Dwa lata pracy u podstaw państwowości naszej (1924-1925)/I/Rozdział 26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Grabski
Tytuł Dwa lata pracy u podstaw państwowości naszej (1924-1925)
Data wydania 1927
Wydawnictwo F. Hoesick
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Indeks stron

Rozdział XXVI.

Początki sprawy bilonu i niebezpieczeństwa utrzymania realnej równowagi budżetowej.


Należy rozróżnić sprawy biletów zdawkowych od bilonu. Wiele osób gdy mówi o bilonie ma na myśli bilety zdawkowe.
Bilon jest to moneta zdawkowa, a więc moneta niklowa i srebrna. — Póki trwało nasycanie rynku samym bilonem, sprawy jego nadmiaru nie było. Wprawdzie często worki z bilonem niklowym wędrowały z rąk do rąk nie rozpieczętowane po parę miesięcy, tworząc nową monetę stu złotych niklowych, ale było to zjawisko przejściowe. Natomiast wszystkie srebrne monety jedno czy dwu złotowe chętnie były od razu pochłaniane. Pięcio złotówki srebrne miały zapewnioną pojemność.
W końcu 1924 r. i w pierwszym kwartale 1925 r. szło o rozprowadzenie w obiegu monet niklowych. Nasycanie rynku monetami srebrnemi następowało od stycznia do czerwca 1925 r. Na 30 czerwca 1925 r. było w obiegu 83,5 milj. zł. monet srebrnych, 52,6 milj. zł., niklowych i 107,9 milj zł. biletów zdawkowych. Tych ostatnich znajdowało się w obiegu na 30 czerwca mniej niż na 28 lutego, kiedy było ich w obiegu 119 milj. Mniej wtedy za to było w obiegu srebra, bo tylko na 17 milj. A więc w ciągu pierwszego półrocza 1925 roku nastąpiła znaczna poprawa jakościowa naszej monety zdawkowej. A pomimo to już wtedy podniesiono i rozgłoszono sprawę bilonową.
Kwestja bilonu jest tak nazwaną błędnie, gdyż właściwie powinna ona być nazwaną kwestją biletów zdawkowych. Gdybyśmy jednocześnie z wpuszczaniem do obiegu niklowych 50 groszówek wycofywali z obiegu bilety jednozłotowe, wówczas nie kursowałyby nie rozpieczętowane worki z bilonem niklowym, jak to miało miejsce na wiosnę 1925 roku. Gdybyśmy, powiększając ilość monet srebrnych w obiegu, zmniejszali choćby w powolniejszym tempie ilość biletów skarbowych, również nie mielibyśmy kwestji tak nazwanej bilonowej.
Pierwsze objawy przesycenia rynku biletami zdawkowemi okazały się już w kwietniu i maju przy wypłatach pensji urzędnikom. Wtedy stało się widocznem, że w miarę puszczania na rynek monet srebrnych wracają do kas bilety jednozłotowe oraz nierozpieczętowane worki z niklem. — Chcąc z powrotem puścić do obiegu te pieniądze, trzeba było wypłacać niemi pensje urzędnikom. Stąd wytworzyło się wrażenie, że rząd widocznie powiększa nieustannie ilość biletów i niklu. Było to niesłuszne. Ilość bilonu niklowego w obiegu do końca marca wcale nie wzrastała, tak samo jak ilość biletów. Rosła ilość srebra, a publiczność miała wrażenie, że rząd wypuszczał wciąż nowe ilości bilonu niklowego i papierków jednozłotowych.
Ministerstwo Skarbu nieustannie zwracało uwagę kas skarbowych oraz Banku Polskiego, żeby nie robić wypłat workami z niklem zapieczętowanemi, a tylko rulonami, co by stanowiło duże ulepszenie w rozprowadzeniu niklu między publicznością. Ale to przedstawiało trudności techniczne, które nie mogły być odrazu usunięte. Gorzej było z nadmiarem w kasach skarbowych biletów jednozłotowych.
