Cztery pory roku (Kraszewski, 1870)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Cztery pory roku
Podtytuł Obrazek z natury
Pochodzenie Opiekun Domowy. R.6, nr 8 (23 lutego 1870) str. 75–77
Redaktor Oskar Stanisławski
Wydawca Adam Mieczyński
Data wydania 1870
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


CZTERY PORY ROKU.
OBRAZEK z NATURY.
PRZEZ
J. I. Kr.



Wiosna! W Marcu już jak najuroczyściéj zapowiedział ją kalendarz. Wiosna! poetyczna pora roku w wieńcu kwiatów, w obłokach woni, w aureoli młodych słońca promieni... Ktoś już widział przelatujące na północy ptastwo? Mówią ludzie głucho o chudych bocianach, które u ciepłych źródlisk próżno absentujących się żab szukają i ktoś nawet już słyszał śpiewającego piosnkę odmłodzenia skowronka Ś. Agnieszki. Ale, pomimo tych pięknych obietnic i nieochybnych znaków, chłód okrutny, śnieg mokry pruszy, wiatr wieje ostry, niebo osnute chmurami, trawy nawet pod płotami na słońcu jeszcze się ukazać nie śmiały. Odważna pokrzywa ledwie głowę wytknęła i czeka. Starzy powiadają, że to znaki bardzo dobre, że śnieg jest potrzebny, że zimno może być zbawienne, że potém opóźniona wiosna przyjdzie jednego pięknego poranku, jak Deus ex Machina; tego jednak jakoś wcale jeszcze nie widać. Dzieci co dzień rano wybiegają na ganek i powracają sine, pomarzłe, smutne; starzy ostrożniejsi patrzą w strony przez zapotniałe szyby, w okularach egzaminują stary barometr, a młodszego jego brata, termometr Magiera posądzają o złe prowadzenie się i bałamuctwo. Wiosny jak nie widać, tak nie widać. Słońce, jeśli się przypadkiem zjawi na chwilę, tém pewniejsze po niém krupy i zawierucha biała. Wiatr dmie jak zapłacony flecista.
Na polach skorupy staréj, zczerniałéj zimowéj powłoki śniegowéj, leżą rozłogiem, w lasach i po kątach od północy całe kupy śniegu, który przewidując koniec jaki go czeka, poczerniał ze złości. W kalendarzu kwiecień, na podwórzu plecień — słota i zimno. Na upartego wytknęła się gdzie niegdzie słabowita zieloność, ale ją chłód zwarzył. Rośliny puszczają na nowo i na nowo marzną — ale z wytrwałością walczą z naturą, tymczasem kalendarz zapowiada różne piękne rzeczy, a poeci opiewają Florę i Zefira... chociaż czapka barania ledwie od niego ochronić może. Cierpliwości! czekajmy! Powietrze przecie już znacznie cieplejsze, chmury pokładły nowe sukienki garnirowane białemi falbankami. Kiedyś nareszcie śliczna wiosna przyjść powinna. Z lasu przyniesiono pierwiosnki, ale wszystkie prawie mają nosy poodmrażane, — pieszczochy!! o południu, jednego dnia zrobiło się aż gorąco — ha! to już przecie coś znaczy! dzieci powybiegały do wilgotnego ogrodu po katar; starsi zaopatrzyli się w febrę dla przyjemniejszego spędzenia czasu. Około wieczora skwar zakończył się gwałtowną burzą i deszczem, który z gradu przeszedł w śnieg cale przyjemny. Nazajutrz przymrozek i zimno djabelskie. Pomimo to, co rosnąć powinno czując się do obowiązku, na gwałt z ziemi dobywa i ufne w kalendarz, idzie przebojem! Wiatr tymczasem dmie z północy, wszystko się poostrzyło na polach; w kilka dni sucho, pył, zimno znowu. Drzewa jednak zaczynają pękać; cóż mają robić, choć słońce jak malowane, świeci a nie grzeje... Otóż i Maj! chwała Bogu! Tylko że kożucha nie sposób zrzucić jeszcze. Zimno, bo mają kwitnąć głogi, zimno bo kwitną jabłonie, zimno bo zimno.... Gardła puchną, febry się radują, china uszczęśliwiona także, aptekarze zacierają ręce, katar w najlepsze się rozgościł — aż na ostatek i koniec tego ślicznego Maja.
