo jeszcze wierzy w siebie więcój jak rzymscy augurowie za czasów Cezara, to ludzkość już w to czarnoksięstwo wierzyć przestała, i wio że to nie moc nadprzyrodzona, ale proste kuglarstwo. I zważ jaka jest potęga prawdy: chrześciaństwo samo, choć jeszcise broni się jak może, przecież nie próbuje wmówić w ludzkość tych grubych fałszów, które w dawnych wiekach udawały się tak gładko. Próżnoby dziś chcieli in Soene setzen jaką ko-medyę Piotrowina* próżnoby Franciszek z Assyżu tumanił ludzi oswojeniem wilka, ludzieby mu odpowiedzieli, że widzieli to samo w wędrujących menażeryach, a pierwszy kuglarz po trafi chleb przemienić w kwiaty nierównie zgrabniej jak wszystkie świgte z katolickiego kalendarza. Tak jest, ludzkość wygnała chrześciaństwo ze swojéj świadomości (aus ihrem Bewusstsein), ludzkość wyrzuciła z siebie ten brzydki zatruty pierwiastek fałszu i ciemnoty. Nie wszędzie jeszcze i nie zupełnie, ale jednak o tyle, że zwycięztwo prawdy i wiedzy nad zabobonem i wiarą uważać można za pewne. Nie było to bez trudu. Trzeba było nieprzerwanej pracy wieków, trzeba było ciemnych przeczuć Spinozy i Lockego, empirycznych środków Yoltaira i encyklopedystów, sumiennéj pracy Straussa, popartśj przez wcielony w Eenana geniusz francuski, który prawdę spopularyzował i przystępną uczynił, żeby poruszyć w wnętrznościach ludzkości te nagromadzone przez wieki skamieniałe składy przesądów. Przecież poruszyły się wreszcie! Dla nas, dla ludzi umiejętności są to wprawdzie stanowiska dawno przebyte, my odeszliśmy daleko, i nie bawimy się już przeczeniem chrześciaństwa, ale przeczymy coś więcej, szukamy czegoś wyższego. Ogół, który tak szybko do mądrości wzbijać się nie może, zaczyna się zaledwo na tamto stanowisko mozolnie wydostawać: ale i on już jest w ruchu, i jemu udzielił się postęp, i on choć zwolna grzebie się jak kret z ciemności na światło. W naszym kraju (wiesz że go kocham, pomimo opłakanego jego zacofania), dzięki połączonym usiłowaniom interesowanych klerykałów i feudałów, dzięki apostołom obskurantyzmu, księżom, królom i arystokratom, Hozyuszom, Skargom, Batorym, Sobieskim i innym, moc średniowieczna panowała od wieków i nic dnia nie zapowiadało. Chytry katolicyzm umiał korzystać z wszystkiego, podszył się nawet pod to przestarzałe już także, ale u nas jeszcze potężne uczucie narodowe, i wmawiał, że jest z nim zrośnięty, skoro razem z nim cierpi! Złe doszło tak daleko, zakorzeniło się tak głęboko, że umysły nawet niezwykłe i obdarzone pewną siłą, jak Mićkiewicz na przykład, albo Cieszkowski w niedawnych jeszcze czasach nie wstydziły się chrześciaństwa i zdawały się nie przeczuwać prawdy i postępu. Widząc, rozpaczałem — wyznaję, i sądziłem, że jak wszystko co naprzód iść nie chce, jak wszystkie siły nieużyteczne a bezpłodne, skazani jesteśmy na słuszną zagładę, jako bezwładne koło w maszynie ludzkości, które ruchowi kół innych zawadza. I jakżeż nie było rozpaczać gdy się widziało, że wiek XVIII przeszedł u nas bez śladu, że ani przykład Stanisława Augusta i ówczesnej arystokracyi polskiój, która bez wiedzy i woli znalazła się wtedy na dobrój drodze, ani nawet oświecone rozporządzenia cesarza Józefa nie zdołały wywrzeć na nas wpływu! Jak było nie rozpaczać widząc że zawsze jeszcze składamy ofiary na ołtarzach jak dawni Grecy i Rzymianie, i że jak oni w pewne święta nie wstydzimy się przeciągać po ulicach, śpiewać psalmy i obchodzić mytologiczne mysterye: Zwątpienie i rozpacz musiały ogarnąć każdego człowieka wyższego umysłu: na szczęście zaczynają się pojawiać pewne choć słabe oznaki dążenia do prawdy, pewne połyski które zapowiadają jeszcze nie jasny dzień, ale brzask i świtanie. W porównaniu do ciemnej nocy i to postęp, i dla tego to zwracam twoją uwagę jak wyżej rzekłem na świeże i znaczące zdarzenia.
Wiesz naturalnie o rozruchu wywołanym w Gawronowie przypadkowem odkryciem zakonnicy, którą tortury fizyczne, gorsze od nich moralne ogłupienie i barbarzyńskie śluby, stawa-jące wbrew przyrodzonym prawom natury, wprawiły w stan obłąkania. Są wprawdzie tacy którzy twierdzą, że to nie było tak źle, i że w przedstawieniu rzeczy i w oburzeniu publiczności było wiele przesady, ale któż im uwierzy. Zresztą jak było tak było, mniejsza o to, ale skutek owego odkrycia jest i zostanie: co się stało odstać się nie może. Skutek zaś sam jest zbawienny, i on to właśnie jest tym symptomatem postępu, 0 którym ci mówiłem. Symptomu tego nie upatruję naturalnie w bezwiednem i instynktowem oburzeniu gminu na klasztór, który się nadużycia dopuścił lub miał dopuścić: to jest rzecz wypadkowa, powierzchowna i bez głębszego znaczenia. Ale to, że znaleźli się u nas ludzie którzy umieli z tego oburzenia skorzystać, rozszerzyć je na wszystkie te przybytki zabobonu 1 ciemnoty, którzy fakt przypadkowy umieli zużytkować dla zasady — to jest znaczące, to prawdziwa oznaka postępu, to dowód że się cywilizacya u nas podnosi, i że z czasem przestaniemy być martwymi członkami ludzkości.
Już impuls nadany ludności podczas zbiegowiska przeciw takim twierdzom obskurantyzmu jak dom Jezuitów naprzykład, godzien był uwagi i uznania. Ale co pokazuje, że to nie wybryk chwilowy, nie’przypadek wywołany rozdrażnieniem, ale kierunek przejęty z całą samowiedzą i filozoficznym poglądem, to ta petycya o zniesienie klasztorów która się do dziś dnia podpisuje w Gawronowie. I to gdzie jeszcze, w tej uprzywilejowanej graciarni katolicyzmu, w tśm gnieździe mnichów, relikwii, procesyi i bałwochwalstwa wszelkiego rodzaju! Przyznasz że. to wiele. Co zaś szczególnie zasługuje na uwagę, co nad wszystko dowodzi że myśl ta dojrzała dostatecznie i przeszła już w świadomość ludu, to sam układ tśj petycyi. „Zwa-żywszy“, mówi ona, „że Jezuici jak powszechnie wiadomo, są narzędziem ogłupienia społeczeństw, prosimy....“ i tam dalej. Uważasz? żadnych wywodów, żadnych niepotrzebnych argumentów, przyjmują to jako pewnik, jako dwa a dwa cztery, i z pewnika tego wychodzą.
To jest szczytne, to dowodzi zasadniczego pojmowania rzeczy, wzniesienia się po nad wszelką dyskusyę, to wskazuje że opanowaliśmy stanowczo to przynajmniej stanowisko, to daje rękojmię postępu.
Zagrożone chrześcijaństwo broni się chytrze, ale niedołężnie. Próbuje zasłaniać się wolnością, i twierdzi że w tym kraju każdemu żyć wolno jeżeli się do praw jego stosuje: da-lśj że nikt ogłupić nie może takiego co sam ogłupionym być nie chce. Wreszcie zastawia się patryotyzmem i woła że chcemy znosić klasztory jak Moskale! Szatańska chytrość powiedziałbym, gdyby ta mitologiczna postać szatana godną była moich ust i pióra.
Mądry to protest który nie jednemu piaskiem oczy zasypie: Jezuicie, mówią, wolno tu mieszkać tak samo jak tobie, bo jest człowiek jak ty; a jeżeli znajdziesz że ci syna wychowa na głupca, to mu syna na wychowanie nie oddawaj i kwita! Co tu blichtrów rozsądku, logiki, wolności, równości nawet! jak ci ludzie umieją walczyć bronią przeciwnika! Ba nawet możeby to wszystko było i prawdą gdyby chodziło o Jezuitów albo zakonnice jakiejbądż reguły i koloru. Ale przepraszam! tu idzie o coś więcśj, o zasadę, o początek, o pierwszy krok do zwalenia tych wszystkich katolickich oszukaństw których klasztory są szkołą i twierdzą. A to chytre zestawienie z Moskalami otumanić może jakiego prostaka, ale każdy umysł wyższy wie, że Moskale jak wszystkie narody działają wedle pewnych przyrodzonych sobie praw wynikłych z właści wych temu szczepowi klimatycznych, etnograficznych, ekonomicznych i politycznych warunków, że inaczej działać nie mogą, i że są także jednśm potrzebnćm i produkcyjnym kołem w maszynie ludzkości.
Moskale owszem z dziwną łatwością przyjmują wyższe idee i owoce umiejętności nietylko pożerają chciwie, ale tśż przetrawić i przyswoić sobie umieją. Jeżeli więc od nich wyjdzie myśl zdrowa i przykład zbawienny, to mamyż zasklepiając się w przestarzałej nienawiści plemiennej, odrzucić to dla tego że od nich pochodzi? Czyż ludzkość cała nie pracuje solidarnie dla własnego pożytku i czy niewolno jednym z pracy drugich korzystać? Nie — to wykręt który umysłem słabym zachwiać może, ale który nie zdoła zmylić nas, stojących na wysokości umiejętności.
Jednśj tylko rzeczy nie jestem dostatecznie pewnym, to jest czy istotnie idea ta zakorzeniła się już w świadomości naszego narodu tak głęboko jak sobie tego życzyć należy? Dotychczas jest to tylko prośba o wypędzenie Jezuitów. Gdyby to było tylko jedno z dawnych uprzedzeń przeciw Jezuitom samym, a nie ogólny zasadniczy kierunek? Może ci sami ludzie którzy proszą o wygnanie synów fanatycznego Lojoli nie wiedzą że nie powinni na tśm przestać, ale że należy domagać się zniesienia wszystkich klasztorów? Potępiła je już dawno ekonomia polityczna i historya; jedna dowiodła że są ubytkiem sił, pracy i kapitału, druga że są fortecami błędu i zabobonu. Czemuż się ociągać? Znieść wszystkie odrazu. Mówią że niektóre z nich są potrzebne, bo pielęgnują chorych, żywią biednych lub wychowują dzieci. To wszystko fałsz. Wychowują to prawda, ale na nieszczęście i wstyd ludzkości, nie na jej pożytek, w przesądach i ciemności, nie w umiejętności i świetle. A co do ubogich? Ubogich być nie powinno, nie potrzebne zatem są i klasztory które ich wspierają. Na ubóstwo radzić ma prawo prowadzone przez ekonomię polityczną i równość społeczna, nie jakieś tam mitologiczne miłosierdzie. Szpitale zaś? Po co szpitale i siostry miłosierdzia? Mówią że nawet Turcy je szanują: to tylko dowodzi że Turcy głupi, ale kiedyś dowiedzą się i oni że dla chorych kalek i starych powinny być domy inwalidów cywilnych utrzymywane kosztem
Państwa, a wtedy przekonają się że ludzkość może się wybornie obejść bez tych udanych cnót i poświęceń.