O ile drobnych monet zdawkowych był już widoczny nadmiar, brak było w obiegu papierków 5 złotowych. Były to papierki Banku Polskiego. Powinny były one być wyciśnięte z rynku przez monety srebrne 5 złotowe.
Wprowadzenie w obieg 5 złotówek srebrnych niewątpliwie wpłynęłoby na uregulowanie sprawy bilonowej dodatnio. Jednocześnie widocznem było, że jednozłotowe papierki należy zamienić 2 złotowemi, bądź monetami srebrnemi, bądź papierkami. Wobec znacznej ilości niklu półzłotowego i jednozłotowych monet srebrnych istnienie biletów jednozłotowych było zupełnie zbędne. Rząd przystąpił istotnie do zupełnego wycofania ich i zastępowania papierkami dwu złotowemi.
W programie rządu leżało również nasycenie rynku monetami drobnemi 5-cio złotowemi, których bicie było zamierzone. W ciągu lata 1925 miało się odbyć właśnie wypuszczenie tych monet. Niestety fatalny bilans handlowy i odpływ gwałtowny walut z Banku Polskiego musiał skłonić rząd do odstąpienia od tego planu. — Zamówienia na srebrne pięcio złotówki zostały cofnięte, a zamiast tego zostało uplanowane, że rząd będzie wypuszczał pięcio złotówki papierowe.
Zanim jednak pięcio złotówki zostały w obieg puszczone, Bank Polski zaniepokoił się tem, że zbyt duża ilość biletów jednozłotowych i dwuzłotowych wracała do Banku i że skutkiem tego wytwarzał się nienormalny charakter obiegu, gdyż zbyt duże wypłaty musiały być dokonywane temi biletami, co przeczyło ich charakterowi, jako monet zdawkowych. — Chcąc ten obieg uregulować wiceprezes Banku Dr. Młynarski w czerwcu, w czasie bytności na urlopie Prezesa Karpińskiego, zaproponował, by wprowadzić zarówno dla rządu, jak i dla innych instytucyj, a nawet osób prywatnych, fakultatywnie dwa konta: jedno w biletach Banku Polskiego, drugie w biletach zdawkowych i bilonie. Co wpłynie na to drugie konto, to będzie mogło być dysponowane w tych samych biletach i w bilonie, ale kto będzie chciał dysponować biletami, ten będzie musiał mieć je na swoim rachunku na osobnym koncie. Cel Banku był taki, by za bilety zdawkowe nie można było nabywać walut zagranicznych. Miało to na widoku ochronę złotego od spadku, czego już wtedy można się było obawiać.
Widząc, że drogą tej propozycji Bank Polski chce brać całkowitą odpowiedzialność za losy banknotu swego, zgodziłem się na nią, będąc świadom, że w danym zarządzeniu mieści się ryzyko groźne dla biletów zdawkowych. Propozycja Banku Polskiego i układ który w myśl jej nastąpił było to pod pewnym względem wprowadzenie dwuwalutowości formalnej, podobnej do zaprowadzonej obecnie w Belgji. Istnieje tam nowa moneta "belg", który służy do stosunków międzynarodowych, a zostawiony jest frank dla obiegu wewnętrznego. Z chwilą, gdy Bank Polski wprowadzał dwa rachunki, osobny dla biletów swoich oraz inny dla biletów rządowych, z tem, że waluty obce sprzedaje tylko na podstawie pierwszego rachunku, wprowadził tem samem Bank Polski drugą walutę, pod postacią biletów zdawkowych, mających pełny obieg w kraju, ale które nie miały wcale służyć do stosunków międzynarodowych.