Jednego dnia znowu zrobiło się ciepło, gorąco, parno, drugiego termometr puścił się rozpędziwszy do trzydziestu stopni; — jużeśmy pożegnali kaftaniki i kożuchy. Ale jakaś omyłka zaszła w ekonomice niebieskiéj, bo się nagle zanosi na kanikułę. W pocie czoła napawamy się wiosną. Skwar zrodził burzę znowu, burza sprowadziła grad wielkości jajek gołębich, po gradzie dziesięć dni zimnéj ulewy jak z wiadra.... ale przecież dojechaliśmy do lata.... Lato musi być piękne niezawodnie.




Na Niebie wszystko w porządku; dzień tak już urósł że się pomiarkował i cofać zaczyna, nadto go było, a ci co spać lubią, narzekali. Słońce niewiadomo w jakim znaku dopieka okrutnie, żeby dług zimnéj wiosny zapłacić. Na polach od chłodu i deszczów zimnych, potem od posuchy i skwaru oziminy i jarzyny licho pobrało. Ale ba, jeszcze mogą puścić pogońce. Żniwa dopiero prawdę pokażą, wydaje się to tak obrzednio, ale za to powinno być omłotne. Gospodarze zaręczają, — tym czasem piecze jak powinno — djabelnie piecze nawet, w studniach zaczyna braknąć wody, w stawach także płyciéj coraz — powietrze jakby je piekarz w piecu preparował, tchnąć niema czém, noce gorące, wieczory parne, dnie kanikularne... psy się wściekają a ludzie wątrobowi wyzywają na pojedynki — jednakoż ze zmianą księżyca, ja wam powiadam, zobaczycie! Otóż jest... Na pełni miesiąca zebrały się chmury powoli, nadciągnęły burze i grady, gdziekolwiek było lepiéj na polu, wytłukło ze szczętem, ale od czegóż towarzystwa asekuracyjne — i robotnika najmować nie trzeba. Burze idą jedna po drugiéj, po każdéj z nich zimno, bo grady bardzo gęste... potém nagle zapiecze i od zachodu wali siny zastęp obłoków; — pioruny nietylko po lasach bawią się ze staremi sosnami, z któremi mają dawne nieporozumienia, ale po budynkach dowiadują się o konduktory, a nie znalazłszy ich gospodarują ogniem i mieczem. Ale od czegóż towarzystwo ogniowe? tożby się sekretarze pospali!
Nie — stanowczo, jakoś się i lato nie udało. Łąki poschły gdzie nie są zatopione, oziminy nędzne, suchotnicze, jarzyny rachityczne, poostrzone w dodatku i choróbska dostatkiem. Pessymiści prorokują księgosusze, w owczarniach motylica i kopytkowa zaraza, gdzieniegdzie ospa. Wszystko to jest potężną rozrywką, ażeby się człowiek nadto nie rozpieszczał i nie zasypiał.
To przynajmniéj pewna, że po wiośnie i lecie brzydkiém jesień musi być wspaniała; — wszyscy starzy ludzie, przysłowia, książki, zgadzają się na to że nie chybi.
Tymczasem po burzach spiekota, posucha. Ziemia się ścięła i popękała szpary ogromnemi; na drzewach liście schną przed czasem. Trawy spalone żółkną, wszystkie zboża karłowato wyglądają, ale chwasty i pokrzywy bujają szczęśliwie; — one się nie boją niczego, to ludek zahartowany. Słońce zachodzi codzień czerwone bez promieni, jak kula bilardowa do łuzy. W powietrzu sucha mgła we dnie, lasy się palą, torfowe dymy jakieś się włóczą..... ale może to z tém zdrowo! pastuch od bydła, który liczy sobie lat dziewięćdziesiąt, mówi codzień w karczmie po trzecim kieliszku, że takich kilka lat pamięta i że zawsze po każdém z nich bywały straszne urodzaje.