Trzeba znieść wszystkie i trzeba dla tego żeby wrócić produkcyi tyle martwych sił i kapitałów, trzeba głównie dla tego żeby z drogi umiej ętnśj prawdy usunąć te przybytki chrześcijańskiej mitologii, które na lud prosty wielką do dziś dnia wywierają przewagę. Smutna rzecz i poniżająca że u nas mówić trzeba jeszcze o potrzebie zniesienia klasztorów, o tśm a. b. c. postępu, kiedy nie powinnoby już w Europie być ani jednego z tych świątyń zabobonu które kościołami zowią! Ale trzeba zaczynać od początku, a w oblężeniu kto chce się dostać do środka, ten musi pierwśj zdobyć szańce. Gdybyśmy dziś zaczęli nauczać lud całśj prawdy i przedstawili mu jego mniemaną wiarę jako fałsz i zabobon, jeszczeby nas nie zrozumiał, ale jak na zasadzie jednego fałszu zdołamy go przekonać, że klasztory są siedliskiem oszustwa i zgorszenia, wtedy łatwiśj nam będzie dowieść mu że fałszem i oszustwem jest i to czego po klasztorach uczono, co po klasztorach czczono: wtedy i z tem się oswoi że mniemane ofiary są tem samem czem starożytne libacye, mniemane cuda bajkami, mniemane pisma święte podłemi apokryfami, a mniemana wiara oszukaństwem wyrachowanśm na utrzymanie go w ciemności, na wysysanie jego krwi i grosza.
Dla tego zużytkujmy szczęśliwie dzisiejsze usposobienie i popierajmy tę petycyę: zacznijmy od początku. Za tą pójdą może szczęśliwie inne. Gdyby można dojść do tego żeby jakie zgromadzenio ludowe uchwaliło zniesienie klasztorów, byłoby to wielkim krokiem naprzód. Zacny przyjacielu, ty masz wpływ i powagę, słuszną nagrodę mądrości, proszę cię i zaklinam nie spuszczaj z oka tego zbawiennego kierunku, pielęgnuj tę młodą roślinkę żeby się wzmogła w dąb prawdy i wiedzy i rosła w miejscu zbutwiałego pruchna mitologii! Staraj się zebrać zgromadzenie ludowe, staraj się przeprowadzić na niśm taką uchwałę; nie daj wrażeniu zastygnąć, a nadewszystko budź i ożywiaj zapał tych wybranych przodowników narodu, którzy z pochodnią idei, z sztandarem prawdy w dłoni wiodą go na drodze postępu, utwierdzaj tych którzy powzięli myśl owśj petycyi i skłoń ich siłą żeby coraz dalśj, coraz więcśj 124 i więcśj równie śmiałych stawiali kroków. Ja sam niebawem przyjadę utwierdzać ich na tej drodze słowem i przykładem, i zamierzam wystąpić z szeregiem publicznych odczytów, które niejednego spodziewam się postawią na wysokości umiejętności. Możesz nawet naprzód już te odczyty ogłosić, dając im tytuł: „O tożsamości pojęć i podań mitologicznych we wszystkich wiekach i krajach“. Tam dopiero wykaże się naprzód że wszystkie tak’ zwane religie, począwszy od Meksykanów i Chińczyków, skończywszy na legendzie Galilejskiego Jezusa, są jednym i tym samym mythem modyfikowanym tylko przez rozmaitą fantazyę ludów żyjących pod różnemi klimatycznemi warunkami, tam się wykaże że sama nawet tak zwana chrze-ściańska moralność jest moralnością Konfucyusza i Zoroastra, tam wreszcie przekona się każdy, że wszystkie te religie i ich wyznawcy i obrońcy, stawiali opór wolności i oświacie ludów, czy to Bramini w Indyi, czy kapłani Izydy w Egipcie, czy wreszcie w nowszych czasach chrześciaństwo, jego papieże, jego księża i klasztory.
Tobie zaś jeszcze raz polecam baczność i gorliwość, i proszę cię w imię umiejętności żebyś nie dał upaść petycyi o zniesienie klasztorów i żebyś jeżeli być może zamienił ją w uchwałę zebrania ludowego.
Wierny zawsze umiejętności i Tobie
Ignorancyusz.
Z Tygrysowa °%5 9681.
Kochany Brutusiku! Jesteście wszyscy durnie, i kwita. W gieregi wam grad na Wysokim Zamku a nie kraj organizować. Takeście wszystko pięknie zepsuli, że teraz sam djabeł nie prędko trafi do ładu. Nie znasz tego przysłowia, które mówi: nie budź kota kiedy śpi! nie wiesz, że w kampanii nie ma grubszej niezręczności jak obudzić czujność nieprzyjaciela? A wy coście zrobili z waszą przeklętą gorliwością? Spali wszyscy spokojnie jak dzikie gęsi nad wodą, ani się domyślali że się ktoś do nich podkrada, jeszcze trochę cierpliwości i ostrożności a bylibyśmy ich podeszli niespodzianie — nie, musieliście wpaść’ z hałasem i krzykiem, i cóż z tego? Gęsi się zerwały i jak zaczęły gęgać na alarm, tak dotąd się jeszcze nie uspokoiły, tylko krążą i wrzeszczą. Czekajże teraz aż znowu spokojnie zapadną, i podchodź je na nowo, kiedyś ich sam ostrożności i rozumu nauczył. Wyżła się bije jak spłoszy zwierzynę, a wam którzyście przecie powinni mieć więcej rozumu jak psy, nie wiem sam coby zrobić należało, chyba oddać was wszystkich razem do alarmistów i reaków żebyście im służyli. Tym sposobem możebyście się sprawie przydali, bo w naszym obozie tylko jój szkodzicie i narażacie na największe niebezpieczeństwa.
Ile razy ci mówiłem, tobie i drugim, że organizacya nie jest na to, żeby się nią popisywać, ale na to żeby ją mieć gotową od wszelkiego wypadku i trzymać ją w sekrecie tak żeby się jej nikt nie domyślił. Zdawało się żeście przecie zrozumieli, i że można się spuścić na wasz rozum, tśm bardziśj że niewielka to filozofia zrozumieć rzecz tak łatwą i prostą. Organizacya zawiązała się w dwóch celach, z których jeden był dalszy a drugi bez pośredni. Tym dalszym ważniejszym celem była walka zbrojna z nieprzyjacielem, którego późniejsze wypadki wskazać miały. 126
Ale właśnie dla tego, że ten nieprzyjaciel nie był jeszcze dostatecznie wiadomym (bo Moskali dziś zaczepić trudno, a nie jest jeszcze postanowionśm czy Austryaków zaczepiać warto i czy roztropnie), dla tego właśnie powiedziano wam wyraźnie, że organizacya ma trwać i funkcyonować bez przerwy: ale nie mając jeszcze przed sobą jasno oznaczonej konieczności wybuchu ani jego terminu, powinna trwać i działać w największej cichości i tajemnicy, być w pogotowiu na wszelki wypadek, istnieć jako kadry, ale istnienia swego żadnśm wystąpieniem jawnem, żadnym krokiem urzędowym nie zdradzić. Zdaje się, że to wszystko jasne, i trzeba było takich zakutych łbów jak wasze, żeby tego nie zrozumieć.
Drugim bezpośrednim celem organizacyi było stawać w drodze i przeszkadzać wszystkim reakcyjnym i anti-narodo-wym dążnościom i działaniom legalistów, budzić i utrzymywać uśpionego ducha tej prowincyi, którą oni pod pozorem porządku i swojej organicznej pracy chcą wyzuć z ostatnich resztek polskości, z ostatnich marzeń o powstaniu i niepodległości i raz na zawsze zaprzedać Austryi. W tym celu organizacya miała przeszkadzać wszystkiemu co oni robią, każdy ich krok tłomaczyć jako podejrzany, stawiać im zaporę we wszystkich ich głupich radach od gminnych aż do sejmowych, urządzać im na złość demonstracye, a przeciw nim zgromadzenia wyborcze i ludowe, a wreszcie, nie zdradzając się, uważaj, nie zdradzając się, doprowadzić ich własnemi, ich legalnemi drogami do zerwania z nąjezdniczym rządem. Akcent leżał tu właśnie na tem, żeby dojść do celu legalnemi środkami, i nie zdradzając się, nie płosząc nikogo. Plan był przepyszny, obmyślany tak mądrze a tak łatwy do wykonania, że nikt w całym kraju nie byłby się spostrzegł jak zerwanie byłoby faktem dokonanym, a w miejsce wszystkich głupich wydziałów krajowych, powiatowych i djabeł wie jakich, rządem kraju byłaby została nasza organizacya.
Ale wdaliście się w tę sprawę wy, i wszystko przepadło nie wiedzieć na jak długo.
Kto wam kazał mieszać się w sprawę jakiejś starej zamurowanej czy niezamurowanej waryatki? co wam do tego jak się zakonnice nawzajem dyscyplinują i głodzą? Czy wasza ak-cya polityczna powinna zaczynać się od znoszenia klasztorów? Czy nie wiecie, że szczegóły zostawiają się zawsze na koniec? Pojmuję i chwalę waszą nienawiść do tych seminaryów zgorszenia i głupoty, wiem że miło jest i zaszczytnie wyrżną<5 kamieniem w łeb Jezuitę, ale wszystko ma swój czas, i należało odmówić sobie teraz tśj przyjemności i odłożyć ją na późniejsze czasy, bo dziś waszśm głównśm staraniem i obowiązkiem ma być organizacya i jśj cele, a nie Jezuici albo inne klasztory. Jezuici i Karmelitki nic waszemu działaniu nie przeszkadzali, a występując przeciw nim mogliście właśnie siebie odsłonić i skompromitować rzecz.
Można było zastanowić się nad tśm, można to było przewidzieć, gdyby kto miał rozum i takt polityczny, ale wy go nie macie, i stało się też tak, że mieszając się nierozważnie do sprawy która was nie obchodziła, wydaliście właśnie tę or-ganizacyę, którśj całe powodzenie zawisło od tajemnicy.
Już to było dość głupie, żeby wdawać się w zmowy i propagandy pomiędzy wszechwładnym ludem. To dobre jak się ma zrobić cpś zupełnie spokojnego, zgromadzenie ludowe naprzykład, albo już w ostatniej chwili kiedy się ma stawiać barykady i szturmować arsenały. Ale kiedy chodzi o rzecz mniejszą a jednak drażliwą (bo drażliwym jest każdy rozruch), wtedy latać po warsztatach i szynkach i zamawiać wszechwładnych w pewne miejsce na pewną godzinę, dzielić ich w bandy, dopieroż prowadzić, jest szczytem nieostrożności i niezręczności. Lud jest z natury głupi i naiwny jak dziecko: wszystkiemu uwierzy, wszystko ci zrobi, ale też wszystko wypaple, bo nie rozumiejąc tego co robi, myśli że o wszystkiśm mówić może otwarcie i bez ogródki. Przyjdzie tam gdzieś mu kazał, wyłamie ci bramę jeżeli zechcesz, gruchnie kamieniami w czarne sutanny a nawet w białe mundury, ale zaraz potśm wygada się że to zrobił z twojśj namowy i pod twoją komendą, a wygada się nie ze złśj woli, ale w najlepszej myśli, bo przekonany jest że sam dobrze zrobił i żeś ty robił dobrze.
I jakież z tego skutki? Oto że jak lud przyznał się naiwnie że go zamówiono w to lub owo miejsce, że mu doradzono wyłamać tę albo tę bramę, wytłuc te lub te okna, albo mierzyć do tśj czy innśj głowy, jak się wygadał że dowodził nim pan X. albo pan Y., lak wszystkie reaki i legaliści musieli wpaść na trop i wrzasnęli jak żeby ich ze skóry darto: orga nizacya, konspiracya, rewolucya i tam dalej. Tłomaczże im teraz że tak nie jest kiedy pan X. albo pan Y. jawnie wystąpił i zdradził nietylko siebie (mniejsza o jego głupią figurę), ale i świętą tajemnicę naszych praw i starań. Krzyk spłoszonych gęsi ga-wronowskich spłoszył nawzajem wszystkie te które spały snem sprawiedliwych po wsiach, i teraz wszystkie chórem wrzeszczą gwałtu i biją na nas jak na rarogów. Który da ci się teraz uspokoić albo zwabić? żaden, boście ich przed czasem ostrzegli i spłoszyli. I dla czego? dla tej marnej chwały żeby dwudziestu chłopaków z kamieniemi mieć pod swojćm dowództwem.