Jeżeli zgodziłem się na daną propozycję Banku, zrobiłem to ze świadomością tego, że choć za tę drugą walutę nabywać dolarów nie będzie można, ale skoro będzie można nią płacić podatki, to nic jej grozić nie może, o ile nie będzie się jej znajdowało zbyt wiele w obiegu. Przy skali płaconych podatków miesięcznie około 150 miljonów złotych znajdowanie się w obiegu takiej samej ilości biletów zdawkowych, przyjmowanych bez żadnych ograniczeń do kas zdawbowych[1], nie mogło wytworzyć żadnego niebezpieczeństwa agia dla dwóch rodzajów papierków i dwuwalutowość, zaprowadzona dwoma rachunkami Banku Polskiego, była tylko fikcją.
Przewidywania moje się sprawdziły i istotnie agia na bilety skarbowe się nie wytworzyło. W ciągu kilku zaledwie pierwszych dni w Wilnie i w niektórych innych miastach kazano sobie za stuzłotowy papierek dawać więcej biletów zdawkowych niż za sto złotych. W Warszawie nigdy to nie miało miejsca. Przepowiadanej przez niektórych dwuwalutowości nie okazało się w istocie rzeczy zupełnie.
Dwa rachunki w Banku Polskim okazały się dla Skarbu dogodne. Rachunki te w ciągu każdego miesiąca układały się tak, że rachunek w banknotach wystarczał na potrzeby walutowe i na większe jednorazowe wypłaty.
Zarządzenia Banku Polskiego o dwóch kontach, jednym banknotowym, drugim zdawkowym, nie sprowadziło żadnych realnie ujemnych skutków, ale wywołało kwestję bilonową.
W Komisji budżetowej Sejmu i Senatu zaniepokojono się sprawą, żądano wyjaśnień, których udzielałem; żądano by więcej biletów skarbowych nie wypuszczać. Żądanie takie było nieuzasadnionem wobec tego, że w budżecie dopiero co uchwalonem i to z deficytem figurowała pozycja dochodu Skarbu z bilonu i biletów zdawkowych w wysokości 128 milj. złotych. Do wyczerpania tej sumy, przyznanej w budżecie, było daleko, a do ustawowej granicy emisyjnej było jeszcze dalej. Pomimo to wygłosiłem opinję, że zapewne więcej już biletów zdawkowych emitować nie będzie potrzeba. Omyliłem się w tym względzie. Nie mogłem wiedzieć wtedy w ciągu czerwca, że właśnie czerwiec i lipiec staną się okresami bardzo krytycznemi właśnie dla równowagi budżetów miesięcznych i dla dopływu do kas normalnych dochodów.
Niemniej nie można kwestji biletów zdawkowych uważać za podstawowy czynnik kryzysu, który się następnie zarysowywał. W końcu czerwca i w lipcu, gdy kwestja ta wynikła, daleko było do wyczerpania emisji uchwalonej w budżecie, a na realne stosunki kursu złotego ilość biletów zdawkowych nie mogła wywierać wpływu wobec tego, że Bank Polski zaprowadził dla nich zupełnie osobny rachunek.
Jeżeli późniejsi znawcy finansowi, (których Polsce duża ilość przybyła) uznali, że błędem było pokrywać wydatki budżetu 1925 r. częściowo biletami zdawkowemi i bilonem, to stwierdzić należy, że przy uchwalaniu budżetu na 1925 r. nikt, ani referent główny i prezes komisji Zdziechowski, ani krytyk nieustanny Byrka nie protestowali i nie krytykowali ani słowem tego źródła dochodów budżetowych. Byrka wystąpił z krytyką biletów dopiero wtedy, gdy rząd wniósł projekt, by zaniechać bicia bilonu srebrnego i zastąpić go pięciozłotówkami papierowemi, oraz wtedy, gdy Bank Polski otworzył osobne rachunki, w biletach swoich i w bilonie. Było to po uchwaleniu już budżetu.