To tylko bieda, że mimo posuchy, robactwa w polu ogrom, po lasach liszki całemi milami liść objadły i suche tylko stoją gałęzie. Ze skwaru wielu apopleksji podostawało, choć ten i ów ze stuletniego kalendarza krew puszczał w dnie wyznaczone... Ale taki już rok, że nic nie pomaga, przecież jakoś, dobijamy się do jesieni. Chwała Bogu!




Jesień wynagrodzi za lato — zgodnie wszyscy się tém pocieszają. Niepotrzebnie zapewne i pospiesznie tchórzliwe gęsi, bociany, jaskółki zabrały się i odleciały. W lasach cisza grobowa, na polu nawet ściernia nie widać... gdzieniegdzie buja rumianek, przypominając się słabym żołądkom. Zbiory były fatalne, co gorzéj, próby omłotu pokazują ziarno drobne, zawiędłe i niewydatne.... Żyto wygląda jak poślad, a pszenica do niczego niepodobna, owies długi i chudy, jęczmień pomarszczony i w złym humorze, hreczka zupełnie przepadła. Owoców tak jak niema, bo na zawiązki był przymrozek, tylko tarnina się udała, warzywo drobne, kartofle poschły wcześnie, pasternaku za to obficie i okazale.
Źle jest, nie ma co mówić, — no — ale zawsze dobrze być nie może.
Nie ma co sprzedawać, ale ceny ogromne — i to pociecha....
I to niemiłe, że na polu dla posuchy pługiem ziemi ani ukroić, — gdyby skała skamieniała. Lemiesze się łamią, chudoba bokami robi — trzeba czekać — tylko żebyśmy się nie spóźnili z siejbą.... Ale siła złego tyla na jednego.
Stanowczo rok to, któryby Józef do chudych zaliczył; — jedne orzechy zrodziły obficie — cóż, kiedy wszystkie prawie świstuny; wiewiórki plują z desperacji... co orzech to robak. Chmiel też posechł doszczętnie, piwo będzie drogie, niczém się nawet pocieszyć — chyba do niego szaleju domieszają.
Spodziewano się deszczu na ostatniéj kwadrze; w istocie niebo się zachmurzyło, powietrze znacznie ochłodło, obłoki ołowiane przywdziały barwę zimową — zaczyna być dobrze chłodno — ale za to sucho i sucho. Deszcz co poprobuje, kapnie, to jakby go co z góry za poły wstrzymało, zrywa się niedyskretny wiatr i rozpędza... Domodlić się go nie podobna. Po gościńcach wichrzysko pył tumanami nosi, aż oczy puchną... Liście poopadały przedwcześnie, resztę przymrozki zwarzyły, popaliły i już się to ledwie trzyma. — Zwierzyna nawet tego roku chuda, zające chore na motylice, dziki mają trychiny, sarny z melancholji wyschły. Na bydło zaraza, ludziom nie lepiéj; — kto nie umarł w Marcu dociągnie najdaléj do Listopada.... A pogrzeb w Listopadzie, to przynajmniéj połowa tyle chorych co grzecznych; kto poszedł na cmentarz, wcześnie sobie miejsce może opatrzéć.
Nic smutniejszego nad suchą jesień; — baby wprawdzie są, ale babiego lata niebyło, — drzewa stoją jak skielety, łąki brudne i czarne; niebo jakby staremi ścierkami pozawieszane... w perspektywie zima twarda i długa — ale powietrze się oczyści. Rozweseliłyby zasiewy nowe, cóż kiedy spóźnione, ruń leniwo porasta, kraski nie zrzuca. Ziarno mizerne powschodziło rzadko i ubogo... Zima kroczy.... zima!.... wszystko przyjdzie do porządku!...