Przeklęta próżność, ona to gubi was i sprawę. Jak tylko który wydrapie się na byle jaki lichy stopień w organizacyi, już nie może wytrzymać, już go sadzi, już się musi popisywać i chwalić. Tu się zwierzy przyjacielowi, tam wyda bodaj najmniejszy rozkazik z pieczątką, i już się stało: on się pochwalił, ale legaliści dowiedzieli się o organizacyi, zwietrzyli ją, i będą nad nią krakać dopóty dopóki się cały świat o niój nie dowie. Ta przeklęta próżność, matka nieostrożności, zguba wszelkiej konspiracyi, i was uwiodła żeście się czynnie wdali w sprawę klasztorów. Ale gdyby choć na tem była przestała, byłoby jeszcze pół biedy. Tymczasem porobiliście głupstwa większe. Jak mówiłem, ledwie który dostanie pieczątkę choćby na żart, zaraz z niej musi zrobić użytek. Dalej posyłać jednemu jaki rozkaz, drugiemu jaki wyrok, a nie baczy że taki świstek to dokument w ręku legalistów, to dowód oczywisty istnienia tej organizacyi którą trzymać musimy w sekrecie bo raz odkrytą niechybnie zabiją, to mina którą pod fundamenta naszej budowy podsadzą! I nie dość wam na tem że w Ga-wronowie gospodarujecie po swojemu, trzeba wam jeszcze płoszyć szlachciców po wsi. Jeden ma stawić się na pewien dzień w Głupiusiówce, inny w Tarapatowie, bo się odbywa, zjazd obwodowy albo okręgowy. I cóż z tego, jeden albo drugi niedołęga przyjedzie ze strachu, ale który śmielszy to schowa twój papierek z pieczątką, pojedzie do sąsiada, i do drugiego i do trzeciego, i narobią takiego gwałtu, że tylko patrzeć jak sam ani będziesz wiedział gdzie masz schować już nie swoją pieczątkę, ale swoją głowę.
Toście zrobili! Zdradziliście organizacyę, a wyjawienie jest dla niej wyrokiem śmierci. Należałoby się wam za to stry czek, i nie minąłby was gdyby byli inni lepsi od was pod ręką, Jak to naprawić? Żaden z was mi nie powie, żaden nie da rady, a ja sam widząc zwaliska budowy wyprowadzonej tak wysoko i z taką pracą, zaledwie znajduję w sobie potrzebną zimną krew i przytomność. Dziś widzę tylko że trzeba ratować to co jeszcze zostało całe i nieodkryte, a ratować można tylko jednym środkiem: bezwzględnem milczeniem i bezczynnością na czas jakiś. Zatśm cicho! sza! nie dawać znaku życia! przycupnąć! Ja! i przycupnąć — Ja! i to z waszej łaski! o tego wam nigdy nie zapomnę!
Do tego jeszcze wybraliście sobie właśnie chwilę w której mi głowa pęka od pracy i kłopotów. Wybory do sejmów, plan postępowania względem niego, wszystko to na mojej głowie, bo jak sam czego nie zrobię i nie dopatrzę, to mi pewno takie głupstwo urżną że aż wstyd.
Miałem niedawno dowód, kiedy im się zachciało sypać ten lubelski kopiec z piasku co ma stać dłużej jak piramidy! a musiałem być przy tśj uroczystości, moknąć jak pies na deszczu i udawać, że to wszystko biorę za wielką chwałę w życiu narodu i — swojśm! no! Ale przedtśm przychodzili do mnie, po radę jakby tę uroczystość uświetnić: Powiedziałem im żeby postarali się o telegraficzne przystąpienie do tego aktu ze wszystkich części świata a przynajmniej Polski. Cóż powiesz, wydrukowali to, wydrukowali odezwę w której proszą o takie telegramy! Nawet tego się nie domyślili że takie rzeczy trzeba urządzać w sekrecie, bo przygotowane i wywołane nie robią efektu. Ale z naszym rozumem nawet bogowie walczą nadaremnie. I z takimi to ludźmi mam ja pracować i zbawiać ojczyznę, tylko takich mam do posługi i wyręczenia, żeby przeprowadzić wybory i obmyślać sejmową kampanię!
Te wybory tygrysowskie to mi także licho nadało: nie mógł Florestan z Antenorem zabić mi większego klina w głowę, jak tśm swojem złożeniem mandatów. I to ja sam głupiec wywołałem to i wpakowałem się w to błoto! Jak żyję nie byłem w tak trudnśm położeniu. Oczywiście i honor i konse-kwencya nakazują mi popierać wybór którego z naszych. Jak się przez całe życie gadało że tylko oni mogą kraj zbawić a sejm zreformować, to nie ma rady tylko trzeba teraz krzyczeć z całego gardła że musimy połączyć i wytężyć wszystkie 9 siły żeby przeprowadzić kandydatów. Kandydaci sami i całe pierwsze uprzywilejowane towarzystwo tygrysowsko — demokratyczne wierzą w to święcie, wytężają, biegają, latają, agitują, propagują, a ja tymczasem w skrytości ducha drżę i truchleję żeby te połączone i wytężone usiłowania nie odniosły przypadkiem pożądanego skutku. Bo pomyśl tylko coby to było za nieszczęście. Naprzód na żadnego z nich liczyć nie można. Każdy jest filarem towarzystwa dopóki się nie dostanie gdzieindziej: puść go do sejmu, a broń Boże do Reichsratu, oho! zaraz ci zwinie chorągiewkę i pod pozorem wyższych politycznych względów przejdzie do legalistów. Pamiętasz w powieści wielkiego Wiktora Hugo tego Mariusza, ktróry z demokraty, z przyjaciela de V ahaissi staje się imperyalistą, kiedy się dochrapał posagu i urzędu. Na większą lub mniejszą skalę typ to wielu z pomiędzy naszych. Na stu, Pankracy znajdzie jednego Leonarda a dzie-więćdziesią i dziewięć Mariusz ów. Wielu z nich w naszśm towarzystwie dla tego należy do opozycyi, dlatego gardłuje przeciw sejmowi, że w nim nie jest; jak tylko wejdzie stuli ogon między nogi i przejdzie z bagażami pod komendę Antenora, Elorestana lub Jowisza. Ztąd oczywisty ubytek dla nas opozycyi i dla naszego towarzystwa. Ale gdyby i tak nie było, gdyby na ich charakterze polegać można najzupełniej, gdyby nawet mogli i mieli złożyć w sejmie zawiązek opozycyjnego stronnictwa i filię towarzystwa, to cóż z tego? Naprzód to niepodobna. Co innego przemawiać pod gołśm niebem do wszechwładnego ludu, a co innego odzywać się w sejmie. Ten sam zwrot oratorski który tam wzbudzi zapał nie do opisania, tu, pomimo wszelkich starań wiernśj galeryi, wywoła niesmak, śmiech albo ziewanie na ławkach, a stenografowany i rozsełany w druku po całym kraju, obudzi w nim to pochlebne przekonanie, że uczony Ignorancyusz, filar naszego towarzystwa, jaśniejąca pochodnia mądrości i tam dalej, plótł głupstwa i t. p. A ztąd wniosek, że Ignorancyusz głupi (co i prawda), a co gorzej, że towarzystwo coś niby nie w porządku, że jego najwięksi ludzie jakoś zblizka widziani maleją.
Większa część naszych byłaby w sejmie narażona na to niebezpieczeństwo, a ich fiasco, ich śmieszność, spadałyby i na towarzystwo, na to święte ognisko opozycyi, i skompromitowałoby je przed narodem. Dla tego też wyznaję szczerze, żadnego z nich nie chciałbym widzieć w sejmie. Ale nadto jest wzgląd jeszcze jeden, i to najważniejszy, zasadniczy. Oto dajmy na to, że wchodzą do sejmu i że to stronnictwo dochodzi do znaczenia a może do większości, więc cóż wtedy? To zostałby wyrazem szlachetnych i patryotycznych dążności kraju, a towarzystwu coby zostało? nic; straciłoby wszelki powód istnienia, kiedy nam właśnie o to chodzi żeby sejm był zawsze samozwańcem, uzurpatorem zaufania i władzy, a żeby repre-zentacya prawdziwa i legalna była zawsze po za nim, w klubach, w sekcyach miasta Tygrysowa, które przecież kiedyś urządzić się dadzą, a nadewszystko w towarzystwie które powinno dążyć do takiego stanowiska jakie miał komitet bezpieczeństwa publicznego, z tą różnicą i poprawą, że nie wyjdzie z mniemanych wyborów i z mniemanej reprezentacyi.
Pojmujesz teraz dla czego, choć głośno co innego mówię, pocichu staram się żeby żaden z naszych nie dostał się do sejmu. Mam nawet niejaką nadzieję że się na tem skończy, bo kandydaci poczciwcy najdzielniej mi w tem dopomagają. Wystąpiła ich legia, panów kandydatów, a żaden nie ma nic pilniejszego i mądrzejszego do roboty, jak wszystkich innych przed wy cami najczarniejszemi kolorami smarować. Ignorancyusz (bo i temu zachciewa się być posłem) przedstawia wszechwładnemu Papiniana jako niepewnego demokratę, Papinian Ignorancyusza jako uczonego osła, Iskariot kopie dołki pod obydwoma, wymyśla różne insynuacye na wszystkich trzech, a o mniejszych którzy pną się także tymi samymi sposobami już nie wspominam. A z tego skutek będzie najlepszy, jaki być może, ten, że wyżebrane głosy rozstrzelą się pomiędzy mnóstwem kandydatów, a z urny wyjdzie jaki pos#ł legalny i reakcyjny, tak że i oni wszyscy w opozycyi zostaną, i my znowu będziemy mieli kogo gryźć i szarpać. Najlepiéj byłoby wybrać z Tygrysowa którego z śmiałych posłów już w sejmie zasiadających. To i opinii dałoby satyefakcyę i nasz interes uratowałoby od szwanku.
Ale ten sejm to sęk nielada. Jak się względem niego zachować? Prawdziwy mąż stanu powinien przewidzieć wszystkie możliwe ewentualności i na każdą mieć gotowy plan postępowania. W tym celu zwołałem ich na poufną naradę i postawiłem kategorycznie kwestyę: co zrobimy jeżeli sejm wniosek Deaczka odrzuci? Radzili długo, ale uradzili, ma się rozumieć, nic. Zgoda tylko na to, żeby galeryę zawsze silnie obsadzać i jaśnie wielmożnej czy jaśnie oświeconej laski być z mniejszą jak dawniej rewerencyą. Ale potem? Bo na tem nie koniec oczywiście? Poufni Deaczka, ciepła woda jak on sam, radzili łagodność i sprzeciwiali się wszystkim środkom stanowczym, utrzymując, że głos jego przekona jeżeli nie sejm, to przynajmniej Europę, i że bez żadnych głośnych z naszśj strony wystąpień, odbije on się zaraz w polityce Bismarka, Rumunów, Madziarów i jenerała Serrano. Inni gorętsi rozumieli, że to na wierzbie gruszki^ i uznawali, że dla zasady samej wszechwładny lud stolicy powinien w takim razie objawić swoją opinię i wolę. Ale tchórzem także podszyci chcą ograniczyć ma-nifestacyę taką do pojedynczych tylko posłów, i poprzestać na wybiciu szyb Elorestanowi lub na kociej muzyce wyprawionej tym posłom którzyby się ostrzéj Deaczkowi sprzeciwiali. Ale Cóżby to było? Mizerna manifestacya, środek zużyty, kiedy w tak zawikłanej sytuacyi politycznej należy nam się zdobyć na krok prawdziwie polityczny. Takim krokiem może być tylko votum nieufności dane przez lud sejmowi całemu, jako takiemu. Sposoby byłyby różne. Albo dać mu to votum nieufności & conto, z góry, przed pierwszem posiedzeniem, na placu katedralnym po nabożeństwie, kiedy będą wychodzić z kościoła, przywitać ich gwizdaniem, a nawet drobnymi kamyczkami i błotem; albo, sposób drugi: w chwili kiedy odrzucą wniosek Deaczka, wy-tłuc szyby i urządzić kolosalną kocią muzykę pod oknami sali; albo wreszcie sposób trzeci i najlepszy: wysłać deputacyę od ludu, któraby zażądała wstępu do sali, żeby tam żądania swoje przedłożyć. Sposób ten jest najlepszy, bo jest najgodniejszy i najpoważniejszy, a zarazem najprędzej prowadzi do celu. Sejm bowiem bez żadnój wątpliwości deputacyi takiej nie przyjmie, a wtedy okaże się jawnie buntownikiem przeciw woli ludu. Lud obrażony będzie miał święte prawo i obowiązek wtargnąć do sali i wypędzić samozwańczą reprezentacyę z przybytku prawodawstwa. A wtedy już ten sejm zabity, znieważony, niemożliwy. Jeżeli policya zechce go bronić przeciw ludowi, tem lepiej, sejm okaże się sprzymierzeńcem i protegowanym poli-cyi, naród przekona się kto go reprezentuje i kto sprawy jego broni, a my cierpieć będziemy ucisk i prześladowanie od rządu, ale za sejm, za legalistów. Wtedy będzie dobrze, stronnictwa odrysują się jasno i staną naprzeciw siebie: po jednej stronie legaliści i policya, po drugiej my i organizacya. Instynkt narodu nie pomyli się wtedy i naród cały pójdzie za nami.