W pracy swojej "Druga inflacja Polska" prof. Taylor postawił twierdzenie, że wobec małej ilości ogólnej sumy obiegu bankowego norma biletów zdawkowych i bilonu 12 złotych na mieszkańca była zbyt wielka i że nie powinna ona była przekraczać normy 200 miljonów złotych. Jednocześnie prof. Taylor postawił drugą tezę, że ilość banknotów, łącznie z bilonem i biletami zdawkowemi, nie powinna była przekroczyć 600 miljonów, czyli, że ilość banknotów nie powinna była przekroczyć 400 miljonów. Otóż tę ostatnią normę przekroczył Bank Polski już we wrześniu 1924 roku, a normę 200 miljonów przekroczył rząd dopiero w końcu maja 1925 roku.
O normie 200 miljonów biletów zdawkowych i bilonu ani w 1924, ani w 1925 r. nigdy nie było mowy, nikt jej nie stawiał, nikt jej nie bronił. Wszyscy uważali, że należy zwiększać środki obiegowe. Pomimo to rząd ostrożnie to czynił i jak się okazuje tempo tego zwiększania było ze strony rządu w ciągu całego 1924 i aż do maja 1925 r. dużo bardziej ostrożne i wstrzemięźliwe, niż ze strony Banku Polskiego, który pierwszy wszedł na drogę nadmiernej emisji pieniężnej bankowej, co spowodować musiało w dalszem następstwie i nadmierną emisję pieniędzy skarbowych (bilonu i biletów zdawkowych).
Gdyby teorja o tem, że bilonu i biletów nie powinno być w obiegu więcej niż 200 miljonów lub więcej jak 50% emisji bankowej była postawiona wcześniej, przed uchwaleniem budżetu na 1925 r., wtedy byłoby rzeczą możliwą powstrzymać wysokość uchwalanych wydatków, które biletami zdawkowemi miały być pokrywane. Ale te teorje, pełne przezorności, sformułowane zostały dopiero w 1926 r. W ciągu całego 1925 r. panowało powszechne mniemanie, że bolączką naszą, wywołującą kryzys jest szczupłość naszych środków obrotowych.
Już poprzednio zaznaczyłem, że po świetnych wynikach finansowych ostatniego kwartału 1924 r., ujawnił się w 1925 r. stan znacznie mniej zadawalniający. Wprawdzie to, że dochody są mniejsze w początku niż w końcu roku, było rzeczą z góry wiadomą, tak że Ministerstwo Skarbu z tem się liczyło i układało budżety miesięczne z takiem wyrachowaniem, by w początku roku wypadło nieco mniej wydatków niż w końcu roku, niemniej jednak wpływy dochodowe w 1925 r. stawały się stopniowo coraz bardziej szczupłe. Wobec tego, że zapas kasowy na 1925 r. po pokryciu w styczniu pozostałości z roku zeszłego stopniał do 50 milj., pozostało jako główne źródło dochodów nadzwyczajnych na 1925 r. uchwalenie w budżecie 128 milj. zł. dochodu z bilonu i biletów zdawkowych. Należało sumę tę rozłożyć na 9 pierwszych miesięcy lub 3 kwartały z tem, by na każdy z tych kwartałów wypadło z tego źródła nadzwyczajnego nie więcej jak 43 miljonów.
Istotnie w I kwartale 1925 roku niedobór innych dochodów prócz dochodów z bilonu wyniósł równo 43 milj. Stało się to dzięki temu, że wydatki w tym kwartale wyniosły nie więcej jak 453,5 milj. zł., to jest mniej niż 1/4 całego budżetu.
Sądząc podług zwykłego i naturalnego biegu rzeczy, drugi kwartał roku powinien dać więcej dochodów niż pierwszy, gdyż wypadają w nim główne terminy płatności podatków z pierwszego półrocza. Istotnie, gdy w pierwszym kwartale wszystkie dochody prócz bilonu i biletów dały sumę 410 miljonów, w drugim doszły one do 455,6 miljonów. Gdyby przeto wydatki w tym drugim kwartale były utrzymane na poziomie kwartału pierwszego, okazałoby się, że deficytu żadnego by nie było i że normy bilonu i biletów, wskazane do wyzyskania w budżecie, zupełnie nie potrzebowały być użyte i pozostałyby w zapasie na następne miesiące.