W Listopadzie były słoty i chłody, ale na zimę to jeszcze zawcześnie, zwykle ona u nas na prawdę przychodzi dopiero w Grudniu, a wysila się najmocniéj na Gody, potém zelży około Trzech Króli i na nowo w Lutym i Marcu się powtórzy.
Doczekaliśmy się też i Grudnia. Czy by znowu i zima być miała oparzelista? Śnieg co napada to ginie, co się pokaże to stopnieje, chowa się po kątach a deszcz go wypędza. Są dnie tak czasem ciepłe, że aż śmiesznie... Deszczyk cichy pada jak na wiosnę. Widać, że gdzieś w niebie był zapaśny, to go teraz zlewają. Mróz, o który u nas zwykle prosić nie trzeba, gdzieś około północnego bieguna zabałamucił się i zapomniał godziny; termometr co opadnie do zera, powraca drzemiąc na parę stopni ciepła. Pora w ogóle tak przyjemna, iż Anglikom przychodzą samobójcze idee. — Mgła, prawdę rzekłszy, choć nożem kraj; o południu świeca nie jest zbyteczną, a o drugiéj ochota bierze pójść spać. Wilgoć osiada na wszystkiém, na człowieku, na domach, na murach, na drzewach, ze wszystkiego kapie, gałęzie plują, rynny płaczą.... Oddycha się wodą, brnie w wodzie, grzęźnie w błocie. Piąty ten żywioł, odkryty na Północy przez Francuzów, dopomina się praw swoich i zwycięzką rozwija potęgę.... Na groblach są miejsca uprzywilejowane, pełne żółtéj cieczy, w których jeśli nie stoi wóz ugrzęzły do wiosny, sterczą przynajmniéj połamane koły i koła na dowód siły błota.... — Łąki zmieniły się w trzęsawice, na piaskach nawet coś nakształt dobrze zgotowanéj zacierki. Wszystkie koleje po drogach świecą jak srebrne wstążki, co w nocy ułatwia wielce wędrówkę... na polach zagony pływać się zdają.... w lasach sosny jakby nogi moczyły...
Mrozu! pożądanego mrozu! ani widać. Wigilja przyszła z deszczem. Gody po wodzie. Wielkanoc będzie po lodzie; smutne na przyszłość widoki... Ciepło aż dusi. Na Nowy Rok namyślało się na przymrozek, potém odwilż zwyciężyła... Wróble kontente jak w raju, — chodzą tłuste, czubią się; a wiedzą bestje, że im ta zima robaków narodzi, i będą miały czém się napaść.
Z pod Lipska, gdzie je zabijają na słoninę, zleciały się do nas wszystkie i awantury wygadują na Niemców.
Styczeń się namyślił, było kilka przymrozków — ale śniegu mało a sanny pół godziny. Padał wprawdzie mokry, — ale topniał zaraz, rzeki tylko powzbierały i pola pozatapiało. Trzeba czekać do Lutego, Luty pokaże co umié. W istocie mróz chwycił na gołe pola, — jakoś i to nie bardzo zdrowo. Ale kto wié, nim przyjdą wiatry marcowe coby wysmaliły wszystko.... śniegu jeszcze coś naniesie... chmury chodzą jak kotne...
Tymczasem w Gazetach prawią, że na Maderze śniegu trzy łokcie, że w Hiszpanji pomarańcze pocukrował, w Neapolu bawił trzy godziny, w Rzymie nocował, a gdzieś go tam potém zapędziło, że się wrócić do nas nie może.
Wiatr Marcowy przyszedł nieubłagany, pannom twarzyczki a panom pola poosmalał,.. i dopiero mróz... za wszystkie czasy... w samą porę.
Powiedzcież mi, szanowni ziemianie, czy w błogosławionym klimacie naszym, nie bywa czasem tak???





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.