To jest droga prawdziwie polityczna, to plan wielki, śmiały i niezawodny. Niestety te niedołęgi boją się go i dotąd go nie przyjęli. Ale na to naprawdę wytężę ja wszystkie siły, i myślę że dokażę swego, a jeźli nie, to was wszystkich z waszą Galileą oddam wszystkim djabłom, a sam pójdę organizować Hottentotów lub Eskimosów, i łatwiój z nimi dojdę do celu, jak z wami mazgaje! Jak będą jakie nowe postanowienia lub rozkazy doniosę, a tymczasem zachować się cicho i spokojnie.
Sycyniusz.
Nr. 15.
List Sprycimira (dziennikarza) do
Sycyniusza (trybuna).
Z Potrzebówki 00, 996’28/8.
Kochany Sycyniuszu!
Pojmiesz łatwo jak się ucieszyłem odebrawszy twój list z propozycyą założenia nowego dziennika. Przykrzy mi się w bezczynności, a potem tobie przyznać się muszę, że się znajduję chwilowo w bardzo przykrych stosunkach finansowych. Przyjmuję więc chętnie twoją propozycyę, niemal jako deskę zbawienia. Pytasz się mnie o moje zdanie w tej mierze? Wiesz że zjadłem na dziennikarstwie zęby, więc mogę cię dostatecznie oświecić, a że tu idzie o to ażeby rzecz się udała i że przed tobą nie potrzebuję nic ukrywać, więc zupełnie szczerze powiem ci wszystko co z doświadczenia i znajomości przedmiotu wiem w tej mierze,. Doskonale pojmuję, że taki człowiek jak ty chce mieć swój organ — zupełną masz pod tym względem słuszność. Dziennik choćby mało a nawet wcale nieczy-tany, jest przecież zawsze potęgą, nawet u nas; to nie ulega wątpliwości. Nie mówisz mi, nie wspominasz wprawdzie jaki to ma bjć ten dziennik, ale o to mniejsza i to bagatela. Ja się muszę na to zapatrywać jedynie i wyłącznie ze stanowiska fachowego. Przestrzedz cię muszę na wstępie, że twoje przedsięwzięcie jest wielce ryzykowne i połączono z nieskończonemi trudnościami. Mówię ci to bo wiem z kim mam do czynienia.
Gdyby to u nas czytano, rzecz byłaby prosta i łatwa, ale zakładać dziennik dla nieczytających, to panie niemałe zadanie! Trzeba mu jednak sprostać. Tu na pierwszym planie stoją jako przeszkody już istniejące dzienniki i ich firmy. Nie dla tego z niemi konkurencya trudna, iżby one były co warte, ale dla tego że są. Siła przyzwyczajenia, to pierwsza siła występująca przeciwko nam. Ztąd właśnie wypływa ogromna różnica między już istniejącemi dziennikami a dziennikiem który dopiero powstaje. Bóżnica ta tyczy się szczególniej środków których nowy dziennik musi się chwytać chcąc zapewnić swoje istnienie. On musi koniecznie działać zaczepnie, kiedy tamte mogą się tylko bronić; on musi zdobywać sobie plac boju, kiedy tamte ograniczają się na zachowaniu go. Zważ że u nas nowy dziennik nie powstaje prawie nigdy w skutku rzeczywistej potrzeby publicznej, lecz tylko w skutku indywidualnej fantazyi, nie przymierzając jak powstanie ten który my chcemy założyć. Nie może powstawać dziennik z potrzeby w kraju w którym znaczniejsza część publiczności nic nie czyta. I z tego to powodu nawet istniejące już dzienniki muszą także używać przynajmniej od czasu do czasu owych excytujących środków zaostrzających apetyt. Wśród naszej umiejącej czytać publiczności wyrobiła się mała liczba ludzi nieczytujących, którzy jednak czują potrzebę posiadania w domu dziennika. To są abonenci. Kto zakłada dziennik, ton może i musi rachować tylko na tę klasę tak nazwaną abonentów. Ale oni kochany Sycyniuszu abonują dziennik tak jak na przykład goście w hotelu piją z rana kawę. Z góry można oznaczyć ilość porcyi które zostaną skonsumowane. W najlepszym razie nie może ona przewyższyć ilości numerów w hotelu. Ilość ta częściej się zmniejsza, czasem wyjątkowo się zwiększa, ale w ogóle fluk-tuacya jest tu nader nieznaczącą. Tych porcyi kawy dostarcza oczywiście miejscowy, stale, oddawna w hotelu osiadły trak-tyernik. Co to czasu, zabiegów, intryg, zręczności, szczęścia 135 i protekcji potrzeba żeby go wykurzyć! A więc wojna na śmierć z starym traktyernikiem!
Przepraszam cię. Jeżeli ci tak dalece nie idzie o abonentów i o pokrycie kosztów, jeżeli na przykład uważasz ten nowy dziennik jako zbytek, który sobie pozwalasz, jeżeli zamiast trzymać ośm koni wierzchowych, ograniczysz się na czterech, a za to będziesz miał swój dziennik, to co innego, wtedy ta wojna może nie stać na pierwszym planie naszego programu, chociaż zawsze wojna być musi. Ale do tego przyznam ci się szczerze, za mało przeznaczasz funduszu na nasz dziennik; z tą sumą, o której wspominasz, niepodobna nam exystować przy innych dziennikach, musimy je zabić, jeżeli chcemy sami istnieć, a zresztą o ile widzę z twojego listu, to chciałbyś koniecznie utrzymać dziennik z abonamentu, a nawet żywisz nadzieję niejakiego zysku; w takim razie kochany Sycyniuszu przedewszystkiem należy nam myśleć o zabiciu innych dzienników, czyli o wykurzeniu dawnego traktyjernika. Niepodobna bowiem myśleć o tem, żeby goście brali dwie porcye kawy; jedną u dawnego traktyjernika, drugą u nas, przecież przez miłość dla nas, nie mogą narażać się na kawową niestrawność. Trzeba więc koniecznie, żeby nasza kawa nie lepszą była, ale smaczniejszą, przyjemniejszą tak do picia, jak tśż i w skutkach swoich. Lepsza śmietanka, kawa bez cykoryi, świeże masło, więcej śmietanki jak kawy, to wszystko znane, ale małe sposobiki, niewarto o nich mówić, za ich pomocą nie wytrzymamy konkurencyi. Musimy więc koniecznie dosypywać do kawy coś takiego, poczóm byłoby konsumentom i błogo i przyjemnie, trzeba żeby po naszśj kawie czuli się i rzeźwiejszymi i dzielniejszymi i lepiśj usposobieni do przyjmowania wszelkich miłych wrażeń, trzeba jednśm słowem, żeby poczuli, że ich siły żywotne Wzrastają. Wiesz dobrze z jakiej rośliny robi się proszek, który w ten sposób działa na ludzi, nie potrzebuję jśj nazywać. Powiesz mi na to, że to podobno niezdrowe, że wycieńcza siły, że się z tego nawet czasem umiera, a że w każdym razie w skutku zadawania tego proszku, szkodować będzie wielce, moralność publiczna tak w mieście jak na prowincyi. Jeżeli takie skrupuły mają, przystęp do ciebie, nie zakładaj u nas dziennika! Tu tylko o to idzie, żeby się nie spostrzegli co my im dosypywać będziemy; to rzecz zręczności, bądź pe wnym, że się nie spostrzegą., rozkoszować, cieszyć się wzrostem niepojętym sił, używać i nadużywać ich będą, i ani na myśl im nie, przyjdzie, że to w skutku tego, co do kawy dosypywać będziemy. Przypisywać to będą tylko lepszéj kawie, lepszemu gatunkowi, bo powiemy, że to prawdziwa Mocca, a choć kilku z nich umrze, a wszyscy zdrowie utracą, przypiszą to znowu tylko nieuniknionemu prawu natury. Tymczasem wykurzymy dawnego traktyjernika, który przecież na taką myśl nigdy się nie zdobędzie i zajmiemy jego miejsce. O to przecież nam idzie. Prawdziwy dziennikarz nie powinien na nic zważać, i musi mieć na uwadze tylko swój dziennik, jego zadaniem jest utrzymanie i wzrost dziennika. To jest jedyna prawdziwie dziennikarska zasada. Kto się jej nie trzyma może być wszystkiem: poczciwym człowiekiem, dobrym obywatelem, utalentowanym i sumiennym publicystą, doskonałym Polakiem — ale z pewnością nie będzie nigdy prawdziwym dziennikarzem. A nawet jeżeli koniecznie chcesz, jest w tem głębsza myśl, wyższa moralna zasada. Jeżeli bowiem masz przekonanie o konieczności, potrzebie i zbawienności twojego dziennika, to naturalnie ztąd wypływa, że utrzymując go przy życiu i znaczeniu, wypełniasz twój społeczno — moralny obowiązek w najściślejszy sposób. Od istnienia bowiem i wzrostu twojego dziennika zależy rozpowszechnianie idei które uważasz za zbawcze i obrona interesów które uważasz za święte i niezbędne dla szczęścia ludzkości i ojczyzny, oraz twoje wywyższenie. Na nic więc oglądać się nie możesz; przebierać w środkach niestety niepodobna. Jedyną miarą w tym względzie może być to co nasza publiczność już zdolna jest znieść.
Gdybyś np. chciał założyć dziennik dla obrony jakiójś dobrze określonój idei, w interesie jakiegoś stronnictwa mającego wytknięty cel, toby było co innego, w takim razie możnaby zupełnie inaczej postąpić sobie, ale taki dziennik sam o własnych siłach nie utrzyma się u nas, trzeba go subwencyono-wać. Założenie takiego dziennika może być czynem poświęcenia, ale nigdy dobrym interesem, ani też nie dopniesz za jego pomocą celu o który jak się domyślam właściwie tobie idzie. Już ja ciebie rozumiem, wiem o co ci idzie, chociaż nie powiedziałeś mi jaki właściwie chcesz mieć dziennik. Otóż w tych warunkach w jakich my zakładamy dziennik, zupełnie inaczśj 137 postąpić sobie trzeba. Pojmujesz że ja nie mogę ani przypuszczać ani wierzyć żeby taki dziennik miał powstać pro bono publico. Czyż chcesz żebyśmy roześmiali się spojrzawszy na siebie jak Augurowie!? My dobrze wiemy o co nam idzie, już my się rozumiemy, nieprawda? Ałe właśnie dla tego oczywiście, uparcie i z zapałem twierdzić musimy i dowodzić przed yulgusem, że zakładamy ten dziennik jedynie dla rozbudzenia życia w narodzie, dla karcenia opieszałych, dla zmuszenia do pracy narodowej wszystkich tutejszych próżniaków i śpiochów, dla wyklęcia grabarzy i zdeptania patryotyzmu galicyjskiego. W samej rzeczy, dziennik będzie miał w twojej i mo-jśj myśli zupełnie inny cel, który aby ci dowieść że cię rozumiem, streszczę w trzech słowach — wyrobienie nam pozycyi. Każdy inny cel byłby istną śmiesznością; gdyby to u nas czytano, to nie mówię, wtedy możnaby z pożytkiem dla publiczności zakładać nowe dzieuniki, ale tak jak rzeczy stoją między Bogiem a prawdą każdy nowy dziennik jest poprostu zakładem, instytucyą prywatną, stworzoną raczej dla piszących j, ak dla czytających. Uda się — no to dobrze. Inni mniej doświadczeni odemnie mogą się pod tym względem łudzić, ale nie ja. Na pierwszym więc planie u nas stać muszą nie sprawy krajowe, nawet chwilowo nie sprawa polska, ale poprostu kon-kurencya i wojna z innemi dziennikami. W tej myśli i w tym celu rozwinę ci cały mój szufladkowy program, a w nim znajdziesz także receptę na ten dziennikarski proszek, który jak wyżej powiedziałem, musimy koniecznie do naszej kawy dosypywać.