Tymczasem właśnie w tym drugim kwartale okazało się, po raz pierwszy, że normy budżetów miesięcznych wymknęły się z rąk Ministra Skarbu, jako oręż posiadający moc regulowania biegu wydatków, gdyż doszły one do wysokości 502,6 milj.
Największą sumę wyniosły wydatki w czerwcu bo 189 milj., podczas, gdy Ministerstwo Skarbu trzymało się tego, by do przekraczania normy 150 milj. miesięcznie nie dopuszczać.
Wprawdzie niedobór drugiego kwartału wyniósł tylko 47 miljonów zł., to jest zaledwie o 4 milj. więcej, niż było to dopuszczalnem ze stanowiska prawidłowego planu rocznego, ale zawód, jaki sprawiło tempo wzrostu wydatków w czerwcu, przy tempie spadku dochodów zwyczajnych w ciągu całego drugiego kwartału 1925 r., był niebezpiecznym i źle wróżył o najbliższej przyszłości.
Podczas gdy w kwietniu dochody zwyczajne wyniosły 173 milj. zł., w maju spadły do 141,70 a w czerwcu do 134,9 miljonów. W kwietniu dochody zwyczajne starczyły na pokrycie wydatków zwyczajnych i nadzwyczajnych, w czerwcu były o 54,1 miljonów mniejsze, a od samych wydatków zwyczajnych dochody zwyczajne były mniejsze o 23,1 miljonów, co było w ciągu całego 1924 i początku 1925 r. rzeczą zupełnie niezwykłą.
Miesiąc czerwiec dał rezultaty wprost fatalne. Nastąpiło załamanie na froncie skarbowym, który dotychczas trzymał się mocno. Miesiąc lipiec to załamanie się jeszcze silniej uwidocznił. W tym miesiącu dochody skarbu zwyczajne wyniosły nieco więcej niż w czerwcu, gdyż doszły do 144,3 miljonów, ale wydatki zwyczajne dosięgły sumy 166,1 miljonów, a wraz z nadzwyczajnemi 190 miljonów. Deficyt wyniósł 45,8 milj.
Wprawdzie w sierpniu zdołałem już zaprowadzić równowagę budżetową, ale nie mniej było już widocznem, że sytuacja była naprężona do ostatnich granic i że jedynie dobra jesień, na którą rachowałem, byłaby ją mogła zupełnie wyrównać. Wobec znakomicie zapowiadających się urodzajów, wszyscy na tę dobrą jesień rachowali, a ona właśnie największy następnie miała sprawić zawód na każdem polu.
Czem objaśnić to, że do maja włącznie sytuacja skarbowa była dobra i normalna i że właśnie w czerwcu nastąpiło załamanie. Jeżeli spojrzeć na 1924 i 1926 rok, widzimy że czerwiec i lipiec nie są złemi miesiącami i że w tych dwóch latach dochody zwyczajne skarbu były niższe niż w maju. A więc to, że w 1925 roku były one niższemi było niespodzianką i było to wynikiem kryzysu wewnętrznego społeczeństwa. Wprawdzie dla wydatków te dwa miesiące są stale co rok niedobre dla skarbu, gdyż w nich reguluje się wiele zobowiązań półrocznych, ale różnica w tym wzroście wydatków w 1925 r. była również szczególnie wielką.
Jeżeli spojrzymy na liczby bezrobotnych to okaże się, że miesiące czerwiec i lipiec 1925 r. nie były wcale złemi miesiącami. Bezrobotnych było wtedy mniej niż w lutym, marcu i kwietniu 1925 r., znacznie mniej niż w ciągu całego następnego okresu od sierpnia po dziś dzień. Załamanie się skarbowe, jakie wtedy nastąpiło miało za powód rozpoczynający się kryzys ogólny całego naszego społeczeństwa, kryzys o podłożu jednocześnie materjalnem i psychicznem, który trwał już od roku, ale który doprowadził dopiero z czasem do ostrych odruchów i masowych rozprzężeń.