Tytuł. Nowoczesne postępy nauki dziennikarskiej dowiodły, że tytuł jest rzeczą w gruncie obojętną, jednak u nas jak we wszystkiem tak i w tśm cywilizacya jest spóźnioną, więc nie można sobie zbytecznie lekceważyć tytułu.
Program. To także rzecz podrzędna. Szumne frazesa koniecznie są tu potrzebne, treść jakakolwiek. Mój kochany, co tu można nowego powiedzieć!? Ja się na to wszystko zapatruję zupełnie bezstronnie, tylko ze stanowiska dziennikarskiego i fachowego. Z natury, z położenia mojego, z wrodzonych skłonności sympatyzuję oczywiście z radykalizmem; czerwonym nie jestem, ale jestem skrajnym. Śmiałbyś się ze mnie gdybym był czśm innśm. Jednak przez miłość dla naszego dziennika, 9. przez chęć ażeby nasz zamiar się powiódł, przystałbym chętnie na wywieszenie tak zwanego sztandaru zachowawczego, a nawet z przyjemnością stawałbym w obronie rozsądku i wytykał głupstwa naszych radykałów i ultrasów. Ale cóż chcesz, z tem wszystkiśm nie utrzymamy przy życiu nowo narodzonego dziecka. Mój kochany, nasi rozsądni ludzie i nibyto konserwatyści, nie tylko że nie czują potrzeby łożenia nieco pieniędzy na dzienniki, ale nawet ils ne se donnent pas la peine abonować dzienniki, które odpowiadają ich wewnętrznemu przekonaniu i ich usposobieniu, a od niechcenia abonują im przeciwne. Cóż chcesz robić z ludźmi którzy nie czują i nie widzą że to za pomocą dzienników robi się wszystko u nas, a między nami mówiąc i największe głupstwa. Nie ma więc co myśleć o dzienniku rozsądnym i umiarkowanym. Załóż tylko dziennik poważny, a zobaczysz jak go publiczność z pogardą odepchnie, jeżeli go zaś kto inny nie podeprze, to musi upaść. Dziennik może być u nas poważnym, tylko swoim formatem. Zresztą o ile mnie się zdaje taki dziennik nie odpowiadałby ani twoim zamiarom ani twoim sympatyom, ani twojśj przeszłości; a potem la place est piise. Musimy więc być radykalnymi, a że radykalizm u nas musi przybierać jeszcze szaty ultrapatryotyzmu, więc musimy być ultrapolskimi, nawet jak mówiono w salonach — butowymi; i to jedno trzeba będzie bardzo wybitnie, a szczególnie szumnie nacechować w programie.
Mój kochany! wolę ci wszystko odrazu powiedzieć żebyś potśm się nie spłoszył lub zbytecznie nie zdziwił. Otóż jest u nas pewna fatalna niejako sprzeczność między prawdziwym rozumem politycznym a poniekąd może nawet i między interesem kraju, a istnieniem nowego dziennika. Między Bogiem a prawdą to w tak opłakanśm położeniu w jakiśm znajdują się teraz Polacy w sytuacyi otoczonśj tyloma niebezpieczeństwami, jak sytuacya galicyjsko-austryacka w którśj cały nasz byt na włosku tylko wisi, nie da się zaprzeczyć, że dziennikarstwo powinnoby postępować bardzo oględnie, że nie powinno roznamiętniać tśj sytuacyi, że powinnoby być un calmant dla kraju, że przedewszystkiśm powinno się odznaczać trzeźwością i spokojem, coś na kształt Wieczności. A jednak gdybyśmy się chcieli tego trzymać, zakładając nowy dziennik, ręczę ci, że po kwartale zamknęlibyśmy budę. Cóż chcesz mój kochany, w tem nie nasza wina, ale wina publiczności. Nie ma więc rady il faut chaujfer. Ale zkąd tu brać drzewa i węgla? bo i o to u nas bardzo trudno. Do tego trzeba mieć koniecznie trochę szczęścia, ale trzeba i umieć chwytać au vol sposobności i materyały. Tu się zaczyna dla niezupełnie głupiego człowieka dość przykre zadanie, 1 bo trzeba nietylko chwalić i stawać w obronie, ale także wyszukiwać i niejako.publicznie wystawiać tysiące niedorzeczności narodowych i patryotycznych. Pod tym względem on ne peut pas broncher.
Ale prawda, jeszcze zapomniałem o jednśj ważnej rzeczy, oto o firmie — u nas firma jest dość ważną rzeczą. Ja sobie nie robię żadnych illuzyi i wiem dobrze że moja firma nie doda dziennikowi powagi, ty zaś w dziennikarstwie nie jesteś znany; więc na to trzeba w ten sposób poradzić, że okryjemy^ urokiem tajemnicy skład redakcyi. W tśj mierze trzeba sobie trochę pomódz wspomnieniami konspiratorskiemi. Ale tu zaraz nasuwa mi się druga trudność. Bo jeżeli przed publicznością możemy komponować i udawać współpracowników, to trudno jednak w redakcyi zastąpić ich manekinami. Bądź co bądź, ja sam nie wystarczę, nie podołam całój pracy, ty nie jesteś piśmiennym, muszę więc mieć współpracowników. A gdzie ich tu znaleźć? Wiem, że amatorów będzie dużo, ale przecież dziennik przynajmniej pod względem formy i stylu musi być porządnym. Otóż wierzaj mojemu doświadczeniu, po za redak-cyami istniejących już pism, nie znajdziesz u nas nietylko prawdziwych publicystów, ale nawet znośnych współpracowników. Wszystkie te przechwałki o braku zajęcia, o marniejących się u nas zdolnościach — to blagi, nie ma w tem ani słowa prawdy. Bzeczywiście najstraszniejszą chorobą naszego społeczeństwa jest brak zdolności i zdolnych ludzi, a niesłychany wzrost fałszywych apetytów, chorobliwych ambicyi, niedojrzałych zdolności i miłości własnych bez granic. W skutku to tego niepodobieństwem jest u nas zużytkowanie tego co już mamy, niepodobieństwem strawienie, tego co nam dają dojedzenia, co znów wywołuje ciągłe napieranie się o nowe potrawy. Przekonasz się o tśm przy założeniu twojego dziennika. Zobaczysz zaraz na wstępie czy nie mam racyi. Powołanych będzie dużo, ale bądź pewnym, że ani jednego wybranego; bo przecież my się wszyscy mniej więcśj znamy. Gdybym ja się nie był po różnił z moim dawnym pryncypałem, to bardzo ciekawy jestem cobyś zrobił? Prawda że w redakcyach istniejących już pism jest wielu współpracowników skwaszonych, niezadowolnionych, upokorzonych, zazdrosnych, źle płatych; ci gotowi są zawsze przejść z dawnego do nowego dziennika — nie wszyscy, ale wielu; jednak na to trzeba żeby ten dziennik dawał im rękojmię że się utrzyma, a u nas żaden nowo powstający dziennik tej rękojmi dać nie może. Pewien dowcipny pan mówił na formującą się u nas legię meksykańską: „przeczuwam że przejdą do Juaresa11 — nie o wszystkich ale o bardzo wielu z naszych dziennikarzy możtiaby to samo powiedzieć, przeszliby do Juaresa, ale musieliby wiedzieć że Juares zwycięży. Pozostaje nam więc rachować na młode zdolności, na ludzi z przyszłością, na współpracowników którzy się wyrobią; upadam ci do nóg, wolę sam wszystko robić. Dziennik musi wychodzić w ozna-czonśj godzinie, gdzież tu czas na poprawianie i przerabianie? Dodaj że zwykle u nas ci panowie przyszłości, są wielkimi próżniakami. Na tem się tśż skończy, że sam będę moim współpracownikiem i w początkach muszę wydołać wszystkiemu, a potem zobaczymy. Może uda się nam rozbić jaki dziennik, i z tego względu także jest to dla nas koniecznością. Jednak ten brak współpracowników starannie zakryjemy. Tylko proszę cię nie pakuj mi zbyt wielu emigrantów do redakcyi, nie dałbym sobie z nimi rady. Nie dla tego to mówię żebym wierzył temu głupstwu że emigrant jest dla naszśj publiczności czśmś strasznem, to niedorzeczność, ale to także głupstwo żeby dziennik krajowy redagowali ludzie nieznający kraju; galicyjskich zaś emigrantów politycznych nie ma, a ekonomiczno-finansowych, zwiących się politycznymi, sprowadzać, byłoby za kosztowne.
Wracam teraz do właściwego przedmiotu, i tu wypada mi niejako zanalizować ten proszek który musimy koniecznie do kawy dosypywać. Przestrzegam cię, dobrze się zastanów, żebyś potem własnem dziełem się nie przestraszył.
W wielkiej polityce obstawanie za wszystkiemi najrady-kalniejszemi środkami i niedorzecznościami, począwszy od zalecania abstynencyi tutaj, a skończywszy na zachwalaniu mniej lub więcej gorąco i wyraźnie, wedle okoliczności, powstania wszędzie. Między temi dwoma szczeblami pomieścić trzeba wszystkie exaltacye i przesady patryotyczne, czcze demonstra 141 cye, wszystko to bezwzględnie pochwalać i popierać musimy, a niewolno nam nigdy ani słówkiem tego potępić, przeciwnie uderzać musimy silnie na każdego ktoby śmiał przeciw tym patryotycznym absurdom a szczególniśj przeciw patryotycznemu terroryzmowi powstawać. Sadzić się musimy na obrazowość i energię w wysłowieniu.
W kwestyach społecznych przemawiać musimy bardzo energicznie za zniesieniem wszystkich już zniesionych przywilejów. Największą widzisz trudnością dla nowego dziennika jest, że już nie ma przywilejów z któremi mógłby walczyć; dla tego nie ma rady, trzeba walczyć ze zniesionomi, a szczególniej przemawiać za równouprawnieniem. Przemawiać dziś za równouprawnieniem, powiesz może, to absurdum, skoro równouprawnienie jest zupełne; ale to nic nie szkodzi, bo bardzo wielu nie rozumie tego wyrazu, a ten wyraz wytłumaczyć można jak się podoba; można np. powiedzieć, że on dziś znaczy: domokracya przyszłości. Dalśj, i to jest punkt bardzo ważny, zacięta walka z reakcyą. W mojem przekonaniu ten wyraz nie ma u nas sensu, bo co najwięcśj, można rządowi przypisywać chęć reakcyi, ale to jest jeden z wyrazów bardzo utartych i efektownych, to prawdziwa bonnefortunę dla każdego a szczególnie dla nowego dziennika. Jak np. w polemice zabraknie nam argumentów, lub jak nie będziemy wiedzieli co pisać, jak* w ogóle zabraknie nam przedmiotu, wyrżniemy wstępny artykuł O Reakcyi! która się sroży i t. d. i t. d. To rezerwa dziennikarska, jak stara gwardya Napoleona.
W kwestyach religijnych, zważywszy że to u nas, musimy udawać katolików, to jest powiemy raz że jesteśmy katolikami, potśm przypomnimy to znowu kiedyś nawiasowo, ale już przy jakimś bardzo bezbożnym w gruncie artykule, n. p. o Arcypapie z Obzartuchowa, ale zresztą zawsze i wszędzie będziemy bezbożniejszymi jak sam djabeł. O władzy świeckiśj już nawet nie mówię, ęa sentend, a nawet to będzie naszym cheval de bataille, bo przecież u nas wkorzenione jest przekonanie o łączności interesów włoskich z polskimi. Cóż chcesz? to jest jedno z tych zakorzenionych głupstw, z któremi niepodobna nam walczyć. Ale nie dość na tśm, gdzie się tylko da; wykazywać trzeba zastarzałość i zgrzybiałość katolicyzmu, ohy-dzać księży, to bardzo dziś popularne. Naturalnie na pierwszym planie pod tym względem stad musi zniesienie wszystkich klasztorów, najpierwśj tych które mają ostre reguły, potem wszystkich innych jak w Rosyi, tylko oczywiście nietrzeba odwoływać się na przykład Eosyi, ale na przykład Wiednia, Pragi, Włoch, Hiszpanii i t. d. To wszystko jest niezbędnie potrze-bnem żeby oddałid od siebie podejrzenie klerykalizmu i ultra-montanizmu. Ale, ale, zapomniałem o Jezuitach, mój Boże, tak upadli, tak nic nie znaczą, że nawet wyszli mi z głowy, ale skoro u nas wierzą jeszcze w ich potęgę, skoro są postrachem, więc naturalnie na Jezuitów bij zabij, to będzie głupie, będę się tego sam przed sobą wstydził, ale cóż robić? Jezuici będą ein Sohlągwort. To są wszystko, że tak powiem, niezłe konie, ale cóż z tego kiedy już i inni na nich jeżdżą, nawet nie zostawili nam tych Zmartwychwstańców, chociaż z nimi djabelnie pokpili sprawę. Jak dwa a dwa cztery, i my bylibyśmy się dali złapad.
Co się tyczy kwestyi terytoryalnśj, musimy przyjąć za zasadę znane już minimum; bez tego żadnego kompromisu, żadnśj transakfcyi; ale to już znane, to nic nowego. Dla tego wpadłem na myśl, żeby nasze minimum terytoryalne, powiększyć Szląskiem, ale całym — pruskim i austryackim. Tśm innych zabijemy. A mamy do tego podstawę w ostatniśj zabawie odbytśj na Szląsku, na którśj tak się wybornie ubawili nasi rodacy-wolontaryusze.
Teraz dopiśro przystępuję do tego co stanowi prawdziwą treść proszku i naszego szufladkowego programu. Widziałeś zapewne w teatrze gawronowskim ową sławną sztukę Rodzina Benoit on. Przypominasz sobie co mówi miody Teodul Benoit on: ’„Sława! co to sława? sława — to skandal!“ Otóż w tych wyrazach leży cały sekret powodzenia naszego dziennika. Dla Benoitona który napełnia kieszenie złotem papy, skandal jest tylko zbytkiem, fantazyą, ale dla nas chcących nowy dziennik założyć, jest on koniecznością, to chleb codzienny, to być albo nie być, jednśm słowem to wszystko! Skandal polityczny, skandal religijny, skandal familijny, skandal publiczny, skandal prywatny, wszystko jedno, byle skandal! Do tego trzeba także koniecznie szczęścia, ale potrzeba i pe-wnśj umiejętności w wyszukiwaniu *a szczególniśj exploatowaniu skandalu. Pojmiesz to łatwo, jak ci powiem, że największą często u nas trudnością dla dziennika jest, że nie ma o czśm pisać. Naturalnie o czśmś zajmującym, dla naszśj publiczności, bo o propinacyi, o radzie szkolnej, o radach powiatowych, o języku urzędowym, o Peru i Cubie zawsze pisać można.
Czy djabli nadali, żeś przed dwoma miesiącami nie powziął myśli założenia twojego dziennika, co to za szkoda! Mój Boże! Jakbym ja był wyexploatował tę awanturę z zakonnicą wr Gawronowie. Bóg wie, czy się nam, taka gratka zdarzy. Żeby przynajmniśj można wynaleźć jakiego chorego na konsumcyę Bernardyna i tak jakoś rzeczy ułożyć, żeby można jakiś czas przed światem twierdzić, że wychódł w skutku przymusowego biczowania i głodu? Wierzaj mi, że aby stworzyć takiego ber-nacha, warto w interesie dziennika zrobić nawet znaczną ofiarę pieniężną.
Proszę cię mój kochany i tu znowu dobrze zastanów się, żebyś potśm nie żałował i nie cofnął się. Tu także, interes publiczny niekoniecznie w zgodzie z interesem nowego dziennika. Nie trzeba być głębokim politykiem, żeby zrozumieć, że ten wypadek klasztorny w Gawronowie nie był wcale korzystnym dla Polaków, że wcale nie przyszedł w porę; oczywiście rozmiary, jakie przybrał, usprawiedliwiają poniekąd w obec świata postępowanie Moskali z klasztorami, z drugiej strony była to woda na młyn centralistów w Chaopolis i dzisiejszego mini-steryum, którego zwalenie byłoby pożądanśm. Tym czasem, jak już wiadomo, ten wypadek umocnił ministeryum, bo stał się argumentem popierającym jego postępowanie w kwestyi religijnśj, to wszystko, jasne jak słoóeę. Ztąd wypływał dla dziennikarstwa polskiego obowiązek traktowania całśj tśj sprawy bardzo oględnie i spokojnie. Interes jednak nowo założonego dziennika, wymagał zupełnie czego innego. Gdyby nasz dziennik już był istniał byłbym musiał wyexploatować aż do dna, cały ten wypadek. Wypkdek sam przez się był tylko obrzydliwy, cała sztuka zależała na tem, aby go upoetyzować, aby nim uderzyć wyobraźnie; owa zakonnica była po prostu waryatką, trzeba było z niśj koniecznie zrobić bohatyrkę europejską. Nie zważając na istotę czynu i chcąc wywołać oburzenie, skandal i agitacyę, i zużytkować to wszystko jako reklamę dla dziennika, trzeba było zaraz z kopyta przesądzić wyrok sądowy, nazwać ten czyn zbrodnią, i tak wiele, tak silnie o nim pisać, aby nikt nie śmiał w pierwszej chwili tego zaprzeczyć, aby nawot najpoważniejszych ludzi porwać za sobą,. Toby się było dało łatwo zrobić, nietylko poetyzując ofiarę, ale dodając jeszcze do całej sprawy jakąś skandaliczną anegdotkę, nie mającą może żadnej z tą sprawą styczności i podnosząc z tego powodu krucyatę przeciw wszystkim klasztorom. Notabene w takich wypadkach trzeba koniecznie wydać dodatek do dziennika.
Przy takiej sposobności choćby najniepopularniejsze zresztą figury, najniewłaściwiśj sobie postąpiły, chociażby najgmin-niśj wyraziły się, byle silnie, to chwilowo wypada pochwalić ich postępowanie i podnieść ich słowa, bo to doda wagi całej rzeczy. Ręczę ci, że postępując w ten sposób, doszlibyśmy do tego świetnego rezultatu, że rozerwanoby cały nakład naszego dziennika, i że musielibyśmy w osobnych odbitkach wydrukować nasze artykuły o tej sprawie. To dopiero zrobiłoby wrażenie, tym sposobem niezawodnie prześcignęlibyśmy byli inne dzienniki. Zważ bowiem, ze nadając tej sprawie takie rozmiary, nabierała ona znaczenia skandalu europejskiego i skandalu religijnego — dwie najbardziej ponętne dla ciekawo-wości publicznej rzeczy, w naszych czasach. W tym wypadku bylibyśmy okazali nasze mistrzostwo. Cóż z tego, kiedy nas ta gratka niestety minęła! A jeszcze te zaburzenia, które z powodu tego powstały, to już było summum szczęścia dla dziennika, bo można było z ich powodu zabawić się w umiarkowanych i rozsądnych, naganiając i potępiając je. Bo widzisz u nas jeszcze rzeczy tak stoją, że od czasu do czasu dziennik musi sobie nadawać pozory umiarkowania. To jeszcze jedna trudność naszego zawodu, bo z wyjątkiem nader rzadkich i krótko trwających chwil, dziennik u nas nie może być umiarkowanym, musi być radykalnym, ale przecież musi zarazem uchodzić za umiarkowany i poważny. W tśm sęk i trudność. U nas nie lubią zbyt wybitnych kolorów, kochamy się w chwiej-ności, dwuznaczności i mierności. Ztąd konieczność dla dziennika, pisania prawie ciągle strzyżono, golono, ztąd jak owa babka musi on na dwoje wróżyć. W tśm znowu nie nasza, ale publiczności wina. Przygotuj się nieraz na podobne sprzeczności. Bardzo wielu uczciwych i sumiennych dziennikarzy, wcale nie wie o nich i nawet się ich nie domyśla. Działają i piszą w ten sposób, jedynie przez instynkt własnśj kon serwacyi, nie wiedząc co czynią. Ja niestety zbyt wiele mam doświadczenia dziennikarskiego, abym o tśm wszystkiem nie wiedział. Nie mam nawet pociechy niewiadomości tego, co robię.
Takie jednak pojedyncze wypadki nie są dostateczne do zapewnienia dziennikowi powodzenia i popularności. Skandal musi być codziennym jego pokarmem, a raczśj strawą, którą ofiarować będzie publiczności. Naturalnie, że uderzać będziemy silnie na osobistości. To jakiś wróg dziennikarstwa wymyślił tę teoryę, że dziennik nie powinien tykać się osobistości i zaglądać w życie prywatne. Co to za głupstwo! To zupełnie to samo, co chcąc ukarać kogoś, bić kijem po poduszkach lub piernatach, wtedy kiedy winowajca już dawno łóżko opuścił.
Kogóż taka dziecinna komedya zająć może? Pod tym względem publiczność jest wszędzie ta sama, potrzebuje ona silnych wrażeń, a jeżeli już nie koniecznie krwi gladiatorów, to przynajmniej porządnego wytrzepania po skórze winowajcy. Przetrzepuj prętem piernaty, nikt nie będzie zważał na ciebie, ale rozpocznij jakąkolwiek na ulicy bitkę, a zaraz zrobi się zbiegowisko. Bić więc, bić nielitościwie, po skórze na prawo i na lewo, jak się uda i kiedy się uda; lepiśj, żeby 99ciu niewinnych dostało po skórze, jak żeby jeden winny uszedł zasłużonej kary, lepiśj naturalnie dla dziennika. Obok wielkich skandalów i wielkich osobistości, nie można pogardzać i ma-łemi, ale zawsze muszą być wymierzone przeciw tak nazwanym wyższym klasom. Korespondencye z zagranicy o skandalach i zbytkach naszej arystokracyi, korespondencye z wód z anegdotkami, byle o hr. N. N. o księż. M. M. To są mniejsze sposobiki, ale także zaostrzające ciekawość. Prawda, zapomniałem jeszcze o telegramach. Musimy umieszczać jak najwięcśj sensacyjnych telegramów. Zważże teraz za pomocą telegramów jeden numer dziennika, może się stać żywśm uosobieniem, łączności, wspólności i solidarności całego narodu. Nie wiele to kosztuje a wrażenie nie małe. Już to w takich wypadkach musisz mi pozwolić żebym puścił w świat parę telegramów z moim podpisem.
W końcu słowo o polemice. Z polemiką ostrożnie, żeby nie przemienić jej w reklamę; musimy tu korzystać z doświadczenia innych. Dobrze trzeba obmyśleć z kim nam wy pada polemizować. Z popularnemi organami tylko tyle, żeby dowieść, że przecie jesteśmy co innego, jak one. Z Wiecznością między Bogiem a prawdą nie warto, bo to już rzecz zużyta; zacząwszy od dzienników, które nie wiedzą czśm zapełniać szpalty, a skończywszy na humorystycznych pismach, którym brak już konceptu, wszyscy żarliwie polemizowali z Wiecznością, od istnienia Galilei, aż po dzień dzisiejszy. Pomimo tego, darmo, i my będziemy musieli z nią polemizować. Ale to nie dosyć, trzeba jeszcze koniecznie jakiegoś kozła ofiarnego, nad którym możnaby się pastwić. Kogoby to tu znaleźć? Prawda, rzucimy się na tego głupiego Lustratora. To znowu prawdziwa bone fortunę, że się tak zaawanturował. Będę ja tśż po nim jeździł. Mój kochany co to za głupcy ci Lustra-torczycy, żeby się tśż tak narażać, na co? po co? i dla kogo? Nie, tśj polityki nie pojmuję, żeby się tśż dobrowolnie unie-możebniać. Co to za niedoświadczenie przypuszczać, że to wszystko co pomoże. Mais apres tout cest leur affaire a mój obowiązek korzystać z ich głupstwa.