Przewyżka faktycznych wydatków w czerwcu i lipcu 1925 roku ponad preliminarze miesięczne była dowodem pewnego rozprzężenia w rządzie samym. W jednym z ministerstw wyszedł rozkaz, by wykorzystać w tych miesiącach wszystkie niewydatkowane z poprzednich miesięcy kredyty. Ściąganie dochodów też się rozluźniło. Wobec ciągłych żalów na ciężar podatków, poleciłem by udzielać odroczeń i zbyt łatwo widocznie z tego korzystano. Podatnicy zaczęli spekulować na zwłokę. Gdy na jesieni 1925 r. jeden bank poważnie się zachwiał i nie wypłacał wkładów, przyszło do mnie kilku poważnych podatników z tem, że oni uzyskali, to jest wyprosili, odroczenia podatkowe do jesieni i na to konto składali sobie pieniądze w banku, w którym dawano im wyższy procent, niż był wymagany przez skarb przy odroczeniach i że nie będą oni mogli teraz zapłacić podatku, o ile bank nie zwróci im pieniędzy.
Zaznaczyłem wyraźnie, że w czerwcu i lipcu 1925 r. nastąpiło załamanie się frontu budżetowego i że to spowodowało nadmierną emisję biletów skarbowych. To załamanie się i ta emisja niewątpliwie odegrały swoją rolę w dalszym kształtowaniu się kryzysu walutowego, który nastąpił. Czy jednak kryzys ten został wprost spowodowany przez tę emisję, w to należy wątpić. Jakkolwiek wpuszczenie do obiegu 100 miljonów biletów zdawkowych w ciągu dwóch miesięcy było to danie dawki niezdrowej i niebezpiecznej, jednak ogólna ilość biletów będących w obiegu przed spadkiem złotego nie była jeszcze tak duża, by spadek ten mogła spowodować. — Część przeważna tych 100 miljonów była wpuszczona do obiegu pod postacią srebra i ta ujemnego wpływu wywierać nie mogła. Na 31 lipca, gdy złoty spadł, mieliśmy w obiegu biletów skarbowych zaledwie na 134,5 miljonów, co stanowi w stosunku do biletów bankowych nie całe 30%.
Tymczasem emisja skarbowa w Niemczech w tymże czasie na 1 lipca 1925 r. wynosiła w stosunku do bankowej 63,5%, w Stanach Zjednoczonych 58,6%, w Anglji 167,5%. Jeżeli pozostawimy te dwa ostatnie kraje na boku, jako niewspółmierne z nami, to przecież fakt, że w momencie gdy się złoty załamał, emisja skarbowa u nas była stosunkowo zgórą dwa razy słabsza niż w Niemczech, powinien chyba jasno jak na dłoni wykazać, że upatrywać głównej przyczyny załamania się złotego w tem, że w czerwcu i lipcu zostały deficyty budżetowe pokryte biletami skarbowemi, w proporcji istotnie nadmiernej, byłoby zupełnym błędem. Proporcja ta była czynnikiem fatalnym, gdyż wskazywała na niebezpieczeństwo dalszego prowadzenia nawy skarbowej przy tak dużym deficycie miesięcznym, ale te dwa zaledwo miesiące istotnie wielkich niedoborów dochodów zwyczajnych nie były jednak w stanie zaszkodzić walucie, gdyby nie zachodziły inne wpływy i okoliczności, które jej kurs poderwały.
Waluta się zachwiała, bo kryzys ogólny, który się objawiał w rozprzężeniu społecznem i rządowem pogłębił swoje koryto i porwał w wir swego pędu walutę polską. Co się do tego głównie przyczyniło zobaczymy następnie.

  1. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku – powinno być zdawkowych