Polemikę prowadzić, to rzecz podrzędna, dwie tylko do tego rzeczy są potrzebne, trzeba zawiesić na kołku dobrą wiarę i sumienność, a uzbroiwszy się w bezwzględność, przed niczśm się nie cofać. Przedewszystkiśm zaś trzeba zarzucać przeciwnikom to, o czśm im się ani nie śniło, to ich najbardziej z tropu zbija. Ale najważniejszą rzeczą jest umieć w porę zamknąć polemikę, to jest wtedy, kiedy czujesz, że jesteś pobity, lub kiedy czujesz, że dalsza polemika posłużyłaby tylko do tego, ażebyś się przedwcześnie z wszystkiśm wygadał, lub kiedy nareszcie spostrzeżesz się niestety czasem zapóźno, że staje się ona tylko reklamą dla przeciwnika, którego z początku wcale się nie obawiałeś. W tym celu możesz rozmaitych użyć środków, jeden z niezłych jest zamknięcie polemiki oświadczeniem, że się jest wyższym nad obelgi przeciwnika. Do tego naturalnie wcale nie potrzeba, żeby przeciwnik jakąkolwiek był rzucał obelgę; wierzaj mi, to wcale nie zły środek, wyższość po twojej stronie, obelgi z tamtśj, to dość obrazowe. Dalej możesz także zamknąć polemikę, przedrukowując tylko tytuł artykułu przeciwnika, a pod tym tytułem pisząc zupełnie o czśm innśm zakończyć zaś oświadczeniem, wszystkiego się wyparł. Znowu naturalnie nie potrzeba, żeby w tśm było i słowo prawdy. Odpowiedzią swoją mógł ci on piekielnie dokuczyć, mógł ci nawet zupełnie zamknąć usta, ale to nic nie szkodzi. Właśnie dlatego, że nie masz mu co odpowiedzieć, powinieneś ogłosić, że jest pobity, że się cofa, słowem powinieneś ogłosić trąbami i bębnem swoje zwycięztwo. To także bardzo dobry sposób. Tych zaś Zużytych sposobow, twierdzenia, że nie możesz polemizować z przeciwnikiem, który przywłaszcza sobie monopol rozumu i rozsądku; lub tśż jeszcze nędzniejszych, odmawiania; przeciwnikowi dowcipu zwyczajnego, choć sam z innemi serdecznie się śmiałeś z konceptów, które mu się może przypadkiem udały, lub tśż porównywania go nieustanne do Dziennika Warsz. i Kreutz Zeitung, wystrzegać się starannie należy. To wszystko liche sposobiki, to partactwo dziennikarskie, to już dowód, że brak u ciebie amunicyi; wtedy już lepiej zakończyć bitwę, bo przeciwnikowi nic nie zrobisz, a sam się skompromitujesz. Jak się spostrzeżesz, że w głównych kwestyach politycznych twój przeciwnik ma za sobą całą kastę abonentów, to wtedy choćby to było przed samym sejmem — lub podczas sejmu — Sza. Ani słowa wię-cśj o tych kwestyach, poczekać trzeba i udawać, że zdechł pies; la parole est d’ar>gent mais le silence est d’or. Po prostu nura trzeba dać. To chwilowe zwycięztwo przeciwnika nic nie znaczy; byłeś nie wzmacniał jego pozycyi popierając program choćby twój, ale na tę chwilę nie popularny. Jak przeciwnik będzie śmiał ci zarzucić twoje milczenie, odpowiedz mu krótko i węzłowato, że widać, iż nie czytuje twojego dziennika i pisze o nim nie czytając go.
Z pismami humorystycznemi nie mała bieda; w zasadzie trzeba je protegować, ale z drugiśj strony, jak które z nich ośmieli się dokuczyć — naszemu dziennikowi, wypowiadając np. o nim całą zakulisową prawdę, wtedy trzeba je bez litości zmasakrować. Możn^n. p. gdzieś w odcinku, dać do zrozumienia, że to pismo dla tego jedynie przeciwko nam powstaje, że nie chcieliśmy jego redaktora przyjąć do redakcyi naszego dziennika. A potśm naturalnie trzeba go raz przynajmniśj z Dziennikiem Warszawskim, zrównać.
Na zakończenie jeszcze jedna ogólna, streszczająca wszystko uwaga. W czasach spokojnych i zwykłych najmniśj, t. j. pra wie już całkiem u nas nie czytują dzienników. Zaczynają je czytać dopiero w chwili, w której nadzieje są rozbudzone, lub w chwili, w którśj jakie wielkie niebezpieczeństwo alias głupstwo zagraża. Ztąd wynika, żo nietylko leży w interesie dziennika, ale że jest to nawet dla niego koniecznością, stwarzać takie chwile, stwarzać je naturalnie sztucznie, jak nie można inaczśj. Cóż łatwiejszego u nas, jak wywołać jakie głupstwo.
Takie są główne zarysy planu naszego dziennika. Wyłożyłem ci szczerze i otwarcie ten plan, ale proszę cię nawzajem dobrze się zastanów i namyśl, czy wytrwasz i czy nie cofniesz się przed temi nieuniknionemi konsekwencyami założe-żenia nowego dziennika. Powiem ci szczerze, tobie ufam, wiem, że jesteś mężem siliiym, zdolnym wytrwać w postanowieniu i że nie łatwo cię zbić z tropu; ale obawiam się zabiegów i wpływu znajomych, krewnych i t. d. Gdybyś ulegając tym wpływom miał wtedy, kiedy ja w najlepsze rozpocznę dzieło, zatrzymywać mnie, mitygować i hamować, to ci upadam do nóg i nietylko nie ręczę za powodzenie, ale ręczę, że nam się nic nie uda. Wolę nawet nie zaczynać. Jeżeli n. p. podczas najzaciętszej kampanii przeciw klasztorom, lub w jakiejkolwiek innéj kwestyi religijnej, ty pod jakimkolwiek wpływem zatrzymasz mnie, jeżeli rzeeży, które zacząłbym drukować grubemi jak palec literami, potężnym garbiontem i w wstępnych artykułach, zmusisz mnie drukować petitem i w kronice, jakby ukradkiem, jeżeli zamiast pozwolić żebym brał szumnie i także grubemi literami, inieyatywę we wszelkich demonstra-cyach, ograniczysz mnie do zachęcenia do nich pod mizerną formą „słychać, że w mieście zamierzają i t. d.“ jeżeli raptem zamiast przemawiać za natychmiastowym, zerwaniem z rządem każesz mi to ubrać w jakieś konstytucyjne kruczki i zamiast pozwolić, żebym szedł prosto wytkniętą do celu drogą każesz mi obchodzić Bóg wie którędy, to powtarzam, upadam ci do nóg i nie podejmuję się prowadzenia dziennika. Jeżeli zaś zgodzisz się na mój szufladkowy program, i wytrwasz w nim, to ci służę i nie wątpię, że wtedy rozwiążemy trudne zadanie pisania dziennika dla nieczytających, tak samo, jak ten ksiądz, który wydał książkę dla nieumiejących czytać. A wiesz co było w tój książce? same obrazki!
Pamiętaj, że na początek musisz wynaleźć koniecznie Bernardyna chorego na konsumpcyę.
Donieś mi, kiedy mam się stawić, i czy w Gawronowie czy w Tygrysowie. Proszę cię przyszlij mi na koszta podróży.
A teraz żegnam cię serdecznie i kończę tym axiomatem:
Salus naszego dziennika musi być dla nas supremą lex!
Twój
Sprycimir.
P. S. Proszę cię, spal zaraz ten list. Profani nie powinni nietylko wiedzieć, ale nawet domyślać się takich rzeczy. A nużby przypadkiem wpadł w ręce Lustratorczyka, ręczę, że żywcem umieściłby go w Tece Stańczyka. Przeczytawszy go bowiem, widzę sam, że się wybornie do tego kwalifikuje, chociaż doprawdy wcale nie jest pisany, jak to mówią z drugiego końca. Darmo, tego czego inni nie chcą przyznać, lub co robią często bezwiednie, nie zdając sobie z tego sprawy; ja to robię z świadomością i wcale się nie łudzę. Nie dla tego może, że jaśniej widzę rzeczy jak oni, ale dla tego jedynie, że mam więcej dziennikarskiego, krajowego doświadczenia. Mojćm też zdaniem można w tój kwestyi następujący postawić aforyzm: Założenie nowego u nas dziennika staje się w początkach niemal klęską publiczną, aczkolwiek dla indywiduów jest ono czasem koniecznością. W przyszłości jak ustali swój byt, i popełni szczęśliwe morderstwo na kilku kolegach, może się stać pożytecznym dla wszystkich i odkupić pierworodny grzech. Nie nasza wina, że taki jest smutny stan rzeczy. To wina publiczności, która nie czytuje, a lubi tylko przypatrywać się obrazkom.
Nr. 16.
List Sycyniusza (trybuna).
Z Tygrysowa 71/23 9681.
Kochany Sprycimirku!
Wśród mnóstwa zajęć moich nie mogę długo do ciebie pisać* zresztą w głównych rzeczach porozumienie między nami zupełne, a stanowisko twoje ja zupełnie tak jak ty pojmuję. Cała sztuka na tem żeby że wszystkiego umieć sobie broń zrobić. Dla tego zwracam uwagę twoję na mistrzowską zręczność z jaką dzienniki nasze prowadzą walkę z Łiistratorern. Wymyślić, napisać, wydrukować, że policya Wypędza emigrantów w skutku krzyków Lustratora na spiski, dać do zrozumienia że Lustratorćżyki insynuowali chytrze to wypędzenie, a może się o nie starali, jest arcydziełem sztuki i najpyszniejszym komentarzem tych zasad których się w publicystyce trzymamy, przykładem ża którym pójść powinriy Wszystkie dzienniki uczciwe, dbałe o dobrd kraju i o swoje w nim stanowisko* a zatem i twój jak wychodzić zacznie. Tylko potrzeba w tem miary i taktu, a mianowicie tego, żeby żadnego z Lustratorczyków po imieniu nie wskazywać. Nie dla ich miłości, ałe dla tego że jakbyś którego nazwał i jego o te konszachty, oskarżył, to ci nikt nie uwierzy, więc roztropniej zwalać winę na nieosobi-stfego Lustratora Ogólnie.
Pomysłu tego powinszuj naszym przyjaciołom i powiedz im, że tym swoim dowcipem naprawili cokolwiek to złe którego narobili nieostrożnem postępowaniem w sprawie klasztorów.
Cieszę się że nie potrzebuję ich łajać, a tobie kochany, przykład ich do naśladowania zalecam.
Twój zawsze
Sycyniusz.
List Stańczyka do G-ąski.
Wielmożny a mnie wielce miłościwy panie a bracie!
Spory to czasu kęs, jakem do Waszmości wielce miłego brata nie pisał, szląc mu jeno owe kartelusze różnych tego tam świata nieboraków, które dla takiej mądréj głowy, jak Waścina, nie potrzebowały commentarium. Nie wątpię, jak delikatny Waszmości brata mego rozum niemi się delektował, jakeś wspominał dawne czasy a dziwował się, iż w tój ziemie nic się nie zmienia, a onego przysłowia: Delicta majorum im-meritus lues zastósować trudno do niebożąt potomków naszych, ile że alia ąuidem forma powtarzają na schwał, co czynili przodkowie. A chociaż jeden i drugi jako najskrzętniej wyrzeka się paranteli z republiką dni naszych a mając jeno na ustach zagraniczne kraje, domową gardzi mądrością, tod znaliśmy za czasów naszych takich nowinkarzy i mędrków nielepszych, alfl i nie gorszych, a jako u nas słuchali ich ludzie i dziwowali się ich trefności, byle łeb do góry nosić, a krzyczeć co siła umieli, tak i dzisiaj powodzi się im in detrimentum Republicae, przynajmniej tak długo, dopóki się nie znajdzie taki, coby śmiał postawić przed niemi zwierciadło ich warcholstwa.
Otóż powiem Waszmości miłemu bratu memu, żem ani myślał o tem, abym ja, niesławny króla Jegomości starszego błazen, po kilku wiekach miał zbierać trefności mo-jśj owoce. A przecież tak fata tulere. Kartelusze posełane miłemu panu a bratu, dostały się nie wiem jaką drogą (jako ten wiek ma różne a dziwne sposoby i wynalazki) na ziemię i wydrukowane de verbo ad verbum niesłychanego narobiły hałasu. Zrazu nie poznały się na nich niebożęta wedle przysłowia, Czy drwi, czy o drogę pyta? a byli tacy co wywody pierwsze Sycyniuszowe brali za mądre słowo, boć tóż nic innego od swoich mędrków nie słyszeli, ale z czasem zobaczyli 3 52 się i nuż wołać: Rata! gwałtu! pali się! nuż krzyczeć: Nie wolno! jak gdy za naszych czasów uczciwa jaka dusza chciała dyskutować o owśm Alexandrowem: Nemine contradicente albo o niebezpieczeństwach wolności elekcyi. A jako za naszych czasów bywało, że moderacye wszelką brano za crimen, a retorów wojny kokoszśj za wielkich ludzi, tak i teraz nuż wyjeżdżać na harc przeciw prawdzie ukrytśj w karteluszach, nuż wołać: Niewolno nam tego ruszać, bo to nieomylne a święte, nie wolno mówić o rzeczach, choćby złych i zgubnych, jeżeli w imieniu Amoris Patriae były przedsiębrane.
Jako tedy prawda kogo w oko ukłóła, dawaj krzyczeć na moje dokumenta, a te delacye, a te suspisye na niewinnych rzucane i kalumnije złośliwe. I tyle było tego krzyku, że aż mnie i to archiwum moje uczciwi niektórzy ludzie w obronę brać musieli i dowodzić, jako tam nic nie ma takiego, coby było contra Patriam, jeno contra falsos Zelatores Patńae et boni publici.
Mój miły Gąsko, my wiemy najlepiej obydw;a, że w republice naszej wszystko ten pozór Amoris Patriae nosiło na sobie, a przecież doszliśmy ad summam Diem eti neluctabile fatum. Gadał ci o miłości ojczyzny i pan Kmita i panowie Górkowie, gadali Zborowscy i Zebrzydowski, bo gdyby nie byli gadali, nie byliby pociągnęli nobilitatem za sobą. Nie toć przeto miarą ma być wartości boni civis, co gada, ale jak czyni, jakie jego czynów skutki i pożytki. Bo im większych słów zażywa który, aby ludzi pociągnąć za sobą, a w duszy pychę tylko rządzenia ma a niepohamowaną ambitionem, tśm gorszy a niebezpieczniejszy z niego człek, posługujący się świę-temi rzeczami do nieświętych celów. A takich mają i dzisiaj u nas bez liku, nietylko między ludźmi starszemi, ale między Boże odpuść żaczkami i pisarkami, co niedouczywszy się niczego, radziby kierować sprawami kraju et gentis.
O status rerum w onych województwach pod berłem cesarza rakuskiego zostających, pisałem już obszernie Waszmości bratu memu jako tam przez ten czas cały robiło jak w mło-dśm a niewytrawnśm winie. A kiedy maślacz co ma mocy i substancyey na wieki, burzyć się weźmie, to w końcu przecie wino się z niego zrobi i lepsze a szlachetniejsze jak przedtem. Ale jak cienki zieleniaczek się zburzy, to strach wielki, że nie będzie z niego nic, jeno męty a kwas. A tam właśnie do tego fermentu substancyey tęgiśj nie było, ani podobieństwa, żeby się z niego co dobrego zrobiło. Wszczęło się to jak ferment każdy nie wiedzieć z kąd, może i z umyślnego skłócenia, bo niektórym ludziom nigdy jakoś ustane wino do smaku przypaść nie chce, jeno takie co robi a burzy. Nie dali się tśż temu ustać i Niemcy, bo zamiast coby byli z naszymi po ludzku na rozum mówili, to oni się ani zgodzić ani gadać nie chcieli. Naszym to markotno było, i zaraz też podług zwyczaju jedni na drugich jęli wyrzekać i skarżyć, że ich wydali. Inni znowu zapalczywsi, żeby sobie dać folgę i ulżyć na sercu, a pokazać czem są, zaczęli anniwersarze święcić i obchodzić i przed ludem pospolitym ze swojemi skargami się rozwodzić. A tego nie baczyli, że co narodom wolnym a silnym na pożytek być może, to znękanych a nieprzyjaciółmi otoczonych łatwo o szwank przyprawi. Przestrzegali wprawdzie co rozsądniejsi;, że takowe anniwersarze i plebiscita to vigilantium so-mnia, które durzą jeno a na jawie i po trzeźwemu nie ostaje po nich nic, ale je zaraz jako i inimicos Patriae okrzyczano. Owszem, gdy mówili, że salus Rei Publicae cierpliwości i spokoju potrzebuje, a przestrzegali, że niepokój wyjść z tego może, kiedy się go najmniej spodzieją, to ich skarżono, że się delatorami robią, a braci swoich Mazurów y Litwinów na banicyą wskazują. I tak to szło coraz dalej a dalój, a zawsze się znalazło coś takiego, co do fermentu drożdży dodawało. Znaleźli trafem w grobie kości i koronę króla Wielkiego Kazimierza, ale zamiast nad niemi wejść z sobą w zastanowienie i w rachunek, oni poszli w zwady i zaczęli się gryść między sobą jako nieprzymierzając psi. Potem znowu w Krakowie Bóg wie kto pospólstwo namówił, że się na klasztory zbierało, a na niektóre i rzuciło, o zamkniętą zakonnicę waryatkę, a jak niektórzy mówią, to tam moskiewski niedźwiednik swoją łapę w tem miał, który tego jeno chce, żeby tę ziemię z cesarzem powaśnił — a sobie ją zagarnął. Aż w końcu przyszło pono i do niebezpieczniejszych jakichś knowań; upomnienia i przestrogi nie pomogły, owszem krzyki a skargi i suspicye nie ustawały, tak iż nie chcąc im wierzyć, myślećby trzeba, że tam już nic poczciwego na onej ziemi nie zostało: a co najgorsza to, że prości ludzie, którzy na rozum tego brać nie mogą, onych instygatórów słuchają, a ci też do nich jeno mówią i perswazye czynią, że kto żyw na zdradzie im stoi, oprócz ich jednych instygatórów i trybunów. Tak ci to się do krzty dziś mówi ad plebern, jak za nas mawiali Ta-szycey pod Lwowem do szlachty: i skutek takiż będzie, że jako wtedy zamiast Wołoszę zwojować, granice pomknąć i Turkowi się odjąć, radzili marnie i do dom się rozjechali, wicher zasiawszy, z którego do dziś burze zbierają, takowi teraz jeżeli się nie obaczą, a wichrów siać nie przestaną, mogą na żniwo takiej doczekać się burzy, która im resztki chałupy rozwali a samych jak tuman piasku rozniesie. Ale nie chcę się tem naprzód trapić, sutftcit diei malitia sua. Teraz tam niby spokojniej nieco, snać się wyparskali i wysapali: może też Bóg w łasce swojej dać raczy, że się to wino ustoi, a złoży lagier dobry na spodzie, z którego potem moc i esencyę ciągnąć będzie na długie lata.
Teraz się właśnie do Lwowa zjechali na ów sejmik, który bodaj szczęśliwie doszedł, ale co wiedzieć jaki będzie eventus i z czem do dom wrócą? Ano może za łby się wodzić zechcą; bo to tam jakoby grunt do tego albo w powietrzu coś osobnego zostało jeszcze od kokoszej wojny, że kto jeno w to koło jakoby zaczarowane wejdzie, jużci zaraz do zwady pochopniejszy. Nie śmiem żle tuszyć, jako to Chorus pana Kochanowskiego w greckiej onej tragedyi mówi, ale się stracham żeby wiara tam czego na swoję szkodę nie uchwalili. Bo jak się jeno zacietrzewią, a buta im po głowach zaszumi, to pójdą wnet na oślep, a nie tam gdzieby sami chcieli, ale gdzie chce Funke pewien, utriusgue. juris pono doctor, niemiec chytry a przebiegli wy, co jeno czycha na to żeby ich rozpędzić mógł. A W. M. bratu memu kochanemu to wiadomo, jako u nas o zacietrzewienie łatwo przy naszych łatwowiernych naturach. Jeden powie: nie daj się bo cię niemiec poniewiera, a ty taki dobry jako i on abo lepszy; powie drugi: a trzymaj się ostro, a nie dbaj na to co ci radzą, bo to jeno panowie wymyślili sobie na pożytek a wam na zdradę. I już jaki taki boi się żeby go nie wydano, abo nie chce być od niemca podlejszym, i tak przez poczciwość a dobroduszność swoję a zelus szczery około dobra ojczyzny, daje się drugiemu wieść, za przyjaciela go swego mając, a po szkodzie żałuje. A co drugi to znowu au 155 am popularem kaptować rad, i na to jeno baczy, żeby się zaś kto na niego nie skrzywił, i gotów zawsze do wszystkiego byle się zawżdy podobał, a miły dymek pochwał pod nos go zalatywał. Owóż ci wszyscy boję się żeby w jaką łapkę sami nie wpadli i drugich nie wciągnęli jaką im zawsze moliri mogą Niemcowie abo właśni factiosi, wielcy w gębie libertatis et Rei Publicae zelanci, a na prawdę swego jeno patrzący, z cze-goby potśm jeno Moskiewski sam jeden pociechę miał.
Siłaby to tam było do patrzenia i wzorków do zbierania kiedyby kto ich podzierać mógł, bo nie chybi że tam wszyscy ci być muszą którychem ja pisania ongi trefnie bardzo po-przojmował. Widziałbyś tara W. M. i JMci pana Bałarauckiego jak o rzeczy publicznej radzi, a sam nie wie co myśli i kogo się trzymad ma: czy onego Deaczka co go to kilka razy w tych piśmiech wspomniano, czy tego Antenora którego jakoś pod ten czas nie ma i nie wiedzied pewno czy wróci, czy Sewera abo Prudencyusza abo z Trybunów którego? Właśnie jakoby w kabałę grał, i co mu z kabały wypadnie to robił. Widziałbyś może i onę ciekawą białogłowę Aldonę, która teraz codzień jak Bóg dał chodzi tam kędy dawniej zamek stał, a taczkami piasek wozi na tę mogiłę co ją sypią in commemorationem unii Litwy z Koroną, właśnie jakby to była rzecz już cale umarła. A i tego tśż gdzio dojrzeć Trybuna Sycyniusza rzecz byłaby ciekawa dosyć, abo Optymowicza co myśli że Moskala kijem potrafi wypędzić. A co innych siła których nie znamy jeszcze tam być musi, abo nadętych, abo bojażliwych, abo takich co trzech nie umią zliczyd, abo takich co się sobą przed drugimi popisują, to ani wiedzieć, a ktoby im się wszystkim przypatrzył, toby śmiechu potśm mógł przynieść na cały rok.
Jużem ja był w tę drogę wybrany i radowałem się nie mało na to com się widzieć nadziewał, a królowa stara (która się tu przecie dostała nie wiem jakiem prawem, pono dla tego że jśj ludzie na ziemi bronić jakoś zaczęli, a ona się tśm u J. M. Piotra św. zmyślnie bardzo zastawiła) spokoju mi nie dawała żebym się w drogę spieszył, a Pana za powrotem przez zimę czśm bawić miał. Ale Król Jegomość wzbronić mi tego raczył z obawy tych tam niedyskrecyi. Bo mówi, relacya która moja abo przyniesiony dokument mógłby znowu trafunkiem jakim pomiędzy nich w czasie sejmowania wpaść, i tak niektórego obrazić jako owo jabłko o którem poetowie starzy mówią, że je Eris jędza między boginie rzuciła. A Król Jegomość o to dbać wielce raczy, żeby się tam wszystko spokojnie i zgodnie odbyło.
Z tej tedy racyey polecone mam tu zostać przy boku Pańskim przez czas niejaki, i choć nie rad słuchać muszę. Ale jako mnie W. M. brat mój miłościwy zna, ć raczysz, że nie rad długo na jednem miejscu siedzę, jeno mnie zawsze ciekawość prze coś nowego zobaczyć, tak też pewien być możesz że się tu długo nie zabawię, ale co rychle znów się w drogę puszczę, a W. M. bratu memu kochanemu co się nowego dowiem, re-lacyami znów jako przedtém służyć będę. Z czem w affekt się braterski W. M. Pana mego miłościwego oddając, służby swoje powolne zalecam, W. M. deditissimus
Stańczyk b. błazen J. K. M.